Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora ?

Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora ?

W Polsce tytuł profesora cieszył się od lat dużym prestiżem w społeczeństwie, choć nie wszyscy odróżniają tytuł od stanowiska, a nawet od zawodu, stąd umieszczanie profesora uniwersytetu w rankingach prestiżu zawodów w Polsce. Przez lata, właśnie profesor uniwersytetu – umieszczany w kategorii zawodów – cieszył się największym prestiżem. Tak było w PRL!

Spadek prestiżu profesora

Jeszcze przez lata w III RP profesor uniwersytetu był leaderem rankingu prestiżu zawodów, choć jego przewaga nad innymi zawodami malała, i w badaniu CBOS w 2013 r. profesor spadł na drugie miejsce, bo społeczeństwo wyżej doceniło zawód strażaka.

W badaniu z roku ubiegłego profesor uniwersytetu znalazł się – uwaga ! – na 5 miejscu, ustępując prestiżem nie tylko zawodowi strażaka (nadal leader rankingu), ale także zawodowi pielęgniarki, robotnika wykwalifikowanego i górnika. Widać, że wzrost ilości uczelni, ilości stanowisk i tytułów profesorskich oraz wyższego wykształcenia społeczeństwa, przełożył się – o dziwo – na spadek prestiżu profesorów, którzy, jak można sądzić, swoimi kwalifikacjami, poziomem intelektualnym i moralnym sprawiają społeczeństwu zawód.

Ciekawe, że nawet wśród absolwentów wyższych uczelni profesor uniwersytetu pod względem poważania ustępuje strażakowi, a nawet pielęgniarce.

Można sądzić, że i absolwenci uczelni wreszcie się poznali, że z tymi tytułami to u nas jest coś nie tak. Widoczna jest zależność – im wyższe wykształcenie społeczeństwa, im więcej studiujących mających kontakt bezpośredni z profesorami, tym prestiż profesorów stopniowo maleje.

Gdy prestiż oparty był na bazie propagandy, mediów, ciągłego informowania o doskonałości uczonych, używaniu wobec nich określeń: koryfeusze, luminarze – jakoś to oddziaływało na społeczeństwo, ale w dobie otwarcia na świat, powszechnego już internetu, ta nadmuchiwana tytularna bańka zaczyna pękać, nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Warto też zauważyć, że nasze elity polityczne, w których mamy też profesorów w randze ministrów, posłów, czy działaczy partyjnych, ciągną się w ogonie tego rankingu. Taki jest społeczne znaczenie poszczególnych profesji. Winno to dawać wiele do myślenia, i to od dawna. A jakoś nie daje, zapewne dlatego, że myślenie przez lata uznawano (i to słusznie) za zagrożenie dla rządzących a wyrzucano (niesłusznie) na margines społeczny uczących myślenia krytycznego.

Obrzęd prezydencki

W Polsce tytuł profesora nadaje prezydent, stąd o takim profesorze mówi się, że jest „prezydencki” czy „belwederski”, gdyż zwykle ceremonie odbywały się w Belwederze. I tradycyjnej nazwy nie zmieniono, choć zmieniono miejsce nadawania profesur na Pałac Namiestnikowski. No cóż, nazwa „profesor namiestnikowski” mogłaby budzić złe skojarzenia.

Prezydent nie ma w obowiązku konstytucyjnym nadawania tytułu profesora, ale „decyzję o nadaniu tytułu profesora Prezydent RP podejmuje w formie postanowienia, wcześniej kontrasygnowanego przez Prezesa Rady Ministrów. Indywidualne akty nadające przedmiotowy tytuł, profesorowie odbierają z rąk Prezydenta’ [prezydent.pl]

Były wiceminister edukacji i były wiceminister nauki Zbigniew Marciniak uważa, że „procedury związane z nadaniem tytułu profesora belwederskiego są polską specyfiką i zupełnie wystarczyłby tytuł uczelniany …. w przyszłości trzeba zrezygnować z tej dekoracji mającej charakter obrzędowy, bez znaczenia dla jakości polskiej nauki.[ www.prawo.pl]

Natomiast jak czytamy w prawo.pl (Minister przeciwnikiem habilitacji i profesury) „Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego wielokrotnie dawał do zrozumienia, że habilitacja jest „polskim anachronizmem”, a tytuł tzw. profesora belwederskiego – „polską wyjątkowością”. Obydwie procedury, jego zdaniem, spowalniają ścieżki awansu naukowego młodych, wybitnych uczonych i dlatego jest to „obszar do poprawy”.

Faktem jest jednak, że w obronie tego swojego, słusznego moim zdaniem poglądu, były już minister nie położył się Rejtanem i w „Konstytucji dla nauki” ten „obszar do poprawy” nie został poprawiony. Polski system akademicki, nadal więc będzie wyjątkowy i spowalniający rozwój nauki, stąd nauka uprawiana w Polsce raczej nie będzie miała wiele szans aby się podnieść w światowych rankingach naukowych, a i „zawód” profesora może nadal spadać w polskich rankingach prestiżu.

W tym duchu argumentuje Andrzej Jajszczyk (Polska nauka przegrywa wyścig

Wszystko co Najważniejsze), znający dobrze anachroniczny polski system akademicki: wielkim problemem polskiej nauki jest jej nadmierna hierarchiczność, której elementami są stopień doktora habilitowanego i tytuł profesora. Już dawno stopnie te mają nikły związek z jakością legitymujących się nimi naukowców, a samo ich posiadanie stwarza złudne wrażenie wybitności.”

Mniej zorientowanym w tym naszym systemie tytularnym trzeba wyjaśnić, że w Polsce funkcjonuje także pojęcie profesora uczelnianego, które oznacza stanowisko na uczelni, a nie jest tytułem naukowym. Na ogół w przestrzeni publicznej takie rozróżnienie nie jest stosowane, a profesorowie uczelniani nie mają nic przeciwko temu aby uchodzić za ‚prezydenckich’. Jednak znający „kuchnię akademicką” o profesorach uczelnianych wyrażają się wręcz pogardliwie – profesor „podwórkowy”, nie mający takiego prestiżu jak profesor z nadania prezydenta. Czasem jednak, poziomem intelektualnym i osiągnięciami, taki profesor, podobnie jak zwykły doktor, może na głowę bić profesora „belwederskiego”.

Ale taki mamy system sprawiający złudne wrażenie wartości.

Warto przypomnieć, że w końcu PRL (ustawa z 1985r.) tytuł naukowy profesora

mógł być nadany osobie, która w pełni akceptuje konstytucyjne zasady ustrojowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i kieruje się nimi w swojej działalności”. Stąd wielu wybitnych naukowców, którzy tych pozanaukowych warunków nie spełniali, takim tytułem nie było obdarzanych, a nawet z systemu akademickiego byli usuwani.

Niestety w III RP zachowano ciągłość prawną, a także personalną z PRL, co jest jedną z najważniejszych przyczyn obecnego kiepskiego stanu nauki w Polsce, obniżenia prestiżu tytułu („zawodu”) profesora i braku zdolności profesorów do poznania historii uczelni oraz odpowiedzi na pytanie – skąd się wzięły obecne kadry akademickie ? (mój blog akademickiego nonkonformisty).

Prezydent jedynie notariuszem ?

Ostatnio w przestrzeni publicznej zaistniała sprawa profesury belwederskiej psychologa społecznego dr hab. Michała Bilewicza z Uniwersytetu Warszawskiego specjalizującego się w obszarach dyskryminacji i uprzedzeń.

Liczni naukowcy -psycholodzy (choć nie tylko) zorganizowali petycję (Petycja w sprawie nadania tytułu profesora dr hab. Michałowi Bilewiczowi – petycjeonline.com) w obronie dyskryminowanego ich zdaniem kolegi, do którego prezydent -w ich opinii- jest uprzedzony. Mimo, że recenzenci Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych wniosek profesorski Michała Bilewicza oceniali jednoznacznie pozytywnie, prezydent jeszcze tego wniosku nie podpisał. Naukowcy zatem traktują prezydenta jako notariusza, który ma bez zastanowienia i zwłoki podpisywać to, co mu komisja do podpisania podsunie.

Uważają przy tym, że zwlekanie z podpisem nominacji dla Michała Bilewicza jest „szkodą wyrządzoną na wizerunku Polski w oczach międzynarodowej społeczności uczonych, którą trudno będzie w przyszłości naprawić.”

Po co naukowcom potrzebny jest taki system, w którym awanse naukowe ma podpisywać bezrefleksyjnie prezydent – nie wiadomo.

Prezydent wśród naukowców nie cieszy się zbytnim prestiżem, ale naukowiec ma mieć prestiż, dopiero po podpisaniu jego awansu przez prezydenta ? Zdumiewające – nieprawdaż ? Badania rankingu prestiżu zawodów, wskazują jednakże, że ten prestiż nawet po podpisaniu nominacji przez prezydenta i tak spada. Widać, że pies jest gdzie indziej pogrzebany.

Dylemat prezydenta

Penetrując internet w poszukiwaniu informacji o podobno dyskryminowanym przez prezydenta naukowcu, ze zdumieniem dowiedziałem się, że będąc Polakiem nie jestem członkiem tego narodu, lecz jakimś tworem ideologicznym, bo jak zrozumieć słowa Bilewicza z Twittera „Nie oskarżam Polaków, tylko panoszącą się ideologię o nazwie Polacy”?

W jednym z wykładów kandydat na profesora stawia pytanie: Czy istnieje jakikolwiek sposób na przyswojenie sobie przez Polaków wiedzy o negatywnych wydarzeniach z historii ich narodu?

Widać, że motorem działalności badawczej kandydata na profesora belwederskiego, jest znalezienie sposobu na wpojenie Polakom – jako swoistej konstrukcji ideologicznej [?] – przekonania o ich winie, nawet za to, czego nie uczynili.

Chciałbym, aby naukowcy – obrońcy rzekomo dyskryminowanego – wytłumaczyli mi, jak to się dzieje, że taki kandydat na profesora belwederskiego, nie wyrządza szkody wizerunkowi Polski i Polaków, a prezydent kraju Polaków, nad nadaniem prestiżu takiej antypolskiej osobie, i to w Polsce, ma przechodzić bezrefleksyjnie i bez zwłoki prestiż nadawać.

Czy Prezydent nie naruszyłby takim aktem Konstytucji, skoro jej Art. 130. mówi:

Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi- „Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Prezydent składa przysięgę wobec narodu, a nie jakiegoś tworu idelologicznego i w dodatku ma strzec niezłomnie godności Narodu, a kandydat na profesora tę godność w swej «naukowej» działalności narusza i szuka tylko jak przekonywać Polaków, aby czuli się winni, a nie jaka jest prawda, co jest obowiązkiem naukowca.

Prezydent ma zatem dylemat, czy postąpić wbrew swej konstytucyjnej przysiędze, czy też wystąpić jedynie w roli notariusza, aprobując to, co nie powinno być aprobowane.

Aby prezydent nie musiał

Powstaje pytanie:czy nie należałoby uwolnić prezydenta od obowiązku podpisywania nominacji profesorskich, skoro nie może brać odpowiedzialności za to, co naukowcy wypisują? Skoro prezydent nie powinien ingerować w badania/rezultaty badań naukowców (słusznie), bo to jest odpowiedzialność świata nauki, a nie prezydenta, to niech świat nauki bierze odpowiedzialność za kreowanie swoich członków na profesorów.

W końcu naukowcy, a w szczególności rektorzy, zwykle nas przekonują (słusznie), że uniwersytet winien być apolityczny, choć sami tego nie respektują (niesłusznie).

Prezydenta nie można obarczać odpowiedzialnością za spadek prestiżu tytułu profesora, skoro w nominacje nie może ingerować, a tylko jako «notariusz» ma je podpisywać. Nominacji na strażaka prezydent nie podpisuje a strażak prestiż społeczny ma, i to większy od profesora!

Co więcej prezydent u nas nie może odebrać tytułu profesora, choć jako «notariusz» ma go nadawać. Czy słyszał ktoś o odebraniu tytulu profesora komuś, kto go uzyskał w wyniku oszustwa np. plagiatu ? To co ? Prezydent ma odpowiadać za awansowanie w systemie akademickim oszustów ?

Prezydenci Stanów Zjednoczonych nie mają takich dylematów, bo nic im do nominacji profesorskich – tym zajmują się uczelnie.. I nauka na tym chyba lepiej wychodzi. Inaczej niż u nas.

Może by jednak przywrócić prestiż nauce dla dobra Polski i Polaków, którzy winni pozostać narodem a nie jakimś tworem ideologicznym w pseudonaukowych imaginacjach kandydatów do notarialnego podpisu ich nominacji/zatwierdzenia (nie)kompetencji przez prezydenta.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lipcu 2020 r.

Badacz mowy nienawiści ma profesorski problem

1

[zdj. z YouTube]

x

Badacz mowy nienawiści ma profesorski problem

 

Polskie środowisko akademickie zostało ostatnio postawione w stan gotowości bojowej, a to z powodu zbyt długiego oczekiwania na podpis prezydencki pod nominacją profesorską jednego z młodych badaczy – specjalisty od mowy nienawiści i pogardy.

Sytuacja jest kuriozalna, bo środowisko od lat walczące rzekomo o autonomię i apolityczność uniwersytetów, heroicznie broni dotychczasowego systemu tytularnego, obowiązującego, podobnie jak w czasach komunistycznych, w nauce polskiej. Zwieńczeniem karier akademickim w takim systemie jest profesura prezydencka, zwana popularnie belwederską, bo to w Belwederze w czasach PRLu ją wręczano, w warunkach upolitycznienia i autonomicznego decydowania KC [Komitetu Centralnego, poprzez mu podporządkowaną CKK] zastąpionego w III RP przez CK, przemianowaną ostatnio na RDN – Radę Doskonałości Naukowej.

Prestiż uwarunkowany politycznie

Mimo postępowych zastąpień istota systemu pozostała, upolitycznienie karier – także, a autonomii akademickiej w tej materii jak nie było, tak nie ma, bo środowisko jej nie chce – i to w ramach walki o autonomię [sic !].

Uczelnie mogą autonomicznie zatrudniać naukowców na motywach merytorycznych i to na stanowiskach profesora uczelnianego, ale takie stanowiska nie są prestiżowe i zwane niemal pogardliwie – podwórkowymi. Prestiż naukowy, w tym kuriozalnym systemie, daje dopiero tytuł uwarunkowany politycznie. Co prawda często jest to tylko prestiż lokalny, nie uwzględniany w rankingach światowych, ale ceniony przez polskie społeczeństwo, na ogół zupełnie się nie orientujące w tej tytułomanii, ale same tytułomanię gloryfikujące !

Czyli mamy sytuację zgoła schizofreniczną – środowisko chce mieć autonomię, ale nie chce z tej autonomii korzystać, chce być apolityczne, zdobywając prestiż uwarunkowany politycznie.

Chce się przy tym liczyć w świecie i to zachodnim, ale tworząc system osobliwy, ograniczony do bloku wschodniego, nie bacząc na to, że system ten nas dołuje od lat. A argumentem przeciwko zmianie systemu jest to, że ten system podobno trzyma u nas poziom nauki – poziom, który jest w zaniku i jest niemal niedostrzegalny w systemach monitoringu naukowego.

Od lat, ci którzy nie aprobują takiego systemu, przenoszą się to do innych krajów i co najmniej 1/3 potencjalnej elity polskiej znajduje się poza Polską, a u nas narzekamy na brak elit i trzymamy się systemu dla tworzenia elit szkodliwego.

Ostatnio w przestrzeni publicznej zaistniała sprawa profesury belwederskiej psychologa społecznego dr hab. Michała Bilewicza z Uniwersytetu Warszawskiego specjalizującego się w obszarach dyskryminacji i uprzedzeń.

Liczni naukowcy -psycholodzy [choć nie tylko] zorganizowali petycję [Petycja w sprawie nadania tytułu profesora dr hab. Michałowi Bilewiczowi – https://www.petycjeonline.com/petycja_w_sprawie_nadania_tytuu_profesora_dr_hab_michaowi_bilewiczowi ] w obronie dyskryminowanego ich zdaniem kolegi, do którego prezydent ich zdaniem jest uprzedzony. Mimo, że recenzenci Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych wniosek profesorski Michała Bilewicza oceniali jednoznacznie pozytywnie, prezydent jeszcze tego wniosku nie podpisał. Naukowcy zatem traktują prezydenta jako notariusza, który ma bez zastanowienia i zwłoki podpisywać to, co mu komisja do podpisania podsunie. Uważają przy tym, że zwlekanie z podpisem nominacji dla Michała Bilewicza jest „szkodą wyrządzoną na wizerunku Polski w oczach międzynarodowej społeczności uczonych, którą trudno będzie w przyszłości naprawić.”

Po co naukowcom potrzebny jest taki system, w którym awanse naukowe ma podpisywać bezrefleksyjnie prezydent ? – nie wiadomo. Prezydent wśród naukowców nie cieszy się zbytnim prestiżem, ale naukowiec ma mieć prestiż, dopiero po podpisaniu jego awansu przez prezydenta ? Zdumiewające – nieprawdaż ?

Petycję podpisują i zagraniczni uczeni – podobno prestiżowi, zdaje się także ci, którym żaden prezydent nie podpisywał [bo nie musiał] nominacji profesorskiej. Skąd zatem oni mają prestiż ? I dlaczego uważają, że Bilewiczowi potrzebny jest podpis prezydenta, aby ten prestiż miał ? Autonomiczne środowisko naukowe, na drodze do poznawania prawdy samo winno decydować o awansach innych naukowców i brać odpowiedzialność za te awanse, nie zrzucając tej odpowiedzialności na polityka – prezydenta w roli notariusza.

Polacy tworem ideologicznym ?

Penetrując internet w poszukiwaniu informacji o podobno dyskryminowanym przez prezydenta naukowcu, ze zdumieniem dowiedziałem się, że będąc Polakiem nie jestem członkiem tego narodu, lecz jakimś tworem ideologicznym, bo jak zrozumieć słowa Bilewicza z Twittera „Nie oskarżam Polaków, tylko panoszącą się ideologię o nazwie Polacy” ? Czyli Polacy to nie naród, tylko jakiś twór ideologiczny, którego jestem jakimś komponentem. Gdyby tak ci naukowcy wytłumaczyli tę kwestię byłbym wdzięczny. W końcu, jako doskonali winni doskonalić mniej doskonałych, a nawet całkiem niedoskonałych, i to nie ideologicznie, lecz merytorycznie.

Przede wszystkim winni mi (i nie tylko mi) też wytłumaczyć, jak to się dzieje, że taki kandydat na profesora belwederskiego, nie wyrządza szkody na wizerunku Polski i Polaków, a prezydent kraju Polaków, nad nadaniem prestiżu takiej antypolskiej osobie, i to w Polsce, ma przechodzić bezrefleksyjnie i bez zwłoki prestiż nadawać.

Zajrzałem na blog jednego z profesorów od doskonalenia https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2020/04/uprzedzenie-do-psychologa-badajacego.html i zauważyłem, że nie ma on uprzedzenia do psychologa badającego uprzedzenia i stawia przy tym pytanie „Czy pozamerytoryczne kryteria mają rzutować na dyskryminowanie uczonych?„ jakby sugerując, że jest po stronie merytorycznych wartości dorobku ‚dyskryminowanego’, a nawet poleca wykład kandydata do tytułu naukowego profesor, „o mowie pogardy”. https://www.youtube.com/watch?v=ZklC6-gAqVI

Rzecz jasna zapoznałem się z polecanym wykładem, który mi nieco rozjaśnił sprawę kandydata na profesora belwederskiego.

2

Wykład miał miejsce w auli uniwersytetu moich czasów studenckich i był prowadzony przez byłego rektora UW – rzecz jasna profesora belwederskiego – Piotra Węgleńskiego,

3

który zapisał się w mojej pamięci i w moim życiorysie, występując w roli Heroda [ https://blogjw.wordpress.com/2008/12/20/jaselka-akademickie-z-rektorem-uw-w-roli-heroda/], po tym jak oznajmiłem publicznie o rodzeniu się wolnej myśli akademickiej w postaci założonego przeze mnie Niezależnego Forum Akademickiego. Swoją mowę nienawiści i pogardy umieścił na gościnnych łamach Gazety Wyborczej, organu jak wiadomo od lat potępiającego swoiście pojmowaną mowę nienawiści i pogardy oraz walczącego z „tworem ideologicznym o nazwie Polacy”. Do moderowania wykładu kandydata na profesora belwederskiego o mowie pogardy/mowie nienawiści, zatem w sam raz się nadawał.

W swej przedmowie do wykładu kandydata na profesora belwederskiego, doskonały w mowie nienawiści i pogardy profesor belwederski całkiem pominął swoje osiągnięcia w tej materii.

W niemal 1,5 godz. trwającym wykładzie, kandydat na profesora belwederskiego prezentował wiele przykładów wyników badań ilościowych nad mową pogardy/nienawiści,

5

ale nie podał, czy w tej statystyce znalazła się mowa nienawiści/pogardy moderatora wykładu. Nie ma zatem pewności czy badania nie były wybiórcze, naruszające standardy badań naukowych. Podczas półgodzinnej dyskusji nikt – z dość licznych słuchaczy wykładu – nie odniósł się do zaprezentowanej metodologii badań kandydata.

Trzeba zaznaczyć, że moc tych badań analitycznych oparta była na wpisach na Twitterze czy Facebooku, czyli platformach – mediach społecznościowych, stojących na straży standardów wypowiedzi, piętnujących mowę nienawiści, ale w sposób nader osobliwy, usuwając np. wpisy propagujące życie i rodzinę, a zezwalające na gloryfikowanie ideologii gender/LGBT, czy na obrażanie narodu polskiego, traktowanego jako swoisty twór ideologiczny.

Jak przekonać Polaków o ich winie 

W cyberprzestrzeni, już całkiem bez polecania przez kogokolwiek, natrafiłem na ciekawy tekst ‚dyskryminowanego’ kandydata na profesora belwederskiego – (Nie)pamięć zbiorowa Polaków jako skuteczna regulacja emocji – z 2016 r. https://journals.openedition.org/td/1564 , w którym autor

przedstawia ‚model unikania awersyjnych emocji moralnych (winy, wstydu), oparty na teorii regulacji emocji Jamesa Grossa oraz wykorzystano przykład polskiej debaty o zbrodni w Jedwabnem jako ilustrację tego modelu’ ważny ‚do zrozumienia zjawiska (nie)pamięci zbiorowej w Polsce, a dokładniej defensywnych reakcji na nową wiedzę historyczną dotyczącą negatywnych zachowań członków własnego narodu’.

Na przykładzie sprawy Jedwabnego argumentuje, że ‚strategia selekcji sytuacji jest stosunkowo najskuteczniejszą metodą uniknięcia pojawienia się emocji wstydu bądź winy’ zaznaczając, że ‚w konfrontacji z historią Jedwabnego znajdziemy też wiele przykładów modyfikacji sytuacji – a zatem takiego jej ujęcia, w którym wiedza przestanie być zagrażająca. Próbą modyfikacji sytuacji były wszelkie zabiegi dyskredytujące kompetencje zawodowe autora Sąsiadów… ‚ przypominając przy tym ‚list Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego (AHA), organizacji zrzeszającej 12 000 amerykańskich historyków, którzy wystąpili do polskiego rządu w obronie Jana Tomasza Grossa, podkreślając jego kompetencje historyczne – zareagowali na inną strategię regulacyjną, jaką są próby cenzurowania (przez działania polskiej prokuratury wobec historyka).’

Jak widać kandydat na profesora belwederskiego zastosował niemal pogardzaną przez siebie ‚strategię selekcji sytuacji’, jako metodę uniknięcia pojawienia się emocji wstydu bądź winy.

Selekcjonuje sytuacje obrazujące zbrodnie niemieckie wobec Żydów, zbrodnie Żydów wobec Polaków, Ukraińców wobec Polaków – i to ideologiczne, zapewne, aby uniknąć poczucia winy przez zbrodniarzy.

Pomija całkiem przykłady strategii regulacyjnych – cenzurowania badań historyków [i nie tylko] zmierzających do poznania prawdy, stawiając pytanie: ‚czy istnieje jakikolwiek sposób na przyswojenie sobie przez Polaków wiedzy o negatywnych wydarzeniach z historii ich narodu?’.

Widać, że motorem działalności badawczej kandydata na profesora belwederskiego, jest znalezienie sposobu na wpojenie Polakom – jako swoistej konstrukcji ideologicznej [?] – przekonania o ich winie, nawet za to, czego nie uczynili.

Apeluje, że ‚niezbędne jest takie prowadzenie debat historycznych, które koncentruje się na faktach’ i jest to apel zasadny, tyle że nie realizowany przez – bliskie kandydatowi na profesora belwederskiego – środowiska badaczy przejawiających jawny antypolonizm i działających poprzez ‚wyłączanie etyki troski i sprawiedliwości, a włączanie etyki lojalności i posłuszeństwa’ co całkiem wypacza rezultaty ich badań.

Niewątpliwie sprawa profesury belwederskiej Michała Bilewicza, metodologia jego badań i wnioskowań, postawa środowiska akademickiego wobec jego drogi awansowej i dróg innych badaczy, nawet dożywotnio pozbawionych awansów a pozostających pod pręgierzem mowy pogardy i nienawiści, postawa wobec autonomii nauki i modelu karier naukowych, to temat na niejedną debatę, skoncentrowaną na faktach, bez stosowania strategii selekcji sytuacji i bez włączania lojalności i posłuszeństwa wobec obecnego status quo.

P.S. Przy okazji wielkie dzięki dla profesora od doskonalenia mniej doskonałych i całkiem niedoskonałych, za polecenie wykładu moderowanego przez Heroda nauki polskiej – nie mam wątpliwości, że na drodze do doskonałości naukowej.

Czemu profesor Śliwerski publicystycznie szczuje na nie – profesora ?

Czemu profesor Śliwerski publicystycznie szczuje na nie – profesora ?

Profesordoktorhabilitowanynaukipolskiej Bogusław Śliwerski, jak podaje baza ludzi nauki – kierownik Katedry Teorii Wychowania Uniwersytetu Łódzkiego, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, b. członek Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów, aktualny członek Rady Doskonałości Naukowej, a więc człowiek nauki, wysoce uplasowany w hierarchii polskiego systemu akademickiego, dokonał ataku na innego człowieka nauki, także pedagoga, tyle że nie mającego władzy nad innymi i będącego obecnie w stanie spoczynku akademickiego, choć aktywnego w przestrzeni publicznej.

Atak nastąpił na codziennie aktualizowanym ( także w soboty i niedziele) blogu profesora’pedagog’ w dniu 13 czerwca 2019 r. w materiale zatytułowanym Herberta Kopca postmodernistyczna „szczujnia” publicystyczna

http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2019/06/herberta-kopca-postmodernistyczna.html

Na tym blogu widzimy coś w rodzaju apelu Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania’

Przypuszczalnie autor bloga skierował go tylko do osób chcących komentować to co on pisze, natomiast nie do siebie, stąd nie zrezygnował z umieszczenia materiału obrażającego kolegę po fachu.

Konsekwentnie nie zezwala umieszczać komentarzy pod swoim atakiem, które by zwracały uwagę panu profesorowi na niestosowności w tym materiale zawarte. Te zaś nie mogą aspirować ani do doskonałości naukowej, ani do etyki pedagogiki wychowawczej, w których to dziedzinach pan profesor jest ekspertem obdarzonym funkcjami decydenckimi.

Widocznie uznał, że skoro ma moc decydencką odnośnie doskonałości, pedagogiki i wychowania, to decyzje podjął, tak o opublikowaniu swojego materiału, jak i nie umieszczaniu komentarzy tę doskonałość podważających.

Ja w komentarzach starałem się umieścić taki tekst [ niestety na zrzucie jest tylko początek tego tekstu] który się nie ukazał [ nie przeszedł przez cenzurę profesora, dbającego aby wpisy były zgodne z jego standardami]:

tym niemniej w całości mój wpis umieściłem na moim profilu Facebooka, aby było mimo to wiadome, jak zareagowałem na to, co pan profesor powypisywał.

https://www.facebook.com/jozef.wieczorek ‚W czasach PRLu bywało, że za dyrdymały wypisywane przez członków CKK (podlegających polityce KC) stawiałem studentom 2 ( nauki przyrodnicze, a nie ideologiczne) i na podobne oceny zasługują też dyrdymały wypisywane przez członków CK w III RP.

Tekst członka CK, mimo że publicystyczny, nie zasługuje na pozytywną ocenę, bo tekst liczy co prawda ponad 13 000 znaków, ale nie wiadomo na czym te znaki się opierają. Prof. CK pisze o szczuciu, ale nie przytacza ani jednego zdania, które by dokumentowało, uzasadniało taką opinie i nie wiadomo czego ten tekst dotyczy.
A zatem jeno mamy do czynienia ze szczuciem na niewygodną z jakiegoś powodu [ z jakiego ?] dla prof. osobę, która go swoim jestectwem uwiera. Szczujnia profesora nie zasługuje zatem na uwagę, bo niby dlaczego coś takiego nobilitować jakąś polemiką.
Winien się tym jednak zająć jakiś rzecznik dyscyplinarny, aby zdyscyplinować profesora intelektualnie i moralnie i spowodować ujście powierza, gdyż z samego tekstu niejako widać jak się nadyma. Szkoda, że tego nie zilustrował jakimś selfie.
Na uwagę jednak zasługuje to co sam profesor, chyba przez roztargnienie, napisał o swoim tekście „może i posłuży komuś do analizy tego, jak nie należy wprowadzać czytelników w błąd„
Czekam zatem na stosowną analizę i przestrogę dla czytelników, którzy mogą być wprowadzeni w błąd takim tekstem.’

13” jest uważana przez lud pospolity za liczbę feralną, ale profesor jak na człowieka nauki – i to od doskonałości – przystało, nie wziął pod uwagę takiego przesądu i taki tekst popełnił, i to trzynastego’, chyba jednak tekst feralny – skoro do jego komentowania nie dopuszcza.

Merytoryczna polemika z tym co pan profesor powypisywał nie ma sensu, bo skoro tekst jest bez sensu, to nobilitowanie go też byłoby bez sensu, a nawet szkodliwe, a ja jednak jestem zwolennikiem doskonałości naukowej i jeszcze podczas wojny jaruzelsko-polskiej postulowałem aby szkodliwych dla nauki i edukacji profesorów przenosić w stan nieszkodliwości.

Niestety transformacja, także akademicka, poszła w zgoła odmiennym kierunku, stąd profesorów, i to szkodliwych, mamy moc, jeno nauka przez nich wytwarzana jakoś mocy nie ma.

Na to zwrócę uwagę, po raz kolejny, obywatelom zafascynowanym polskimi tytułami i nobilitacjami, choć zwracałem już na to wielokrotnie, na moim blogu akademickiego nonkonformisty – ale bezskutecznie.

Mam jednak prawo oczekiwać odpowiedzi na pytanie „Czemu profesor Śliwerski publicystycznie szczuje na nie – profesora ?” bo ja nie wiem, ale ja nie jestem ani profesorem, ani nawet bezkrytycznym miłośnikiem tytułów naukowych.

Czy moja wiedza zostanie przez profesora poszerzona ? Wszak jako etatowy i funkcyjny akademik ma obowiązek ją poszerzyć.