Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Redakcja „Arcanów” w numerze 163-164 rozpoczęła niezwykle potrzebną i inspirująca dyskusję na temat „Kondycji i przyszłości nauki w Polsce.” Do dyskusji zaproszono kilku aktywnych naukowców, głownie z nauk humanistycznych, ukierunkowując dyskusję-ankietę kilkoma pytaniami z otwarciem na inne problemy, co inspiruje wychodzenie poza jej ramy Inicjatywa „Arcanów” jest tym bardziej cenna, że problemy akademickie w naszych mediach traktowane są jedynie marginesowo, mimo że domena akademicka obejmuje swym oddziaływaniem sporą część naszego społeczeństwa a jej stan rzutuje na kondycję i przyszłość Polski, gdyż to na uniwersytetach formowane są nasze elity a my narzekamy na ich deficyt.

Mimo upływu przeszło 30 lat wolnej Polski, przeprowadzeniu wielu reform domeny akademickiej, jest ona w złym stanie, a nawet coraz gorszym, co budzi uzasadniony niepokój o przyszłość Polski. Co robić, aby ten trend zmienić i wydostać się z kryzysu? To wymaga postawienia należytej diagnozy obecnego stanu, określenia przyczyn kryzysu i opracować projekt wyjścia z niego. Niby wszystkie reformy taką metodologię stosują, ale chyba nie do końca, bo są one nieudane.

Fundamenty domeny akademickiej

Przy tworzeniu każdej konstrukcji, także konstrukcji systemu akademickiego, należy zadbać przede wszystkim o fundamenty na jakich zostanie posadowiona Jeśli nie zbadany należycie podłoża i wzniesiemy ją na gruncie bagiennym lub na osuwisku to zapewne po pewnym czasie, zacznie się zapadać lub osuwać, ulegnie destrukcji. Naprawianie wyższych elementów konstrukcji na nic się zda, jeśli fundament nie jest właściwy.

Przed pięciu laty pisałem na moim blogu [Czy ministerstwo nauki ma nadal rację bytu i reformowania systemu akademickiego? 25 lipca, 2017]:„Nie da się pozytywnie zreformować żadnej dziedziny życia społecznego bez oparcia się na fundamencie prawdy, a system akademicki nie tylko winien być na takim fundamencie posadowiony, ale winien go budować i innych do formowanie takiego fundamentu przygotowywać.” I dalej „Co prawda wzniesiono moc nieruchomości akademickich, ale z tego może się utrzymują zarządzający nieruchomościami, ale nauka w Polsce nadal się utrzymać nie potrafi, marnotrawiąc kapitał ludzki i każdą ilość przeznaczanych na nią środków podatnika. Biedni podatnicy utrzymują kiepski system posadowiony na niewłaściwym fundamencie, który ciągle jest biedny, bez względu jakie jest jego zasilanie finansowe. …”  

W ciągu lat reformowane są różne elementy konstrukcji systemu akademickiego, ale bez sięgania do fundamentów, które z przyczyn historycznych, długoletniej dominacji systemu komunistycznego, osadzone są na bagnie, które w czasie transformacji nie zostało osuszone ani oddziedziczona konstrukcja nie została wzmocniona odpowiednimi filarami.

Niewykorzystany potencjał naukowy

Dyskusja w „Arcanach” dotyczy głównie fatalnych skutków reformy Gowina, nieznacznie sięga przeszłości, a bez tego chyba nie da się postawić należytej oceny przyczyn pogarszającego się stanu nauki w Polsce. Nie jest tego przyczyną mizeria finansów (choć mizeria jest faktem) gdyż w warunkach gorszego finansowania nauki wyniki nieraz były lepsze. IPN prowadzi projekt „Giganci nauki” i dokumentuje, że ci giganci rekrutują się z tych, którzy działali w II RP, albo mają tam korzenie Warto by zadać pytanie: czy taki Stefan Banach miałby szanse na sukces w dzisiejszej domenie akademickiej? Inni „giganci” z II RP wracali z zagranicznych ośrodków do niepodległej, ale bardzo biednej Polski.

Mamy niewykorzystany potencjał naukowy Polaków wiążący się m.in. z niewłaściwym stosunkiem do polskich naukowców rozproszonych w różnych, nieraz bardzo dobrych zagranicznych ośrodkach naukowych, czy to w wyniku emigracji w czasach komunistycznych, czy opuszczających Polskę po szerszym otwarciu granic w III RP. U zarania III RP tworzono nawet bariery prawne, jak i obyczajowe, aby nie wracali i nie stanowili konkurencji dla beneficjentów akademickich czasów PRL

Także niewykorzystywane są zasoby krajowe tych naukowców, którzy z systemu akademickiego zostali wyeliminowani z przyczyn pozamerytorycznych/politycznych w PRL To wielka strata i nawet nie starano się jej zniwelować. Takiego stanu rzeczy nie spowodowała fatalna reforma Gowina, bo trwa on od początku wolnej Polski. Reforma Gowina tego nie naprawiła.

Konieczny powrót do poszukiwania prawdy

W czasach komunistycznych sytuacja świata akademickiego była schizofreniczna, gdyż komunizm był systemem kłamstwa a powinnością nauki jest poszukiwanie prawdy o czym pięknie pisze w „Arcanach” prof. Wawrzyniec Rymkiewicz. Ciekawe, że jeszcze w czasach PRL w statucie UJ widniał zapis, że uniwersytet to wspólnota nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy, co można traktować jako wyraz oporu w warunkach komunistycznych. Fakt, że w życiu nie do końca ten zapis respektowano i w latach 90-tych wielokrotnie zarzucałem władzom UJ łamanie w tym względzie statutu. Ale władze z tym sobie poradziły w sposób nader osobliwy i dla nauki szkodliwy -w statucie na jubileusz roku 2000 z takiego zapisu zrezygnowano, i w praktyce akademickiej również.

Zresztą inne uczelnie też poszły za tym przykładem jak ostatnio opisał prof. Lucjan Piela (Polski kompleks Zachodu? Impresje chemika kwantowego Forum Akademickie 10/2021): „Zabawy z usuwaniem dążenia do prawdy trwają krótko, skutki przychodzą szybko i dotyczą życia. Jeśli nie prawdzie, to czemu właściwie służyć ma uniwersytet?”).

Co więcej, na uczelniach zatrudniani są teoretycy prawdy, którzy prawdy w życiu akademickim nie praktykują. Powrót do klastycznej definicji uniwersytetu jako instytucji poszukującej prawdy to jest budowanie należytych fundamentów pod konstrukcję domeny akademickiej.

Głos w „Arcanach” filozofa prof. Rymkiewicza jest w tym względzie bardzo cenny, choć nie jedyny. Wielokrotnie w swej publicystyce taki punkt widzenia prezentowałem zadając wręcz pytanie: czy po abdykacji z poszukiwania prawdy to są jeszcze uniwersytety? (Uniwersytet w czasach postprawdy. Nowe Państwo nr 1/2018, Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką 2014)

Warto przypomnieć jak środowisko akademickie broniło się (przed ustawą Gowina) przed poznaniem własnej historii, przed lustracja, protestując i wymyślając rozmaite fortele, aby nie poddać się procedurom lustracyjnym. Na ogół z historii uniwersyteckich wymazywana są takie niewygodne słowa jak: komunizm, stan wojenny, PZPR (przewodnia siła narodu, także na uczelniach) co z prawdą historyczną nie ma nic wspólnego, a bez niej nie da się ocenić przyczyn upadku polskich uczelni. Na ogół wymazano z historii uczelni nie tylko system komunistyczny, ale i jego instalatorów, utrwalaczy i rzecz jasna ofiary. Postulowany przeze mnie na początku XXI wieku projekt opracowania „Czarnej Księgi Komunizmu w nauce i edukacji” nie zakończył się sukcesem. Widać ten etap historii naszej domeny akademickiej jest fundamentalnie istotny dla dzisiejszych kadr. Bez poznania prawdy historycznej, korzeni obecnego systemu trudno go jednak reformować we właściwym kierunku.

Selekcja kadr w PRL i III RP

W PRL dominowała negatywna selekcja kadr. Niewygodnych pod kątem ideologicznym, niereformowalnych, usuwano, inni opuszczali Polskę, a resztę dokonywał naturalny proces biologiczny, stąd w PRL można było obserwować spadek poziomu wraz z odchodzeniem kadr uformowanych w II RP. Proces ten został jeszcze pogłębiony w „czasach jaruzelskich”, kiedy miał miejsce ogromny odpływ młodych ludzi za granicę (dokładnie nieobliczony, ale np. z moich magistrantów ok. 20% opuściło Polskę) a także w wyniku weryfikacji kadr pod kątem przydatności do wychowania zgodnie z principiami socjalistycznymi.

Te weryfikacje, szczególnie ta najlepiej przygotowana prawnie przed transformacją ustrojową, kiedy tworzono fundamenty kadrowe, jest niemal przemilczana publicznie wraz z ofiarami tych weryfikacji. Antykultura unieważniania/kasowania (cancel culture) tak nagłaśniana obecnie (jako skutek inwazji ze zgniłego Zachodu) na dobre u nas zagościła przed dziesiątkami już lat i żadna reforma tego stanu rzeczy nie zmieniła (miała miejsce głównie „Transformacja kolorystyczna polskich uczelni – Józef Wieczorek w Kurier WNET, w lutym 2022 r.).

Stąd wykorzystanie potencjału intelektualnego Polaków jest dość skromne. Tym bardziej, że odpowiedzialni za ten stan rzeczy nie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości, czego się domagałem jeszcze w mrokach stanu wojennego (fakt, że na forum jednej uczelni, ale za to wiodącej) i to domaganie się jest nadal zasadne i konieczne. Selekcja kadr w III RP, tak jak i w PRL, nie prowadzi do wyłaniania najlepszych, lecz wypierania lepszych przez gorszych. Ma to miejscu już na samym etapie rekrutacji na etaty w ramach pseudokonkursów ustawianych na konkretnego kandydata przy kryteriach dostosowanych do jego możliwości. Ci o większych nieraz osiągnięciach przegrywają, bo gorzej spełniają warunki konkursów!

Ten proceder traktowany jest u nas jako standard, gdy np. we Włoszech zorientowano się, że prowadzi do degradacji systemu akademickiego i negatywnie wpływa na życie kraju, stąd od kilku lat prowadzona jest operacja „ Universita Bandita” mająca na celu przynajmniej ograniczenie tego praramafijnego, korupcyjnego w swej istocie procederu.(Józef Wieczorek-Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki” Kurier WNET” nr 72/2020)

Patologie osłabiają kondycje nauki i nie rokują dobrze na przyszłość

Ustawiane konkursy na etaty to jedna z wielu patologii, a środowisko akademickie widzi na ogół tylko jedną: brak pieniędzy! Mizeria finansowa nauki jest faktem, lecz także to, że jej finansowanie w rzeczywistości jest wielokrotnie większe niż w PRL a poziom spada jakby niezależnie od tego czynnika.

Uczelnie nie chcą zresztą takich naukowców, którzy z pasji i nawet bez finansowania potrafią nieraz zrobić w nauce więcej niż finansowani etatowcy. Skoro jednak nie zdobywają pieniędzy a mają efekty, to nie są przedmiotem zainteresowania, ale są unieważniani przez tych, którzy tylko myślą o pieniądzach na naukę a nie o efektach naukowych.

Argumentacja, że inwestycja 1 zł w naukę przynosi 5 zł zysku nie jest poparta żadnymi faktami, a chyba nawet postulujący takie inwestycje sami w to nie wierzą, bo nie inwestują, mimo możliwego (jak argumentują) intratnego 500 % zysku. Mimo braku finansowania z puli naukowej przez kilka lat miałem więcej i lepszych publikacji (także zagranicznych) niż wielu finansowanych etatowców, a nawet wtedy, gdy sam byłem na etacie. Po prostu nikt nie mógł przeszkodzić mi w pracy (mobbing), ani zapisać na swoje konto tego co zrobiłem. Żadnego zainteresowania moją działalnością ze strony uczelni biadolących na niedostatek pieniędzy nie było!

 Co więcej, mimo braku inwestycji w moją działalność, choćby 1 zł z puli przeznaczonej na naukę, ta działalność przynosi jednak społeczne zyski (miliony zł) bo jak gospodarka jest oparta na rzetelnej wiedzy naukowej to może przynosić zyski. Na całe szczęście niektóre podmioty nie opierają się na wiedzy wysoko utytułowanych i finansowanych z puli przeznaczonej na naukę, bo mogłyby zbankrutować. Taki stan rzeczy wymagałby szerszego audytu, ale i tak faktem jest.

Inne patologie mające negatywny wpływ na domenę akademicką to m.in.: wieloetatowość, nepotyzm, chów wsobny, plagiaty, lipne dyplomy, konformizm, brak jawności, mobilności, mobbing, dostawy obowiązkowe produktów intelektualnych, a niestety brak nawet monitoringu tych patologii. (Józef Wieczorek—Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego, 2010) Mój postulat sprzed lat, organizacji Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich – POMPA na drodze do ‘wypompowanie” nieco tych patologii, nie został zrealizowany.

W dyskusji „Arcanów” jednoznacznie krytykowany jest system boloński i tzw.punktoza, (system parametryzacji) powodująca przy biurokratycznym i komercyjnym stosowaniu degradację domeny akademickiej, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych (Rymkiewicz, Polak). Bezkrytyczne wprowadzenie tych elementów systemowych dla zapewnienia większej spójności systemów szkolnictwa wyższego w Europie. okazało się porażką i dobrze by było te elementy systemowe poważnie zweryfikować. Trzeba mieć jednak na uwadze, że przed wprowadzeniem procesu bolońskiego i parametryzacji system też nie funkcjonował jak należy i liczne patologie degradowały naukę w Polsce. (Józef Wieczorek: Plagi Akademickie, 2020, Trąd w Pałacu Nauki, Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki, 2022

 Nie mniejszą wadą było i jest funkcjonowanie u nas dość osobliwego systemu tytularnego, niekompatybilnego z panującym w przewadze w nauce światowej, także w Europie Zachodniej a kompatybilnego przez lata z tym jaki obowiązywał w krajach postkomunistycznych. To prowadziło do patologicznej turystyki habilitacyjnej do krajów postkomunistycznych, co miało istotny wpływ na obniżenie poziomu tzw. samodzielnych pracowników nauki, chyba nie mniejszy niż proceder tzw, docentów marcowych w PRL, po roku 1968.

 W naszym systemie za filary mające utrzymywać poziom nauki od lat uważane są: habilitacja i profesura belwederska. Niestety te filary są chyba źle osadzone, skoro mimo ogromnego wzrostu ilościowego habilitacji i profesur mamy spadek poziomu nauki, w tym bardzo istotny spadek poziomu doktoratów prowadzonych i akceptowanych przez samodzielnych pracowników nauki (habilitowanych, profesorów) i za ich poziom autonomicznie odpowiadających. Żaden słaby doktorat, słaba habilitacja nie mogłaby powstać bez akceptacji tych gremiów! W niemal powszechnej opinii, także dyplomy szkół wyższych mają na ogół małą wartość a nawet są bez wartości (kupowane od firm piszących prace, przez lata plagiatowane) za co winę ponoszą promotorzy.

Strategia przetrwania

 Poziom etyczny naszej kadry akademickiej jest dość kiepski i jest na to przyzwolenie. Od lat mówi się, że na uczelniach ludzie boją się mówić (a nawet myśleć) i zanika merytoryczna dyskusja, merytoryczna krytyka., co nie powinno dziwić, skoro tak pracownicy nauki przez lata byli selekcjonowani. Bez trudu można było wytypować kto z systemu zostanie wyeliminowany, np. nie usuwano plagiatujących profesorów tylko doktorów, którzy ujawniali plagiaty profesorskie.

Chowanie głowy w piasek stało się podstawową metodą przetrwania na uczelniach. Kto taką „odwagą” się nie wykazywał -marny jego los. Na uniwersytetach w pełni sprawdza się konstatacja przypisywana Einsteinowi: „Dożyliśmy takich czasów, w których ucisza się mądrych ludzi, żeby to, co mówią, nie uraziło głupców”

Zanik merytorycznej krytyki i powszechny mobbing jest tego skutkiem. Nasilenie tych zjawisk można obserwować na styku doktor/profesor,[i] czego skutkiem jest unieważnianie/kasowanie niższych w hierarchii, aby nie zagrażali wyżej utytułowanym.

Nauka z natury rzeczy jest nonkonformistyczna. dążąca do poznania prawdy, a nie na konformistycznym potwierdzaniu zgodności z tym co zrobili wcześniej nieraz wysoko utytułowani W taki bowiem sposób nauka sensu stricto nie może funkcjonować.

Rzecz w tym, że przez lata eliminowano z systemu nonkonformistów, preferując, awansując konformistycznie nastawionych zgodnie z zasadą BMW (bierny, mierny, ale wierny) panującą w PRL, ale przeniesioną do III RP

Surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans?

Trudno się zgodzić z opiniami wyrażanymi w ankiecie (Polak, Heck) że realne zagrożenie dla profesorów stanowią studenci, ich opinie, i ankiety, Fakt, że stowarzyszenia studenckie propagujące ideologię tęczową (np. TęczUJ) wręcz ostrzegają, że żarty się skończyły i zapowiadają powrót do działań kojarzonych z ekscesami zetempowskich Brygad Lekkiej Kawalerii w czasach instalacji systemu komunistycznego. (Józef Wieczorek – Pakiet Wolności i beneficjenci zniewolonego systemu Gazeta Polska 13 stycznia 2021 r.) Tym niemniej bez wsparcia grona profesorskiego takie zagrożenie chyba byłoby trudne do zrealizowania.

Dość częste jest mniemanie, które wyrażano także w ankiecie „Arcanów” (Polak), że „surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans:”

Rzeczywiście w systemie, kiedy studenci rekrutują się z dosyć przypadkowych osób, zainteresowanych tylko zdobyciem dyplomu a niekoniecznie należytej wiedzy, przyjmowanych na studia bez egzaminów, bo to się opłaca uczelni i etatowym pracownikom, gdyż od ilości studentów zależy finansowanie uczelni, takie zjawiska patologiczne mogą mieć miejsce i mają.

Ten problem dobrze by było jednak zbadać wszechstronnie, bo znane są zjawiska odmienne (wysokie oceny dla surowych wykładowców!) ale są pomijane w opiniach.

Niestety chyba nikt nie badał jakie były losy wykładowców ocenianych w ankietach wyżej od profesorów, i lepiej spełniających rolę mistrzów wobec uczniów. Warto też poznać postawy studentów i pracowników, którzy reagując na haniebne postawy profesorów występowali w obronie niżej utytułowanych, ostrzegając przy tym, że takie metody nie wprowadzą godnie nauki w Polsce w wiek XXI. I były to ostrzeżenia prorocze. Wiek XXI nastał a nauka polska progu tego wieku godnie nie zdołała przekroczyć i nie chodzi tu o małe zasoby finansowe, bo te z godnością na ogół mają mało wspólnego. Stąd mamy to co mamy. I bez fundamentalnych zmian będziemy nadal mieć, ze szkodą nie tylko dla uczelni. ale dla Polski.

Doktorzy nie mogą oceniać profesorów?

W środowisku akademickim i także w ankiecie „Arcanów (Dorota Heck), wyrażane są opinie, że źle jest, gdy młodsi oceniają starszych, studenci oceniają profesora (ankiety!), doktorzy recenzują artykuły naukowe…. To, że doktorzy nie powinni oceniać profesorów nie jest poglądem marginalnym, ale chyba niezasadnym.

Niestety nie jest tak, że każdy profesor jest mądrzejszy od doktora, bo nasz system tytularny jest bardzo niedoskonały a mógłby być udoskonalony gdyby potencjał intelektualny (także moralny) doktorów na poziomie był lepiej wykorzystany. Nawet na poziomie najwyższych ciał decydujących o tytułach kiedyś CKK, CK a obecnie RDN (Rada Doskonałości Naukowej) widać jasno, jak te gremia są niedoskonałe. Jako młody doktor stawiałem dwóje za przyswajanie sobie przez studentów podręcznikowej (nie)wiedzy profesora z CKK, gdyż oceniałem według ówczesnego stanu wiedzy a nie bezkrytycznie/konformistycznie zgodnie z produktami profesorskimi.

Jako redaktor oceniałem do druku prace profesorów, co było źle widziane (bo niby jak doktor może poprawiać/pouczać profesora), jako doktor oceniałem prace dyplomowe prowadzone przez profesorów wykrywając bez trudu nawet niewielkie plagiaty przez profesorów nie zauważane itp. Rzecz jasna, po takich ‘wyczynach” od recenzowania prac magisterskich prowadzonych przez profesorów zostałem odsunięty, z redakcji również, a tym bardziej z prowadzenia prac dyplomowych, które na moje nieszczęście swym poziomem znacznie przewyższały prace dyplomowe prowadzone przez profesorów i stanowiły bazę do dalszego rozwoju naukowego moich wychowanków na poziomie międzynarodowym. Takich nasz system nie toleruje! i są tego skutki. Nawet członkowie RDN podsuwają Prezydentowi RP do nominacji kandydatów na profesorów parających się plagiatowaniem a i sami członkowie RDN, czasem dalecy od doskonałości, rekwirują na swoje konto intelektualne dobra doktorów niechcianych w systemie.

W naszym systemie mamy wręcz deficyt ocen profesorów dokonywanych przez doktorów W innych krajach o wyższym poziomie nauki, doktorzy (także polscy!) mogą recenzować prace naukowe w zagranicznych czasopismach i w gremiach międzynarodowych oceniać dorobek naukowy kandydatów do kierowania zespołami naukowymi (jakby odpowiednik naszej habilitacji). Rzecz jasna w polskim systemie dla takich nie ma miejsca. To jest temat na szeroki audyt, ale nawet na osobistym przykładzie widać konieczność oceniania profesorów przez doktorów, aby poziom nauki w Polsce się podniósł. Rzecz jasna przez doktorów nonkonformistycznych, którzy nie abdykowali z prawdy na rzecz formalnej kariery naukowej, ale ta w takim przypadku jest niemożliwa/trudna do zrealizowania. Także aby opierać gospodarkę na rzetelnej wiedzy, trzeba brać po uwagę wiedzę i osiągnięcia realne doktorów, pomijając wcale nie tak rzadkie niedorzeczności profesorów.

System niereformowalny?

Po dotychczasowych próbach reform pojawiają się wątpliwości czy nasz system akademicki jest reformowalny, co zresztą podniosłem na początku tego wieku w tekście w Rzeczpospolitej (System zamknięty i niereformowalny- 29 października 2002)

 Podobne wątpliwości nasuwały się kilka laty później w ramach działalności Niezależnego Forum Akademickiego (https://nfawww.wordpress.com/category/akcje-nfa/) otwartego na polską diasporę naukową realizującą się w dobrych zagranicznych jednostkach naukowych. Nasi „zagraniczni” akademicy wykazywali zainteresowanie zmianami- i to głębokimi – systemu, gdyż z powodu jego niewydolności znaleźli się poza granicami kraju i nie mieli do czego wracać. „Krajowi” naukowcy, szczególnie ci na etatach, byli bardziej wstrzemięźliwi, jakby bardziej zainteresowani zachowaniem status quo. W pracach nad fatalną jak się okazuje (i jak przypuszczano – np. Józef Wieczorek Konstytucja dla Nauki Nowe Państwo nr 10/2017) reformą Gowina nie było ani jednego zespołu z polskiej diaspory naukowej, który by opracował swój punkt widzenia na naprawę systemu.

Czy polski system akademicki jest możliwy do zreformowania w układzie w niemałym stopniu zamkniętym? To wątpliwe, tym bardziej, że potrzebna by była wola polityczna a tej na fundamentalne zmiany brak, bo takie by się przełożyły na protesty obecnego środowiska akademickiego i spadek głosów poparcia dla rządzących, niezależnie od opcji politycznej.

—————————————-

Józef Wieczorek – doktor nauk geologicznych, absolwent UW, b. wykładowca geologii na UJ, pozbawiony warsztatu pracy naukowej w wyniku politycznych czystek w czasach „jaruzelskich”, b. redaktor Annales Societatis Geologorum Poloniae, autor ponad 100 publikacji z dziedziny geologii, założyciel i prezes Niezależnego Forum Akademickiego (2005-2013), redaktor kilku stron internetowych o tematyce akademickiej (m.in. Lustracja i weryfikacja naukowców PRL, Mobbing akademicki), autor setek artykułów „akademickich” ( m.in.  na Blogu akademickiego nonkonformisty, w: Kurier Wnet, Gazeta Polska., Nowe Państwo i in.) i kilku książek m.in. Drogi i bezdroża nauki w Polsce, Etyka i patologie środowiska akademickiego, Plagi akademickie, Trąd w pałacu nauki.

Tekst opublikowany w dwumiesięczniku „Arcana” nr. 165

Gdzie się podziali nasi giganci?

Gdzie się podziali nasi giganci?

Od ponad roku w ramach projektu „Giganci nauki” Instytut Pamięci Narodowej promuje osiągnięcia nauki i techniki naszych wielkich uczonych i wynalazców, którzy niemal nie byli obecni w przestrzeni publicznej i w pamięci Polaków cierpiących w III RP na deficyt elit.

Bez wsparcia gigantów nauki trudno osiągnąć należyte miejsce w Europie. Dlatego go nie osiągaliśmy. A mieliśmy prawdziwych gigantów w okresie II RP, z których niektórzy przetrwali jeszcze w PRL. IPN pokazuje ich sylwetki na stronie internetowej: https://ipn.gov.pl/ pl/giganci-nauki-pl, w kalendarzach i na wystawach. Chwała za to IPN, bo każdy Polak winien wiedzieć o nich i zadawać sobie pytanie: dlaczego ich następców obecnie brakuje?

Z tych gigantów nagrodą Nobla (i to podwójnie) została uhonorowana tylko Maria Skłodowska-Curie, ale kilku innych mogło taką albo porównywalne nagrody otrzymać. Niestety nie dostało ich, bo na przykład nominacje dla Rudolfa Weigla czy Ludwika Hirschfelda blokowali komuniści, Jana Czochralskiego nawet wsadzili do więzienia, a „koledzy” po wojnie nie wpuścili na Politechnikę Warszawską. Mimo że był znany na świecie, przez lata nie był znany w Polsce. Ilu takich potencjalnych gigantów straciliśmy w Polsce Ludowej, a także w kontynuującej w niemałym stopniu jej tradycje III RP?

Czy ci przedwojenni mieliby szanse na wykorzystanie swojego potencjału intelektualnego na polskich uczelniach, w końcu bez porównania lepiej finansowanych od tych przedwojennych? Wielu z owych gigantów mogło pracować w innych krajach, w znakomitych laboratoriach, na dużo lepszych warunkach finansowych, a jednak wybierali Polskę. A co słyszymy obecnie w przestrzeni publicznej ze strony akademików, którym daleko do tych gigantów? Dajcie nam pieniądze, i to wielokrotnie większe niż te, jakie otrzymują ci, którzy nie posiadają tytułów. Jak dostaniemy więcej, to Noble same przyjdą!

A co ma Polska, szary obywatel, z tych roszczeniowych, utytułowanych akademików? Niewiele albo i nic. Ani prestiżu w świecie, ani korzyści gospodarczej, ani intelektualnej, ani moralnej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 11 maja 2022 r.

Kopernik w grobie się przewraca

Kopernik w grobie się przewraca

W 2023 r. przypada 550 rocznica urodzin i zarazem 480 rocznica śmierci Mikołaja Kopernika, uważanego za największego z polskich uczonych, mimo że swoją karierę akademicką zaczynał jeszcze w czasach średniowiecza – zdaniem wielu akademików w okresie zacofania i ciemności.

Obawa przed powrotem do czasów Kopernika Współcześni utytułowani, którym daleko do poziomu Kopernika, nieraz protestują przeciwko poczynaniom polskiego rządu, będącego podobno na drodze powrotu do tych rzekomo mrocznych czasów. Taką scenę udokumentowałem w ubiegłym roku przed Collegium Novum UJ, gdzie mając za plecami posąg Mikołaja Kopernika, współcześni ludzie, podobno nauki (z tytułami profesorskimi), prezentowali swoje oburzenie polityką akademicką polskiego rządu.

Fakt, że do tej polityki można mieć wiele zastrzeżeń i trzeba je rządowi przedstawiać, aby ten podążał we właściwym kierunku, ale obawa przed powrotem do czasów Mikołaja Kopernika musi budzić konsternację. Przecież o takim studencie jak Kopernik polskie uczelnie winny marzyć, jak również o przywróceniu krakowskiej wszechnicy takiego poziomu (w relacjach do uczelni zagranicznych), jaki wówczas prezentowała. Niestety w takim kierunku nie idzie rozwój polskiej domeny akademickiej, w praktyce niereformowalnej. To właśnie polski świat akademicki – przez lata negatywnie selekcjonowany – najsilniej hamuje rozwój nauki, torpedując/unieważniając wszelkie ruchy naprawcze, tak rządowe, jak i pozarządowe.

Na naprawę systemu ma tylko jednio remedium – o czym cały świat akademicki mówi jednym głosem: dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy. Przed lustracją, projektami antynepotycznymi, ograniczeniem destrukcyjnych patologii, zmianami systemu tytularnego, demokratyczna większość broniła się z sukcesami. O rozlicznych plagach akademickich nie ma zamiaru dyskutować merytorycznie. Na wszystkie bolączki większość beneficjentów patologicznego od lat systemu postuluje tylko jedno lekarstwo – pieniądze.

Kopernik, oprócz astronomii, zajmował się finansami i jest współodkrywcą znanego prawa (prawo Kopernika-Greshama): gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Gorsi naukowcy wypierają lepszych

Gdyby Kopernik żył w dzisiejszych czasach, zapewne by wykrył jeszcze jedno prawo, że gorsi naukowcy wypierają lepszych, przynajmniej w polskiej domenie akademickiej, i stąd mamy coś, co można nazwać „rozwojem wstecznym”, bo mimo wzrostu ilościowego naukowców i uczelni z nazwy wyższych, mamy stagnację, a nawet regres.

Kolejne rządy usiłowały – fakt, że nieudolnie – ten stan rzeczy zmienić, ale świat akademicki walczy o to, aby wszystko pozostało po staremu, z wyjątkiem uposażeń ustalanych w relacji do stopni i tytułów, a nie faktycznej wartości pracy. I to ma podobno pozytywnie działać w niezmienianych warunkach autonomicznego wypierania lepszych naukowców przez gorszych.

Takiej mocy jeszcze żaden polski rząd nie miał i chyba już zrezygnowano z głębokich reform systemowych, z obawy, aby nie doszło do obalenia rządu. W końcu domena akademicka to jest nader potężna siła, bo niemal połowa młodego, głosującego społeczeństwa funkcjonuje na uczelniach, a ponadto mamy ogromne rzesze akademików formujących/formatujących elity nie tylko akademickie, ale i polityczne, ekonomiczne, prawne… Stąd reformy nie dotykają istoty akademickiej rzeczy, nie naruszają zbytnio bronionego status quo, a ogrom tworzonych przepisów nie przekłada się na pozytywne zmiany. Bo nie mogą one nastąpić bez zmiany fundamentów, na których domena jest posadowiona. A jak wiadomo, jest posadowiona na zgniłych fundamentach z okresu komunistycznego, które wadliwej konstrukcji nie są w stanie utrzymać. Uczelnie z czasów Kopernika, tak polskie, jak i włoskie, na których studiował, oparte były na fundamencie prawdy, gdy współczesne uniwersytety z prawdy stopniowo abdykowały, więc nie ma się co dziwić, że w czasach post-prawdy chylą się ku upadkowi.

Świat akademicki heroicznie bronił się też przed poznaniem prawdy o swej historii, co zaznaczyło się protestami przeciwko lustracji i stosowaniem różnych forteli (w tej materii wynalazczość/innowacyjność akademicka była imponująca), aby czasem prawda nie wyszła na światło dzienne. Ze swej historii wymazywano okres komunizmu, przewodnią siłę narodu, stan wojenny, polityczne czystki akademickie epoki Jaruzelskiej… Zasadnicze dla reformowania systemu pytanie, które od lat stawiam („Kurier WNET”, październik 2021 r.): skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – pozostaje bez odpowiedzi.

 Reformowanie domeny akademickiej tak, aby obecnym kadrom (niewiadomego pochodzenia?) było lepiej, nie zważając na ich zdolności do rozwoju nauki, nie jest najlepszym pomysłem. Taki Stefan Banach, jeden z naszych nielicznych światowych uczonych, w takim systemie nie miałby żadnych szans, byłby miernotą! W tym systemie długotrwałej, negatywnej selekcji kadr gorsi uczeni wypierają lepszych, nie mają konkurencji i sami się nawzajem awansują, „utytuławiają” wzdłuż, wszerz, a nawet w poprzek. I tak to funkcjonuje na poziomie instytucjonalnym, stąd jakakolwiek próba powołania konkurencyjnej instytucji spotyka się – bez zdziwienia – z nonkonformistyczną postawą, na ogół konformistycznego, bo tak selekcjonowanego, świata akademickiego.

Akademickie NIE dla Akademii Kopernikańskiej

Aby przypomnieć o  pozytywnych aspektach czasów „zacofania”, o wkładzie Kopernika do nauki, na okoliczność jego rocznic rząd podjął próbę utworzenia Akademii Kopernikańskiej, aby ta służyła wzmocnieniu polskiej kadry akademickiej, zwiększeniu jej konkurencyjności i rozwijaniu współpracy międzynarodowej, w założeniu nawiązywała do standardów światowych. Jej podstawowym zadaniem ma być realizacja Narodowego Programu Kopernikańskiego, który ma wzmocnić więzi polskich naukowców oraz silniej włączyć zagranicznych badaczy we współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi.

 Łatwiej to zadeklarować, gorzej zrealizować, ale inicjatywa jest godna uwagi i może przynieść wartość dodaną, choć systemu akademickiego nie zmienia. Środowisko, bacznie obserwujące wszelkie poczynania rządu naruszające obecne status quo, zatrwożone możliwością powołania konkurencyjnej instytucji, zareagowało alergicznie i oznajmiło niemal jednogłośnie: NIE dla Akademii Kopernikańskiej.

Protestują zarówno gremia rektorskie KRASP, RGSW, uczelnie, jak i PAN, Warszawskie Towarzystwo Naukowe, Akademia Młodych Uczonych, ale i związki zawodowe, niezależnie od swych orientacji politycznych. Szczególnie wyraziście reaguje PAN, uznając program kopernikański za zagrożenie dla niezależności polskiej nauki i dalszego istnienia Polskiej Akademii Nauk

W sprawach utrzymania status quo i w sprawach finansowych te gremia mówią jednym głosem! Protest jest silny, tak jak silna jest obawa o konkurencję, o własne interesy, w szczególności o ilość pieniędzy, które winny trafiać do obecnych beneficjentów systemu, a nie do jakichś nowych tworów. Wcześniej środowisko broniło się zdecydowanie przed powstaniem Akademii Zamojskiej nawiązującej do uczelni powołanej pod koniec XVI w. przez hetmana Zamojskiego, kiedy krakowska wszechnica chyliła się ku upadkowi. I w tych czasach w obawie przed konkurencją krakowska wszechnica walczyła, aby konkurencyjny uniwersytet nie powstał w Poznaniu. Środowisko lewicowo-liberalne krytykowało nie tak dawno powołanie konserwatywnego Collegium Intermarium jako platformy współpracy między akademikami państw regionu Międzymorza. Najbardziej przestraszyła się Polska Akademia Nauk, uznając to za zamach na swoje istnienie. Wcześniej przestrzegano przed powołaniem Sieci Badawczej Łukasiewicz, której powstanie podobno miało zdewastować system instytutów badawczych. Te, jak wynika z raportów NIK (Instytuty badawcze czy agencje nieruchomości?, „Kurier WNET”, lipiec 2019 r.), w niemałym stopniu utrzymują się z wynajmu nieruchomości, a w mniejszym – czasem znikomym – z pracy badawczej, więc przestrach był uzasadniony.

Natomiast środowisko z radością reaguje na wzrost swojego prestiżu – w niezbyt zorientowanym w tej materii społeczeństwie – poprzez zmiany nazw uczelni: z wyższych szkół na akademie czy politechniki, a akademii na uniwersytety. Nazwy ulegają zmianie, regionalny, pozorny prestiż rośnie, poziom uczelni zachowuje status quo lub spada, stąd te uczelnie z trudem są wykrywane w rankingach uczelni światowych, a zwykle tam ich brak. Rośnie, co prawda, ilość utytułowanej kadry, z czym uczelnie radzą sobie znakomicie, autonomicznie, wsobnie, ale nie ma to przełożenia na wzrost poziomu nauki i edukacji. Nigdzie tej sztuki, takiego rozwoju nie zdołano tak znakomicie opanować jak u nas

Wpuszczanie prezydenta w maliny?

Protesty środowiska akademickiego się nasiliły, gdy 2 marca 2022 r. prezydent Andrzej Duda skierował do Sejmu, w ramach inicjatywy ustawodawczej, projekt ustawy zakładający powołanie Akademii Kopernikańskiej. Prominentni akademicy ostrzegają, że prezydenta wpuszczono w maliny i namawiają, aby się z nich wydostał. Chyba bezskutecznie. Na łamach „Gazety Prawnej” (GP) prof. Jerzy Langer, prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – lidera tych antykopernikańskich protestów – argumentował, że „nauki nie budują instytucje, tylko ludzie”, z czym się zgadzam, bo takie są i moje doświadczenia.

Choć instytucje akademickie mnie wypędziły, ja z działalności naukowej, a nawet z działalności na rzecz naprawienia systemu nauki w Polsce nie zrezygnowałem. Rzecz w tym, że instytucje z nazwy naukowe, nawet jak działają na szkodę nauki, finansuje się, i to z kieszeni podatnika, a mnie nie! Byłem kiedyś w PAN, która szczególnie mocno obawia się powołania Akademii Kopernikańskiej. Tam w latach 90. prowadzono intensywne „badania” nad pasjansami przy użyciu komputerów, do których ja, wyklęty już w wcześniej z krakowskiej wszechnicy, nie miałem dostępu. Fakt, że nie miałem kwalifikacji w domenie pasjansów (nigdy nie ułożyłem w komputerze pasjansa!), ale jest też faktem, że do tej pory nie ujawniono (choć się tego domagałem), jakie były wyniki – ważne, jak sądzę, społecznie– „badań” tych pasjansów.

Nie mam wątpliwości, że w taki sposób gorszy element w instytucjach naukowych wypierał lepszy, tak jak to ma miejsce z pieniądzem w teorii Kopernika. Wyparty z instytucji naukowych, coś w nauce nadal robię, mimo braku finansowania z kieszeni podatnika, a powołanie Akademii Kopernikańskiej, choć mi zapewne nie pomoże, sądzę, że i nie zaszkodzi, gdy finansowane z budżetu instytucje od pasjansów itp. drżą w obawie przed zmniejszeniem strumienia pieniędzy na ich funkcjonowanie Pan profesor w GP jakże słusznie stwierdza: „Nie da się zadekretować, zwłaszcza w nauce, jakości, prestiżu, szacunku – wynikają one z jakości pracy zweryfikowanej przez innych naukowców”. Tak właśnie jest, tyle że nie wymienił tych „innych”, którzy weryfikują prawo pozostałych do posiadania prestiżu i szacunku. Widać ta kontrola jakości bardzo szwankuje, skoro wśród zweryfikowanych pozytywnie naukowców mamy tylu negatywnie wpływających na poziom naszego życia naukowego. Tytułami (w dodatku wsobnie nadawanymi) nie da się zadekretować w nauce jakości, prestiżu, stąd prestiż profesora spada na łeb, na szyję i w rankingach prestiżu zawodowego nie tylko bardzo pożyteczni społecznie strażacy go wyprzedzają (Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora?, „Kurier WNET” nr 73/2020).

Profesor objaśnia: „Środowisko akademickie nie toleruje wskazywania palcem (niezbyt kompetentnym), kto jest lepszy”, ale nie przyznaje, że to środowisko nie tylko toleruje, ale wręcz hołubi tych, którzy niezbyt kompetentnym lub wręcz bardzo niekompetentnym palcem wskazywali jako najlepszych z najlepszych samych swoich, których nieraz nieudane/czasem niedorzeczne produkty trzeba wrzucać do kosza, aby społecznie nie szkodziły. Nie wiadomo, skąd pan profesor czerpał wiedzę historyczną, ostrzegając przed tworzeniem Akademii Kopernikańskiej: „To przypomina najczarniejsze czasy stalinizmu, kiedy pomijano takie dyscypliny jak socjologia czy genetyka, uważając je za zbrodnicze”. Przecież to właśnie nowa genetyka, wynoszona na piedestały w czasach stalinowskich, święciła wielkie pseudonaukowe tryumfy (sam Trofim Łysenko!; jego przeciwnicy byli wykluczani z naukowego systemu, a nawet przenoszeni na tamten świat), a socjologów delegowano do formowania nowego, socjalistycznego człowieka, co niestety im się w niemałym stopniu udało. Dalej na łamach GP profesor przestrzega przed naśladowaniem Sieci Łukasiewicza, bo ta podobno powstała „bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej, wyrzucając niepokornych dyrektorów”. Dobrze byłoby poznać dokładnie historię tworzenia tej sieci i skonfrontować ją z tworzeniem pajęczyny akademickiej w III RP (Świat akademicki budzi się po »reformie Gowina«, „Kurier WNET” nr 52/2018), powstałej po zweryfikowaniu, wyrzuceniu z systemu – bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej – niewygodnych dla przewodniej siły narodu.

Niestety historia tego naukowego barbarzyństwa, tej antykultury unieważniania naukowego/kasowania/ wymazywania do tej pory nie została należycie poznana, a przed jej poznaniem środowisko naukowe broni się nie mniej heroicznie niż przed powstaniem Akademii Kopernikańskiej. Środowisko wymaga pomocy i wsparcia Prof. Langer martwi się o kadry i pieniądze dla Akademii, traktuje projekt jako „bardziej śmieszny niż straszny”, całkowicie niegroźny, ale jednocześnie uważa, że jest to ewidentna próba generowania kolejnego konfliktu i podziałów środowiska akademickiego, które wymaga pomocy i wsparcia. Czyli jednak groźny! Środowisko bez wątpienia wymaga pomocy, bo od lat jest w niemocy i autonomicznie nie może funkcjonować jak należy i – co gorsza – nie potrafi i nie chce się z tej niemocy wydostać. Dlatego potrzebna jest pomoc z zewnątrz.

Ale w swej schizofrenicznej postawie środowisko uważa się za tak autonomiczne (poza sferą finansowania), że na każdą ingerencję, pomoc z zewnątrz reaguje alergicznie. Nieraz oferowałem wsparcie – osobowe, naukowe, edukacyjne, organizacyjne i materialne (zbiory naukowe, biblioteczne). Nic z tego. Środowisko jest zamknięte, otwiera się tylko na samych siebie – samych swoich. Zdumiewające, że profesorowi obecny stan rzeczy kojarzy się z marcem ´68, ale nie objaśnia, skąd takie omamy. Widać, że jak chyba większość środowiska, jest negatywnie nastawiony do obecnej władzy i każdy jej zamiar budzi jego sprzeciw. Podobno ta władza ma skłonność do centralizacji instytucji, lokowania „swoich” na wysokopłatnych stanowiskach oraz zajmuje się dystrybucją środków „po uważaniu”. Tak było w PRL i w tej materii niewiele się zmieniło, dlatego domena akademicka funkcjonuje zdominowana przez zwycięzców ustawianych na nich konkursów na etaty.

Ale to nie ta władza ten system wymyśliła, lecz go odziedziczyła i nie zdołała zmienić, bo opór jego beneficjentów przeciwko wszelkim zmianom jest wielki. Profesor zasadnie stwierdza: „Oczywiście w nauce, jak wszędzie, są osoby łase na stanowiska, apanaże i formalne wyrazy uznania”, tyle że wykazuje się zarazem kiepską znajomością środowiska, skoro twierdzi, że to jest margines, a nie zdecydowana, demokratyczna większość. Na to wskazuje analiza plag akademickich, o których ani większość, ani zdrowszy margines nie podejmuje merytorycznej dyskusji. Profesor wskazuje, że młode kadry naukowe są niszczone rzekomo przez ten margines, gdy tymczasem jest to sprawa systemowa, trwająca od lat, stąd skutki są tak dotkliwe. Gdyby to było dzieło marginesu, można by go zlikwidować, ale demokratyczna większość etatowej społeczności jest autonomicznie za takim właśnie stanem rzeczy.

Negatywna selekcja kadr ma długie tradycje i znakomite ulokowanie, stąd takie negatywne sukcesy.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca

 Jeśli będzie dalej tak, jak jest, to lepiej nie będzie. Projekt Akademii nie zmienia systemu, zapewne nie jest bez wad, ale może stanowić wartość dodaną i sam fakt, że narusza spokój stabilnego swoimi patologiami i brakiem konkurencji środowiska, świadczy o nim pozytywnie. Ale reakcja jest jednoznaczna: „Na taki projekt ani nie ten czas, ani miejsce, ani ten styl. Ani kroku dalej”.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca na taką antykopernikańską postawę polskiego środowiska akademickiego, które nie idzie śladami swojego wielkiego poprzednika i nawet nie chce wracać do standardów epoki, w której dopiero co powstające uniwersytety miały za zadanie poszukiwanie prawdy, gdy demokratyczna większość, a nie tylko margines obecnego środowiska, z tego abdykuje. Pan profesor, zdaje się, jest przekonany, że w swych argumentach antykopernikańskich ma 100% racji, zapominając, że jeszcze nie tak dawno (internetowa dyskusja ze mną przed kilkunastu laty) był zwolennikiem poglądu starego Żyda z Podkarpacia: „Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak” (Cz. Miłosz, Zniewolony umysł). Może i dla niego byłoby korzystne, aby przyznał jakiś procent racji projektowi Akademii Kopernikańskiej.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET , maj 2022 r.