Aby nie poszły ad ACTA

W ramach remanentu mojej działalności założyciela i redaktora  Niezależnego Forum Akademickiego, któremu grozi zakończenie działalności wobec braku wsparcia,  udostępniam  kilka moich  książeczek ‚akademickich’ ,   aby nie poszły ad ACTA.

Książki dotyczą głównie etyki ( bardzo słabej)  i patologii (bardzo mocnych)  polskiego środowiska akademickiego.

Niestety wiedza polskiego  społeczeństwa w tym zakresie jest znikoma,  a czasem wręcz ‚ujemna’.

Te książeczki  można za darmo pobrać ze strony, ale można wesprzeć działania NFA , aby nie upadło do końca, poprzez darowizny finansowe, które można wpłacić na konto bankowe :

Niezależne Forum Akademickie, 30-069 Kraków, ul.Smoluchowskiego 4/1
Bank PEKAO SA w Krakowie 88 1240 1431 1111 0010 0818 8015 ( konto w zł)
darowizna dla : ‚Niezależne Forum Akademickie’

Jeśli NFA nie upadnie,  jest szansa na opracowanie kolejnej książki o robocznym tytule

 ‚Mitologie i patologie akademickie’

Żaden etatowiec akademicki   finansowany z kieszeni podatnika takiej  książki nie napisze, więc może lepiej wspierać tych  co takie gwarancje dają.

Póki co,  to bezetatowiec wspiera ‚biednych’ etatowców,  czasem wieloetowców,  którzy  (niemal) wszystkie środki przeznaczają na pieszczenie swoich etatów i zapobieganie aby inni, często bardziej wydajni naukowo/edukacyjnie, żadnego wsparcia ( a tym bardziej etatu) nie otrzymali.

Drogi i bezdroża nauki w Polsce

Mediator akademicki jako przeciwdziałanie mobbingowi w środowisku akademickim

Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego

Patolologie akademickie pod lupą NFA

Reklamy

Refleksje na temat strachu przed ujawnieniem niechlubnej przeszłości

Refleksje na temat strachu przed ujawnieniem niechlubnej przeszłości

W ostatniej Naszej Polsce przeczytałem tekst –Cena strachu –Władysław Korowajczyk (Nasza Polska, 16.08.2011) niżej zamieszczony w całości ( mam nadzieję że ani autor, ani redakcja nie będzie mi miała tego za złe). Argumentacja, interpretacja autora zgodna z moim widzeniem problemu. Jak to pokazałem koledze, zaraz odrzekł – to tak jakbym ciebie słuchał. To dobrze, że jest więcej osób, które widzą rzeczy takimi jakie są i dobrze, ze istnieją jeszcze media, które taki punkt widzenia zamieszczają na swoich łamach.

Od lat, w ramach Niezależnego Forum Akademickiego http://www.nfa.pl/  spotykam się z podobnymi niemerytorycznymi i agresywnymi reakcjami świata akademickiego na wszystko co wiąże się z IPN i z PiS – formacji popierającej lustrację, także środowisk akademickich.

Ja taką lustrację, wykraczającą zresztą poza materiały IPN prowadzę od lat na stronie http://lustronauki.wordpress.com/ więc nie bez przyczyny przez środowisko jestem wykluczany (z nielicznymi wyjątkami). Strach przed ujawnieniem niechlubnej przeszłości dotyczy nie tylko pojedynczych ‚profesorów’ – jest znamienny dla całych uczelni, instytucji z nazwy naukowych, które co prawda powołane są do poznawania prawdy i na to otrzymują środki finansowe, ale czego jak czego,  ale prawdy o swojej przeszłości, o swoim pochodzeniu i zachowaniu poznać nie chcą za żadne skarby.

I nie chodzi tu tylko o teczki SB. W końcu życie akademickie w Polsce Ludowej funkcjonowało w ramach symbiozy PZPR ( i stronnictwa siostrzane) – SB – nomenklaturowe władze uczelni, więc dla jej poznania potrzebne są także studia nad teczkami PZPR i teczkami akademickimi, które (te akademickie) nie bez przyczyny są nadal tajne, a postulaty ich ujawnienia budzą wielki strach akademickich ‚poszukiwaczy prawdy’. Mimo formalnego rozwiązania PZPR i SB symbioza z władzami uczelni III RP nadal funkcjonuje i prosperuje. Wykluczeni w PRL przez tych symbiontów nadal są wykluczeni, bo do tej symbiozy w III RP nadal się nie nadają ( i nadawać się nie chcą ) , stąd muszą prowadzić życie osobne.

♣ 

Cena strachu -Władysław Korowajczyk (Nasza Polska, 16.08.2011)

Skąd u inteligentów – i to często z tytułami naukowymi – tyle nienawiści wobec PiS i jego prezesa? Czyżby tę zapiekłą wrogość powodował paniczny lęk?

Cena strachu

Kilka dni temu rozmawiałem ze swoim przyjacielem. Przyjaźnimy się, choć zdecydowanie różnimy się w preferencjach politycznych. To erudyta z dużą wiedzą na temat najnowszych dziejów Polski, z tytułem naukowym profesora i to belwederskiego. Jego ojciec był legionistą, on sam w szeregach Armii Krajowej walczył o Wilno, a następnie „zaliczył” sowiecki łagier. W Polsce Ludowej ukończył studia, rozpoczął karierę naukową i po drabinie wspiął się na jej szczyty, a w swojej dziedzinie uchodzi za wybitnego uczonego o randze międzynarodowej. 

Już w latach 50. i 60. wielokrotnie wyjeżdżał za granicę na różne stypendia, w tym parę razy do Stanów Zjednoczonych. 

Jak wspomniałem, kilka dni temu doszło do iskrzącego dialogu między nami. Na moje pytanie: dlaczego tak nie cierpi Prawa i Sprawiedliwości i jego prezesa, zaperzył się w sposób u niego niespotykany i z zawziętością bardzo krótko replikował. „Nie cierpię Kaczyńskiego, Ziobry, Macierewicza, nie znoszę PiS-u! To za ich rządów wszyscy drżeli ze strachu, że służby specjalne włamią się rankiem do mieszkania i aresztują każdego. Jeżeli będziesz kontynuował ten temat, to skończy się nasza przyjaźń!”.

Przyznam się, że kompletnie mnie zamurowało. Znałem człowieka od dosyć dawna, ale w takiej furii jeszcze go nie widziałem. Zacząłem zastanawiać się, jakie mogły być przyczyny takiej reakcji? Nie było żadnej dyskusji, nie było z jego strony żadnych argumentów uzasadniających taką postawę. Doszedłem do wniosku, może zresztą błędnego, że nie program ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego jest przyczyną jego gwałtownego zachowania. To nie różnice polityczne nas podzieliły, ale strach, bo tylko człowiek przestraszony może tak reagować. Nie należę i nigdy nie należałem do PiS, ale z zainteresowaniem i pewną akceptacją obserwowałem wiele decyzji dwuletnich rządów tej formacji. Nie mając nic za uszami, nie odczuwałem żadnego lęku, zwłaszcza że ABW wyciągnie mnie rankiem z domu.

A mój przyjaciel? W PRL-u niełatwo było otrzymać paszport i wyjechać na Zachód. Służba Bezpieczeństwa decydowała, komu można otworzyć szlaban graniczny. Oczywiście paszport miał swoją cenę. Taka „cena” być może jest odnotowana w IPN-ie i tu chyba szukać przyczyny postaw różnych filistrów: To strach przed ujawnieniem niechlubnej przeszłości.

Pod parasolem Platformy Obywatelskiej wszelkiej maści TW i inni agenci z korzeniami w PRL, a nawet gdzie indziej, poza granicami Polski, mogą czuć się bezpieczni, włos im z głowy nie spadnie.

Pewnie i mój przyjaciel, licząc swoje włosy, stwierdził, że nie brakuje ani jednego od czasu, kiedy PO zaczęła rządzić nad Wisłą.

Władysław Korowajczyk

Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia

 

Refleksja z poniższej lektury Gawędy o sztuce – Dzieła, twórcy, mecenasi. Włochy XIII-XV wiek. Bożena Fabiani – Mecenas Mantegni – Ludovico Gonzaga i jego światły nauczyciel – Vittorino da Feltre .

jw – Czy ktoś podobny, kto chciałby nauczyć wychowanków myślenia,  ma szanse w obecnym systemie akademickim ?

 

Wybitny pedagog

Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia…

da Felfre

Czy to przypadek, że ci dwaj wielcy panowie, książę Montefeltro i margrabia Gonzaga, tak się wyróżniają spośród wielu innych mecenasów? A może to dlatego, że obaj mieli tego samego wychowawcę, wielkiego, mądrego pedagoga Yittorina da Feltre?

 Czy ktoś się kiedyś zastanawiał nad wpływem wychowawców na rozwój kultury? Czy powstały jakieś prace z dziedziny historii sztuki pokazujące udział pedagoga w rozwoju sztuki? Na przykład sztuki renesansowej? A przecież, jeśli nie znalazłby się ktoś, kto wskazał młodemu człowiekowi drogę w stronę sztuki, to skąd mieliby się brać mądrzy zleceniodawcy i fundatorzy? Mecenat również trzeba ukształtować, ludzi trzeba wychować w szacunku i w potrzebie sztuki. Warto przypomnieć, że w XV wieku niemal w każdym większym mieście włoskim był uniwersytet, ale poza. tym pojawili się wtedy wielcy pedagodzy indywidualni. Takim utalentowanym i wybitnym pedagogiem zasiewającyrn głód wiedzy i zarazem potrzebę piękna był Yittorino da Feltre.

 Yittorino urodził się ok. 1387 roku, a zmarł w 1446. Był z wykształcenia matematykiem, ale wtedy wąski specjalista nie cieszył się estymą, przeciwnie, ludzie wykształceni dążyli do wszechstronności. Dzisiaj wystarczy kilka błahych umiejętności, żeby sobie zasłużyć na miano człowieka renesansu, ale to nieporozumienie. W XV wieku wielcy artyści muzykowali, wznosili katedry czy fortyfikacje, znali na pamięć Dantego, sami pisali sonety, prowadzili studia nad antykiem, gromadzili wykopaliska, badali budowę ludzkiego ciała, śledzili zjawiska optyczne, słowem – byli wszechstronni. Vittorino też był takim człowiekiem: choć matematyk, zajmował się m.in. literaturą grecką i łacińską, muzyką i czymś, co było wówczas całkowitym novum – ćwiczeniami fizycznymi. I tego wszystkiego uczył. Początkowo uczył jedynie dzieci margrabiego Giovanniego Gonzagi, a także młodziutką na­rzeczoną jego syna, Ludovica, 10-letnią Barbarę Hohenzollern.

Kiedy jednak po Italii rozeszła się wieść, jakiego to niezwykłego wychowawcę trzyma na swym dworze margrabia, różni możni panowie zaczęli podsyłać synów na naukę do Mantui. I stary margrabia przyjął te młodzież, zbudował specjalny budynek, nazwany Casa Gioioso – Dom Radości – pięknie udekorowany freskami, otoczony parkiem, gdzie ulokował szkołę z internatem. Oprócz chłopców z bogatych domów Yittorino, za zgodą margrabiego przyjmował też młodzież biedną, z prostego środowiska i bez pieniędzy, pod warunkiem że młodzieńcy ci byli zdolni i chętni do nauki. Wszyscy mieszkali razem, za ich utrzymanie płacił margrabia, Yittorino uczył za darmo. To znaczy otrzymywał pensję od Gonzagi, 300 guldenów rocznie, ale od chłopców nic nie brał.

Nauka w cieniu platanów

W Casa Gioiosa panowała surowa dyscyplina, podobno surowsza niż w klasztorze, a młodzież Yittorino chował w duchu głębokiej religijności, ale ci chłopcy nie uciekali, przeciwnie, garnęli się do swego nauczyciela. A on, podczas spacerów w cieniu platanów i pachnących akacji, przekazywał swoim wychowankom dorobek starożytnych myślicieli, poetów i historyków. Zaszczepiał w nich miłość do literatury i potrzebę czytania do tego stopnia, że przez całe dalsze życie nieustannie czytali. Uczył ich też matematyki, logiki, muzyki, śpiewu i tańca. Ponadto wprowadził jako pierwszy we Włoszech gimnastykę – według zasady starożytnych, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Chłopcy grali w piłkę, chodzili na ryby, strzelali z łuku, pływali, polowali, uprawiali szermierkę – to rodzicielskie zesłanie do Mantui nie przypominało pokuty. Podczas wakacji Yittorino przenosił całą szkołę do swego mająteczku w pobliżu Mantui, na wzgórza Pietole, gdzie przyszedł na świat Wergiliusz, i tam przekazywał im swoją miłość do jego poezji. Można zażartować „ojciec Wergiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich…” – nie wiem, ile ich miał, ale wiem, że najpierw odczytywał im wybrane fragmenty z Wergiliusza, Cycerona, Homera, Demostenesa – oczywiście w oryginale! – a następnie komentował. Potem mieli się tego nauczyć na pamięć, żeby sobie przyswoić piękny styl. Ale to nie było bezmyślne wkuwanie! „Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia, a nie żonglerki słownej” – mówił Yittorino. Gdy zabierali się do pisania, udzielał innej rady:

Przede wszystkim musicie być pewni, że macie rzeczywiście coś do powiedzenia, a potem starajcie się to wyrazić jak najprościej i jak najszczerzej, unikając wyszukanych zwrotów.

Mądry pedagog wcale nie chciał z każdego zrobić naukowca, ale z każdego chciał zrobić prawego człowieka. Jakże aktualnie brzmią jego słowa dzisiaj:

Nie wszyscy są powołani do zawodu prawnika, lekarza lub filozofa i do życia na przodzie sceny. Nie wszystkich natura wyposażyła w wyjątkowe zdolności. Ale wszyscy, ilu nas jest, zostaliśmy stworzeni do życia w społeczeństwie, do pełnienia obowiązków, jakie ono nakłada. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za wpływ osobisty, jaki wywieramy.

(Trzeciak, Sztuka świata, t. 5, s. 224).

Wybiórcza rzeczywistość akademicka

 

Wybiórcza rzeczywistość akademicka

 

fragment z: Thomas Sowell: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy”. Fijorr Publishing Warszawa 2010 .

Racją bytu intelektualistów jest to, że są rzekomo lepsi w myśleniu lub posiadają większą wiedzę niż reszta śmiertelników, lecz w rzeczywistości ich wyższość umysłowa jest wyższością w ob­rębie małego wycinka szerokiego spektrum ludzkich możliwości. To prawda, że intelektualiści są często wybitnymi fachowcami w swoich specjalizacjach ale to samo można rzec w przypadku mistrzów szachowych, geniuszy muzycznych etc.

Różnica polega na tym, że ci inni wyjątkowi ludzie rzadko kiedy wyobrażają sobie, że ich niezwykły talent w danej dziedzinie daje im prawo oceny, prawo wygłaszania kazań lub kierowania całym społeczeństwem.

Wielu ludzi na przestrzeni lat oskarżało intelektualistów o brak zdrowego rozsądku. Lecz spodziewanie się po nich zdrowego rozsądku to zbyt wygórowane wymaganie – przecież ich życiową rolą jest bycie ponad takimi przyziemnymi rzeczami, jak zdrowy rozsądek, i mówieniu rzeczy, które różnią się od tego, co mówią wszyscy inni. Istnieje jednak ograniczona ilość autentycznej oryginalności, jaka przypada na statystyczną osobę.

Po osiągnięciu pewnego poziomu, bycie kimś „niezwykłym” może przerodzić się w pociąg do bezsensownych ekstrawagancji lub sprytnych prób szydzenia i szokowania. Na polu polityki może to oznaczać szukanie dramatycznych „rozwiązań” ideologicznych zamiast roztropnych kompromisów. Nie tylko ruchy komunistyczne, ale też faszystowskie i nazistowskie, jak zanotował historyk Paul Johnson, miały słabość do intelektualistów:

Powiązania intelektualistów z przemocą zbyt często się zda­rzają, by nazywać je aberracją. Czasem przybierają one postać podziwu dla „ludzi czynu”, którzy stosują przemoc. Mussolini miał imponującą liczbę wielbicieli w kręgach intelektualnych, i bynajmniej nie tylko we Włoszech. W drodze na szczyty władzy Hitler był najbardziej popularny w campusach, jego atrakcyjność elektoralna w oczach studentów była nieporów­nanie większa niż w oczach „zwykłych ludzi”. Zawsze miał wielkie poparcie wśród nauczycieli i profesorów uniwersyteckich. Wielu intelektualistów zostało wcielonych w wyższe kręgi partii nazistowskiej i brało udział w potwornych ekscesach SS. Dlatego też cztery Einsatzgruppen, czyli grupy operacyjne, które stanowiły grupę uderzeniową operacji Hitlera pt. Endlósung (tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej) we wschodniej Europie, zawierały wysoki odserek absolwentów uniwersyteckich wśród oficerów. Dla przykładu, Otto Ohlendorf, przywódca Batalionu D, posiadał dyplom trzech uczelni oraz doktorat z prawoznawsrwa. Stalin również posiadał całe legiony wielbicieli w kręgach intelektualnych, tak samo jak powojenni „mężowie przemocy”, tacy jak Castro, Nasser czy Mao Tse Tung.

Podobna historia powtórzyła się na „polach śmierci” w Kambodży:

Straszliwe zbrodnie popełnione w Kambodży od kwietnia 1975 roku, które pochłonęły od 1/5 do 1/3 całości populacji, zostały zorganizowane przez grupę frankofońskich intelektualistów z klasy średniej, znanych jako Angka Leu („wyższy porządek”). W grupie ośmiu ich przywódców, pięciu z nich było nauczycielami, jeden był profesorem uniwersytetu, jeden urzędnikiem państwowym, a jeden ekonomistą.

Twierdzenie Erica HofFera jakoby intelektualiści „źle czuli się w temperaturze pokojowej” znajduje potwierdzenie w wielu innych przykładach.

Abstrahując od tego, jak dramatyczna lub atrakcyjna może się wydawać dana wizja, koniec końców każdy z nas zmuszony jest żyć w świecie rzeczywistym. Kiedy rzeczywistość została już tak przefiltrowana, żeby pasowała do wizji, to te przefiltrowane informacje są mylącymi wskazówkami w podejmowaniu decyzji o nieubłaganej rzeczywistości, do której wszyscy musimy się dostosować, albowiem ona do nas się nie dostosuje.