Góra lodowa plag akademickich

Góra lodowa plag akademickich

Mimo globalnego ocieplenia góra lodowa plag akademickich się nie topi ! Już na samym początku roku akademickiego pokazał się wierzchołek tej góry który – jak się okazuje – jest zbudowany z plagi plagiatów i to największego kalibru, bo rektorskich/profesorskich. Na tym wierzchołku pokazała się postać w todze i z gronostajem, którą personifikował nowo wybrany rektor Uniwersytetu Gdańskiego, profesor ‚podwórkowy’ – Jerzy Gwizdała, który przez naszych doskonałych profesorów (CK/Rada Doskonałości Naukowej) został wcześniej skierowany do nominacji na profesora prezydenckiego. Znaleźć się na samym wierzchołku kariery akademickiej to zaszczyt niebywały, z tym że ten wierzchołek okazał się czubkiem kompromitacji, bo w ramach walki z globalnym zjawiskiem plagi plagiatów niedoszły profesor ‚belwederski’ i świeżo demokratycznie wybrany rektor został zidentyfikowany jako pospolity oszust. Ze słowami – ‚jestem niewinny’, zdjął jednak gronostaja i nim na dobre zaczął być rektorem, już przestał nim być. I kto go namierzył na samym szczycie góry lodowej plag akademickich ? Otóż nie doskonali nasi profesorowie z nader licznych ciał selekcyjnych, nominacyjnych, degradacyjnych, etycznych, dobro-obyczajowych, lecz główny łowczy plagiatów polskich – Marek Wroński, strzelec niemal wyborowy, który na swym koncie ma niejednego miłośnika cudzych tekstów sygnowanych swoim nazwiskiem, na drodze do osiągnięcia szczytów nieuczciwości naukowej.

Rektor, który przeszedł przez sito rozmaitych komisji ‚doskonałych‚, przez demokratyczne sito elektorów w wyborach na rektora, mimo że najlepszy z najlepszych, został zidentyfikowany jako oszust przez – rzec można – policjanta akademickiego i to obywatelskiego, a nie ministerialnego. Nie ma wątpliwości, że mimo kwalifikacji strzeleckich sam Marek Wroński nie odstrzeli wszystkich szkodników akademickich, tym bardziej, że wyspecjalizował się w domenie plagiatowej, gdy góra lodowa nieuczciwości akademickiej ma nader złożoną budowę, a zapewne ok. 90% jej masy, i to fundamentalnej, podobnie jak naturalnych gór lodowych, nie jest ujawniona.

Ta góra lodowa zanurzona jest w akademickiej brudnej wodzie, a nawet bagnie, a to co ponad poziom wystaje, jest osłaniane togami i gronostajami, i to tak dokładnie, że tylko sam wierzchołek czasem się ukazuje spod przetartej/ rozdartej togi ochronnej.

Komunizm podobno został obalony, ale brak poszanowania własności – i to szczególnie intelektualnej – pozostał. Prawa nabyte do braku jej poszanowania ?

Ale plagiaty to niejedyna plaga. Na samym wejściu do świata akademickiego spotka nas plaga ustawianych konkursów na etaty, o których wszyscy wiedzą i traktują je jako standard. Włosi ścigają takie ustawianie prokuratorsko, a u nas to niemal fundament patologicznego systemu – rzec można, dolne partie góry lodowej skrytej pod powierzchnią .

Nie mniej ważną plagą jest nepotyzm, otaczany niemal czcią i uwielbieniem, bo przecież rodzina jest najważniejsza, szczególnie w nauce, o czym świadczy choćby Nobel Marii i Piotra Curie. Ale nepotyzm mamy od lat, a nowych Nobli jak nie było, tak nie ma. Ponadto mamy chów wsobny, od studenta do rektora na tej samej uczelni. Jak się przekracza progi uczelni na egzamin wstępny, to się je opuszcza na egzamin ostateczny. Rzecz jasna jak się jest komponentem układu akademickiego a nie zagrożeniem dla jego istnienia. Recenzji merytorycznych niemal brak, jeśli są krytyczne, to na ogół o zabarwieniu personalnym, bo lansować trzeba swoich, a konkurentów do wejścia do kasty trzeba powycinać zawczasu.

Powszechny mobbing akademicki ma szanse na ograniczenie jedynie dzięki pandemii, bo trzeba utrzymywać dystans, ale jak pandemia się skończy, to może powrócić z większym natężeniem. To tylko przykłady plag akademickich. Wymienić wszystkie w krótkim felietonie nie sposób, ale trzeba zauważyć, że góra lodowa plag akademickich nie tylko się nie topi, lecz wręcz zwiększa swoje gabaryty. Globalnego ocieplenia w domenie akademickiej nie widać. Piszę o tym od lat i wreszcie ten stan rzeczy dochodzi do społeczności upadających intelektualnie i moralnie uczelni. Jednak petycję w sprawie nieuczciwości naukowej po ukazaniu się rektora UG na wierzchołku góry lodowej jak dotąd podpisało niespełna 200 osób, a więc mniej więcej jedna osoba na tysiąc zatrudnionych na etatach naukowych. Zatem droga do osiągnięcia przyzwoitości akademickiej jest bardzo daleka. Zobaczymy, czy decyzje nowego ministra będą zmierzały do skrócenia tej drogi.

Tekst wydrukowany w tygodniku Gazeta Polska 47 z 18 listopada 2020 r.

Czy nowy minister da radę plagom akademickim?

Czy nowy minister da radę plagom akademickim?

Józef Wieczorek – PLAGI AKADEMCKIE

Nowym ministrem edukacji, tak wyższej, jak i niższej, ma zostać Przemysław Czarnek, prof. KUL, lecz nim został zaprzysiężony, już go zmogła plaga koronowirusa. Może doświadczenia z tą plagą będą mu pomocne w zwalczaniu jakże licznych plag akademickich. Już zauważył, że orientacje reformatorskie i ocenne w naukach humanistycznych i ‚twardych’ są rozbieżne i lepiej je traktować inaczej, aby była szansa na wzmocnienie nauk humanistycznych.

Zapowiada skończenie z ideologizacją szkolnictwa w postaci tęczowej, nie należy się więc spodziewać, aby rozpoczął treningi kładzenia się Rejtanem w obronie gender, co zapowiadał jeden z jego poprzedników.

Gdyby ministrowi udało się środki marnotrawione na tęczową ideologię przeznaczyć na podniesienie finansowania nauki i nauczania merytorycznego, to byłby to już postęp. Z dotychczasowych wypowiedzi ministra wynika, że jest raczej zwolennikiem działań konstruktywnych, a nie destruktywnych, i obroni naszą edukację przed tęczowym postępem na każdym szczeblu.

Ledwo rok akademicki się zaczął, a już mamy ofiarę walki z plagami i to na szczeblu rektorskim. Rektor Uniwersytetu Gdańskiego – Jerzy Gwizdała , który do tej pory uchronił się przed plagą koronawirusa, nie uchronił się, mimo deklarowanej uczciwości, przed plagą plagiatów. Padł tej plagi ofiarą i już przestał być rektorem, nawet zdalnym.

Jak do tej pory nie słychać o rektorach, którzy padli ofiarami skłonności do ustawianych konkursów, a ta plaga kładzie nasze uczelnie od lat, i to na obie łopatki. Ciekawe, czy minister skorzysta z doświadczeń Włoch, kraju mocno dotkniętego tak plagą koronawirusa, jak i plagami akademickimi, gdzie wdrażany jest w życie projekt ,Universita bandita’ – działań prokuratorskich wobec rektorów cierpiących na podobne skłonności do ustawiania konkursów akademickich.

Są one ujawniane w przestrzeni publicznej, stąd można skorzystać z tych przykładów na drodze do wyzwolenia się z tej plagi rujnującej nasz system akademicki.

Faktem jest, że poprzednik ministra nadał potężną władzę rektorom w ramach Konstytucji dla nauki, mimo że ci przez lata nie zdołali nauczyć się organizowania uczciwych konkursów. Zapowiadali podniesienie swych kwalifikacji przed kilkunastu już laty, na okoliczność jednej z licznych reform systemu akademickiego, prowadzonych tak, aby mimo zmian, wszystko pozostawało po staremu.

Tym razem chyba tak nie będzie mogło pozostać, bo mamy ustawę futerkową, a przecież wyznacznikiem władzy rektorskiej są gronostaje! Czy nie będzie konieczności pozbycia się tego fetysza władzy? Już przed kilkunastu laty studenci przerażeni rosnącą liczbą uczelni z nazwy wyższych, zarządzanych przez setki rektorów przystrojonych gronostajami, organizowali akcję „Gronostaj”, aby chronić populację tych pożytecznych zwierzaków futerkowych. Wówczas rektorzy zasłaniali się wielowiekową tradycją i przekonywali, że to nie oni napędzają koniunkturę na rynku futrzarskim. Teraz w przestrzeni medialnej panuje cisza odnośnie do gronostajów rektorskich!

Jakieś 10 lat temu, jeden z rektorów ostentacyjnie pozbył się togi i gronostaja, i w takim ‚negliżu’ się sportretował, budząc konsternację, a nawet oburzenie.

Warto pamiętać, że tym rektorem był prof. Leszek Pacholski, wówczas rektor Uniwersytetu Wrocławskiego i choćby z tego powodu przejdzie do historii. Nie słyszałem, aby inni rektorzy przez tę ostatnią dekadę poszli w jego ślady, zarówno gronostajowe, jak i naukowe.

Chyba nie zbadano do tej pory, czy gronostaje rektorskie mogą być nośnikiem koronawirusa, ale z powodu pandemii zachowanie należytego dystansu wobec gronostajów rektorskich winno być wskazane, a nawet wymagane. Ze względu na strategię nauki zdalnej, która raczej obniży wyniki nauczania, można się jednak spodziewać zmniejszenia natężenia mobbingu akademickiego a nawet szkolnego, co byłoby objawem pozytywnym. Trzeba mieć bowiem na uwadze, co kiedyś już wykazałem, że mobbing jest skuteczną metodą negatywnej selekcji kadr akademickich, a taka selekcja w tym systemie nie jest pożądana.

Aby system zmienić, konieczne jest natomiast zainstalowanie w systemie Polskiego Monitoringu Patologii Akademickich [POMPA] dla wypompowania patologii akademickich.

Należy życzyć nowemu ministrowi – redukcji nauki jak i edukacji bezobjawowej, oraz skupienia się na ochronie pozytywnej tzn. odmiennej od patologicznej, orientacji intelektualnej i moralnej kadr szkół z nazwy wyższych, jak i niższych.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska nr 43 z 21 października 2020 r.

Bolszewizm akademicki (i nie tylko) ma się dobrze

Bolszewia

Bolszewizm akademicki (i nie tylko)

ma się dobrze

BOLSZEWIZM

Po prostu ci ludzi tak odwykli od zrobienia czegokolwiek sami, a tak przywykli przywłaszczać sobie wszystko cudze, że im inne rozwiązanie nie postało w myśli.

Zofia Kossak – Pożoga

To opinia wybitnej pisarki po doświadczeniach instalowania bolszewizmu na Wołyniu przed niemal 100 laty. Ja takich doświadczeń z początkowym bolszewizmem siłą rzeczy nie mam, ale z bolszewickimi metodami tak w PRL, jak i w III RP to się zetknąłem i to nie jeden raz.

Szczególnie bliskie zetknięcia miały miejsce w sektorze akademickim, choć w schyłkowym okresie rozwoju systemu komunistycznego. Wcześniej świat akademicki generalnie reprezentował odmienny etos, ale wraz z ubywaniem świata II RP, ‚etos’ bolszewicki rósł w siłę, a praktykujący/rozpowszechniający ten etos – żyli dostatniej. I tak zostało mimo tzw. transformacji , bo świat akademicki od swych PRLowskich korzeni nie chciał i nadal nie chce się oderwać, a nawet ich poznać, zapewne aby nie mieć wyrzutów sumienia i zmniejszenia profitów.

Bolszewicka zasada przywłaszczania sobie cudzego w III RP wraz z rozwojem komputerów/internetu wręcz uległa wzmocnieniu, bo wielu uznało, że to co znalazło się w sieci, to można to łowić i jako swoje przedstawiać.

Plaga plagiatów stała się niejako symbolem obecnego systemu akademickiego i bynajmniej nie odnosi się ona tylko do studentów ( z czym się niby walczy), ale w niemałym stopniu do ich nauczycieli, których niemała część tak odwykła od robienia czegokolwiek samemu, tak przywykła przywłaszczać sobie wszystko co cudze, że inne rozwiązania całkiem im do głowy nie przychodzą [ tak jak pisała Zofia Kossak o bolszewii].

Czyli bolszewizm pełną gębą.

Co prawda Polska to kraj w głównej mierze katolicki, a VII przykazanie winno obowiązywać nie tylko katolików, jednak nikt sobie nic z tego nie robi, bo bolszewizm tak silnie nad nimi zapanował.

Plagiatorzy nie są wykluczani (na ogół) ze społeczności akademickiej, natomiast wykrywający plagiaty – jak najbardziej.

Nie nadają się do bolszewickiego społeczeństwa akademickiego !

Orientacja polityczna nie ma tu większego znaczenia – bolszewizm stał się ponad partyjny, można rzec – apolityczny ?!

Powszechnie kradnie się zdjęcia, bo to przecież – nic, każdy (niemal) je może zrobić, więc dlaczego to robić skoro można sobie przywłaszczyć łowiąc zdjęcia w sieci. Taniej to wychodzi – bo nie potrzeba kupić aparatu, być we właściwym miejscu i właściwym czasie ( to często sporo kosztuje), nauczyć się widzieć to czego inni nie potrafią dojrzeć – więc po złowieniu w sieci zdjęcie umieszcza się u ‚siebie’ ( broń Boże nie podając autora) i można uchodzić za twórcę. Jeśli autor prawdziwy by zaprotestował, albo oddał do sądu (sprawę ma wygraną nawet w naszych sądach) to by na drania wyszedł – bo tak u nas działa utrwalanie bolszewickich nawyków i zdobyczy.

Tak zresztą wygląda i sprawa tekstów złowionych w sieci, które rybacy przyrządzają nie tylko na przystawkę, ale i na główne danie. Rzecz jasna i takich ‚rybaków’ przyłapałem na gorącym uczynku, zaproponowałem co z nimi zrobić – ale co z tego ? [Na froncie walki z plagiatami – bez zmian https://blogjw.wordpress.com/2009/05/26/na-froncie-walki-z-plagiatami-bez-zmian/%5D

U nas istnieje wielka tolerancja w stosunku do tych co przywykli przywłaszczać sobie wszystko cudze, czyli bolszewików permanentnych. 

Grabież akademicka – wiedzy, dorobku, zbiorów naukowych, jest na porządku dziennym. Mimo upływu lat mam w uszach – pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, jest wiedzą PANu. No i co ? Jak nie dasz,  to zostaniesz załatwiony jak na każdym etapie funkcjonowania systemu bolszewickiego.

Z mojej roboty uczelnianej w historii mojej uczelni/instytutu zostawiono tylko ok. 20 %, [https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/recenzja-nauki-geologiczne-w-uniwersytecie-jagiellonskim/] resztę zapisując sobie na swoje konto – bolszewickie rzecz jasna. Zważyć przy tym należy, że moje konto zdaniem bolszewików było negatywne, bo prowadziło do ‚psucia młodzieży’ – ale jak je zapisano na konto akademickich bolszewików to stało się pozytywne !?

Nie znam ani jednego historyka, który by tę kwestię podjął, nie znam ani jednego ‚solidarnościowca’ aby wyraził solidarność z okradzionym z dorobku akademickiego – wręcz przeciwnie. Widocznie to są standardy, więc z nimi się nie walczy, lecz akceptuje, nagradza, gloryfikuje. Trzeba ludzi łączyć, a nie dzielić ! więc jak się podzielą tym co jeden zrobi, to ich to połączy, a jak taki jeden pójdzie w odstawkę, w niepamięć, to i dzielić nie będzie. Tak ‚rozumuje’ i propaguje bolszewia akademicka, bolszewii solidarnościowej nie wyłączając.

Wieczne (przynajmniej na ziemskim padole) potępienie dla okradanych, wieczne (przynajmniej dożywotne) uwielbienie dla bolszewii i jej zdobyczy, i w tej materii dobrej zmiany jak nie było widać, tak i nie widać.

Bolszewicki smog pokrył swym całunem niemal całą materię akademicką (i nie tylko).