Plaga profesoromanii

Plaga profesoromanii

Aleksander Fredro już w XIX wieku w „Zapiskach starucha” obwieszczał, że „nową plagę Bóg na nas zesłał: Profesoromanię”. Wtedy profesorów było tyle co kot napłakał, ale przenikliwy obserwator ówczesnego życia widział już plagę, jaką stanowi tytułomania.

Co więcej, jakże trafnie oceniał naturę profesorów: „Prędzej złodziej przyzna się, że ukradł, niż profesor, że głupstwo powiedział”. Taka postawa profesorów stanowi do dziś źródło wielu innych plag akademickich.

Profesor ma dociekać prawdy, ale błędy – rzecz oczywista – też im się zdarzają. Gdyby profesor do błędu się przyznał, nic by się nie stało. Prestiżu by nie stracił, a prawda miałaby szansę, aby zaistnieć w przestrzeni akademickiej (i nie tylko). Niestety wielu profesorów, podobnie jak w czasach Fredry, do błędów się nie przyznaje, a zwykle tępi tych, którzy błędy zauważają i działają na rzecz ich naprawy. Na ogół marny ich los. Tracą szanse na awans, na dalsze utrzymanie się na etatach. Ich osiągnięcia są unieważniane, a nawet z domeny akademickiej są usuwani.

Taki stan rzeczy powoduje, że wielu profesorów do śmierci funkcjonuje, mimo popełnianych błędów, jako nieprzeciętne znakomitości. Fakt, wyróżniają się wśród przeciętnych, bo naprawdę nieprzeciętni, nieobojętni na błędy profesorów, znikają z otoczenia, często w wyniku systematycznej organizacji ich niepowodzenia zawodowego.

Cały świat akademicki krąży zatem wokół profesorów i nawet ci z nich, którzy byli nieobojętni na dobra intelektualne innych, popełniali plagiaty, nadane im tytuły „pieszczą” dożywotnio, w aurze doskonałości.

Istna nadzwyczajna kasta akademicka, do której chyba wszyscy chcieliby należeć. Profesorowie stanowią punkt odniesienia do obliczania uposażeń innych akademików, od ich liczby zależy ranga uczelni w polskiej domenie akademickiej i dotacje budżetowe, choć w rankingach światowych nie ma to najmniejszego znaczenia i te nasze najlepsze uczelnie są słabo notowane, albo wcale. Widać nasza profesoromania jeszcze świata nie ogarnęła.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 18 stycznia 2023 r.

Moje podsumowanie obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości na stronach Harvardu

Moje podsumowanie obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości na stronach Harvardu

Zakończyły się kilkuletnie {2017-2022] obchody 100. rocznicy odzyskania niepodległości [https://www.prezydent.pl/aktualnosci/polityka-historyczna/100-rocznica-odzyskania-niepodleglosci-rp/aktualnosci/para-prezydencka-wziela-udzial-w-uroczystosci-polonia-rediviva,63007] choć droga Orawy, krainy niemal nieznanej i zapomnianej, do niepodległej Polski była dłuższa, bo dopiero 6 maja 1924 została podpisana została tzw. „umowa krakowska” („Protokoły Krakowskie”), czyli ostateczne porozumienie polsko-czeskie o przebiegu granicy państwowej na Orawie (było to ostatnie z uzgodnień granicznych odradzającej się Polski). Czteroletnie obchody 100. Rocznicy przyłączenia Orawy do Niepodległej Polski jeszcze się nie zakończyły https://orawa2024.pl/kalendarium/

Na okoliczność podsumowania obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości chciałbym zwrócić i na mój przyczynek do tych obchodów, który dokumentowałem na kilku moich stronach internetowych i te moje dokumentacje zostały zauważone także na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda.

Na stronach serwisu biblioteki uniwersytetu Harvarda [ Harvard Libraryhttps://library.harvard.edu/ ] można znaleźć kilka moich fotoreportaży [linki niżej] – ponad 150 zdjęć, związanych z obchodami 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Ta moja działalność pro publico bono, jakoś nie znajduje zainteresowania polskich uczelni, podobnie jak moja osoba, w końcu autora wielu prac naukowych, wychowawcy wielu akademików, redaktora …….[https://blogjw.wordpress.com/autor/]. Przed stu laty mieliśmy drenaż polskich mózgów z zagranicy, obecnie od lat mamy drenaż polskich mózgów przez zagranicę lub domeny pozaakademickie. Jakoś tego problemu w tych obchodach nie uwzględniano, mimo moich propozycji https://wnet.fm/kurier/akademickie-szlaki-ku-niepodleglosci-w-jej-stulecie-po-30-latach-iii-rp-nasza-niepodleglosc-nie-jest-jeszcze-calkowita/

Dobrze, że pamięć od odzyskanej niepodległości jest przedmiotem zainteresowania zagranicznych uniwersytetów włączających do edukacji materiały tą pamięć dokumentujące.

Uważany za lewacki Uniwersytet Harvarda niejako promuje „nacjonalistyczne” wydarzenia, na których brak jest flag tęczowych a tylko flagi biało-czerwone. W czasie obchodów 100- lecia niepodległości na budynkach najstarszej polskiej uczelni zachowano natomiast parytet flagowy https://wnet.fm/kurier/co-oznaczal-dziwny-parytet-flagowy-na-budynkach-uniwersytetu-jagiellonskiego-podczas-obchodow-100-lecia-niepodleglosci/[biało-czerwona była słabo widoczna] a na innych nieraz powiewały flagi tęczowe.

Co więcej lewacki uniwersytet [ na ogół najwyżej lokowany w rankingach światowych ] respektuje własność intelektualną „ „maluczkich”i zasady Dekalogu [ VII nie kradnij], stąd moje fotoreportaże zostały umieszczone za porozumieniem stron [ bez gratyfikacji ze strony jednego z najbogatszych uniwersytetów świata, bo w końcu ja i tak jestem bogatszy] i odpowiednio opisane. [patrz niżej].

W domenie akademickiej kraju, który podobno stanowi redutę cywilizacji chrześcijańskiej [ opartej na Dekalogu], preferuje się natomiast tzw. XI przykazanie – nie bądź obojętny , w praktyce w wersji rozszerzonej – nie bądź obojętny na dobra innych i bez zezwolenia, czasem bez podania autora rekwiruje się własność intelektualną innych na swoje konta.[ https://blogjw.wordpress.com/2022/12/22/rzecz-o-wyznawaniu-xi-przykazania-rozwazania-na-okres-swiat-bozego-narodzenia-przeznaczone/]

Nie bez przyczyny moja książka na temat tzw. XI przykazania nie może u nas znaleźć wydawcy [ środowisko boi się ‚dekonspiracji’ ?]. Rzecz jasna, taki stan rzeczy dotyczy nie tylko uczelni, lecz i innych podmiotów życia publicznego w Polsce.

Antykultura unieważniania- cancel culture, która podobno przyszła z Zachodu, zrzucona niczym kiedyś stonka, jest u nas chyba bardziej rozpowszechniona niż na zgniłym Zachodzie. Rzecz jasna na stronach biblioteki Harvarda można znaleźć i moje pozycje naukowe ( wystarczy na wyszukiwarce zbiorów na stronie biblioteki wpisać moje imię i nazwisko) także te, które się ukazały bez wsparcia jakiejkolwiek instancji akademickiej, bez nakładów z kieszeni podatnika, także te stanowiące rezultat mojej naukowej działalności konspiracyjnej w III RP [ tak tak, konspiracja naukowa nie skończyła się po upadku PRL] o czym rzecz jasna biedni akademicy nie chcą słyszeć, pamiętać, heroicznie wdrażając w życie antykulturę unieważniania, tak historii, jak i osób. To tylko jakiś % tego co mogłem w domenie akademickiej zrobić ale w wolnej [podobno] Polsce nie ma zainteresowania taką działalnością [stąd deficyt dziesiątków, może setek publikacji naukowych o znaczeniu międzynarodowym, dziesiątki młodych ludzi nie wprowadzonych do domeny akademickiej, setek, tysięcy wykładów na aktualnym poziomie, które się nie odbyły …….. i to nie względu na kiepskie finanse uczelni! , z powodu niechęci do pracy akademickiej za kiepskie wynagrodzenie!

To decydenci domeny akademickiej są za to odpowiedzialni i jeszcze są za to gratyfikowani! To powtarzam, stąd się bierze drenaż polskich mózgów przez zagranicę i domeny pozaakademickie, gdy przed stu laty to Niepodległa Polska drenowała mózgi z zagranicy !

To trzeba podkreślać w podsumowaniu obchodów 100- lecia odzyskania niepodległości, mając nadzieję, że kiedyś dokona się porównania odzyskiwania niepodległości przed 100 laty po długim okresie rozbiorów z okresem odzyskiwania niepodległości po 1989 r. po kilkudziesięciu latach okupacji niemieckiej i sowieckiej, Takie porównania byłyby bardzo pouczające i powinny wejść do edukacji historycznej [HiT] , mimo że taka polityka pamięci nie pasuje do obecnego ‚postępu’.

w Harvard library

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [57 images]

Details

Title

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Polish Independence March, November 11, 2018.

Author / Creator

Wieczorek, Józef [digital photographer]

Variant title

constructed Title: Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Polish Independence March, November 11, 2018.

Publication info

Place of production: Cracow, Małopolskie, Poland

Description

Series of photographs depicting events that took place between October 31 and November 11, 2018, which marked the 100th anniversary of the liberation of Krakow from the partition powers. Event took place on Independence at Wawel, Droga Królewska, Plac Matejki and the Main Square in Krakow, Poland.

Materials/Techniques: born digital

Subjects

Poland 

Independence Day 

protest movements 

nationalism 

celebrations

Related information

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library

Copyright

These works are reproduced by Harvard Library under a Creative Commons (CC) – Non-Exclusive License for Non-Commercial Purposes. The works remain under copyright. It is the researcher’s responsibility to obtain permission from the copyright holder(s) prior to publishing, reproducing, or otherwise making any use of these images.

Creation Date

2018 (creation)

HOLLIS number

8001604220

Permalink

http://id.lib.harvard.edu/via/8001604220/catalog

Source

HVD – Images

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Exhibit: Independence. Around the Historical Thought of Józef Piłsudski. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [4 images]

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Concert by the Słowianki Song and Dance Ensemble. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [10 images]

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Exhibit: Fathers of Independence. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [12 images]

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

5Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Spectacle of Pride and Joy. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [44 images]

5

https://hollis.harvard.edu/primo-explore/fulldisplay?docid=HVD_VIA8001604224&context=L&vid=HVD2&lang=en_US&search_scope=default_scope&adaptor=Local%20Search%20Engine&query=any,contains,J%C3%B3zef%20Wieczorek&query=any,contains,J%C3%B3zef%20Wieczorek&offset=0,0

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

6

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Exhibit: Scholars at the Service of the Idea of Independence. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [8 images]

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

7

Independence March (Poland) Collection at the Harvard Library, Digital Images. Wieczorek, Józef | Fathers of Independence ceremony in Jordan Park in Krakow. Polish Independence March, November 11, 2018.

Wieczorek, Józef [digital photographer]

2018 (creation) [26 images]

Efekty wołania na akademickiej puszczy

Efekty wołania na akademickiej puszczy

Od lat ujawniam w przestrzeni publicznej patologie akademickie, wskazując na przyczyny słabości nauki uprawianej w Polsce. Wielokrotnie spotykam się z akceptacją moich argumentów, także przez osoby wysoko umieszczone w hierarchii akademickiej, z jednoczesną opinią, że to raczej wołanie na puszczy, niezbyt trafiające do adresatów, którzy nie chcą ich słuchać, a tym bardziej realizować.

Czyli co? Lepiej nie zakłócać błogostanu środowiska akademickiego i spokojnie, wygodnie patrzeć, jak następuje degradacja uniwersytetów? Faktem jest, że etatowi członkowie domeny akademickiej takich działań na ogół nie podejmują, wiedząc, że to może skończyć się wydaleniem z domeny, co wielu już spotkało. Domena jest odporna na takie zakłócenia i trzyma się heroicznie status quo, dążąc jedynie do zwiększania jej budżetu.

Pewne efekty mojej działalności jednak zauważyłem, choć na ogół spotykam się z unieważnianiem w ramach funkcjonującej w domenie cancel culture. Liczne teksty, postulaty, także książki i serwisy internetowe zwróciły jednak uwagę decydentów na destrukcyjne dla nauki znaczenie mobbingu akademickiego czy nepotyzmu. Podjęto działania. Inne pomijano milczeniem: o nienależytym dostępie do informacji publicznej, standardach rekrutacji i awansowania pracowników naukowych, realizacji projektów badawczych, nierespektowaniu praw pracowniczych… Niektóre co prawda były uwzględniane, ale przekształcane w kierunku odwrotnym do postulowanego, jak na przykład rzecznika praw akademickich skierowanego na prawa odmiennie zorientowanych seksualnie, z pomijaniem praw odmiennie zorientowanych intelektualnie i moralnie.

Część tych problemów była podnoszona w ramach zorganizowanego przeze mnie Niezależnego Forum Akademickiego, w którym – o dziwo – istotną rolę odgrywali naukowcy z polskiej diaspory akademickiej, z różnych stron świata (Europa Zachodnia, USA, Japonia, Australia). Im bardziej zależało na naprawie polskiej domeny akademickiej, do której mogliby wracać, ale w obecnym stanie nie miałoby to sensu.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 11 stycznia 2023 r.

O minionym roku

O minionym roku

W minionym roku uczelnie wróciły do bliskich kontaktów, tak w zespołach badawczych, jak i ze studentami. Nauka zdalna chyba się jednak tak spodobała akademikom, że pod koniec roku pojawiły się pomysły powrotu do takiego trybu, mimo odejścia pandemii. Nasze społeczności akademickie raczej źle się czują we wspólnotach.

Uniwersytety przestały być wspólnotami nauczających i nauczanych poszukujących razem prawdy, praca zaś i nauka zdalna chronią przed powszechnym na uczelniach mobbingiem, a w każdym razie zmniejszają jego natężenie. Lepiej się zatem trzymać z dala, aby jakoś przetrwać do następnego roku.

Wprowadzanie polityki równościowej na uczelniach natrafiało na spore trudności, bo wyrównanie 56 płci to jednak nie lada problem. Ograniczano się do prac wyrównawczych nad odmiennie zorientowanymi seksualnie, zaniechawszy odmiennie zorientowanych moralnie i intelektualnie. Ci zostali pozostawieni sami sobie.

Miniony rok upłynął pod znakiem swoistych sukcesów polskich uczelni, które w rankingach światowych dorównały do uczelni biedniejszych od nas krajów Afryki i Azji (Namibii, Etiopii, Bangladeszu…). Te osiągnięcia uznano za nieprzeciętne, mimo że są one poniżej przeciętnej europejskiej.

„Sukcesy” rozdmuchane przez media, z zadowoleniem przyjęte przez akademików, spowodowały natężenie roszczeń nieprzeciętnych wypłat z kieszeni przeciętnych podatników. Za punkt odniesienia dla finansowania w domenie akademickiej przyjęto pensje profesorów, jako najbardziej nieprzeciętnych, co wyraża się choćby tym, że inaczej niż przeciętni akademicy, nawet jeśli popełniali plagiaty, nic im nie grozi i tytuły nadane przez prezydenta RP mogą „pieścić” dożywotnio. Posłowie PiS pracują jednak nad tym, aby w nowym roku to się zmieniło i takim „zręcznościowym” profesorom grozi utrata dominacji nad „nieudacznikami”.

Jest też możliwe, że w nowym roku niekonstytucyjna do tej pory Polska Akademia Nauk (która nie znalazła się w Konstytucji dla nauki!) znajdzie swoje ustawowe miejsce w domenie akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 2 stycznia 2023 r.

Alfabet akademicki 2022 do korzystania z Elementarzem – niezbędnikiem akademickim na rok 2023 r.

Alfabet akademicki 2022 do korzystania z Elementarzem – niezbędnikiem akademickim na rok 2023 r.

Akademia i to nauk – PAN okazała się niekonstytucyjną, bo nie zmieściła się w ramach Konstytucji dla Nauki [sic!] ale na czele PAN stanął nowy prezes, który  „kurczy się wewnętrznie”,  gdy ktoś zwraca się do niego „per” profesor. Może jak się rozkurczy to i PAN postawi na nogi i włączy do konstytucji.

Bangladesz  znany z tego, że jest jednym z najbiedniejszych państw Azji i najmniej rozwiniętych państw świata . 57% ludności to analfabeci, ale tylko najlepsze polskie uniwersytety mogą się równać z uczelniami Bangladeszu.[ QS World University Rankings 2022]  Taki jest sukces powszechnej na naszych uczelniach polityki równości.

Cancel culture, czyli antykultura unieważniania, wymazywania, kasowania z wielkim sukcesem wdrażana w życie polskich uczelni w stanie upadłości, zagrożonych wymazaniem z domeny akademickiej    

Debata – istota uniwersytetów, realizowana obecnie w wersji wsobnej, aby nikt nie wyrażał odmiennej opinii od tej wyznawanej przez profesora

Elementarz kiedyś pomoc w poznawaniu literek, nauce czytania i pisania. Obecnie popyt na książkę Falskiego zaspokajają księgarnie akademickie, co wskazuje na postęp edukacyjny jakiego zaznaliśmy w ostatnich dekadach.,  

Finanse tak zaprzątają głowy akademików, że nic więcej się w nich nie mieści. Argumentują, że skoro są nieprzeciętni (wg własnej opinii) , winni być finansowani nieprzeciętnie (z kieszeni przeciętnego obywatela)

Gowin, kiedyś minister nauki, twórca niekonstytucyjnej konstytucji dla uczelni na drodze do osiągnięcia poziomu Bangladeszu,

Hartman – twórca etyki akademickiej życia codziennego, który zastąpił w roli wykładowcy etyki Karola Wojtyłę a nawet największym umysłom akademickim do głowy nie przychodzi, aby go przenieść w stan nieszkodliwości. Takie mają głowy i taką etykę.  

Idioci są też wśród profesorów, o czym na ogół wiadomo, ale mało kto wie, że idiotów jest więcej wśród profesorów niż wśród taksówkarzy, choć to oczywiste. Taksówkarz idiota, albo się zabije albo straci prawo jazdy, a profesor nawet za największe idiotyzmy czy przestępstwa nie zostaje pozbawiony profesury.

Jawność poczynań akademików, ciał akademickich, jest jawnie niejawna, bo jest się czego wstydzić.

Katedra, kiedyś ważny mebel akademicki, uznany za relikt wstecznictwa akademickiego, zastępowany przez dr[h]abinę akademicką, której trzeba podpiłowywać szczeble, aby inni czasem się nie wspięli na jej szczyt

Lockdown akademicki – stosowane ochoczo utrzymywanie dystansu do pospólstwa akademickiego, niezbędne dla utrzymania wyimaginowanego autorytetu

Łuczywo używane do oświetlenia izb wiejskich w Polsce do końca XIX wieku, a w XXI wieku do oświetlania izb akademickich w stanie kryzysu energetycznego spowodowanego przez akademików heroicznie walczących z klimatem

Migracje akademickie z Polski na Zachód i do Polski ze Wschodu dla osiągnięcia wzrostu umiędzynarodowienia nauki w stanie kryzysu cywilizacyjnego

Nonkonformizm – tępiona od lat postawa niepoprawnych akademików stanowiąca śmiertelne zagrożenie dla akademickiego establishmentu

Odmienne orientacje seksualne chronione dla zapewnienia różnorodności przez działy bezpieczeństwa na uczelniach, które są negatywnie ustosunkowane do odmiennie zorientowanych moralnie czy intelektualnie, naruszających równość akademików

Plagi akademickie, które spadły na uczelnie, wtłaczają je w bagienne podłoże

Rankingi uczelni pokazują, że filary naszych uczelni są źle posadowione. Równanie do uczelni Namibii, Etiopii, Kolumbii to nie jest powód od dumy, lecz do zadumy

Sitwy akademickie trzymają się mocno i żaden kryzys ich nie osłabia. Sami się rekrutują, oceniają, nagradzają, awansują i innym nic do tego. Inni mają na nich jeno płacić i podziwiać.

Trąd akademicki, nieleczony nie tylko degraduje pałac nauki, ale wydostał się z pałacu i niszczy tkankę społeczną. Nad szczepionkami na trąd akademicki nikt nie pracuje.

Uwiąd akademicki -stopniowy zanik wspólnoty akademickiej i obniżenie się sprawności działania środowiska akademickiego, wskutek przewlekłych, nieleczonych chorób toczących tak populację pozornie nauczających, jak i pozornie nauczanych

Wulgaryzmy – kiedyś mowa meneli, dziś standardy braci studenckiej i profesorskiej powracających do relacji mistrz – uczeń, tym razem na menelskiej platformie.

You Tube platforma dla filmów, dzięki czemu można się przekonać o braku zainteresowania debatami wsobnymi akademików, ale i o aktywności na rzecz poznania prawdziwego oblicza domeny akademickiej kasowanych z tej domeny

Zima pora roku w dobie globalnego ocieplenia budząca obawy i zatrwożenie właścicieli koniecznych do ogrzania nieruchomości akademickich

Sprawozdanie z działalności pro publico bono w roku 2022

Z Życzeniami przejścia przez nowy rok w postawie wyprostowanej działając pro publico bono w obronie zagrożonej naszej cywilizacji.

Sprawozdanie z działalności pro publico bono w roku 2022

W 2022 r nadal prowadziłem działalność pro publico bono –

”Nie dla zysku ani sławy,

ale dla Ojczyzny sprawy”

W wyniku tej działalności wzrosła ilość wytworzonych przez mnie materiałów, tak w domenie akademickiej, jak i patriotycznej.

Dokumentalistyka –

Nadal prowadziłem

Kanał You Tube – Józef Wieczorek TV – ok. 200 wideo w 2022 r.

3,5 tys, subskrybentów

Ponadto:

Blog akademickiego nonkonformisty

https://blogjw.wordpress.com/

ok.75 nowych tekstów w 2022 r. (głównie moje felietony z tygodnika Gazeta Polska, eseje z Kuriera WNET, Nowe Państwo i Arcana)

i jeszcze kilka stron w domenie akademickiej:

NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE ( ogłoszenia)

http://www.nfa.pl/

LUSTRACJA I WERYFIKACJA NAUKOWCÓW PRL

http://lustronauki.wordpress.com/

ETYKA I PATOLOGIE POLSKIEGO ŚRODOWISKA AKADEMICKIEGO

http://nfaetyka.wordpress.com/

MEDIA POD LUPĄ NFA

http://nfajw.wordpress.com/

NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI

http://nfapat.wordpress.com/

MOBBING AKADEMICKI – MEDIATOR AKADEMICKI

http://nfamob.wordpress.com/

Archiwum NFA

https://nfawww.wordpress.com/

oraz w domenie patriotycznej (głównie fotoreportaże –ponad 100 w 2022 r.)

FOTO AMICUS w Krakowie (i nie tylko)

https://fotoamicus.photo.blog/

Niezłomnym ku Niepodległości (2) Tym, którzy walczyli aby Polska była Polską  -https://niezlomnym.photo.blog/

Życie duchowe i religijne w Krakowie (i nie tylko)

https://krzyz.wordpress.com/

Nadal dostępne są w sieci strony archiwalne:

Niezłomnym ku Niepodległości. Tym, którzy walczyli, aby Polska była Polską

https://niezlomnym.wordpress.com/

Foto- Kronika Krakowa:

Józef Wieczorek w Krakowie ( i nie tylko) w 2019 r.

https://jwfotowideo.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2018

https://wkrakowie2018.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2017
https://wkrakowie2017.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2016
https://wkrakowie2016.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2015
https://wkrakowie2015.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2014
http://wkrakowie2014.wordpress.com/
http://wkrakowie2014cd.wordpress.com/

Józef Wieczorek – W Krakowie (i nie tylko) w 2013 roku
http://wkrakowie2013.wordpress.com/

W Krakowie (i nie tylko) rok 2012/2013
http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/

W Krakowie ( i nie tylko) w 2012 r.
http://wkrakowie2012.wordpress.com

W Krakowie (i nie tylko)
http://wkrakowie.wordpress.com/

W Krakowie i okolicach
http://krakjw.wordpress.com/

Krakowianie solidarni z Gruzją

Reakcja krakowian na łamanie praw człowieka w Gruzji

Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego -W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych

https://jubileusz650uj.wordpress.com/

Żołnierze Niezłomni w Parku Jordana w Krakowie

Pomniki „Żołnierzy Wyklętych” w systemie komunistycznym,

uhonorowanych w Galerii Wielkich Polaków XX wieku

http://niezlomniwparkujordana.wordpress.com/

Wojtek z Armii Andersa w krakowskim Parku Jordana

http://pomnikwojtek.wordpress.com/

Ponadto moje materiały zamieszczane są 

w wielu innych serwisach internetowych

blogmedia.24

http://blogmedia24.pl/blog/1196

salon24

http://jwieczorek.salon24.pl/

blogpress

http://blogpress.pl/blog/4146

Legion św. Ekspedyta

http://www.ekspedyt.org/

Nieopoprawni.pl

http://niepoprawni.pl/

Presmania.pl

http://pressmania.pl/

trybunalscy.pl

http://www.trybunalscy.pl/

ABC NIEPODLEGŁOŚĆ

abcniepodleglosc.pl

Ponadto:

Profil na Facebooku

https://www.facebook.com/jozef.wieczorek

i Twitter

W sumie materiały odwiedzane były – do tej pory – wiele milionów razy, choć pełnej statystyki nie mam.

Wsparcie

Co prawda dostęp do materiałów jest bezpłatny, ale tych, którzy je wytwarzają jednak to kosztuje, i to sporo. Samo utrzymanie linii produkcyjnej (wytworzenie materiałów i aby to co wytworzone zostało ujawnione i rozpowszechnione) to kilka tysięcy złotych rocznie a nakład czasu przekracza zatrudnienie etatowe (zapewne nie jednego człowieka).

Niestety wsparcia nie mam [w ciągu tego wieku może 1-2% materiałów zamieszczonych w sieci miało jakąś gratyfikację]. Taka jest solidarność.

Wydane książki w 2022 r.

Plagi akademickie

Trąd w Pałacu Nauki

[Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki]

Spotkań autorskich brak, dyskusji, krytyki merytorycznej – także. Upublicznione wywiady na temat książęk – w Poznaniu (Radio Poznań) i Warszawie (TV Republika). W Krakowie brak zainteresowania, a raczej bojkot, choć tematyka dotycząca spraw fundamentalnych w domenie akademickiej i fundamentów formowania elit, których zanik jest widoczny. Nie walczono z trądem, który zidentyfikowałem przed laty, tylko ze mną, więc trąd pozostał a nawet wydostał się poza Pałac Nauki.

Współpraca

W 2022 r. stale współpracowałem z Kurierem WNET (comiesięczne teksty) i tygodnikiem Gazeta Polska (cotygodniowe felietony) oraz tygodnikiem Niedziela (okazjonalnie zdjęcia), Pojedyncze teksty były publikowane w periodykach: Nowe Państwo i Arcana

Solidarne przemilczenie

Mijający rok 2022 był jednocześnie 35 rokiem od wypędzenia mnie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak się okazuje dożywotniego, co skutkowało luką co najmniej kilkudziesięciu dobrych naukowców, których zapewne bym wprowadził do domeny akademickiej [kilku – rozpoznawalnych międzynarodowo – wprowadziłem w czasach jaruzelskich jako młody człowiek, jakoś tak na drodze do wypędzenia z oskarżenia o negatywny wpływ na młodzież akademicką przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję!]. Nie odbyło się kilka tysięcy moich wykładów na poziomie [rocznie prowadziłem ok. 200 godz. wykładów na bazie zagranicznej, aktualnej literatury, czego pobierający pensje profesorskie nie byli w stanie robić, a ponadto seminaria, kursy terenowe …… ].Nie powstało co najmniej kilkadziesiąt a może kilkaset prac naukowych o znaczeniu międzynarodowym.

Takich domena akademicka [i nie tylko] III RP, w której uniwersytety abdykowały z poszukiwania prawdy realizując się w zakresie poszukiwania odmienności seksualnych, nie potrzebuje i nikogo to nie obchodzi.

W III RP nie miałem ani jednego wykładu, choć moje cieszyły się większym zainteresowaniem niż wykłady „profesorów” (o ile były). W III nie wprowadziłem żadnego studenta do domeny akademickiej, bo zastosowano w tej materii skuteczny lockdown!

Rektorzy okłamują społeczeństwo, że nikt nie chce pracować na uczelniach, że uciekają ze względów finansowych, ale tych, którzy chcieli i chcą pracować ze względów ideowych, z pasji naukowej i edukacyjnej, bez względu na finanse (lub ich brak) jak eliminowali, tak i eliminują z domeny akademickiej i wymazują z pamięci, z zakłamanych historii akademickich. Faktem jest, że stanowiłem i stanowię nadal zagrożenie dla „uniwersytetów” w stanie upadłości, które po moim wypędzeniu miały się wreszcie swobodnie rozwijać [UJ] a „rozwinęły się do poziomu Bangladeszu, Namibii, Etiopii …(jak wskazują rankingi światowe, z czego rektorzy, i nie tylko, są bardzo zadowoleni) .

A ważna przyczyna takiego „rozwoju”  – tępienie nonkonformizmu naukowego i krytycznego myślenia, które budzą trwogę wśród akademickich Herodów i im poddanych.

Rok 2022 to jednocześnie 37 rok wprowadzenia mnie na ścieżkę dyscyplinarną na UJ, z której do tej pory nie zostałem sprowadzony i nikogo to nie interesuje (także opozycjonistów – wobec prawdy ?!). Cicho sza.

Wobec antykultury unieważniania

[cancel culture]

Antykultura unieważniania/wymazywania/kasowania [cancel culture] odnosi wielkie sukcesy w domenie akademickiej [i nie tylko] i dotyczy w niemałym stopniu działających pro publico bono.

Moim zdaniem, bez solidarnego przeciwstawiania się tej antykulturze, marszowi lewactwa przez instytucje, w tym uniwersytety, które po tzw. transformacji otworzyły się szeroko na ten marsz, nasza cywilizacja łacińska nie ma szans na przetrwanie.

Wielu uważa, że ta moja działalność nie ma sensu, że to walenie głową w mur, wolanie na puszczy, którego nikt nie słyszy a nawet słyszeć nie chce. W części to prawda, ale prawdą jest, że podobne są reakcje na Dekalog, któremu poświęcono w ciągu tysięcy już lat gigantyczną ilość tekstów (także stron www), książek, a i tak ludzie się zabijają, kradną ….. i zmian na lepsze nie widać, więc wielu woli wyznawać 11 przykazanie (nie bądź obojętny), które jest bardziej przyjazne, stąd nie są obojętni [i]na dobra innych, w tym i moje.

A ja nie jestem obojętny na wyznawców XI przykazania, w takiej rozszerzonej wersji, po odrzuceniu Dekalogu i uważam, że taka droga jest właściwa i czekam na wsparcie oraz wydanie kolejnej książki

XI przykazanie?

Przestroga przed obojętnością nieobojętnych

mieszczącej się ramach cywilizacji chrześcijańskiej zagrożonej upadkiem.

Niestety, stan polskiego społeczeństwa, a akademickiego w szczególności, w roku 2022, jak i w latach ubiegłych, nie pozwala na optymizm co do możliwości obrony naszej cywilizacji. Chciałbym się mylić.

Józef Wieczorek

Na koniec roku 2022


 

Akademicka przewodnia siła narodu

Akademicka przewodnia siła narodu

Ulice 15 grudnia do dziś sławią powstanie PZPR, przewodniej – przez ponad 40 lat – siły narodu, której sztandary co prawda wyprowadzono u zarania III RP, ale przewodnicy nadal funkcjonują w życiu publicznym Polski, choć biuro polityczne PZPR niejako przeniosło się do Brukseli.

Wśród przewodników wysokiego szczebla, także brukselskiego, jest wielu akademików, choć – o dziwo – istnienie PZPR na ogół nie zostało nawet zauważone w historiach polskich uczelni. I ten stan rzeczy niemal nikogo nie dziwi. Nic bez nakazania/poparcia/przyzwolenia przewodniej siły narodu nie mogło w PRL funkcjonować. I na uczelniach obowiązywała nomenklatura partyjna, kształtując oblicza naszych uczelni – zarówno kadr, jak i absolwentów.

I ukształtowała w taki sposób, na tak długo, że nikt dziś nawet się nie zastanawia, skąd wzięły się obecne kadry akademickie. Na pytania: ile uczelnia potrzebuje pieniędzy, aby zidentyfikowała istnienie PZPR w swej historii, nie dostałem nigdy odpowiedzi. Nie można wykluczyć, że i przeznaczenie na taki projekt badawczy całego naszego budżetu nie byłoby wystarczające. Cel taki nie zostałby osiągnięty, bo chodzi przecież o unieważnienie istnienia i sposobów działania, formatowania domeny akademickiej (i nie tylko) przez PZPR, aby niewygodna dla beneficjentów prawda nie wyszła na wierzch.

Ta kosztowna polityka cancel culture chyba jest jedną z przyczyn ubóstwa uczelni – tak materialnego, jak i duchowego. Naukowcy wprowadzają do historii fałszywe informacje – chyba dla dezorientacji społeczeństwa – o spektakularnym upadku PZPR na uczelniach pod koniec PRL. Czyli co? Polityczne czystki pod koniec epoki jaruzelskiej przeprowadzały bezpartyjne władze uczelni? Podziemna jeszcze Solidarność?

O prześladowaniach partyjniaków, i to także w latach stanu wojennego (też nierozpoznawanego w historiach uczelni), sam słyszałem i do takich prześladowców mnie zaliczano – jeszcze w III RP! I dopiero po usunięciu „prześladowców” uczelnie mogły się rozwinąć do poziomu Bangladeszu, Namibii czy Etiopii.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 21 grudnia 2022 r.

Rzecz o wyznawaniu XI przykazania – rozważania na okres Świąt Bożego Narodzenia przeznaczone

Nieobojętni

Rzecz o wyznawaniu XI przykazania

 rozważania na okres Świąt Bożego Narodzenia

 i początek nowego roku przeznaczone

Szeroki, entuzjastyczny wręcz odbiór wprowadzanego do obiegu publicznego tzw. XI przykazania „nie bądź obojętny”, spopularyzowanego przez wypowiedź Mariana Turskiego w Oświęcimiu 27 stycznia 2020 r. [KW 69/2020], skłania do refleksji.

Warto zwrócić uwagę na karierę tego przykazania wśród elit, także akademickich, które niezbyt pozytywnie, a częściej wrogo, odnoszą się do wartości Dekalogu. Władze akademickie i niemała część środowiska wspierały „Strajk Kobiet” i manifestacje przeciwko ochronie życia, wyrażając tym samym niezgodę na przestrzeganie V przykazania. Podobnie jest z przykazaniem VII.

XI przykazanie wśród akademików

O tym, jak atrakcyjne jest w środowisku akademickim XI przykazanie w relacji do nielubianego przykazania VII, świadczy plaga plagiatów, z jaką mamy do czynienia od lat. Akademicy nie są obojętni na to, co zrobili inni, i rekwirują ich osiągnięcia na swoje konto, w całości lub w części. Tak się dzieje wśród studentów, co jest powszechnie znane i z czym próbuje się walczyć poprzez programy antyplagiatowe, ale także na poziomach wyższych i nawet najwyższych, tj. profesorskich, a nawet gremiów (Rada Doskonałości Naukowej) decydujących, kto może, a kto nie może być posiadaczem tytułu profesorskiego.

Plaga plagiatów opanowała tę domenę już dawno, ale skutecznych szczepionek na tę „pandemię” do tej pory nie wynaleziono. Walczy się z plagiatami na poziomie studenckim, ale im szczebel wyższy, tym walka słabsza, a jak ktoś osiągnął szczyty hierarchii akademickiej, w praktyce jest nietykalny. Profesorowie nie zamierzają się tłumaczyć, dlaczego przywłaszczają cudzą własność intelektualną. No cóż, jako wyznawcy wysoko cenionego XI przykazania po prostu nie są obojętni na dobra innych. Ale okres obojętności na przestępstwa profesorów – nadzwyczajnej kasty akademickiej – chyba się kończy, gdyż sejm pracuje nad taką zmianą ustawy, aby nawet profesorom-plagiatorom można było odebrać tytuł nadawany przez prezydenta RP.

 To optymistyczne, że w społeczeństwie, w którym tytuły traktowane są niczym świętość, niektórym posłom przychodzi do głowy możliwość pozbawienia tytułów, jeśli pochodzą one z poczynań przestępczych. Profesorowie, nawet z kręgu wyznającego Dekalog, nie zawsze brali pod uwagę taką możliwość. Tak wielka jest bowiem solidarność korporacyjna nadzwyczajnej kasty akademickiej.

Uczciwość w tych gremiach schodzi na dalszy plan, niezależnie od wyznawanych oficjalnie wartości. Oby taka ustawa weszła w życie! To najwyższy już czas.

Na ogół słyszy się, że nasza cywilizacja łacińska jest zagrożona, a fala destrukcji idzie ze zgniłego Zachodu. Warto jednak zauważyć, że poziom nieuczciwości, przynajmniej w domenie akademickiej, jest u nas – na terenie zwanym redutą cywilizacji łacińskiej – wyższy niż na zgniłym Zachodzie. Na uczelniach obowiązuje polityka równościowa i wyznawcy XI przykazania, można rzec akademicy zręcznościowi, wyrównują swoje niedobory kosztem innych i nie widzą w  tym nic niewłaściwego.

Większość akademicka takie standardy aprobuje, aby nie tracić szans na karierę. Generalnie wyznawcy i wprowadzający w życie XI przykazanie po odrzuceniu Dekalogu mają większe szanse na sukces, a wyznawcy VII przykazania nie tylko mają na swoim koncie mniej dóbr (z których są okradani), ale często doznają wykluczenia. Szczególnie wtedy, gdy ujawniają plagiaty. Nikt nie widzi powodu do solidaryzowania się z takimi odmieńcami.

Oto stan naszego środowiska akademickiego (i nie tylko) po dezintegracji Solidarności i oczyszczeniu uczelni z elementu zbyt przywiązanego do wartości Dekalogu.

„Nic niewarte” dobra

Wartość dóbr mrocznego nieraz pożądania, rekwirowanych na swoje konto przez „nieobojętnych”, nader często podlega deprecjacji. Skoro np. dobra te zostały umieszczone w przestrzeni publicznej, i to za darmo, to przecież nic nie są warte i można je przywłaszczać, nawet bez podania źródła. To jest problem cywilizacyjny.

Komunizm nie respektował własności prywatnej, a intelektualnej w szczególności, stąd ci, którzy z sukcesem przeszli czasy komunistyczne, często znakomicie sobie przyswoili standardy tego systemu. Nie są one zgodne z cywilizacją łacińską, ale ta słabnie, jest zagrożona upadkiem. Tylko najbardziej „zacofani” nie zdołali przyswoić sobie bardziej postępowych reguł i spychani są na margines, także w domenie akademickiej, która winna tworzyć fundamenty cywilizacyjne.

W praktyce antyplagiatowej banalizuje się skalę przestępstwa. Oblicza się, jaki procent jakiegoś dzieła został samowładnie „zapożyczony”, nie bacząc na to, że kilkuzdaniowy nawet plagiat może mieć większe znaczenie merytoryczne niż kradzież całej, mało wartościowej naukowo pracy. Ale kto by za takie drobiazgi kogokolwiek penalizował, a chociażby pouczał.

Jeszcze wyraźniej te sprawy widać w nierespektowaniu własności i wartości zdjęć, czy nawet filmów. Skoro niemal wszyscy obecnie zdjęcia robią i często umieszczają w przestrzeni publicznej, traktuje się je jak dobro publiczne bez właściciela, bez autora i się je rekwiruje (bez pytania o zgodę na wykorzystanie) dla podniesienia wartości swoich dzieł.

 Co prawda jest to występek przeciwko VII przykazaniu, ale nawet wyznawcy Dekalogu nieraz nic sobie z tego nie robią, a wyznający XI przykazanie często posługują się argumentem, że je realizują, bo nie są obojętni i autorzy winni być zadowoleni, a nawet im wdzięczni. To pokazuje, jak nisko upadła nasza cywilizacja. Zniesienie własności postulowali instalatorzy komunizmu i w niemałym stopniu im się to udało. Zacierają się zatem granice cywilizacyjne.

 Ciekawe, jak opisałby to Feliks Koneczny. Przecież podobno nie można być cywilizowanym na dwa sposoby.

Nieobojętni niczym Herod

Przed ponad dwoma tysiącami lat, u zarania cywilizacji chrześcijańskiej, nieobojętny na wieści o przyjściu na świat założyciela tej cywilizacji król Herod wysłał swych siepaczy, aby dokonali rzezi niewiniątek, z nadzieją, że zgładzi nowo narodzonego Jezusa. To mu się nie udało, ale nie można mu zarzucić, że był obojętny na zagrożenie dla swego panowania, z łaski Rzymu króla Judei. Przykładów takiej nieobojętności w historii ludzkości jest co niemiara.

W najnowszych czasach w noce grudniowe zwykle wspominamy przykład nieobojętności ze strony komunistycznej władzy na rodzenie się wolności polskiego narodu. Wcieliwszy się w Heroda, czerwony „ślepowron”, przerażony podważaniem zdobyczy najlepszego dla ludzkości systemu, propagowanego także przez lansującego XI przykazanie Mariana Turskiego, wysłał swoich siepaczy w grudniowe i pogrudniowe dni przez 40 laty, aby buntowników Solidarności eliminowali czy to z życia doczesnego, czy z działania na rzecz likwidacji komunizmu.

Koszty tych zabiegów były znaczne, rujnowały kraj, a trwoga nie ustępowała. Uznano w końcu, że lepiej będzie się transformować, dokonując kaptażu części antykomunistów mniej przywiązanych do Dekalogu i eliminując tych, którzy w tej operacji mogliby przeszkadzać. W elitotwórczej domenie akademickiej zweryfikowano negatywnie wpływających na młodzież akademicką – przyszłość narodu. Na Gwiazdkę, przed trzydziestu kilku już laty, dostali – niejako w prezencie – postanowienie o unieważnieniu ich akademickiego jestestwa, o wypędzeniu, nieraz dożywotnim. Stanowili bowiem zagrożenie dla „etyki” socjalistycznej, z pietyzmem wprowadzanej przez lata przez wyznających XI przykazanie, jeszcze wówczas tak wyraźnie w przestrzeni publicznej nie sformułowane, ale przecież przestrzegane.

W czasach internetu w cyberprzestrzeni ujawnili się jednak niektórzy z tych, których z systemu wyklęto, ale głów nie zdołano im ściąć. Wolna myśl akademicka miała zatem szanse na zaistnienie, a nawet rozpowszechnienie, większe niż w czasach komuny. Herodowie jednak nadal istnieli, i  to nawet u władzy.

 Gdy przed niemal dwudziestu już laty ogłosiłem samowładnie rodzenie się niezależnej od akademickich Herodów wolnej myśli w postaci Niezależnego Forum Akademickiego, spowodowałem tym aktem inscenizację jasełek, popularnych raczej wśród tradycyjnego ludu, ale – o dziwo – nieobcych także postępowym akademikom. Nie zorganizowano spektaklu ulicznego, gdyż na scenę dla jasełek swoje łamy udostępniła postępowa i ceniona przez akademików GazWyb. W rolę Heroda wcielił się sam rektor z gronostajem największej polskiej uczelni – Uniwersytetu Warszawskiego, a wspierali go przystrojeni w togi i birety senatorzy najstarszej polskiej wszechnicy.

Jasełka nie były całkiem udane, głowy mi nie ścięto, a wymiar sprawiedliwości nawet oznajmił, że nie musi mnie bronić, bo mam swoją stronę internetową, więc sam mogę sobie dać radę. Widać nie był obojętny na moje działania i docenił ich wiarygodność. Był to czas, gdy nadredaktor GazWyb ciągał po sądach swoich kolegów z niepostępowych gazet i sądy go broniły, bo widać uznały, że chociaż miał do dyspozycji największą gazetę i portal internetowy, to jednak nie dałby sobie rady. Uznałem się więc za zaszczyconego przez wymiar sprawiedliwości. Nadal moje działania nie są obojętne dla beneficjentów herodowych czystek akademickich i nieraz – i to także ci najwięksi – na swoje konta rekwirują to, co ja – znany nieudacznik – w domenie publicznie objawię, a jednocześnie stosują antykulturę unieważniania autora przywłaszczanych dóbr. Protestów ze strony tzw. naszych nie ma. Solidarność jakby przeszła w stan niebytu po akcjach Herodów.

Tym, którzy uważają się za obrońców cywilizacji chrześcijańskiej, należałoby na nowy rok życzyć większej refleksji i  rezygnacji ze wspierania XI przykazania i jego propagatorów, a wyznawcom XI przykazania, aby nie unieważniali wyznawców Dekalogu, bo upadek cywilizacji chrześcijańskiej niczego dobrego nie zapowiada, także dla nich.

Postępowi profesorowie chcą zastąpić WRONę

Postępowi profesorowie chcą zastąpić WRONę

Mamy już 41. rocznicę powołania Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, funkcjonującej od nocy 12/13 grudnia 1981 do 21 lipca 1983 roku jako zorganizowana grupa przestępcza o charakterze zbrojnym, która miała ocalić zbrodniczy system komunistyczny. Oprócz mordów na stawiających opór społeczny przed takim ocaleniem WRONa prowadziła infiltrację i dezintegrację, by stłumić wszelką potencjalną aktywność opozycji. Częściowo, a nawet znacznie to się WRONie udało, a sama WRONa po jej formalnym rozwiązaniu, nawet po upadku PRL, całkiem nie zdechła, jak oczekiwaliśmy. Jej szef (Wojciech Jaruzelski) został nawet prezydentem Polski po transformacji przygotowanej przez innego prominentnego jej członka, Czesława Kiszczaka, który miał nawet być premierem Polski.

Opozycja solidarnościowa zapowiadała, że „Orła wrona nie pokona”. Ale do dziś Sąd Najwyższy wydaje wyroki w salach pod „zieloną wroną” (artystyczne przeobrażenie godła Polski), dominującą nad Orłem Białym – konstytucyjnym Godłem Polski, które zawisło na salach SN dopiero od roku 2017, po interwencjach, sądzonych i skazywanych także w III RP, przeciwników jaruzelskiej junty!

Jakoś sędziom SN, profesorom-konstytucjonalistom, nie mówiąc o obrońcach konstytucji z KOD, to symboliczne naruszanie Konstytucji nie przeszkadzało i nie przeszkadza. Co więcej, przedstawiciele naukowego zaplecza sił demokratycznych, postępowych, domagają się, aby w III RP iść drogą wyznaczoną przez WRONę i zdelegalizować partię mającą poparcie 1/3 narodu, tak jak to zrobiła WRONa delegalizująca liczącą niemal 1/3 narodu Solidarność.

Rzecz jasna, nawołują do wykorzystania metod sprawdzonych w stanie wojennym przez WRONę, czyli infiltrację i dezintegrację całej prorządowej części społeczeństwa. Jak to się robi, to raczej ci postępowi profesorowie wiedzą, gdyż domena akademicka już została przefiltrowana i zdezintegrowana przez siły WRONy, przy aktywnym współudziale etatowych kadr akademickich, znajdujących się na drodze do kolejnych akademickich awansów.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 14 grudnia 2022 r.

Endemiczny anachronizm domeny akademickiej

Endemiczny anachronizm domeny akademickiej

Niedawno na stanowisko prezesa Polskiej Akademii Nauk został wybrany prof. Marek Konarzewski. Profesor jest biologiem znanym na arenie międzynarodowej, a przy tym zamiłowanym fotografem, co rodzi nadzieje, że pokaże nam, jak naprawdę funkcjonuje nauka w Polsce. Takie nadzieje nie są bezpodstawne po wywiadzie, jakiego udzielił PAP i jaki nie powinien zostać przemilczany przez środowisko naukowe, choć poglądy nowego prezesa PAN dla tego środowiska nie są wygodne. Mimo że jest posiadaczem wszystkich obowiązujących w polskiej domenie akademickiej tytułów, i to zdobytych na drodze merytorycznej, kurczy się wewnętrznie (jak sam określa), gdy ktoś zwraca się do niego „per” profesor.

Zdaje sobie sprawę, że ten tytuł tak się spauperyzował, iż nie może stanowić powodu do dumy, a czasem może wywoływać zawstydzenie.

To bardzo dobrze, że ktoś, kto tak uważa, jest na wysokim stanowisku, choć podobnie myślących i alergicznie reagujących na tytułowanie ich profesorem znałem jeszcze w czasach PRL, kiedy zaczynałem „robić” w nauce. Ale też pamiętam, jak nowo upieczony docent zarzucał studentowi, że mu należnych tytułów w indeksie nie umieścił.

 Tak ulubiony u nas system – jak określam: tytularny – ma długą tradycję i na ogół ludzie nie wyobrażają sobie, aby coś w tej materii mogło się zmienić. Zdobywanie stopni i tytułów jest sensem życia akademickiego i podziwia się tych, którzy „robią habilitację” czy „robią profesurę”, jak się powszechnie mówi. Nie jest to jednak tożsame z „robieniem nauki”, bo gdyby tak było, to bylibyśmy potęgą, a nie mizerią naukową.

Jak wielu wybitnych naukowców, nowy prezes PAN uważa habilitację za endemiczny anachronizm, szkodliwy dla domeny akademickiej, ale wątpię, czy uda mu się przekonać innych, którzy habilitację, jak i profesurę belwederską uważają za filary nauki w Polsce. Większość akademicka (i nie tylko akademicka) uparcie jednak nie zauważa, że nauka w Polsce oparta na tych filarach zajmuje w rankingach dalekie pozycje, razem z krajami tzw. Trzeciego Świata.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 7 grudnia 2022 r.

Operacja „Universita bandita” potrzebna w Polsce

[źródło – destinazione-news – SUDPRESS | Giornalismo d’inchiesta]

Operacja „Universita bandita” potrzebna w Polsce

Skoro przez ponad 30 lat wolnej już Polski i imponującego wzrostu ilościowego centrów formowania elit mówimy zasadnie, że cierpimy na brak elit, to znaczy, że system nie funkcjonuje jak należy.

Polska domena akademicka jest paraliżowana przez rozliczne plagi destrukcyjne dla nauki i w konsekwencji dla państwa. Mimo upływu lat i licznych reform nic zasadniczo się nie zmienia i jak wracam do moich tekstów sprzed 10 czy 20 lat, widzę, że mógłbym je zamieszczać ponownie bez większych zmian, aby opisać stan obecny.

Operacja „Universita bandita”

Plagi akademickie dotykają także domeny akademickie innych krajów, które jednak zdają sobie sprawę z ich skutków społecznych i gospodarczych. Od kilku lat we Włoszech, gdzie w średniowieczu rodziły się uniwersytety, trwa operacja „Universita bandita” dla powstrzymania destrukcji obecnie patologicznego systemu uniwersyteckiego (J. Wieczorek, Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” 72/2020).

Początek operacji związany jest z wykryciem afery ustawianych konkursów na etaty na uniwersytecie w Katanii. To proceder korupcjogenny, wręcz mafijny, prowadzący do tego, że na uczelniach nie zostają wyłonieni najlepsi, tylko wcześniej wyznaczeni na zwycięzców. Warunki konkursów są szyte na miarę lepiej „umocowanego” kandydata, który już na stracie wie, że wygra. Kryteria merytoryczne nie mają większego znaczenia. Proceder trwa od lat, przy ścisłym przestrzeganiu kodeksu milczenia (omerta), jak w strukturach mafijnych. Rzecz jasna, ma to wpływ na poziom uczelni i przekłada się na jakość elit na nich formowanych. Sfałszowane konkursy blokują napływ zagranicznych nauczycieli i naukowców. Powodują drenaż naukowców włoskich, mających większe szanse prowadzenia badań za granicami niż we własnym kraju. To dewastuje system uniwersytecki i ma degradacyjny wpływ na rozwój Włoch. Po publicznym ujawnieniu i potępieniu procederu na Uniwersytecie Katanii okazało się, że dotyczy on także innych uczelni: Bolonii, Cagliari, Catanzaro, Chieti-Pescara, Florencji, Mesyny, Mediolanu, Neapolu, Padwy, Rzymu, Wenecji, Werony… Działania prokuratorskie, trwające mimo pandemii, doprowadziły do postawienia 55 profesorom zarzutów z art. 353 kodeksu karnego (przeciwko procedurom administracji publicznej), za co można otrzymać wyrok do 5 lat pozbawienia wolności. Proces rozpoczął się w październiku 2022 r. i wyznaczono wiele sesji na początku roku 2023.

Medialne wsparcie operacji

Operacja „Universita bandita” jest nagłaśniana medialnie, zarówno w internecie, jak i w programach telewizyjnych, m.in. w ramach cyklicznego programu „PresaDiretta”, prowadzonego na kanale Rai3 przez gwiazdę tego programu Riccarda Iaconę. Program o patologiach uniwersyteckich jest emitowany w godzinach dobrej oglądalności, a jego zapis – dostępny w internecie, co daje szanse, że problem tak szybko nie wyparuje z przestrzeni publicznej. Prezentuje rozmowy z profesorami, badaczami z kilku uniwersytetów, ich historie akademickie i skargi na patologiczny system. Ustawianie konkursów uznano za zło oburzające obywateli.

Uniwersytet jest dla Włochów dobrem publicznym, które nie może być pozostawione w rękach samych akademików, bez kontroli obywateli. Postuluje się potrzebę ruchu obywatelskiego, zaangażowania politycznego przeciwko fałszowanym konkursom, aby doprowadzić do uzdrowienia systemu. Wielu najzdolniejszych młodych ludzi przenosi się za granicę, gdzie mogą się lepiej realizować, a Włochy tracą duży potencjał intelektualny, niewykorzystany w kraju. Przeprowadzono też rozmowy z naukowcami włoskimi funkcjonującymi za granicami. Z rozmów tych wynika, że atrakcyjność włoskiego systemu uniwersyteckiego wobec zagranicy jest w zasadzie żadna. Naukowiec zatrudniony we Włoszech na stanowisku technika na londyńskim uniwersytecie osiąga stanowisko profesora (sic!), ale nie wyciąga się z tego wniosku o wyższości poziomu włoskich uczelni, tylko o skali ich patologii.

Sytuacja uniwersytetów włoskich przypomina patologie polskiego systemu akademickiego, o wiele niżej notowanego w rankingach światowych. Trzeba mieć na uwadze, że zwykle kilka, a nawet kilkanaście włoskich uniwersytetów w rankingach światowych uczelni lokuje się wyżej od najlepszych polskich (UJ, UW). Druga setka miejsc w rankingu szanghajskim, osiągana przez uniwersytety Rzymu, Mediolanu, Padwy, Pizy, to tylko marzenie dla naszych uczelni. Przeprowadzone do tej pory pewne działania naprawcze (m.in. antynepotyczne) zrobiły swoje, a przy tym system włoski jest od dawna otwarty na zagranicę i bardziej podobny do systemu anglosaskiego. Mimo to Włosi z obecnego stanu rzeczy nie są zadowoleni i szukają wewnętrznych przyczyn słabości, i to głównie poza sferą finansowania.

Jak to wygląda w Polsce?

Nastawienie w Polsce do słabości naszego systemu akademickiego jest niestety odmienne. Mimo że patologie od dawna są znane, nie ma woli, aby je likwidować, a nawet aby je rzetelnie, wszechstronnie zbadać. Od lat obywatelsko staram się to robić (m.in. serwis: Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego), chyba bardziej niż podmioty ministerialne, rektorskie czy związkowe, ale uporządkowanie tej stajni Augiasza przerastałoby siły samego Herkulesa. Mojego postulatu utworzenia Polskiego Ośrodka Patologii Akademickiej (POMPA) dla „wypompowania” z systemu patologii, nie podjął żaden minister. Tak rektorzy, jak i związkowcy akademiccy zdołali zidentyfikować tylko jedną patologię – niedostatek pieniędzy, które im się podobno po prostu należą.

Innych jakby nie znali i nie chcieli znać. Nawet nie unikają zatrudniania całych rodzin (w ramach ustawianych konkursów) na głodujących (podobno) uczelniach. Nie wykazywali troski o kolegów- -związkowców usuwanych z uczelni (i to dożywotnio), aby nie wpływali negatywnie (antysocjalistycznie) na studentów, nie peszyli swoją wiedzą i intelektem przewodniej, profesorskiej siły narodu. Nie widać ich działań na rzecz likwidacji akademickiej gospodarki folwarcznej, wręcz przeciwnie. Folwarki uczelniane kwitną po konkursach ustawianych dla swoich. Jakoś nie wiąże się zapaści domeny akademickiej z tym procederem, który w ojczyźnie ma i uważany jest za przestępstwo, a u nas – za normę. Wprawdzie jest to norma nienormalności, ale większość akademicka jest innego zdania.

Kiedy przed kilkunastu już laty (rok 2005) przygotowano kolejną reformę systemu szkolnictwa wyższego – jak zaznaczano, tymczasową – podnoszono kwestię ustawianych konkursów, ale tylko na okoliczność postulatów usunięcia z systemu habilitacji. Była niemal zgoda, że ten element systemowy trzeba by usunąć, tak jak w wielu innych krajach zrobiono z pożytkiem dla nauki. Uznano jednak, że w naszym systemie jest ona elementem pozytywnym, bo przecież musi być jakaś selekcja kadr, a tej – jak wszyscy wiedzą – nie stanowią konkursy na etaty. Odłożono likwidację habilitacji na jakieś 10 lat, aby uzyskać czas na naukę organizowania prawdziwych konkursów. Niestety dziekani i rektorzy, mimo upływu lat, tej trudnej sztuki zarządzania domeną akademicką nie opanowali, choć wielu z nich pełni swoje funkcje (traktowane chyba jako zawód) przez więcej niż 10 lat. Jeśli student nie opanuje materiału, nie zdaje egzaminu, nie przechodzi na następny rok, ale dziekanom i rektorom brak opanowania materiału niezbędnego do zarządzania uczelniami wcale nie przeszkadza w „pieszczeniu” kolejnych funkcji przez długie lata (kolejne kadencje: dziekana, prorektora, rektora). Ich wyborcy nie mają nic przeciwko temu.

Tym samym, mimo kolejnych reform, habilitacja pozostała filarem patologicznego systemu. Staliśmy się potęgą habilitacyjną, ale pozostaliśmy mizerią naukową, co świadczy o słabości tego filaru naszego systemu akademickiego. Część naukowców, i to w pełni utytułowanych, słabość tego filaru zauważa, ale dla innych ważniejsze są stopnie i tytuły niż uprawianie nauki na poziomie.

Ostatnio zauważył to nowo wybrany prezes PAN, ale z umiłowaniem tytułów nikt u nas nie zamierza walczyć, tak jak nie zamierza walczyć o umiłowanie nauki i prawdy, z której poszukiwania uniwersytety abdykują.

Potrzebna operacja „Universita bandita”

W  polskiej domenie akademickiej mamy piękne nieruchomości akademickie, zapełniane kadrami z ustawianych konkursów, które powinny zostać unieważnione, a ustawiacze skierowani na ławy oskarżonych, jak we Włoszech.

Zwiększenie finansowania beneficjentów patologicznego systemu, zwycięzców ustawianych na nich konkursów – czego domagają się rektorzy i związkowcy – nie poprawi sytuacji domeny akademickiej w Polsce ani na tym nie skorzysta polskie społeczeństwo czy polska gospodarka. Nie ma wątpliwości, że finansowanie nauki i naukowców winno być większe, nawet znacznie większe od tego, którego domagają się związkowcy, ale po przeprowadzeniu operacji typu „Universita bandita”, po dokonaniu zmian strukturalnych i personalnych w domenie akademickiej.

 Zdaje się jednak, że nikt nie ma ochoty takiej operacji przeprowadzić. Dominuje u nas zasada: „stłucz termometr, a nie będziesz miał gorączki”. I „termometry” się tłucze, a także tych, którzy choroby akademickie starają się ujawniać i działają na rzecz naprawy systemu. To stanowi śmiertelne zagrożenie dla polskich baronów akademickich i ich zaplecza. Pajęczyny akademickiej nikt nie waży się rozerwać.

Jak narysowałem kiedyś „dr(h)abinę akademicką” obrazującą patologię systemu awansu naukowego w Polsce, ta „dr(h)abina” została zarekwirowana na konto (blog) „doskonałego” profesora (z Rady Doskonałości Naukowej), który zdaje się reagować na zarzuty w stylu znanym z filmu Barei: „Nie mam pańskiego płaszcza i co pan mi zrobi?”. To tylko drobny przykład, ale tak funkcjonuje polska domena akademicka, w której nadzwyczajne kasty akademickie, formujące zresztą nadzwyczajne kasty sędziowskie, są całkowicie autonomiczne i bezkarne. Obywatel ma płacić na utrzymanie akademików, wielu obywateli dostanie pożądany dyplom, a  czasem nawet stopnie i tytuły, ale to, co się dzieje na uniwersytetach, ma być wewnętrzną sprawą akademików. Autonomia uczelni skutecznie blokuje społeczną kontrolę. Działań na rzecz dobra wspólnego nie widać. Najlepsi opuszczają kraj, potencjał intelektualny, a także materialny jest marnotrawiony, przydatność takiego systemu dla gospodarki, dla zarządzania – dużym w końcu europejskim krajem – jest znikoma, a w każdym razie niewystarczająca.

 Akcja rektorów i związkowców na rzecz zwiększonego finansowania stanowisk i tytułów akademickich, bez względu na efekty ich pracy, a nawet nie-pracy, nie ma racji bytu. Operacja, jak ją można nazwać: „nam się należy”, jest nieetyczna i nie naprawi domeny akademickiej. Tak rektorzy, jak i związkowcy monitorują głównie uzyskiwanie pieniędzy z kieszeni podatnika, ale nie monitorują ich marnotrawienia w ramach patologicznego systemu. Potrzebny jest ruch społeczny na rzecz normalizacji systemu akademickiego. Wiedza na temat patologii systemowych jest jednak mizerna i niechciana.

Dla mediów i  wydawców nie jest to tematyka atrakcyjna. Moja książka Plagi akademickie, zwracająca uwagę na kiepski stan domeny akademickiej, spotkała się z antykulturą unieważniania (cancel culture) ze strony środowiska akademickiego. Brak było merytorycznej krytyki, recenzji, debat akademików, do czego namawiałem. Podobnie z książką Trąd w Pałacu Nauki. Gdyby rozpoczęto zwalczanie trądu na uczelniach przed 35 laty, kiedy go zdiagnozowałem i poinformowałem o nim rektora wiodącej polskiej uczelni, to może kryzys uniwersytetu by nie nastąpił, a w każdym razie byłby mniej dotkliwy. Niestety mimo upływu lat, transformacji, wielokrotnej zmiany ekip rządowych i akademickich, licznych reform (raczej ich pozorowania) – trąd jak panował, tak i panuje w pałacu nauki, a nawet poza niego się wydostał i sieje spustoszenie nie tylko wśród akademików.

Akademicka omerta

Zmowa milczenia zwaną omertą to istota struktur mafijnych. Bez omerty mafia nie ma wielkich szans na przetrwanie. Istotą domeny akademickiej – jak często słyszymy – jest natomiast debata, ale jak problem jest niewygodny, to debaty nie ma, a próbującym debatować odbiera się głos, nie zaprasza na spotkania, nie zauważa. Istota uniwersytetu chyba jest w zaniku. Unieważnianie inaczej myślących, podważających poglądy tzw. autorytetów, zwykle utytułowanych i umocowanych na licznych stanowiskach, jest standardem. Nawet najmniejsza krytyka merytoryczna, wskazanie drobnego błędu może źle się skończyć dla niepoprawnego akademika, więc naprawianie błędów nie wchodzi w rachubę. A co dopiero, gdy ujawnia się patologie, i to systemowe, obyczajowe? To już wyrok na takiego śmiałka, i to dożywotni. Tak było w przodującej nauce radzieckiej, ale i u nas nie było wiele lepiej i bynajmniej się nie polepszyło w tym zakresie. Krytyka, szczególnie merytoryczna, jest źle widziana. Można do niej namawiać zwykłych akademików, a nawet baronów akademickich, ale bez skutku.

Tym samym mamy zalew rozmaitych publikacji, tak naukowych, jak i popularnonaukowych i edukacyjnych, z ewidentnymi błędami, także plagiatami, których się nie eliminuje, eliminując natomiast ośmielających się ujawniać to, co winno być poprawione, a czasem wycofane z obiegu naukowego czy edukacyjnego. Takie są standardy panujące w naszej domenie akademickiej, ale nad tym panuje zmowa milczenia, można mówić – omerta. Krytyka merytoryczna prac profesora przez doktora kończy się źle dla doktora. Takich niepoprawnych, nierespektujących patologicznych zasad (zwanych niekiedy etyką) panujących w środowisku poddaje się ostracyzmowi, mobbingowi, unieważnia osiągnięcia naukowe i edukacyjne (szczególnie gdy podważają czy przewyższają osiągnięcia zatrudnionych na etatach profesorskich).

Brak krytyki merytorycznej zastępowany jest przez jakże powszechnie stosowaną i aprobowaną krytykę personalną z zadawaniem ciosów poniżej pasa. Solidarność nadzwyczajnej kasty akademickiej jest istotnie nadzwyczajna. Członkom kasty nawet do głowy nie przychodzi, aby profesora naruszającego standardy naukowe i etyczne po prostu przenosić w stan nieszkodliwości dla domeny akademickiej.

Uniwersytety stają się ośrodkami antykultury (cancel culture) i omerty. Unieważnianie istnienia tych zjawisk, jak i osób je ujawniających, źle wróży przyszłości polskiej domeny akademickiej, tym bardziej, że sektor pozaakademicki, obywatelski, takich problemów nie widzi i chyba nie chce znać.

Tekst opublikowany w: Kurier Wnet, grudzień 2022

Idzie walec, żeby wyrównać

Idzie walec, żeby wyrównać

 Wojciech Młynarski w piosence z 1971 roku przestrzegał, że „przyjdzie walec i wyrówna”. W domenie akademickiej już wtedy wyrównywano nierówności, i to na etapie rekrutacji na studia, przyznając dodatkowe punkty za właściwe pochodzenie. A dalej zapewniano dostęp do drogi szybkiego ruchu (bo autostrad jeszcze nie było) na szczyty hierarchii akademickiej dla utrwalaczy władzy ludowej, aby ją nie tylko utrwalali, ale i rozpowszechniali. Transformacja nie przerwała tego procesu, a nawet go nasiliła, bo trzeba było dorównać kroku lewackiemu marszowi, który dotarł na uniwersytety.

Marsz jakby przyspieszał w ostatnich latach, gdy monitor postępu wykazał istnienie 56 płci i trzeba równo zabezpieczyć ich dobrostan. Wyrównanie dwóch płci, o co walczono przez lata, było o wiele łatwiejsze i w wielu sprawach nawet pożądane, choć szło z oporami, ale zrównanie dziesiątek płci to zadanie nie z tej ziemi. Tym niemniej je podjęto i na uczelniach zarządzono wprowadzenie polityki równościowej, zabezpieczając działania specjalnymi instancjami i konsekwencjami.

Osiągnięto już pewne sukcesy, bo nasze uczelnie wyrównały do uczelni Bangladeszu, Ghany, Etiopii…

Już sformatowane kadry akademickie kształcą/formatują nauczycieli szkolnych, aby ci byli przygotowani do wyrównania młodszych, a nawet najmłodszych, w ramach realizacji programu edukacji włączającej. Nierówności już na tym etapie nie może bowiem być i wszyscy muszą być równi, aby nie czuli się dyskryminowani i wykluczeni. Równanie w dół ma służyć osiągnięciu powszechnej szczęśliwości.

Zatrwożeni tym kierunkiem niepostępowi nauczyciele powołali Ruch Ochrony Szkoły, aby chronić przed walcowaniem to, co w systemie edukacji było najcenniejsze, aby ocalić szkołę, nasze dzieci i społeczeństwo przed katastrofą. Debatowano o tym ostatnio na konferencji w Krakowie, licząc na opamiętanie i poszerzenie Ruchu, także na poziomie akademickim i szersze włączenie się mediów, które winny mieć na uwadze, że w końcu walec i je może jeszcze bardziej wyrównać.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 30 listopada 2022 r.

Akademickie przygotowania do przetrwania zimy

Akademickie przygotowania do przetrwania zimy

 Mimo nagłaśniania globalnego ocieplenia, także na uczelniach, które tworzą komitety do walki z klimatem, akademicy z trwogą czekają na zbliżającą się zimę. U nas zimy nie są zbyt dotkliwe, ale skutki walki z ociepleniem klimatycznym spowodowały, że nawet łagodne zimy stanowią dla przetrwania uczelni poważny problem.

Powierzchnie użytkowe uczelni powiększyły się znacznie, a ceny energii podskoczyły po likwidacji tradycyjnych źródeł energii. Tym samym jest się czego obawiać. Mimo zniesienia ograniczeń pandemicznych uczelnie myślą wrócić do metod wypracowanych w okresie lockdownu, kiedy okazało się, że i bez przebywania na uczelni, bez bliskiego kontaktu z kadrą akademicką, uczelnie mogą funkcjonować i choć skutki tego są niekorzystne, to jednak można w takim stanie przetrwać.

Rektorzy zamierzają ograniczać kształcenie stacjonarne i przenieść koszty ogrzewania oraz oświetlenia na pracowników i studentów, którzy winni się też zaopatrzyć przynajmniej w podstawowe narzędzia pracy. Inne uczelnie, dla oszczędności, zamierzają pracować tylko cztery dni w tygodniu i nie dłużej niż do godz. 18, aby nie zużywać zbyt wiele energii. Wymieniają ponadto żarówki, gaszą światła w nieużywanych pomieszczeniach, zalecają umiar w ogrzewaniu i używaniu wody, zamykają energochłonne baseny.

Rektorzy zapowiadają pokazanie jedności środowiska akademickiego w myśleniu o przyszłości nauki, którą wiążą z polepszeniem swych wynagrodzeń (minimalnego wynagrodzenia profesora), bo te obecne podobno uwłaczają godności nauczyciela akademickiego. O utracie godności jeszcze przed podwyżkami cen energii, ale w warunkach korzystnych dla nasilania się plag akademickich, nie wspominają.

Podobnie jak kiedyś Kazimierz Wielki są przekonani, że uniwersytety to fundamenty państwa decydujące o naszej przyszłości. Niestety nie zauważyli, że nasz system akademicki posadowiony jest na niewłaściwych fundamentach, stąd nawet przetrwanie przez uniwersytety zbliżającej się zimy nie gwarantuje świetlanej przyszłości naszego państwa.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  23 listopada 2022 r.

Agentura wpływu ku szkole ciemności

Agentura wpływu ku szkole ciemności

Józef Wieczorek

Żyjemy w okresie nasilenia instalacji postępu, co prowadzi do wojny cywilizacji i coraz więcej ludzi zauważa, że cywilizacja chrześcijańska jest w opałach, a uniwersytety w kryzysie. Przed trzydziestu kilku laty panowała euforia, że system komunistyczny jest w stanie rozpadu; do dziś się mówi o upadku komunizmu na terytorium Polski i nie tylko. Upadły co prawda struktury państwa partyjnego, instalujące i utrwalające ten system postępu, ale serca i umysły wielu obywateli tak silnie zostały opanowane przez pajęczynę komunistyczną, że tak naprawdę nie możemy się z tego dziedzictwa wyzwolić.

Co gorsza, jesteśmy narażeni na przemarsz nowej fali lewactwa przez instytucje, w tym kościoły i uniwersytety, co stanowi zagrożenie dla cywilizacji łacińskiej, której symbolem były katedry i uniwersytety.

Katedry i kościoły w Europie się zamyka, zamienia na miejsca rozrywki a czasem burzy, podobnie jak to było podczas rewolucji francuskiej czy bolszewickiej. Uniwersytety wprawdzie są w stadium ilościowego rozwoju, nieruchomości uniwersyteckie mnożą się jak grzyby po deszczu, ale intelektualnie i moralnie są w stanie zapaści, zorientowane jakby jedynie na sferę seksualną.

Siłą rzeczy ta degradacja odbija się także na edukacji powszechnej, umasowionej i zideologizowanej tak, aby można było uformować nowego, postępowego człowieka – przed dziesiątkami laty czerwonego., dziś tęczowego. Transformacja jaką przebyliśmy, okazała się głównie kolorystyczną, ale mimo różnorodności barw wszyscy mają być wyrównani do wyznaczonego przez ideologów poziomu. Na końcu transformacji widać jednak ciemność, do której możemy dojść przechodząc z sukcesem szkołę ciemności.

Szkoły ciemności

Przez taką szkołę przeszła Bella Dodd (Szkoła ciemności. Wyd. AA), jako prawnik, nauczycielka, doskonale wykształcona, ale naiwnie wierząca – jak wielu innych- że partia komunistyczna walczy o pokój i dobro ludzkości. Straciła wiarę w Boga, ale pozostała wierzącą, tylko że w emanację diabła. Padła ofiarą propagandy, manipulacji, nie rozpoznając prawdziwej twarzy systemu zniewolenia serc i umysłów, prowadzącego do budowy światowego imperium zła. Przez lata była wręcz fanatyczną aktywistką ruchu komunistycznego w Stanach Zjednoczonych, działała w lewicowych nauczycielskich związkach zawodowych wspierających pochód ideologii komunistycznych w praktyce zainstalowanych na terytorium Rosji przekształconej w ZSRR, ale eksportowanych do innych krajów, a nawet na inne kontynenty. Kraje przyległe do ZSRR zostały militarną siłą włączone w obręb czerwonego świata szczęśliwości, ale bardziej odległe kraje i kontynenty, były zdobywane dla czerwonej idei siłą propagandy, złudnych obietnic, manipulacji, która trafiała do ludzi walczących o sprawiedliwość społeczną, nieraz dobrze wykształconych, ale tak naiwnych, że często stanowili przenośnik komunistycznych idei.

Niektórzy, jak Bella Dodd, zdołali po latach doświadczeń zobaczyć prawdziwą twarz komunistycznego potwora i wyzwolili się z jego szponów. Wyzwolenie się Belli Dodd jest tym bardziej cenne, że nie tylko podzieliła się swoimi doświadczeniami przed Komisją do spraw Działalności Antyamerykańskiej, ale biografię opisała w książce „Szkoła ciemności” rzucającej światło na mechanizmy funkcjonowania komunistycznych macek oplatających poczciwych, naiwnych ludzi. Może jej relacje uchronią innych od wstępowania do takich instalowanych przez komunistów szkół ciemności i od rozpowszechniania utopijnych, a w gruncie rzeczy antyludzkich idei na drodze do likwidacji cywilizacji chrześcijańskiej, opartej na całkiem innym systemie wartości, zawartym w Dekalogu.

Przypadek Belli Dodd, która miała szczęście spotkać abp Fultona J. Sheena i wróciła do swych korzeni chrześcijańskich, pokazuje, jakie spustoszenie społeczne może spowodować powszechna instalacja szkół ciemności, zdominowanych przez ideologię wymagającą zaniku samodzielnego, krytycznego myślenia, zdolności do refleksji na drodze do poszukiwania prawdy.

Jak argumentuje abp Fulton J.Sheen (Komunizm i sumienie Zachodu. Wyd. Esprit) „komunizm jest opium dla mas w tym sensie, że otępia i paraliżuje ludzki intelekt…całkowicie niszczy ludzki rozum. Osoba poddana działaniu tej ideologii nie może podejmować samodzielnie decyzji”.” System ten niszczy intelektualne funkcje człowieka”.

Instalując system komunistyczny, szczególną troską otoczono domenę edukacji, tak aby od najmłodszych lat ludzie poznawali drogę do najlepszego ze światów, nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia innych. Ten system okazał się szczególnie skuteczny, bo czego Jaś za młodu się dobrze nauczył i był za to wyróżniany, nagradzany, tego Jan nawet po formalnym upadku komunizmu nie jest w stanie się oduczyć, co obserwujemy chociażby w dzisiejszej pokomunistycznej Polsce.

Agentura wpływu

W sukcesie rozprzestrzeniania się komunizmu, nawet bez użycia siły militarnej, ale przy udziale szkół ciemności, wielką rolę odegrała agentura wpływu. O kulisach jej działalności sporo wiadomo dzięki dysydentom sowieckim, byłym pracownikom reżimu sowieckiego, którzy zbiegli na Zachód i dzielą się swoją wiedzą o mechanizmach propagandy i manipulacji.

Jednym z nich był Thomas D. Schuman (Jurij Bezmienow)) pracujący przez lata w agencji prasowej Novosti tworzącej zmanipulowane, zakłamane informacje dla zagranicznych mediów. Po ucieczce na Zachód usiłował dzielić się swoją wiedzą obnażającą działania dywersyjne, ideologiczne KGB, natrafiając jednak na znaczny opór lewicowej części społeczeństwa. Niestety działania lewicy, prowadzone jeszcze w latach trzydziestych, mimo zdemaskowania ich metod (jak to ujawniała Bella Dodd), kontynuowane były po wojnie i pozostawiły silne ślady w świadomości społecznej.

Skuteczna demoralizacja jest procesem nieodwracalnym w czasie trwania pokolenia, jak objaśnia Schuman (Agentura wpływu. Wyd.AA), a jej skutki mogą trwać znacznie dłużej, jeśli agentura wpływu jest aktywna przedstawiając rzeczywistość na opak. Schuman zwraca uwagę na rolę masowej edukacji w procesie eliminowania przeszkód w postaci wartości moralnych, jako nieintelektualnych, staroświeckich, zacofanych. Po 15-20 latach odpowiednio przygotowani absolwenci szkół ciemności znajdą się u sterów władzy, są decydentami, kontrolują opinię publiczną, media, wpływając na postawy i opinie. Gdy demoralizacja zostanie przeprowadzona z sukcesem, reprodukcja sformatowanych amoralnie może trwać bez ingerencji centrali i prowadzić do destrukcji systemu, który trudno naprawić, bo jak argumentuje abp. Fulton J Sheen „ludzie nie chcą wierzyć w zdeprawowanie własnej epoki po części dlatego, że wówczas sporo zarzutów musieliby kierować pod własnym adresem”.

Wprowadzenie do kapłaństwa w USA w latach trzydziestych. ponad 1000 ateistów, homoseksualistów, pedofilów – jak ujawniała Bella Dodd– doprowadziło po latach do wzmożonej demoralizacji i destrukcji Kościoła od środka, i to bez kontaktów z centralą, po prostu w wyniku prowadzenia podwójnego życia. Gigantyczne afery pedofilskie lawendowej mafii na wysokich stanowiskach kościelnych (Dariusz Oko, Lawendowa mafia, Wyd. AA) doprowadziły do kryzysu Kościoła, osłabienia cywilizacji chrześcijańskiej

Historia i teraźniejszość

Metody działań agentury wpływu i funkcjonowania szkół ciemności opisano na przykładzie USA, państwa uważanego za alternatywę dla imperium zła, ale bardzo podatnego na takie niemilitarne działania. Wielka naiwność społeczeństwa amerykańskiego była wielką szansą na sukces procesu demoralizacji i destrukcji.

Fala lewactwa i amoralnej destrukcji nasiliła się w 1968 r. i nadal kwitnie szczególnie w domenie edukacji, na każdym poziomie. Uniwersytety amerykańskie są bastionami lewackich ideologii i promieniują na świat akademicki innych krajów. W Polsce przez kilkadziesiąt lat po militarnym opanowaniu naszego państwa instalowano system masowej edukacji – istne szkoły ciemności, indoktrynacji ideami komunistycznymi. Walczono z religią, manipulowano prawdą, czyszczono niewygodną historię w celu formowania nowego, prosowieckiego, amoralnego człowieka – choć nie bez trudności.

Paradoksalnie proces rozprzestrzeniania się niszczących idei przyspieszył w wolnej Polsce, gdy transformacja otworzyła drogi dla lewackiego marszu przez instytucje, który zgodnie z ideami Gramsciego miał skuteczniej zastąpić działania militarne w opanowaniu świata przez idee neomarksistowskie. W niemałym stopniu była to transformacja mentalna i część społeczeństwa w stanie euforii wolności odrzuciła z własnego wyboru religię i patriotyzm, a nawet włączała się aktywnie w kampanie antyreligijne i antypatriotyczne.

W wolnej Polsce uniwersytety stały się poligonem szkoleniowym dla neomarksistów, a nauka zostaje wypierana przez tęczową ideologię. Kadra profesorska, najczęściej lewicowa, oddziedziczona po epoce komunistycznej, formatuje młodzież podatną na idee utytułowanych autorytetów. Na uczelniach tworzone są działy bezpieczeństwa dla uczestników lewackiego marszu, które łamią każdy opór, eliminując, szykanując studentów i pracowników o odmiennej orientacji moralnej. Oficjalnie popierane są akcje Strajku Kobiet i stowarzyszeń tęczowych. Zgodnie z realizowaną polityką równościową wszyscy mają być równo zdemoralizowani.

Odtwarzane są dobre relacje mistrz uczeń na platformie antywartości i menelizacji życia akademickiego. Wyrównanymi amoralnie obsadza się etaty i stanowiska kierownicze, promuje ich etykę niezależną od wartości. Na najstarszym polskim uniwersytecie. gdzie kiedyś etykę wykładał Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II, obecnie wykłada Jan Hartman propagujący (z pomocą wydawnictw i księgarń naukowych) etykę życia codziennego, bluzgając w przestrzeni publicznej na wszystko co się wiąże z religią, cywilizacją chrześcijańską, z tradycyjnymi wartościami, które nas formowały przez setki lat. Teraźniejszość odrywa się od fundamentów, deprecjonuje się Dekalog, lansując bardziej przydatne dla lewackiego marszu tzw. przykazanie 11 – nie bądź obojętny.

Nieobojętny na instalację czerwonego, zbrodniczego systemu zła, propagator tego systemu i 11 przykazania (Marian Turski) stał się idolem popieranym nie tylko przez postępowców. Bezrefleksyjność, bierne poddawanie się manipulacjom medialnym, brak moralnych standardów – sprzyjają destrukcji społeczeństwa.

Instalowanie szkół ciemności jest najefektywniejszą metodą zniewalania społeczeństw, a wykształcenie nowego pokolenia nastawionego patriotycznie i zdroworozsądkowo, opartego na solidnym systemie wartości- na co potrzeba co najmniej 15-20 lat jest zadaniem, któremu na ogół nie są w stanie sprostać siły polityczne liczące się z demokratycznymi wyborami w odstępach kilkuletnich.

Plany wprowadzenia do edukacji przedmiotu „historia i teraźniejszość”, aby młode pokolenie poznało najnowszą historię, w tym metody i skutki funkcjonowania przez dziesiątki lat komunizmu i przebieg lewackiego marszu przez instytucje, natrafiają na przeszkody. Zamiast merytorycznej dyskusji nad trudnościami realizacji takiego przedmiotu, odpowiedniego dokształcenia kadry nauczycielskiej, mamy ideologiczny hejt, nawet z udziałem wysokich instancji PAN, uważających taki przedmiot jako niepotrzebny. Po co młode pokolenia mają znać swoje korzenie, mieć pojęcie, jak formował się świat, w którym żyją?

Uczelnie, na których winien spoczywać obowiązek kształtowania elit, odpowiedniej kadry naukowej i nauczycielskiej, dają przykład, jak się odrzuca takie zagadnienia. Przecież w najnowszych historiach uczelni, tych najbardziej spopularyzowanych, na ogół nie ma takich pojęć jak ‘komunizm’, ‘stan wojenny’, ‘przewodnia siła narodu’ – więc i żadnych związanych z nimi problemów nie było i nie ma, i nie ma potrzeby sobie, a przede wszystkim młodym, zawracać tym głowy. Izolowanie młodego pokolenia od uwarunkowanych najnowszą historią współczesnych politycznych i społecznych kwestii i zamykanie się w świecie różnorodności orientacji seksualnych stwarza niemal nieograniczone możliwości ideologicznego manipulowania

Nawet jak zostaną przygotowane odpowiednie podręczniki do nauczania przedmiotu HiT, to kadra nauczycielska, niechętnie do niego nastawiona, nieprzygotowana intelektualnie ani moralnie, tego przedmiotu prawidłowo nie zrealizuje. Konieczne są przemiany na poziomie akademickim, bo uczelnie nie mogą funkcjonować jako szkoły ciemności abdykujące z poszukiwania prawdy, opanowane przez autonomiczną agenturę wpływu ideologii neomarksistowskich.

Tekst opublikowany w miesięczniku Kurier WNET, w listopadzie 2022r.

Kuźnie elit czy domy pomocy społecznej?

Kuźnie elit czy domy pomocy społecznej?

Uniwersytety powstające od setek już lat, aby formować elity niezbędne do funkcjonowania nowoczesnych państw, w ostatnich latach w Polsce jakby zmieniały swe funkcje – z kuźni elit na domy pomocy społecznej. Mimo że uczelni wyższych mamy niemal 400, w tym 18 uniwersytetów klasycznych, narzekamy na słabość naszych elit w tych placówkach formowanych.

Od początku tego roku akademickiego słyszymy o dramatycznej sytuacji uczelni, choć takie głosy są znane od początku III RP. Coraz więcej pracowników zamierza opuszczać uczelnie, a rektorzy ostrzegają, że w obecnej sytuacji finansowej placówki mogą się cofnąć do czasów komuny i nie ma mowy o innowacyjności gospodarki i rozwoju. Taktownie pomijają wyniki ankiet wskazujących, że na przykład studenci i absolwenci uczelni medycznych istotnie zamierzają wyjeżdżać z kraju, ale sprawy finansowe tego exodusu są dopiero na dalszym miejscu. Anulują też opinie, że uczelnie jakoś do tej pory nie zdołały wyjść z czasów komuny, no może z wyjątkiem biologicznego odejścia kadr na poziomie tych uformowanych jeszcze w II RP. W innowacyjności ciągniemy się od lat w europejskim ogonie, bez względu na poziom finansowania coraz większej ilości wysoko utytułowanej kadry.

Tym niemniej powszechny jest pogląd, że skoro ktoś jest na etacie akademickim, do formowania elit przeznaczonym, to winien być finansowany nieprzeciętnie (znacznie wyżej od przeciętnego obywatela). Nie zważając na to, czy/w jakim stopniu wyniki tego nieprzeciętnego zatrudnienia są pozytywne społecznie, czy akademik tworzy wielkie dzieła czy pisze/mówi bzdury nieprzeciętne. Jednym słowem, akademicy traktują uczelnie niczym domy pomocy społecznej, oczekując od społeczeństwa nieprzeciętnego finansowania, rzecz jasna bez możliwości społecznej kontroli tego, co za te finanse robią. To im zapewnia autonomia uczelni i zasada, że profesora to może opiniować tylko inny profesor – członek tej samej nadzwyczajnej kasty akademickiej. A dla lepszych od profesorów miejsca na uczelniach nie ma! I nie będzie.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 16 listopada 2022 r.

Stwórzmy „ Czarną księgę komunizmu” w polskiej nauce

Stwórzmy „ Czarną księgę komunizmu” w polskiej nauce

W inspirującym „Wywiadzie z chuliganem” prowadzonym przez red. Piotra Lisiewicza 19 września 2022 r. (odc. Nr 183) profesor historii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu Witold Tyborowski podkreślił podobieństwa bojkotu podręcznika „Historia i Teraźniejszość” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego i „Czarnej Księgi Komunizmu” (red. Stéphane Courtois).
Od czasu ogłoszonego w mediach upadku komunizmu co pewien czas nasila się bojkot dzieł i ich autorów oraz rozmaitych akcji na rzecz ujawnienia prawdziwej twarzy komunizmu. Nie bez powodu beneficjenci i spadkobiercy tej dewastującej świat idei się tego obawiają, gdyż sporo zarzutów jest kierowanych pod ich adresem”.

Akademicki bojkot Czarnej Księgi Komunizmu

Profesor Tyborowski był organizatorem wykładu Stephane Courtois (dostępny w internecie) .w Poznaniu w 2017 r. i podaje, że zjawiło się na nim jedynie kilku profesorów historii. Kontrastuje to z dużym zainteresowaniem CKK w debatach intelektualnych środowisk zachodniej Europy. Jeszcze wyraźniejszy akademicki bojkot miał miejsce niemal 20 lat wcześniej (16 maja 1999 r.) kiedy spotkanie z autorami „CKK” (Stephen Courtois i Jean Luis Panne) odbyło się w murach Collegium Novum UJ (niestety nagrania nie ma, bo wówczas nie byłem jeszcze dokumentalistą). Nie zauważyłem na spotkaniu obecności profesorów historii najstarszej polskiej uczelni. Był jednak licealny profesor historii Marek Eminowicz. Zdumiewające, nieprawdaż?

Przecież nośnikiem komunizmu były w niemałym stopniu środowiska intelektualne, w tym znakomici uczeni. A tu niemal całkowity brak zainteresowania dokonaniami swojego środowiska. Aby bojkot „CKK” przez przemilczenie nie do końca był skuteczny, zainspirowany spotkaniem i obszerną książką, zacząłem walczyć o opracowanie w Polsce czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji, zdając sobie sprawę, że te idee silnie zagnieździły się w środowiskach akademickich, a wieloletnia edukacja krzewiąca marksistowski pogląd na świat na długie lata pozostawia ślady w serach i umysłach kolejnych pokoleń. Złożyłem nawet projekt badawczy na ten temat, oceniony pozytywnie przez ówczesny KBN, ale nie mógł być zrealizowany, bo ja jako jednostka szkodliwa dla komunistycznego systemu, także po jego medialnym upadku, byłem jednostką badawczą, ale tylko jednoosobową, pozauczelnianą, bez księgowego. Przez Polską Akademię Umiejętności, reaktywowaną w czasach transformacji przy udziale przewodniej siły narodu, projekt został odrzucony, aby (jak argumentowano) na coś takiego osobistego, o małej nośności naukowej, nie przeznaczać publicznych pieniędzy.
Fakt, że realizacja takiego projektu mogłaby znieść wielu uczonych z piedestałów. Poczynania przewodniej siły narodu, która tak mocno opanowała domenę akademicką, musiałyby się znaleźć na poczesnym miejscu w takim projekcie. Co więcej, sekretarz PAU był redaktorem naukowym wydanego ze środków publicznych dzieła ”Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”, w którym istnienie komunizmu zostało unieważnione! Nie ma w nim takiego słowa jak komunizm, więc niby jak można było akceptować opracowanie jakiejś mutacji „Czarnej Księgi Komunizmu”. O wycofanie tego dzieła z obiegu edukacyjnego walczyłem przez lata i to merytorycznie, ale niemal nikomu z historyków, a nawet opozycjonistów antykomunistycznych, brak w nim komunizmu (też PZPR czy stanu wojennego) jakoś nie przeszkadza, choć taki stan rzeczy oznaczałby ich anihilację (nie było komunizmu, to i opozycji antykomunistycznej nie mogło przecież być!). Chyba tylko mnie i prof. Terleckiego to uwiera, ale nawet IPN nie zdecydował się na realizację takiego projektu, choć Prezes IPN w jednym z wywiadów powiedział: „Trądem w sposób szczególny były dotknięte szkoły wyższe”. Problem w tym, że trąd ten nadal panuje w pałacu nauki i edukacji (Trąd w Pałacu Nauki-Józef Wieczorek, 2022), a nawet wydostał się poza jego mury.
Pytania kierowane do władz UJ: jak to było możliwe, że na Uniwersytecie Jagiellońskim rzekomo nie było komunizmu ani stanu wojennego, choć te jak wiadomo były wprowadzone na terytorium całego kraju (ale nie zostały wprowadzone do treści „Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego”)-nie doczekały się odpowiedzi. Bojkot moich usiłowań – całkowity. Widocznie niektórym historykom nie chodzi o ujawnienie prawdy o historii, tylko o jej zaciemnienie. Wiedzą, co gremia akademickie robiły w ciemnych okresach naszej najnowszej historii i nie bez przyczyny je unieważniają, heroicznie wręcz broniąc innym dostępu do archiwów uczelnianych.

Abdykacja uniwersytetów z poszukiwania prawdy

Tym samym wiedza o funkcjonowaniu domeny akademickiej w systemie komunistycznym jest niezadowalająca, mimo że przewodnia siła narodu także w niej miała rolę dominującą. Bez jej przyzwolenia, poparcia, nie można było być w niej zatrudnionym ani awansowanym, a nie znamy nawet składów uczelnianych Podstawowych Organizacji Partyjnych! Czyli tak naprawdę nie wiemy kto i dlaczego decydował przez lata o kadrach akademickich funkcjonujących (nawet do dnia dzisiejszego) na uczelniach formując kolejne pokolenia naszych elit. O dekomunizacji domeny akademickiej (poza swoistą dekomunizacją historii uczelni i biogramów akademików) tak naprawdę nikt nie chciał słyszeć po upadku komunizmu a często wysuwano argumenty, że nie miałby kto wtedy uprawiać nauki i edukować nowe pokolenia wolnej Polski. W rezultacie te pokolenia formowane są przez beneficjentów nie do końca upadłego systemu czerwonego, podlegającego transformacji przez etap różowych kameleonów do tęczowej teraźniejszości. Jedno jest widoczne, że transformacja otworzyła szeroko wrota dla lewackiego przemarszu przez uniwersytety co dopiero ostatnio niektórzy zauważają.
Brak czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji to poważna luka w naszej wiedzy o najnowszej historii domeny akademickiej. Stąd obecne przyczyny słabości tej domeny nie są prawidłowo identyfikowane. Fundamentem komunizmu były kłamstwo i brak własności prywatnej a nauka winna się opierać na prawdzie (poszukiwanie prawdy to podstawowa powinność uniwersytetów, ludzi nauki) i poszanowaniu własności intelektualnej. Brak należytego rozpoznania fundamentów, należytej ich naprawy, abdykacja uniwersytetów z poszukiwania prawdy na rzecz zdobywania stopni i tytułów skutkuje kryzysem nauki, a kolejne, powierzchowne reformy nie przynoszą pożądanej poprawy. Co więcej nie zdekomunizowano przestrzeni akademickiej i kolejne pokolenia studentów, nauczycieli historii całe lata spędzają wśród reliktów komunizmu, w salach pamięci zasłużonych utrwalaczy systemu kłamstwa, na korytarzach uczelni, gdzie są upamiętnieni jawni, jak i tajni współpracownicy tego systemu. W domenie akademickiej odziedziczono system tytularny skonstruowany dla skutecznego formowania oportunistycznych, negatywnie selekcjonowanych kadr zabezpieczających trwanie komunizmu. Taki stan rzeczy tłumaczy bojkot „CKK” przez przemilczenie, ale milczeć o tym nie można.

Nonkonformistyczny bojkot lustracji akademickiej

Panuje niemal powszechna opinia o konformizmie kadr akademickich. Nie bez przyczyny, skoro od lat na uczelniach panują stosunki feudalne a możliwości awansu naukowego przez lata zależały od spolegliwości wobec przewodniej siły narodu. Kto chce robić karierę lepiej niech nie ujawnia poglądów naukowych odmiennych od decydentów akademickich, w gruncie rzeczy niepodlegających merytorycznej krytyce mniej utytułowanych, choć w danym temacie kompetentnych. Panuje pogląd, że profesora to może oceniać tylko inny profesor i niechby ktoś ten pogląd zakwestionował. Nonkonformiści od lat z systemu byli wykluczani, więc konformizm kadr akademickich jest oczywistością. Są jednak przykłady nonkonformizmu na co dzień konformistycznego środowiska akademickiego Taką niecodzienną okolicznością, która zmobilizowała niemałą część środowiska akademickiego do odważnego, nagłaśnianego protestu, była ustawa lustracyjna, której akademicy mieli także podlegać. W końcu chodziło o poznanie historii środowiska, o ujawnienie kolaboracji z systemem kłamstwa przez osoby na ogół przysięgające służenie prawdzie. Kłamcy lustracyjni z domeny akademickiej winni być wykluczeni, ale to większości się nie podobało, co niejako wskazuje na zakres kolaboracji z systemem komunistycznym i akceptację tego procederu. Ileż to forteli wymyślano, aby czasem prawda nie ujrzała światła dziennego, jakich argumentów używano w obronie rzekomo naruszanych ustawą praw obywatelskich, dóbr osobistych, dóbr nabytych w ramach kolaboracji, których beneficjenci mogą być nieludzko, bezprawnie pozbawieni. Zarzucano władzy naruszanie autonomii środowiska akademickiego, taktownie nie podnosząc, że chodziło co najwyżej o autonomię do zachowań niegodnych, bardzo przydatnych przez lata w karierach akademickich. Te protesty jasno pokazały poziom degradacji sporej części środowiska akademickiego zorientowanego (a)moralnie na urządzenie się w zniewalającym systemie komunistycznym. Swojej twarzy środowisko nie chciało pokazać, ale -rzecz jasna – chcąc nadal pozostawać w roli elity intelektualnej i moralnej. Tych, którzy takie postępowanie kontestowali, obrzucano obelgami, określano mianem hunwejbinów, nurzających się w szambie. Ci, którzy nie zhańbili się zajrzeniem nawet do teczek IPN występowali w przestrzeni publicznej w roli ekspertów od lustracji. Jako teoretycy prawdy – o czym informują ich biogramy naukowe – praktykowaniem prawdy nie zamierzali i nie zamierzają się trudnić. Takie mamy elity akademickie wynoszone na piedestały, aprobowane przez demokratyczną większość.
Ostatecznie lustracja jest jednak przeprowadzana i trudno jest obejmować stanowiska kierownicze tym, którzy w sposób tajny kolaborowali i do tego nie chcieli się przyznać.
Nie spowodowało to pozytywnego oczyszczania środowiska, bo lustracja jest ograniczona, a dekomunizacji brak, choć wiadomo, że głowę systemu stanowiła partia, a SB tylko jej narzędzie. Taki stan rzeczy jasno prowadzi do ideologicznego bojkotu prób edukacji młodego pokolenia w zakresie najnowszej historii.

Ideologiczny bojkot Historii i Teraźniejszości

Przez lata narzekano, że młode pokolenia nie znają najnowszej historii Polski, bo nie ma czasu, aby jej w szkole uczyć. 10 lat temu organizowano nawet głodówki, aby zwrócić uwagę na tę kwestię. Ostatecznie postanowiono wprowadzić do szkół ponadpodstawowych przedmiot Historia i teraźniejszość z nadzieją, że ta luka zostanie wypełniona a młodzi w końcu się zorientują skąd się wziął taki świat, w którym przychodzi im żyć. Jakoś chyba nie brano pod uwagę, że nauczyciele historii nie do końca są przygotowani do prowadzenia takiego przedmiotu na poziomie, bo przecież na uczelniach byli formowani w atmosferze bojkotu poznawania prawdziwej historii najnowszej. Ale docelowo pomysł był dobry i jest nadzieja, że stopniowo młode pokolenia będą miały szansę na otrzymanie niezbędnej wiedzy o niedawnej przeszłości. Niestety już na samym wstępie pomysł takiego przedmiotu został surowo oceniony przez historyków, także z PAN, jako niepotrzebny w edukacji. Widocznie tacy eksperci uważają, że byłoby lepiej, aby młode pokolenia nie dowiedziały się na jakich fundamentach teraźniejszy, postępowy świat jest posadowiony.
Na ukazanie się podręcznika do tego przedmiotu w ujęciu znanego z podziemnych wydań polskiej historii profesora Wojciecha Roszkowskiego zareagowano niebywałym hejtem ideologicznym, bo widocznie hejterów nie stać na argumenty merytoryczne.
Reakcja hejtem pozamerytorvcznym jest nijako wpisana w dzisiejszy dyskurs publiczny, a metoda ta została przeniesiona z domeny akademickiej, gdzie kiedyś dominowała kultura dyskusji naukowej, ale w ramach instalacji postępu ta zamieniła się w antykulturę unieważniania (cancel culture) za pomocą ataków personalnych, nieraz brutalnych ciosów poniżej pasa, mających na celu wyeliminowanie niewygodnych dla przewodniej siły narodu, dla decydentów. W PRL atakowano zwykle po wypowiedzi (nie dopuszczać takich do referatów!), bo do wypowiedzi nawet niewygodnych czasem dochodziło, a w III RP atakuje się już przed wypowiedzią (odbieram panu głos!). Ta antykultura została zatem udoskonalona w III RP a ideologię czerwoną zastąpiono tęczową. Ideologia nadal dominuje nad nauką, gdyż lewacki marsz przez instytucje nauki i edukacji znalazł po transformacji korzystne warunki i zabezpieczenia instytucjonalne. Podręcznik w ujęciu konserwatysty, podkreślającego zagrożenie cywilizacji chrześcijańskiej, musiał wywołać reakcję niemałego już grona walczących z wszystkim, co kojarzy się z tradycyjnym systemem wartości. Jedni niszczą podręcznik, nawiązując do poczynań barbarzyńców, inni zakazują administracyjnie używania jej w szkołach, choć nie mają do tego prawa. Totalitarne metody mają swoją przeszłość, ale i teraźniejszość. Młode pokolenie winno o tym wiedzieć. Pozbawione należytej wiedzy historycznej, podatne jest na manipulacje ideologiczne, formowanie w swoistych „szkołach ciemności”, jak to określiła kiedyś Bella V. Dodd (kiedyś komunistka) demaskująca metody instalacji systemu komunistycznego w USA. Takie szkoły przetrwały jednak medialny upadek komunizmu i jeśli nie zostaną wychowane nowe pokolenia na gruncie tradycyjnych wartości, zaopatrzone w należytą wiedzę o najnowszej historii, uodpornione na manipulacje ideologiczne, nasza cywilizacja może nie przetrwać. Hejt wobec podręcznika HiT to przejaw wojny cywilizacji i nie można być wobec tego zjawiska obojętnym. Powrót do merytorycznych dyskusji zamiast hejtu i wykluczenia w debacie publicznej to konieczność w teraźniejszości.
A do przedmiotu ‘historia i teraźniejszość’ Czarna Księga Komunizmu winna być lekturą uzupełniającą.

Tekst opublikowany w miesięczniku Nowe Państwo, w listopadzie 2022 r.

O dwóch zdaniach z „HiT”-u Wojciecha Roszkowskiego

O dwóch zdaniach z „HiT”-u Wojciecha Roszkowskiego

W książce Wojciecha Roszkowskiego „Historia i Teraźniejszość” przeznaczonej dla licealistów znalazłem jakże trafne zdania odnoszące się zarówno do historii, jak i teraźniejszości w domenie akademickiej.

Jedno brzmi: „Wprawdzie nakłady na naukę i technikę wzrosły w l. 1970–1975 ponad dwukrotnie, ale nie dawały spodziewanych efektów, gdyż opierały się na fałszywym założeniu, że pieniądze autonomicznie zwiększą wydajność twórców”. Ale to fałszywe założenie tak się wbiło w teraźniejszość, że jest lansowane powszechnie, a inaczej uważających po prostu anuluje się z przestrzeni publicznej. W stosunku do PRL nakłady na naukę wzrosły wielokrotnie, a poziom nauki się nie podniósł, a może obniżył. W rankingach światowych nawet najlepsze nasze uczelnie lokowane są na pozycjach podobnych albo niższych od pozycji uczelni biednych krajów afrykańskich. Dlaczego nie daje to do myślenia ani związkowcom, walczącym tylko o podwyżki płac, ani decydentom, starającym się sprostać żądaniom płacowym? Zwiększenie finansowania wadliwego systemu poprawy nie przyniesie i bez przeprowadzenia fundamentalnych reform domeny akademickiej tak naprawdę nie możemy na to liczyć.

Drugie, jakże trafne, zdanie o nauce w latach 70., niestety nie rozwinięte w czasie i przestrzeni, brzmi: „Prace mające autentyczną wartość powstawały często niezależnie od całego tego systemu, a nawet wbrew niemu”. Tak właśnie było w PRL i nie przestało być do dziś, mimo licznych – niestety pozornych – reform systemu. Nadal system odrzuca niewygodnych pasjonatów nauki, których praca ma autentyczną wartość, ale zmuszonych do funkcjonowania poza systemem. Mamy wolną Polskę, ale wolność w nauce jest reglamentowana, a prawda źle widziana. Antykultura unieważniania została opanowana perfekcyjnie, zarówno w historii, jak i w teraźniejszości, i pozostaje nam tylko być dumnymi z naszych uniwersytetów z ogromną liczbą profesorów.

 I tą dumą nie może zachwiać nawet to, że są one na ogół niżej notowane od uczelni Bangladeszu, Zambii, Etiopii, Nigerii…

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 9 listopada 2022 r.

Akademickie dni (nie)pamięci

Akademickie dni (nie)pamięci

Od 2015 roku, w dniu 6 listopada, w rocznicę Sonderaktion Krakau, uczelnie krakowskie obchodzą Akademicki Dzień Pamięci. W 1939 roku w wyniku akcji przeciwko profesorom uniwersyteckim (Aktion gegen Univ. Professoren), realizowanej przez Einsatzgruppe pod dowództwem niemieckiego prawnika dr. Bruno Müllera, w Collegium Novum UJ aresztowano 183 krakowskich profesorów oraz nauczycieli akademickich, a następnie wywieziono ich do obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau. W wyniku protestów i zabiegów międzynarodowej opinii (w tym Benito Mussoliniego) stopniowo byli oni zwalniani z obozów, ale około 20 z nich tę haniebną akcję przypłaciło życiem.

Akademia Ignatianum w roku ubiegłym przypomniała fakt aresztowania przez niemieckich okupantów 25 jezuitów z Kolegium Krakowskiego (10 listopada), którzy trafili do obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Dachau, a ośmiu z nich zmarło.

Niestety, w środowisku akademickim nadal panuje niepamięć o kolaboracji z totalitarną władzą komunistyczną, której symbolem jest haniebna rola rektorów uczelni krakowskich w skazywaniu swoich kolegów, także ofiar Sonderaktion Krakau, w procesie podziemia niepodległościowego (1947 rok).

Na UJ od 2010 roku realizowany jest projekt „Pamięć Uniwersytetu”, ale niewygodne dla uniwersytetu wspomnienia z czasów komunistycznych zostały skazane na niepamięć, podobnie jak ofiary politycznych czystek, a nawet samo funkcjonowanie komunizmu czy przewodniej siły narodu (PZPR) oraz stanu wojennego. Nie wiadomo nawet, czy nowy przedmiot licealny „Historia i teraźniejszość” zdoła tę pamięć przywrócić, bo na poziomie akademickim ma miejsce fałszowanie historii, a przecież to na uczelniach formuje się nauczycieli historii i pisze/recenzuje podręczniki. Jeden dzień pamięci, skoncentrowany na jednym z tragicznych wydarzeń w dziejach, nie może wykluczać pamięci o innych, ale środowisko akademickie nie ma mocy, aby się z nimi zmierzyć i przenosi je w otchłań niepamięci.

Póki co akademickie dni niepamięci zdecydowanie dominują nad Akademickim Dniem Pamięci.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 2 listopada 2022 r.

Wymusić mobilność akademików!

Wymusić mobilność akademików!

W nowym roku akademickim większość akademików wróciła do tych samych miejsc pracy, z którymi była związana w roku ubiegłym, a nawet przez wiele wcześniejszych lat, często od studiów. Wygląda to tak, jakby byli do konkretnej uczelni wręcz przypisani, choć takiego prawa nie ma. Przypisanie dawniej chłopów do ziemi nie służyło rozwojowi, więc takie prawo na szczęście zostało zniesione, podczas gdy w domenie akademickiej choć nie było nigdy wprowadzone, w praktyce przywiązanie – i to od studenta do rektora – do tej samej uczelni jest jednak faktem. To tworzy znakomite warunki do wyplatania pajęczyny akademickiej, ale gorsze do tworzenia nauki i edukacji na wysokim poziomie. Przenikające się pajęczyny – sieci nieformalnych, towarzyskich, rodzinnych powiązań – do których nikt z zewnątrz nie ma dostępu, tworzą po prostu układ zamknięty i w praktyce niereformowalny, jak widać ze skutków wielokrotnych prób tzw. reform akademickich.

Lata mijają, reformy następują, a układy, pajęczyna akademicka, pozostają. Co prawda w okresie transformacji wielu akademików stało się nomadami wędrującymi na dogodnych trasach, między odległymi nawet uczelniami, aby powiększyć sobie konta bankowe, lecz pozostawali przywiązani do uczelni macierzystych stanowiących trampoliny do ich karier akademickich. Rzecz jasna w ramach uplecionej żmudnie przez lata pajęczyny. Ten stan rzeczy wykształcił coś na kształt nauki wsobnej (wsobne konkursy, awanse, debaty, dyskusje, recenzje…), a do reformy typu japońskiej Meiji nie doszło.

To zapewniło spokój wewnętrzny naszych utytułowanych, korytarzowych profesorów, ale naukowo pozostaliśmy daleko w tyle, co pokazują nie tylko rankingi światowe.

Jeśli nie zostanie wymuszona mobilność, na przykład poprzez zakaz zatrudniania w tej samej uczelni co najmniej przez pięć lat jej doktorskich absolwentów, to o poprawie notowań naszych uczelni nie ma co nawet marzyć. Warunki ekonomiczne nie mogą być przeszkodą w mobilności, bo trzeba pamiętać, że ta zwykle jest wymuszana przez biedę

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 26 października 2022 r.

Browary szansą uczelni?

Browary szansą uczelni?

Szkolnictwo wyższe toczą liczne plagi, w tym zaraźliwy trąd, który jeszcze w PRL opanował pałac nauki, wraz z pałacem sprawiedliwości. Liczne reformy w III RP tego nie naprawiły i domena akademicka w czasie obecnego kryzysu jest w opałach.

Przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego w Krakowie odbyła się konferencja „Przyszłość szkolnictwa wyższego” zarejestrowana na YouTube (ponad 10 godzin!), lecz nie wzbudziła większego zainteresowania. Liczba odsłon zapisu spotkania wielu rektorów ledwie przekroczyła 100, gdy szkół wyższych mamy niemal 400, a etatowych akademików około 100 tys. Zdumiewające lekceważenie. Uczelnie podobno są na skraju przepaści (zresztą od początku III RP) i nikogo nie obchodzi ich przyszłość?

Rektorzy martwili się małym zainteresowaniem społecznym domeny akademickiej, co jest faktem, ale fakt swej odpowiedzialności za ten stan rzeczy taktownie pomijali, choć pod Deklaracją Społecznej Odpowiedzialności Uczelni widnieje 160 podpisów.

Były jednak głosy zasadne, podkreślające konieczność rozszczelnienia systemu blokującego rozwój młodych talentów. Mamy ludzi wybitnych, sprawdzają się za granicami, ale u nas giną w sztywnym systemie, i nie tylko finanse są tego przyczyną. Czesi czy Węgrzy mają lepsze efekty. Liczne u nas stopnie i tytuły nie interesują potencjalnych zagranicznych współpracowników. W nauce liczy się jakość, a nasze tytuły tej jakości nie gwarantują.

Rektorzy – w czasach niepewnych – spodziewają się nieznanych jeszcze plag egipskich, ale jakoś pomijają liczne, znane już plagi akademickie, które rujnują domenę, co od lat staram się naświetlać, dzieląc się moimi opiniami. Rektorzy wskazywali na niski prestiż polskich uczelni, daleko plasujących się w rankingach światowych, a przy tym nie wzbudzających większego zainteresowania podmiotów gospodarczych. Rektor AGH zauważył jednak poprawę prestiżu jego uczelni po uruchomieniu własnego browaru. Może to jest szansa dla polskich szkół wyższych? W końcu słynny browarnik, mistrz Jan Heweliusz, coś w nauce też zrobił, i to światowej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 19 października 2022 r.

Inauguracja lewackiego hejtu

Inauguracja lewackiego hejtu

 Nowy rok akademicki rozpoczęty, mimo obaw co do funkcjonowania uczelni przed nadchodzącymi chłodami. Może studiowanie będzie okresowo zdalne, jeśli finanse się skończą, nawet gdy pandemia w tym roku nie nadejdzie. Póki co, profesorowie 1 października odważnie wkroczyli w przestrzeń publiczną, przystrojeni w różnobarwne togi, demonstrując swoją obecność w życiu miast.

Barwne korowody akademików na ulicach Krakowa mogli obserwować zwykli mieszkańcy, choć było ich niewielu, chyba mniej od maszerujących akademików. Inaczej jest na pochodach 11 listopada czy 3 maja, w których akademików trudno wypatrzeć, a mieszkańców akademickiego miasta idą tłumy. Nie widać integracji profesorów ze zwykłymi zjadaczami chleba, choć oczekują od nich wsparcia finansowego, bo w warunkach kryzysu sami są bezradni.

Uczelnie przeszły kolorystyczną transformację, ale ta ich nie wprowadziła na drogę do samodzielnej egzystencji, a utracili rolę drogowskazów dla mniej oświeconych. W ciągu ostatnich 70 lat wiodąca polska uczelnia przebyła symboliczną drogę od Karola Wojtyły (wykładowcy etyki na UJ w 1953 roku) do Jana Hartmana (wykładowcy etyki w 2022 roku), ale i ta droga jest kontestowana, jako zbyt mało lewacka. UJ popiera organizację „Tęczuj”, marsze równości, mimo biedy prowadzi studia genderowe zabezpieczane przez dział Bezpieczeństwa i Równego Traktowania. A ekscesy prof. Jana Hartmana, dr Samuela Nowaka, jak i studenta Franka Vetulaniego uchodzą bezkarnie.

Podczas inaugurującego rok akademicki podchodu przed Collegium Novum, „Kolektyw Równoważnik”, z chyba najbardziej obecnie znanym studentem UJ Vetulanim zaopatrzonym w tęczową flagę, obrzucał kadry w togach lewackim hejtem. „Kolektyw” już wcześniej wyrażał sprzeciw wobec umieszczania w oficjalnym programie mszy katolickiej zgodnie ze „zgniłą” (ich zdaniem) tradycją UJ. Czy tolerancja wobec pełnego nienawiści lewackiego hejtu, tak studentów, jak i profesorów, nie ma żadnych granic? Czym zasłyną oni w ciągu nowego, kryzysowego roku akademickiego?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 12 października 2022 r.

Bazar prac dyplomowych

Bazar prac dyplomowych

Rozpoczyna się nowy rok akademicki, który ma przynieść wzrost „udyplomowienia” polskiego społeczeństwa i zapewnić byt kadr akademickich funkcjonujących w fabrykach dyplomów. Byt, jak narzekają akademicy, jest kiepski, ale i dyplomy nie lepsze. Generalnie jak produkt jest marny, zapłata nie powinna być wysoka, a nawet jej nie powinno być.

Niestety, u nas nie ma żadnej zależności między jakością produktu a zapłatą. Odpowiadający za kiepskie dyplomy, niezbyt przykładający się do pracy edukacyjnej, a nawet do tego się nienadający, zarabiają jak na nasze warunki całkiem nieźle, gdy oddający swoje najlepsze lata na rzecz wysokiego poziomu dyplomów gratyfikowani są słabo lub wcale, bo z systemu akademickiego są eliminowani. Podnosząc wyżej poprzeczkę, działają na niekorzyść uczelni utrzymujących się z masowej produkcji lipnych dyplomów. Praca organiczna jest u nas generalnie źle widziana, szczególnie jak podważa efekty (nie)pracy autorytetów akademickich.

Gdy uczelnie pozbędą się pasjonatów nauki i edukacji, zdobycie dyplomu nie jest trudne i w liczbie wydawanych dyplomów jesteśmy potęgą. Tym niemniej wielu studentów nawet nie trudzi się żmudnym pisaniem prac, poprzedzonym prowadzeniem badań, a promotorzy nie trudzą się prowadzeniem merytorycznym swoich podopiecznych. Studenci bez problemu mogą znaleźć w Internecie liczne ogłoszenia firm zajmujących się pisaniem prac dyplomowych na pożądany temat i jak to bywa na bazarach, ceny zamówionych dzieł nawet nie są wygórowane. Produkt bywa sprawdzony pod kątem wykrywania plagiatów.

Popyt na takie prace jest duży, to i podaż utrzymuje się na poziomie, i mimo pozorowanej walki z tym procederem firmy na rynku mają się dobrze, nawet w czasach kryzysu. Pisaniem na zamówienie trudnią się wykwalifikowani specjaliści, wśród których nie brakuje pracowników nauki dorabiających sobie do pensji. Pod względem etycznym i merytorycznym ten proceder jest nie do przyjęcia, lecz uczelnie po odrzuceniu etyki chrześcijańskiej nie mają sobie nic do zarzucenia.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 5 października 2022 r.

Pieniądze albo hibernacja

Pieniądze albo hibernacja

Rektorzy alarmują, że gwałtownie rosną koszty funkcjonowania uczelni, które nie znajdują pokrycia w ich przychodach. Fakt, w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z boomem na nieruchomości akademickie, a koszty ich utrzymania są wielkie – ciągle rosną koszty mediów, energii elektrycznej, gazu, wody, ścieków, centralnego ogrzewania… A subwencja z budżetu spada do poniżej 75 proc. w 2022 roku. O takiej subwencji wiele uczelni zachodnich, wyżej od naszych notowanych w rankingach, może tylko marzyć. Te muszą dorabiać swoimi produktami intelektualnymi, co u nas jest słabo praktykowane, więc przychody uczelni są niewielkie.

Co prawda uczelnie po transformacji zamieniły się w fabryki dyplomów, których podaż jest nadal wielka, ale popyt spada. Może to skłoni uczelnie do poszukiwania alternatywnych źródeł ich finansowania i stosowania alternatywnych metod pozyskiwania kadr akademickich na poziomie.

Od dawna kadry uczelni kształtowano poprzez ustawiane, fikcyjne konkursy, niechętnie stosując kryteria merytoryczne, częściej nepotyczne. Faktem jest, że uczelnie przez lata nie były zainteresowane tymi, którzy i bez budżetowych środków finansowych sporo w nauce i edukacji zrobili i gospodarce swoją wiedzą z pożytkiem służyli.

Co więcej, eliminowano z systemu opornych w realizowaniu dostaw obowiązkowych produktów intelektualnych dla baronów akademickich. To oczywiście musiało prowadzić do biedy akademickiej, ale ta przyczyna jest unieważniana w przestrzeni publicznej.

Nikt nie odpowiada na pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie i dlaczego kraj tak silnie udyplomowiony, utytułowany, z tak wielką liczbą uczelni z nazwy wyższych, tak kiepsko jest notowany na arenie światowej, a akademicy tak mało są przydatni dla gospodarki oraz formowania elit? Rektorzy, zamiast refleksji nad obecnym stanem rzeczy, ostrzegają: pieniądze albo hibernacja uczelni, ze studentami poza ich murami. Tak uczelnie może przetrwają, ale czy przetrwa Polska jako ważny europejski kraj?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 28 września 2022 r.

Krakowscy rektorzy winni się kajać

Krakowscy rektorzy winni się kajać

10 września 2022 roku minęła 75. rocznica procesu krakowskiego przeciwko niepodległościowym działaczom Zrzeszenia WiN oraz PSL. Wśród oskarżonych było kilku naukowców. Najwyższy wymiar kary otrzymał członek WiN Eugeniusz Ralski (biolog), ale karę śmierci zamieniono na dożywotnie więzienie i po amnestii wyszedł na wolność w 1956 roku. Karol Buczek (historyk, kartograf) i Henryk Münch (historyk) zostali skazani na karę 15 lat więzienia, a Karol Starmach (hydrobiolog) na dziesięć lat więzienia, ale kary im ostatecznie zmniejszono.

Niestety, do skazania naukowców przyczynili się rektorzy uczelni wyższych Krakowa: F. Walter, T. Marchlewski (rektor i prorektor UJ), S. Skowron (dziekan Wydziału Lekarskiego UJ), W. Goetel, I.R. Stella-Sawicki (rektor i prorektor Akademii Górniczej), Zygmunt Sarna (rektor Akademii Handlowej), Adam Krzyżanowski (dyr. Wyższej Szkoły Nauk Społecznych), potępiający swoich kolegów za działalność niepodległościową.

O procesie informują liczne opracowania historyczne oraz tablica na ul. Senackiej 3, o czym pamiętają krakowianie (lecz nie rektorzy) w rocznicę procesu. Rektor UJ przed laty objaśniał mi, że UJ obchodzi Akademicki Dzień Pamięci 6 listopada. Ale to jest rocznica haniebnej niemieckiej Sonderaktion Krakau, a nie haniebnej postawy rektorów w procesie krakowskim, którą wykazali m.in. ocaleni więźniowie KL Sachsenhausen: Adam Krzyżanowski, Teodor Marchlewski, Stanisław Skowron, Izydor Roman Stella-Sawicki, Franciszek Walter, i to m.in. wobec współwięźnia tego obozu Karola Starmacha.

Ofiary z KL Sachsenhausen pozostały w pamięci, ale pamięć o postawie akademików w procesie krakowskim została wymazana. Sądownie wyroki z procesu 1947 roku unieważniono w 1992 roku, ale niegodziwej postawy rektorów nie można unieważniać. Do szkół wprowadza się przedmiot Historia i Teraźniejszość, argumentując słusznie, że młodzi nie znają najnowszej historii. Ale kto oświeci polskie środowisko akademickie w zakresie historii, aby w teraźniejszości zachowywali się jak trzeba?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 21 września 2022 r.

Rankingi miarą (nie)mocy akademickiej

Rankingi miarą (nie)mocy akademickiej

Na świecie jest ponad 30 tysięcy jednostek akademickich identyfikowanych przynajmniej w niektórych rankingach próbujących określić ich pozycję w świecie nauki. Rankingów takich jest wiele, zarówno krajowych, jak i światowych; stosują rozmaite metody i kryteria, stąd mają różne wyniki i są różnie oceniane. Jedno kryterium ich oceny wydaje się jednak stałe. Rektorzy uczelni za najbardziej wiarygodny uważają ten ranking, w których ich uczelnia umieszczona jest najwyżej. I trudno się temu dziwić.

Zabawa czy budowanie prestiżu

Niektórzy odnoszą się do rankingów lekceważąco, traktując je jako zabawę. Od początku tego wieku rankingi zyskują jednak spore uznanie i na ogół świat akademicki z niecierpliwością czeka na ogłoszenia ich wyników są one bowiem wskazówką dla potencjalnych studentów, którą uczelnię wybrać, dla absolwentów na której pracować, a dla ministrów którą warto wspierać, finansować.

Mimo zastrzeżeń, wątpliwości, co do kryteriów, dostępu do danych, mierzalności mocy akademickiej itp. rola rankingów w domenie akademickiej rośnie. Media rzadko zajmują się sprawami akademickimi, ale o miejscach jakie uczelnie zajmują w rankingach, informują szeroko. Bo to rankingi decydują (choćby tylko lokalnie) o prestiżu uczelni.

Rankingi krajowe i światowe

W Polsce najpopularniejszy w ostatnich latach jest ranking „Perspektyw”, choć już przed 30 laty ranking najlepszych polskich szkół wyższych ogłaszał tygodnik „Wprost” a potem też „Polityka” oraz „Rzeczpospolita”. Ranking „Perspektyw” uważany jest obecnie za najbardziej reprezentatywny, oparty na wielu kryteriach, wśród których najwyżej oceniane są: potencjał naukowy i efektywność naukowa (pozyskiwanie środków finansowych, stopnie i tytuły naukowe, uprawnienia do ich nadawania, publikacje, cytowania ), umiędzynarodowienie (liczba studentów zagranicznych, programów studiów w językach obcych, pracowników zagranicznych, publikacji z naukowcami zagranicznymi), prestiż (oceniany przez kadry akademickie, uznanie międzynarodowe, miejsce w rankingach światowych),  ekonomiczne losy absolwentów , innowacyjność ( patenty ), warunki kształcenia (dostępność kadry, akredytacje)  

Od lat w tych rankingach najwyżej plasują się: Uniwersytet Warszawski i Jagielloński, co jakiś czas zamieniające się pierwszym miejscem, choć w rankingu rozdzielonym na grupy kryteriów uczelnie te dominują według prestiżu, potencjału naukowego, czy warunków kształcenia, ale według umiędzynarodowienia w tegorocznym rankingu przoduje Akademia Ekonomiczno-Humanistyczna w Warszawie, publikacji – Uniwersytet Opolski, efektywności naukowej- Uniwersytet Medyczny w Łodzi, wynalazczości – Politechnika Gdańska a absolwent na rynku pracy ma najlepiej po SGH

To spore zaskoczenie i sporo wątpliwości, bo publikacje czy umiędzynarodowienie winny mieć ogromny wpływ na prestiż uczelni a w rankingu tak nie jest.

Wśród uczelni niepublicznych dominuje Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie

Oprócz ogólnego rankingu podawane są miejsca uczelni z podziałem według typów uczelni tj. techniczne, medyczne, ekonomiczne, rolnicze, pedagogiczne, AWFy,. co może ułatwiać decyzje odnośnie wyboru uczelni.

Wśród rankingów światowych szczególnym uznaniem cieszy się ranking szanghajski (Academic Ranking of World Universities) ogłaszany w sierpniu od 2003 r ale i do niego są zarzuty, że zbyt preferuje laureatów Nobla czy publikacje w czasopiśmie Nature.

Dokładne miejsce w tym rankingu znane jest tylko w przypadku 100 najlepszych uczelni, natomiast pozostałe miejsca podawane są w przybliżeniu, w grupach liczących 50 -100 placówek

Ostatnio ogłaszany jest też ranking dziedzinowy co daje szanse na porównywanie uczelni w danej specjalności. W końcu uczelnia może mieć różną moc w różnych dziedzinach.

Od kilkunastu lat czasopismo „Times Higher Education” przygotowuje brytyjski ranking, krytykowany za korzystanie z niekompletnych baz danych i preferowanie prac pisanych w języku angielskim, co się odbija niekorzystanie pozycjonowaniu uczelni, szczególnie w naukach humanistycznych. Przed kilku laty odseparował się od niego inny brytyjski ranking  -uważany za prestiżowy -QS World University Rankings, w którym pozycja uczelni zależy od kilku czynników: przede wszystkim od opinii wykładowców, publikacji naukowych, stosunku liczby wykładowców do studentów i liczby studentów zagranicznych.. W tym rankingu klasyfikowanych jest ok. 1500 uczelni z całego świata.

Niemal wszystkie instytucje akademickie- ponad 30 tys.- obejmuje natomiast hiszpański ranking „webometryczny” (Webometrics Ranking of World Universities)) uwzględniający obecność instytucji akademickich i badawczych w internecie i promowanie otwartego dostępu do publikacji wyników naukowych.

Powód do dumy czy zadumy

Wszelkie rankingi odsłaniają słabość polskich uczelni, także tych z największą ilością profesorów i doktorów habilitowanych. Nawet najlepsze nasze uczelnie są w niemocy, jak się je porówna z uczelniami światowymi. Rankingi nie uwzględniają liczby profesorów prezydenckich/belwederskich, a tym bardziej doktorów habilitowanych, bo te kategorie ‘naukowe’ na ogół nie są znane w innych systemach akademickich. Stosowanie innych kryteriów określania mocy naukowej pokazuje, że można być mocarstwem, jeśli chodzi o liczbę naukowców tak utytułowanych, przejawiać niemoc naukową.

Najlepsze polskie uczelnie – tradycyjnie Uniwersytet Warszawski i Jagielloński – zwykle plasują się w 5 setce najlepszych uczelni światowych (ranking szanghajski) czasem trafiając do 4 setki, ale na tak dalekich pozycjach rankingi nie są zbyt precyzyjne. Określanie mianem sukcesu awansowanie uczelni np. o 50 miejsc w którejś tam setce rankingu jest bezpodstawne, jako że dystans naszych nawet najlepszych uczelni od pierwszej setki rankingu jest niemal kosmiczny. I powinien skłaniać do zadumy.

A jakie proponuje się remedia na poprawę prestiżu?.Zwykle jakieś fortele. Ponieważ rankingi preferują raczej wielkie uczelnie, nieraz postulowano, aby nasze uczelnie po prostu łączyć w wielkie molochy. Co prawda poziom nauki i nauczania niekoniecznie się wtedy polepszy, ale za to pozycja w rankingach się podniesie. Rzecz jasna można by zatrudniać na etatach noblistów, których obecność wpływa znacznie na punktację rankingową, ale noblistów naukowych nam brakuje, a jakoś do tej pory uczelnie nie zatrudniły Lecha Wałęsy, w końcu pokojowego noblisty, choć bez matury, ale z wielką ilością doktoratów honorowych. Tych naprawdę naukowych noblistów nie możemy się doczekać, bo czy ktoś o takim potencjale miałby szanse na sukces w systemie trwającej dziesiątki już lat negatywnej selekcji kadr?

Ponieważ rankingi międzynarodowe wysoko punktują poziom umiędzynarodowienia studiów niektóre uczelnie (ostatnio UAM) likwidują limity przyjęć dla obcokrajowców. Zwykle są to u nas Ukraińcy i w mniejszym stopniu Białorusini.

Niestety i takie preferencje nie za wiele się zdają i np. UAM w ostatnim rankingu QS World University Rankings został uwzględniony, ale w odległej 8-10 setce, razem m.in. z uczelniami Bangladeszu.  Widocznie polityka równościowa i skoncentrowanie się na orientacjach seksualnych, przy lekceważeniu orientacji intelektualnych w nauce najważniejszych, prowadzi do równania w dół, a nie w górę. I żadne fortele poprawy ich rankingowej sytuacji nie są skuteczne.

Niestety rektorzy -co gorsza przy pomocy mediów – wprowadzają w błąd polskich podatników finansujących polskie uczelnie, co do sukcesów tychże w skali międzynarodowej. Co prawda w wyżej wymienionym rankingu zidentyfikowano aż 19 (więcej niż dotychczas) wśród ponad tysiąca uczelni z całego świata. Jest to jednak tylko kilka procent polskich uczelni z nazwy wyższych, a i te najlepsze plasują się na pozycjach zajmowanych także przez wiele uczelni tzw. trzeciego świata. Od naszych najlepszych UW i UJ wyżej sklasyfikowano uczelnie m.in. Chile, Kazachstanu, Tajlandii, Kataru, Kolumbii, Brunei, Białorusi.

Określenie mocy uczelni, w takim czy innym rankingu, jest wysoce niedoskonałe i pozycje zajmowane przez uczelnie zawsze są dyskusyjne, a nawet mogą budzić zdziwienie, ale jednak uczelnie uważane od lat za bardzo dobre zajmują pozycje zwykle w pierwszej setce, niezależnie od kryteriów rankingowych. Jeśli uczelnie plasują się w różnych rankingach na odległych pozycjach to jednak uzasadniony jest wniosek, że są słabe, w niemocy.

Ranking „webometryczny” pokazuje także nasze szkoły niepubliczne oraz wiele publicznych, na bardzo odległych pozycjach, na ogół w przedziale 20-30 tysięcznym. I takie jest też odczucie społeczne wartości tych uczelni z nazwy wyższych, którą to nazwę zawdzięczają odpowiedniej ilości profesorów i doktorów habilitowanych. Ta ilość nie ma jednak większego znaczenia dla pozycji w rankingach międzynarodowych, bo w nich nasze tytuły i stopnie naukowe nie są brane pod uwagę.

Rektorzy i media podnoszący rzekome sukcesy polskich uczelnie zdają się jednak bezwarunkowo uznawać rankingi za doskonałe narzędzie do określania poziomu uczelni i do jej promocji uczelni, nawet gdy ta moc jest podobna do uczelni biednych krajów, niezbyt znanych w nauce. Ale rzecz jasna o tym taktownie nie mówią i nie piszą. Na ogół polskie uczelnie i ich uczeni są słabo znani w świecie, z wyjątkiem nielicznych, i to głównie w dziedzinach „twardej” jak mówimy nauki.

Najnowszy ranking szanghajski

W lipcu tego roku ogłoszono ranking szanghajski w rozbiciu na dziedziny naukowe. Ten wygląda nieco bardziej pozytywnie, bo fizyka Uniwersytetu Warszawskiego znalazła się w pierwszej światowej setce (51-75) co jest sukcesem, powodem do zadowolenia, matematykę UW ulokowano na pozycji 101-150 a UJ na pozycji 150-200. W dziedzinie weterynarii w drugiej setce jest SGGW, podobnie jak UJ w dziedzinie zdrowia publicznego.

Ale już nauki o ziemi, podobnie jak informatyka, telekomunikacja czy górnictwo (i wiele innych) z żadnej polskiej uczelni nie zmieściły się w pierwszej 500 uczelni. Co prawda w rankingu, w którym uwzględniono ponad 1,8 tys. uczelni z 96 krajów, odnotowano 25 polskich uczelni (na ok. 350 funkcjonujących obecnie w domenie akademickiej) w 28 dyscyplinach (czyli w połowie dyscyplin uwzględnianych w rankingu), ale to chyba nie powinno nas satysfakcjonować. Nie jest to świadectwo prestiżu polskich uczelni

15 sierpnia, jak co roku, ogłoszono wykaz 1000 najlepszych uczelni świata, ujęty w ogólnym rankingu szanghajskim [2022 Academic Ranking of World Universities] uważanym za najbardziej prestiżowy. Czołową dziesiątkę rankingu stanowią:Harvard University,Stanford University, University of Cambridge, Massachusetts Institute of Technology (MIT), University of California, Berkeley, Princeton University,Columbia University, California Institute of Technology, University of Oxford, University of Chicago

W tym rankingu znalazło się 11 polskich uczelni, ale tylko dwie – UJ i UW w piątej setce, a pozostałe w drugiej połowie rankingu: Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie (w siódmej setce), Politechnika Gdańska, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego i Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu (dziewiąta setka). a w dziesiątej setce: Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Warszawski Uniwersytet Medyczny, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechnika Warszawska i Politechnika Wrocławska.

Wśród tych 1000 uczelni tylko w rankingu z 2018 roku było więcej, bo 12 uczelni polskich, ale przed rokiem 2017 r. na ogół pojawiały się tylko dwie – UJ i UW (często w IV setce) a dwukrotnie (r. 2003 i 2005] także Uniwersytet Wrocławski, co mogło być wynikiem niedostatków bazy danych o uczelniach uwzględnianych w rankingu.

Trudno zatem mówić o poprawie notowań polskich uczelni jako o skutku reform naszego szkolnictwa wyższego. Miejsca, tych notowanych najlepszych polskich uczelni, są wciąż dalekie, jak wielu uczelni krajów trzeciego świata.

W rankingu szanghajskim uwzględniono m.in. 190 uczelni amerykańskich, 112 chińskich, 46 niemieckich, 36 japońskich. Z 26 odnotowanych uczelni hiszpańskich 7 ma wyższe miejsca od naszych najlepszych, z 37 uczelni z Włoch wyższe notowanie ma 12. Z małej Holandii uwzględniono 13 uczelni z czego 12 wyżej notowanych od naszych najlepszych a 4 z nich w pierwszej setce, z Danii tylko 6 uczelni, ale 5 wyżej notowanych, w tym 2 w pierwszej setce, z Czech tylko 4, ale za to jedna w trzeciej setce.

Nadal nie ma powodów do zadowolenia

Czy takie pozycje naszych uczelni w rankingu światowym mogą stanowić powód do zadowolenia, jakie wyraża po jego ogłoszeniu wielu rektorów, i media?

Włosi ze swojej domeny akademickiej, o niebo lepiej notowanej w rankingach, nie są zadowoleni i widzą inne niż finansowe przyczyny tego stanu rzeczy. Do nauki trafiają bowiem nie najlepsi merytorycznie, tylko najlepiej ustawieni socjologicznie, w ramach fikcyjnych konkursów. Podobnie zresztą jak u nas. Przy czym u nas jest to standard, a Włosi wszczęli operację „Universita bandita” aby ten proceder zlikwidować.Ustawiacze konkursów we Włoszech kierowani są na ławy sądowe, u nas na piedestały.

Mimo wielu reform, ogromnego wzrostu ilościowego uczelni, utytułowanych naukowców, znakomitego polepszenia infrastruktury uczelnianej, z nieruchomościami na poziomie europejskim, o czym można było tylko marzyć w PRL, nasze uczelnie wypadają słabo, nie tylko na tle potęg naukowych. Szkoda, że w rankingach nie pokazuje się wielkości budżetów uczelni. Nasze uczelnie, co prawda, mają budżety znikome w porównaniu z uczelniami amerykańskimi, ale chyba większe od wielu uczelni trzeciego świata zajmujących podobne, a nawet lepsze miejsca od naszych najlepszych uczelni. Naszą ambicją winno być osiąganie poziomu porównywalnego choćby z uczelniami hiszpańskimi czy włoskimi, ale te w rankingach biją nasze na głowę, choć jeszcze w PRL tego tak się nie odczuwało (nie było jednak takich rankingów). Nie da się wytłumaczyć niemocy polskich uczelni tylko niedofinansowaniem. Nakłady są ważne, ale np. arabski King Abdullah University of Science and Technology ma nakłady podobne jak uczelnie z pierwszej dziesiątki rankingu, a znajduje się w 3 jego setce.

Co więcej, obecny poziom finansowania nauki w Polsce jest wielokrotnie większy niż w PRL, bo wtedy badania prowadziło się na ogół przy kiepskich pensjach, no może z dodatkiem na skromne diety wyjazdowe. Gdy zagraniczni naukowcy pytali mnie o finansowanie projektów badawczych, nie wiedziałem o co chodzi, bo badania realizowało się w ramach własnych pomysłów, w murach skromnych uczelni, nie zawsze mając gdzie mieszkać i gdzie podziać publikacje, które organizowało się w ramach wymiany międzynarodowej i np. za honoraria autorskie.

Gdy zagranicznych naukowców, czy studentów informowałem, że zarabiam kilkanaście dolarów, sądzili, że to na dzień, bo kto by sądził, że na miesiąc! A wyniki jednak były, nie takie jednak jakie mogły być przy takim jak obecnie finansowaniu (pensje jednak powyżej 1000 dol., finansowane projekty, wyjazdy zagraniczne), znane także na Zachodzie, a w ramach wymiany zagranicznej można było dysponować sporymi biblioteczkami, nie gorszymi od kolegów z Zachodu. A obecnie literaturą zagraniczną zainteresowanie jest słabe lub żadne, także bibliotek „naukowych”.

Za PRLu poziom w wielu dyscyplinach zapewne nie był gorszy od dzisiejszego, a może i lepszy (szczególnie w dziedzinach „twardych”) i na tle np. naukowców włoskich czy hiszpańskich wypadaliśmy nieźle. Raczej mamy regres, a nie postęp, mimo lepszych (choć nadal niezadowalających) ekonomicznych warunków pracy naukowej w kraju, a i o niebo lepszych możliwości współpracy zagranicznej. Rzecz w tym, że zapomina się, iż naukę tworzą uczeni, a nie mury. Skutków długotrwałej negatywnej selekcji kadr naukowych nie są w stanie zrekompensować piękne, lecz kosztowne w utrzymaniu nieruchomości.

Wadliwy system, polegający na zdobywaniu stopni i tytułów, przy nikłym zainteresowaniu zdobywaniem należytej wiedzy i odkrywania prawdy, prowadzi na manowce. Podejmuje się bezpieczne tematy, które zapewnią stopnie, tytuły, unikając tematów niewygodnych dla baronów akademickich i dla ideologów trzymających kasę. Eliminacja z systemu pasjonatów i nonkonformistów jest faktem. Oportuniści i konformiści, miłośnicy wysokich zarobków, nie zapewniają poziomu. Nie tylko jesteśmy słabi w międzynarodowych rankingach, ale i przydatność naukowców uczelnianych dla gospodarki i społeczeństwa jest niezadowalająca. Niestety społeczność akademicka i nie tylko akademicka oraz decydenci wykazują słabe zainteresowanie plagami degradującymi domenę akademicką. Jeśli nie ma monitoringu plag to nie wiadomo jak im zaradzić. Szokujące jest zadowolenie i określanie mianem sukcesu kiepskich wyników naszych uczelni w rankingach światowych. Taki stan rzeczy nie rokuje poprawy polskiej domeny akademickiej i jej przydatności dla rozwoju Polski.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET we wrześniu 2022 r.

Etyczna droga jagiellońskiej wszechnicy: od Wojtyły do Hartmana

Etyczna droga jagiellońskiej wszechnicy:

od Wojtyły do Hartmana

Na krakowskich Plantach można obejrzeć wystawę pt. „Jan Paweł II – Małopolanin wszech czasów”. Jedna z plansz przypomina, że Karol Wojtyła od 1953 roku wykładał etykę na UJ. Pozostawił po sobie kod etyczny nie do zaakceptowania w komunistycznej Polsce. Wydział Teologiczny UJ wkrótce zlikwidowano, niszcząc fundamenty, na których jagiellońska wszechnica była posadowiona od wieków.

Nastały czasy postępu, zastępowania wolności nauki przez ideologię czerwonej dyktatury. Co prawda po odwilży pojawiała się na UJ Izydora Dąmbska ze znaną potęgą smaku, choć „to wcale nie wymagało wielkiego charakteru” – jak nas przekonywał Zbigniew Herbert. Ale charakter trzeba było mieć, aby się nie zgadzać na zło. Wkrótce noc generała całkiem spowiła jagiellońską wszechnicę ciemnościami, w których rozprawiano się z negatywnie wpływającymi na młodzież etyką zagrażającą sile przewodniej.

Ciemności nie rozproszył ani siły przewodniej nie pozbawił upadek komunizmu, bo transformacja otworzyła szeroką drogę dla lewackiego marszu przez uniwersytety, i na UJ pojawił się Jan Hartman, najgłośniejszy chyba obecnie etyk życia codziennego. Jako mistrz etyczny, swoimi bluzgami na wszystko, co wiąże się z cywilizacją chrześcijańską, wpływa pozytywnie (?) na młodzież, która radośnie bluzga w marszach przed murami jagiellońskiej wszechnicy. To jest sprawa smaku, a mistrz Hartman i jego uczniowie mają taki smak. Cierpiącym na deficyt charakteru – o innym co prawda smaku – nawet do głowy nie przychodzi, aby takiego profesora przenieść w stan nieszkodliwości dla naszej cywilizacji. Areopag jagielloński utworzył nawet dział zabezpieczenia lewackiego marszu i równania do barbarii, a nieodległa księgarnia naukowa, na swej jagiellońskiej witrynie, promuje idee Hartmana i jemu podobnych. Byłoby społecznie pożądane wystawienie na Plantach – od Franciszkańskiej 3 do Gołębiej 22 – etycznej drogi jagiellońskiej wszechnicy obrazującej jej staczanie się: „Od Karola Wojtyły do Jana Hartmana – wykładowców etyki na Uniwersytecie Jagiellońskim”.

Tekst opublikowany we tygodniku Gazeta Polska 14 września 2022 r.

Profesorowie rzeczywiście biedniejsi od studentów

Profesorowie rzeczywiście biedniejsi od studentów

Profesorowie alarmują, że biedni są nadzwyczaj, a co gorsza, nawet biedniejsi od studentów. I trudno się z tym nie zgodzić. Profesorowie ustawili wysoko poprzeczkę dla swej biedy i jeśli nie mają trzy razy większego uposażenia od biedującego, zwykłego obywatela, czują się biednymi. Co więcej, całkiem są zdani na biedniejszych (nawet niemal trzykrotnie) obywateli, bo to oni muszą utrzymywać profesorów ze swoich podatków.

W tej biedzie akademickiej jednak całkiem dobrze sobie radzą studenci, którzy utrzymują się głównie sami, ze swojej pracy, na co jest zapotrzebowanie społeczne i gospodarcze. Widać, mimo ciągłych narzekań na poziom studentów, ci są przydatni, nie tylko profesorom. To kontrastuje z poziomem i bezradnością profesorów, których poza domeną akademicką niemal nikt nie chce.

Kiedyś – w czasach tzw. transformacji – radę sobie dawali poprzez zwielokrotnienie swojego zatrudnienia akademickiego (nawet do 17 pozorowanych etatów) i multiplikowanie swoich wykładów. Nie musieli wykazywać się przy tym zdolnościami do bilokacji czy multilokacji, bo uczelnie jak miały ich więcej na stanie, lepiej były oceniane i nawet profesorowie nie musieli się zbytnio fatygować wykładaniem, aby na ich konta spływały środki finansowe. Pożytek był obustronny. Ten proceder w końcu się urwał, ale nie tak do końca, i nawet rektorzy publicznych uczelni za zgodą swoich senatów dorabiali sobie na niepublicznych i wydawali z wzajemnością zgodę na dorabianie sobie im podległych i zarazem życzliwych. Ale jakoś nie idą w ślady swoich studentów, bo żeby być zatrudnionym w innej niż akademicka domenie, trzeba coś pożytecznego umieć, a to oceniają inni spoza domeny, a nie sami swoi. Podmioty gospodarcze nie zawsze chcą korzystać z profesorów z obawy, aby czasem nie zbankrutowały, stosując ich ekspertyzy w praktyce. Raczej wolą tych nienadających się do domeny akademickiej i nieźle na tym wychodzą. A uczelnie coraz biedniejsze swoją biedę reprodukują, utrzymując się z socjalnych zasiłków.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 7 września 2022 r.

Scenariusz fałszowania historii

Scenariusz fałszowania historii

Trwa hejt nad historią i teraźniejszością, która w nowym roku szkolnym ma być wprowadzona jako przedmiot obowiązkowego nauczania. Patrzenie w przeszłość, i to niedawną, budzi jednak demony. Do opanowania przedmiotu HiT przygotowuje się nowe podręczniki, ale trzeba mieć na uwadze, że najlepsze szkoły najnowszej historii znajdują się pod gołym niebem, w przestrzeni publicznej. Ta na całe szczęście jest coraz bardziej porządkowana (no, może z wyjątkiem przestrzeni akademickiej), oczyszczana z pomników sławiących historię zniewalającego Polaków czerwonego totalitaryzmu

W Krakowie taką szkołę historii stanowi Park Jordana, i to od czasów zaborów, kiedy to dr Henryk Jordan utworzył przestrzeń nie tylko dla zabawy, sportu, wypoczynku, ale i kształtowania postaw patriotycznych. Postawił kilkadziesiąt pomników wybitnych Polaków, ważnych dla naszej historii, i te stanowiły szkołę pod gołym niebem. Podczas okupacji Hans Frank kazał ją zlikwidować, ale w części pomniki powróciły w czasach PRL-u, a w III RP powstała Galeria Wielkich Polaków XX wieku jako kontynuacja dzieła H. Jordana przez Kazimierza Cholewę.

To jednak razi anty-Polaków, dlatego opracowano projekt, i to obywatelski, aby śladem Hansa Franka usunąć wiele z tych pomników (także flagę narodową!), żeby nie wpływały negatywnie na młodych Polaków. Tego projektu nie udało się im zrealizować, ale walka z pamięcią jest kontynuowana w formie wystawy rzekomo obrazującej historię parku. Zarząd Zieleni Miejskiej i kilku partnerów publicznych, w tym Małopolski Instytut Kultury, dokonały na wystawie odpomnikowania Parku i nie ma po nich ani śladu. Nie ma dowodów, czy sprawcy wystawy choć jeden raz byli w parku, do którego wstęp jest darmowy, więc nie mogą się tłumaczyć, że niedosyt finansów tak ograniczył wystawę. Ta może stanowić gotowy scenariusz lekcji: „Jak się fałszuje najnowszą historię”. W ramach nowego przedmiotu Historia i Teraźniejszość. Nauczyciele szkół krakowskich (i nie tylko) winni z tego scenariusza skorzystać.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 31 sierpnia 2022 r.

Plaga profesorów korytarzowych

Plaga profesorów korytarzowych

W przestrzeni publicznej pokazuje się inna twarz jagiellońskiej wszechnicy, na ogół nieznana, choć już nieraz ją pokazywano. Krystian Brodacki zobrazował trzy twarze Juliana Haraschina, kata podziemia niepodległościowego silnie związanego z powojenną historią UJ, a ja w nich zobaczyłem twarz współczesnej uczelni. Pokazywał ją także – i to z różnych stron – wybitny historyk sztuki prof. Karol Estreicher w swoich pamiętnikach, opisując mobbing na UJ dotyczący jego osoby. Moje jagiellońskie (choć nie tylko) doświadczenia mobbingowe wykorzystałem w pierwszym w Polsce serwisie internetowym poświęconym mobbingowi akademickiemu i w książce „Mediator akademicki…”. Argumentowałem, zgodnie z moimi doświadczeniami, że mobbing ma większe znaczenie dla destrukcji domeny akademickiej niż niedostatek pieniędzy, ale niektórzy wręcz cierpią na alergię mobbingową, odrzucając penalizację tej antykultury kwitnącej na uczelniach.

Ostatnio jednak przejawy mobbingu na korytarzach Instytutu Historii Sztuki UJ nagłośniono w mediach i zajął się nimi nawet Rzecznik Praw Obywatelskich. Po wakacjach zapewne bliżej się dowiemy, jakie to będzie miało konsekwencje. Na swój warsztat ten przypadek wziął także utalentowany medialnie dr Krzysztof Maj, mający za sobą traumatyczne przejścia doktoranta na UJ, który na kanale YouTube objaśnił swoje widzenie – i to w szerokim kontekście – tego, co się obecnie źle dzieje na UJ. Wprowadził do nomenklatury akademickiej – bardzo użyteczne dla zrozumienia plag akademickich – pojęcie profesora korytarzowego. Chodzi o profesorów pracujących w trybie korytarzowym, spotykanych głównie na korytarzach uczelnianych, choć praktycznie nieobecnych w nauce, stąd zakompleksiałych i odreagowujących swoje frustracje poprzez upokarzanie, wyśmiewanie, szykanowanie, fałszywe ocenianie podwładnych czy studentów. Na naszych uczelniach (nie tylko na UJ) niestety mamy plagę profesorów formatu korytarzowego, stąd mamy plagę mobbingu i uczelnie na poziomie trzeciego świata.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 24 sierpnia 2022 r.

Niedobre praktyki akademickie

Niedobre praktyki akademickie

Podczas jubileuszu powstania KRASP rektorzy ujawniają swoje 25-letnie działania, uznając je za osiągnięcia organizacji strażniczej, stojącej na gruncie wartości akademickich i wdrażającej w życie, i to autonomicznie, zasady dobrych praktyk akademickich.

Tak się składa, że w tym samym okresie, a nawet wcześniej, monitoruję rozmaite patologie akademickie, a wyniki skłaniają do wniosku, że co jak co, ale praktyki akademickie nie są dobre, a nawet się pogarszają wraz ze wzrostem ilości rozmaitych kodeksów i komisji etycznych. Wdrażanie w życie tego, co sami rektorzy skodyfikują, jakoś nie idzie im dobrze. Co więcej, sami z tymi praktykami są nieraz na bakier.

Żeby utrzymać się na etatach, trzeba sporo publikować, a jak wiadomo, publikacji w cyberprzestrzeni jest moc, metoda „kopiuj-wklej” coraz bardziej udoskonalana, więc pokusa jest wielka. Trudno się jej oprzeć dla podniesienia wykazów swoich osiągnięć. Nie tylko zwykli akademicy, lecz także rektorzy, w czasie wolnym od budowy nowych nieruchomości akademickich, kopiują i wklejają czasem mniejsze, czasem większe fragmenty aktywności intelektualnej innych osób, nawet tych, które ich zdaniem do domeny akademickiej się nie nadają.

Czasem to może zaszkodzić rektorowi, co ostatnio się nawet zdarza, ale ilu ujawniającym ten proceder to zaszkodziło, tego twórcy dobrych praktyk akademickich nie wykazują.

Kiedyś, poszkodowany zarekwirowaniem fragmentów moich tekstów na konto zespołu samego szefa Fundacji Rektorów Polskich, zaproponowałem sposób walki o poszanowanie własności intelektualnej poprzez usuwanie z uczelni osób wykazujących objawy plagiatofilii, a zatrudniania tych z objawami plagiatofobii. Wtedy kodeksy rektorskie nie byłyby potrzebne, ale i wielu rektorów także. Moimi dociekaniami nad niedobrymi praktykami akademickimi usiłowałem się dzielić ze środowiskiem akademickim, a rektorskim w szczególności. Niestety, bez większych sukcesów. Nawet z trądem na uczelniach (książka „Trąd w Pałacu Nauki”, 2022) nikt nie chce walczyć, więc się z uczelni wydostał.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 17 sierpnia 2022 r.

Akademickie refleksje wakacyjne

Akademickie refleksje wakacyjne

W czasie wakacji wielu z nas wyrusza na szlaki turystyczne. Turystyka to ważny dział gospodarki, który winien być oparty na wiedzy wyniesionej przez jakże licznych absolwentów kierunków turystycznych naszych wielu uczelni. Chodząc po szlakach, nachodzą człowieka różne refleksje, szczególnie jeśli szlaki prowadzą na manowce. Czy nie stanowią one czasem odbicia naszej edukacji, także na manowce nieraz prowadzącej?

Wystarczy mieć w głowie odrobinę zdrowego rozsądku, niekoniecznie popartego dyplomem, aby na szlakach górskich podawać oczekujący nas dystans do przebycia w godzinach i minutach, a nie w kilometrach, bo w górach chodzi się inaczej niż po równinach czy po ulicach. Na szkicach należy zaznaczać wszystkie rozchodzące się szlaki, a objaśnienia powinny być ustawione w takich właśnie punktach, a nie byle gdzie. Proste. Oczywiście, ale nie dla wszystkich twórców szlaków. Czy szlak doprowadzi nas do założonego celu – często jest wielką niewiadomą. Na szlakach stoją nieraz tablice objaśniające o drzewostanie czy zwierzętach, które można napotkać na szlaku, ale tego, po czym idziemy, na ogół się nie dowiemy. Co jak co, ale tajemnice naszej Matki Ziemi jakoś są przed nami ukrywane. Można trafić czasem na przykład na tablice Małopolskiego Szlaku Geoturystycznego (finansowanego przez Ministerstwo Gospodarki), ale nie dowiemy się, skąd i dokąd taki szlak prowadzi, a nieporadne i nieciekawe objaśnienia mogą tylko zrazić turystę. Jednym słowem, na wielu szlakach szlag może człowieka trafić.

Podobnie jest w muzeach regionalnych stanowiących odbicie naszej edukacji szufladkowej. Można mieć trudności ze zrozumieniem, co jest takiego osobliwego, że w danym terenie utworzono park narodowy, i to budzący zainteresowanie międzynarodowe. Liczne tablice, eksponaty, objaśnienia muzealne czasem ani jednym zdaniem nie kierują uwagi zwiedzającego we właściwą stronę. Dobrze byłoby oprzeć gospodarkę turystyczną na rzetelnej i ciekawie prezentowanej wiedzy, ale tej chyba nasze uczelnie nie zapewniają.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 10 sierpnia 2022 r.

Gilotynowanie wolności nauki- postępowcy nie potrzebują uczonych

Gilotynowanie wolności nauki – postępowcy nie potrzebują uczonych

Nauka sensu stricto, czyli rozumiana jako poszukiwanie prawdy, może się rozwijać tylko w warunkach wolności badań naukowych i wolności wypowiedzi naukowych. Gdy poszukiwanie prawdy zastępowane jest przez pogoń za zyskiem, władzą i realizacją ideologii, nieraz obłędnych, mamy do czynienia z kryzysem nauki, która może wręcz zagrażać ludzkości. Od rozwoju nauki zależy rozwój gospodarczy i poziom życia społeczeństw, ale ideolodzy postępu nieraz w historii dokumentowali, że nie potrzebują uczonych, w każdym razie tych, którzy nie służą ich ideologii.

Republika nie potrzebuje uczonych

Co roku obchodzona jest rocznica przeprowadzonej na drodze postępu ludzkości rewolucji francuskiej, podczas której słynny fizyk Charles Coulomb uciekał z Paryża na prowincję z obawy o bezpieczeństwo, filozof ekonomista Nicolas de Condorcet stanął przed Trybunałem Rewolucyjnym a po uwięzieniu zszedł z tego świata, natomiast – chyba z nich najsłynniejszy – chemik Antoine Lavoiser został zgilotynowany słysząc od sędziego sądu rewolucyjnego (Jean-Baptiste Coffinhal) uzasadnienie, że republika nie potrzebuje uczonych.

Biblioteki francuskie podległy oczyszczeniu z niewłaściwych dla ‘postępu’ książek, w części spalonych, zniszczonych, aby wymazać, unieważnić, skasować to co jest zacofane (cancel culture!) a te ekscesy też wymazano, stąd większość wykształconych postępowo ludzi palenie książek wiąże głównie z ekscesami hitlerowskich Niemiec a nie z postępową Francją! Cywilizacje kończą się w księgarniach i bibliotekach, co i dzisiaj można obserwować.

Mimo to, cały postępowy świat obchodzi każdą rocznicę zburzenia Bastylii (było w niej aż ośmiu więźniów! – ofiar rojalistycznego reżimu) co zapoczątkowało rewolucję i zgilotynowanie kilkunastu tysięcy, głównie niewinnych ludzi i straszliwe ludobójstwo Wandei, objęte w historii pamieciobójstwem, choć wykorzystywane przez Lenina w kolejnej postępowej rewolucji, która przyniosła miliony ofiar.

Uczeni w służbie czerwonego i brunatnego postępu 

Lenin przez lata funkcjonował jako geniusz ludzkości i wielu uczonych w swych pracach podkreślało jego genialność, aby mieć szansę na dostąpienie statusu genialnych. Stalin jako wielki językoznawca, jeszcze ten system udoskonalił, wspierając genialnych budowniczych systemu komunistycznego, w którym ideologia dominowała nad nauką. Produktem takiego systemu był Trofim Łysenko, hochsztapler na usługach komunistycznej władzy, którego „rewelacyjne”, pseudonaukowe teorie przyniosły katastrofalne skutki dla rolnictwa, a naukowcy, którzy mu zagrażali, musieli się liczyć z unicestwieniem swoich badań, jak i samych siebie (przykład Mikołaja Wawiłowa), co prawda nie za pomocą gilotyny, ale równie skutecznie.

Postępowy ustrój potrzebował tylko postępowych uczonych, a nie tych, którzy ten postęp spowalniali jakimiś naukowymi fanaberiami.

Także w służbie brunatnego postępu, na drodze do dominacji nadludzi i eksterminacji podludzi, wielu uczonych (w tym medyków) odegrało haniebną, wielką rolę, bez której zakres ludobójstwa byłby niewątpliwie mniejszy.

Tak Stalin, jak i Hitler potrzebowali wsparcia uczonych, ale likwidowali elity dla swych nieludzkich działań niewygodnych i mają na swoim sumieniu liczne rzesze wybitnych uczonych, a także potencjalnych uczonych.

Ale życie nie jest czarno-białe i są przykłady uczonych, którzy przeszli przez piekło niemieckich obozów koncentracyjnych a następnie, po nastaniu czerwonego postępu, działali na rzecz jego instalacji i eliminacji z życia nawet swoich towarzyszy wcześniejszej obozowej niedoli. (Niezłomni – wyklęci przez rektorów -Kurier Wnet, nr. 4/2018) Innych represjonowano w czasach czerwonego postępu za rzekomą kolaborację z postępem brunatnym, nawet gdy uchronili przed śmiercią tysiące, miliony ludzkich istnień (Rudolf Weigel), lub poczynili wynalazki dla dobra ludzkości (Jan Czochralski) 

Masowa edukacja na drodze postępu

Aby upowszechnić genialne myśli twórców postępu, a przez to uformować człowieka postępu, potrzebne było zlikwidowanie analfabetyzmu. Edukacja szkolna miała sformatować politycznie obywateli do miłowania socjalistycznej ojczyzny i budowania najlepszego z ustrojów. I w niemałym stopniu to się udało, a motywowano młodych do wysiłku argumentem: „Czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał”. Edukacja miała jednak charakter ideologiczny, niewygodne treści, szczególnie w zakresie edukacji humanistycznej unieważniano, więc utrwalenie w umysłach zakłamanych, zmanipulowanych treści miało długotrwałe skutki, co widzimy do dnia dzisiejszego, bo niestety czego Jaś zbyt dobrze się nauczył, tego Jan nie zdoła się oduczyć, a w każdym razie nie tak łatwo. Stąd spora cześć społeczeństwa nadal mentalnie i merytorycznie pozostaje w nie do końca upadłym systemie. Można to było przewidzieć, bo na poziomie wszystkich szczebli edukacji preferowano nauczanie pamięciowe, tępiono myślenie, kojarzenie, merytoryczną krytykę i z tego modelu edukacji do tej pory nie zdołaliśmy się wyzwolić, a nawet nie za bardzo chcemy -w końcu przez lata premiowano konformizm a nonkonformizm był karany, i to nieraz dożywotnio, Konformiści i w III RP odnoszą sukcesy. a nonkonformiści są poddawani cancel culture.

Eliminacji, jak się pogardliwie określa nawet do dziś, „wstecznych”, „zacofanych” elit, o systemie wartości oddziedziczonym po II RP, towarzyszyła masowa edukacja prowadzona głównie przez postępowców, zrazu na poziomie podstawowym i zawodowym, a w końcu -po transformacji- także wyższym, przynajmniej z nazwy. Niestety po „zgilotynowaniu” głów niezależnych od postępu, nastawionych na dobro wspólne, na poszukiwanie prawdy, efekty edukacji pozostały mierne. Postęp ilościowy w żaden sposób nie był w stanie przynieść postępu jakościowego, co szczególnie wyraźnie widać w domenie akademickiej. Z dumą, zadowoleniem, satysfakcją nagłaśnia się rzekome sukcesy polskich uczelni identyfikowanych wśród najlepszych uczelni świata, pomijając fakty, że od wielu naszych, nawet wyróżniających się, wyżej notowane są uczelnie nie tylko z większości krajów europejskich, ale także tych z Bangladeszu, Ugandy, Kolumbii, Kazachstanu ….. Rzecz jasna o tym się nie informuje społeczeństwa, które mimo postępowej edukacji jakoś nie jest zbyt zaradne, aby sprawdzać (dez)informacje, którymi jest karmione i przysposobione do utrzymywania kiepskiego/niewydolnego systemu. Masowa edukacja, zapewniająca wydawanie pożądanych dyplomów, jednocześnie zabezpiecza wprowadzanie w życie najbardziej absurdalnych – traktowanych jako postępowe – idei (m.in. religia klimatyczna, genderyzm.)

Bismarkowi przypisuje się maksymę: Acht und achtzig Professoren und Vaterlanddu bist verloren. (Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Ojczyzno, jesteś zgubiona.). A mamy masową „produkcję” profesorów. To nie są dziesiątki, ale tysiące, reprodukujących ogromne rzesze osobników udyplomowionych, utytułowanych, ale coraz bardziej odpornych na prawdę. Mamy więc czego się obawiać.

Postępowa ideologia ponad nauką

Przygotowano przestrzeń akademicką do lewackiego przemarszu przez uniwersytety. Marsz ten postulowany jeszcze w latach 30-tych ub. wieku  na Zachodzie, na dobre rozpoczął się w 1968 r., a u nas przyspieszył po transformacji w XXI wieku. Przetrzebiona czystkami ideologicznymi i nastawiona materialnie, a szczególnie tytularnie, domena akademicka wkroczyła w okres postprawdy i posthistorii, niszcząc za sobą świadectwa i wartości poprzedniej epoki.

Idee równości, realizowane za pomocą gilotyny w czasach postępowej rewolucji francuskiej, za pomocą karabinów i łagrów w czasach postępowej rewolucji październikowej, wprowadzano w sposób mniej lub bardziej doskonały na terenach zarażonych postępem, także w domenie akademickiej.

Zastępując wartości chrześcijańskie (Dekalog) antywartościami neomarksistowskimi lansuje się 11 przykazanie („nie bądź obojętny” – Józef Wieczorek „Auschwitz nie spadł nam z nieba, komunizm też!” Kurier WNET” nr 69/2020), co w świecie nauki objawia się brakiem obojętności na to, co wypracowali inni, i zagarnianiem ich osiągnięć na swoje konto (popularne plagiatowanie, rekwirowanie własności intelektualnej, dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych). Fundamentem postępowej domeny akademickiej staje się polityka równościowa i tzw. antydyskryminacyjna wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej z obszaru LGBT+. Osobom o tradycyjnej orientacji intelektualnej i moralnej wolno się najwyżej temu podporządkować, albo stać się obiektami dyskryminacji i napiętnowania. Przeniesienie zainteresowania na sferę seksualną, przy jednoczesnej obojętności na stronę moralną i intelektualną prowadzi do zapaści domeny akademickiej i grozi śmiercią uniwersytetów, kiedyś centrów wartości i poszukiwania prawdy.

Zdominowanie nauki przez ideologię skutkuje ograniczeniem wolności nauki, brakiem rzeczywistych debat naukowych, których uodpornieni na prawdę postępowcy po prostu nie potrzebują. Naukowcy, u których wykryto niechęć do postępu, do wsobnych debat postępowców nie są dopuszczani, nie mają większych szans na finansowanie uważanych za niepostępowe projektów, a nawet na zatrudnienie etatowe. Trudno znaleźć wydawców i dystrybutorów niepostępowych książek. Co prawda gilotyny wymyślone przez Józefa Guillotina podczas rewolucji francuskiej nie są już stosowane do ścinania niepostępowych głów, ale w metodach dekapitacji nastąpił olbrzymi postęp. Głowy niepogrążone w piasku i emitujące wolne myśli i słowa, kasowane (cancel culture) są nader skutecznie i ich nosiciele nie mają wiele szans na funkcjonowanie w domenie akademickiej. Postępowcy nie potrzebują uczonych ani wolności nauki.

Głos wolny plagi akademickie ubezpieczający

Głos wolny plagi akademickie ubezpieczający

W „Głosie Nauczycielskim”, tuż przed kolejną rocznicą słynnego manifestu ubezpieczającego na dziesięciolecia zniewolenie Polaków, ujawniono głos jednego z profesorów (Arkadiusz Rojczyk), który, jak odbieram, ma ubezpieczać, na długie lata, plagi akademickie degradujące naukę w Polsce.

Niedawno pisałem, że zwiększenie finansowania wadliwego systemu przynosi więcej szkody niż pożytku, ale nasi profesorowie ciągle głoszą, że z powodu deficytu pieniędzy nie potrafią godnie żyć, i są to głosy wręcz zniewalające. Ja takiej zależności nie zauważyłem w domenie akademickiej. Raczej obserwowałem, że ci najwięcej zarabiający godnie żyć nie potrafią, a ci o wiele biedniejsi materialnie – potrafią.

Profesor płacze po – dobrej jego zdaniem – reformie Gowina, z której niewiele już zostało, i podobno dlatego jesteśmy na drodze do degradacji nauki, a młodzi wyjadą. Tymczasem degradacja jak trwała, tak trwa, a młodzi naukowcy jak wyjeżdżali, tak wyjeżdżają. Widać, że reformowanie reformy Gowina nie jest przyczyną takich skutków.

Profesor, specjalista od przetwarzania mowy, tak ją przetworzył, że wymowa jego wypowiedzi skierowała się na ubezpieczanie plag akademickich, a nie na zahamowanie degradacji. Nawet nie wie, do kogo mieć o to pretensje. Uważam, że najpierw winien je mieć do siebie, podobnie jak inni profesorowie. Winien wiedzieć, że do nauki nie idzie się po pieniądze, także w bogatych krajach, gdzie w innych sektorach można zarobić jeszcze więcej.

A u nas biadoli się na niskie zarobki i w ramach ustawianych konkursów ustawia się je na swoje rodziny, aby taką biedę wszyscy klepali, aby dostawali coś w rodzaju dożywotniego zasiłku socjalnego. I taki system trwa i trwa, i reformy go nie likwidują.

Jak się w nauce zatrudnia tych, którzy nie mają pasji, to ich zwiększone finansowanie nie zapobiegnie degradacji, a nawet ją wzmoże. A plagi akademickie – przyczynę degradacji – unieważnia się i ciągle tylko: dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy, bo wyjedziemy…

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 sierpnia 2022r.

System finansowania głupoty

System finansowania głupoty

 Nasz świat akademicki żąda zwiększenia wydatków z kieszeni podatnika na swoje utrzymanie. Głos ten rozbrzmiewa od lat i to emitowany zgodnie, tak przez decydentów, jak i pracowników najemnych domeny akademickiej. Natężenie głosu wzrasta wraz ze wzrostem inflacji, poziomu udyplomowienia społeczeństwa i utytułowania kadr akademickich.

Słyszymy: pieniądze przeznaczane na domenę to nie koszty tylko inwestycja, która przyniesie wielokrotne zyski na drodze do dobrostanu państwa i społeczeństwa. Niestety domagający się więcej pieniędzy nie domagają się fundamentalnych zmian systemu, który jest wadliwy, co zauważa coraz więcej akademików, jak i szarych obywateli.

Grzegorz Górny przytoczył ostatnio przykład amerykański, gdzie olbrzymie nakłady finansowe na edukację nie przyniosły sukcesu. Wręcz przeciwnie. Wraz ze wzrostem nakładów finansowych nastąpił wzrost populacji analfabetów funkcjonalnych i generalne obniżenie nawet elementarnej wiedzy. Wyniki amerykańskich uczniów są niższe od tych uzyskiwanych przez uczniów europejskich funkcjonujących w znacznie słabiej finansowanych systemach. I jaki wniosek? Kiedy system jest wadliwy, to zwiększenie jego finansowania nie przynosi korzyści, tylko straty.

I tak jest z naszym systemem akademickim, którego wady są wielkie, od lat znane, a wadliwy system jest finansowany coraz bardziej, co widać chociażby w rosnących jak po deszczu nieruchomościach akademickich na poziomie wręcz światowym, czy po wynagrodzeniach rektorów uczelni bijących na głowę wynagrodzenia ministrów, a nawet prezydentów. Niestety, poziom naszych uczelni jest podobny jak uczelni tzw. trzeciego świata, wielokrotnie od nas biedniejszego, a poziom naszych elit, i to czasem rządzących, przynosi nieraz wstyd obywatelom.

Może lepiej by było popracować nad naprawą systemu, jego efektywnością, bez stosowania antykultury unieważniania wobec postulatów innych od finansowych, które zdaje się naruszają politykę równościową prowadzoną na drodze do zrównania mądrości i głupoty

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 27 lipca 2022 r.

Poznański Uniwersytet Adama Mickiewicza wyrównał do uczelni Bangladeszu!

UAM wyrównał do uczelni Bangladeszu!

Szerokim echem w przestrzeni publicznej odbiła się ostatnio polityka równościowa i antydyskryminacyjna na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, będąca dziełem rektorki prof. Bogumiły Kaniewskiej, wspieranej przez senat tej uczelni.

 W wyniku tej polityki kilku profesorów UAM już zostało poddanych dyskryminacji na drodze do wyrównania poziomu i osiągnięcia należytego stosunku do orientacji seksualnej. W tegorocznym rankingu „Perspektyw” polskich uczelni UAM został wysoko uplasowany (na 4. miejscu) i rektorka UAM z dumą oświadczyła: „Jesteśmy uniwersytetem europejskim i badawczym. Naszą mocną stroną zawsze była znakomita kadra naukowa. (…) Ten wynik z jednej strony nas cieszy, z drugiej daje impuls do dalszych starań”. Podkreśla się, że wysokie miejsca w rankingu „Perspektyw” dodają prestiżu uczelniom i więcej jest chętnych, aby na nich studiować.

Wieloletnie działania na rzecz równości w domenie akademickiej znajdują też odzwierciedlenie w rankingach światowych i w tegorocznym QS World University Rankings 2023. Wynik wywołał euforię rektorów ze względu na wysokie – jak zaznaczano w mediach – miejsca polskich uczelni. Europejski uniwersytet poznański wyrównał do poziomu uniwersytetów azjatyckiego Bangladeszu (miejsca: 801–1000 – Adam Mickiewicz University, Bangladesh University of Engineering and Technology, University of Dhaka, Bangladesh).

No cóż, niewiele polskich uczelni taki poziom osiąga (mniej niż 10 proc.), więc takie miejsca cieszą rektorów i w konsekwencji nie widać impulsu do starań, aby dorównać najlepszym uczelniom. Ciekawe, ilu potencjalnych polskich studentów sprawdza zasadność entuzjazmu rektorów i rzetelność informacji medialnych przed podjęciem decyzji wyboru uczelni. Wielu nawet na to nie wpadnie. Mimo korzystania z internetu, większości zapewne to nie interesuje, bo przecież chodzi im tylko o dyplom. A jak się rzeczywistego stanu rzeczy nie ujawnia, to i pochwalić się można, na jakiej to podobno znakomitej (według polskich kryteriów) uczelni się studiowało.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 20 lipca 2022 r.

„Czy tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”

„Czy tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”

Feliks Koneczny w jednej ze swoich książek („O ład w historii”) zadał znamienne pytanie: „W historii bywa górą gwałt i zgnilizna, tym bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytanie: czyż tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”.

Takie pytanie wypadałoby zadać decydentom domeny akademickiej po zapoznaniu się z moimi książkami „Plagi akademickie” (2020, II wyd. 2022) i „Trąd w Pałacu Nauki” (2022). Wątpliwe czy decydenci/profesorowie rozlicznych uczelni, komitetów, organizacji z książkami się zapoznali, bo reakcji nie zauważyłem.

 W książkach przedstawiam liczne plagi, które nękają polską domenę akademicką, w tym bardzo zaraźliwy trąd, stwierdzony w pałacu nauki już przed 35 laty. Mimo to nie zarządzono monitoringu plag, izolacji dotkniętych trądem, roznoszących zaraźliwe wirusy akademickie. Chyba nie rozpoczęto też prac nad wynalezieniem stosownych szczepionek.

Objaśniałem, że ten stan rzeczy jest związany z posadowieniem domeny akademickiej na podłożu bagiennym, a górą bywa w niej gwałt i zgnilizna. Pasożytnictwo i rozbój (plagiaty, zabór dóbr intelektualnych) są na porządku dziennym, a zgniłków (termin o. Józefa Bocheńskiego) w niej co niemiara, bo ze zgniłych komponentów domeny nie oczyszczono do tej pory. Do historii gnicia zastosowano cancel culture (antykulturę unieważniania), dlatego niewiele o niej wiadomo.

 Mimo że od ćwierć wieku mamy konferencję rektorów (KRASP) chwalącą się swoimi zamierzeniami, dokonaniami, sukcesami, trudno stwierdzić oznaki, abyśmy w domenie akademickiej ruszyli z bagna. Nie znaleziono na to sposobów ani nawet nie wiemy, czy ich szukano. Niemocy tego stanu rzeczy nie zbadano, a nawet jej nie ujawniono.

Taka metodologia zastosowana w nauce nie rokuje nadziei, abyśmy zdołali ruszyć z bagna, a przynajmniej poznali jego reologię, co jest niezbędne, aby utrzymać się na jego powierzchni. Grozi nam, że bagno może wciągnąć wszystkich, zanim dokona się jego osuszenia czy umocowania domeny na solidnych filarach.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska,13 lipca 2022 r.

Tęczowa dyskryminacja w domenie akademickiej

Tęczowa dyskryminacja w domenie akademickiej

W ramach walki z dyskryminacją można obserwować dążenia, aby wszyscy byli równi, ale osoby o odmiennej orientacji seksualnej i jej zwolennicy – równiejsi, a nawet dominowali nad innymi. Postępowy walec równości zainstalowała – przy wsparciu senatu – rektorka (nie wiem, dlaczego w oświadczeniach nazywana rektorem) UAM Bogumiła Kaniewska. O takiej równości krytycznie wypowiadali się naukowcy z AKO. Ale bez skutku. Jednym z nich był prof. Jacek Kowalski, renesansowa postać Poznania, który okazał się niezasłużonym dla tego miasta, bo nie dorównał wyrównanym.

Prof. Tadeusz Żuchowski, także z UAM, abdykował z Rady Doskonałości Naukowej, bo poczuł się źle po występach członkini tej rady – profesorki Ingi Iwasiów, nawołującej do jeb…nia PiS podczas Strajku Kobiet. Zdaniem sądu, dezaprobata dla mowy nienawiści i nawoływania do czynów w domenie publicznej zabronionych naruszyła dobra osobiste profesorki doskonałej w swej wulgarnej mowie. Innym profesorom z RDN to nie przeszkadzało, ale profesorowi Żuchowskiemu, niedoskonałemu na drodze do równości, przeszkadzało bardzo.

Z kolei profesor i zarazem duchowny ks. prof. Dariusz Oko za krytykę klik homoseksualnych w Kościele („Lawendowa mafia”), opartą na wynikach długoletniej pracy naukowej, ma zapłacić grzywnę za podżeganie do nienawiści. Ale i tak wyrok uważa za korzystny, bo przecież groziło mu więzienie.

Tymczasem TęczUJe (organizacja studencka) chyba całkowicie zdominowali UJ, grożąc innym konsekwencjami nawet za niewinne żarty na ich temat. Na platformie tęczowej reaktywowano dobre relacje mistrz–uczeń i młodzi tęczowi mają wsparcie profesorów, w tym Jana Hartmana – profesora od eksperymentowania kazirodztwa i zarazem wzorca etyki życia codziennego (jego książka promowana jest w Głównej Księgarni Naukowej Krakowa, w której „homofobiczne” moje „Plagi akademickie” nie są akceptowane).

Ale jest i nuta optymizmu – dr Wanda Półtawska, o odmiennej od obowiązującej orientacji moralnej i intelektualnej, została jednak Honorową Obywatelką Miasta Krakowa.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 6 lipca 2022 r.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd to choroba zakaźna, uleczalna, ale nieleczona jest groźna i się rozprzestrzenia. Tą nazwą określa się też patologiczne stany życia społecznego dotkniętego korupcją, nepotyzmem, pajęczyną powiązań przestępczych, mafijnych…

Tak nazwana została choroba tocząca środowisko wymiaru (nie)sprawiedliwości, znana u nas dzięki spektaklom teatru telewizyjnego pod tytułem Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, opartym na powieści Ugo Bettiego, odnoszącej się do sytuacji we Włoszech przed kilkudziesięciu laty, ale znanej i z innych krajów, także z Polski, nie tylko przed laty, ale i dziś.

Niestety podobnych spektakli nie doczekało się zjawisko trądu toczącego środowiska akademickie, może z wyjątkiem znanego filmu Krzysztofa Zanussiego z roku 1977 Barwy ochronne, w którym pewne przejawy patologii życia akademickiego zostały zobrazowane.

Trąd nie tylko w Pałacu Sprawiedliwości

Po obejrzeniu spektaklu Trąd w Pałacu Sprawiedliwości w czerwcu 1987 r. dostrzegłem podobieństwa do klimatu, jaki był mi znany w środowisku akademickim na najstarszej polskiej uczelni. Tym spostrzeżeniem podzieliłem się z rektorem in statu nascendi Uniwersytetu Jagiellońskiego, który wówczas z ramienia uczelni kierował akcją politycznej weryfikacji kadr akademickich, eliminującej niewygodnych dla systemu socjalistycznego pracowników naukowych o odmiennej od obowiązującej etyce i generalnie swoim antysocjalistycznym postępowaniem oddziałujących negatywnie na młodzież akademicką. Szczególne niebezpieczeństwo dla systemu socjalistycznego stanowiło skłanianie studentów do krytycznego myślenia. Po latach można też ocenić, że i dla transformacji. Niestety moja diagnoza obecności trądu w Pałacu Nauki nie znalazła uznania w oczach rektora i wolał się pozbyć mnie, a nie samego trądu. Nie zamierzał nawet zbadać schorzenia (był z wykształcenia medykiem), nie mówiąc o podejmowaniu działań na rzecz zapobieżenia jego rozprzestrzenianiu się. Postąpił zgodnie ze znaną zasadą: stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki. Ja gabinet rektora opuściłem, ale trąd pozostał, i to na długie lata.

Trąd degraduje Pałac Nauki

Gdy w okresie transformacji ustrojowej zaistniało zagrożenie, że mogę wrócić na uczelnię, argumentowano, iż to ja byłem sprawcą dolegliwości akademickich, bo po moim odejściu wszystko kwitnie. Z innych wypowiedzi – w tonie alarmistycznym domagających się zwiększenia finansowania kwitnącej rzekomo pozostałości akademickiej – wynikało jednak, że uczelnia stała nad przepaścią i obawiała się zrobić krok do przodu.

Po latach, mimo ogromnej poprawy infrastruktury uczelnianej, budowy znakomitych, pięknych nieruchomości, wielokrotnego wzrostu kadry, i to wysoko utytułowanej, oraz wielokrotnego wzrostu wynagrodzeń, poziom nauki i nauczania – jak wynika z opinii niemal powszechnych, a także z rankingów – obniżył się. Można było to przewidzieć, bo po zerwaniu pozytywnych relacji mistrz- -uczeń uczniowie pozostali bez mistrzów, co raczej podnoszeniu poziomu nauczania nie służy. Wbrew obowiązkowi poszukiwania prawdy, ciążącemu na uniwersytetach od początków ich istnienia, uczelnie zaczęły abdykować z prawdy, jakby dla uwolnienia się od krępujących je zasad na drodze do postępu. To objaw trądu toczącego uniwersytety zatrudniające na etatach teoretyków prawdy, którzy sami jej nie praktykują.

Nawet w okresie komunistycznym z rozstawaniem się z prawdą się nie afiszowano, choć uniwersytety pozostawały w sytuacji schizofrenicznej, zmuszone do funkcjonowania w systemie kłamstwa. Następuje stopniowe zastępowanie nauki przez ideologię, która na uniwersytetach zaczyna dominować, a profesorowie boją się mówić, a nawet myśleć. To działo się już w systemie komunistycznym: nonkonformistycznych akademików eliminowano, a i biologia zrobiła swoje. Po transformacji kolorystycznej uczelni – z czerwonych na tęczowe – proces jakby przyspieszył.

Próba zobrazowania trądu w Pałacu Nauki

Z setek moich tekstów poświęconych różnorodnym patologiom życia akademickiego, kilkadziesiąt zebrałem w książkę Plagi akademickie i ostatnio Trąd w Pałacu Nauki, aby zwrócić uwagę na zjawiska degradujące domenę akademicką w Polsce, a pomijane na ogół milczeniem, unieważniane w ramach stosowania cancel culture.

We Włoszech, gdzie przed laty rozpoznano trąd w Pałacu Sprawiedliwości i stwierdzono też degradujący domenę akademicką trąd w Pałacu Nauki, od kilku lat wdrażana jest operacja „Universita bandita”, gdyż uznano, że dalsze trwanie takiego stanu rzeczy ogranicza nie tylko potencjał nauki, ale i całego kraju, którego rozwój zależy od jakości elit formowanych na uniwersytetach. Mimo że potencjał gospodarki i poziom nauki we Włoszech są wyższe niż w Polsce, sprawa plag akademickich została naświetlona we włoskich mediach i skierowana na wokandy sądowe (Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

To, co we Włoszech uznaje się za patologie, u nas niestety jest standardem i nie budzi dezaprobaty. O „ustawianych” konkursach na etaty czy przejawach nepotyzmu wiedzą wszyscy, także decydenci, a mimo licznych reform, te plagi przetrwały do dziś. Niestety dla struktur polskiej domeny akademickiej (i nie tylko) to nie jest temat na tyle atrakcyjny, aby się nim zajmować.

Konferencja rektorów – KRASP – świętuje swój jubileusz 25-lecia, nagłaśniając swoje sukcesy, a milcząc na temat degradacji domeny, za co w niemałym stopniu rektorzy odpowiadają.

W ostatnim czasie skupili się na polityce równościowej, polegającej na nierównym traktowaniu społeczności akademickiej poprzez tworzenie przywilejów dla osób o odmiennej orientacji seksualnej. Kto by tej polityki nie respektował, musi się liczyć z konsekwencjami. Natomiast zupełnie, i to od lat, nie interesuje rektorów niewłaściwe, szkodliwe dla domeny traktowanie osób o odmiennej od współcześnie promowanej orientacji moralnej i intelektualnej. Ci, którzy są zorientowani na respektowanie stanowiącego fundament cywilizacji łacińskiej Dekalogu, na którym w średniowieczu uniwersytety zostały posadowione, nie mają wiele szans na przetrwanie na współczesnych uniwersytetach.

Powszechne unieważnianie 7 przykazania (Nie kradnij!) w domenie akademickiej przejawia się nierespektowaniem własności intelektualnej, powszechnym plagiatowaniem na wszelkich szczeblach akademickich, z rektorskim włącznie. Kto by ośmielił się podnosić te kwestie publicznie, zostaje skasowany w domenie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Zresztą nie tylko chodzi o plagiaty, ale i zjawisko „dostaw obowiązkowych” – dostarczanie płodów intelektualnych na konto baronów akademickich lub powszechne dopisywanie się tych baronów do cudzych prac, aby te mogły w ogóle zaistnieć na akademickich polach. To tylko przykłady objawów trądu toczącego Pałac Nauki.

Zanik zainteresowania stroną intelektualną i moralną na rzecz strony seksualnej świadczy o naturalnym zaniku instytucji określanych jeszcze mianem uniwersytetów. Zamiast stanowić ośrodki promieniujące poziomem intelektualnym i moralnym na całe społeczeństwo, są źródłem trądu przenoszonego poza mury Pałacu Nauki.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Z egzemplarzem mojej książki Trąd w Pałacu Nauki wszedłem do największej, głównej księgarni naukowej Krakowa, mając nadzieję, że zainteresuje się ona jej rozprowadzaniem. W witrynie widziałem m.in. książkę Jana Hartmana Etyka życia codziennego, wydaną i rozpowszechnianą jako pomoc w nabyciu „umiejętności dokonywania analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie”, sądziłem zatem, że dokonując analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie akademickie, zainteresuję moją książką czołową naukową księgarnię Krakowa. Wszak szary obywatel akademicki i pozaakademicki winien mieć szansę porównać różne propozycje etyczne.

Co więcej, na poczesnym miejscu po wejściu do księgarni zauważyłem książkę jakby z mojej dziedziny, na temat współżycia naszych przodków z dinozaurami. Ścięło mnie to z nóg, bo o czymś takim kiedyś słyszałem z ust samej byłej premier polskiego rządu (Ewy Kopacz), która objaśniała, jakie straszne skutki pociągnęło za sobą obrzucanie dinozaurów przez naszych przodków kamieniami. Zwróciłem na to uwagę kierownictwu księgarni, bo książka nie była umieszczona w dziale „Kurioza”, tylko wśród prac naukowych. I jak zwykły obywatel ma oddzielić ziarno od plew, skoro pani premier nie zdołała, a jagiellońska uczelnia tych, co to potrafili, ze swoich murów wypędzała?

Ja akurat wykładałem na tej uczelni dzieje życia na Ziemi i wiem, że od wymarcia dinozaurów do pojawienia się człowieka minęło więcej niż 50 mln lat. Tymczasem to mnie wyrzucono (negatywne oddziaływanie na studentów – sic!), a takie brednie się wydaje i oficjalnie rozpowszechnia, i to w księgarniach naukowych, pod bokiem najstarszej polskiej uczelni. Nic mi nie wiadomo, aby jakiś etatowy profesor wobec takiego stanu rzeczy zaprotestował.

Tak samo się rzeczy mają ze słynnymi już Dziejami Uniwersytetu Jagiellońskiego, niedostępnymi obecnie w księgarniach, ale polecanymi do nauki kandydatom na studentów jagiellońskiej wszechnicy. Przypomnę, że w tej historycznej książce wykreślono z historii najstarszej polskiej uczelni komunizm, stan wojenny i przewodnią siłę narodu, więc, rzecz jasna, nie wiadomo, skąd się wziął trąd w tym pałacu.

Współautor tej książki, z której chyba wynika, że historia się skończyła, a przynajmniej została przerwana, ostatnio został na UJ wyróżniony za przedkładanie rozumu nad siłę (nagroda Plus ratio quam vis). Po rezygnacji z prawdy… To jest prawdziwy HiT edukacyjny i ciekawe, jak z tym poradzą sobie wprowadzający nowy przedmiot „Historia i Teraźniejszość” (HiT)? Księgarnia naukowa – pozostająca pod wpływem intelektualnym i moralnym porażonego trądem Pałacu Nauk – mojej książki Trąd w Pałacu Nauki, podobnie jak i wcześniejszej, Plagi akademickie, rzecz jasna nie przyjęła po rzuceniu okiem na jej zawartość, niewątpliwie niemieszczącą się w ramach etyki Hartmana czy na arenie rzekomych walk naszych przodków z dinozaurami. Wystarczyło, że książka przestrzega przed lewackim marszem przez uniwersytety, czyli przenoszeniem trądu – niekoniecznie drogą płciową – aby jej do obiegu nie dopuścić.

W innych księgarniach – na ogół podobnie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Wystarczy spojrzeć na 2–3 zdania na okładce, skojarzyć trąd ze zdjęciem Pałacu Nauki (Collegium Novum UJ) opanowanym przez trąd, aby odmówić jej przyjęcia: „Bo wie pan, my wynajmujemy ten lokal, a wiadomo, jak się może to skończyć, gdyby się ujawniało trąd. Od trądu trzeba się trzymać z dala”. Rezygnując z takiego rozpowszechniania książki, uratowałem nieliczne już w Krakowie księgarnie, które jeszcze się utrzymują, sprzedając kompletne bzdury razem z publikacjami mniej chodliwymi, nawet dobrymi, ale nie traktującymi o patologiach systemu.

W dawnym Krakowie książkami interesowały się elity, stąd w centrum Krakowa księgarń było wiele. Ostatnio, wraz ze wzrostem kadry akademickiej, liczby studentów, poziomu udyplomowienia i utytułowania społeczeństwa, księgarnie znikają. Znawcy życia krakowskiego twierdzą, że w centrum Krakowa więcej jest obecnie domów publicznych niż księgarń, co się jakoś koreluje z nasilonym zainteresowaniem (i promowaniem) wielością orientacji seksualnych przy zaniku zainteresowania orientacją moralną i intelektualną.

To jest cecha współczesnych zmian cywilizacyjnych, ale odpowiedzi na postawione w książce pytanie: Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? do tej pory nie otrzymałem

Kurier WNET lipiec 2022 r.

Na marginesie edukacyjnego HiT-u

Na marginesie edukacyjnego HiT-u

W ramach reformowania edukacji i podnoszenia poziomu znajomości historii najnowszej przez młodych Polaków wprowadzany jest nowy przedmiot edukacji ponadpodstawowej historia i teraźniejszość zwany w skrócie HiT.

Już sama zapowiedź jego wprowadzenia wywołała głosy krytyczne, a pierwsze przymiarki do ujęcia HiT-u w ramy podręcznika szkolnego, autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego, jeszcze te głosy oburzenia wzmogły.

Pozostawiając sprawę analizy podręcznika znawcom tematyki, kilka uwag na marginesie chciałbym jednak poczynić. Warto zwrócić uwagę na krytyczne uwagi o podręczniku członków Komisji Polskiej Akademii Umiejętności do Oceny Podręczników Szkolnych: prof. Karola Sanojcy („będziemy wychowywać frustratów”) i prof. Jacka Chrobaczyńskiego („stłamszenie historii-dyscypliny nauki przez politykę”), którzy nie zdobyli się ani na jeden głos krytyczny wobec materiałów edukacyjnych, jakie stanowią „Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”, słynne z tego, że nie zidentyfikowano w nich ani komunizmu, ani stanu wojennego, ani przewodniej siły narodu (PZPR). Wobec ich zawartości, które mogą stanowić swoisty hit fałszowania historii, komisja kilkudziesięciu znakomitych podobno historyków nie zabrała głosu, mimo że postulat wycofania „Dziejów” z obiegu edukacyjnego Szanownej Komisji przedstawiałem (3 sierpnia 2009 roku) i wielokrotnie podnosiłem w swej publicystyce przedkładanej gremiom akademickim. Nic z tego.

Współautor takich nieprawdziwych dziejów został ostatnio nagrodzony za przedkładanie rozumu ponad siłę, ale dzieło – wręcz siłą, a wbrew rozumowi – służy nadal edukowaniu młodego pokolenia. Jeden z polskich gimnazjalistów we Francji spowodował zmiany fałszywych treści w podręczniku historii (sprawa Treblinki), a tu cała plejada polskich historyków zmian, i to w polskim dziele, nie zdołała (nie chciała?) wprowadzić. Chyba blamaż. Dlaczego specjaliści od aprobowania bzdur historycznych traktowani są jako eksperci od edukacji?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 29 czerwca 2022 r.

Rankingowa euforia rektorów

Rankingowa euforia rektorów

W sam raz na obchody jubileuszu powołania KRASP ogłoszono ranking uczelni z całego świata (QS World University Rankings 2023). Zidentyfikowano w nim 22 uczelnie z Polski, co rektorzy uważają za osiągnięcie imponujące (sic!), zważywszy na fakt, że obecnie mamy ponad 300 uczelni z nazwy wyższych, w tym sto kilkadziesiąt publicznych. Czyli mniej niż 10 proc. naszych uczelni zdołano wyłowić z morza uczelni całego świata.

Dwie polskie uczelnie (UJ, UW) zostały sklasyfikowane pod koniec trzeciej setki, co jest największym osiągnięciem ostatnich lat i Gowin zaciera wręcz ręce uważając, że ten „sukces” to skutek wprowadzenia jego Konstytucji dla nauki. Media kontekstu rankingu nie analizują i powielają zachwyty rektorów, nie wspominając nawet, że wśród wyżej notowanych od naszych najlepszych są uczelniez Ameryki Łacińskiej (Kolumbia, Chile, Meksyk) czy z Azji (Kazachstan, Oman, Liban, nie licząc wielu z Chin, Japonii, Tajwanu), a i uczelnie z Bangladeszu, Kenii czy Ugandy są na podobnych pozycjach co większość z klasyfikowanych najlepszych polskich uczelni.

Ranking pokazuje, że nie ma prostego przełożenia ekonomicznego statusu państwa na poziom uczelni i na przykład uczelnie z bogatego Kuwejtu nie należą do czołówki światowej, a nawet są słabsze od polskich najlepszych. Widać więc, że nie w pieniądzach jest pies pogrzebany, a te traktuje się jako przyczynę słabości polskich uczelni.

Z europejskich, bogatszych od naszych, kilka włoskich jest wyżej notowanych niż nasze dwie najlepsze, a mimo to włoski świat akademicki jest zaniepokojony sytuacją w domenie akademickiej, szukając przyczyn innych niż fi nansowe. Dlatego wdraża w życie operację „Universita bandita”, aby zlikwidować patologie obniżające poziom nauki i elit krajowych.

 A u nas, zamiast podobnej operacji mamy akceptację takiego stanu rzeczy i euforię, że wśród tysiąca uczelni świata zmieści się kilkanaście naszych.

Tekst opublikowany 22 czerwca 2022 r.

Jak uleczyć trąd (w polskiej nauce)? Nowa publikacja Józefa Wieczorka na temat polskiej nauki!

Jak uleczyć trąd (w polskiej nauce)? Nowa publikacja Józefa Wieczorka na temat polskiej nauki!

vod.gazetapolska.pl

Jest już dostępny w sieci wywiad, jaki ze mną przeprowadził red. Jacek Liziniewicz, na temat tej straszliwej choroby, która od lat toczy domenę akademicką w Polsce. Przez dwa lata zajmowano się pandemią koronawirusa, która dotknęła także domenę akademicką [wprowadzono m.in. trzymanie się z dala od uczelni, co się bardzo spodobało tak nauczanym jak i nauczającym !] a trądem nikt się nie zajmuje i zastosowano [niemal powszechnie, a w szczególności w Krakowie, gdzie przed 35 laty stwierdziłem jego ognisko] metodę przemilczenia [ cancel culture – antykultura unieważniania], co nie prowadzi do jego uleczenia. Po niedawnym wywiadzie w Poznaniu [https://youtu.be/U2IvU6oNbsA] i w TV Republika [https://youtu.be/Uof_60iR3SM] kolejna rozmowa na temat Trądu, która mam nadzieję spowoduje rezygnację ze stosowania antykultury unieważniania i zwróci uwagę na konieczność podjęcia odpowiednich środków w celu jego uleczenia. To ważne dla Polski!

Książka Trąd w Pałacu Nauki | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com) jest dostępna w:

Sklep Gazety Polskiej
ul. Filtrowa 63/43
02-056 Warszawa
Polska
Zadzwoń do nas: 722 111 655
Napisz do nas: sklep@gazetapolska.pl

Księgarna ZBROJA https://ksiegarniazbroja.pl/
31-004 Kraków, pl. Wszystkich Świętych 9
pon. – piątek 11-19.00
tel/ 692-308-776 https://www.facebook.com/KsiegarniaZbroja/

Księgarnia Akademicka

ul. św. Anny 6

31-008 Kraków

tel. 12 421 13 87

https://akademicka.pl/

Tam można także nabyć II wydanie [ zmienione, uzupełnione] wcześniejszej mojej książki „Plagi akademickie”. – Plagi akademickie | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com)

Nie tylko studenci się zorientowali

Nie tylko studenci się zorientowali

Kończy się rok akademicki, już od kilku miesięcy nie zdalny, ale jakoś w czasie pandemii, a nawet wcześniej, wielu młodych ludzi się zorientowało, że lepiej trzymać się z dala od uczelni. Stąd zainteresowanych studiowaniem jest coraz mniej. Daleko do rekordów sprzed kilkunastu lat, kiedy studiowało blisko 2 mln młodych ludzi, podczas gdy obecnie niewiele ponad milion.

Fakt, że mamy niż demograficzny, ale nie wszystko on tłumaczy. Nie wszędzie dyplomy są potrzebne. Żeby mieć zatrudnienie, trzeba coś umieć, a ukończenie wielu kierunków studiów takich gwarancji nie daje. Dyplomowanie studentów więcej daje kadrze uczelnianej i są takie kierunki, z których kadry utrzymują się całkiem nieźle (choć narzekają jak zawsze, że mają głodowe pensje, bez względu na to, ile zarabiają), ale trudno spotkać absolwenta, aby po takim kierunku miał utrzymanie w swoim zawodzie.

Tak jest na przykład z modną geoturystyką i nawet w Tatrach, gdzie przewijają się corocznie miliony turystów, jakoś nie ma agencji od geoturystki kwalifikowanej i te rzesze turystów bezsensownie stojący w wielogodzinnych kolejkach, aby wjechać na Kasprowy czy wejść na Giewont, w najmniejszym nawet stopniu nie są zainteresowane, po czym idą, skąd te Tatry się wzięły, jak są zbudowane i na co znajomość tego może się przydać.

W Polsce, gdzie ludzi od lat interesowało zdobywanie dyplomów, a niekoniecznie należytej wiedzy, i na takiej bazie rozwijano uczelnie, tak to już jest. Rozwija się świadomość, że nasze uczelnie są w stanie zapaści, a ideologia dominuje znowu nad nauką i chodzi głównie o to, aby wszystkich wyrównać za pomocą walca ideologicznego, jak to drzewiej bywało. Kto woli pozostać w kręgu cywilizacji łacińskiej i nastawia się na poznawanie prawdy, studiowanie na wiele mu się nie przyda, a studia, choć bezpłatne, niemało kosztują.

Warto jednak studiować, jak się chce być politykiem, bo bez dyplomu magistra, a przynajmniej licencjata, już nie można zostać ministrem, choć do niedawna mieliśmy prezydentów nie magistrów, a nawet bez matury.

Tekst opublikowany 15 czerwca 2022 r.

Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Redakcja „Arcanów” w numerze 163-164 rozpoczęła niezwykle potrzebną i inspirująca dyskusję na temat „Kondycji i przyszłości nauki w Polsce.” Do dyskusji zaproszono kilku aktywnych naukowców, głownie z nauk humanistycznych, ukierunkowując dyskusję-ankietę kilkoma pytaniami z otwarciem na inne problemy, co inspiruje wychodzenie poza jej ramy Inicjatywa „Arcanów” jest tym bardziej cenna, że problemy akademickie w naszych mediach traktowane są jedynie marginesowo, mimo że domena akademicka obejmuje swym oddziaływaniem sporą część naszego społeczeństwa a jej stan rzutuje na kondycję i przyszłość Polski, gdyż to na uniwersytetach formowane są nasze elity a my narzekamy na ich deficyt.

Mimo upływu przeszło 30 lat wolnej Polski, przeprowadzeniu wielu reform domeny akademickiej, jest ona w złym stanie, a nawet coraz gorszym, co budzi uzasadniony niepokój o przyszłość Polski. Co robić, aby ten trend zmienić i wydostać się z kryzysu? To wymaga postawienia należytej diagnozy obecnego stanu, określenia przyczyn kryzysu i opracować projekt wyjścia z niego. Niby wszystkie reformy taką metodologię stosują, ale chyba nie do końca, bo są one nieudane.

Fundamenty domeny akademickiej

Przy tworzeniu każdej konstrukcji, także konstrukcji systemu akademickiego, należy zadbać przede wszystkim o fundamenty na jakich zostanie posadowiona Jeśli nie zbadany należycie podłoża i wzniesiemy ją na gruncie bagiennym lub na osuwisku to zapewne po pewnym czasie, zacznie się zapadać lub osuwać, ulegnie destrukcji. Naprawianie wyższych elementów konstrukcji na nic się zda, jeśli fundament nie jest właściwy.

Przed pięciu laty pisałem na moim blogu [Czy ministerstwo nauki ma nadal rację bytu i reformowania systemu akademickiego? 25 lipca, 2017]:„Nie da się pozytywnie zreformować żadnej dziedziny życia społecznego bez oparcia się na fundamencie prawdy, a system akademicki nie tylko winien być na takim fundamencie posadowiony, ale winien go budować i innych do formowanie takiego fundamentu przygotowywać.” I dalej „Co prawda wzniesiono moc nieruchomości akademickich, ale z tego może się utrzymują zarządzający nieruchomościami, ale nauka w Polsce nadal się utrzymać nie potrafi, marnotrawiąc kapitał ludzki i każdą ilość przeznaczanych na nią środków podatnika. Biedni podatnicy utrzymują kiepski system posadowiony na niewłaściwym fundamencie, który ciągle jest biedny, bez względu jakie jest jego zasilanie finansowe. …”  

W ciągu lat reformowane są różne elementy konstrukcji systemu akademickiego, ale bez sięgania do fundamentów, które z przyczyn historycznych, długoletniej dominacji systemu komunistycznego, osadzone są na bagnie, które w czasie transformacji nie zostało osuszone ani oddziedziczona konstrukcja nie została wzmocniona odpowiednimi filarami.

Niewykorzystany potencjał naukowy

Dyskusja w „Arcanach” dotyczy głównie fatalnych skutków reformy Gowina, nieznacznie sięga przeszłości, a bez tego chyba nie da się postawić należytej oceny przyczyn pogarszającego się stanu nauki w Polsce. Nie jest tego przyczyną mizeria finansów (choć mizeria jest faktem) gdyż w warunkach gorszego finansowania nauki wyniki nieraz były lepsze. IPN prowadzi projekt „Giganci nauki” i dokumentuje, że ci giganci rekrutują się z tych, którzy działali w II RP, albo mają tam korzenie Warto by zadać pytanie: czy taki Stefan Banach miałby szanse na sukces w dzisiejszej domenie akademickiej? Inni „giganci” z II RP wracali z zagranicznych ośrodków do niepodległej, ale bardzo biednej Polski.

Mamy niewykorzystany potencjał naukowy Polaków wiążący się m.in. z niewłaściwym stosunkiem do polskich naukowców rozproszonych w różnych, nieraz bardzo dobrych zagranicznych ośrodkach naukowych, czy to w wyniku emigracji w czasach komunistycznych, czy opuszczających Polskę po szerszym otwarciu granic w III RP. U zarania III RP tworzono nawet bariery prawne, jak i obyczajowe, aby nie wracali i nie stanowili konkurencji dla beneficjentów akademickich czasów PRL

Także niewykorzystywane są zasoby krajowe tych naukowców, którzy z systemu akademickiego zostali wyeliminowani z przyczyn pozamerytorycznych/politycznych w PRL To wielka strata i nawet nie starano się jej zniwelować. Takiego stanu rzeczy nie spowodowała fatalna reforma Gowina, bo trwa on od początku wolnej Polski. Reforma Gowina tego nie naprawiła.

Konieczny powrót do poszukiwania prawdy

W czasach komunistycznych sytuacja świata akademickiego była schizofreniczna, gdyż komunizm był systemem kłamstwa a powinnością nauki jest poszukiwanie prawdy o czym pięknie pisze w „Arcanach” prof. Wawrzyniec Rymkiewicz. Ciekawe, że jeszcze w czasach PRL w statucie UJ widniał zapis, że uniwersytet to wspólnota nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy, co można traktować jako wyraz oporu w warunkach komunistycznych. Fakt, że w życiu nie do końca ten zapis respektowano i w latach 90-tych wielokrotnie zarzucałem władzom UJ łamanie w tym względzie statutu. Ale władze z tym sobie poradziły w sposób nader osobliwy i dla nauki szkodliwy -w statucie na jubileusz roku 2000 z takiego zapisu zrezygnowano, i w praktyce akademickiej również.

Zresztą inne uczelnie też poszły za tym przykładem jak ostatnio opisał prof. Lucjan Piela (Polski kompleks Zachodu? Impresje chemika kwantowego Forum Akademickie 10/2021): „Zabawy z usuwaniem dążenia do prawdy trwają krótko, skutki przychodzą szybko i dotyczą życia. Jeśli nie prawdzie, to czemu właściwie służyć ma uniwersytet?”).

Co więcej, na uczelniach zatrudniani są teoretycy prawdy, którzy prawdy w życiu akademickim nie praktykują. Powrót do klastycznej definicji uniwersytetu jako instytucji poszukującej prawdy to jest budowanie należytych fundamentów pod konstrukcję domeny akademickiej.

Głos w „Arcanach” filozofa prof. Rymkiewicza jest w tym względzie bardzo cenny, choć nie jedyny. Wielokrotnie w swej publicystyce taki punkt widzenia prezentowałem zadając wręcz pytanie: czy po abdykacji z poszukiwania prawdy to są jeszcze uniwersytety? (Uniwersytet w czasach postprawdy. Nowe Państwo nr 1/2018, Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką 2014)

Warto przypomnieć jak środowisko akademickie broniło się (przed ustawą Gowina) przed poznaniem własnej historii, przed lustracja, protestując i wymyślając rozmaite fortele, aby nie poddać się procedurom lustracyjnym. Na ogół z historii uniwersyteckich wymazywana są takie niewygodne słowa jak: komunizm, stan wojenny, PZPR (przewodnia siła narodu, także na uczelniach) co z prawdą historyczną nie ma nic wspólnego, a bez niej nie da się ocenić przyczyn upadku polskich uczelni. Na ogół wymazano z historii uczelni nie tylko system komunistyczny, ale i jego instalatorów, utrwalaczy i rzecz jasna ofiary. Postulowany przeze mnie na początku XXI wieku projekt opracowania „Czarnej Księgi Komunizmu w nauce i edukacji” nie zakończył się sukcesem. Widać ten etap historii naszej domeny akademickiej jest fundamentalnie istotny dla dzisiejszych kadr. Bez poznania prawdy historycznej, korzeni obecnego systemu trudno go jednak reformować we właściwym kierunku.

Selekcja kadr w PRL i III RP

W PRL dominowała negatywna selekcja kadr. Niewygodnych pod kątem ideologicznym, niereformowalnych, usuwano, inni opuszczali Polskę, a resztę dokonywał naturalny proces biologiczny, stąd w PRL można było obserwować spadek poziomu wraz z odchodzeniem kadr uformowanych w II RP. Proces ten został jeszcze pogłębiony w „czasach jaruzelskich”, kiedy miał miejsce ogromny odpływ młodych ludzi za granicę (dokładnie nieobliczony, ale np. z moich magistrantów ok. 20% opuściło Polskę) a także w wyniku weryfikacji kadr pod kątem przydatności do wychowania zgodnie z principiami socjalistycznymi.

Te weryfikacje, szczególnie ta najlepiej przygotowana prawnie przed transformacją ustrojową, kiedy tworzono fundamenty kadrowe, jest niemal przemilczana publicznie wraz z ofiarami tych weryfikacji. Antykultura unieważniania/kasowania (cancel culture) tak nagłaśniana obecnie (jako skutek inwazji ze zgniłego Zachodu) na dobre u nas zagościła przed dziesiątkami już lat i żadna reforma tego stanu rzeczy nie zmieniła (miała miejsce głównie „Transformacja kolorystyczna polskich uczelni – Józef Wieczorek w Kurier WNET, w lutym 2022 r.).

Stąd wykorzystanie potencjału intelektualnego Polaków jest dość skromne. Tym bardziej, że odpowiedzialni za ten stan rzeczy nie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości, czego się domagałem jeszcze w mrokach stanu wojennego (fakt, że na forum jednej uczelni, ale za to wiodącej) i to domaganie się jest nadal zasadne i konieczne. Selekcja kadr w III RP, tak jak i w PRL, nie prowadzi do wyłaniania najlepszych, lecz wypierania lepszych przez gorszych. Ma to miejscu już na samym etapie rekrutacji na etaty w ramach pseudokonkursów ustawianych na konkretnego kandydata przy kryteriach dostosowanych do jego możliwości. Ci o większych nieraz osiągnięciach przegrywają, bo gorzej spełniają warunki konkursów!

Ten proceder traktowany jest u nas jako standard, gdy np. we Włoszech zorientowano się, że prowadzi do degradacji systemu akademickiego i negatywnie wpływa na życie kraju, stąd od kilku lat prowadzona jest operacja „ Universita Bandita” mająca na celu przynajmniej ograniczenie tego praramafijnego, korupcyjnego w swej istocie procederu.(Józef Wieczorek-Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki” Kurier WNET” nr 72/2020)

Patologie osłabiają kondycje nauki i nie rokują dobrze na przyszłość

Ustawiane konkursy na etaty to jedna z wielu patologii, a środowisko akademickie widzi na ogół tylko jedną: brak pieniędzy! Mizeria finansowa nauki jest faktem, lecz także to, że jej finansowanie w rzeczywistości jest wielokrotnie większe niż w PRL a poziom spada jakby niezależnie od tego czynnika.

Uczelnie nie chcą zresztą takich naukowców, którzy z pasji i nawet bez finansowania potrafią nieraz zrobić w nauce więcej niż finansowani etatowcy. Skoro jednak nie zdobywają pieniędzy a mają efekty, to nie są przedmiotem zainteresowania, ale są unieważniani przez tych, którzy tylko myślą o pieniądzach na naukę a nie o efektach naukowych.

Argumentacja, że inwestycja 1 zł w naukę przynosi 5 zł zysku nie jest poparta żadnymi faktami, a chyba nawet postulujący takie inwestycje sami w to nie wierzą, bo nie inwestują, mimo możliwego (jak argumentują) intratnego 500 % zysku. Mimo braku finansowania z puli naukowej przez kilka lat miałem więcej i lepszych publikacji (także zagranicznych) niż wielu finansowanych etatowców, a nawet wtedy, gdy sam byłem na etacie. Po prostu nikt nie mógł przeszkodzić mi w pracy (mobbing), ani zapisać na swoje konto tego co zrobiłem. Żadnego zainteresowania moją działalnością ze strony uczelni biadolących na niedostatek pieniędzy nie było!

 Co więcej, mimo braku inwestycji w moją działalność, choćby 1 zł z puli przeznaczonej na naukę, ta działalność przynosi jednak społeczne zyski (miliony zł) bo jak gospodarka jest oparta na rzetelnej wiedzy naukowej to może przynosić zyski. Na całe szczęście niektóre podmioty nie opierają się na wiedzy wysoko utytułowanych i finansowanych z puli przeznaczonej na naukę, bo mogłyby zbankrutować. Taki stan rzeczy wymagałby szerszego audytu, ale i tak faktem jest.

Inne patologie mające negatywny wpływ na domenę akademicką to m.in.: wieloetatowość, nepotyzm, chów wsobny, plagiaty, lipne dyplomy, konformizm, brak jawności, mobilności, mobbing, dostawy obowiązkowe produktów intelektualnych, a niestety brak nawet monitoringu tych patologii. (Józef Wieczorek—Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego, 2010) Mój postulat sprzed lat, organizacji Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich – POMPA na drodze do ‘wypompowanie” nieco tych patologii, nie został zrealizowany.

W dyskusji „Arcanów” jednoznacznie krytykowany jest system boloński i tzw.punktoza, (system parametryzacji) powodująca przy biurokratycznym i komercyjnym stosowaniu degradację domeny akademickiej, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych (Rymkiewicz, Polak). Bezkrytyczne wprowadzenie tych elementów systemowych dla zapewnienia większej spójności systemów szkolnictwa wyższego w Europie. okazało się porażką i dobrze by było te elementy systemowe poważnie zweryfikować. Trzeba mieć jednak na uwadze, że przed wprowadzeniem procesu bolońskiego i parametryzacji system też nie funkcjonował jak należy i liczne patologie degradowały naukę w Polsce. (Józef Wieczorek: Plagi Akademickie, 2020, Trąd w Pałacu Nauki, Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki, 2022

 Nie mniejszą wadą było i jest funkcjonowanie u nas dość osobliwego systemu tytularnego, niekompatybilnego z panującym w przewadze w nauce światowej, także w Europie Zachodniej a kompatybilnego przez lata z tym jaki obowiązywał w krajach postkomunistycznych. To prowadziło do patologicznej turystyki habilitacyjnej do krajów postkomunistycznych, co miało istotny wpływ na obniżenie poziomu tzw. samodzielnych pracowników nauki, chyba nie mniejszy niż proceder tzw, docentów marcowych w PRL, po roku 1968.

 W naszym systemie za filary mające utrzymywać poziom nauki od lat uważane są: habilitacja i profesura belwederska. Niestety te filary są chyba źle osadzone, skoro mimo ogromnego wzrostu ilościowego habilitacji i profesur mamy spadek poziomu nauki, w tym bardzo istotny spadek poziomu doktoratów prowadzonych i akceptowanych przez samodzielnych pracowników nauki (habilitowanych, profesorów) i za ich poziom autonomicznie odpowiadających. Żaden słaby doktorat, słaba habilitacja nie mogłaby powstać bez akceptacji tych gremiów! W niemal powszechnej opinii, także dyplomy szkół wyższych mają na ogół małą wartość a nawet są bez wartości (kupowane od firm piszących prace, przez lata plagiatowane) za co winę ponoszą promotorzy.

Strategia przetrwania

 Poziom etyczny naszej kadry akademickiej jest dość kiepski i jest na to przyzwolenie. Od lat mówi się, że na uczelniach ludzie boją się mówić (a nawet myśleć) i zanika merytoryczna dyskusja, merytoryczna krytyka., co nie powinno dziwić, skoro tak pracownicy nauki przez lata byli selekcjonowani. Bez trudu można było wytypować kto z systemu zostanie wyeliminowany, np. nie usuwano plagiatujących profesorów tylko doktorów, którzy ujawniali plagiaty profesorskie.

Chowanie głowy w piasek stało się podstawową metodą przetrwania na uczelniach. Kto taką „odwagą” się nie wykazywał -marny jego los. Na uniwersytetach w pełni sprawdza się konstatacja przypisywana Einsteinowi: „Dożyliśmy takich czasów, w których ucisza się mądrych ludzi, żeby to, co mówią, nie uraziło głupców”

Zanik merytorycznej krytyki i powszechny mobbing jest tego skutkiem. Nasilenie tych zjawisk można obserwować na styku doktor/profesor,[i] czego skutkiem jest unieważnianie/kasowanie niższych w hierarchii, aby nie zagrażali wyżej utytułowanym.

Nauka z natury rzeczy jest nonkonformistyczna. dążąca do poznania prawdy, a nie na konformistycznym potwierdzaniu zgodności z tym co zrobili wcześniej nieraz wysoko utytułowani W taki bowiem sposób nauka sensu stricto nie może funkcjonować.

Rzecz w tym, że przez lata eliminowano z systemu nonkonformistów, preferując, awansując konformistycznie nastawionych zgodnie z zasadą BMW (bierny, mierny, ale wierny) panującą w PRL, ale przeniesioną do III RP

Surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans?

Trudno się zgodzić z opiniami wyrażanymi w ankiecie (Polak, Heck) że realne zagrożenie dla profesorów stanowią studenci, ich opinie, i ankiety, Fakt, że stowarzyszenia studenckie propagujące ideologię tęczową (np. TęczUJ) wręcz ostrzegają, że żarty się skończyły i zapowiadają powrót do działań kojarzonych z ekscesami zetempowskich Brygad Lekkiej Kawalerii w czasach instalacji systemu komunistycznego. (Józef Wieczorek – Pakiet Wolności i beneficjenci zniewolonego systemu Gazeta Polska 13 stycznia 2021 r.) Tym niemniej bez wsparcia grona profesorskiego takie zagrożenie chyba byłoby trudne do zrealizowania.

Dość częste jest mniemanie, które wyrażano także w ankiecie „Arcanów” (Polak), że „surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans:”

Rzeczywiście w systemie, kiedy studenci rekrutują się z dosyć przypadkowych osób, zainteresowanych tylko zdobyciem dyplomu a niekoniecznie należytej wiedzy, przyjmowanych na studia bez egzaminów, bo to się opłaca uczelni i etatowym pracownikom, gdyż od ilości studentów zależy finansowanie uczelni, takie zjawiska patologiczne mogą mieć miejsce i mają.

Ten problem dobrze by było jednak zbadać wszechstronnie, bo znane są zjawiska odmienne (wysokie oceny dla surowych wykładowców!) ale są pomijane w opiniach.

Niestety chyba nikt nie badał jakie były losy wykładowców ocenianych w ankietach wyżej od profesorów, i lepiej spełniających rolę mistrzów wobec uczniów. Warto też poznać postawy studentów i pracowników, którzy reagując na haniebne postawy profesorów występowali w obronie niżej utytułowanych, ostrzegając przy tym, że takie metody nie wprowadzą godnie nauki w Polsce w wiek XXI. I były to ostrzeżenia prorocze. Wiek XXI nastał a nauka polska progu tego wieku godnie nie zdołała przekroczyć i nie chodzi tu o małe zasoby finansowe, bo te z godnością na ogół mają mało wspólnego. Stąd mamy to co mamy. I bez fundamentalnych zmian będziemy nadal mieć, ze szkodą nie tylko dla uczelni. ale dla Polski.

Doktorzy nie mogą oceniać profesorów?

W środowisku akademickim i także w ankiecie „Arcanów (Dorota Heck), wyrażane są opinie, że źle jest, gdy młodsi oceniają starszych, studenci oceniają profesora (ankiety!), doktorzy recenzują artykuły naukowe…. To, że doktorzy nie powinni oceniać profesorów nie jest poglądem marginalnym, ale chyba niezasadnym.

Niestety nie jest tak, że każdy profesor jest mądrzejszy od doktora, bo nasz system tytularny jest bardzo niedoskonały a mógłby być udoskonalony gdyby potencjał intelektualny (także moralny) doktorów na poziomie był lepiej wykorzystany. Nawet na poziomie najwyższych ciał decydujących o tytułach kiedyś CKK, CK a obecnie RDN (Rada Doskonałości Naukowej) widać jasno, jak te gremia są niedoskonałe. Jako młody doktor stawiałem dwóje za przyswajanie sobie przez studentów podręcznikowej (nie)wiedzy profesora z CKK, gdyż oceniałem według ówczesnego stanu wiedzy a nie bezkrytycznie/konformistycznie zgodnie z produktami profesorskimi.

Jako redaktor oceniałem do druku prace profesorów, co było źle widziane (bo niby jak doktor może poprawiać/pouczać profesora), jako doktor oceniałem prace dyplomowe prowadzone przez profesorów wykrywając bez trudu nawet niewielkie plagiaty przez profesorów nie zauważane itp. Rzecz jasna, po takich ‘wyczynach” od recenzowania prac magisterskich prowadzonych przez profesorów zostałem odsunięty, z redakcji również, a tym bardziej z prowadzenia prac dyplomowych, które na moje nieszczęście swym poziomem znacznie przewyższały prace dyplomowe prowadzone przez profesorów i stanowiły bazę do dalszego rozwoju naukowego moich wychowanków na poziomie międzynarodowym. Takich nasz system nie toleruje! i są tego skutki. Nawet członkowie RDN podsuwają Prezydentowi RP do nominacji kandydatów na profesorów parających się plagiatowaniem a i sami członkowie RDN, czasem dalecy od doskonałości, rekwirują na swoje konto intelektualne dobra doktorów niechcianych w systemie.

W naszym systemie mamy wręcz deficyt ocen profesorów dokonywanych przez doktorów W innych krajach o wyższym poziomie nauki, doktorzy (także polscy!) mogą recenzować prace naukowe w zagranicznych czasopismach i w gremiach międzynarodowych oceniać dorobek naukowy kandydatów do kierowania zespołami naukowymi (jakby odpowiednik naszej habilitacji). Rzecz jasna w polskim systemie dla takich nie ma miejsca. To jest temat na szeroki audyt, ale nawet na osobistym przykładzie widać konieczność oceniania profesorów przez doktorów, aby poziom nauki w Polsce się podniósł. Rzecz jasna przez doktorów nonkonformistycznych, którzy nie abdykowali z prawdy na rzecz formalnej kariery naukowej, ale ta w takim przypadku jest niemożliwa/trudna do zrealizowania. Także aby opierać gospodarkę na rzetelnej wiedzy, trzeba brać po uwagę wiedzę i osiągnięcia realne doktorów, pomijając wcale nie tak rzadkie niedorzeczności profesorów.

System niereformowalny?

Po dotychczasowych próbach reform pojawiają się wątpliwości czy nasz system akademicki jest reformowalny, co zresztą podniosłem na początku tego wieku w tekście w Rzeczpospolitej (System zamknięty i niereformowalny- 29 października 2002)

 Podobne wątpliwości nasuwały się kilka laty później w ramach działalności Niezależnego Forum Akademickiego (https://nfawww.wordpress.com/category/akcje-nfa/) otwartego na polską diasporę naukową realizującą się w dobrych zagranicznych jednostkach naukowych. Nasi „zagraniczni” akademicy wykazywali zainteresowanie zmianami- i to głębokimi – systemu, gdyż z powodu jego niewydolności znaleźli się poza granicami kraju i nie mieli do czego wracać. „Krajowi” naukowcy, szczególnie ci na etatach, byli bardziej wstrzemięźliwi, jakby bardziej zainteresowani zachowaniem status quo. W pracach nad fatalną jak się okazuje (i jak przypuszczano – np. Józef Wieczorek Konstytucja dla Nauki Nowe Państwo nr 10/2017) reformą Gowina nie było ani jednego zespołu z polskiej diaspory naukowej, który by opracował swój punkt widzenia na naprawę systemu.

Czy polski system akademicki jest możliwy do zreformowania w układzie w niemałym stopniu zamkniętym? To wątpliwe, tym bardziej, że potrzebna by była wola polityczna a tej na fundamentalne zmiany brak, bo takie by się przełożyły na protesty obecnego środowiska akademickiego i spadek głosów poparcia dla rządzących, niezależnie od opcji politycznej.

—————————————-

Józef Wieczorek – doktor nauk geologicznych, absolwent UW, b. wykładowca geologii na UJ, pozbawiony warsztatu pracy naukowej w wyniku politycznych czystek w czasach „jaruzelskich”, b. redaktor Annales Societatis Geologorum Poloniae, autor ponad 100 publikacji z dziedziny geologii, założyciel i prezes Niezależnego Forum Akademickiego (2005-2013), redaktor kilku stron internetowych o tematyce akademickiej (m.in. Lustracja i weryfikacja naukowców PRL, Mobbing akademicki), autor setek artykułów „akademickich” ( m.in.  na Blogu akademickiego nonkonformisty, w: Kurier Wnet, Gazeta Polska., Nowe Państwo i in.) i kilku książek m.in. Drogi i bezdroża nauki w Polsce, Etyka i patologie środowiska akademickiego, Plagi akademickie, Trąd w pałacu nauki.

Tekst opublikowany w dwumiesięczniku „Arcana” nr. 165

Jubileusz konferencji rektorów

Jubileusz konferencji rektorów

W ramach transformowania polskiej domeny akademickiej i jej umiędzynarodawiania 25 lat temu powstała Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. W jej skład weszło zrazu 73 rektorów szkół wyższych, ale w trakcie liczbowego rozwijania się domeny liczy dziś ona 109 członków, a kolejni są stowarzyszeni z KRASP.

Wspólnie odpowiadają za kształcenie 70 proc. studentów, więc wiemy, kto ponosi odpowiedzialność za dramatyczne obniżenie poziomu wykształcenia w Polsce. Rektorzy stoją też na straży etyki zawodowej, tworząc liczne kodeksy i komisje, choć wartości etyczne na uczelniach są w autonomicznym… zaniku.

Pierwszym szefem, ojcem KRASP, był rektor UJ Aleksander Koj, którego postawa 35 lat temu (też jubileusz!) skłoniła mnie do nadania tytułu „Trąd w Pałacu Nauki” ostatniej mojej książce. Od zarania KRASP reformowała niewydolny system szkolnictwa wyższego, ale nie zdołała pokonać trądu go zniewalającego.

Kiedy na początku wieku rektorzy mieli opracować nową ustawę, szefowie KRASP udali się po pomoc do prezydenta, choć nie magistra, żeby zrobił taką ustawę, aby im było dobrze. I tak się stało. Po przyjęciu ustawy w 2005 roku rektorom było dobrze, a jeszcze im się poprawiło po ostatniej reformie Gowina.

W wyniku tych reform nauce w Polsce nie stało się lepiej i nasze uczelnie okopały się na dalekich pozycjach w rankingach światowych, mimo zachowania naszych filarów systemowych habilitacji i profesury belwederskiej, które nie stanowią oparcia dla naszej gospodarki i nikogo na świecie nie interesują.

Na 10-lecie KRASP rektorzy raczyli się nowo wyprodukowanym na UJ winem Maius, ale okazało się, że ta produkcja nie jest legalna, a nazwa niezgodna z prawem. To symbolicznie pokazywało niemoc prawną rektorów, z której nie zdołali się wydostać do dnia dzisiejszego, choć produkcję wina zalegalizowano, a i nazwę zmieniono. Co więcej, rektorzy nie zdołali się nauczyć organizowania konkursów na etaty, stąd operacja „Universita bandita” jest potrzebna dla Polski.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 czerwca 2022 r.

Polskie szkolnictwo wyższe potrzebuje reform – Książka „Trąd w Pałacu Nauki” | DZIEŃ Z REPUBLIKĄ

Polskie szkolnictwo wyższe potrzebuje reform – Książka „Trąd w Pałacu Nauki” | DZIEŃ Z REPUBLIKĄ

9 czerwca 2022 r.

Demontowanie Gowina

Demontowanie Gowina

Polska domena akademicka została ujęta przed kilku laty przez – byłego już na szczęście – ministra nauki Jarosława Gowina w ramy Konstytucji dla nauki, choć Polska Akademia Nauk jakoś dziwnie się w tych ramach nie zmieściła i ciągle żyje w strachu, czy jeszcze przeżyje. Do opracowania Konstytucji zaangażowano kilka zespołów akademików, ale tylko krajowych i etatowych. Ogromny potencjał naukowy polskiej diaspory akademickiej rozproszonej w ośrodkach zagranicznych nie został wykorzystany. Podobnie jak naukowców, którzy ze względu na liczne plagi niszczące naszą domenę akademicką w tej domenie już się nie mieszczą i Konstytucja dla nauki nie zamierza z nich skorzystać. To ogromne marnotrawstwo. Na to Polski nie stać.

 Reforma Gowina wzbudzała krytykę przed jej wejściem w życie i nowy minister uznał, że nie należy jej życia w pierwotnej formie przedłużać, bo groziłoby to katastrofą. Szczególnie w tym „gowinowskim” systemie doskwiera naukowcom „punktoza”, zakładająca, że wartość pracy naukowej można ująć ilościowo, i to precyzyjnie, co jest złudne, bo innowacyjni naukowcy potrafią swoje punktowanie podwyższać, a innowacyjni biznesmeni – wspierający rzekomo naukę – mogą czerpać z niej niezłe zyski na przykład poprzez ściąganie sowitych opłat za publikacje naukowe w najwyżej punktowanych czasopismach.

Tym samym zwiększenie finansowania nauki najlepiej przekłada się na zyski naukowych biznesmenów, a niekoniecznie na efekty działalności naukowej. Z tymi szkodliwymi skutkami „punktozy” stara się walczyć obecny minister nauki poprzez zmiany zasad ewaluacji jednostek naukowych, co ma wpływ na ich prestiż i moce „produkcyjne”. Na pewno korekty są potrzebne, ale to nie zmienia fundamentów wadliwego systemu akademickiego, który rozwijał się (a raczej zwijał) na zgniłych/bagiennych fundamentach z czasów komunistycznych i żadne filary nie były w stanie zabezpieczyć go przed destrukcją.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 1 czerwca 2022 r.

Akademicki maj

Akademicki maj

Maj to najpiękniejszy miesiąc w roku, także akademickim. Ten w maju już się kończy, odbywają się radosne juwenalia, najstarsza nasza uczelnia (UJ) ma swoje święto, zasłużeni są honorowani, a profesorowie spożywają rocznicowe śniadanie, wykazując jednak przy tym nieludzki brak refleksji akademickiej.

45 lat temu było inaczej. Mordercy z SB zabili opozycyjnego studenta UJ Staszka Pyjasa i juwenalia były czarne, żałobne. W tym roku IPN na krakowskich plantach przypomniał tamten maj, kiedy – w reakcji na zbrodnię nieukaraną – powstał Studencki Komitet Solidarności, wyprzedzając wielki ruch Solidarności. SKS, jak dokumentują jego oświadczenia, walczył o wolność słowa, zrzeszania się i nauki oraz formułował takie postulaty jak: uzależnienie przyznania etatów wyłącznie od kwalifikacji, a także wpływ studentów na politykę kadrową, przywrócenie możliwości pracy na uczelni wszystkim usuniętym z niej za poglądy sprzeczne z oficjalnie przyjętymi, pełne zatrudnienie absolwentów zgodnie z kwalifikacjami. Postulat etatowy SKS znalazł się wśród słynnych 21 postulatów Solidarności z 17 sierpnia 1980 roku, ale do tej pory nie został zrealizowany i nadal przy zatrudnieniu, szczególnie na uczelniach, inne od kwalifikacji czynniki mają wielkie znaczenie. Wpływ studentów na politykę kadrową, który obecnie ma miejsce, jest silnie krytykowany. Fakt, że zmieniły się realia i studentom zależy na dyplomach, a nie na zdobyciu należytej wiedzy.

Niewygodnych pracowników i po maju 1977 roku z uczelni usuwano, nawet w wolnej Polsce nie przywracano, kasowano z pamięci. Na uczelniach deficyt wolności nie został zlikwidowany, dlatego także dziś ludzie boją się mówić i są karani za to, co mówią. Jest też tak, że jedni mają kwalifikacje, a inni zatrudnienie, i są trudności, aby jedno z drugim jakoś połączyć. Tym niemniej były to wielkie marzenia, które się nie spełniły, ale maj pozostał pięknym miesiącem.

Najnowsza książka autora pt. „Trąd w Pałacu Nauki” do kupienia na sklep.gazetapolska.pl lub pod nr 722 111 655

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 25 maja 2022 r.

Autor książki „Trąd w Pałacu Nauki”: polskie uczelnie zbudowane na komunistycznym bagnie

Autor książki „Trąd w Pałacu Nauki”: polskie uczelnie zbudowane na komunistycznym bagnie (FILM)

niezalezna.pl

W nowej książce „Trąd w Pałacu Nauki” przedstawiłem trzy etapy transformacji polskich uniwersytetów, czyli okres czerwonych agencji towarzyskich, następnie czas bastionów różowych kameleonów i wreszcie przejście do uniwersytetów tęczowych – mówi dr Józef Wieczorek, którego poprzednia książka „Plagi akademickie” wywołała oburzenie wśród rektorów polskich uczelni. Jak żartował Wieczorek w rozmowie z Piotrem Lisiewiczem w „Wywiadzie z chuliganem”, jest dyskryminowany jako osoba o orientacji innej niż dominująca na uniwersytetach. – Ale nie seksualnej, tylko moralnej i intelektualnej. Całkowicie, fundamentalnie odmiennej niż rektorzy – stwierdził. To z tego powodu został wyrzucony z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mocna rozmowa o patologiach uniwersyteckich i nowej książce „Trąd w Pałacu Nauki” na filmie poniżej [ZOBACZ FILM na końcu tekstu]…….

Rozjaśnianie ciemności po jagiellońsku

Rozjaśnianie ciemności po jagiellońsku

Mamy kryzys energetyczny, i to nie tylko ze względu na wojnę potentata energetycznego. Ciemności, które spowijają nasze uczelnie, nie da się jednak tym kryzysem wytłumaczyć, bo energia rozumu, emanowana przez akademików, winna je wystarczająco rozjaśniać. Wie o tym najstarsza nasza uczelnia, która objaśnia, że „nie siłą, lecz rozumem rozjaśnia się ciemności”. I w uznaniu zasług dla tych, którzy i w kryzysie energetycznym podobno oświecają swoim blaskiem wspólnotę akademicką, przyznaje medale „Plus ratio quam vis” oraz odnawia doktoraty z czasów ciemności.

Niestety współcześni akademicy, także ci nagradzani, nie dorównują ani Ignacemu Łukasiewiczowi, ani Erazmowi Jerzmanowskiego, którzy wdrażając w życie osiągnięte rozumem wynalazki, rozjaśniali ciemności, nie tylko ziem polskich. Ostatnio krakowska uczelnia nadała medal współautorowi słynnych „Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego” spowitych takimi ciemnościami, że i wspomniani wyżej genialni wynalazcy nie byliby chyba w stanie ich rozjaśnić.

Co więcej, dzięki konkursowi wiedzy organizowanemu do dziś, te słynne dzieje otaczają ciemnościami coraz większą populację młodych Polaków, a władze uczelni, jak i pozostałe ośrodki decyzyjne, nie chcą się zdecydować, aby te ciemności rozjaśnić. Ostatnio bohaterowi mojego tekstu sprzed lat o zaciemnianiu spraw w czasie transformacji akademickiej, kiedy to czerwona agencja towarzyska przemieniała się w bastion różowych kameleonów, odnowiono zdobyty jeszcze w okresie czerwonym doktorat, choć sam nigdy czerwonym nie był. Ale w okresie różowych kameleonów, kiedy sięgnął po władzę, z wielką odwagą osobistą bronił na uczelni czerwonych przed „szykanami” ze strony ich ofiar [sic!], mających – o zgrozo – poczucie własnej wartości, które przecież winni stracić wraz z utratą zatrudnienia na świetlanej uczelni. Niestety, zdobycie władzy okupione jest nieraz utratą wartości, a czasem i rozumu, stąd bezrozumna siła w ciemnościach zaczyna dominować, zaprzeczając dewizie „Plus ratio quam vis”.

Tekst  opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 18 maja 2022 r.

Wywiad na temat „Trądu w Pałacu Nauki „

Po ukazaniu się książki „Trąd w Pałacu Nauki” zostałem wezwany na przesłuchanie w sprawie mojego chuligaństwa a jego zapis dostępny jest na kanale YouTube Radia Poznań