Profesor – fanatyk zaniedbywania studentów ?

m

Profesor – fanatyk zaniedbywania studentów ?

Jacek Majchrowski wielofunkcyjny obywatel Krakowa,  od 15 lat prezydent Miasta Krakowa (obecnie w trakcie 4 kadencji) a od 45 lat związany umową z Uniwersytetem Jagiellońskim, a od roku 2000 także z Krakowską Akademią im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego skończył lat 70 i zgodnie z prawem przynajmniej na UJ winien przejść na emeryturę . Prasa podaje jednak, że Majchrowski chce uczyć dalej [http://www.dziennikpolski24.pl/region/a/na-prezydenta-krakowa-czeka-naukowa-emerytura-z-ktorej-nie-zamierza-skorzystac,11985426/ale nie wiadomo, czy jego chęci zostaną zaspokojone.

Nie wiadomo też, czy czasem Majchrowski nie zamierza startować na kadencję piątą prezydenta Krakowa – jeśli tego prawo nie zabroni.

Do tej pory uczelnia (UJ) nie chciała rezygnować z etatu prezydenta Krakowa, mimo że zaniedbywał studentów – opuszczał wykłady i to od lat, ignorował dyżury, niewielki z niego mieli pożytek studenci przygotowujący prace magisterskie. W roku 2013 UJ wypłacił mu 95 tys. zł , widocznie wysoko ceniąc jego zaniedbywanie studentów ! [http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/3481311,prezydent-krakowa-nie-ma-czasu-dla-studentow,id,t.html].

Trudno się zatem dziwić, że mimo osiągnięcia wieku emerytalnego nadal chce studentów zaniedbywać, bo ok. 100 tys jednak nie jest do pogardzenia, choć – jak od lat słyszeliśmy – pensje profesorskie są głodowe i stąd nikt na poziomie na uczelni nie chce pracować.

To fakt, tym bardziej, że obecny poziom wyznaczają ci, którzy oszukują studentów i boją się myśleć, a nie każdy, a w szczególnie ktoś na jakimś poziomie, chce robić za durnia, za bezmyślnego z bojaźni, a oszukiwaniem się brzydzi. [https://blogjw.wordpress.com/2017/03/21/misja-uczelni-jest-uczyc-ale-misjonarze-sa-wykleci/]

Mimo kiepskich pensji na uczelniach ( jak u Majchrowskiego w 2013 r. prawie 100 tys na UJ, 185 tys. zł na Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego na Akademii) zdarzają się fanatycy uczenia studentów nawet po przejściu na emeryturę, nawet jeśli to formalne uczenie jest realnym zaniedbywaniem, bo 24 godz., na dobę nie da się pracować ( i to przez lata) nawet jak się jest profesorem.

Nadzwyczajna kasta akademicka z wynagrodzeń za pozoranctwo akademickie nie rezygnuje, bo przecież „Pecunia non olet’, a władze uczelni – przez tą kastę wybrane – bynajmniej pozorantom nie chcą zmniejszyć wynagrodzenia, mając na uwadze kolejne kadencje i po-kadencyjne umiejscowienie!

Ta sytuacja trwa od lat i to bez przeszkód, bez protestów, bo uczelnie z elementu niewygodnego – stanowiącego zagrożenie dla takiej formuły uczelni- same się oczyściły, usuwając na wieki / dożywotnio, tych którzy studentów nie zaniedbywali, wykłady i to ponad miarę – przeprowadzali, a studenci przygotowujący prace magisterskie mieli z nich wielki pożytek.

Tacy dla profesorów – szczególnie przewodniej siły narodu – stanowili zagrożenie, bo studentów nie oszukiwali i nie bali się myśleć, a co gorsza myślenia i to krytycznego studentów uczyli.

Takich na uczelniach nie można było tolerować, bo gdzie by naród zaprowadzili ?

Na kogo profesorowie zaniedbujący studentów by wychodzili ?

Władze uczelni wiedziały i wiedzą co robią ! Płacić trzeba i to dobrze wielofunkcyjnym, i to ‚pieszczącym’ wysokie funkcje, pozorantom, zaniedbującym studentów, oszukującym ich jak inni, bezmyślnym z bojaźni, bo ci stanowią gwarancje utrzymania się nadzwyczajnej kasty akademickiej na dalsze lata, a nawet wieki.

Alibi profesorskie dla generała

dzieje-uj-2000

Alibi profesorskie dla generała.

Rzecz o schizofrenii społecznej

 na okoliczność  obchodów  90-tej rocznicy  urodzin Wojciecha Jaruzelskiego.

 

Ostatnio po stronie opozycyjnej, patriotycznej,  ogromne jest  poruszenie na okoliczność  obchodów  90-tej rocznicy  urodzin Wojciecha Jaruzelskiego, do tej pory generała, który na okoliczność   takich obchodów czuje się  znakomicie, a na okoliczność  stawania  przed sądem – stoi nad grobem i to od lat .

Do tej pory ‘generała’ za nic nie skazano, nawet  nie został zdegradowany np. do stopnia szeregowca,  co w wojsku jest możliwe. Przez najbardziej wpływowego nadredaktora uznawany jest za patriotę,  a przy stole urodzinowym jubilata zasiadają też  legendy polskiej opozycji  lat 80-tych.

Oczywiście środowiska patriotyczne chciałyby go widzieć przed sądem  i skazanego za to co czynił, szczególnie za stan wojenny.

Niestety jest z tym problem, bo cieszące się największym szacunkiem i prestiżem  gremia profesorskie cieszącego się największym szacunkiem i prestiżem  najstarszego polskiego uniwersytetu (Lustracja dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego w ogóle  nie wykrywają w swych badaniach stanu wojennego,  a nawet  okres 1956-1989 r. nazywają okresem stopniowej liberalizacji.

 Więc za co generała stawiać przed sądem ?  jak go skazać ? jak go degradować ? 

Za stopniową liberalizację systemu ? za stan wojenny, którego nie było,  czy  był nic nie znaczącym wydarzeniem,  nie wartym nawet wzmianki historycznej ?

Problem generalsko-profesorski istnieje  i chyba nie da się go osobno rozwiązać. Alibi profesorskie dla generała jest silne !  tak jak silna jest schizofrenia społeczna widoczna na okoliczność obchodów  90-tej rocznicy  urodzin Wojciecha Jaruzelskiego.

Nikt szacownych nadal profesorów, mimo tego co piszą i innym do przyswojenia podają,    ani nie stawia przed sądem, ani skazuje, ani degraduje ( w przypadku profesorii nawet nie jest to możliwe i opozycja walczy aby tak pozostało !) . Baaa,  cieszą się szacunkiem i prestiżem, więc ten szacunek i prestiż przechodzi też na generała – nieprawdaż ? Prawdaż, prawdaż  i to jest  wyzwanie dla reformatorów  systemu,   aby  w systemie nie było wszystko na opak tak jak obecnie,  tylko całkiem inaczej.

Coś trzeba  zrobić,  aby  profesorom przywrócić szacunek i prestiż  należny, a nie propagandą narzucony i  bezkrytycznie wchłaniany. Trzeba obdarzać szacunkiem i prestiżem  tych,  co nie tylko stan wojenny są w stanie zidentyfikować, ale i jego skutki  są w stanie rozpoznać i innym potrafią prawdę przekazać. 

Tych, w szczególności profesorów, którzy tego nie potrafią,  należy zdegradować do  stopnia studenta,  aby dać im szansę  przyswojenia sobie tych oczywistości.  Fakt, że takich jest tak wielu,  że takie degradacje  nawet by uratowały niejedną uczelnię przed upadkiem likwidując skutki niżu demograficznego na uczelniach. A zatem korzyść była by co najmniej podwójna, a moim zdaniem nawet więcej krotna. 

Po takich degradacjach nie powinno być już problemu  z należnym osądzeniem/zdegradowaniem generała za czyny popełnione,  bo nikt obdarzony szacunkiem i prestiżem nie przedstawiałby alibi na jego korzyść, że stanu wojennego nie było,  lub może i był,  ale nic nie znaczył/żadnych szkód nie przyniósł. 

Wielka Czystka Akademicka  dokonana w epoce Jaruzelskiego  spowodowała jednak takie straty intelektualne i moralne, że taki scenariusz jest tylko marzeniem ściętej głowy na drodze do wyzwolenia z  komunistycznego raju.

Profesor uniwersytetu to jest rzeczywiście zawód, tyle że dla społeczności wykluczonych z systemu

schody wstępujące

Profesor uniwersytetu to jest rzeczywiście zawód,
tyle że dla społeczności wykluczonych z systemu

Ostatnio w Rzeczpospolitej czytamy:
‚Profesor uniwersytetu to zawód, który od wielu lat cieszy się w Polsce największym szacunkiem i prestiżem. W 2009 roku 84 proc. badanych przez CBOS uznało, że profesor to zawód najbardziej prestiżowy, dla 11 proc. badanych był średnio prestiżowy, a tylko dla 1 proc. – mało prestiżowy. (Profesorskie głowy i słowa-Eliza Olczyk 29-06-2013)
http://www.rp.pl/artykul/16,1024650-Profesorskie-glowy-i-slowa.html

Okazuje się, że profesor, który kiedyś był tytułem czy stanowiskiem,  stał się ostatnio zawodem.
Tak, tak,  wielu ten zawód (nie stanowisko, nie tytuł) w Polsce uprawia i tworzono nawet związki zawodowe dla obrony interesów tej grupy zawodowej, znanej z produkcji śmieciowych dyplomów na licznych polskich uczelniach,  więc słusznie się obawiającej naruszania ich interesów/pozycji/prestiżu, a w szczególności lustracji. Uprawiający dożywotnio zawód profesora boją się  zakwestionowania ich swoistego statusu pokrzywdzonych – przez los i ministra finansów.

Uczelnie ‚profesorskie’  w niejednym mieście są największymi zakładami produkcyjnymi i  w zakresie produkcji śmieciowych dyplomów/stopni/tytułów rzeczywiście mamy czołowe miejsce  w Unii Europejskiej, która zresztą obficie dotuje budowę tych zakładów produkcyjnych.

UE ma w tym interes, bo młodzi Polacy z dyplomami zasilają  rynek taniej siły roboczej  w UE, a  i starsi, obficiej udyplomowani,   też się przydają.
Uprawiający zawód profesora też mają interes,  bo z produkcji śmieciowych dyplomów się utrzymują,  nawet jak idzie niż demograficzny. Nie przejmują się nawet zbytnio, że nieruchomości akademickie   mimo niżu   stawiane na potęgę w dużych miastach trudno będzie zapełnić ludem akademickim.  Zarządzający uczelniami przekształcą się bowiem łatwo w agencje nieruchomości  i się z tego utrzymają,  bo z produkcji wyrobów intelektualnych i tak  utrzymać się nie są w stanie.

W II RP profesor to był prestiżowy  tytuł i stanowisko,  a wielu profesorów po odzyskaniu niepodległości wracało do Polski mimo biedy w niej panującej, a inni kuszeni posadami na Zachodzie nie chcieli wyjeżdżać,  bo  każda suma była dla nich  za mała na opuszczenie Polski – taki był w nich ‚patologiczny’ patriotyzm zakorzeniony-  np.  zacytujmy kilka słów o  przypadku Stefana Banacha : ‚ Za każdym razem na osobiste polecenie Norberta Wienera, „ojca cybernetyki”, usiłował namówić Stefana Banacha do emigracji do USA; po raz ostatni – gdy bawił we Lwowie w roku 1937. W odpowiedzi na kolejną propozycję wyjazdu Banach spytał: „a ile daje profesor Wiener?”.
– Przewidzieliśmy to pytanie – odparł zadowolony Amerykanin, sięgając do kieszeni. – Oto czek, na którym profesor Wiener wpisał jedynkę i złożył swój podpis. Proszę dopisać taką ilość zer, jaką pan uzna za stosowną!
Banach pomyślał chwilę i powiedział:
– „To za mała suma, jak za opuszczenie Polski”. http://kielich.amu.edu.pl/Stefan_Banach/mis1.html)

Dziś jest dokładnie inaczej – do Polski jak by nawet ktoś na poziomie akademickim chciał wracać to natrafi na bariery środowiskowe lub prawne, a wyjeżdża kto może, z wyjątkiem ‚frajerów’ i ‚nieudaczników’.

Mimo, że jesteśmy potęgą profesorską,  to jednocześnie mizerią naukową i nikomu to nie przeszkadza w uznawaniu profesora za zawód !? i to najbardziej prestiżowy. W końcu  profesor  jest    namaszczany  przez ‚prezydenta’ i to nieraz tajnego lub jawnego współpracownika systemu komunistycznego,  a ten system jak wiadomo zapewniał negatywną selekcję kadr akademickich i wysoki prestiż uprawiającym zawód profesora – prymusom tej selekcji, zatwierdzanvm przez organa PZPR,  więc najlepszym z najlepszych (sic!).  System nadal dobrze się trzyma,  więc i prestiż pozostał, podobnie jak i negatywna selekcja – więc pełnia szczęścia. Tak, tak, ta ironia jest w pełni uzasadniona.

Na uczelniach mamy profesorów – Ziejków, Romanowskich, Drewsów  itd.itp,   na uczelnie chętnie zaprasza się Baumanów i  ci okazuje się (sic !)  nie wpływają negatywnie na młodzież akademicką i jeszcze ochronę mają zapewnioną.

Prestiż zawodu nie maleje,  choć większość  profesorów sprawia jedynie zawód  swym postępowaniem. Niestety nie dla wszystkich,  ale głównie dla marginesu społecznego wykluczonego przez aparat komunistyczny i spadkobierców, który lepiej rozumie akademicką rzeczywistość.  Tak to jest, że wykluczeni przez komunistów jeszcze w PRL,  są wykluczani nadal w III RP, szczególnie na profesorskich uczelniach   i to nie tylko przez stronę rządzącą,  ale też ‚opozycję’ ! respektującą selekcję dokonaną przez komunistów !   Tak, tak,  to nie pomyłka !) .

Taki Ziejka  (k.o. ‚Zebu’ ) to mógł kierować nie tylko uczelnią, ale wszystkimi rektorami, Romanowski może bezkarnie  lżyć największego bohatera  – rtm. Pileckiego, Drews pisać bezkarnie  przeciwstawne recenzje, aby ‚zagrały’ na każdą okoliczność,  i środowisko wkluczone do systemu nie zaprotestuje ! A  niezadowolonych,  wykluczonych,  jakby zaprotestowali to się jeszcze skuteczniej wykluczy, także  z pamięci.   Najważniejsze,  aby wstępu w progi uczelni/w przestrzeń publiczną – nie mieli.

A jak uprawiający zawód profesora w swych wiekopomnych badaniach nie wykryją nawet stanu wojennego ( nie mówiąc o jego skutkach)  i   dają argumenty  sędziom aby Kiszczaków czy Jaruzelskich nie wsadzać do więzienia ( bo niby za co,  jak stanu wojennego nie było ?)   prestiżu nie tracą !  I to jest III RP właśnie.

Jak opozycja walczy aby prezydent nie poniewierał się w piekle

sąd piekło

Jak opozycja walczy aby prezydent nie poniewierał się w piekle

Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera – tak mówi staropolskie przysłowie, które warto sobie przypomnieć na okoliczność ustaw akademickich dotyczących tytułów profesorskich.

Otóż w polskiej hierarchii tytularnej, w czym od dawna się lubujemy (na ogół), najwyższym tytułem naukowym jest tytuł profesora, zwany często belwederskim, jako że był tradycyjnie przyznawany w Belwederze przez Prezydenta lub w PRL przez Przewodniczącego Rady Państwa. Nawet jak ceremonia wręczania profesorskich dyplomów została przeniesiona do Pałacu Namiestnikowskiego nie zmieniono nazewnictwa i tytuł profesora namiestnikowskiego nie zastąpił profesora belwederskiego.

Tytuł ten jest wysoko ceniony w społeczeństwie i jego uzyskanie jest marzeniem polskich naukowców, mimo że ocena naszych prezydentów nie jest wysoka. Mieliśmy Przewodniczących Rady Państwa (taka atrapa prezydencka) – marionetek komunistycznych, czy prezydenta – komunistycznego dyktatora, prezydenta – TW, czy prezydenta kłamcę, nie-magistra, cierpiącego ponadto na chorobę filipińską,  ale nadawane przez nich profesury mimo to cieszyły się i nadal się cieszą nieustającym powodzeniem.

Jednym słowem: nadawca – nieraz przeklinany, odbiorca  – zawsze podziwiany. Dziwne. Nieprawdaż ?

Prawdaż, prawdaż, ale jeszcze dziwniejsze jest to, że mimo ogromu profesorów tzw. nauka polska – czytaj profesorska, jakoś nie za bardzo się liczy w nauce sensu stricto, z wyjątkami co prawda, ale potwierdzającymi regułę. Amerykanie nie mają profesorów prezydenckich, czyli ‚białodomowych’, ale naukę mają, nawet jak prezydent jest do bulu (jak czasem u nas) nierozgarnięty. U nas raczej dominuje reguła – jaki prezydent (nadawca) – taki profesor (odbiorca), ale to nikomu (prawie) nie przeszkadza, mimo że prezydentów, podobnie jak profesorów przez nich nominowanych, na ogół mamy miernych.

Mimo to niemal każdy chciałby takie coś odebrać i dożywotnio pieścić na koszt podatnika.

Tak, tak, profesorowie u nas są dożywotni i nawet jak nic nie robią, nawet jak innym i Polsce szkodzą, nawet jak niewiele/nic pozytywnego nie zrobili, nawet jak tytuł nieuczciwie (np. przez oszustwa) czy politycznie ( np. z trampoliny partyjnej) zdobyli. Dożywotnio taki tytuł mogą sobie pieścić i profity z tego tytułu mieć.

Prezydent tytuł nadaje, ale odebrać nie może ! Bo tak prawo u nas jest skonstruowane i tak działa.

Chyba chodziło o to aby zabezpieczyć prezydentów, czasem grzeszników okrutnych, aby się w piekle nie poniewierali. Mimo, że kraj był komunistyczny ( i nadal w znacznej mierze jest) to korzenie ma chrześcijańskie i po chrześcijańsku traktował/traktuje swoich prezydentów. Szkoda, że innych nie zawsze.

Ponieważ w naszym kraju namnożyło się jednak sporo profesorów, można rzec  ‚z  nieprawego łoża’, bo oszustów, plagiatorów, a miłujące patologie polskie środowisko akademickie takich aprobuje, wspiera, wynosi na ‚trony’, obdarza gronostajami, trzeba się zastanowić czy aby te profesury muszą być dożywotnie, czy w ogóle są konieczne ?

Ostatnio ogłoszono projekt znowelizowania prawa tak, aby prezydent miał prawo odebrać to co sam nadał, nie bacząc na to, że to może narazić prezydenta na poniewieranie się w piekle. Może na górze doszli do wniosku, że taki prezydent i tak ma tyle grzechów, że od poniewierania w piekle nic go i tak nie ocali, więc niech ma przynajmniej moc odbierania tego co sam ( lub jemu podobni) dał.

Na dole tradycje chrześcijańskie są jednak silniejsze i takie rozwiązanie budzi sprzeciw. Chrześcijańska opozycja chce mimo wszystko prezydenta wybawić od ogni piekielnych i nie przystaje na taką nowelizację.

Argumentuje jednak inaczej – że to by upolityczniało naukę, a ta winna być apolityczna i prezydent nie może mieć mocy odbierania tytułów. Takie argumenty nie są jednak logiczne, bo skoro prezydent może tytuły nadawać, to systemowe upolitycznienie nauki jest zagwarantowane i niemoc odbierania bynajmniej nauki nie odpolityczni. To nie jest właściwa droga.

Ja usiłuję skierować opozycję na drogę moim zdaniem właściwą, pokazuję drogowskazy, ale w kraju piratów, któż by się drogowskazami przejmował ? Najlepiej ich nie zauważać.

Ja jestem zwolennikiem apolityczności nauki tzn. jej opierania na systemie prawdy i to świętej, a nie na gówno prawdzie w klasyfikacji prawd filozofa ks. Prof. Józefa Tischnera. W każdym razie nie na upolitycznionym systemie tytularnym sterowanym przez polityków w randze prezydenta i ich nadwornych uczonych.

Moim zdaniem prezydent winien być zwolniony z obowiązku nadawania tytułu profesora – nie mógłby i nie musiałby zatem go odbierać i od poniewierki piekielnej, z tego przynajmniej powodu, były wybawiony. Nauka winna być w rękach uczonych i to uczonych sensu stricto i to oni winni nadawać doktoraty i obsadzać najlepszymi doktorami stanowiska uczelniane, w tym profesorskie.

Gdyby profesor okazał się oszustem, plagiatorem, nieukiem wcześniej nierozpoznanym, szkodnikiem zdeprawowanym, to gremia naukowe otwarte na światowe korporacje uczonych i nie zamknięte w patologicznych pajęczynach, takich by przenosiły w stan nieakademicki, w stan nieszkodliwości, nie czekając na dokonanie żywota w profesorskiej todze na hańbę i szkodę stanu akademickiego i kraju całego.

Profesor kserowany a profesor mniej niż zero

Profesor kserowany a profesor mniej niż zero

Informacje o patologiach profesorskich nie są niczym niezwykłym, choć zwykle dotyczą profesorów uczelni prowincjonalnych, a nie tych czołowych, co sprawiać może wrażenie, że na najwyżej plasujących się w rankingach uczelniach –  patologii nie ma. Wrażenie takie może być uzasadnione wybiórczymi informacjami medialnymi, ale nie jest uzasadnione stanem faktycznym. O patologiach na ‚najlepszych;’ uczelniach w oficjalnym obiegu informacyjnym się nie pisze, chyba że w internecie.http://nfaetyka.wordpress.com/ , http://nfapat.wordpress.com/

Kolejny opisany przykład patologii profesorskiej (choć nie tylko profesorskiej) dotyczy także uczelni podrzędnych, ale warto się z nim zapoznać Profesor doktor kserowanyhttp://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1515686,1,calkiem-falszywy-profesor.read Marek Wroński . Polityka,20 ,2011 bo daje wiele do myślenia .

Rzecz dotyczy niemiecko-izraelskiego naukowca dr. Noaha Rosenkranza, który był zatrudniany na kilku polskich uczelniach, i to na stanowisku profesora uczelnianego (ostatnio Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach ) na podstawie skserowanych – fałszywych jak się okazało – dyplomów. Jak uzasadnia autor tekstu, każda z uczelni zatrudniła go z naruszeniem prawa, ale studenci lubili go za spójność i ciekawe wykłady z głowy. ‚ I choć profesor Rosenkranz był na kolokwiach i egzaminach wymagający, to studenci byli zadowoleni, ponieważ prowadził ciekawe i dobrze przygotowane wykłady, z których można się było wiele nauczyć’. Ale co z tego – ‚z racji tego, że Noah Rosenkranz był osobą nieuprawnioną, jego zaliczenia i egzaminy z mocy prawa są nieważne. Trzeba będzie je powtórzyć.’

Oczywiście – tacy fałszywi ‚profesorowie’ nie mogą pracować i wykładać na uczelniach, ale sprawa ma szersze znaczenie. Wykazała bowiem, że prawdziwi ‚profesorowie’ też są z prawem na bakier, nie mają kwalifikacji intelektualnych/moralnych do wykrywania oszustów, oceny ich dorobku naukowego, stąd hochsztaplerów w polskim systemie akademickim – mimo licznych komisji – nie brakuje.

Co więcej jest gorzej niż można by sądzić z informacji medialnych. W końcu opisany hochsztapler pod względem merytorycznym chyba szkód nie czynił – choć był przestępcą pod względem prawnym. Uczył dobrze, ciekawie, nawet za małe pieniądze i można było z jego wykładów wiele się nauczyć. Można jednak sądzić, że z polskiego systemu akademickiego taki ‚profesor’ słusznie zostanie niebawem wyrejestrowany.

Ale co z profesorami, którzy pod względem prawnym są w porządku – mają tytuły formalnie zgodnie z prawem ponadawane, ale nie uczą ani dobrze, ani ciekawie, o ile w ogóle czegokolwiek uczą, a biorą niemałe nieraz pieniądze i to z kieszeni podatnika. Ponadto zaliczone przez nich egzaminy i dyplomy, mimo braku wartości,  z mocy prawa nie muszą być powtarzane.

Wobec takich ‚profesorów’ nasz system jest całkowicie bezradny, a co więcej właśnie takich ‚profesorów’ od dawna na potęgę generuje. Tym samym szkody jakie tacy ‚profesorowie’ wyrządzają są wręcz niemożliwe do oszacowania, chociaż są wielkie i widoczne gołym okiem. Co więcej wielu z tych ‚profesorów’ ma wybitne ‚zasługi’ dla niszczenia innych nauczycieli, którzy uczyli/jeszcze uczą dobrze, ciekawie, z których wykładów można się było wiele nauczyć, nawet za małe pieniądze, a nawet bez pieniędzy, którzy generowali dyplomantów na poziomie itp. Tych polski system akademicki nie toleruje i nie ma woli aby wprowadzić instrumenty tolerujące (nie mówiąc już o preferowaniu – jak być powinno) pasjonatów nauki i edukacji. Takich w okresie czystek akademickich określano ‚zerami’, ale ‚prawdziwi’ profesorowie w żaden sposób tych ‚zer’ nie potrafili zastąpić, a przy tym: nie potrafią formować nowych naukowców, szczególnie lepszych od siebie ( takich przecież nie formują, ale eliminują) , nie potrafią wykładać, nie potrafią niczego nauczyć ani ciekawie, ani nawet nieciekawie, nie potrafią ocenić dorobku (bo go nie znają, a mają trudności ze zrozumieniem słowa pisanego, a nawet mówionego), nierzadko plagiatują te ‚zera’, które pousuwali i zapisują na swoje konto ich ‚zerowy’ dorobek, aby byli ‚prawdziwymi’ profesorami..

Wydawałoby się jasne, że tacy profesorowie, to są – profesorowie mniej niż zero, ale oni są takimi zgodnie z prawem i mają do tego prawa nabyte, o co nawet walczą związki zawodowe (aby je mieli do końca świata i nawet dłużej).

Mimo wszystko jest szansa, aby profesorów kserowanych wyrejestrować z polskiego systemu, ale na wyrejestrowanie profesorów mniej niż zero – szans nie ma żadnych.

 Pytanie – czy dla polskiego systemu akademickiego większe zagrożenie stanowi profesor kserowany czy profesor mniej niż zero ? 

Bycie profesorem w Polsce to nie zawsze honor

 

Bycie profesorem w Polsce to nie zawsze honor –

list do Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego

 

—– Original Message —–
Sent: Friday, February 05, 2010 12:45 PM
Subject: Bycie profesorem to w Polsce honor
(UWAGA: Niniejszym załączam list przesłany także, wraz ze wzmiankowaną  książką  – pocztą zwykłą.)
   

Kraków, 5 lutego 2010 r.

Szanowny Pan

Lech Kaczyński

Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

ul. Wiejska 10

00-902 Warszawa

Szanowny Panie Prezydencie,

Nie mogę się powstrzymać od reakcji na wypowiedź Pana Prezydenta w środę 3 lutego 2010 r podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim – „Bycie profesorem to w Polsce honor”. (http://www.prezydent.pl/aktualnosci/najnowsze-informacje/art,1171,bycie-profesorem-to-w-polsce-honor.html )

Niestety zarówno moje osobiste doświadczenia, jak i wieloletnia działalność w akademickiej sferze publicznej sprawiają, że tej wypowiedzi nie podzielam. Tak być powinno, ale chyba nie jest. Nader rzadko spotykam się z profesorami, którzy mają honor i czasem mówię – może i złośliwie, ale zgodnie z posiadaną wiedzą – że jedni mają honor – drudzy profesurę.

Obowiązująca w Polsce hierarchiczność stopni naukowych, tytułów i stanowisk niewiele ma wspólnego z pozycją naukową w świecie nauki. Polska jest potegą profesorską (jeśli chodzi o tytuły) ale mizerią naukową, co staje się już – na szczęście – wiedzą powszechną.

Jest to temat nie na krótki list, lecz na sporą książkę, podobnie jak sprawa honoru profesorskiego, która winna być przedmiotem wnikliwych badań.

Tak się składa, że miałem do czynienia z profesorami uformowanymi (przynajmniej na początku kariery) w II RP i już jako student nie miałem wątpliwości, że to był zupełnie inny garnitur, tak intelektualny, jak i honorowy, niż ci uformowani w PRL.

Niestety mimo transformacji ustrojowej nauka pozostała skansenem PRL, ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami, nie tylko dla nauki, ale dla całego społeczeństwa i pozycji Polski w świecie.

Brak honoru profesorowie manifestują na każdym niemal kroku i tylko ich demokratyczna mniejszość, i to zdecydowana, wykazuje się tzw. etosem akademickim.

Widać to było i nadal jest widoczne na przykładzie sprawy lustracji środowiska akademickiego, jak i na przykładzie jakichkolwiek prób reformowania istniejącego od PRL systemu akademickiego, generalnie hamującego wykorzystanie potencjału intelektualnego Polaków w Polsce i dla dobra Polski.

W opinii pro-reformatorsko nastawionej, znikomej części środowiska, obecna ‚tytułomania’ i hierarchiczność tytularna, ale nie zawsze merytoryczna, jest szkodliwa. Tytuł profesorski mógłby być zachowany jako tytuł honorowy nadawany przez Prezydenta dla najwybitniejszych w skali światowej uczonych, jako ukoronowanie ich drogi naukowej.

Obecny tytuł profesora ‚belwederskiego’ wcale nie stymuluje badań naukowych na najwyższym poziomie, chociaż część profesorów ‚belwederskich’ to wysokiej klasy uczeni.

Tytuł nadawany jest naukowcom o różnym poziomie naukowym, nie zawsze wysokim w skali międzynarodowej, którzy mają problemy z formowaniem nowych kadr naukowych, także z własnym honorem.

Z tytułem profesora wiąże się w praktyce nieusuwalność ze stanowisk, mimo zaniku działalności naukowej, przyzwolenie dla pozorowania jedynie badań, dla fikcyjnej nierzadko pracy dydaktycznej, a także do poczynań niegodnych pracownika nauki – jak plagiatowanie, fałszowanie historii, niszczenia niewygodnych, promowanie mizernych, czy członków swoich rodzin itd. itp

To jest wielka patologia, głównie profesorska, obecnego systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Tytuł profesora nie zawsze jest powodem do dumy, a nader często – powodem do zadumy.

‚Ryba psuje się od głowy’, a ta głowa jest mocno popsuta, bo stanowi efekt długotrwałej negatywnej selekcji kadr w PRL , co bynajmniej nie zostało zahamowane w III RP.

Ujawnianie patologii, czy najmniejsza nawet próba walki z patologiami, kończą się standardowo wykluczeniem ze środowiska, więc środowisko staje się coraz bardziej patologiczne i żadna zmiana pokoleniowa tego nie zmieni. Mamy reprodukcję kadr według patologicznych norm nabytych w PRL. Wyjątki potwierdzają jedynie regułę.

Niestety nie ma nawet instytucjonalnego monitoringu etyki i patologii środowiska akademickiego, a jedyną próbą takiej dzialalności w skali ogólnopolskiej jest założone przeze mnie Niezależne Forum Akademickie. Świadczy to o chorobie systemu, bo jedynie wykluczony ze środowiska może o tym środowisku coś prawdziwego powiedzieć. Nie wiem czy istnieje drugie środowisko, inna korporacja, które tak nienawidzi prawdy, w sytuacji gdy to właśnie poszukiwanie prawdy jest obowiązkiem tego środowiska, obowiązkiem finansowanym z kieszeni podatnika !

Jest znamienne, że po roku 1989 w nauce nie było odwilży, kolaboranci systemu komunistycznego (funckjonariusze SB, TW, aktywiści PZPR) bardzo zresztą solidarni, nadal odgrywają decydującą a przytnajmniej poważną rolę, a przeciwnicy systemu komunistycznego są na marginesie, lub poza systemem.

Profesorowie ‚belwederscy’ najstarszej polskiej uczelni piszą historię swojej wszechnicy bez umijętności zidentyfikowania w jej historii stanu wojenngo i tych fałszerstw każą się uczyć młodzieży. Jednocześnie eliminują lub szykanują tych, którzy działają na rzecz poznania prawdy historycznej.

Problem czystek akademickich prowadzonych u schyłku PRL pod batutą SB i PZPR jest tematem tabu. Jak zbyt drażliwy i chyba zbyt kompromitujący dla organizatorów i beneficjentów tych czystek, których nie brakuje wśród profesorów ‚belwederskich’, także wśród tych ostatnio nominowanych.

Władze uczelni heroicznie walczą o niepoznanie prawdy i o żadnym honorze tu nie może być mowy. Podobną postawę profesorowie wykazują w obronie, czy tolerowaniu członków korporacji, hańbiących środowisko akademickie.

Standardowe zachowanie środowiska na widocznie gołym okiem patologie – to odważne chowanie głowy w piasek, a przysłowiowa ‚podręczna strusiówka’ jest codziennym rekwizytem akademickim. Fakt, że to pozwala na przetrwanie, bo życie honorowe z podniesioną głową, kończy się często ‚ścinaniem głowy’.

Produkcji licznych kodeksów etycznych nie towarzyszy bynajmniej wzrost etyczności środowiska – wręcz przeciwnie. Rodzące się jak grzyby pod deszczu kodeksy i komisje etyczne stanowią raczej ‚ przykrycie’ dla zjawisk patologicznych, a nie ich ograniczenie.

Chciałbym wyrazić nadzieję, że Pan Prezydent przed kolejnymi nominacjami profesorskimi zapozna się ze skalą patologii środowiska i negatywnym oddziaływaniem także profesorów belwederskich na całą społeczność, nie tylko akademicką.

Z wyrazami szacunku

Józef Wieczorek

Prezes i redaktor Niezależnego Forum Akademickiego www.nfa.pl

ul./Smoluchowskiego 4/1

30-069 Krakow

e-mail jozef.wieczorek@interia.pl

tel. 609 659 124

PS.

W załączeniu przesyłam moją ostatnią książkę ‚Mediator akademicki’ powstałą w ramach działań na rzecz ograniczenia patologii w środowisku akademickim.

Bliższe uzasadnienie i udokumentowanie moich opinii można znaleźć w strefie NFA www.nfa.pl

m.in.

List otwarty do Prezesa Polskiej Akademii Umiejętności – Listopad 4, 2009

https://blogjw.wordpress.com/2009/11/04/list-otwarty-do-prezesa-polskiej-akademii-umiejetnosci/

Przyczynek do wyjaśnienia powstania luki pokoleniowej- Styczeń 30, 2010 

https://blogjw.wordpress.com/2010/01/30/przyczynek-do-wyjasnienia-powstania-luki-pokoleniowej/

NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI

m.in

http://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-zbigniewa-ben-zylicza/

http://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/

LUSTRACJA I WERYFIKACJA NAUKOWCÓW PRL

http://lustronauki.wordpress.com/

Profesor, który umie liczyć do 386

liczba-magiczna

Profesor, który umie liczyć do 386


W PRL kryteria awansów akademickich były merytoryczne. Jak ktoś wykazał się aktywnością, kiedy bili studentów ( w 68 r. ), to dostawał docenta. Uzasadnienia merytoryczne pisały wydziały akademickie i partyjne (KW).

Nie były to awanse na piękne oczy ! Często to były nawet oczy straszne i gęby obmierzłe, ale żeby dostać docenta trzeba było się zasłużyć merytorycznie (tzn. po stronie Grupy Trzymającej Władzę socjalistyczną !).

Na członka-korespondenta PAN trzeba było się nawet wykazać umiejętnością pisania, a to jak wiadomo nie jest takie proste. Kryterium merytoryczne było ostre i przestrzegane !

Dzisiaj te kryteria nie są już w modzie. Mamy lepsze.

Pisze się multum najróżniejszych recenzji a potem wyciąga jedną z kapelusza i jest jak u iluzjonisty. Albo obstawiamy swoje liczby, jak na loterii i kto trafi (ilością napisanych stron ) – ten profesor na wieki.

Na okoliczność sprawy habilitacji dr Marka Migalskiego na UJ wyszło na to, że Marek Michalski coś pisze i ujawnia to na stronach internetowych swojej uczelni, gdy tymczasem na stronie słynnego ostatnio Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ tam gdzie mają być Publikacje pisze – “Nie ma nic do wyświetlenia “.

To ciekawe. Jak oni porobili profesury skoro nic nie publikują, albo nie ujawniają to co napisali, aby nie było śmiesznie ?

Może pisać nie muszą umieć, skoro nie są profesorami-korespondantami a tylko profesorami (nienad)zwyczajnymi ?

Jeden z profesorów wykazał się jednak zdolnością liczenia. Mianowicie wyliczył Migalskiemu , żeteksty Jego autorstwa liczą w sumie 386 stron !‚ A to za mało na habilitację.

Ciekawe, bo w kryteriach awansu akademickiego nic nie ma o ilości stron jakie trzeba napisać na magistra, doktora, czy profesora !

Fakt, że u nas liczy się ilość, a nie jakość,  i na ogół ludziska składają grube teczki awansowe licząc, że nikt tego nie przeczyta, nie mówiąc już o rozumieniu.

Ale literalnie nie ma nakazu wykazania się iluś tam stronami tekstu. Moze te 386 to liczba feralna ?

Zresztą jak sprawdziłem ten wybitny znawca numerologii nie ujawnił na stronie (wydziału) żadnej strony swojego autorstwa ? Ciekawy numer ! Ale przeszedł.

Czyżby nie potrzebował się wykazać określoną ilością zapisanego papieru a profesora dostał ? Na jakiej podstawie ? Kto go ocenił pozytywnie ? Jak tu wygląda konstytucyjna równość wobec prawa ?

To, że profesor umie chyba liczyć do 386, to chyba za mało na profesurę. To muszą umieć dzieciaki ze szkoły elementarnej, które profesorami nie są !

Żeby coś się zmieniło w nauce polskiej to by trzeba najpierw zweryfikować profesorów, ale kto ich zweryfikuje skoro oni sami sobie zapisali w prawie, że to oni decydują, co i jak jest grane !

Może kryzys spowoduje, że z powodu braku pieniędzy na papier dorobek nie będzie oceniamy od ilości wyprodukowanej makulatury, tylko od tego co wartościowego dany delikwent zrobił . Może z braku pieniędzy nie będzie się takich profesorów zatrudniało na uczelniach ?

W resorcie nauki oszczędności można znależć wiele . Wystarczy aby wyrejestrować w/w profesorów, a zarejestrować takich, co nie tylko liczyć do 386 potrafią, ale i z pisaniem i czytaniem dają sobie radę, nawet jak pieniędzy nie ma.

No tak, tylko kto zawiesi autonomię od braku odpowiedzialności i rozumu, i przeprowadzi taką radykalną reformę ?