Przestroga przed obojętnością nieobojętnych

Przestroga przed obojętnością nieobojętnych

Na okoliczność 75. rocznicy wkroczenia Armii Czerwonej do KL Auschwitz jego więzień Marian Turski nawoływał do respektowania tzw. 11. przykazania – „Nie bądź obojętny”, czym zyskał niemal powszechne uznanie. Zorganizowano akcję skierowania go do Nagrody Nobla, wręczono Nagrodę Nieobojętności Oświęcimskiego Instytutu Praw Człowieka, Nagrodę im. ks. Stanisława Musiała, a na 95-lecie autorytetu wydano książkę „XI Nie bądź obojętny”, reklamowaną jako „książka o największym przesłaniu, jakie ma dla nas przeszłość”.

W Polsce, określanej nieraz jako ostatnia reduta przed zagładą cywilizacji łacińskiej, jakoś nie było protestów przeciwko unieważnianiu Dekalogu na rzecz rzekomo potrzebnego jedenastego przykazania, którego treść zawarta jest przecież w przykazaniach Bożych, których nie trzeba poprawiać, uzupełniać, tylko wypełniać.

Teza Turskiego – „Auschwitz nie spadł nam z nieba” – zrobiła karierę i wykorzystywana jest zarówno przez środowiska LGBT dezawuujące Dekalog, jak i środowiska „wolnościowe”. Turski jako nieobojętny na instalację zbrodniczego systemu komunistycznego, który propagował, na autorytet moralny nie zasługuje.

Był obojętny na zbrodnie wobec wcześniejszych więźniów (Witold Pilecki!) tego samego obozu KL Auschwitz. To moralna schizofrenia, uznana jednak za wzór do naśladowania (sic!) także przez świat akademicki.

Rektor UJ podkreślał, że Turski powiększył grono „znamienitych osobistości” laureatów nagrody ks. Musiała, taktownie nie wymieniając, że wśród nich znalazła się przed kilku laty osoba ks. Czajkowskiego – TW „Jankowskiego”, czyniącego wiele zła, na co nie powinno się być obojętnym. Niestety rektorzy znani są z obojętności na zło komunistyczne, także funkcjonujące do dziś, i chyba z przywiązania do zła abdykowali z poszukiwania prawdy niezbędnej do odróżniania go od dobra.

Trzeba przestrzegać przed obojętnością nieobojętnych wdrażających w życie tzw. 11. przykazanie, niezależnie od systemu wartości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 26 stycznia 2022 r.

Lepiej trzymać się z dala od uczelni

Lepiej trzymać się z dala od uczelni

Od dwóch lat w domenie akademickiej dotkniętej pandemią dominuje praca zdalna, także studiowanie jest na ogół zdalne. Taki stan rzeczy rodzi obawy o poziom zarówno pracy naukowej, jak i dydaktycznej. Są jednak niewątpliwe plusy w postaci poprawy zdolności posługiwania się technikami komputerowymi.

Konieczność trzymania odpowiedniego dystansu zmniejsza możliwości zakażenia się wirusem, ale i molestowania, choć różne techniki mobbingowe mogą być stosowane także za pomocą internetu czy telefonu. Pandemia strachu i izolacja powodują ponadto różne problemy natury psychicznej.

Badania wykazują jednak, że zarówno pracownicy, jak i studenci dobrze czują się w separacji, pozytywnie oceniają metody zdalnego nauczania i nie tęsknią za powrotem na uczelnie. Widocznie doszli do wniosku, że lepiej się trzymać z dala od uczelni, gdzie prawdziwe życie akademickie od dawna było w zaniku.

Doświadczenia nauki zdalnej rodzić mogą pokusę tworzenia wirtualnych uczelni, których funkcjonowanie byłoby znacznie tańsze od uczelni tradycyjnych. Nie ma wątpliwości, że wspólnota akademicka rozumiana jako korporacja nauczanych i nauczających wspólnie poszukujących prawdy przeszła do historii.

Z takiego modelu uczelnie dawno już zrezygnowały, wiele lat przed covidem, a pandemia tylko taki stan rzeczy wyeksponowała. Badacze, analizujący wyniki ankietowania dotkniętego pandemią środowiska akademickiego, podkreślają rolę budowania więzi emocjonalnej między kadrą a studentami w życiu akademickim. Bez nośnika emocjonalnego wiedza trudniej trafi a (a czasem nie trafia) do studenta.

Niestety badacze nie analizują tych zagadnień w aspekcie czasowym, bez którego interpretacja badań jest ułomna. Wspólnotę akademicką rozpracowywano bowiem przez długie lata komunizmu, a okres postkomunistyczny jeszcze bardziej ją zdezintegrował. Pozostały mury, nawet najstarszych polskich uniwersytetów, ale lepiej się trzymać od nich z daleka. Duch wspólnoty akademickiej z nich się ulotnił.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 19 stycznia 2022 r.

Akademickie głodowanie

Akademickie głodowanie

Koniec 2021 roku zaznaczył się nie tylko powrotem zdalnego studiowania na uczelniach, frustracją akademików czekających w kolejce na profesurę, ale i wzmożonym głodem większych zarobków.

Akademicy uważają, że poziom ich zarobków odstaje od wartości ich pracy jako naukowców i wykładowców. Grożą jednocześnie, że jak dalej będą tak głodzeni, to Polska straci szanse na rozwój i suwerenność. Mają tylko jeden postulat – dajcie nam więcej!

Minimalne wynagrodzenie profesora ma być trzykrotnie większe od płacy minimalnej, a wynagrodzenie pozostałych ma być powiązane z gażą profesorów. Gdy do tego dojdzie, nauka w Polsce stanie na nogach i zapewniony zostanie rozwój kraju. Powiązania płacy z wynikami pracy nikt nie postuluje, a jak wiadomo stopnie i tytuły w Polsce jakby były niezależne od osiągnięć naukowych i dydaktycznych, a zbyt zależne od czynników pozamerytorycznych.

Nie ma wątpliwości, że nauka w Polsce jest niedofinansowana i akademicy winni zarabiać znacznie więcej, ale zmiany wynagrodzeń winny być powiązane ze zmianami strukturalnymi, a nie z tytułami. Dzisiejsze finansowanie nie jest głodowe i znacznie większe niż w PRL, a wzrostu jakości badań i dydaktyki nie widać.

Co więcej, wydajnych naukowo i dydaktycznie, choć słabo finansowanych pasjonatów z systemu eliminowano, blokowano ich powroty, tak jak tworzono bariery prawne i obyczajowe dla powrotów polskich akademików z zagranicy. Tych problemów protestujący akademicy nie podnoszą, nie chcą ich znać, podobnie jak nie chcą wiedzieć, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, jak są rekrutowane i awansowane.

Bez zmian systemowych żadne podwyżki nie spowodują poprawy poziomu sektora akademickiego, jak i do tej pory nie spowodowały. Trzeba mieć na uwadze, że bez protestów polskie uniwersytety abdykowały z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania odmiennych orientacji seksualnych, co rodzi pytanie: czy to są jeszcze uniwersytety i czy winny być finansowane z kieszeni podatnika.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 12 stycznia 2022 r.

Majcherkowe lamentowanie, czyli relatywizm czystek akademickich

Majcherkowe lamentowanie, czyli relatywizm czystek akademickich

Jak się słucha lamentów postępowego Majcherka i jego kumpli w akademickiej biedzie, człowiek jeno marzy o powrocie do zacofanych czasów średniowiecza, kiedy budowano uniwersytety i katedry, w czasach postępu niszczone.

Janusz Majcherek to wiekowy już profesor od relatywizmu w nauce i kulturze przez długie lata jakby przypisany do Uniwersytetu Pedagogicznego, gdzie do niedawna był dyrektorem instytutu Filozofii i Socjologii. Niedawno, bo w ubiegłym roku, po osiągnięciu stosownego wieku [rocznik 1955] został przeniesiony na emeryturę, co uznał za pokrzywdzenie, wręcz skandal, dowód na czystki polityczne na uczelni.

Fakt, że w tym samym mniej więcej czasie zmiany kadrowe dotknęły większą liczbę pracowników UP, uczelni przez długie lata PRL stanowiącej podporę intelektualną dla jedynie słusznego systemu i która przez długie już lata III RP jakoś nie została zweryfikowana kadrowo, choć taka weryfikacja dla niemal czerwonej uczelni pedagogicznej winna być imperatywem moralnym.

W uczelni tej mamy wielką tablicę z nazwiskami doktorów honoris causa tej uczelni, wśród których nie brakuje nazwisk tajnych, a nawet jawnych współpracowników nie do końca upadłego systemu. A główna aula UP nosi dumną nazwę Wincentego Danka [https://blogjw.wordpress.com/2017/12/03/tak-dla-dekomunizacji-ale-nie-na-uczelniach/ ] znanego aktywisty komunistycznego, który jako zasłużony działacz partyjny w latach 50-tych ubiegłego stulecia pełnił funkcje rektora ówczesnej WSP (przez złośliwców zwanej ze względu na poziom Wyższą Szkołą Podstawową).

Janusz Majcherek przyczynił się jako profesor UP do powiększenia listy dr h.c. uczelni poprzez laudację na cześć znanego przyjaciela Wojciecha Jaruzelskiego – samego Adama Michnika. Przeciwko takiej nominacji bezskutecznie protestowaliśmy przed gmachem UP, https://krakjw.wordpress.com/2009/11/18/migawki-z-pikiety-na-okolicznosc-doktoratu-h-c-michnika/] a dziś są postulaty, aby listę dr h.c. UP z tego nazwiska oczyścić.

W rozmowie z onet.pl [https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-janusz-majcherek-o-szkolnictwie-kaczynskim-czarnku-i-rydzyku/y39qqhq ] emerytowany już prof. UP lamentuje z powodów, jak określa – „permanentnych czystek”, które jego zdaniem nie mają podłoża ekonomicznego, a jeno ideologiczne. Nie znam dokumentacji kadrowej ani finansowej uczelni, ale pewną znajomość w tej materii mam.

Jeszcze w pierwszych latach tego wieku jako osoba bezetatowa w wyniku rzeczywistych politycznych (a nie wyimaginowanych) czystek końca PRL, wymazanych z pamięci i historii, zdeterminowana brakiem zatrudnienia mimo prowadzenia działalności naukowej, przesłałem propozycję jakiejś formy zatrudnienia na UP, ale niestety nie otrzymałem odpowiedzi, gdyż podobno padł system informatyczny na uczelni i chyba do dnia dzisiejszego nie odzyskał sprawności, bo odpowiedzi nadal brak. Mimo to jako sąsiad tej uczelni, działający pro publico bono i zatroskany fatalnym stanem ekonomicznym polskich uczelni, przekazuję bibliotece UP moje książki, a także w rozdawnictwie darmowym wiele publikacji naukowych (głównie zagranicznych), których nie mam gdzie trzymać, a mogą być przydatne zainteresowanym badaniami naukowymi. Kiedyś zaniosłem do biblioteki w darze pakiet numerów nowego czasopisma, nieznanego w bibliotece (wartości co najmniej 100 zł), za co mi podziękowano, ale gdy poprosiłem o kserokopię jednej strony z jakiejś gazety zażądano ode mnie 20 gr, co uiściłem, mając na względzie stan ekonomiczny uczelni, której nie stać na taką jak bezetatowca hojność.

Tym samym wcale mnie nie dziwi zwalnianie pracowników uczelni z przyczyn ekonomicznych, choć może budzić zdumienie, że uczelnia nie skorzystała z propozycji zatrudnienia bezetatowego naukowca, który i bez finansowania dużo publikował i posiadał sporą bibliotekę naukową, co by zmniejszyło rzecz jasna koszty utrzymania uczelni.

Nie bez znaczenia jest fakt, że w najgorszych nawet czasach ten bezetatowy naukowiec uformował więcej dobrych absolwentów czynnych w nauce niż profesorowie zatrudnieni w instytucie znaczenie wyżej od UP notowanej uczelni – UJ. Niestety, lewicowa uczelnia wolała pracowników o orientacji lewicowej a nie prawicowej, a tu lewicowy Majcherek lamentuje, że jest szykanowany na podłożu ideologicznym [sic!]. No to może ta uczelnia woli pracowników ideologicznie nijakich, skoro nie chce ani lewicowych, ani prawicowych.

Majcherek żali się ponadto, że obecny rząd walczy z lewicowością na uczelniach i poprzez zmiany w nauce i edukacji prowadzi do tego, że „najważniejszą tożsamością zbiorową Polaka ma być naród”. Co więcej, w rozmowie z onet.pl Majcherek oburza się, że „nawet na banknocie z Lechem Kaczyńskim napisano: „warto być Polakiem”. I „za tym się kryje myśl, że polskość jest czymś najlepszym, co się człowiekowi może przytrafić”.

No cóż, zdaje się Majcherek należy do tych, co uważają, że „polskość to nienormalność” i kim jak kim, ale Polakiem być nie warto. Chyba teraz żałuje, że przytrafiło mu się urodzić Polakiem i stąd te jego lamenty, choć chyba tak naprawdę to Polakiem nie jest i obowiązków polskich nie wypełnia. Roni krokodyle łzy nad losem Michała Bilewicza, który nie wiadomo dlaczego od kilku lat czeka na nominację na belwederskiego profesora, co jest specjalnością polską [!], a sam jest przeciwny panoszeniu się ideologii o nazwie Polacy. Jakaś schizofrenia. Majcherek broni też podobno szykanowanych takich „profesorów’ niemiłujących Polaków, jak Tomasz Gross, Jan Grabowski, Barbara Engelking. Ma doborowe towarzystwo antypolskie.

Nie wiadomo dlaczego Majcherek o tak antypolskim nastawieniu nie przeniósł się do tej pory do mniej polskiego kraju. Z wywiadu można się domyślać, że prawdopodobnie czeka na upadek z powodu drożyzny obecnej propolskiej ekipy rządowej, tak jak to bywało z ekipami – choć nie propolskimi – czasów komunistycznych. Dopóki to nie nastąpi – lamentuje, a czasem jako osoba nieposłuszna obecnym władzom – płacze nad swoim losem.

O prawdziwych politycznych czystkach doby komunistycznej nie wspomina ani słowem. Losem tych, którzy jako nieposłuszni władzom komunistycznym i uważających, że warto być Polakiem, byli z uczelni wyrzucani dożywotnio, na długo przed emeryturą, Majcherek się nie przejmuje i zgodnie ze swoją specjalnością wykazuje relatywizm.

Majcherek wraz z innymi „ofiarami” obecnych „czystek” w nauce i edukacji protestował 14 lipca ubiegłego roku przed Collegium Novum [ https://jwfotowideo.wordpress.com/2021/07/15/protest-przed-jak-mowiono-najstarsza-agencja-towarzyska/%5D. Protestujący argumentowali, że obecne władze chcą nas cofać do średniowiecza, do czasów ciemności, nie zwracając uwagi, że ten uniwersytet powstał w tych zacofanych czasach, a wtedy jego studentem (zacofańcem?) był Mikołaj Kopernik. Jego pomnik stoi obok Collegium, przy którym odbywał się protest postępowych profesorów, którzy chyba takiego poziomu jak Kopernik za żadne skarby nie chcieli by osiągnąć. Nie ma obawy. Różnica poziomów jest mniej więcej taka jak między Everestem a rowem Mariańskim.

Jak się słucha lamentów postępowego Majcherka i jego kumpli w akademickiej biedzie, człowiek marzy o powrocie do zacofanych czasów średniowiecza, kiedy budowano uniwersytety i katedry, w czasach postępu niszczone przez barbarzyńców, także akademickich.

Tekst opublikowany na portalu ABC NIEPODLEGŁOŚĆ  2/01/2022

W oczekiwaniu na wolność nauki

W oczekiwaniu na wolność nauki

 Pod koniec roku wszedł w życie pakiet wolności akademickiej gwarantujący każdemu wolność słowa, wypowiedzi oraz badań naukowych. Do tej pory po 1989 roku żyliśmy podobno w wolnej Polsce, ale w domenie akademickiej były z tą wolnością problemy, stąd opinie, że na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć.

To może pozostałość poprzedniego systemu, w którym karano za uczenie myślenia krytycznego. Wysegregowano kadry tak, że do III RP przeszli ci, którzy zrezygnowali z wolności myślenia i mówienia, a przy tym nie zawsze mowa akademicka ma jakieś powiązania z myśleniem.

Do tej pory środowisko akademickie bało się poznać swoją historię, jakby wykorzystując fakt ogłoszenia przez Fukuyamę końca historii. Jakkolwiek analiza dziejów uczelni skłania do wniosku, że nasze uczelnie znacznie wyprzedziły tezę Fukuyamy. Oficjalna historia UJ zamieszczona na stronach uczelni pod koniec 2021 roku skończyła się w 1981 roku i ta data niemal pokrywa się też z końcową datą udostępnionych mi w 1987 roku moich dokumentów w teczce akademickiej, mimo że ja jeszcze trwałem, jakby niezależnie od historii.

Ale to trwanie zostało skasowane/unieważnione/wymazane, więc go jakby nie było i taki stan rzeczy przetrwał transformację – trwa do dziś. Zamiłowanie do cancel culture w domenie akademickiej jest wielkie i stanowi szeroką bramę dla marszu lewactwa przez instytucje, postulowanego swego czasu przez Antonio Gramsciego i realizowanego z powodzeniem w polskiej domenie akademickiej.

Wymazanie niewygodnej historii, niewygodnych ludzi, niewygodnych wartości, a w szczególności abdykowanie przez uczelnie z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania seksualności – to przejawy tego marszu.

Czy pakiet wolności skłoni badaczy do powrotu poszukiwania prawdy? Czy z wolności ośmielą się skorzystać? Pewności nie ma, ale w Nowym Roku trzeba im tego życzyć z całego serca i oczekiwać na powstrzymanie lewackiego marszu przez uniwersytety oraz wypełnienie luk w poznaniu swej przeszłości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 stycznia 2022 r.

W sprawie małopolskiej kurator oświaty Pani Barbary Nowak

( zdj. Józef Wieczorek, z 2021 r.)

Kraków, 10 stycznia 2022r.

Minister Edukacji i Nauki

Szanowny Pan Profesor Przemysław Czarnek

W sprawie potępienia przez min. Adama Niedzielskiego

rzekomo stwierdzonych oznak „braku rozumu”

u małopolskiej kurator oświaty

Ze zdumieniem przeczytałem w mediach o wypowiedziach ministra zdrowia, ekonomisty Adama Niedzielskiego na temat małopolskiej kurator oświaty Pani Barbary Nowak, która w prywatnej wypowiedzi zaprezentowała swój pogląd odnośnie szczepień przeciwko covid-19 nazywając je eksperymentem i sprzeciwiając się wprowadzaniu obowiązku szczepień nauczycieli. Nie było to stanowisko urzędowe, ale wypowiedź w przestrzeni publicznej. Podobnie postąpił min. Niedzielski, który zdaje się zidentyfikował oznaki braku rozumu u Pani Kurator, nie przedstawiając opinii publicznej wyników badań w tej kwestii, ani własnych, ani specjalistów od rozumu i oznajmił, że takie osoby nie powinny ponosić odpowiedzialności za edukację. Ocenił też, że jest to osoba o nikłym autorytecie i przeciwstawia się całemu światu nauki.

Nie wiem jakie minister ma wyniki badań nad autorytetem Pani Kurator, bo ich nie ujawnił i nie wiem jaki sam – jako ekonomista – ma autorytet w sprawach oświaty, no i w sprawach   medycznych/pandemicznych dezawuując opinie części świata lekarskiego (tak polskiego, jak i zagranicznego) traktującego szczepienia przeciwko covid – 19 jako eksperyment medyczny. Można sądzić, że Pani Kurator, podobnie jak część polskiego społeczeństwa, słusznie bierze pod uwagę opinie części świata naukowego i lekarskiego, i żadną miarą nie można uważać jej wypowiedzi za autorytarną i bezdyskusyjnie szkodliwą. Taka jest natomiast moim zdaniem wypowiedź min. Adama Niedzielskiego, który nie będąc lekarzem autorytarnie wypowiada się na tematy medyczne, bez brania pod uwagę odmiennych opinii medyków i faktów wskazujących na niewystarczającą skuteczność szczepionek nie do końca chroniących ani przed zarażeniem się , ani przed zarażaniem, a nieraz szkodliwych dla szczepiących się i nie znanych skutkach w przyszłości.   

Wybrykiem nie jest wypowiedź Pani Kurator, lecz wypowiedź min. Niedzielskiego i to on powinien za taką wypowiedź przynajmniej być upomniany. Jeśli Pani Kurator, jak i niemało utytułowanych lekarzy i naukowców nie mają rozumu jak wynika z opinii ministra, to jest to zarazem dyskwalifikacja systemu kwalifikowania osób do pełnienia odpowiedzialnych społecznie funkcji – nieprawdaż?

Taką opinię minister winien merytorycznie uzasadnić, a jeśli by tego nie potrafił winien zostać zdymisjonowany, bo tak nie powinien się wypowiadać ktoś pełniący odpowiedzialną społecznie funkcję. Narusza dobra osobiste osoby właściwej na właściwym miejscu i kompetentnie, odpowiedzialnie pełniącej swoją służbę dla dobra społecznego.

Ze zdumieniem przeczytałem w mediach i usłyszałem w Rozmowach niedokończonych, https://www.radiomaryja.pl/multimedia/rozmowy-niedokonczone-aktualna-sytuacja-w-oswiacie-cz-i/,  że Pan  Minister jakby przychylał się  przynajmniej w części do dyrektyw ministra zdrowia,  choć ten chyba nie ma prerogatyw co do  zatrudniania kuratorów oświaty i merytorycznie nie uzasadnił swoich obraźliwych dla Pani Kurator ( i części środowiska lekarskiego i naukowego) wypowiedzi. 

Pan Minister podkreślał, że lekarz niech będzie lekarzem, szewc szewcem a matematyk matematykiem. Niestety nie powiedział Pan, że ekonomista niech będzie ekonomistą i nie wypowiada się autorytarnie w sprawach oświaty i medycyny.

Warto podkreślić, że niestety podczas pandemii chyba lekarze nie zawsze są lekarzami, skoro przyjmują tylko zdrowych a nie chcą przyjmować chorych, co najwyżej „leczonych” telefonicznie [sic!] Czy czasem min. Niedzielski nie odpowiada za taki stan rzeczy jako Minister Zdrowia? Byłem chory na covid-19, całe szczęście nie trafiłem do szpitala, choć przechodziłem zarażenie ciężko, ale żaden lekarz mnie nie leczył, tylko telefonicznie. Zresztą i przed pandemią bywało różnie i niektóre recepty na całe szczęście, po konsultacjach z podobnie chorymi, wrzucałem do kosza i nie było to wynikiem „braku rozumu”. Nie jestem lekarzem, ale swój rozum mam i uzasadnione ograniczone zaufanie do specjalistów. Zresztą, nie będąc historykiem, krytykuję, a nawet dyskwalifikuję niektórych historyków, którzy zakłamują historię. Nie będąc pedagogiem krytykuję a nawet oskarżam pedagogów nie szanujących mojej własności intelektualnej …….     

Wypowiedź min. Adama Niedzielskiego jest przejawem, niestety coraz bardziej u nas rozpowszechnionej, antykultury unieważniania/kasowania [cancel culture] mających odwagę myśleć i mówić krytycznie. Stosowanie tej antykultury [dobrze mi znanej z domeny akademickiej] prowadzi do zapaści systemu edukacji na wszystkich szczeblach a represje wobec małopolskiej kurator oświaty dla edukacji mogą być tylko szkodliwe.

Chciałbym wyrazić zdecydowaną dezaprobatę wobec szykanowania szczególnie pozytywnie wyróżniającej się w systemie edukacji małopolskiej kurator oświaty.

Z poważaniem i nadzieją, że jednak Pan Minister nie zdymisjonuje Pani Barbary Nowak

Józef Wieczorek

Do wiadomości:
Premier R.P. Mateusz Morawiecki, Minister Zdrowia Adam Niedzielski

Czy pieniądze uratują naukę w Polsce?

[Collegium Novum UJ w styczniu 2022 r.]

Czy pieniądze uratują naukę w Polsce?

Od kilku tygodni świat akademicki protestuje, domagając się podwyżek płac dla etatowych pracowników szkół wyższych. Protesty organizują związki zawodowe różnych orientacji. Tak Solidarność jak i ZNP mówią jednym głosem – dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy, a przy tym – jak my dostaniemy więcej, to wszystkim się polepszy, bo taki mamy wpływ na gospodarkę i na wszystko to, co potrzebne do osiągnięcia dobrobytu społeczeństwa.

Polski system akademicki jest systemem tytularnym i jednocześnie autonomicznym oraz samowystarczalnym, jeśli chodzi o jego rozwój tytularny, tzn. tak jest skonstruowany, że dla oceny (tak na poziomie osobniczym jak i instytucjonalnym) najważniejsze są dyplomy, stopnie i tytuły.

Im więcej wydają dyplomów uczelnie, tym mają większe szanse na wyższe dotacje, a im więcej dyplomantów sformatują akademicy, tym wyżej są oceniani i mają większe szanse na awanse. Aby zostać profesorem, trzeba wypromować doktorów, więc produkcja doktorów (i w konsekwencji profesorów) idzie pełną parą. Uczelnie wydają coraz więcej dyplomów, profesorowie/kandydaci na profesorów promują coraz więcej doktorów i pod względem tytularnym jesteśmy potęgą światową.

Nie widać jednak poprawy kiepskich wskaźników pozycji polskich uczelni wśród uczelni światowych, nie widać poprawy katastrofalnego poziomu innowacyjności polskiej gospodarki opartej na wiedzy akademików, nie widać zainteresowania powrotami polskich naukowców, którzy wyemigrowali w ciężkich czasach i zostali uformowani na zagranicznych uczelniach, nie widać zainteresowania wypędzonymi z uczelni w czasach komunistycznych, choć nadal aktywnych w nauce, dającej oparcie gospodarce. Ale tym związki zawodowe, rzekomo walczące o uratowanie rzekomo głodującej nauki, się nie interesują. Mają tylko argument: dajcie nam więcej pieniędzy, to będzie dobrze.

Punktem odniesienia do płac ma być płaca minimalna profesora, która ma wynosić trzykrotność płacy minimalnej w Polsce. Pozostali mają dostawać odpowiednio mniej od profesorów zależnie od stopni, jakie posiadają, ale zależności płac od realnych efektów pracy jakoś nikt nie postuluje. Nie jest to łatwe taki system skonstruować, ale u nas nawet się tego nie próbuje.

Mniemanie, że każdy profesor jest lepszy od doktora, jest niemal powszechne, choć z faktami nie ma to wiele wspólnego. Niejeden profesor plagiatuje niejednego doktora, dopisuje się do doktorskiej, a nawet magisterskiej działalności, wymusza dostawy obowiązkowe ich płodów intelektualnych na swoje konto, więc chyba powinno być jasne, że niejeden profesor jest w tym systemie gorszy niż niejeden doktor, a przy tym działa szkodliwie dla nauki.

Przenoszenia w stan nieszkodliwości szkodliwych profesorów niemal nikt nie postuluje. Niemal, bo sam taki kierunek działania postulowałem jeszcze w czasach jaruzelskich, ale uznano, że to ja szkodzę szkodnikom, co jest dla systemu szkodliwe, bo na tych szkodnikach jest oparty, więc od tego patologicznego systemu jestem trzymany z dala.

Żaden związek zawodowy, w tym Solidarność, którą na szczeblu mojego instytutu tworzyłem, nie ma nic przeciwko temu i postuluje, aby wszystkim, bez względu na to czy prowadzą działalność pożyteczną, czy szkodliwą, dawać więcej w zależności od stopni i tytułów.Rzecz jasna nikt się nie zajmuje (tak jak się nie zajmował przez upływające już dziesięciolecia) tymi, którzy żadnej płacy, nawet minimalnej nie otrzymują za swoją pracę i to czasem bardziej efektywną od profesorskiej.

Gdyby takich na uczelniach zatrudniano, byłoby dla nauki lepiej, ale przecież chodzi tylko o to, aby było lepiej tym, co są na etatach zwykle zasiedlanych po ustawianych konkursach.  

Jeśli są badania prowadzone w tej kwestii, a podważają to, co ja piszę, to proszę o informacje, które chętnie rozpowszechnię. Póki co nie mam dowodów na to, że jest inaczej.

Moim zdaniem, przy zachowaniu obecnych patologii systemowych i zwiększonemu ich finansowaniu razem z ideologią gender (sic!), nauki w Polsce się nie uratuje.

Podobnie zamykanie kopalń nie tylko nie poprawi klimatu, ale naszą gospodarkę jeszcze pogrąży, choć profesorowie, i to śląscy, domagają się jak najszybszego zamykania kopalń, aby poprawić sytuację na Śląsku. Tacy „profesorowie” po spełnieniu żądań związkowców oczywiście dostaliby za swoją szkodliwą także dla gospodarki działalność trzykrotną wartość pensji minimalnej pożytecznych pracowników (sic!). 

Problem pieniędzy w nauce to temat rzeka i nie da się go w krótkim felietonie wyczerpać, a przy tym trzeba mieć na uwadze, że 3 minuty czytania to maksimum, aby ktokolwiek cokolwiek przeczytał (tak jestem pouczany), a ze zrozumieniem to przeczytają tylko jednostki i to na ogół te z systemu naukowego skasowane, aby swoim głębokim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyli przełożonych.

Tekst opublikowany na portalu ABC Niepodległość 4 stycznia 2022 r.

Sprawozdanie z działalności pro publico bono w roku 2021

[ zdjęcie z refugium mojej wolności w III RP z poniemieckiego schronu Artura Greisera hitlerowskiego namiestnika tzw. Kraju Warty – https://www.poznanskieklimaty.pl/schron-arthura-greisera-w-poznaniu/%5D W III RP nie odzyskałem wolności wykładania na uniwersytecie, stąd nie mam zdjęcia „uniwersyteckiego”, choć działalność uniwersytecką prowadzę, gdyż nigdy nie zrezygnowałem z poszukiwania prawdy, gdy ‚uniwersytety” III RP z tej powinności abdykowały ]

Sprawozdanie z działalności pro publico bono w roku 2021

Mimo pandemii covidowej, która i mnie dotknęła i na ok. miesiąc wyłączyła z działalności, wytworzonych materiałów, tak w domenie akademickiej, jak i patriotycznej, przybyło sporo.

Zdumiewa mnie jednak, że nawet osoby, które od lat otrzymują ode mnie regularnie informacje o tym co zamieszczam na swoich licznych stronach, wiedzą tylko o moim blogu, gdzie co prawda sporo materiałów jest, ale przecież  w e-mailach przekazywane są linki do materiałów z wielu innych stron, o innych adresach i nie rozumiem, jak można  to wszystko sprowadzać do jednego bloga https://blogjw.wordpress.com/  [na którym jest też wykaz moich stron ( ponad 20 !) [https://blogjw.wordpress.com/autor/] w mniejszym czy większym stopniu uzupełnianych w kolejnych latach

A zatem w podsumowaniu podaję wykaz moich stron:

Blog akademickiego nonkonformisty

https://blogjw.wordpress.com/

ok. 100 nowych tekstów w 2021 r. (głównie moje felietony z tygodnika Gazeta Polska i z Kuriera WNET)

 w domenie akademickiej:

NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE ( ogłoszenia)

http://www.nfa.pl/

LUSTRACJA I WERYFIKACJA NAUKOWCÓW PRL

http://lustronauki.wordpress.com/

ETYKA I PATOLOGIE POLSKIEGO ŚRODOWISKA AKADEMICKIEGO

http://nfaetyka.wordpress.com/

MEDIA POD LUPĄ NFA

http://nfajw.wordpress.com/

NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI

http://nfapat.wordpress.com/

MOBBING AKADEMICKI – MEDIATOR AKADEMICKI

http://nfamob.wordpress.com/

Archiwum NFA

https://nfawww.wordpress.com/

w domenie patriotycznej (głównie fotoreportaże – ponad 200 w 2021 r.)

 

FOTO AMICUS w Krakowie (i nie tylko)

https://fotoamicus.photo.blog/

Józef Wieczorek w Krakowie ( i nie tylko) w 2019 r.

https://jwfotowideo.wordpress.com/

Niezłomnym ku Niepodległości. Tym, którzy walczyli aby Polska była Polską

https://niezlomnym.wordpress.com/

Niezłomnym ku Niepodległości (2) -https://niezlomnym.photo.blog/

Życie duchowe i religijne w Krakowie (i nie tylko)

https://krzyz.wordpress.com/

strony archiwalne

Foto- Kronika Krakowa

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2018

https://wkrakowie2018.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2017
https://wkrakowie2017.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2016
https://wkrakowie2016.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2015
https://wkrakowie2015.wordpress.com/

Józef Wieczorek w Krakowie (i nie tylko) w 2014
http://wkrakowie2014.wordpress.com/
http://wkrakowie2014cd.wordpress.com/

Józef Wieczorek – W Krakowie (i nie tylko) w 2013 roku
http://wkrakowie2013.wordpress.com/

W Krakowie (i nie tylko) rok 2012/2013
http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/

W Krakowie ( i nie tylko) w 2012 r.
http://wkrakowie2012.wordpress.com

W Krakowie (i nie tylko)
http://wkrakowie.wordpress.com/

W Krakowie i okolicach
http://krakjw.wordpress.com/

Krakowianie solidarni z Gruzją

Reakcja krakowian na łamanie praw człowieka w Gruzji

Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego -W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych

https://jubileusz650uj.wordpress.com/

Żołnierze Niezłomni w Parku Jordana w Krakowie

Pomniki „Żołnierzy Wyklętych” w systemie komunistycznym,

uhonorowanych w Galerii Wielkich Polaków XX wieku

http://niezlomniwparkujordana.wordpress.com/

Wojtek z Armii Andersa w krakowskim Parku Jordana

http://pomnikwojtek.wordpress.com/

Ponadto moje materiały zamieszczane są w wielu innych serwisach internetowych

blogmedia.24

http://blogmedia24.pl/blog/1196

salon24

http://jwieczorek.salon24.pl/

blogpress

http://blogpress.pl/blog/4146

Legion św. Ekspedyta

http://www.ekspedyt.org/

Nieopoprawni.pl

http://niepoprawni.pl/

Presmania.pl

http://pressmania.pl/

Gazeta Obywatelska [ bez aktywności w 2021 r.]

http://nowa.gazetaobywatelska.info/blogs

trybunalscy.pl

http://www.trybunalscy.pl/

ABC NIEPODLEGŁOŚĆ

abcniepodleglosc.pl

( w 2021 r. zlikwidowana) Polish Club Online

http://www.polishclub.org/?s=J%C3%B3zef+Wieczorek&submit=Szukaj

Profil na Facebooku

https://www.facebook.com/jozef.wieczorek

Twitter

Moje filmy zamieszczane są na moim kanale YouTube

Józef Wieczorek TV

Ok. 2,5 tys wideo na kanale YouTube –https://www.youtube.com/user/jwfoto

3,24 tys. subskrybentów, ponad 200 wideo w pandemicznym 2021 r.

W sumie materiały odwiedzane były – do tej pory – wiele milionów razy, choć pełnej statystyki nie mam.

Prowadziłem też działalność radiową http://niepoprawneradio.pl/ ale pod koniec tego roku radio zakończyło swoją działalność, jak wiele innych podmiotów, spowodowaną trudnościami finansowymi.

Co prawda dostęp do materiałów jest bezpłatny, ale tych, którzy je wytwarzają jednak to kosztuje,  i to sporo. Samo utrzymanie linii produkcyjnej (wytworzenie materiałów i aby to co wytworzone zostało ujawnione i rozpowszechnione) to kilka tysięcy złotych rocznie a nakład czasu przekracza zatrudnienie etatowe (zapewne nie jednego człowieka).

Faktem jest, że to co za darmo, traktowane jest w pasożytniczej subkulturze jako bezwartościowe, ale wielokrotnie miałem okazję się przekonać, i to po atakach z najwyższych szczebli akademickich, a także organów niesprawiedliwości, że te „bezwartościowe” materiały wytwarzane bez nakładów z kieszeni innych podatników, są szczególnie ważne i stanowią zagrożenie dla etatowego/finansowanego z budżetu świata.

 Niestety nasza cywilizacja, choć łacińska została dotknięta/przeniknięta poważnie cywilizacją turańską (barbarzyńską, pasożytniczą., rozbójniczą) stąd pro publico bono tak naprawdę działają jedynie jednostki i to często poddane antykulturze unieważniania/anulowania/wymazywania [cancel culture].

Mimo to zamierzam swą działalność prowadzić w kolejnym roku bez względu na reakcje, mając na uwadze, że bez sponsoringu ta działalność jest ograniczona [choć zdaję sobie sprawę, że nieraz większa od podmiotów sponsorowanych] i może się skończyć.

Miający rok 2021 był jednocześnie 34 rokiem od wypędzenia mnie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak się okazuje dożywotniego, co skutkowało luką co najmniej kilkudziesięciu dobrych naukowców, których zapewne bym wprowadził do domeny akademickiej [kilku wprowadziłem w czasach jaruzelskich jako młody człowiek, jakoś tak na drodze do wypędzenia z oskarżenia o negatywny wpływ na młodzież akademicką], nie odbyciem się tysięcy wykładów na aktualnym poziomie [rocznie prowadziłem ok. 200 godz. wykładów na bazie zagranicznej aktualnej literatury,  czego pobierający pensje profesorskie  nie byli w stanie robić, a ponadto seminaria, kursy terenowe … ] .

Takich domena akademicka [i nie tylko] III RP, w której uniwersytety abdykowały z poszukiwania prawdy realizując się w zakresie poszukiwania odmienności seksualnych, nie potrzebuje i nikogo to nie obchodzi. Faktem jest, że stanowię zagrożenie dla „uniwersytetów” w stanie upadłości.

Moim zdaniem instytucja, która nie ma zamiaru poszukiwać prawdy nie może się nazywać uniwersytetem i nie może być opłacana z budżetu na naukę! To powinno być jasne, przynajmniej dla członków cywilizacji łacińskiej. Ale jednak nie jest!  

Rok 2021 to jednocześnie 36 rok wprowadzenia mnie na ścieżkę dyscyplinarną na UJ, z której do tej pory nie zostałem sprowadzony i nikogo to nie interesuje. Cicho sza.

Antykultura unieważniania/wymazywania/kasowania [cancel culture] odnosi wielkie sukcesy w domenie akademickiej [i nie tylko] i dotyczy w niemałym stopniu działających pro publico bono.

Warto to porównać z oburzeniem – szeroko rozpowszechnionym medialnie – przeciwko karygodnemu dyscyplinowaniu niewygodnych akademików, czy odwoływaniu pojedynczych wykładów.  Ale dyscyplinowanie/skasowanie dożywotnie oburzenia nie budzi! Tryumf antykultury!

Moim zdaniem, bez solidarnego przeciwstawiania się tej antykulturze, marszowi lewactwa przez instytucje, w tym uniwersytety, które po tzw. transformacji otworzyły się szeroko na ten marsz, nasza cywilizacja łacińska nie ma szans na przetrwanie.

Stan polskiego społeczeństwa, a akademickiego w szczególności, w roku 2021 nie pozwala na optymizm co do możliwości obrony naszej cywilizacji.

Józef Wieczorek

Trzeba wiedzieć, o czym się pisze

Trzeba wiedzieć, o czym się pisze

[reakcja na atak personalny doskonałego profesora Bogusława Śliwerskiego]

W czasach postępu coraz częściej wyrażane są opinie, że głupiejemy. Coraz trudniej nawiązywać kontakty intelektualne, coraz więcej ludzi nie potrafi czytać ze zrozumieniem tego, co piszą inni, a nawet tego, co piszą sami. I nie dotyczy to populacji niedouczonych, lecz także samych elit, w tym akademickich, najwyższego nawet szczebla.

Przed niemal 10 laty umieściłem w sieci pytanie, moim zdaniem ważne dla wszelkich działań naprawczych domeny akademickiej: skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Niestety odpowiedzi nie było, więc podjąłem ostatnio jeszcze jedną próbę na łamach „Kuriera WNET” (październik 2021) i, o dziwo! zauważyłem reakcję [Marna publicystyka dra Józefa Wieczorka]– niestety nie w „Kurierze WNET”, ale na popularnym w środowisku pedagogów blogu na temat obecnych kadr akademickich – i to jednego z decydentów domeny akademickiej w Polsce, członka Rady Doskonałości Naukowej, prof. Bogusława Śliwerskiego, guru w dziedzinie pedagogiki. I co?

Odniosłem wrażenie, że autor nie zrozumiał tego, co ja napisałem, a sam pisze to, czego sam chyba nie rozumie. Z faktami nie ma to wiele wspólnego. Profesor poucza: „Do pisania o środowisku akademickim i jego naukowych osiągnięciach lub porażkach trzeba najpierw rzeczowo się przygotować, poznać realia, by nie tworzyć o nim fałszywego obrazu”, ale sam ze swoich rad jakoś nie korzysta. Ani się nie przygotował, ani nie poznał realiów, ale za to stworzył fałszywy obraz.

Nie pierwszy raz zresztą (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET” nr 70, kwiecień 2020; O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości – nr 77, listopad 2020; Jak doskonały profesor (nie) radzi sobie z plagami akademickimi, nr 84, czerwiec 2021). Pisze rzekomo o mnie; np. „Jego zdaniem współcześni młodzi naukowcy odtwarzają sowiecką myśl naukową, przez co nie są uznawani na świecie”.

Co za bzdura. Gdzie o tym u mnie przeczytał? Gdzie cytaty? Profesor doskonały, kwalifikujący innych do doskonałości, a na elementarnej robocie naukowej się nie zna. Czemu nadal jest utrzymywany na etacie z budżetu? Na wysokich, decydenckich stanowiskach?

W samym tytule polemista z odwagą podkreślił, że chodzi o „marną publicystykę” w moim wydaniu, przezornie jednak nie zaznaczając, że należy do tych doskonałych koryfeuszy nauki polskiej, którzy fragmenty mojej publicystyki rekwirowali, zapisując je na swoje, rzecz jasna doskonałe, konto. Jeśli ktoś plagiatuje tekst marny, to jego działalność jest jeszcze marniejsza, a przy tym przestępcza – nieprawdaż? Ale u nas to jest norma (!), taka strukturalna i moralna plaga, na którą się nie reaguje.

Polemista pomija setki moich tekstów (także zgrupowane w postaci ponad 20 tomików), dostępne (za darmo) w sieci, a ponadto w ostatniej książce Plagi akademickie, znanej profesorowi doskonałemu. Może ich nie zrozumiał? W swoim tekście podniósł, że „W Polsce AD 2021 nie finansuje się akademickiej patologii”, czym zaprzeczył rzeczywistości, jak i sobie samemu, bo w końcu sam o finansowanych patologiach/patologicznych akademikach nieraz pisał, a i jego patologiczne poczynania, w końcu etatowca akademickiego, są finansowane z budżetu!

Ja pisałem o tym wielokrotnie, potwierdzają to też raporty NIK, a także zorientował się w tym minister nauki i edukacji. Finansuje się nie tylko patologie akademickie, ale instytucje finansujące badania same generują patologie i bronią się przed kontrolą swych wydatków. Natomiast doskonały profesor wskazuje na odkrytą przez siebie (?) patologię w postaci finansowania budżetowego moich „marnych” tekstów w „Kurierze WNET”, co jest oczywistą nieprawdą, ale doskonali profesorowie mają to do siebie, że czym jak czym, ale sprawdzaniem zgodności z prawdą tego, co sami piszą, się nie trudzą.

Jako od lat niefinansowany z budżetu, nie pełniący żadnych funkcji w domenie akademickiej, nie mam szans, aby na nią negatywnie wpływać, w przeciwieństwie np. do doskonałych profesorów. Kiedy byłem nauczycielem akademickim, uczyłem (i to często bez finansowania, z pasji!) nie tylko mojej dziedziny, ale tego, co jest najważniejsze – bo myślenia krytycznego, nonkonformizmu naukowego (co podkreślali sami studenci i wychowankowie).

Na skutek tego zostałem zdyskwalifikowany przez komunistyczne gremia (do dnia dzisiejszego anonimowe!), oskarżony o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką i dożywotnio, mimo tzw. transformacji, wypędzony z domeny uniwersyteckiej przez tych (i im poddanych), którzy nadal w niej brylują. Mam zatem i osobistą, udokumentowaną wiedzę na temat: skąd się wzięły – w niemałym stopniu – obecne kadry akademickie i co sobą reprezentują.

Okres III RP, w której społecznie działam na rzecz naprawy domeny akademickiej, wnosi wiele do poznania patologicznych mechanizmów selekcji kadr akademickich. W swej polemice doskonały profesor nie podjął się odpowiedzieć na moje zasadnicze pytanie: „Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?”, w czym nie różni się od swoich kolegów, nie wiedzących – nie chcących wiedzieć – skąd się w domenie akademickiej wzięli i dlaczego ta domena, mimo ich doskonałości, jest taka marna, choć finansowana z budżetu, z czego należałoby się przed podatnikiem rozliczać.

A doskonali mają skłonność do rozliczania z działań tych, co z budżetu nic nie dostają, choć mimo to nieraz do nauki i edukacji wnoszą więcej niż etatowi. Doskonały profesor wręcz marzy o takich ideowych naukowcach, co by bez finansowania pracowali u niego, choć nie wierzy, aby tacy istnieli. Pisze: „Gdzie są ci wybitni naukowcy, młodzi, nieskażeni PRL i jego reprodukcją, którzy są gotowi pracować naukowo za darmo? Poproszę o ich adres. Chętnie włączę ich do procesu badawczego, skoro są gotowi pracować dla idei, jak obecna prawicowa władza”.

Nie jest tak, aby pasjonatów nauki nie było, ale na ogół tych, co z pasją pracowali (i to bez względu na wynagrodzenie lub jego brak) dla idei, a nie dla feudałów, z domeny akademickiej wykluczano.

Stanowili zagrożenie dla całego systemu pozoranctwa naukowego i edukacyjnego, tak doskonałych, jak i ich preferowanych podopiecznych, przyzwyczajonych przez lata do pozyskiwania dostaw obowiązkowych płodów intelektualnych od podwładnych (marnie finansowanych).

Efekt oczywisty – pasjonatów wykluczono, pozostały tylko marzenia doskonałych, aby jeszcze gdzieś tacy się znaleźli i swoje płody intelektualne im dostarczali. Nic z tego!

Jak się pasjonatów przez lata niszczy, to w systemie pozostają jeno pracownicy najemni, zainteresowani jak największym finansowaniem i brakiem kontroli społecznej swej działalności. Mamy finalny efekt stosowania takich mechanizmów w postaci marnej domeny akademickiej, marnych elit, marnych doskonałych profesorów.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET w grudniu 2021 r.

Tradycja jasełek akademickich

Tradycja jasełek akademickich

Zbliża się okres Bożego Narodzenia, a z tym czasem od wieków związane są różne obrzędy religijne i ludyczne, do których należą jasełka. Z przedstawieniami jasełek kojarzy się postać Heroda, który przerażony wieścią o narodzinach Króla, i to całego świata, wysyła swoich siepaczy, aby pozbyć się potencjalnego konkurenta. Mimo ateizacji naszego społeczeństwa, coraz bardziej postępowego, obrzęd jasełek został u nas utrzymany, także w domenie akademickiej, choć inaczej jest tu celebrowany.

Kultywowano go pod koniec epoki jaruzelskiej w postaci czystek akademickich dokonywanych przed świętami Bożego Narodzenia wśród tych, którzy zagrażali przewodniej sile narodu. Te jasełka były szczególnie udane, skoro wiedza o nich (czystkach) została wyczyszczona z dokumentów uczelnianych, z pamięci beneficjentów czystek, no i samej historii, jakby sama pamięć o nich nadal budziła strach i trwogę w domenie akademickiej.

Kiedy organizując Niezależne Forum Akademickie postulowałem poznanie genezy obecnych kadr, dokonania lustracji i dekomunizacji, przerażeni takimi poczynaniami najwyżsi hierarchowie domeny akademickiej rozpoczęli swoiste jasełka, i to w ulubionej przez nich gazecie Michnika, przyjaciela Heroda Jaruzelskiego, co opisałem, ale tylko w internecie (w GazWyb tekst nie mógł się ukazać). Tekst nosił znamienny tytuł „Jasełka akademickie z rektorem UW w roli Heroda”, bo właśnie rektor Uniwersytetu Warszawskiego przyjął na siebie tę rolę, ubezpieczany przez gremia senatorskie UJ.

Nie da się ukryć, że akademiccy decydenci najwyraźniej przestraszyli się rodzeniem wolnej, niezależnej od nich myśli akademickiej. Obrzędy jasełek akademickich bynajmniej nie przedostały się do poprawnych mediów, nie spotkały się też z reakcjami etatowych członków wspólnoty akademickiej, którzy pochowali głowy w piasek, bojąc się siepaczy Heroda.

Moja głowa pozostała jednak na swoim miejscu i nadal jest przedmiotem mrocznego pożądania akademickich następców Heroda.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 22 grudnia 2021 r.

Boże Narodzenie A.D. 2021

bsh

Na prawdę nie ma miejsca ani czasu

Zamieszczam poniżej tekst Szkalowanie zamiast polemiki, czyli Jan Woleński w akcji”, który przekazałem redakcji Forum Akademickiego, oczekując na przeprosiny i możliwość odpowiedzi na szkalujące mnie dezinformacje zamieszczone w tekście „O mobbingu na uczelniach” w 9 numerze FA w r .2019.

Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, czy zostanę przeproszony, czy redakcja FA zamieści skorygowane informacje, czy dostanę możliwość ustosunkowania się do kłamstw dotyczących mojej osoby,  sfabrykowanych przez Jana Woleńskiego w tekście, pod którym widnieje informacja

„Prof. dr hab. Jan Woleński , członek Komisji ds. Etyki w Nauce PAN

PS Niniejszy tekst został przesłany do redakcji „Gazety Wyborczej”, a ta przekazała go do portalu gazeta.pl/weekend, także należącego do Agora S.A. Decyzję o jego nieopublikowaniu podjęła Ewa Jankowska, a więc osoba zainteresowana. Proponowałem publikację „Gazecie Wyborczej”, lecz ta odmówiła. Wygląda na to, że na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko.”

Zgadzam się z ostatnim stwierdzeniem Jana Woleńskiego, że „na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko” z tym, że dotyczy to też miesięcznika akademickiego, w którym znalazło się miejsce na szkalowanie (ze strony Jana Woleńskiego) a na polemikę (z mojej strony) do tej pory miejsce się nie znalazło. Wiadomo mi, że przez lata na łamach FA nie można było nawet powoływać się na moje teksty, wymieniać mojego nazwiska (autora setek tekstów i kilkunastu książek dotyczących ważnych spraw akademickich) i ze zdziwieniem zauważyłem, że jakby zapis na moje nazwisko został odblokowany, ale po to, aby podawać o mnie kłamstwa.

Jan Woleński mógł przez lata pracować na etacie na UJ, gdy UJ (i nie tylko UJ) dla mnie, po politycznej weryfikacji kadr akademickich (r.1986/87), został zamknięty i to dożywotnio,  i bez reakcji, także gremiów etycznych (do których należy Jan Woleński).

Wikipedia w biogramie Jana Woleńskiego podaje  m.in. „Jan Woleński, właściwie Jan Wiktor Hertrich-   Woleński  polski filozof analitycznylogik i epistemolog, teoretyk prawdy oraz filozof językaprofesor nauk humanistycznych.  M.in.  Członek-założyciel reaktywowanego Żydowskiego Stowarzyszenia B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej, a w latach 2007–2012 pełnił funkcję wiceprezydenta…..Z powodu wystąpienia z PZPR nie otrzymywał paszportu w latach 1982–1986 i był objęty zakazem prowadzenia zajęć dydaktycznych na Politechnice Wrocławskiej w latach 1982–1988. W latach 1982–1988 wstrzymano wniosek o nadanie mu tytułu profesora.”

O mnie żadnych informacji w Wikipedii nie ma, ale nieco ich zamieściłem na moim blogu (https://blogjw.wordpress.com/autor/ i każdy, także Jan Woleński, może się z nimi zapoznać i merytorycznie się do nich ustosunkować.

Jan Woleński jako znany anylustrator ( Lustracja jako zwierciadło, Universitas, 2007.), który nie zhańbił się czytaniem zasobów SB w IPN, jako ekspert (sic!) występował w panelach na temat lustracji ( np.  https://lustronauki.wordpress.com/2012/10/11/uniwersytet-w-panstwie-policyjnym/ , https://blogjw.wordpress.com/2012/11/07/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem/) czego nie dostąpił – jako wymazany/unieważniony  przez środowisko – Józef Wieczorek, który zapoznawał się zarówno z teczkami SB, jak i PZPR i prowadzi popularny serwis (ponad milion wejść) – LUSTRACJA I WERYFIKACJA NAUKOWCÓW PRL http://lustronauki.wordpress.com/

 Aby w pełni odnieść się do manipulacji i kłamstw eksperta od etyki i lustracji oraz teoretyka prawdy (której za nic w świecie praktycznie nie chce poznać i na moje strony nie zagląda, bo wie od innych, że nie warto – informacje w sieci !) w szerszym kontekście musiałbym napisać sporą książeczkę, ale moje doświadczenia są takie, że redakcje, jak i środowiska akademickie chłoną chętnie kłamstwa a są odporne na prawdę, na którą nie ma miejsca, ani czasu.

Trzeba mieć na uwadze, że uczelnia Jana Woleńskiego (UJ) abdykowała z poszukiwania prawdy, nie interesuje jej odmienna orientacja moralna i intelektualna, gdy Józef Wieczorek pozostał na swoich pozycjach, co jakiś czas bombardowanych przez akademickie działa największego kalibru.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Forum Akademickie

Piotr Kieraciński – redaktor naczelny

ul. Tomasza Zana 38
20-601 LUBLIN

Szkalowanie zamiast polemiki, czyli Jan Woleński w akcji

Szanowny Panie Redaktorze,

Przypadkowo natknąłem się na nieznany mi wcześniej tekst Jana Woleńskiego „ O mobbingu na uczelniach” zamieszczony w 9 numerze FA w r .2019. a stanowiący podobno polemikę z artykułem Ewy Jankowskiej o mobbingu na uczelniach (http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24821405), której nie zamieściła redakcja Gazety Wyborczej, nad czym autor boleje pisząc „ Wygląda na to, że na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko”..

W zamieszczonym tekście  Jana Wileńskiego trudno się doszukać rzetelnej polemiki z tekstem Gazety Wyborczej a bez trudu można zauważyć szkalowanie mojej osoby naruszające moje dobra osobiste, mimo że w tekście Ewy Jankowskiej moje nazwisko pojawia się tylko raz  – cytat „ Jak podkreśla Józef Wieczorek, prezes Fundacji Niezależne Forum Akademickie i twórca bloga nfat.wordpress.com, gdzie publikowane są przypadki mobbingu na uczelniach wyższych, mobbing bywa stosowany jako metoda zarządzania zakładem i metoda dyscyplinowania pracowników. Tłumaczy, że kierownicy merytorycznie nieprzygotowani do kierowania zespołami ludzi często stosują terror psychiczny dla utrzymania się przy władzy poprzez eliminowanie zbyt kompetentnych, aktywnych, a zatem potencjalnie zagrażających im pracowników”. [Uwaga! błąd w adresie mojej strony   – jest nfat.wordpress.com winno być https://nfapat.wordpress.com/ NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI

z tym, że ta strona podawana jest chyba omyłkowo, bo teksty o  mobbingu (także tezy przytaczane przez autorkę) zamieszczam na innej stronie – MOBBING AKADEMICKI – MEDIATOR AKADEMICKIhttp://nfamob.wordpress.com/

Autorka nie precyzuje z   którego tekstu dowiedziała się o moich poglądach (kontaktu z autorką nie miałem). Moje poglądy – uzasadnione moją znajomością rzeczy – takie są, ale należy je cytować jak należy. Jan Woleński tego nie podnosi, rzetelne cytowanie go nie interesuje, gdyż sam tak samo postępuje. Mnie atakuje bez znajomości moich licznych tekstów poświęconych problematyce mobbingowej w kontekście funkcjonowania patologicznego systemu akademickiego. Publicznie [w sieci] podnosił, że nie zagląda do moich tekstów, bo nie warto -jak mu inni mówili i to jest dla niego naukowa (?) podstawa do personalnych (bo nie merytorycznych) ataków!    

Jan Woleński przeciwstawia tezy Joanny Gruby tym prezentowanym przez Joannę Wylężałek, nie dokumentując czy je zna, bo jedynie informuje: „ Zaglądnąłem do książki J. Wyleżałek. Jest to gruntowne teoretyczno-empiryczne studium na temat mobbingu społecznego, w tym uczelnianego.]  Jest to raczej kabaretowa opinia, tym bardziej, że obie panie Joanna Gruba i Joanna Wylężałek ze sobą współpracują i efekty tej współpracy zamieszczane były na stronach Fundacji Nauka Polska. Jan Woleński może nie wiedzieć, że studium p. Wylężałek powstało z inspiracji autorki moimi tekstami o mobbingu akademickim, jak sama podkreślała ( tel. 2010 r ?) prekursorskimi. Z analizy moich i p. Wylężąłek tekstów wynika, że autorka tak się zainspirowała moimi tekstami, że pewne fragmenty jej tekstów są tożsame [bez zaznaczenia, że chodzi o cytat]  z moimi wcześniejszymi, co podnosiłem już w roku 2011 r. [ na etapie powstawania studium]   jak i  w 2019 r. [ https://nfamob.wordpress.com/2019/04/04/ankieta-mobbing-na-uczelniach/).

Jan Woleński nie uzasadnił w swej „polemice” dlaczego moje tezy są złe a tożsame/bliźniacze  p. Wylężałek – dobre. Czy może dlatego, że studium p. Wylężałek jest recenzowaną pracą habilitacyjną? [nie przeze mnie, bo w Polsce, ci którzy się znają na rzeczy, ale nie są hab., prof. recenzentami takich prac być nie mogą).   

Rzetelny recenzent winien postawić pytanie: jakie są osiągniecia pracy (tezy  gruntownego teoretyczno-empirycznego studium na temat mobbingu)’ skoro tożsame tezy były wcześniej prezentowane przez JW ?  – i to w tekstach, które ja wcale nie uważam za naukowe, choć rzetelne.

Jan Woleński jako członek Komisji ds. Etyki w Nauce PAN nie widzi w tym nic zdrożnego, nierzetelność chwaląc, rzetelność ganiąc – bo jak to inaczej zrozumieć? 

Jan Woleński, jako akademik niezależny od faktów,  niejako zestawia moją osobę z p. Joanną Grubą, z którą mi nie po drodze – różnice kosmiczne.

Jan Woleński w tekście rozpowszechnia fałszywe informacje (nie mające żadnego związku z tekstem Gazety Wyborczej) na temat mojej osoby. Oczekuję, że autor czy Redakcja FA przedłoży mi dowody, że jak czytamy  (ni stąd, ni zowąd) – „Dr J. Wieczorek został zwolniony z UJ z powodu niezrobienia habilitacji”. Wystarczającą ilość informacji na mój temat [opartych na znanych mi faktach], przedstawiam na moich stronach: https://blogjw.wordpress.com/autor/, https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/ i rozpowszechnianie fałszywych informacji (bez dowodów) w powszechnie znanym, periodyku akademickim musi budzić  kategoryczny sprzeciw, choć nie jest to jedyny personalny, pozamerytoryczny atak koryfeuszy nauki polskiej  na moją – nic nie znaczącą – osobę, której poglądy podobno są subiektywne z powodu „rozżalenia”, pozostające w kontraście z „obiektywnymi”  poglądami beneficjentów politycznych weryfikacji kadr w okresie komunistycznym  i negatywnej selekcji trwającej do dnia dzisiejszego. 

Moim zdaniem, ten tekst w takiej formie nie powinien się ukazać w FA, gdyż pokazuje, że na szkalowanie środowiska naukowego jest w nim miejsce a na polemikę -nie! Oczywiście mógłby się ukazać, ale nie jako przykład walki z cenzurą [tak rozumiem zamieszczenie go bez komentarza redakcji na FA] ale jako przykład ilustrujący zapaść środowiska akademickiego a w szczególności „naukowców” obarczonych licznymi tytułami [także honorowymi], które ich tak przytłaczają, że nie są w stanie funkcjonować na poziomie uniwersyteckim a jeno kabaretowym.  

Gdyby jednak było miejsce w FA i na merytoryczną polemikę, to mogę napisać osobny tekst (kilka – kilkanaście tysięcy znaków) odnoszący się do szkalującego mnie tekstu, w kontekście patologii akademickich, w ujęciu także historycznym. Rzecz jasna z analizy tekstu Jana Woleńskiego wyłania się tyle demonów środowiska akademickiego, że choćby pobieżne ich omówienie musiałoby zabrać co najmniej cały numer Forum Akademickiego, a najlepiej książkę.  Takich tekstów nie można przemilczeć, bo ich omówienie winno wiele wnieść do lepszego poznania plag akademickich toczących domenę akademicką.

Oczekuję od Redakcji na przeprosiny i rzetelną informację na stronach FA .

Z poważaniem

Józef Wieczorek

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



—— Wiadomość oryginalna ——
Temat: Re: FA
Data: 2021-12-02 14:44
Nadawca: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>
Adresat: „Piotr Kieraciński” <kieracinski@forumakademickie.pl>;

Panie Redaktorze,

Załączam dokumentację e-maila na który nie dostałem potwierdzenia stąd  tekst umieściłem na FB.

Moja reakcja rzeczywiście dotyczy tekstu sprzed 2 lat, gdyż wcześniej go nie zauważyłem a i Redakcja  FA nie zwróciła mi na niego uwagi, mimo że zamieszczony został personalny atak na moją osobę, o czym jasno piszę w mojej reakcji.  Nie wiem dlaczego moja reakcja jest niezrozumiała ? Tekst Woleńskiego – czyli kłamstwa – był dla Redakcji zrozumiały ?  Prawdę trudniej jest zrozumieć w środowisku akademickim , tym bardziej, że uczelnie ( w tym b. uczelnia Jana Woleńskiego)  abdykowały z poszukiwania prawdy, stąd możliwości nawiązania kontaktu intelektualnego z akademikami przez osobę, która z poszukiwania prawdy nie zrezygnowała są mierne, a nawet żadne  [ np. https://nfapat.wordpress.com/2019/04/24/patrzym-i-widzym-nawiazanie-kontaktu-intelektualnego-obywatela-z-wladzami-akademickimi-nie-jest-latwe/

  Materiał do którego odnoszą się linki w moim tekście tylko sprawę wyjaśniają. Gdyby ich nie było, być może byłyby jakieś wątpliwości. Tekst Jana Woleńskiego dobrze jest widzieć w szerszym kontekście plag akademickich, które w nim się ujawniają.  

Sprawa jest jasna – zostałem zniesławiony przez Jana Woleńskiego w tekście z FA przez podawanie nieprawdziwych informacji naruszających moje dobra osobiste rozpowszechniane za pomocą FA bez jakiejkolwiek konfrontacji z osobą szkalowaną (mną). Wymaga to wyjaśnienia przez Redakcję ( w końcu tekst jest dostępny publicznie do dnia dzisiejszego), naprawienia krzywdy, umożliwienia reakcji osoby poszkodowanej.  Myślę, że kierowanie sprawy do sądu jest gorszym rozwiązaniem.

Z poważaniem

Józef Wieczorek


Od: „Piotr Kieraciński” <kieracinski@forumakademickie.pl>
Do: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>;
Wysłane: 9:45 Czwartek 2021-12-02
Temat: FA

Panie Józefie,

nie bardzo rozumiem Pana zarzuty, zatem trudno mi się do nich odnieść. Może Pan wyrazić to samo w prostszych słowach, bezpośrednio, a nie za pomocą linków? Na razie Pana „komentarz” na FB jest całkowicie niezrozumiały (nie mówiąc już, że odnosi się do publikacji sprzed dwóch lat).

Ach, i jeszcz: mam wrażenie, że nie dostałem od Pana tego tekstu bezpośrednio, co sugeruje Pan w „komentarzu”. Gdybym go dostał, odpowiedziałbym wcześniej. Coś przeoczyłem?

Serdeczności


 

W kolejce po profesurę

W kolejce po profesurę

 Pod koniec 2021 roku dają się zauważyć oznaki zaniepokojenia, a nawet frustracji polskiego środowiska akademickiego. I nie chodzi tu tylko o zbliżające się rozliczanie z postępów badań naukowych finansowanych z kieszeni podatnika. Okazało się bowiem, że w tym roku prezydent RP do tej pory nadał tylko 786 profesur, gdy w roku ubiegłym 889 i nie wiadomo, czy do końca roku zdoła podpisać tyle kolejnych nominacji, aby w domenie akademickiej widać było postęp, a nie regres.

W roku 2019 nominacji było znacznie mniej, bo 292. Dynamiczny rozwój domeny mierzony liczbą tytułów naukowych może zostać zatrzymany. Faktem jest jednak, że w ocenach/rankingach światowych pozycja polskich uczelni nie wykazuje w tym czasie dynamicznego przesuwania się ku czołówce światowej.

Postępu nie widać, jest stagnacja, wkład polskich profesorów do nauki światowej jest nikły, ale to jakoś nie jest przedmiotem zaniepokojenia czy frustracji. Polscy akademicy, instytucje akademickie są oceniane i wynagradzane przez wskaźniki tytularne i nie bez powodu profesura prezydencka jest przedmiotem mrocznego pożądania akademików.

Niektórzy z nich muszą czekać w kolejce po otrzymanie nominacji, i to nawet kilka lat. Prezydent sam nie ocenia naukowców, lecz tylko podpisuje nominacje tym, których mu podsunie Rada Doskonałości Naukowej. Niestety niezbyt doskonała, stąd podsuwa do podpisania nieraz kandydatury wadliwe i prezydent waha się, czy użyć swojego słynnego długopisu, bo podpis ma moc dożywotnią.

Ostatnio ta kolejka się wydłużyła i akademicy nie chcą już dłużej przebierać nerwowo nogami w oczekiwaniu na użycie prezydenckiego długopisu. Zaczynają myśleć o odebraniu prezydentowi tej prerogatywy. W końcu w innych krajach prezydent nie ma nic do profesur, bo ich nadawanie (na ogół tylko w uczelniach) to domena ciał naukowych, a nie politycznych.

Zobaczymy, czy w kolejnym roku zlikwidowane zostaną kolejki po profesurę, a może zmniejszy się zakres obowiązków prezydenckich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 15 grudnia 2021 r.

Czy na uczelniach był stan wojenny?

Czy na uczelniach był stan wojenny?

Ktoś pomyśli: co za głupie pytanie? Przecież generał Jaruzelski jasno ogłaszał rankiem 13 grudnia 1981 roku wprowadzenie stanu wojennego na terytorium całego kraju.

 A zatem uczelnie funkcjonujące w Polsce podlegać musiały rygorom tego stanu zarządzonego przez zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym. Tak można sądzić, skoro z dekretu nie wynikało, aby uznano uczelnie za jakieś autonomiczne republiki, których stan wojenny nie dotyczy.

Sprawa chyba jasna, ale nie wygląda ona tak jasno, kiedy ktoś zapozna się z ofi cjalnymi, dostępnymi w internecie historiami uniwersytetów. Otóż trudno w nich znaleźć choćby wzmiankę o takim wydarzeniu, które jest uznawane za jedno z najtragiczniejszych w historii Polski XX wieku.

Co więcej, także w książkach pozostających do dnia dzisiejszego w obiegu edukacyjnym („Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”) takie wydarzenie jak stan wojenny nie istnieje!

Na moje pytanie do władz UJ, jak to było możliwe, aby stan wojenny nie został wprowadzony na terytorium UJ, do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi. Widocznie było za trudne, a przynajmniej kłopotliwe.

Skoro jednak stan wojenny był, a uczelnie nie umieszczają go w historii, to znaczy, że historię fałszują! I co gorsza, przeciwko temu nie ma protestów środowiska akademickiego, nawet wybitnych historyków!

Gdy naszą historię zakłamują w Niemczech, we Francji czy w USA, mamy u nas uzasadnione oburzenie, a nawet procesy sądowe. Jakie jest uzasadnienie dla aprobaty zakłamywania historii Polski przeznaczonej przez polskie uczelnie do przyswojenia przez młode pokolenia Polaków?

Czy plany ministerstwa zorientowanego co do kiepskiego stanu znajomości najnowszej polskiej historii uwzględniają taki stan rzeczy? Czy takie zakłamane książki, ich autorzy i propagatorzy zostaną wyeliminowani z obiegu edukacyjnego? Moje udokumentowane starania w tej materii, ujawnione w przestrzeni publicznej, przekazywane decydentom akademickim i historykom, nie zakończyły się sukcesem.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 grudnia 2021 r.

AKADEMICKIE UNIEWAŻNIANIE STANU WOJENNEGO

Akademickie unieważnianie stanu wojennego

Stan wojenny to jedno z najważniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski, ale do tej pory nie trafił do oficjalnych, publicznie prezentowanych historii  polskich uniwersytetów, które w tym czasie funkcjonowały. Stan wojenny jakby został unieważniony, skasowany w ramach niemal powszechnie stosowanej na uczelniach cancel culture. 

Bez znajomości historii stanu wojennego i jego skutków nie da się jednak zrozumieć obecnej sytuacji w domenie akademickiej. Trudno ją zreformować, bo jest ona zdominowana przez beneficjentów stanu wojennego i przez nich wyselekcjonowanych/sformatowanych.

To chyba tłumaczy wymazywanie tej, jak mówimy, wojny jaruzelsko-polskiej z pamięci akademickiej. Stan wojenny został zniesiony formalnie 22 lipca 1983 r, ale w opinii kombatantów tamtych lat trwał do 1989 r., bo co prawda z codziennego widoku publicznego zniknęły transportery opancerzone i ZOMO, ale represje, i to zaostrzone wobec przeciwników junty Jaruzelskiego, trwały. Dla zachowania równowagi reżimu zaostrzono prawo i to tak, że do dnia dzisiejszego niektóre ustawy mają nadal moc prawną i dominują nad Konstytucją III RP! Tak się ma np. sprawa postępowań dyscyplinarnych prowadzonych wobec studentów i pracowników uczelni (przynajmniej na UJ), które to postępowania są utajnione do tej pory tak dla ofiar, jak i badaczy, także IPN!  

Niemal skasowano z przestrzeni publicznej polityczne czystki akademickie, szczególnie te z końca trwania reżimu. Straty wojenne do tej pory nie są poznane i tych poniesionych w domenie akademickiej jakoś nikt nie chce poznać. A chodzi o wyeliminowanie z domeny akademickiej sporej liczby aktywnych naukowo i edukacyjnie pracowników, co doprowadziło do luki pokoleniowej w III RP i fatalnego stanu polskich elit kształtowanych do dziś przez negatywnie selekcjonowane kadry.

Jakoś nie bierze się pod uwagę, że usunięcie z uczelni jednego dobrego, aktywnego nauczyciela spowodowało brak w III RP co najmniej dziesiątków absolwentów na poziomie (czasem profesorskim) i dziesiątków prac naukowych na poziomie międzynarodowym. A niszczono przecież warsztaty pracy, które już nie istnieją w III RP, podobnie jak ogromne nieraz księgozbiory naukowe, na ogół już co prawda niepotrzebne, bo dziś dominuje metoda Copy & Paste i na czytanie nie traci się czasu.  

Nie da się obecnego stanu domeny akademickiej wytłumaczyć tylko niszczeniem polskiej inteligencji podczas okupacji niemieckiej, bo elity można w normalnym systemie w ciągu dziesiątek lat odtworzyć. Straty okupacyjne były wielkie, ale przecież powiększane przez czerwonych władców, stąd obserwowana degradacja domeny akademickiej wraz z odchodzeniem kadr przedwojennych.

Polityczne weryfikacje kadr akademickich w czasach jaruzelskich dobiły niezależnych, nonkonformistycznych badaczy o odmiennej od komunistycznej orientacji moralnej i intelektualnej. Pozostali spolegliwi konformiści, oportuniści, nastawieni na robienie tytułów i polepszanie statusu materialnego na licznych etatach, niedostępnych dla wykluczonych z systemu.

Obraz stanu wojennego w domenie akademickiej jest słabo znany, bo dokumenty akademickie uległy ewaporacji, a komisje historyczne zainteresowane są tylko relacjami beneficjentów systemu, więc kasowane są z obiegu publicznego/pamięci niewygodne ofiary systemu, dobijane nieraz po raz kolejny rozpowszechnianiem fałszywych, niezależnych od prawdy informacji. Zresztą uniwersytety na ogół z poszukiwania prawdy abdykowały i nie muszą jej szukać po usunięciu ze swej historii komunizmu, stanu wojennego, PZPR i politycznych czystek ….

Lamentuje się nad nieznajomością historii najnowszej przez młodych, a jakoś nikt (niemal) nie lamentuje nad nieznajomością/zakłamywaniem historii przez profesorów, a przecież to profesorowie w dużej mierze decydują o (nie)znajomości historii przez młodych.

Ciekawe, jak zostanie wdrożony w życie projekt nowego przedmiotu „historia i teraźniejszość” (szkoły ponadpodstawowe), skoro nie zaplanowano nawet wycofania z obiegu edukacyjnego kompromitujących książek akademickich z kłamliwą najnowszą historią, ani autorów i propagatorów takich „dzieł”, z których przecież uczą się przyszli nauczyciele szkół ponadpodstawowych. A co będzie, jak uczniowie nauczą się takiej zakłamanej historii? Do tej pory przynajmniej jej nie znali, a wiadomo, że czego Jaś zbyt dobrze  się nauczy, to Jan raczej nie zdoła się tego oduczyć. Dlatego wycofanie z obiegu edukacyjnego kłamliwych książek i ich producentów jest tak ważne.

Żeby nie unieważniano stanu wojennego, trzeba unieważnić zakłamane książki! 

Polecam portal ABC Niepodległość

Zacząłem pisać na portal ABC Niepodległość, https://abcniepodleglosc.pl/

którego nowa odsłona ma oficjalnie ruszyć 13 grudnia 2021 r. Zachęcam do śledzenia, nie tylko moich wpisów

Nauka czy kabaret?

Nauka czy kabaret?

Kabaret to działalność satyryczno-rozrywkowa, a nauka to poważna działalność mająca na celu poszerzanie naszej wiedzy. Tak wielu sądzi. A jak jest naprawdę? Kabarety mocno podupadły i rozrywka to mierna lub żadna. Satyra jakby przeniosła się z kabaretu do nauki.

W domenie akademickiej powstaje wiele prac, z których można by się nieźle uśmiać, choć taki stan rzeczy nie jest do śmiechu. Trudno się śmiać z rozpowszechnianych absurdów na temat walki z globalnym ociepleniem, które wdrażane w życie, mogą życiu na planecie zagrozić.

Nad tym, co publikują naukowcy i jacy naukowcy są w domenie akademickiej awansowani, nadzór winni sprawować recenzenci – eksperci w danej dziedzinie. W Polsce od dawna recenzje naukowe, czy to publikacji, czy dorobku naukowego, często nie mają wielu walorów merytorycznych. Są albo kolesiowskie, albo nieprzyjazne ze względów personalnych. Dlatego mamy selekcję negatywną.

Recenzentów kierujących się kryteriami merytorycznymi jako niewygodnych z zamkniętego kręgu wykluczono, w ramach wdrażania w życie coraz bardziej rozpowszechnionej w domenie akademickiej antykultury unieważniania, wymazywania (cancel culture).

Nie ma też woli otwarcia domeny akademickiej na recenzentów zagranicznych, którzy nader często oceniają dorobek naukowców w dobrych, europejskich ośrodkach naukowych. W naszym systemie tytularnym szczególne znaczenie mają oceny kandydatów do profesur „belwederskich”, ale nieraz się okazuje, że recenzje – wcale nie tak rzadko – są niekompetentne, a czasem mają charakter wręcz kabaretowy, co ujawniono w trakcie przewodu profesorskiego znanego socjologa Andrzeja Zybertowicza. Profesorem mimo to ma zostać, bo takie recenzje trzeba odrzucić/unieważnić z przyczyn merytorycznych. Ale iluż to mniej znanym w przestrzeni publicznej naukowcom takimi kabaretowymi recenzjami/opiniami „uwalono” awanse, projekty badawcze, czasami wręcz naukowe życie? Trudno się dziwić, że w nauce jesteśmy słabi.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 1 GRUDNIA

Uczelnie tajnego funkcjonowania

Uczelnie tajnego funkcjonowania

Polskie uczelnie publiczne funkcjonują dzięki finansowaniu z budżetu (kieszeni podatnika), ale podatnik nie ma zbyt wielu szans, aby się dowiedzieć, na co tak naprawdę uczelnie te jego pieniądze wydają i jaki jest w tym interes publiczny. 

Autonomiczne uczelnie mają skłonność do tajnego funkcjonowania. Utajniają nie tylko swoją historię, nie ujawniają, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, a także jak są obecnie rekrutowane.

Dostęp do informacji o ustawianych konkursach na etaty jest blokowany, podobnie o projektach badawczych. Domagając się przez lata tych danych, sukcesu nie odniosłem, ale przecież obywateli w Polsce mamy więcej.

Próbę dotarcia do informacji na temat ideologizacji życia akademickiego na Uniwersytecie Jagiellońskim podjęło ostatnio kilka organizacji pozarządowych. Zadano władzom UJ kilkanaście logicznych i prostych pytań w sprawach bulwersujących dla części polskiego społeczeństwa. Na UJ utworzono Dział ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ, o niejasnych/nieznanych naukowych i finansowych podstawach funkcjonowania. Dział ten koncentruje się na problemach płci i seksualności, a jest raczej obojętny na dyskryminację/bezpieczeństwo osób o odmiennej – od obecnie preferowanej – orientacji moralnej i intelektualnej.

Pytania organizacji miały dużą wagę społeczną, wskazywały na przedkładanie ideologii nad naukę na UJ, wyrażały zatroskanie degradacją uniwersytetu – kiedyś chluby Polaków. Odpowiedzi jednak odmówiono, uzasadniając, że podniesione problemy nie są szczególnie istotne dla interesu publicznego.

I takie są standardowe odpowiedzi (o ile w ogóle są) na pytania obywateli, którzy widocznie nie wiedzą, jaki jest publiczny interes, bo ten autonomicznie – nie oglądając się na „pospólstwo”, widocznie niedouczone – wyznaczają władze uczelni i obywatelom nic do tego!

Ci, dla interesu publicznego, mają płacić jeno podatki, a uczelnie mają być jak najlepiej finansowane, oczywiście bez kontroli społecznej!

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 24 LISTOPADA 2021

(Nie)akademickie Święto Niepodległości


(Nie)akademickie Święto Niepodległości

11 listopada obchodzimy Narodowe Święto Niepodległości, niestety nie bez przeszkód (niby)prawnych, a liczne prowokacje anty-Polaków zakłócają przebieg świętowania kolejnych rocznic odzyskania niepodległości.

No cóż, postępowcy wręcz alergicznie reagują na słowo „naród”, a tych, którzy noszą biało-czerwone flagi, traktują jako nacjonalistów czy wręcz faszystów. Natomiast sprzyjają marszom i flagom tęczowym, a tych na Marszach Niepodległości się nie nosi.

Co najmniej powściągliwie na obchody tego święta reagują środowiska akademickie, mimo że akademicy brali aktywny udział w odzyskiwaniu niepodległości przed 100 laty i z sukcesami pracowali na rzecz odrodzonej po latach zniewolenia Polski. Porzucali intratne stanowiska, spokojną pracę naukową na zagranicznych uniwersytetach, aby pracować dla Niepodległej.

Takiej reakcji nie było po odrzuceniu przez naród zniewolenia komunistycznego po 1989 roku. Nasilił się wręcz exodus kadr akademickich (każdego szczebla) prowadzący do jeszcze większego zubożenia elit potrzebnych do budowy wolnej Polski.

 Na ogół akademicy nie biorą udziału w obchodach święta niepodległości, nie mieszają się z narodową „gawiedzią”, choć na swoje święta akademickie chętnie paradują po ulicach w togach i gronostajach. Również wygląd gmachów uniwersyteckich w święto niepodległości (czy inne święta narodowe) może budzić konsternacje, bo flagi narodowe – jeśli na nich są – to jakoś poukrywane wśród innych flag, o ile nie są zastępowane flagami tęczowymi.

Na stronach lewackiego amerykańskiego Uniwersytetu Harvarda można obserwować wystawione na widok publiczny i edukacyjny fotoreportaże z krakowskiego Marszu Niepodległości, z morzem polskich flag narodowych. Polskie uczelnie takich obrazów ani ich autorów nie chcą znać.

 Nasze uczelnie są jeszcze bardziej postępowe, realizując swoje autonomiczne projekty wyzwolenia się od przeszłości, wdrażając z sukcesami (anty)kulturę kasowania, także Narodowego Święta Niepodległości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 17 listopada 2021 r.

Plaga mobbingu atakuje

Plaga mobbingu atakuje

Od 20 lat alarmowałem o negatywnych skutkach mobbingu dla domeny akademickiej. Podnosiłem, że jest to niepożądana, lecz skuteczna metoda negatywnej selekcji kadr akademickich. Wykazywałem też, że skutki mobbingu bywają bardziej negatywne w domenie niż brak pieniędzy!

Niestety, bez reakcji tych, którzy niedostatek pieniędzy uważają za jedyną plagę akademicką. Niektórzy na samo słowo „mobbing” reagują alergicznie, co nie sprzyja działaniom antymobbingowym.

Fakt, że mobbing to zjawisko nieostre, trudne do należytego ujęcia prawnego, lecz niejedna z plag akademickich taka jest. Na początku wieku założyłem chyba pierwszą stronę internetową o mobbingu akademickim, funkcjonującą do dziś.

Napisałem książkę o konieczności działań antymobbingowych, co dotarło do ministerstwa i Sejmu, ale i tak przez lata wielu mobbingowanych zwracało się do mnie (osoby prywatnej, i to dysydenta akademickiego) o pomoc, bo widocznie wsparcie organizowane w strukturach akademickich nie funkcjonowało jak należy.

Ostatnio resort edukacji i nauki został zaalarmowany raportem NZS „Mobbing na uczelniach”, koncentrującym się głównie na poziomie studenckim. Wskazuje on, że skala zjawiska jest ogromna, choć jedynie jedna piąta respondentów zgłaszała nadużycie. A to czasem pogorszyło jeszcze ich sytuację…

 Dobrze, że takie raporty powstają, ale działania systemowe przeciwko tej pladze widocznie są nieskuteczne, skoro zjawisko narasta, a nie maleje. Resort uważa, że to głównie sprawa rektorów (w końcu mają władzę niemal absolutną).

Rzecz w tym, że od lat podnosiłem, iż potrzebna jest jakaś instytucja niezależna od rektorów, na przykład Centrum Mediacji Akademickiej, bo inaczej nie ma szans na ograniczenie problemu. Poza wszystkim, rektorzy też bywają mobberami. Monitoring zjawiska dopiero raczkuje, a media ujawniają raczej tylko pojedyncze, bulwersujące przypadki. Reszta otoczona jest mgłą tajemnicy. A trzeba mieć na uwadze, że o ile bez pieniędzy w nauce coś można zrobić, to w przypadku silnego mobbingu – nic.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 10 LISTOPADA 2021

Bo do tanga trzeba dwojga…

Bo do tanga trzeba dwojga…

Narodowe Centrum Nauki utworzone do finansowania podstawowych projektów badawczych ukończyło 10 lat. Wcześniej podobną rolę w domenie akademickiej spełniał Komitet Badań Naukowych, który został zlikwidowany po tym, jak wykazano jego grzechy główne (w moich opiniach ich liczba znacznie przekraczała siedem!).

Żadna instytucja nie jest wolna od wad i błędów, ale jakoś na niedawny jubileusz 10-lecia NCN (wrzesień 2021) jakby ich nie zauważono. Także minister Czarnek z tej okazji przesłał gratulacje, choć przedtem wielokrotnie podkreślał, że gender to nie nauka, lecz ideologia. A przecież NCN, podobnie jak polskie uniwersytety, finansuje projekty genderowe, czyli ideologiczne, i to w sytuacji, gdy na naukę brakuje pieniędzy. Brak konsekwencji oczywisty.

Pod koniec ubiegłego roku zapraszano do konkursu „TANGO”, tak aby badania podstawowe tańczyły na wspólnym parkiecie z ich wdrożeniami. Minister argumentował: „Działania podejmowane przez naukowców we współpracy z przedsiębiorcami ostatecznie służą dobru wspólnemu: budują siłę naszej gospodarki, a jednocześnie przyczyniają się do podniesienia poziomu innowacyjności polskiej nauki (…)”.

Tak być powinno, ale nie do końca tak jest, a zainteresowany badaniami podatnik, który nie otrzymuje z NCN ani grosza, traktowany jest jako konkurencja i nie ma szans na poznanie, jak takie „TANGA” nam służą.

Natomiast od podmiotów gospodarczych otrzymywałem zaproszenia do „tanga”, wrzucałem do kosza to, co NCN finansowało, i dobro wspólne na tym korzystało. Ale takie NCN to bezsens!

Na szczęście minister chyba zorientował się, jak to funkcjonuje, bo oznajmił ostatnio, że jest skrajnie niezadowolony z tego, co się dzieje w Narodowym Centrum Nauki – „podział środków z NCN jest absolutnie nietransparentny, oceny grantów są skandaliczne”. I zapowiedział, że trzeba zmienić ustawę o NCN.

Jest zatem jakaś szansa, że do tanga zaproszeni zostaną wreszcie odpowiedni partnerzy, bo w pojedynkę nie da się go tańczyć.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 10 LISTOPADA 2021

Plagi konkursowe

Plagi konkursowe

Zakończył się konkurs chopinowski. Nie milkną zachwyty nad jego poziomem i grą zwycięzcy, ale słyszalne są też głosy o pokrzywdzeniu kilku znakomitych pianistów. Tak na ogół jest w konkursach, które nigdy wszystkich nie zadowolą. Ale są też uwarunkowania strukturalne, mające wpływ na błędne/ niesprawiedliwe decyzje.

Niektórzy eksperci podkreślają, że w jury nie powinni zasiadać nauczyciele swoich uczniów uczestniczących w konkursie. To powinien być konkurs uczniów/młodych pianistów, a nie ich nauczycieli. W końcu powinno się unikać konfliktu interesów, a każdy nauczyciel będzie miał skłonności przychylniej oceniać swojego ucznia, bo część jego prestiżu przechodzi na nauczyciela.

Niestety, takie wadliwe ocenianie trwa od lat. To jednak sytuacja o wiele lepsza niż w domenie akademickiej, bo członkowie jury konkursów grantowych (Komitet Badań Naukowych) jak najbardziej brali w nich udział, na czas głosowania nad ich kandydaturą wychodząc z pokoju dla zapewnienia obiektywizmu głosowania (sic!).

Świat akademicki uwielbia takie szopki! Ja nie. Stąd, kiedy miałem możliwość głosowania w wyborach KBN, takie wybory zbojkotowałem, przekazując warunki mojego uczestnictwa. Tak w konkursach być nie może! Po kilku latach, już jako bezetatowiec, przypomniałem w ministerstwie moją decyzję, otrzymując odpowiedź, że to nie było możliwe. Tak, tak.

Nikt w domenie akademickiej nawet by nie przypuszczał, że ktoś taki bojkot mógł podjąć. Nie wiem czy/na ile zmieniono procedury konkursowe, czy ktoś jeszcze protestował, ale ja nigdy więcej na etacie w tej domenie już nie byłem.

U nas nie kasuje się patologii, kasuje się ujawniających, protestujących przeciwko patologiom i tym sposobem pozostaje nam czysta od plag domena akademicka. Autonomiczna, której nikt spoza samych swoich nie może podważać. I niechby się ino ważył!

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 27 października 2021 r.

Akademickie grzybobranie

Akademickie grzybobranie


Akademickie grzybobranie

Domena akademicka jest chyba największym beneficjentem tzw. transformacji ustrojowej, choć jej ustrój pozostaje w ciągłości prawnej i personalnej z PRL. Rzecz jasna jeśli ten postęp liczyć ilościowym wzrostem szkół o nazwie wyższych, które szczególnie w latach 90. rosły jak grzyby po deszczu.

Transformacja umożliwiła tworzenie szkół niepublicznych, co dało szanse, szczególnie nomenklaturze akademickiej, na zakładanie takich szkół głównie o profilu humanistycznym i społecznym, bo to kosztowało najmniej. Wymagania kadrowe, głównie tytularne, można było spełnić, wybierając kandydatów spośród pracowników publicznych szkół wyższych na kolejnych etatach. Wymagania merytoryczne dla takich szkół były tak niskie, że w krótkim czasie osiągnięto imponujący postęp udyplomowienia polskiego społeczeństwa – od kilku procent w PRL do około 50 procent później, osiągając tym samym poziom europejski. Także szkoły publiczne nie pozostawały w tyle i polski sejm pracował w pocie czoła nad zmianami nazw uczelni – z wyższych szkół zawodowych na akademickie, a nawet uniwersytety.

Ta zmiana nazw nie spowodowała jednak podniesienia ani poziomu uczelni, ani wykształcenia polskiego społeczeństwa, a nawet obserwuje się postępującą analfabetyzację, i to nie tylko nauczanych, lecz także nauczających. Rozumienie nawet prostych tekstów/wypowiedzi jest coraz rzadsze, większość koncentruje się na obrazkach, i to niezbyt skomplikowanych.

 Można mówić, że akademickie grzybobranie było obfite, ale mimo pewnych ograniczeń etatowych i walki z produkcją lipnych dyplomów warunki dla uczelni nadal są niezłe i jakoś nie myślą one, aby pokrywać swoje koszty ze sprzedaży płodów intelektualnych. Ostatnia ustawa skłania do zmiany nazw szkół w akademie stosowane, co brzmi bardziej naukowo, choć prowadzenie badań w takich akademiach raczej nie będzie wymogiem. Nie wiadomo, czy wyniesiona wiedza będzie miała jakiekolwiek zastosowanie.

Może być tak, że zamiast rydzów w koszyku będą co najwyżej marne kurki lub panienki.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 20 PAŹDZIERNIKA 2021

Plagi akademickie – Wieczór autorski

Plagi akademickie – Wieczór autorski

Autor książki: Józef Wieczorek
Prowadzenie: red. Jacek Liziniewicz

Warszawa, Sklep Gazety Polskiej
18 lutego 2021 roku

[Realizacja autorska, Zapis oficjalny niestety dotknęły plagi]

Ostatnie egzemplarze książki Plagi akademickie

można jeszcze zakupić w Krakowie w 


Księgarni ZBROJA
 https://ksiegarniazbroja.pl/
31-004 Kraków, p;. Wszystkich Świętych 9
pon. – piątek 11-19.00
tel/ 692-308-776

 https://www.facebook.com/KsiegarniaZbroja/

Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Niemal 10 lat temu postawiłem w przestrzeni publicznej pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – umieszczając je w sieci, a także rozsyłając do decydentów i organizacji akademickich. Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, nie było żadnej reakcji, mimo że kwestia genezy obecnej kadry formującej nasze elity ma ważne znaczenie dla wszelkich działań prowadzonych na rzecz naprawy naszego niewydolnego systemu akademickiego.

Gdy drzewo nie rośnie, jak trzeba, dobrze jest poznać jego korzenie, aby podjąć działania na rzecz prawidłowego wzrostu. Inaczej, mimo dbałości o jego koronę, gałęzie – może uschnąć. Poznanie przyczyn nieprawidłowego rozwoju, dolegliwości, to standard, także w leczeniu człowieka, a co dopiero mówić o naprawianiu tak skomplikowanej struktury jaką jest domena akademicka, w dodatku o takiej złożonej i długiej historii.

Pytania były niewygodne/ niepoprawne? Aby skierować uwagę na konkretne zagadnienia, sformułowałem kilka przykładowych tematów badawczych, których realizacja mogłaby przybliżyć nas do poznania genezy obecnych kadr akademickich.

Przypomnę je:

• Przyczyny i skutki braku odwilży na uczelniach po 1989 r. – porównanie z rokiem 1956.

• Geneza luki pokoleniowej na uczelniach w III RP – jej uwarunkowania czystkami akademickimi lat osiemdziesiątych.

•Wieloetatowość akademickich beneficjentów systemu wobec bezetatowości wykluczonych w PRL i III RP.

• Heroiczny opór środowiska akademickiego przed powrotami akademików ze sfery pozaakademickiej i z zagranicy.

• Badania nad systemem reprodukcji kadr akademickich w III RP.

• Cenzura prewencyjna i autocenzura w działalności naukowej i edukacyjnej naukowców w PRL i III RP.

• Skutki długotrwałej rekrutacji kadr akademickich na drodze fikcyjnych konkursów, ustawianych pod konkretnego kandydata, wybranego wcześniej do wygrania wg kryteriów genetyczno-towarzyskich, a nie merytorycznych.

• Badania socjologiczne/psychologiczne nad niechęcią środowiska akademickiego do rezygnacji z nepotyzmu – co wobec kiepskich/głodowych płac zapewne poprawiłoby sytuację rodzin akademickich.

Ciekawe, że do tej pory takie tematy nie były w dostatecznym stopniu podejmowane, mimo nadania ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych oraz dyplomów ukończenia szkół wyższych. Niestety nadal nic nie wskazuje, aby wzbudziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Oczywiście mógłbym ich sformułować wiele więcej, ale wobec stosowania subkultury przemilczenia, chyba nie ma nadziei na ich opracowanie. Zapewne takie i podobne pytania uważane są za niepoprawne, niewygodne dla obecnych etatowych kadr akademickich, które zachowują się tak, jakby za nic w świecie nie chciały poznać swoich korzeni.

Dlaczego? Czyżby czegoś się wstydziły ze swojej przeszłości? Nawet jeśli tak jest, to trzeba by wstyd jakoś przełamać, aby dać szansę na naprawę systemu, w którym funkcjonują. Inaczej ich potencjał nie zostanie należycie wykorzystany z korzyścią dla nich samych, jak i społeczeństwa.

Kto jak kto, ale elity kraju winny wiedzieć skąd pochodzą i dokąd zmierzają.

Nie najlepsze kadry PRL

Polska domena akademicka poniosła ogromne straty osobowe i materialne podczas II wojny światowej, i to zarówno ze strony okupanta niemieckiego, jak i „wyzwoliciela” sowieckiego. Niestety w zniewolonej PRL tych strat nie zdołała odbudować.

Kadry akademickie, które uchroniły się przed zagładą, podlegały procesom „oczyszczającym” od samego początku Polski Ludowej, aby nie wpływały negatywnie na młodzież akademicką, która miała budować nowy, postępowy ustrój. Część kadr przenoszono na wcześniejszą emeryturę, część kierowano do nowo powstałej Polskiej Akademii Nauk, pozbawiając kontaktu z młodzieżą, możliwości wykładania, ale dając możliwość np. tłumaczenia klasyków filozofii, aby nowi, socjalistyczni filozofowie mieli szanse na zapoznanie się z tym, co mieli zwalczać w budowaniu jedynie słusznej filozofii marksistowskiej.

Niektórzy akademicy wracali z Zachodu, ale mieli poważne trudności z wykorzystaniem swoich kompetencji intelektualnych, chyba że byli lewicowi i współdziałali w zainstalowaniu nowego systemu.

Po 1956 r. nastąpiła wprawdzie „odwilż” i część odsuniętych akademików wracała na uczelnie, ale i tak, aż do końca PRL, kryteria ideologiczne dominowały nad merytorycznymi, i to na każdym szczeblu kariery akademickiej, a nawet już przy wstępowaniu młodych na uczelnie (punkty za pochodzenie!).

O rozwoju kariery w zasadniczym stopniu decydowała „przewodnia siła narodu”, co skutkowało selekcją negatywną. Wyłaniano nie najlepsze kadry reprodukujących podobnych sobie, posłusznych, konformistycznych, oportunistycznych.

I w tej selekcji chodziło nie tyle o jak najlepszą znajomość idei Marksa czy Lenina, co o akceptowanie wiecznego sojuszu z ZSSR i przewodniej siły narodu, bez czego nie można było zrobić dużej kariery akademickiej.

System był mniej lub bardziej zamknięty, szczególnie dla niepartyjnych, co dla nauki jest poważnym ograniczeniem, niemal zabójczym. Długoterminowe wyjazdy zagraniczne, atrakcyjne stypendia były przede wszystkim dla przewodniej siły narodu i jej przyjaznych – no i jakże licznych w środowisku akademickim – tajnych współpracowników systemu komunistycznego.

Wielu akademików, także partyjnych, z wyjazdów zagranicznych nie wracało, zasilając ośrodki zagraniczne. Do dziś w przestrzeni publicznej słychać opinie, i to na najwyższych nawet szczeblach, że to rok 1968 stanowił negatywny przełom w domenie akademickiej, a to ze względu na emigrację naukowców pochodzenia żydowskiego. Ci jednak unikali tym samym rozliczenia ze swoją niechlubną przeszłością z czasów instalacji systemu komunistycznego i zyskiwali szanse na karierę zagraniczną, z czego niektórzy skorzystali.

Ich miejsca zajmowali młodsi, sformatowani już w czasach ZMP, którzy obsadzali stanowiska kierownicze, także w nowych instytutach tworzonych na miejsce likwidowanych katedr, co pozwoliło na pozbycie się starszych profesorów, o korzeniach w II RP.

Ta strukturalna zmiana jako skutek Marca ’68, o ogromnych konsekwencjach dla dalszych losów domeny akademickiej, jakoś jest na ogół pomijana w przestrzeni publicznej i w pracach historycznych.

Podobnie zresztą jak czystki jaruzelskie u schyłku PRL, które doprowadziły do opuszczenia domeny akademickiej przez liczne rzesze aktywnych akademików, nie rokujących nadziei na to, że zaakceptują przewodnią siłę narodu. Ci wyjeżdżali z Polski, o ile mieli taką możliwość lub byli do tego zmuszani, albo przechodzili do sektora pozaakademickiego. Tym samym przerywano ciągłość rozwoju kadr akademickich, niszczono warsztaty pracy, niepokorne centra formowania młodych kadr akademickich.

W okresie PRL stworzono (co prawda nie bez oporów) nową kadrę – prawdziwych peerelczyków, którym konformizm i oportunizm dawały szanse na sukces. Natomiast w mitologii akademickiej dominują opinie, że uczelnie były bastionami oporu przed komunizmem. Jeśli kilka procent populacji akademickiej jakiś opór stawiało – to wszystko, i to na ogół głównie poza strukturami akademickimi, bo te trwały nienaruszone do końca PRL i zasadniczo trwają do dziś.

Kadry III RP – jeszcze gorsze?

Transformacja PRL w III RP zachowała ciągłość prawną i personalną w domenie akademickiej. Nie dokonano lustracji ani tym bardziej dekomunizacji, poza swoistą dekomunizacją uczelnianych historii poprzez usuwanie z nich terminów ‘komunizm’ czy ‘PZPR’, a także takich wydarzeń jak stan wojenny.

Przeglądając strony internetowe polskich uniwersytetów, które funkcjonowały jeszcze w PRL, tylko na stronie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika znalazłem informację, że było coś takiego jak stan wojenny. Analiz skutków degradacji systemu akademickiego, widocznej także w obrazie dzisiejszych kadr, w przestrzeni publicznej ze świecą szukać.

Luka pokoleniowa powstała po czystkach jaruzelskich (wyjazdy, usuwanie niewygodnych) została załatana patologiczną wieloetatowością oraz przyspieszoną produkcją ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych i dyplomów, choć bez większego znaczenia merytorycznego.

Uczelnia wydająca więcej dyplomów uzyskiwała większe dotacje, a nadawanie coraz większej liczby doktoratów było potrzebne kadrze do uzyskiwania kolejnych stopni i tytułów naukowych.

W tak funkcjonującym systemie staliśmy się liderem europejskim, jeśli chodzi o ilość szkół z nazwy wyższych, potęgą tytularną, ale ciągniemy się w ogonie innowacyjności i na dalekich miejscach, najlepszych nawet polskich uczelni, we wszystkich rankingach światowych. Widocznie innowacyjne wynalazki np. urządzeń do oczyszczania nóg z piasku przy wychodzeniu z plaży (Jak wychodzić z plaży, czyli innowacyjne wynalazki polskich naukowców, „Kurier WNET” 63/2019) czy innowacyjne metody wydawania lipnych dyplomów, wprowadzone już w PRL, jakoś nie znajdują uznania wśród oceniających nasze osiągnięcia.

Za nic w świecie nie chcemy się rozstać z dotychczasowymi filarami naszego patologicznego, niewydajnego systemu, które stanowią: habilitacja i profesura belwederska, choć wszystko wskazuje, że te filary są wadliwie osadzone. Każda budowla postawiona na bagnie, na osuwisku, narażona jest na zawalenie się. O przetrwaniu każdej posadowionej konstrukcji decydują należyte fundamenty. Malowanie ścian czy zdobienie balkonów nie zabezpieczą konstrukcji przed destrukcją. Niestety u nas zaciemnia się obraz rzeczywistości, wzorując się na potiomkinowskich wsiach, wykorzystywanych także w propagandzie w czasach Gierka. O fundamenty domeny akademickiej się nie dba.

Problemów genezy kadr akademickich i poznania przyczyn ich słabości się nie podejmuje. Kadry utracone w wyniku emigracji czy wyrzucone poza ramy domeny akademickiej nadal się w tych ramach nie mieszczą, traktowane jako zagrożenie dla kadr jedynie właściwych, choć niezdolnych do działalności na poziomie czołówki światowej (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę).

Kasowanie kasy nadzieją na poprawę?

Akademicy od lat podnoszą konieczność większych nakładów na naukę przy zachowaniu jednak autonomii, jeśli chodzi o ich wydawanie, choć korelacja między nakładami na naukę i efektami nauki jest słaba. Pojęcie nauki jest zresztą zbyt szerokie i wydatki np. na ideologię gender też są do tej puli włączane. W PRL wydatki na naukę były wielokrotnie mniejsze, zarabialiśmy jakieś 100 razy mniej niż obecnie (kilkanaście – kilkadziesiąt dolarów miesięcznie), a poziom nauki był podobny, a nawet w wielu dziedzinach lepszy. Zdecydowana poprawa infrastruktury domeny akademickiej, osiągnięta przy dużych nakładach, na wiele się nie zdała, jeśli chodzi o podniesienie poziomu nauki uprawianej w Polsce. Nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że jak naukowcy dostaną więcej pieniędzy, to noble same przyjdą.

A tak sami nieraz argumentują. Co więcej, oburzają się, gdy ktoś porównuje osiągnięcia naukowców polskich i zagranicznych. Światowe rankingi uczelni pokazują jednak, że nasze szkoły wyższe pozostają w tyle nie tylko za amerykańskimi czy angielskimi, ale także za tymi z państw o podobnym do naszego poziomie zamożności, a nawet zdecydowanie biedniejszych. Co ciekawe, polskie uczelnie nie są otwarte na naukowców, którzy przy nikłym finansowaniu budżetowym, a nawet bez finansowania potrafią osiągnąć w nauce więcej niż etatowi pracownicy.

Widać na takich im nie zależy, a nawet są traktowani jako personae non gratae, bo podważają opinię, że słabe finansowanie jest główną (jedyną) przyczyną niewydajności etatowej nauki.

I ostatnio rektorzy KRASP domagają się zwiększenia uposażeń etatowych akademików, argumentując, że gdy będą oni zarabiać więcej, to i społeczeństwu będzie żyło się lepiej! Rzecz jasna, przy przestrzeganiu autonomii akademickiej, aby nie było kontroli społecznej tego, na co środki podatnika wydadzą.

Czy kasowanie kasy przez akademików skasuje przyczyny niewydajności systemu akademickiego i będzie korzystne dla społeczeństwa?

Moim zdaniem taki optymizm nie jest uzasadniony. Brak korelacji między nakładami na naukę a wynikami jest nader widoczny. Trzeba wreszcie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, i skasować liczne patologie, zamiast je finansować.

Tekst opublikowany w Kurier WNET w październiku 2021 r.

Doskonali mistrzowie nieuczciwości

Doskonali mistrzowie nieuczciwości

Domena akademicka nie jest wolna od nieuczciwości, a nawet można powiedzieć, że ze względu na swoiście pojmowaną autonomię etyczną, nieuczciwość jest ponad przeciętna.

Z nieuczciwością walczy się od lat, ale głównie pozornie. Nie widać nawet skłonności do zaplanowania i wdrożenia w życie projektu poskramiania nieuczciwych akademików.

Włosi, mimo pandemii, wdrażają w życie projekt „Universita bandita” i co jakiś czas media informują o działaniach prokuratury i sądów wobec nieuczciwych akademików. Takich obrazków u nas nie ma lub jeśli się pojawiają, to zaraz znikają. Rzadko znikają natomiast odpowiedzialni za nieuczciwość.

 Co prawda, rektor Gwizdała sam przed rokiem zszedł z fotela rektorskiego zdejmując gronostaj, ale po namyśle odwołał się od unieważnienia postępowania profesorskiego, sam unieważniając swoją skruchę. Nie wiadomo, jaki będzie finał tej sprawy.

Na ogół media, pisząc o nieuczciwości, podnoszą problem plagi plagiatów u młodzieży akademickiej, marginesowo traktując nieprzestrzeganie prawa własności intelektualnej utytułowanych już akademików. A ten proceder nieraz prowadzi na szczyty hierarchii akademickiej. Można ich uznać za mistrzów nieuczciwości.

Także nie brakuje ich wśród gremiów doskonałych akademików (Rada Doskonałości Naukowej) selekcjonujących innych do doskonałości. Jeden z takich mistrzów, tępiący nieuczciwość w domenie akademickiej, sam zarekwirował na swój naukowy blog moje wyobrażenie o karierach akademickich i mimo udokumentowania tej nieprzyzwoitości, nic sobie z tego nie robi, a nawet w reakcji jakby chciał mi pokazać „gest Kozakiewicza”. Ciekawe, czy dalej będzie szedł tą drogą, czy też organy ścigania sprowadzą go z piedestału na ziemię. Nie ma jednak wątpliwości, że do pojedynku na udeptanej ziemi nie dojdzie, bo Kodeks honorowy Boziewicza w tej domenie nie obowiązuje. Doskonali biją poniżej pasa, a na rzucanie im rękawicy jakby odpowiadali pytaniem: a gdzie druga?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 6 PAŹDZIERNIKA 2021 r.

Akademicy! A może na wieś po naukę?

Akademicy! A może na wieś po naukę?

W Polsce, w ogniu postępowej walki z mową nienawiści, brakiem tolerancji, nierównym traktowaniem itp., wykształceni z dużych miast, nasze elity, z wyższością, wręcz z pogardą wyrażają się o „zacofańcach” ze wsi stanowiących w przewadze elektorat PiS.

Porównanie obecnej wsi i jej mieszkańców z nadętymi wielkomiejskimi „elitami” wcale nie musi wypaść dla tych elit korzystnie.

Niedawno byłem w małej podkrakowskiej wsi, gdzie funkcjonuje Koło Gospodyń Wiejskich, w którym nie brak osób z wyższym, i to zagranicznym wykształceniem. Urodziwe gospodynie nie tylko potrafią przyrządzić smakowite potrawy, lecz także w czasach pandemii potrafiły zbudować ważny dla rejonu pomnik pamięci o bohaterstwie lotników z czasów II wojny światowej. Rzecz jasna, uroczystość odsłonięcia pomnika zaczynała się mszą św. z uczestniczeniem młodzieży ze sztandarami szkół niższych, co dla „elit” jest symbolem zacofania.

„Zacofane” gospodynie potrafią też znakomicie dokumentować wizualnie to, co robią, co wcale nie jest regułą w akademickim Krakowie, gdzie nieraz incognito, jako akademicka persona non grata, dokumentowałem społecznie spotkania akademików, a nawet ekscesy hunwejbinów w przestrzeni akademickiej.

 W akademickim Krakowie, rządzonym od 20 lat przez profesora, z udziałem elit akademickich, do tej pory nie udało się zbudować pomnika AK, mimo że w uroczystościach poświęcenia kamienia węgielnego (rok 2013!) brała udział nie tylko generalicja, lecz także cała plejada akademików z rektorami krakowskich uczelni. I co? Do tej pory nic.

Krakowskie elity nie zdołały przezwyciężyć plag, które same spowodowały swoją działalnością, i nadal mocują się ze swoimi słabościami i antypatriotycznymi skłonnościami.

Gdyby w Krakowie funkcjonowało takie Koło Gospodyń Wiejskiej, pomnik AK od dawna by już stał i odgrywał ważną rolę w edukacji patriotycznej. Niestety, w elitarnym Krakowie nie mamy KGW, tylko akademików, i to do niczego! Najwyższy czas, aby ruszyli na wieś po naukę.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 29 września 2021

Czy Akademia Zamojska da nam elity?

Czy Akademia Zamojska da nam elity?

Pod koniec XVI wieku, kiedy jagiellońska wszechnica wchodziła w okres kryzysu, były rektor uniwersytetu w Padwie, hetman Jan Zamoyski, założył w Zamościu pierwszą prywatną uczelnię I Rzeczypospolitej. Wybitny hetman był przekonany, że „takie są rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, i uczelnia odniosła sukces edukacyjny, ale nie zdołała uchronić Rzeczypospolitej przed upadkiem i sama zakończyła działalność 237 lat temu.

Minister Czarnek postanowił odtworzyć Akademię Zamojską w oparciu o działającą w Zamościu uczelnię im. Szymona Szymonowica, aby przygotować młodych Polaków do pełnienia funkcji publicznych i działań na rzecz ochrony i rozwoju cywilizacyjnego dziedzictwa Polski. Mimo deficytu elit i zapaści domeny akademickiej, negatywnie o pomyśle ministra wypowiadały się różne naukowe gremia: PAN czy Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, co jest tradycją naszego środowiska akademickiego. Jeszcze nie ustały przecież protesty przeciwko tworzeniu Collegium Intermarium, czego najbardziej przestraszyła się Polska Akademia Nauk, uznając to za zamach na swoje istnienie.

Pamiętać przy tym trzeba, że będąca w kryzysie Akademia Krakowska blokowała w XVII wieku przekształcenie poznańskiego kolegium jezuickiego w uniwersytet. Te tradycje mają zatem długą historię i powtarzają się w sytuacjach kryzysowych.

Mimo akademickich protestów prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o utworzeniu Akademii Zamojskiej, aby dać szansę na formowanie elit w duchu chrześcijańskiej tradycji narodowej. Nie bez powodu obecne „elity” akademickie, o negatywnym często nastawieniu do wartości narodowych i katolickich, obawiają się utraty swojej dominacji. Na stanowisko rektora Akademii Zamojskiej, która działalność rozpoczęła 1 września tego roku, powołany został dr hab. Paweł Skrzydlewski, specjalista od cywilizacji łacińskiej w ujęciu Feliksa Konecznego. Rektor ma godne uwagi przekonanie, że „w życiu zbiorowym głupota jest gorsza od samego zła”

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 22 września 2021 r.

Niezłomny Niepokorny – Krzyż na Zjeździe NSZZ Solidarność-80 na Jasnej Górze 

Niezłomny Niepokorny  

Krzyż na Zjeździe NSZZ Solidarność-80 na Jasnej Górze

24 września 1980 r. jako pracownik Instytutu Nauk Geologicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego podpisałem deklarację wstąpienia do NSZZ Solidarność:

[ z Solidarność Uniwersytetu Jagiellońskiego 1980-1989 . Wybór dokumentów, 2010]

Moja działalność, tak w latach 1980-1981, jak i podczas wojny jaruzelsko-polskiej, do dnia dzisiejszego nie była przedmiotem zainteresowania organizacji  NSZZ Solidarność UJ, a co najwyżej organów „ochraniających” tak UJ, jak i jego pracowników, co doprowadziło do otrzymania legitymacji nr. 5764 z Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych [https://blogjw.wordpress.com/autor/]. Straty wojenne  NSZZ Solidarność UJ nie zostały do tej pory policzone i reparacji wojennych też nie było.

Przez Solidarność UJ (solidarną z przewodnią siłą narodu, aktywnie działającą na rzecz nieprzywrócenia mnie na UJ w wolnej Polsce!) zostałem wymazany, a właściwie wyklęty (bo niepokorny wobec przewodniej siły narodu, w niezłomnej opozycji wobec [anty]wartości komunistycznych). Tym niemniej, 11 września 2021 r/ na Zjeździe NSZZ Solidarność-80 na Jasnej Górze

w Bastionie św. Barbary (patronki pracy podziemnej, górników i geologów, co w moim przypadku jest szczególnie symboliczne) te odrzucane cechy zostały wyróżnione Krzyżem Niezłomny Niepokorny 1956-1989.

Poniżej zrzuty ekranu z powyższego materiału wideo: Jubileusz 30-lecia NSZZ Solidarność 80 – 11 września 2021 r. – Jasna Góra, Częstochowa dostępnego na kanale: Komisja Krajowa NSZZ Solidarność 80

Ranking słabości naszych uczelni

Ranking słabości naszych uczelni

Zbliża się nowy rok akademicki i wygląda na to, że nasi studenci nie będą zmuszani, aby trzymać się z dala od uczelni. Podczas pandemicznego lockdownu utrzymywali należyty dystans wobec kadry akademickiej, czego skutki poznamy dopiero w przyszłości.


Po ogłoszeniu rankingów światowych uczelni (ostatnio prestiżowy ranking szanghajski) słyszeliśmy, że nasze uczelnie należą do najlepszych, bo 10 z nich zmieściło się wśród 1000 uczelni światowych. Taktownie pomijano, że jak co roku ciągną się one w ogonie rankingu, a tylko dwie – UJ i UW – lokują się w piątej setce, daleko nie tylko za uczelniami amerykańskimi, angielskimi czy australijskimi, lecz także wieloma chińskimi, włoskimi, hiszpańskimi, belgijskimi, holenderskimi… Uniwersytet Moskiewski od lat mieści się w pierwszej setce, o której my możemy tylko pomarzyć.
W medialnych tytułach jesteśmy „wśród najlepszych”, ale w rzeczywistości daleko od najlepszych.


W rankingach światowych w ogóle nie są brane pod uwagę filary polskiego systemu tytularnego – profesury prezydenckie i habilitacje, w czym jesteśmy potęgą światową, podobnie jak w liczbie uczelni z nazwy wyższych. Poza Polską uczelnie posadowione są na innych fundamentach i takie filary nie są potrzebne, aby uczelnie miały stabilną, i to czołową, pozycję w rankingach.


Od dawna wiadomo, że i u nas te filary utrzymują spadanie poziomu nauki, ale nie ma woli, aby uczelnie posadowić na właściwych fundamentach.


Żacy, którzy po przerwie z bliska będą mogli się zapoznać z pięknymi kampusami i z obficie utytułowaną kadrą akademicką, zapewne dowiedzą się – z inauguracyjnych przemówień rektorskich – że studiują na znakomitych uczelniach. Nikt im nie wytłumaczy, dlaczego tak nisko się plasują w rankingach światowych.


Na to nie ma od lat odpowiedzi i nie ma debat, które są istotą uniwersytetu.
Na uczelniach dominuje zainteresowanie nie tyle nauką, ile orientacją seksualną, co uwidaczniają rankingi. Pozostaje oczekiwać na reorientację uczelni.


Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 15 września 2021 r.

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Kończy się okres zbierania płodów rolnych, mamy za sobą radosne dożynki. Są radosne nawet wtedy, kiedy płody rolne niezbyt obfite, bo już rolnicy nie są obligowani do dostaw obowiązkowych.

Nie wszyscy pamiętają, że w PRL chłopi byli zobowiązani do sprzedawania państwu po mocno zaniżonych cenach płodów rolnych. Rzecz jasna, te restrykcje spotykały się z odmowami, buntami, bo zrealizowanie takich dostaw prowadziło do ubożenia rolników. Władze prowadziły rozmowy ostrzegawcze, niepokornych represjonowano. Ale nawet osoby partyjne uchylały się od tego obowiązku rujnującego rolników.

W końcu ustawą z 26 października 1971 roku dostawy obowiązkowe uchylono, ratując tym rolnictwo.

Inaczej jest w domenie akademickiej, gdzie akademicy nie byli zobowiązywani prawem do dostaw obowiązkowych swoich płodów intelektualnych, które winny powstawać w ramach ich działalności.

Niemniej w praktyce życia akademickiego taki proceder, raczej obyczajowy, jak istniał, tak nadal istnieje. I to w ciągu całego roku akademickiego, choć szczególnie na jego koniec, kiedy trzeba się rozliczać z całorocznej działalności. Chodzi o dostawy nie tyle na rzecz państwa, ile na rzecz feudałów akademickich, ze strony tych stojących niżej w hierarchii.

Działalność placówek akademickich pokrywana jest w znacznej części z budżetu państwa i czymś się trzeba wykazać dla rozliczenia z dotacji. Groźbą usunięcia z placówki wymusza się dostawę płodów intelektualnych dla panujących w nauce.

Także w ciągu roku trzeba dopisywać do swoich publikacji feudała, nie zawsze mającego wystarczająco dużo czasu i intelektu, aby coś naukowego wytworzyć. Oporni mogli usłyszeć: „Pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, jest wiedzą PAN-u”.

Taki system feudalny istniał jeszcze w latach 90. i nie został zlikwidowany. Dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych rujnują naukę w Polsce i powodują emigrację najaktywniejszych za granicę lub na emigrację wewnętrzną, do domen pozaakademickich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 września 2021 r.

Różne oblicza solidarności akademickiej

Różne oblicza solidarności akademickiej

Solidarność jako wielki, piękny ruch społeczny rodziła się latem 1980 roku. Związek zawodowy NSZZ „Solidarność” istnieje do dziś, ale liczebności, a przede wszystkim solidarności międzyludzkiej z tamtych dni nie odzyskał.

W domenie akademickiej dominują egoizm, konformizm jako strategia przetrwania i odważne chowanie głowy w piasek w sytuacjach niewygodnych, stanowiących potencjalne zagrożenie dla kariery akademickiej.

Tak więc formalnych karier akademickich mamy moc, ale solidarność akademicka jest w zaniku.

Nie zmieniono feudalnego/nomenklaturowego systemu akademickiego, stąd nadzwyczajna kasta akademicka jest całkiem autonomiczna, także wobec prawdy, sprawiedliwości, prawa i wartości.

Jakiekolwiek naruszanie status quo wywołuje odruchy korporacyjnej solidarności, ale bez wartości. Przenoszenie lewicowego profesora na emeryturę zwane jest czystką polityczną i wywołuje protesty, a brak jest reakcji wobec dożywotniego wykluczania osób o odmiennej orientacji moralnej czy intelektualnej.

Z chrześcijańskiego i solidarnościowego obowiązku po wojnie straty trzeba policzyć, towarzyszami walki się zainteresować. Niestety, po wojnie jaruzelsko-polskiej do tej pory takiego obowiązku nie zrealizowano. Nie ma takiej woli.

Pozostawanie na ścieżce dyscyplinarnej przez lat 35 i skasowanie tysięcy wykładów nie budzi najmniejszego odruchu solidarności! Natomiast niemal wszyscy (zarówno rektorzy, jak i studenci) są solidarni z rzekomo dyskryminowanymi na tle seksualnym.

Bezpieczeństwo osób zorientowanych na prawdę, uczciwość, solidarność z rzeczywiście krzywdzonymi nie jest przedmiotem zainteresowania. Nikogo!

O tym się nie dyskutuje, solidarnie stosuje się subkulturę kasowania i ewaporacji. Nawet zwaśnieni między sobą profesorowie jednoczą się solidarnie wobec niewygodnych, dla zabezpieczenia swoich interesów.

Jest to postawa w domenie akademickiej dominująca i nie ma żadnych oznak zmiany tego stanu rzeczy.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 1 września 2021 r.

Naukowcom wolno wszystko

Naukowcom wolno wszystko

Niedługo mogła się cieszyć babcia Filomena (pani Filomena Leszczyńska) z utarcia nosa „profesorom” (prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu), piszącym kłamstwa o Holokauście (książka: „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”).

Historycy mieli za swoje kłamstwa przeprosić, ale sąd apelacyjny uznał prawomocnie, że nie muszą, a weryfikowanie i podważanie tego, co napisali „profesorowie”, stanowi niedopuszczalną ingerencję w wolność badań naukowych i swobodę wypowiedzi (sic!).

Podczas procesu doszło do zderzenia wartości: prawa do wolności badań naukowych i prawa do ochrony dóbr osobistych, i z tego zderzenia z triumfem wyszło prawo do wolności badań, ale nie wiadomo, dlaczego określanych „naukowymi”, skoro z nauką pisanie nieprawdy nie ma nic wspólnego.

Z tego przypadku wynika jasny wniosek, że sądy nie są odpowiednią instancją do rozstrzygania takich sporów, ani intelektualnie, ani moralnie. Nadzwyczajna kasta sądowa przenika się z nadzwyczajną kastą akademicką, a obie kasty podnoszą swoją autonomię i niezależność –taktownie nie dodając, że od prawdy – co skutkuje tym, że „dalej jest noc”, zarówno w sądownictwie, jak i w domenie akademickiej.

Naukowcy argumentują, że spory nie powinny być rozstrzygane przez sądy, lecz w ramach debaty, ale sami stronią od debat na niewygodne tematy i z niewygodnymi oponentami.

Tym samym odwieczna istota uniwersytetu całkiem zanika.

Wobec tego chyba potrzebny byłby odpowiedzialny przed narodem trybunał obywatelski, który by respektował podstawową wartość, jaką jest poszukiwanie i prezentowanie prawdy i jej ochronę przed autonomicznymi sądami i profesorami, którym się wydaje, że mogą wszystko.

Trzeba mieć na uwadze, że naukowcy pozbawieni kontroli społecznej mogą nie tylko wprowadzić autonomicznie niemal każdego do najwyższych organów decyzyjnych w sprawach nauki oraz zniszczyć każdego im niewygodnego, ale także w ramach swoich postępowych eksperymentów zagrozić ludzkości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 25 sierpnia 2021 r.

Uniwersytet Jagielloński abdykuje z etyki

Uniwersytet Jagielloński abdykuje z etyki

W ramach zmian wprowadzonych przez ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka uczniowie będą mieli do wyboru lekcje religii albo etyki. Nauczycieli etyki w systemie edukacji jest zbyt mało, aby te zmiany wprowadzić w życie, więc zaplanowano dokształcanie nauczycieli na kilku uczelniach. Ale większość z nich to uczelnie katolickie, co spotyka się z krytyką, gdyż etyka katolicka oparta na Dekalogu nie cieszy się uznaniem postępowej części naszego społeczeństwa.

Niedawno fetowano apel o stosowanie w życiu 11. przykazania – nie bądź obojętny – bez względu na wartości, na jakich byłoby ono oparte. Tym samym ci, którzy nie byli obojętni wobec wprowadzenia systemu komunistycznego i budowali go – są wzorcami, a obojętność na zbrodnie tego systemu wcale ich pod względem etycznym nie wyklucza. Taka „etyka”, stanowiąca zaprzeczenie etyki katolickiej, ma spore poparcie społeczne w czasach antywartości.

Ku zadowoleniu postępowych, z propozycji kształcenia nauczycieli etyki zrezygnował Uniwersytet Jagielloński, który w ostatnich latach swej działalności zorientował się na ideologię gender i wspieranie ekscesów antykatolickich na poziomie menelskim, także swoich „etyków”. Tym samym należy przyjąć taką decyzję ze zrozumieniem i zadowoleniem, bo ten uniwersytet nie byłby w stanie podołać edukacji etyki na należytym poziomie.

Trzeba przypomnieć, że na UJ w czasach PRL zwracano wielką uwagę na etykę swoich pracowników, eliminując z grona nauczycieli tych, którzy nie rokowali nadziei na realizację standardów etyki socjalistycznej w kształceniu studentów. Uznanie tej etyki za właściwą zdeterminowało etyczny rozwój uczelni w kierunku dominacji standardów tęczowych.

Standardy katolickie, określane pogardliwie „czarnymi”, fakt, że mniej barwnymi i trudniejszymi do realizowania w życiu, są odrzucane. Abdykacja wzorcowej polskiej uczelni z kształcenia nauczycieli etyki daje zatem szansę na realizację programu powrotu do wartości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 18 sierpnia 2021 r.

Postępująca degradacja jagiellońskiej uczelni

Postępująca degradacja jagiellońskiej uczelni

Józef Wieczorek

Najstarsza polska uczelnia przeżywa kryzys, a nawet pojawiają się opinie, i to uzasadnione merytorycznie, że zmienia swoją funkcję na agencję towarzyską. To ze względu na okazywanie większego zainteresowania sprawami seksualnymi niż intelektualnymi i moralnymi.

Uniwersytet Jagielloński poważnie się wzmocnił kadrowo w zakresie edukacji w ideologii gender i jej propagowaniu, prowadzi w tej kwestii wiele projektów, wspiera „tęczowanie” i dynamicznie rozwijające się stowarzyszenie „Tęczuj”, grożące każdemu konsekwencjami choćby za niewinne żarty na temat „tęczowych” (TęczUJe zdobyli UJ, „Kurier WNET” nr 69/2020).

Nierówne traktowanie bezpieczeństwa

Powstały niedawno Dział ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ zabezpiecza odmiennie zorientowanych pod względem seksualnym, pomijając bezpieczeństwo osób o odmiennej orientacji moralnej i intelektualnej.

Ta sfera, która na uczelniach winna być traktowana priorytetowo, tak naprawdę nie jest przedmiotem zainteresowania, nie tylko działu od równego traktowania, ale i najwyższych władz uczelni. Nie jest to zjawisko nowe, ale mające swoją długą, bogatą historię, bez znajomości której trudno zrozumieć to, co się na tej (i nie tylko na tej) uczelni obecnie dzieje.

Mam w tej materii własne doświadczenia jako człowiek od 36 lat znajdujący się na ścieżce dyscyplinarnej, na którą wprowadziły mnie władze UJ i do tej pory żaden dział uniwersytetu ani ministerstwa z tej ścieżki mnie nie sprowadził (nigdy nie otrzymałem wyników postępowania dyscyplinarnego do wiadomości, podpisania, zaskarżenia, podziękowania… a zatem postępowanie dyscyplinarne nadal pod względem prawnym nie jest zakończone!).

Ścieżka widocznie jest wysoko zawieszona, i to nad przepaścią. Czyżby pozostałość akademicka oczekuje, aż sam ze ścieżki spadnę i problem prawny się rozwiąże?

Moim bezpieczeństwem i nierównym traktowaniem w domenie akademickiej nikt się nie zainteresował, mimo że – źle potraktowany – znalazłem się poza formalnymi ramami tej domeny i analiza takiego przypadku (zresztą niejednego) byłaby pouczająca dla wielu działów akademickich. Mojemu bezpieczeństwu obywatela żyjącego nadal sprawami akademickimi dodatkowo zagrażają wspierane przez rektorów hordy hunwejbinów grożące mnie (i nie tylko mnie) je(…)aniem, wyp(…) niem (Bunt jagiellońskich polonistów, „Kurier WNET” nr 78/2020–79/2021.)

Publiczne ujawnienie przez małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak procesu przekształcania uczelni wyższej w agencję towarzyską zasługuje na podziękowanie. Ja przeciwko deprawacji młodzieży na UJ protestowałem już w czasach „Jaruzelskich”, ale skrępowane media tego nie nagłaśniały, a władze UJ ulokowały mnie na ścieżce dyscyplinarnej. Czyżby już wówczas planowały zmianę swej funkcji?

Od tego czasu proces deprawacji postępuje, i to w ramach przywracanych relacji mistrz-uczeń [sic!].

Negatywne, potępiające stanowisko władz UJ wobec kurator oświaty Barbary Nowak wspierane jest nie tylko przez profesorów, ale i organizacje studenckie, a przy tym i przywódców związkowych (także Solidarności) solidaryzujących się z degradowaniem uniwersytetu, a nie wykazujących najmniejszych choćby oznak solidarności z nierównie traktowanymi ze względu na odmienną orientację moralną i intelektualną. Konieczne jest powstrzymanie tego procesu dla dobra wspólnego, dla dobra Polski.

Tylko kto go powstrzyma?

Duma uniwersytetu. Ale z czego?

Zarządzający uczelnią i wielu etatowych pracowników, studentów, absolwentów, wręcz pęka z dumy, że są lub byli związani z naszym najstarszym uniwersytetem, mającym rzeczywiście wiele znakomitych kart w swej historii. Faktem jest, że odnowicielka Akademii Krakowskiej, królowa Jadwiga, widziała konieczność oparcia zarządzania państwem na dobrze wykształconych elitach, stąd swój majątek przeznaczyła na rozwój uczelni.

Czy teraz nie przewraca się w grobie? Degradacja uczelni to nie jest kwestia ostatnich lat, choć dopiero od niedawna zaczyna dochodzić do świadomości obywateli, że z tą uczelnią dzieje się coś niedobrego. Niestety odnosi się wrażenie, że tej świadomości nie mają władze i etatowi pracownicy uczelni.

Na okoliczność święta Uniwersytetu Jagiellońskiego, 12 maja, władze uczelni i media podnosiły, że UJ to uczelnia najwyżej klasyfikowana spośród polskich szkół wyższych w rankingach światowych. Taktowanie pomijano, że jest to co najwyżej czwarta setka uczelni światowych, a wyżej klasyfikowane są nie tylko europejskie uniwersytety, nawet z małych miast (np. we Włoszech, które potęgą akademicką już nie są), ale i uczelnie tzw. Trzeciego Świata, a nawet uczelnie z Białorusi czy Syberii. To, co winno skłaniać do zadumy i poważnego zaniepokojenia, jest powodem do dumy.

To chyba najlepiej pokazuje poziom kryzysu, w jakim znajduje się uniwersytet.

W opracowanej ostatnio strategii rozwoju UJ do roku 2030 niestety nie zauważono postępującej degradacji uczelni. Jest to wynik długotrwałej negatywnej selekcji kadr, nierównego traktowania nauczycieli akademickich, których działalność naukowa i dydaktyczna była i jest narażona na represje z przyczyn pozamerytorycznych. W czasach PRL preferowano kadry czerwone, obecnie – tęczowe.

Mamy zatem selekcję kolorystyczną zamiast merytorycznej, co dla uniwersytetu jest zabójcze. Nie ma z czego być dumnym.

Strategiczne „Plus ratio quam vis”

Uniwersytet Jagielloński jest dumny ze swojej dewizy Plus ratio quam vis, użytej w Elegiach Maksymiana (VI wiek!) jako przestrogi przed erotycznym pożądaniem. Dewiza ta na UJ jest inaczej interpretowana, bez oryginalnego kontekstu i podobno ma w niej chodzić o przewagę rozumu nad siłą, co powinno mieć miejsce w życiu uczelni.

Taka była intencja prof. Karola Estreichera w 1964 r., który tę dewizę (nie znając oryginalnego kontekstu) zaproponował w roku Jubileuszu 600-lecia UJ, kiedy w życiu uczelni funkcjonującej w systemie totalitarnym siła zdecydowanie dominowała nad rozumem. Wiele przykładów takiego stanu rzeczy profesor Estreicher przytacza w swoim Dzienniku wypadków. Mimo umieszczenia tej dewizy w Collegium Maius i w statucie UJ, z jej stosowaniem w życiu uczelnia nie dawała sobie rady ani w końcówce PRL, ani po transformacji w III RP.

W końcówce epoki jaruzelskiej uczelnia wprowadzała w życie (podobno dla dobra uczelni) dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, dokonując oczyszczenia uczelni z elementu niedającego nadziei na dostosowanie się do obowiązujących, siłą narzuconych zasad socjalistycznych. W uczelni przedkładano siłę nad rozum i ta strategia nie uległa zmianie po transformacji zachowującej status quo kadr, prawa, obyczajów.

Haniebne epizody swojej historii poddano subkulturze wymazywania i ewaporacji, tak bardzo, że w Dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego nie ostał się ani komunizm, ani stan wojenny, ani przewodnia siła narodu (PZPR). Można by zatem mniemać, że UJ wtedy funkcjonował jako autonomiczna, niezależna „republika jagiellońska” w morzu komunistycznym, ale pisemnych dowodów na jej istnienie jednak nie ma.

Są natomiast znane, katastrofalne skutki funkcjonowania UJ w systemie kłamstwa i bezprawia, z którego to systemu do tej pory nie zdołał się wyzwolić.

Uczelnia stosuje przyjętą dewizę, ale często na opak w odniesieniu do intencji Karola Estreichera, a w ostatnim okresie także opacznie w odniesieniu do intencji Maksymiana, gdyż to orientacja seksualna całkiem zdominowała życie uczelni (bez zaangażowania rozumu), co do dumy nie powinno upoważniać.

Ponad 30 lat po medialnym upadku komunizmu kryzys uniwersytetu jeszcze bardziej się pogłębia.

Bez kontaktu z rzeczywistością

W strategii rozwoju (Strategia rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego do 2030 roku – serwis UJ) obraz uczelni jest całkiem inny.

Odnosi się wrażenie, że bez kontaktu z rzeczywistością i przeszłością. Na zakłamaniu i fałszywej historii nie da się zbudować świetlanej przyszłości. Nie dało się i nie da się zbudować wspólnoty akademickiej na wykluczaniu niewygodnych dla czerwonego/tęczowego frontu jedności akademickiej.

Obecnie ostracyzmem obejmuje się nawet emerytowanych profesorów, a jeszcze nieemerytowani wolą siedzieć cicho, bojąc się nie tylko mówić, ale i myśleć, stąd bezmyślność zdaje się dominować w obecnym obrazie akademickim.

Zresztą uczenie myślenia krytycznego młodych ludzi prowadziło już w czasach komunistycznych do oskarżeń o negatywny wpływ na młodzież. Bezmyślność rzekomo wpływa pozytywnie (sic!). Efekt widoczny.

A prawdziwa historia, ta najnowsza, stanowiąca fundamenty UJ w III RP, jest tajemnicą, nie jest poznana i nawet jakby istniał zakaz jej poznawania.

Podobno UJ „należy do czołowych uniwersytetów Europy oraz systematycznie poprawia swoją pozycję w globalnej nauce”, na co nie ma żadnych dowodów i autorzy strategii ich nie przytaczają. Skoro – jak czytamy – UJ „prowadzi badania na najwyższym poziomie”, nie wiadomo dlaczego jest tak nisko klasyfikowany w światowych ran-kingach.

Podobno „przestrzega standardów etycznych pracy naukowej, przeciwdziała nieuczciwości w działalności naukowej”, ale dowodów takich działań brak.

Łatwiej znaleźć dowody na zapaść etyczną i nieuczciwość naukową (chociażby te zamieszczane w prowadzonych przez mnie serwisach internetowych: Etyka i patologie środowiska akademickiego czy Sprawy ludzi nauki)

Podobno UJ realizuje swoją politykę „zgodnie z Europejską Kartą Naukowca i Kodeksem postępowania przy rekrutacji pracowników naukowych” poprzez „zapewnienie zgodności procesów rekrutacji, adaptacji, oceny rozwoju pracowników z obowiązującymi przepisami i standardami Unii Europejskiej, w tym Europejską Kartą Naukowca”.

Akurat te standardy – w założeniach i w realizacji – analizowałem wraz z sympatykami Niezależnego Forum Akademickiego od powstania tych dokumentów (nfa.pl – zakładka Europejska Karta Naukowca, moja książka Drogi i bezdroża nauki w Polsce) i tej zgodności jak nie widziałem, tak nie widzę.

UJ jakoś nadal nie stosuje należytych procedur przeciwdziałania „nie-właściwym relacjom w miejscu pracy i nauki, takim jak mobbing, molestowanie lub nadużycie zależności służbowej”, co znajduje uzasadnienie w materiałach zamieszczanych w moim akademickim serwisie antymobbingowym – Mobbing Akademicki – Mediator Akademicki (wordpress.com), który prowadzę niemal od początku tego wieku, czy w moich książkach: Mediator akademicki jako przeciwdziałanie mobbingowi w środowisku akademickim czy Plagi akademickie (dostęp do innych materiałów z https://blogjw. wordpress.com/).

Sam fakt wykluczania, i to przez dziesiątki lat, nonkonformistów z domeny akademickiej, siłą rzeczy prowadzi do degradacji uniwersytetu tworzonego przez pozostałość konformistyczną.

Nauka z natury rzeczy jest nonkonformistyczna i jak się nonkonformistów wykluczy, to nauka staje się pozorowana i chyli się ku upadkowi.

A w jagiellońskiej strategii rozwoju odwrócenia tej tendencji się nie planuje. Czyli nie należy się spodziewać rozwoju, tylko postępujący upadek.

Postuluje się „tworzenie Uniwersyteckiej Strefy Dialogu, mającej na celu rozwiązywanie konfliktów w sposób polubowny, w szczególności z wykorzystaniem zawodowych mediatorów, obejmującej zarówno pracowników, jak i studentów”, co nawiązuje do moich długotrwałych działań na rzecz mediacji akademickiej (https://nfamob. wordpress.com/), ale czy można w to wierzyć, skoro nawet nie przystąpiono do polubownego rozwiązania mojego konfliktu z UJ trwającego od kilkudziesięciu już lat?

Inspirator mediacji akademickiej, monitorujący społecznie od lat zjawiska mobbingu akademickiego, także na UJ, do tej pory nie znalazł się w Strefie Dialogu, pozostając nadal w „Strefie Wykluczenia” (wymazywania, ewaporacji), taktownie nie wymienianej w strategii rozwoju.

Niezmienna strategia utrzymania uczelnianego status quo, siłą rzeczy nie może doprowadzić do rozwoju.

Co prawda UJ w strategii rozwoju ma ambitnie przeciwdziałać zmianom klimatycznym, aby sprostać globalnemu wyzwaniu.

Nie ujawniono jednak, jakimi drogami pójdzie w ślady dawnego studenta UJ, Mikołaja Kopernika, który miał taką moc, że wstrzymał Słońce, a ruszył Ziemię.

Powstrzymanie zmian klimatycznych (zasłonięcie Słońca?) wymagałoby nie mniejszej mocy. Może warto by wziąć pod uwagę, że duża erupcja choćby jednego wulkanu o dużej sile może zniweczyć zabiegi jagiellońskie na rzecz odwrócenia zmian klimatycznych.

Tym bardziej, że jakoś strategia nie przewiduje rekrutacji na etat np. Małego Księcia – specjalisty od czyszczenia wulkanów – aby zapobiegł zniweczeniu tych wysiłków. A zatem oznak działań zapobiegawczych degradacji uczelni w strategii jej rozwoju nie widać.

Tekst opublikowany w niecodziennej, największej w Polsce gazecie – Kurier WNET w sierpniu 2021 r.

Elementarz Falskiego dla akademików

Elementarz Falskiego dla akademików

 Przechodząc ostatnio obok księgarni naukowej PWN ze zdumieniem zauważyłem na wystawie oprócz książek naukowych elementarz Mariana Falskiego, znany mi sprzed lat. Jak sama nazwa wskazuje, służył – i to z powodzeniem – do nauki elementarnej.

 A tu proszę, taki sam elementarz, ale w księgarni akademickiej? To przecież zupełnie inny poziom.

Tak być powinno, ale zaraz sobie przypomniałem, że sam miałem poważne trudności w nawiązaniu kontaktu intelektualnego z akademikami.

Na moje pisma kierowane do władz uniwersytetu rektorzy nie potrafili odpowiedzieć i było dla mnie jasne, że nie rozumieją tego, co ja piszę. Adresowałem zatem pisma do senatu, łudząc się, że może znajdzie się jakiś senator, który jest w stanie zrozumieć prosty w końcu tekst. Nic z tego. Moje naiwne nadzieje nie spełniły się.

Z uniwersytetu otrzymałem m.in. pismo decydujące dożywotnio o moim losie, w gruncie rzeczy anonimowe, bo niepodpisane czytelnie przez nikogo. W państwie prawa anonimy nie mają mocy prawnej, ale jednak miały! Co więcej, tłumaczono mi, że brak imienia i nazwiska nie świadczy o anonimowości.

Ale ja, kształcony na elementarzu Falskiego, jak nie rozumiałem, tak nie rozumiem takiej profesorskiej wykładni. Taki stan rzeczy trwa przez nader długie lata, a kolejne ekipy decydentów uniwersyteckich nie zdołały opanować trudnej nauki czytania i podpisywania się, co mnie się udało, i to na samym początku edukacji.

Po tej refleksji obecność elementarza Falskiego w księgarni naukowej nie powinna dziwić.

Zdumiewające jest jednak, że mimo reform nikt nie wpadł na pomysł, aby na uczelniach zatrudniać tylko tych, którzy przez elementarz Falskiego przeszli z sukcesem.

W PRL, jak pamiętam, też było z tym różnie, nawet u pełniących obowiązki profesorów. Ale jak któryś awansował na członka-korespondenta Polskiej Akademii Nauk, mówiło się z uznaniem, że ten to chociaż musi umieć pisać, bo przecież inaczej korespondentem nie mógłby być.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 11 sierpnia 2021 r.

Aby żyło się lepiej

Aby żyło się lepiej

Środowisko akademickie domaga się pieniędzy, aby społeczeństwu żyło się lepiej. Apel w tej sprawie wystosowali rektorzy (KRASP) argumentując, że „wydatki na szeroko rozumianą naukę nie są kosztem, ale inwestycją w przyszłość nas wszystkich”.


Jest to częściowo słuszne, o ile nauka nie jest zbyt szeroko rozumiana, poprzez włączanie do finansowania z jej puli także sektorów ideologicznych, na przykład gender, z nauką niemających wiele wspólnego i nawet stanowiących zagrożenie dla naszej przyszłości.


Rektorzy w swym apelu troszczą się głównie o zwiększenie wynagrodzenia pracowników nauki, nie informując jednak władz RP, że na ogół pracownicy nauki trafiają na etaty w wyniku ustawianych na nich konkursów i nie są to najlepsi z tych, którzy w tej domenie mogliby/chcieliby być.


Co więcej, na uczelniach są też tacy, którzy nic/niewiele robią, ale zarabiają, i to nieźle, usuwając lepszych – wydajniejszych naukowo/ edukacyjnie – od siebie.


Brak powiązania wzrostu finansowania z delegalizacją procederu ustawiania konkursów nie powinien być społecznie akceptowany. Oczywiście konieczny jest wyraźny wzrost uposażeń i innych ułatwień dla młodych pracowników nauki, aby mieli szansę na realizowanie swoich pasji z korzyścią dla społeczeństwa. Ale te bonusy winny być przeznaczone dla rzeczywiście najlepszych, wyłanianych w prawdziwych, jawnych konkursach, a ustawiacze konkursów winni być eliminowani z systemu akademickiego.


Taki system, nawet bez wzrostu finansowania z budżetu, winien skutkować wyraźnym wzrostem skuteczności działalności naukowej, co i społeczeństwo by odczuło.


Trzeba mieć też na uwadze, że w krajach o znacznie wyższym poziomie nauki instytucje akademickie tylko w części są finansowane z budżetu, a resztę muszą sobie wypracować swoim intelektem.


U nas najwięcej zarabiają na wynajmowaniu nieruchomości.
Dotychczasowy system finansowania nauki po prostu się nie sprawdza. I to trzeba zmienić, aby wszystkim żyło się lepiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska , 4 sierpnia 2021 r.

Kopernik symbolem ciemnoty

Kopernik symbolem ciemnoty

Od pewnego czasu trwają wiece przeciwko działaniom ministra nauki i edukacji. 14 lipca taki wiec odbył się przed Collegium Novum UJ, określanym przez mówców – ironicznie/sarkastycznie – najstarszą agencją towarzyską, w nawiązaniu do głośnej opinii małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak.

Wiec zwołali akademicy i politycy obawiający się ogłupienia, a okazało się, że to już jest faktem.

Szary człowiek przecież wie, że agencje towarzyskie pojawiły się wiele wieków przed powstaniem Collegium Novum i takim ważnym zabytkiem to ono jednak nie jest.

Mówcy ostrzegali, że w wyniku reform ministra Czarnka cofniemy się z drogi postępu do średniowiecznych czasów ciemnoty i zacofania.

Nie zważali na powszechnie znany fakt, że właśnie w tym okresie „ciemnoty” powstał prototyp Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby władający dużym, rozwijającym się krajem mogli się opierać na mądrych ludziach. A wielu takich uformowano wówczas na jagiellońskiej uczelni. Jednym ze studentów Akademii Krakowskiej był u schyłku średniowiecza Mikołaj Kopernik, który z pomnika przed obecnym Collegium Novum (za plecami wiecujących) zapewne ze zdumieniem przysłuchiwał się głupstwom plecionym przez obecnych akademików i polityków.

Jak to się stało, że w czasach ciemnoty i zacofania powstała taka uczelnia, która wydała Kopernika, nikt nie objaśnił. Nie wytłumaczono też, dlaczego w czasach tak światłych i postępowych jak obecne nie odkryto do tej pory wśród znakomitych ponoć akademików drugiego Kopernika.

Mimo ogromnego wzrostu liczebnego zarówno studentów, jak i profesorów, a także pięknych akademickich gmachów, zamiast elit intelektualnych mamy elity „tęczowe”, „genderowe”, często miernoty nieprzydatne do konkurowania z potentatami światowymi.

Jakoś postęp zaczyna zdrowo myślącym ludziom kojarzyć się z ogłupianiem.

To nawet jest optymistyczne, ale o powrocie do czasów „ciemnoty i zacofania”, które stworzyły uniwersytet i wydały Kopernika, można tylko pomarzyć.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 28 lipca 2021 r.

wRealu24-Uniwersytet Jagielloński w łapach ideologów? J. Wieczorek o plagach akademickich

wRealu24 – Data premiery: 24 lipca 2021 godz. 13.30

Uniwersytet Jagielloński w łapach ideologów? J. Wieczorek o plagach akademickich

Profesor uniwersytetu coraz mniej poważany

Profesor uniwersytetu coraz mniej poważany

Z przeglądu rankingów poważania zawodów z ostatnich lat wynika, że profesor uniwersytetu jest coraz mniej poważany. Przez długie lata, zarówno w PRL, jak i III RP, profesor uniwersytecki miał najwyższy prestiż społeczny, ale od roku 2013 ustąpił pierwszeństwa strażakowi. Dwa lata temu profesor spadł na piąte miejsce.

Poważani profesorowie z II RP, ocaleni mimo strat wojennych, stopniowo byli eliminowani w wyniku czystek politycznych i czynników biologicznych. Roztopili się wśród profesorów postępowych, często „pełniących obowiązki profesora”, ale dzięki propagandzie prestiż profesora był nadal wielki.

Po latach ludzie w końcu się zorientowali, że tytuły u nas nadawane nie mają wielkiej wartości, a pożytek społeczny z nich jest niewielki, tym bardziej że w rankingach innowacyjności jesteśmy w samym ogonie Europy.

Pozycja profesora w rankingach i tak wydaje się zbyt wysoka, a to m.in. ze względu na pomijanie w nich zawodu taksówkarza.

Kilka lat temu w telewizji jeden z profesorów przekonywał, że procent idiotów wśród profesorów i taksówkarzy jest podobny. Może to bulwersujące stwierdzenie, bo gdzie tam taksówkarzowi do profesora?

Jednak rzeczywisty stan rzeczy jest chyba jeszcze bardziej negatywny dla profesora. Wynika to ze sposobu selekcji zawodowej.

Gdy taksówkarz będzie zachowywał się idiotycznie, nie będzie przestrzegał znaków drogowych, będzie jeździł po pijaku, to albo się zabije, albo straci licencję zawodową. A profesor choćby mówił/pisał brednie, choćby zrobił karierę nieuczciwie, pozostaje profesorem dożywotnio.

Niedawno spotkałem byłego taksówkarza, który założył prywatne muzeum geologiczne, a w nim umieścił wiele okazów skamieniałości, podobnych do tych, które i mnie udało się zebrać. Ale moje okazy nigdy nie trafiły do uniwersyteckiego muzeum, tylko były niszczone przez profesorów w ramach realizowania przez nich subkultury kasowania jednostek dla nich niewygodnych. Trudno żebym nie poważał bardziej taksówkarzy niż profesorów!

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 21 lipca 2021 r.

Appendix:

Tekst jest bardzo krótki a problem ogromny, do pełnego opisania w kontekście czasowym i przestrzennym. Nieco te sprawy przewijają się w setkach moich tekstów, także tych składających się na ostatnią książkę Plagi akademickie. https://blogjw.wordpress.com/plagi-akademickie/

Chciałbym jednak zaznaczyć, że w tekście publikowanym znalazła się jedna informacja przekształcona przez redakcję w formę nieco odbiegającą od mojej: 

W moim tekście było: „Ale moje okazy, zamiast umieszczenia w uniwersyteckim muzeum, były niszczone przez profesorów ….”

W tekście opublikowanym jest: „moje okazy nigdy nie trafiły do uniwersyteckiego muzeum, tylko były niszczone przez profesorów w ramach realizowania przez nich subkultury kasowania jednostek dla nich niewygodnych.”

Przed wypędzeniem mnie z UJ, w wyniku realizowania dyrektyw zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, kilka może kilkanaście okazów z mojej ogromnego zbioru geologicznego/paleontologicznego znalazło się w muzeum Instytutu Nauk Geologicznych UJ na Oleandrach.

Czy nadal się znajdują – nie wiem, bo ING zmienił swoją siedzibę a moja noga tam nie postępuje. Faktem jest, że po moim wypędzeniu moje zbiory naukowe, których nie byłem w stanie zabrać ze sobą (bo dokąd?) były wyrzucane z piwnicy, niszczone, a kilka lat później w piwnicy [S 19] widziałem ‘zasieki” z napisami grożącymi każdemu kto będzie moje zbiory niszczył [ktoś je bronił!]. Niestety wtedy nie byłem dokumentalistą i zdjęć tego stanu rzeczy nie mam. 

Faktem jest, że po wypędzeniu, 2 plecaki z okazami zabrałem do mojej dziupli/ małego mieszkanka, gdzie się zmieściły w łazience pod wanną i posłużyły mi do krótkiej pracy przygotowanej na międzynarodowy kongres. To były okruchy tego co mógłbym zrobić w normalnych warunkach, ale jednak bez finansowania, coś zrobiłem.  2 skrzynki okazów wywiozłem poza Kraków, aby choć nieco zbiorów uchronić przed całkowitym zniszczeniem.

Nie było to podczas okupacji niemieckiej, czy sowieckej  a jeno profesorskiej! – dla zbiorów naukowych nawet bardziej dotkliwej. [nieco o tym pisałem kilka lat temu w tekście: Czy tylko Hans Frank ? https://blogjw.wordpress.com/2014/03/19/czy-tylko-hans-frank/   

 Faktem jest, że z całego mojego zbioru można by zrobić niejedną gablotę muzealną, w większym wymiarze niż to zrobił taksówkarz – o którym wzmiankuję w tekście – mający zupełnie inne podejście do spraw naukowych od etatowych profesorów, finansowanych z budżetu podatników.

A profesorowie na to nie zważając, domagają się zwiększenia swoich uposażeń, argumentując, że innym obywatelom by się poprawiło, jak oni będą więcej zarabiać, byle tylko nikt ich nie kontrolował, nie pytał o to, jak te pieniądze budżetowe wykorzystali, bo to by naruszało ich autonomię! 

Mimo, że na ten temat mógłbym mówić godzinami, pisać kolejne tysiące stron, nie ma w tej materii zainteresowania świata akademickiego, ani  świata solidarnościowego/kombatanckiego walczącego [słusznie !] o reperacje niemieckie za straty w II wojnie światowej, ale nawet nie prowadzącego inwentaryzacii strat akademickich wojny jaruzelsko-polskiej, nie mówiąc o konieczności reparacji akademickich, mimo że skutki degradacji domeny akademickiej odbijają się na wszystkich obywatelach.

Temat ogromny – zainteresowania brak. Nikt [niemal] nie chce znać prawdy, nie   podejmuje nawet sprawdzenia tego co ja mówię/piszę, dotarcia do tajnych przez dziesiątki już lat archiwów akademickich.

Jest przemilczenie/kasowanie/wymazywanie/ewaporacja, albo bicie poniżej pasa, co inaczej niż w brutalnym przecież boksie, nie dyskwalifikuje.

Brutalizacja świata akademickiego nie ma żadnych granic 

SIŁA PRZED ROZUMEM

SIŁA PRZED ROZUMEM

Naczelna maksyma Uniwersytetu Jagiellońskiego brzmi: „Plus ratio quam vis” – więcej rozum niż siła. Nader często jest ona jednak używana na opak.

30 czerwca Senat UJ podjął uchwałę w sprawie poparcia dla działań rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. dr. hab. Jacka Popiela w związku z wypowiedzią małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak.

Pani kurator niedawno wyraziła opinię, że UJ zmienia swoją funkcję i zamienia się w agencję towarzyską, co jest zgodne z moją opinią głoszoną publicznie, którą przekazałem władzom UJ. Pozostając w zgodzie ze swoimi standardami „wsobnej” debaty publicznej, Senat tę opinię zignorował.

W uchwale wyraził dezaprobatę dla „wykluczania”, taktownie pomijając swoją rolę w wykluczaniu niewygodnych dla siebie nauczycieli akademickich. Rektorzy UJ w czasach stalinowskich wykluczali/potępiali swoich kolegów z podziemia niepodległościowego, w czasach jaruzelskich wykluczali (i to dożywotnio) akademików z opozycji antykomunistycznej, mających odmienną od socjalistycznej orientację intelektualną i moralną.

Co więcej, już w III RP, w przestrzeni publicznej władze UJ m.in. zabezpieczały brutalny, pełen nienawiści atak rektora UW na moją osobę na łamach „Gazety Wyborczej”, przerażonego rodzeniem się wolnej myśli akademickiej (Niezależne Forum Akademickie). Tym samym władze UJ brały udział w niszczeniu „ważnych wartości społeczeństwa polskiego”, w obronie których rzekomo w uchwale z 30 czerwca występują [sic!].

Zgodnie z ową uchwałą postępowanie władz UJ było wielokrotnie niedopuszczalne, ale zorganizowany na UJ Dział Bezpieczeństwa takimi zachowaniami się nie zajmuje.

Zupełnie ignoruje bezpieczeństwo osób, które czują się zagrożone nienawistnymi, wulgarnymi groźbami meneli wspieranych przez władze UJ.

O poszanowanie godności jednostki i nauki wielokrotnie bezskutecznie apelowałem. Moi wychowankowie również. Ale na UJ siła zdominowała rozum. Istota jego maksymy została zatracona

Tekst opublikowany 14 lipca 2021 w tygodniku Gazeta Polska

Otrzymałem Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości

[zdj. Agnieszka Masłowska]

Otrzymałem Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości

12 lipca 2021 r. Wojewoda Małopolski Pan Łukasz Kmita wręczył mi,
[zdj. Agnieszka Masłowska]

przyznany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę, Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

To satysfakcja z otrzymania takiego wyróżnienia. Od lat dokumentuję setki wydarzeń, uroczystości, wywiadów, na rzecz utrwalania pamięci o działaniach niepodległościowych. To setki fotoreportaży umieszczonych m. in. w serwisach „Niezłomnym ku Niepodległości”, „W Krakowie” (na platformie wordpress.com), także wiele działań i tekstów obrazujących szlaki wiodące do niepodległości, do naprawy polskiego systemu akademickiego w Polsce Niepodległej i działań na rzecz stosowania rzetelnej wiedzy w gospodarce odradzającej się z trudem ze zniewolenia komunistycznego Polski.

Dobrze, że ta praca została zauważona, nie podległa skasowaniu, wymazaniu z przestrzeni publicznej, pamięci, jak działania wcześniejsze na rzecz „Solidarności”, czy formowania polskich elit u schyłku systemu komunistycznego [nieraz wymazywanego z historii jak np. na uczelni, gdzie działałem – UJ].
Szkoda, że otrzymanie Medalu nie stanowi przepustki do działań jeszcze bardziej efektywnych, do wykorzystania pełni potencjału intelektualnego w pracy dla Polski. Medal nie wypełni pustki po wykluczeniu z domeny akademickiej, szczególnie ważnej dla rozwoju Polski.
Człowiek ma świadomość, że tylko jakieś kilka procent swojego potencjału intelektualnego, zapału, pasji, mogło zostać zrealizowane w tej domenie i to głównie w okresie najpodlejszym/najcięższym.
Sto lat temu, kiedy wybuchała Niepodległość, domena akademicka była otwarta dla posiadających odpowiednie kwalifikacje do pracy na rzecz dobra odradzającej się Ojczyzny. Po tzw. obaleniu komunizmu w III RP, takiego otwarcia nie było. Było ogromne marnotrawstwo, nie tylko w gospodarce, ale także w domenie akademickiej, która do tej pory nie może się podnieść z zapaści, a nawet się stacza coraz bardziej, zamknięta na niewygodnych, bo niezależnych, niepodległych.
To boli i przygnębia, i żaden medal, choć przyjmowany z zadowoleniem, tego stanu rzeczy nie może zmienić.
Widocznie nasze działania na rzecz wydostania się ze zniewolenia komunistycznego, nie były i nie są wystarczające.
[zdj. Agnieszka Masłowska]

O konieczności poskromienia rektorów

O konieczności poskromienia rektorów

Jeden lakoniczny wpis na Twitterze małopolskiej kurator oświaty zbulwersowanej metodologią ankiet na UJ, spowodował reakcję grona rektorów skupionych w Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP), domagających się od ministra nauki i edukacji poskromienia pani kurator.

Jej przywiązanie do wartości kojarzonych z cywilizacją łacińską, nasi postępowi rektorzy, solidaryzujący się z rektorem UJ, uważają za niegodne i źle wpływające na proces kształtowania postaw młodych ludzi.

Tak oskarżano przed laty niewygodnych dla najbardziej postępowego systemu komunistycznego i oczyszczano z takiego elementu uczelnie. Natomiast akademiccy beneficjenci czystek, i przez nich formatowani, trzymają się mocno standardów, dzięki którym osiągnęli sukces zawodowy, nie zważając na to, że takimi standardami sprawiają zawód społeczeństwu trwającym godnie przy wartościach.

Rektorzy zupełnie lekceważą opinie młodych ludzi, którzy już przed 35 laty, ostrzegali ich, że nauka nie wejdzie godnie w XXI wiek jak nie zmienią swoich standardów. Wtedy takich młodych ludzi pacyfikowano, ich mentorów usuwano, prowadząc do osiągnięcia w dzisiejszych czasach w swoiście sposób pojmowanego przez postępowców „ducha tolerancji, otwartości i poszanowania drugiego człowieka”.

Ten duch autonomicznej tolerancji stanowi jednak zagrożenie dla osób o odmiennej – od akceptowanej przez rektorów – orientacji moralnej i intelektualnej. Czyli dla tych, którzy orientują się na prawdę i ośmielają się wyrażać negatywne opinie m.in. o prowadzonych za pieniądze publiczne pseudobadaniach naukowych mających szkodliwy wpływ na młodych ludzi.

Rektorzy twierdzą, że stoją „w obronie konstytucyjnego prawa do nie skrępowanego prowadzenia badań naukowych” nie bacząc na to, że w historii nauki i ludzkości brak skrępowania badań ogólnoludzkimi wartościami prowadził do ogromnych wynaturzeń a nawet ludobójstwa, w czym autonomiczni profesorowie różnych nacji mieli swój wielki udział.

Zresztą żyjemy od 2 lat w warunkach poważnego zagrożenia – i to dla całego świata – spowodowanego, jak wielu sądzi, prowadzeniem nieskrępowanych, niekontrolowanych społecznie badań nad uzłośliwianiem wirusa. Niestety naszym rektorom to nic nie daje do myślenia. Jakby ich głowy znajdowały się w warunkach całkowitego, autonomicznego lockdownu, bo jak dotąd, rząd tak szerokiego lockdownu jeszcze nie wprowadził.

Na uniwersytetach ludzie boją się myśleć, ale to często z powodu rektorów mających władzę niemal absolutną. Ale skąd ta bojaźń u rektorów?  Taki pandemiczny paraliż?

Rektorzy nie poskromili Jana Hartmana, profesora bez skrępowania eksperymentującego z kazirodztwem, ani hunwejbinów ze Strajku Kobiet stanowiących zagrożenie nie tylko dla kultury akademickiej, ale i każdego obywatela obawiającego się zrealizowania gróźb ‘je*ania’.

Nie poskromili poczynań zdeprawowanych na UJ studentów (ujawniane w mediach społecznościowych ekscesy Franciszka Vetulaniego!), ani obrażających rozum ludzki metodologii badań, nie tylko nad bezpieczeństwem akademików, ale także nad historią swoich uczelni.  Wystawiają się na śmieszność trzeźwo myślącego człowieka. Słychać głosy, że od studiowania na UJ ludzie głupieją i strach tam studiować, ale Dział Bezpieczeństwa UJ tym się nie zajmuje.  

Rektorzy informują ministra, że doszło do „naruszenia przez podległego Panu urzędnika zasad prowadzenia debaty publicznej” nie podając jednak żadnego dowodu, że jakąkolwiek debatę publiczną w tej kwestii prowadzili.

Ja np. do debaty publicznej nad patologiami akademickim, ostatnio zebranymi w książce „Plagi akademickie”, rektorów i podległych im akademików wielokrotnie zachęcałem, wręcz prowokowałem. Niestety bez skutku.

Próbę napisania opinii podjął tylko jeden profesor, zresztą doskonały (Rada Doskonałości Naukowej), ale widocznie nie sprostał intelektualnie moim argumentom i zamiast merytorycznej krytyki zaczął chaotycznie pruć osobistymi ciosami powietrze i rejony poniżej pasa, co winno go dyskwalifikować, ale jak do tej pory nie dyskwalifikuje. Takie są obecne zasady dyskusji publicznej w sprawach akademickich!

Może rektorzy zwrócą uwagę na podnoszoną publicznie opinię, że „współcześni profesorzy uprawiają najobrzydliwszą formę prostytucji: sprzedają nie ciała, lecz dusze” a „ideologia genderyzmu odwraca uwagę młodzieży od spraw istotnych, ma demoralizować” (lipcowy Kurier Wnet).

Poskromienie rektorów w obecnej chwili jest imperatywem moralnym, aby ocalić naszą młodzież przed całkowitą deprawacją, co już podnosiłem w czasach ‚jaruzelskich”, niestety bezskutecznie.

Skrócona wersja tekstu opublikowana w tygodniku Gazeta Polska 7 lipca 2021 r.

Bezpieczeństwo i równe traktowanie po jagiellońsku

Bezpieczeństwo i równe traktowanie po jagiellońsku

Lockdown zelżał, a w Krakowie szok. Chluba miasta, najstarsza polska uczelnia, Uniwersytet Jagielloński, jakby w nowym ładzie, zamieniana w agencję towarzyską!

To interpretacja małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak po zapoznaniu się z ankietami wprowadzanymi do obiegu akademickiego przez Dział ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ.

 Strona jagiellońska podnosi, że to badania o charakterze w pełni naukowym, mające określić „poziom bezpieczeństwa i równego traktowania całej społeczności studenckiej i doktoranckiej UJ, czyli przeszło 38 tysięcy osób”.

W ankietach wprowadzono pytania dotyczące seksualności, pomijając te o orientacje intelektualne i moralne badanych młodych akademików. Skoro jest zainteresowanie stroną seksualną, to może jednak chodzić o agencję towarzyską (bo to ma znaczenie dla bezpieczeństwa jej funkcjonowania), a nie uniwersytet.

Na uczelniach ważniejsza jest orientacja intelektualna, szczególnie ta skierowana na poszukiwanie prawdy, no i moralna, bo jeśli ta jest niewłaściwa, może doprowadzić do katastrofy nie tylko uczelni, lecz także całego społeczeństwa, a nawet ludzkości.

 Nikt nie może czuć się bezpiecznie (nie tylko na uczelni), jeśli na stanowiskach akademickich znajdą się osoby amoralne, szczególnie jeśli wykazują duży potencjał intelektualny.

 Na uniwersytecie jeśli orientacja intelektualna i moralna akademików jest w porządku, to i bezpieczeństwo jest zapewnione, bez względu na orientację seksualną.

Niestety wieloletnie doświadczenia wskazują, że to właśnie ze względu na odmienną od obowiązującej – w feudalnym systemie akademickim – orientację intelektualną, a przede wszystkim moralną, na polskich uczelniach, nie tylko na UJ, mamy do czynienia z nierównym traktowaniem, dyskryminacją, mobbingiem. Takie osoby, które zagrażają feudałom swoim potencjałem intelektualnym i postawą moralną, nie mogą się czuć bezpiecznie. Ale nad tymi problemami dział bezpieczeństwa zdaje się nie pracuje, jak wynika z zawartości jego raportów.

 Nie jest też zrozumiałe, dlaczego Dział ds. Bezpieczeństwa UJ nie podjął badań nad zagrożeniem, spowodowanym opanowaniem przestrzeni publicznej przyuniwersyteckiej (wokół Collegium Novum, niemal pod oknem gabinetu rektora UJ) przez wulgarne hordy hunwejbinów Strajku Kobiet nawołujące, aby „je…ać” oraz „wyp…lać”, co było ewidentnym przykładem sprowadzenia zagrożenia dla osób o odmiennej od menelskiej orientacji. Do tej pory raportu o obniżeniu bezpieczeństwa przyzwoitych ludzi, nie tylko populacji akademickiej, nie zauważyłem na stronach Działu.

Czy więc rzeczywiście ten Dział interesuje się bezpieczeństwem i równym traktowaniem w przestrzeni akademickiej?

Rektor UJ napisał do małopolskiej kurator: „Jako przedstawiciele Uniwersytetu Jagiellońskiego wiemy, że każde słowo, które studenci słyszą w przestrzeni publicznej, może stać się elementem kształtującym ich życie i postawy. (…) Słowa często prowadzą do czynów”.

Czy rektor nie słyszał tych słów wykrzykiwanych pod jego gabinetem (nagranie przekazałem)? Wie, że słowa prowadzą do czynów, a nawet nie zainteresował się możliwymi skutkami takich czynów jak: „je…nie”, „wyp…nie”.

Trzeba przy tym przypomnieć, że hordy o orientacji menelskiej znalazły wcześniej poparcie kolegium rektorskiego i zbuntowanych polonistów UJ.

Moim zdaniem metodologia badań nad bezpieczeństwem na UJ jest wadliwa i przypomina „badania” prowadzone nad pokrzywdzonymi w PRL, które ograniczono jedynie do beneficjentów systemu kłamstwa, dyskryminacji i nierównego traktowania. Pomijano tych, którzy byli ofiarami komunistycznej przemocy, dzięki czemu osiągnięto przewidywany wynik, że nikomu włos z głowy nie spadł.

Do tej pory żaden dział UJ, także dział od bezpieczeństwa i równego traktowania, do tych bredni się nie odniósł, chociaż merytorycznie je podważałem i władzom uczelni przekazywałem.

Dyskusji naukowej, która jest istotą uniwersytetu – jak wielokrotnie rektorzy podkreślają – nie było. Widocznie istota uniwersytetu zanikła i – jak widzimy obecnie – zostaje zastąpiona istotą agencji towarzyskiej, skoncentrowaniem się na sprawach seksualnych.

Interpretacja małopolskiej kurator oświaty ma mocne podstawy, a jej orientacja moralna i intelektualna winna być pod ochroną.

Trzeba dbać o bezpieczeństwo osoby kierującej się wartościami w życiu publicznym.

Tekst opublikowany w tygodniku  Gazeta Polska 30 czerwca 2021 r.

Domenę akademicką winni tworzyć uczciwi akademicy

 

Domenę akademicką winni tworzyć uczciwi akademicy

Stowarzyszenie RKW Ruch Kontroli Wyborów–Ruch Kontroli Władzy wystąpiło do Prezydenta RP Andrzeja Dudy z odezwą, w sprawie doprowadzenia do wyboru „wyłącznie uczciwych polityków. Jak dotąd, nie postuluje się sprawdzania kwalifikacji moralnych wszystkich bez wyjątku kandydatów do władzy.

Dla dalszego prawidłowego rozwoju Polski należy więc pilnie wprowadzić kontrole antykorupcyjne sprawdzające uczciwość i lojalność państwową elektorów na wszystkie ważne stanowiska państwowe oraz takie same cykliczne i okresowe kontrole dla osób piastujących już te stanowiska” (Stowarzyszenie RKW–RKW, Możemy doprowadzić do wyboru wyłącznie uczciwych polityków, „Śląski Kurier WNET” 82/2021).

To wynik troski o Polskę i podmiotowość obywateli, którzy winni mieć szanse kontroli wybieranych przez siebie polityków na służbie państwowej. Obywatele na ogół wiedzą, że każda władza deprawuje, ale jakoś wykorzystanie tej wiedzy w życiu publicznym szwankuje.

 Potrzebny Ruch Kontroli Władzy Akademickiej

 Przed kilku laty w podobnym duchu postulowałem: Potrzebny Ruch Kontroli Władzy Akademickiej, argumentując, że władza akademicka nie jest kontrolowana przez środowisko akademickie oczyszczone już przed tzw. transformacją z elementu dla systemu niewygodnego, wręcz groźnego, zdradzającego zamiary kontrolowania tego, co winno być – zdaniem władzy akademickiej – poza kontrolą.

Na swoim blogu akademickiego nonkonformisty pisałem: „Zachowano kadry akademickie w stanie niezmienionym – jakkolwiek uszczuplonym o niepokornych w wyniku Wielkiej Czystki Akademickiej. Pozostali na uczelniach towarzysze, także wysocy, PZPR i stronnictw stowarzyszonych, nomenklaturowi decydenci, no i plejada współpracowników SB. Nie było (i nadal nie ma) woli oczyszczenia uczelni, przerwania ciągłości prawnej i kadrowej z PRL, pozostała więc ciągłość (a)moralna i intelektualna. Ludzie bez twarzy i kręgosłupa tworzyli zręby akademickie i reprodukowali sobie podobnych w warunkach »arystokratycznych« – całkowitej dominacji utytułowanych zatwierdzanych wcześniej (PRL) przez wiodącą siłę narodu, a później (III RP) przez kliki i sitwy beneficjentów systemu funkcjonujących w układzie zamkniętym – pozbawionym kontroli. System akademicki pozostał upolityczniony”.

I tak przez lata jest, mimo rozmaitych reform systemu akademickiego. Sitwy i kliki akademickie funkcjonujące w systemie zamkniętym rekrutują na etaty samych swoich poprzez ustawiane na nich konkursy, zabezpieczają dla nich awanse, usuwają z systemu niewygodnych, bo zbyt uczciwych, gdyż tacy stanowią zagrożenie dla ich bytu akademickiego.

Takie „zakały” środowiskowe nie mogą liczyć na awanse, granty czy wyjazdy zagraniczne i jako niezłomni muszą opuszczać sektor zarezerwowany głównie dla złomnych.

Ten sektor wymaga kontroli obywateli zarówno na poziomie tworzenia prawa akademickiego, centralnego rozdzielania środków finansowych, centralnego zarządzania dożywotnimi tytułami, jak i na poziomie kreowania przez decydentów akademickich autonomicznych tendencji prowadzących do kryzysu uniwersytetu.

Mamy zatem:

– w niemałym stopniu fikcyjne, ustawiane konkursy na wybranego kandydata (z wymaganiami dostosowanymi do jego poziomu i ten tryb rekrutacji kadr akademickich jest niejako zalegalizowany!),

 – fikcyjnie realizowane granty (przykład – słynna afera wrocławska o naturze mafijnej),

– produkcję lipnych dyplomów – pochodzących z plagiatów i zakupionych u firm trudniących się tym procederem,

– realną budowę ogromnej ilości nieruchomości akademickich, w których nie ma studentów i naukowców na poziomie,

 – realne opuszczanie kraju przez obywateli o dużym potencjale intelektualnym,

– realne bariery uszczelniające uczelnie przed naukowcami, którzy funkcjonowali w mniej patologicznych środowiskach czy to w jednostkach zagranicznych, czy w Polsce poza systemem akademickim.

Ujawniane afery, także na najwyższych szczeblach władzy akademickiej, są wynikiem wadliwej rekrutacji kadr akademickich, ich oceniania, awansowania. Na najwyższe szczeble kariery akademickiej, do ciał decydenckich, także do tych określanych mianem „doskonałych”, „etycznych”, przedostają się osoby o wątpliwych kwalifikacjach naukowych i – co gorsza – moralnych.

Autonomia nieuczciwości akademickiej

 Mój obywatelski postulat nie został zrealizowany i nadal domena akademicka jest dotknięta licznymi plagami akademickimi (wiele przykładów w mojej książce Plagi akademickie).

 Nie widać konkretnych działań na rzecz wprowadzenia skutecznych narzędzi kontroli patologicznego systemu. System autonomicznie zabezpiecza nieuczciwość akademicką i nie jest zdolny do samooczyszczenia.

Broni się przed naruszeniem patologicznego status quo. Wyodrębniła się nadzwyczajna kasta akademicka, która uważa się za autonomiczną, bez możliwości obywatelskiej kontroli, bo przecież profesora nikt inny nie może kontrolować jak tylko profesor. I to w systemie zamkniętym.

Zatem kontrolują się jedynie sami swoi, którzy sami się oceniali, awansowali, a niewygodnych usuwali.

Profesor z nominacją prezydencką jest praktycznie niezagrożony, nawet jak zdobył szczyty akademickie na drodze oszustw, niszcząc pozamerytorycznie mu niewygodnych, ujawniających nieuczciwości.

W polskiej domenie akademickiej funkcjonuje coś, co kiedyś nazwałem systemem Drewsa – czyli system utrącania/torowania karier polskich naukowców, ujawniony przed kilkunastu już laty na przykładzie poczynań prof. Krzysztofa Drewsa, który jako recenzent pracy habilitacyjnej napisał dwie przeciwstawne recenzje, jakby do wyboru. Publicznie stało się jasne, że każdą karierę można utrącić bez względu na wartość dorobku naukowego. Dla znających „kuchnię” akademicką nie było to jednak zaskoczenie.

Ten stan rzeczy znacznie bardziej niż niedostatek pieniędzy blokuje rozwój domeny akademickiej. Nie potrzeba być profesorem, aby zorientować się, że niemała część niezbyt dużych zasobów finansowych, księgowanych po stronie wydatków na naukę, jest bez należytej kontroli marnotrawiona, a nawet przeznaczana na działania szkodliwe dla nauki i gospodarki.

Nieuczciwość akademicka nie może być autonomiczna, musi podlegać kontroli społecznej, tak jak i inne sektory państwa, a nawet bardziej. We Włoszech, mimo pandemii, twa realizacja projektu antykorupcyjnego (ustawiane konkursy!) „Universita bandita” (Józef Wieczorek. Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

U nas taki projekt nawet nie został rozpoczęty, a trwa – ustawianie konkursów. W ramach walki z pandemią ograniczane są wolności obywateli niezaszczepionych na wirusa. Szczepionki na wirusa nieuczciwości akademickiej do tej pory nie wymyślono i zdaje się, że nie ma nawet projektów takich szczepionek.

Mimo pandemii nieuczciwości akademickiej, mamy pełną wolność dla nieuczciwych, bez konieczności szczepienia i bez wykluczania nieuczciwych.

Trzeba mieć jednak trochę wyobraźni i zdawać sobie sprawę, że jeśli domeny akademickiej nie będą tworzyć wyłącznie uczciwi akademicy, to nie ma wiele szans na osiągnięcie sukcesu na drodze wyboru uczciwych polityków i urzędników.

Reprezentanci każdej władzy, czy to ustawodawczej, wykonawczej czy sądowniczej, są uformowani w domenie akademickiej, a wielu z nich jednocześnie z tą domeną jest związanych, nawet na wysokich stanowiskach.

Przypomnieć należy przysłowie „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, mając jednak na uwadze, że aby obejmować obecnie stanowiska polityczne i urzędnicze, nie trzeba czekać do starości.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, lipiec 2021 r.

JAN HARTMAN obliczem polskich uniwersytetów

JAN HARTMAN obliczem polskich uniwersytetów

To, że polskie uniwersytety są w kryzysie, chyba powszechnie wiadomo. Trudno będzie się z tego kryzysu wydobyć, skoro środowisko akademickie broni obecnego, patologicznego status quo i podnosi do rangi sukcesu osiągnięcie poziomu uczelni Tatarstanu przez najstarszy polski uniwersytet. Chyba św. Jadwiga, która swój majątek przekazała Akademii Krakowskiej, przewraca się w grobie.

Przed kilku laty alarmowałem, że obecna twarz UJ może być widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschina, który jako wojskowy prokurator w czasach stalinowskich posyłał na śmierć polskich patriotów, a następnie robił karierę „naukową” na UJ. Ponadto założył swoistą wytwórnię lipnych dyplomów, stając się prekursorem dzisiejszych metod osiągania doskonałości naukowej. Sprawa Juliana Haraschina tak została wymazana z historii i pamięci, że dzisiejsi studenci prawa UJ, a także prawnicy, na ogół nic nie wiedzą o jego roli w budowaniu bezmiaru niesprawiedliwości, także w domenie akademickiej.

Prawda o własnych korzeniach przestała być przedmiotem zainteresowania kadry UJ. Pisałem na swoim blogu: „Co prawda akademicy Uniwersytetu Jagiellońskiego twarz stracili (z małymi wyjątkami), ale etaty, awanse i formalne honory – utrzymali. Widać, że na uczelniach, w tym na uczelni wzorcowej dla innych, opłaca się nie mieć twarzy”.

Taki stan rzeczy przetrwał do dziś i widać to obserwując poczynania profesora UJ Jana Hartmana, filozofa, wyspecjalizowanego w dziedzinie etyki. To kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ, mający w swym życiorysie członkostwa Komitetu Etyki w Nauce PAN, Zespołu ds. Etyki w Medycynie przy Ministrze Zdrowia, kierownictwo Zespołu do spraw Dobrych Praktyk Akademickich oraz nagrody m.in. Prezesa Rady Ministrów RP, Medalu Komisji Edukacji Narodowej, Grand Press w kategorii Publicystyka”…

Stał zatem na straży odpowiedniego poziomu etycznego polskiego środowiska akademickiego i chyba zdaniem władz UJ, swymi poczynaniami pozytywnie wpływa na młodzież akademicką, bo tylko tacy są podobno zatrudniani na etatach po usunięciu z uczelni tych, którzy wpływali – zdaniem rektorów – negatywnie.

Kilka lat temu Jan Hartman zbulwersował opinię publiczną swoimi dywagacjami kazirodczymi, ale na uczelni włos z głowy mu nie spadł, mimo ścieżki dyscyplinarnej. Jednak politycy zareagowali i został usunięty z ugrupowania Twój Ruch, jednej z wielu partii, które zaszczycił swym członkostwem. Etyczne wymagania, nawet lewackich partii, zdają się być wyższe od wymagań uczelnianych.

Na uczelniach dominuje autonomiczna zasada wolności bez wartości i nawet akcja (kilkanaście tysięcy głosów) usunięcia Hartmana z UJ nie przyniosła rezultatu. Profesorom UJ nie przychodzi nawet do głowy, aby ktokolwiek z ich grona mógł zostać wykluczony z uczelni. Solidarność profesorska jest doprawdy rozczulająca.

Konieczność przenoszenia w stan nieszkodliwości zdegenerowanych profesorów przychodziła mi do głowy jeszcze w stanie wojennym, ale władze UJ zdołały ten jednoosobowy rokosz skutecznie opanować.

Jan Hartman, zapewne dożywotni profesor UJ, pewny własnej bezkarności, po homilii abp. Marka Jędraszewskiego (też profesora) w uroczystość Bożego Ciała, przekroczył w ataku na metropolitę i katolików wszelkie normy etyczne, obowiązujące nie tylko profesora etyki, ale każdego przyzwoitego człowieka.

Powtarzanie tego barbarzyńskiego bluzgu nie przystoi w „Plagach akademickich”, bo to jest rynsztok wykraczający poza ramy standardowych plag. Zamieszczony został na blogu Hartman.blog.polityka.pl. Na publiczne lżenie, wyszydzanie, poniżanie katolickiej części Narodu Polskiego i metropolity krakowskiego oraz nawoływanie do waśni na tle różnic wyznaniowych, nie można być obojętnym.

Nie powinno być obojętne środowisko akademickie, władze uczelni, a tym bardziej prokuratura, bo to, co czyni Hartman, nie jest zgodne z prawem obowiązującym każdego obywatela, także profesora UJ!

W reakcji na ziejący nienawiścią bluzg Hartmana otrzymałem wypowiedzi, że taki „profesor” kompromituje środowisko akademickie, powinien być dyscyplinarnie zwolniony ze stanowisk i funkcji akademickich. 

Czy tak się stanie, skoro dotychczasowe ekscesy uchodziły mu bezkarnie, a władze akademickie skłaniały się do wspierania subkultury menelskiej (chociażby na okoliczność popisów Strajku Kobiet wspomaganego przez Hartmana).

Póki co, środowisko akademickie, także etyczne, milczy, a w obecnym stanie rzeczy to twarz Hartmana jest obliczem polskich uniwersytetów.

Bierna postawa nie zaprowadzi ładu moralnego w domenie akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  23 czerwca 2021 r.

Wielki powrót wielkiego wygnańca

Wielki powrót wielkiego wygnańca

Gdy wpisuję w wyszukiwarce Google „wygnaniec”, pokazują się liczne informacje o Zygmuncie Baumanie, a to ze względu na ukazanie się niedawno na rynku księgarskim książki „Wygnaniec” Artura Domosławskiego. 

Tak został określony jeden z instalatorów systemu komunistycznego w Polsce, oficer Informacji Wojskowej, polujący na żołnierzy podziemia niepodległościowego, a następnie robiący karierę naukową na Uniwersytecie Warszawskim. Po Marcu ’68, jak wielu instalatorów komunizmu, stracił co prawda pozycję na UW, ale uniknął odpowiedzialności za swoje czyny i zyskał możliwość pracy naukowej w tzw. wolnym świecie. W wolnej Polsce powracał do kraju i nie był szykanowany, stąd uznanie go za wygnańca może budzić sprzeciw, mimo dużej liczby rekordów na Google.

Taki status, i to zasadny, zachowany do dziś, ma pierworodny syn Bolesława Krzywoustego Władysław II Wygnaniec, który po porażkach w walce o dominację w Polsce piastowskiej pozostawał do końca życia na wygnaniu.

Takiego statusu na Google nie ma Jan Czochralski, wybitny, światowej sławy przedwojenny naukowiec i odkrywca, zwany ojcem elektroniki, po wojnie wygnany z Politechniki Warszawskiej, po fałszywym oskarżeniu o kolaborację z Niemcami.

Nie miał dyplomów, klasycznego wykształcenia uniwersyteckiego, ale był geniuszem i ten geniusz wykorzystał, najpierw pracując w Niemczech, a następnie sprowadzony przez prezydenta Mościckiego w Niepodległej Polsce. Był potrzebny w kraju. Mógł robić karierę u Henry’ego Forda, ale wybrał biedną Polskę i dla niej pracował na Politechnice Warszawskiej, jako profesor ze względu na swoje osiągnięcia.

W dzisiejszej Polsce bez dyplomów nie miałby żadnych szans na karierę akademicką, gdy miernoty z dyplomami mają nie tylko szanse, ale osiągają nawet szczyty akademickiej hierarchii. Jan Czochralski był bogatym człowiekiem dzięki swoim wynalazkom, wspierał studentów stypendiami, współfinansował wykopaliska w Biskupinie.

Podczas okupacji, za zgodą władz podziemnych AK, miał możliwość pracy „u Niemców”, dzięki czemu dawał schronienie konspiratorom, ratował przedwojenne wyposażenie uczelni, współpracował z podziemiem przy analizie części rakiet V1 i V2.

Po wojnie aresztowany za rzekomą współpracę z okupantem spędził pół roku w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim, ale został uniewinniony przez prokuraturę. Mimo to, przez władze Politechniki Warszawskiej przestał być uważany za profesora, stracił stanowisko i tytuł doktora honoris causa.

Został wypędzony z uczelni i resztę życia spędził w rodzinnej Kcyni, zajmując się produkcją pasty do butów i płynu do trwałej ondulacji. Prześladowany przez UB, zmarł po rewizji na zawał serca i spoczywał w grobie bez nazwiska, całkiem wymazany z polskiej przestrzeni publicznej jako ojciec światowej elektroniki.

Przez lata mało kto wiedział, jakiego geniusza miała Polska. Nawet na konferencjach naukowych nie można było wygłosić referatu o jego odkryciach („zasługa” m.in. prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego, budowniczego Polski Ludowej) ani publikować życiorysu. Subkultura wymazywania działała perfekcyjnie. Przez lata III RP sytuacja wygnanego – także z pamięci – niewiele się zmieniła, a dużą rolę w tym odegrał współtwórca Solidarności na PW dr Zygmunt Trzaska-Durski.

Jak zwykle, w środowisku akademickim animozje personalne i konflikty nakładają się na politykę kadrową i „pamięciową”, nawet przez kolejne pokolenia.

Dopiero po śmierci opozycjonisty, zmianie klimatu środowiskowego i politycznego, podjęto wyjaśnienie sprawy wygnańca, co skutkowało odnalezieniem dowodów na współpracę Czochralskiego z AK i jego rehabilitacją przez władze PW. Właściwie to władze PW siebie tym aktem zrehabilitowały, po 66 latach podtrzymywania swoich nieuzasadnionych i szkodliwych dla nauki oskarżeń. Gdyby nie został wygnany, Polska mogłaby mieć drugiego naukowego noblistę.

10 lat temu, w czerwcu 2011 roku, nastąpił wielki powrót wielkiego wygnańca – niestety dopiero pośmiertny – na Politechniką Warszawską i do pamięci Polaków. Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2013 Rokiem Jana Czochralskiego.

Od tego czasu odbywają się sesje poświęcone jego dokonaniom, szkoły przyjmują go za swego patrona, IPN popularyzuje sylwetkę i osiągnięcia Jana Czochralskiego wśród gigantów nauki.

Trzeba mieć jednak na uwadze, że nie wszystkie uczelnie są zdolne do weryfikowania swoich czynów, zakłamują swoją historię, wymazują tak ludzi, jak i fakty, niszczą/zamykają archiwa, aby tylko prawda nie wyszła na światło dzienne.

A prawda sama się nie obroni, wygnańcy sami nie wrócą do pamięci

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  16 czerwca 2021

Odmienne orientacje na tym dziwnym jagiellońskim świecie

Odmienne orientacje na tym dziwnym jagiellońskim świecie

Reakcja obywatela na dziwny świat red. Marka Kęskrawca

Przeszukując informacje na temat opinii: „Uniwersytet Jagielloński zamienia się w agencję towarzyską” wyrażonej niedawno przez małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak, natrafiłem na tekst w Dzienniku Polskim red. Marka Kęskrawca (dawnego naczelnego tej gazety) –  „Kurator Nowak kontra UJ, czyli dziwny jest ten  świathttps://plus.dziennikpolski24.pl/kurator-nowak-kontra-uj-czyli-dziwny-jest-ten-swiat/ar/c15-15667530

W tekście redaktor wyraził oczekiwanie większej wiedzy, namysłu i zwykłej kultury osobistej od osoby dbającej o edukację dzieci. Widać, że jest zawiedziony.

Ja natomiast jestem zawiedziony tekstem pana redaktora zdradzającego niedostatek tak wiedzy, jak i namysłu, nie wykluczając także kultury osobistej.

Bez problemu można się zapoznać w internecie z pracami Działu ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ [https://bezpieczny-student.uj.edu.pl/dzial]  skoncentrowanymi głównie na bezpieczeństwie osób o odmiennej orientacji seksualnej, gdy bezpieczeństwo osób o odmiennej orientacji intelektualnej i moralnej, które od lat na uczelni jest zagrożone, jest jakby na marginesie.

Nierówne traktowanie takich osób, a nawet ich wypędzanie z UJ  doprowadziło do widocznego kryzysu uniwersytetu.  Na okoliczność święta UJ podnoszono z dumą (także w Dzienniku Polskim), że UJ jest najwyżej klasyfikowaną polską uczelnią,  co jest faktem ( choć czasem ustępuje UW), ale jest  niżej klasyfikowaną od uczelni rosyjskich (także z Syberii, Tatarstanu), z Kazachstanu, Białorusi, Malezji ….  co nie powinno być powodem do dumy a raczej  do zadumy i namysłu, czego nie tylko na UJ brakuje.

Skutki degradacji uniwersytetu, w wyniku złego traktowania a także usuwania z UJ osób intelektualnie zagrażającym przewodniej sile narodu i przez nią namaszczonych,  są widoczne. Eliminowano osoby skierowane na poszukiwanie prawdy, aż w końcu usunięto zapis ze statutu UJ, że uniwersytet to jest korporacja nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Prawda przestała być celem pracy uniwersyteckiej. Myślenie, szczególnie krytyczne, było penalizowane i tych co tego uczyli studentów wypędzano z UJ z oskarżenia o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką. 

Dziś na uniwersytecie pracownicy boją się mówić, a nawet myśleć, a zapewnieniem im bezpieczeństwa nie zajmuje się żadna instancja uniwersytecka, także Dział Bezpieczeństwa. Dzisiejszy stan uniwersytetu nie jest dla mnie szokiem, tylko spodziewaną konsekwencją takiej polityki akademickiej.

Szkoda, że pan redaktor nie zapoznał się z moimi tekstami/dokumentacjami w tej materii [m.in. Blog akademickiego nonkonformisty – https://blogjw.wordpress.com/)  opartymi na faktach, z którymi się nie dyskutuje. Widocznie uniwersytet zmienia swoją funkcję, traci swą istotę, którą stanowiła dyskusja i poszukiwanie prawdy.

Chyba pan redaktor nie zapoznał się z dokumentacją przewalania się przed uniwersytetem hord młodzieży wspieranej przez kadry jagiellońskie z rektorskimi włącznie a Dział Bezpieczeństwa UJ nie przeprowadził badań naukowych/ ankietowych nad bezpieczeństwem osób zagrożonych je.aniem, wyp…dalaniem,  mimo że te groźby były słyszalne i są udokumentowane/ujawnione. ( Reakcje w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Krakowie, 28.10.2020 r.-https://jwfotowideo.wordpress.com/2020/10/28/reakcje-w-sprawie-wyroku-trybunalu-konstytucyjnego-w-krakowie-28-10-2020-r/).

Skierowanie uwagi Działu Bezpieczeństwa na orientację seksualną jak najbardziej może i powinno się kojarzyć z agencją towarzyską, a nie z uniwersytetem, bo w tym winno się badać przede wszystkim bezpieczeństwo, tak studentów, jak i pracowników o odmiennej orientacji intelektualnej i moralnej, penalizowanej od czasów komunistycznych z  zachowaniem ciągłości, tak prawnej, personalnej jak i obyczajowej.

Tak się składa, że swoje doświadczenia nad brakiem bezpieczeństwa osób szykanowanych na uczelniach (także na UJ) przelałem na wiele tekstów, tak w sieci  ( m.in. https://nfamob.wordpress.com/, https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-piotra-gajdka/   ) jak i na papierze  ( m.in. Mediator akademicki jako przeciwdziałanie mobbingowi w środowisku akademickim, Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego,   Plagi akademickie– książki dostępne także w „Jagiellonce”).

Do mnie zgłasza się wiele osób, których bezpieczeństwo jest zagrożone, godność i dobra osobiste naruszane, a nie mają wsparcia, także na UJ, gdzie jest Dział Bezpieczeństwa i inne instancje.

Temat dziwności świata jagiellońskiego, a także medialnego, winien być objęty specjalnym projektem, a jego wyniki opublikowane/ujawnione. Chętnie deklaruję współpracę w realizacji takiego projektu, ale jak dotąd, ze względu na moją odmienną od preferowanej/obowiązującej orientację, tak intelektualną, jak i moralną, nie miałem na to szans.

Natomiast na UJ projektów/studiów/prac nad odmienną orientacją seksualną jest moc i UJ ma kadry wyspecjalizowane w zakresie problemów  pracownic i pracowników seksualnych,  co można odbierać jako przygotowanie merytoryczne do nowej funkcji uniwersytetu.

  Dziękuję Pani kurator za publiczne ujawnienie tych przygotowań.

Nauka przykryta ideologią

Nauka przykryta ideologią

Podczas postępowej manifestacji „przeciwko ideologizacji nauki i edukacji”

przed Muzeum Narodowym

pojawił się, jak ocenili organizatorzy

i niezawodny student UJ – Franek Vetulani ( na Fb) homofobiczny, „kłamliwy, antynaukowy i stygmatyzujący baner”. [baner mówił: „są dwie płcie tak mówi biologia„].  

Mimo zgłoszenia do policji tego niespodziewanego przez organizatorów ‘skandalu’, w postaci alternatywnej, naukowej argumentacji „baner przez około dziesięć minut szpecił szlachetny i piękny protest pod MNK, propagując kłamliwą ideologię. Hańba! ” [F. Vetulani na Fb]. Organizatorzy zdołali go jednak zasłonić postępowymi banerami, kreatywnie stosując subkulturę unieważniania, co zapewne wynieśli z naszych uniwersytetów. .

Co na profesorowie UJ? Niektórzy byli po tej samej stronie – zwalczania argumentów naukowych ideologią tęczową w ramach walki „z ideologizacją nauki i edukacji” .

A co na to inni – naukowi, a nie ideologiczni  naukowcy ?

Czy UJ jest jeszcze uniwersytetem, czy już się zamienił w agencję towarzyską z nienawiścią reagującą na wszelkie przejawy naukowej argumentacji?