Stwórzmy „ Czarną księgę komunizmu” w polskiej nauce

Stwórzmy „ Czarną księgę komunizmu” w polskiej nauce

W inspirującym „Wywiadzie z chuliganem” prowadzonym przez red. Piotra Lisiewicza 19 września 2022 r. (odc. Nr 183) profesor historii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu Witold Tyborowski podkreślił podobieństwa bojkotu podręcznika „Historia i Teraźniejszość” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego i „Czarnej Księgi Komunizmu” (red. Stéphane Courtois).
Od czasu ogłoszonego w mediach upadku komunizmu co pewien czas nasila się bojkot dzieł i ich autorów oraz rozmaitych akcji na rzecz ujawnienia prawdziwej twarzy komunizmu. Nie bez powodu beneficjenci i spadkobiercy tej dewastującej świat idei się tego obawiają, gdyż sporo zarzutów jest kierowanych pod ich adresem”.

Akademicki bojkot Czarnej Księgi Komunizmu

Profesor Tyborowski był organizatorem wykładu Stephane Courtois (dostępny w internecie) .w Poznaniu w 2017 r. i podaje, że zjawiło się na nim jedynie kilku profesorów historii. Kontrastuje to z dużym zainteresowaniem CKK w debatach intelektualnych środowisk zachodniej Europy. Jeszcze wyraźniejszy akademicki bojkot miał miejsce niemal 20 lat wcześniej (16 maja 1999 r.) kiedy spotkanie z autorami „CKK” (Stephen Courtois i Jean Luis Panne) odbyło się w murach Collegium Novum UJ (niestety nagrania nie ma, bo wówczas nie byłem jeszcze dokumentalistą). Nie zauważyłem na spotkaniu obecności profesorów historii najstarszej polskiej uczelni. Był jednak licealny profesor historii Marek Eminowicz. Zdumiewające, nieprawdaż?

Przecież nośnikiem komunizmu były w niemałym stopniu środowiska intelektualne, w tym znakomici uczeni. A tu niemal całkowity brak zainteresowania dokonaniami swojego środowiska. Aby bojkot „CKK” przez przemilczenie nie do końca był skuteczny, zainspirowany spotkaniem i obszerną książką, zacząłem walczyć o opracowanie w Polsce czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji, zdając sobie sprawę, że te idee silnie zagnieździły się w środowiskach akademickich, a wieloletnia edukacja krzewiąca marksistowski pogląd na świat na długie lata pozostawia ślady w serach i umysłach kolejnych pokoleń. Złożyłem nawet projekt badawczy na ten temat, oceniony pozytywnie przez ówczesny KBN, ale nie mógł być zrealizowany, bo ja jako jednostka szkodliwa dla komunistycznego systemu, także po jego medialnym upadku, byłem jednostką badawczą, ale tylko jednoosobową, pozauczelnianą, bez księgowego. Przez Polską Akademię Umiejętności, reaktywowaną w czasach transformacji przy udziale przewodniej siły narodu, projekt został odrzucony, aby (jak argumentowano) na coś takiego osobistego, o małej nośności naukowej, nie przeznaczać publicznych pieniędzy.
Fakt, że realizacja takiego projektu mogłaby znieść wielu uczonych z piedestałów. Poczynania przewodniej siły narodu, która tak mocno opanowała domenę akademicką, musiałyby się znaleźć na poczesnym miejscu w takim projekcie. Co więcej, sekretarz PAU był redaktorem naukowym wydanego ze środków publicznych dzieła ”Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”, w którym istnienie komunizmu zostało unieważnione! Nie ma w nim takiego słowa jak komunizm, więc niby jak można było akceptować opracowanie jakiejś mutacji „Czarnej Księgi Komunizmu”. O wycofanie tego dzieła z obiegu edukacyjnego walczyłem przez lata i to merytorycznie, ale niemal nikomu z historyków, a nawet opozycjonistów antykomunistycznych, brak w nim komunizmu (też PZPR czy stanu wojennego) jakoś nie przeszkadza, choć taki stan rzeczy oznaczałby ich anihilację (nie było komunizmu, to i opozycji antykomunistycznej nie mogło przecież być!). Chyba tylko mnie i prof. Terleckiego to uwiera, ale nawet IPN nie zdecydował się na realizację takiego projektu, choć Prezes IPN w jednym z wywiadów powiedział: „Trądem w sposób szczególny były dotknięte szkoły wyższe”. Problem w tym, że trąd ten nadal panuje w pałacu nauki i edukacji (Trąd w Pałacu Nauki-Józef Wieczorek, 2022), a nawet wydostał się poza jego mury.
Pytania kierowane do władz UJ: jak to było możliwe, że na Uniwersytecie Jagiellońskim rzekomo nie było komunizmu ani stanu wojennego, choć te jak wiadomo były wprowadzone na terytorium całego kraju (ale nie zostały wprowadzone do treści „Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego”)-nie doczekały się odpowiedzi. Bojkot moich usiłowań – całkowity. Widocznie niektórym historykom nie chodzi o ujawnienie prawdy o historii, tylko o jej zaciemnienie. Wiedzą, co gremia akademickie robiły w ciemnych okresach naszej najnowszej historii i nie bez przyczyny je unieważniają, heroicznie wręcz broniąc innym dostępu do archiwów uczelnianych.

Abdykacja uniwersytetów z poszukiwania prawdy

Tym samym wiedza o funkcjonowaniu domeny akademickiej w systemie komunistycznym jest niezadowalająca, mimo że przewodnia siła narodu także w niej miała rolę dominującą. Bez jej przyzwolenia, poparcia, nie można było być w niej zatrudnionym ani awansowanym, a nie znamy nawet składów uczelnianych Podstawowych Organizacji Partyjnych! Czyli tak naprawdę nie wiemy kto i dlaczego decydował przez lata o kadrach akademickich funkcjonujących (nawet do dnia dzisiejszego) na uczelniach formując kolejne pokolenia naszych elit. O dekomunizacji domeny akademickiej (poza swoistą dekomunizacją historii uczelni i biogramów akademików) tak naprawdę nikt nie chciał słyszeć po upadku komunizmu a często wysuwano argumenty, że nie miałby kto wtedy uprawiać nauki i edukować nowe pokolenia wolnej Polski. W rezultacie te pokolenia formowane są przez beneficjentów nie do końca upadłego systemu czerwonego, podlegającego transformacji przez etap różowych kameleonów do tęczowej teraźniejszości. Jedno jest widoczne, że transformacja otworzyła szeroko wrota dla lewackiego przemarszu przez uniwersytety co dopiero ostatnio niektórzy zauważają.
Brak czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji to poważna luka w naszej wiedzy o najnowszej historii domeny akademickiej. Stąd obecne przyczyny słabości tej domeny nie są prawidłowo identyfikowane. Fundamentem komunizmu były kłamstwo i brak własności prywatnej a nauka winna się opierać na prawdzie (poszukiwanie prawdy to podstawowa powinność uniwersytetów, ludzi nauki) i poszanowaniu własności intelektualnej. Brak należytego rozpoznania fundamentów, należytej ich naprawy, abdykacja uniwersytetów z poszukiwania prawdy na rzecz zdobywania stopni i tytułów skutkuje kryzysem nauki, a kolejne, powierzchowne reformy nie przynoszą pożądanej poprawy. Co więcej nie zdekomunizowano przestrzeni akademickiej i kolejne pokolenia studentów, nauczycieli historii całe lata spędzają wśród reliktów komunizmu, w salach pamięci zasłużonych utrwalaczy systemu kłamstwa, na korytarzach uczelni, gdzie są upamiętnieni jawni, jak i tajni współpracownicy tego systemu. W domenie akademickiej odziedziczono system tytularny skonstruowany dla skutecznego formowania oportunistycznych, negatywnie selekcjonowanych kadr zabezpieczających trwanie komunizmu. Taki stan rzeczy tłumaczy bojkot „CKK” przez przemilczenie, ale milczeć o tym nie można.

Nonkonformistyczny bojkot lustracji akademickiej

Panuje niemal powszechna opinia o konformizmie kadr akademickich. Nie bez przyczyny, skoro od lat na uczelniach panują stosunki feudalne a możliwości awansu naukowego przez lata zależały od spolegliwości wobec przewodniej siły narodu. Kto chce robić karierę lepiej niech nie ujawnia poglądów naukowych odmiennych od decydentów akademickich, w gruncie rzeczy niepodlegających merytorycznej krytyce mniej utytułowanych, choć w danym temacie kompetentnych. Panuje pogląd, że profesora to może oceniać tylko inny profesor i niechby ktoś ten pogląd zakwestionował. Nonkonformiści od lat z systemu byli wykluczani, więc konformizm kadr akademickich jest oczywistością. Są jednak przykłady nonkonformizmu na co dzień konformistycznego środowiska akademickiego Taką niecodzienną okolicznością, która zmobilizowała niemałą część środowiska akademickiego do odważnego, nagłaśnianego protestu, była ustawa lustracyjna, której akademicy mieli także podlegać. W końcu chodziło o poznanie historii środowiska, o ujawnienie kolaboracji z systemem kłamstwa przez osoby na ogół przysięgające służenie prawdzie. Kłamcy lustracyjni z domeny akademickiej winni być wykluczeni, ale to większości się nie podobało, co niejako wskazuje na zakres kolaboracji z systemem komunistycznym i akceptację tego procederu. Ileż to forteli wymyślano, aby czasem prawda nie ujrzała światła dziennego, jakich argumentów używano w obronie rzekomo naruszanych ustawą praw obywatelskich, dóbr osobistych, dóbr nabytych w ramach kolaboracji, których beneficjenci mogą być nieludzko, bezprawnie pozbawieni. Zarzucano władzy naruszanie autonomii środowiska akademickiego, taktownie nie podnosząc, że chodziło co najwyżej o autonomię do zachowań niegodnych, bardzo przydatnych przez lata w karierach akademickich. Te protesty jasno pokazały poziom degradacji sporej części środowiska akademickiego zorientowanego (a)moralnie na urządzenie się w zniewalającym systemie komunistycznym. Swojej twarzy środowisko nie chciało pokazać, ale -rzecz jasna – chcąc nadal pozostawać w roli elity intelektualnej i moralnej. Tych, którzy takie postępowanie kontestowali, obrzucano obelgami, określano mianem hunwejbinów, nurzających się w szambie. Ci, którzy nie zhańbili się zajrzeniem nawet do teczek IPN występowali w przestrzeni publicznej w roli ekspertów od lustracji. Jako teoretycy prawdy – o czym informują ich biogramy naukowe – praktykowaniem prawdy nie zamierzali i nie zamierzają się trudnić. Takie mamy elity akademickie wynoszone na piedestały, aprobowane przez demokratyczną większość.
Ostatecznie lustracja jest jednak przeprowadzana i trudno jest obejmować stanowiska kierownicze tym, którzy w sposób tajny kolaborowali i do tego nie chcieli się przyznać.
Nie spowodowało to pozytywnego oczyszczania środowiska, bo lustracja jest ograniczona, a dekomunizacji brak, choć wiadomo, że głowę systemu stanowiła partia, a SB tylko jej narzędzie. Taki stan rzeczy jasno prowadzi do ideologicznego bojkotu prób edukacji młodego pokolenia w zakresie najnowszej historii.

Ideologiczny bojkot Historii i Teraźniejszości

Przez lata narzekano, że młode pokolenia nie znają najnowszej historii Polski, bo nie ma czasu, aby jej w szkole uczyć. 10 lat temu organizowano nawet głodówki, aby zwrócić uwagę na tę kwestię. Ostatecznie postanowiono wprowadzić do szkół ponadpodstawowych przedmiot Historia i teraźniejszość z nadzieją, że ta luka zostanie wypełniona a młodzi w końcu się zorientują skąd się wziął taki świat, w którym przychodzi im żyć. Jakoś chyba nie brano pod uwagę, że nauczyciele historii nie do końca są przygotowani do prowadzenia takiego przedmiotu na poziomie, bo przecież na uczelniach byli formowani w atmosferze bojkotu poznawania prawdziwej historii najnowszej. Ale docelowo pomysł był dobry i jest nadzieja, że stopniowo młode pokolenia będą miały szansę na otrzymanie niezbędnej wiedzy o niedawnej przeszłości. Niestety już na samym wstępie pomysł takiego przedmiotu został surowo oceniony przez historyków, także z PAN, jako niepotrzebny w edukacji. Widocznie tacy eksperci uważają, że byłoby lepiej, aby młode pokolenia nie dowiedziały się na jakich fundamentach teraźniejszy, postępowy świat jest posadowiony.
Na ukazanie się podręcznika do tego przedmiotu w ujęciu znanego z podziemnych wydań polskiej historii profesora Wojciecha Roszkowskiego zareagowano niebywałym hejtem ideologicznym, bo widocznie hejterów nie stać na argumenty merytoryczne.
Reakcja hejtem pozamerytorvcznym jest nijako wpisana w dzisiejszy dyskurs publiczny, a metoda ta została przeniesiona z domeny akademickiej, gdzie kiedyś dominowała kultura dyskusji naukowej, ale w ramach instalacji postępu ta zamieniła się w antykulturę unieważniania (cancel culture) za pomocą ataków personalnych, nieraz brutalnych ciosów poniżej pasa, mających na celu wyeliminowanie niewygodnych dla przewodniej siły narodu, dla decydentów. W PRL atakowano zwykle po wypowiedzi (nie dopuszczać takich do referatów!), bo do wypowiedzi nawet niewygodnych czasem dochodziło, a w III RP atakuje się już przed wypowiedzią (odbieram panu głos!). Ta antykultura została zatem udoskonalona w III RP a ideologię czerwoną zastąpiono tęczową. Ideologia nadal dominuje nad nauką, gdyż lewacki marsz przez instytucje nauki i edukacji znalazł po transformacji korzystne warunki i zabezpieczenia instytucjonalne. Podręcznik w ujęciu konserwatysty, podkreślającego zagrożenie cywilizacji chrześcijańskiej, musiał wywołać reakcję niemałego już grona walczących z wszystkim, co kojarzy się z tradycyjnym systemem wartości. Jedni niszczą podręcznik, nawiązując do poczynań barbarzyńców, inni zakazują administracyjnie używania jej w szkołach, choć nie mają do tego prawa. Totalitarne metody mają swoją przeszłość, ale i teraźniejszość. Młode pokolenie winno o tym wiedzieć. Pozbawione należytej wiedzy historycznej, podatne jest na manipulacje ideologiczne, formowanie w swoistych „szkołach ciemności”, jak to określiła kiedyś Bella V. Dodd (kiedyś komunistka) demaskująca metody instalacji systemu komunistycznego w USA. Takie szkoły przetrwały jednak medialny upadek komunizmu i jeśli nie zostaną wychowane nowe pokolenia na gruncie tradycyjnych wartości, zaopatrzone w należytą wiedzę o najnowszej historii, uodpornione na manipulacje ideologiczne, nasza cywilizacja może nie przetrwać. Hejt wobec podręcznika HiT to przejaw wojny cywilizacji i nie można być wobec tego zjawiska obojętnym. Powrót do merytorycznych dyskusji zamiast hejtu i wykluczenia w debacie publicznej to konieczność w teraźniejszości.
A do przedmiotu ‘historia i teraźniejszość’ Czarna Księga Komunizmu winna być lekturą uzupełniającą.

Tekst opublikowany w miesięczniku Nowe Państwo, w listopadzie 2022 r.

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja polityczna i ekonomiczna PRL w III RP, wraz z licznymi towarzyszącymi jej patologiami, została opisana wielokrotnie, choć nie do końca dogłębnie. Gorzej jest ze znajomością przemian domeny akademickiej. Ta w wyniku II wojny światowej poniosła wielkie straty i do dziś nie zdołała się podnieść z zapaści, mimo wielu reform w ramach transformacji ustrojowej. Skończyło się na imponującym ilościowym wzroście tak uczelni z nazwy wyższych, jak i utytułowanej kadry oraz studiującej młodzieży, co na jakość nauki w Polsce się nie przełożyło. Transformacja doprowadziła też do tego, że polskie uczelnie stały się bardziej kolorowe. Obecne kadry akademickie, elity wywodzące się z domeny akademickiej, taktownie nie podejmują kłopotliwych tematów, stąd społeczeństwo (ani nawet sami członkowie domeny akademickiej) nie bardzo wie, skąd się te kadry wzięły i dlaczego tak są niewydajne. To ma wpływ na liczne, lecz raczej pozorne reformy akademickie i na utrzymujący się deficyt elit potrzebnych do rozwoju dużego, europejskiego kraju.

Dyktat czerwonej nomenklatury, czyli czerwone agencje  towarzyskie

 Po zakończeniu okupacji niemieckiej, od zarania zniewolenia komunistycznego otwierano uczelnie, które miały za zadanie formowanie nowego, socjalistycznego człowieka, dla budowy najlepszego z systemów. Rzecz jasna, wielu z tych, którzy byli uformowani w II RP i przetrwali okupację, do wychowania nowych socjalistycznych kadr się nie nadawali i byli stopniowo rugowani z uniwersytetów, a przynajmniej marginalizowani. Niektórzy kończyli w kazamatach UB.  Zastępowały ich kadry przybyłe ze wschodu z Armią Czerwoną i ci robili szybkie kariery akademickie, bo słusznych kadr brakowało. Stopniowo luka była wypełniana młodymi kadrami chowu ZMP. Otwierano też szkoły przyspieszonej edukacji czerwonych kadr, jak szkołę „prawników” niezbędnych do skazywania „wrogów ludu” i likwidacji podziemia niepodległościowego – osławiana „duraczówka” czy Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, kształcący kadry KW PZPR. Kariery akademickie robili nawet zbrodniarze komunistyczni, a na wydziałach prawa także mordercy sądowi. System akademicki oparto na czerwonej nomenklaturze tworzącej na uczelniach swoiste czerwone agencje towarzyskie – korporacje towarzyszy (POP PZPR) decydujące o wszystkim. Rekrutacja kadr nawet na niskie stanowiska, a tym bardziej awanse naukowe musiały mieć poparcie czynników partyjnych. Preferowano orientację prokomunistyczną. Nawet nie wszyscy mogli studiować, jeśli byli z rodzin „wrogów ludu” lub wracali z lasu (z podziemia antykomunistycznego). Preferowano, jeszcze w końcu PRL, nie tylko punktami za pochodzenie – słusznych klasowo. Najlepsi nawet absolwenci uczelni, ale bez działalności w organizacjach socjalistycznych, byli odrzucani przy rekrutacjach na etaty na uczelniach. Stosowano system BMW – preferowania biernych, miernych, wiernych. Ale do doktora/ adiunkta można było się w systemie akademickim prześliznąć, bo przecież ktoś musiał na przewodnią siłę narodu pracować, dostarczając swe płody intelektualne w ramach dostaw obowiązkowych dla partyjnych feudałów akademickich. Ponadto do awansów profesorskich w późniejszym PRL wymagano wychowania nie tylko magistrów, ale i doktorów. Formalnie bezpartyjni, ale pokorni wobec władzy, złomni, konformiści i oportuniści, trafiali na wyższe szczeble akademickie, a nawet obejmowali funkcje dyrektorskie/dziekańskie, szczególnie wtedy, gdy na wydziałach dwie zwalczające się kliki partyjne były w równowadze. Trzeba też mieć na uwadze, że w tym systemie, który można nazwać systemem POP-ów, bo wielu nie tylko należało do POP PZPR, ale pełnili obowiązki Polaków czy patriotów, zdarzali się także ci, którzy dla pozorów pluralizmu pełnili obowiązki bezpartyjnych i nieraz otrzymywali od władzy nominacje rektorskie. W tym nomenklaturowym systemie dominowała selekcja negatywna i awansowano kadry nie najlepsze. Nawet słabych można było awansować, przygotowując obstawę partyjną przy przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Z kolei nawet najlepszych, ale niewygodnych, można było eliminować z systemu, bo bez przyzwolenia PZPR formalnej kariery nie można było zrobić. Na szczeble tzw. kadry samodzielnej selekcjonowały KW, a nawet KC.

Można mówić o czerwonych agencjach towarzyskich, bo gremia towarzyszy tworzyły coś w rodzaju agencji od zarządzania procesami awansu akademickiego, nie zawsze odpowiednio umocowanego naukowo. Ideologia dominowała nad nauką, co siłą rzeczy musiało prowadzić do obniżania poziomu nauki, choć proces ten był stopniowy i nie bez oporów kadr pamiętających jeszcze standardy II RP. Po roku ´68 przyspieszono wymianę kadr decydenckich poprzez likwidację katedr obsadzanych jeszcze przez kadry formowane w II RP, zastępując je instytutami z dyrektorami chowu ZMP i przez awansowanie na stanowiska docentów zasłużonych dla wspierania komunistycznego reżimu w dni marcowe. Jakkolwiek czerwień nie była w przestrzeni publicznej uczelni kolorem dominującym, to jednak moc decyzyjna należała do czerwonych i jak pokazywała rzeczywistość, nieraz jeden partyjny dyrektor wystarczał do zniewolenia intelektualnego i  moralnego kilkudziesięcioosobowego instytutu. Uczelnie były ponadto oplatane siecią agentury, czyli oficerów prowadzących SB i ich dość licznych tajnych współpracowników, którzy mieli za zadanie „chronić” kadrę i obiekty akademickie przed tzw. elementem wywrotowym. To było poważne wsparcie dla zarządzania uczelniami. Mimo że środowisko akademickie masowo poparło NSZZ Solidarność – także akademiccy partyjni, których część rzuciła legitymacje partyjne po wprowadzeniu stanu wojennego, ale niekoniecznie swoje przekonania, co było widoczne tak w czasach „jaruzelskich”, jak i do dnia dzisiejszego – opór akademicki wobec stanu wojennego raczej był mizerny, a opowiadanie się kadr po stronie partyjno-„solidarnościowych” dyrektorów nie należał do rzadkości. Także opór wobec „jaruzelskich” zasad weryfikacji akademickich kadr według klucza posłuszeństwa i przydatności do socjalistycznego wychowania młodego pokolenia był słaby; co więcej, te ekscesy pozostały dziś niemal zapomniane/wymazane, a beneficjenci tych czystek politycznych za nic w świecie nie chcą poznać mechanizmów, efektów selekcji ani nawet składu anonimowych nieraz do dziś selekcjonerów. Jest natomiast wola/przyzwolenie na stosowanie wobec tego okresu antykultury kasowania i ewaporacji, po prostu unieważniania historii. Skoro w historiach uczelni można było skasować takie nieodpowiednie słowa jak ‘komunizm’, ‘PZPR’, czy ‘stan wojenny’ i protestów środowiska naukowego nie ma, to pokazuje, co zrobiono z nauką/naukowcami.Co więcej, spóźniona i tylko częściowa lustracja doprowadziła wprawdzie do ujawnienia wielu akademickich współpracowników czerwonej dyktatury, ale słabiej poznano ich osiągnięcia „ochroniarskie”. Z niektórych „historycznych” dzieł i raportów można by sądzić, że per saldo były one dla domeny akademickiej korzystne i ochroniono substancję akademicką, ale co to ma wspólnego z prawdą? Gdy do „badań” zastosuje się (nie)odpowiednią metodologię, skupiając się na beneficjentach, a pomijając ofiary tej „ochroniarskiej” działalności, to i ofiar nie będzie – nieprawdaż? Tym samym okres czerwonej dyktatury, mimo licznych badań, okryty jest mniej lub bardziej gęstą mgłą, a staje się ona szczególnie zagęszczona w okresie schyłkowym, przed tzw. upadkiem dyktatury. Nie tylko wzrasta ilość zniszczonych dokumentów tak SB, jak PZPR oraz uczelnianych (te są najtrudniej dostępne do dziś!), ale wzrasta też niechęć etatowych badaczy (beneficjentów „upadku” czerwonej dyktatury) do poznania prawdy o tym czasie. O osiągnięciach „przewodniej siły narodu” na odcinku akademickim niemal nic nie wiadomo na podstawie dokumentów i świadków historii. I nie ma woli poznania strat akademickich okresu komunistycznego. A były one, jeśli chodzi o wyeliminowanie z domeny akademickiej znakomitych czy będących na drodze do znakomitości naukowej – ogromne. Zarówno tych, którzy ocaleli przed zagładą podczas okupacji niemieckiej, jak i tych, którzy weszli (niestety jedynie okresowo) do domeny akademickiej już po wojnie. Nie jest także znana skala niszczenia warsztatów pracy, zbiorów naukowych – a trzeba mieć na uwadze, że niszczono także te, które zostały ocalone przed okupantami niemieckimi. Gromadzone przez pasjonatów nauki z ogromnym wysiłkiem – także finansowym – księgozbiory (również literatury zagranicznej), które służyły w domenie akademickiej, po wypędzeniu niewygodnych ulegały zniszczeniu. Kasowano nauczycieli i wszelkie ślady po nich. Etatowi historycy, nawet w wolnej Polsce, takich tematów nie podejmują; są w oficjalnej domenie akademickiej unieważniane. Dostęp do archiwów akademickich z okresu czerwonej dyktatury jest ograniczony (lub go brak), aby skala ich ekscesów nigdy nie została poznana, podobnie jak ich autorzy. Nie ma też woli korzystania ze znajomości tematu przez świadków historii. Np. projekt „Pamięć Uniwersytetu” prowadzony przez UJ jest tak realizowany, że niewygodne relacje nie mogą ujrzeć światła dziennego. Zakłamywanie historii, szczególnie tej najnowszej, utrwala jedynie niepamięć uniwersytetu o prawdziwym obrazie czerwonej dyktatury w domenie akademickiej.

Dominacja różowych kameleonów

Z transformacją PRL w III RP, czy raczej w PRL-bis, symbolicznie kojarzy się wyprowadzenie sztandaru PZPR – czerwonej nomenklatury. Jednak nie doszło do zerwania ciągłości prawnej z PRL, a i ciągłość personalna nie jest naruszona. Przed transformacją wyeliminowano tych, którzy by taką ciągłość mogli naruszać i zakłócać pokojowe przejście od czerwonej dyktatury do dominacji różowych kameleonów. Bo „czerwoni”, dokonując kamuflażu na przejściu do III RP, przybrali barwy różowe, aby nie raziły zdezorientowanego społeczeństwa. PZPR formalnie zniknęła z przestrzeni publicznej, ale jej byli członkowie, wtapiając się w otoczenie jak kameleony, nadal zajmowali wysokie stanowiska decyzyjne – i tak jest do dziś. Nomenklatura akademicka doskonale zabezpieczyła sobie siedliska w domenie akademickiej poprzez zakładanie rozlicznych uczelni niepublicznych i rozwój wieloetatowości. Rzekomy sukces edukacyjny u zarania III RP stanowił w rzeczywistości zapaść edukacyjną, katastrofalne obniżenie poziomu intelektualnego i moralnego tak nauczanych, jak i nauczających. Utrzymano tytularne filary systemu, które służyły do podtrzymywania ustroju socjalistycznego i selekcję negatywną. Zarządzający nie mogli ryzykować rekrutowaniem kadr niezależnych, o wysokich parametrach moralnych i intelektualnych, skoro system był nastawiony na ilość, a nie jakość i w istocie był amoralny. Nie starano się zlikwidować luki pokoleniowej poprzez unieważnienie wyników politycznych weryfikacji kadr końca PRL. Powroty były, ale i było wykluczenie, i to dożywotnie, nonkonformistów, tych, którzy stanowiliby zagrożenie dla różowych kameleonów i wykazywali skłonności do myślenia krytycznego. Zabezpieczono się prawnie przed powrotami akademików z zagranicy, bo ci na ogół nie mieli obowiązującej nadal u nas habilitacji, choćby intelektem i osiągnięciami bili na głowę krajowych habilitowanych. Luka się nie zmniejszała, lecz wręcz zwiększała wraz ze wzrostem emigracji i przechodzenia młodych do sektorów pozaakademickich, bo na normalność w domenie akademickiej trudno było liczyć. Utrzymał się typowy dla okresu „czerwonego” brak poszanowania własności intelektualnej, a dzięki postępowi technik komputerowych nawet się rozwinął. Plaga plagiatów objęła zarówno studentów, jak i utytułowanych – do profesorów, rektorów włącznie. Prowadzący dziesiątki (i więcej) prac dyplomowych „profesorowie”, jednocześnie „pracujący” w  wielu uczelniach, nawet nie czytali (bo kiedy? bo po co?) prac, które umożliwiały zdobywanie dyplomów uczelni z nazwy wyższych. Rozwinęła się, i to na skalę niemal przemysłową, produkcja lipnych prac dyplomowych, także doktorskich, pisanych na zamówienie, w którym to procederze brały udział i kadry akademickie. Można mówić o rozwoju udyplomowienia społeczeństwa metodą prokuratora Juliana Haraschina – mordercy sądowego z czasów stalinowskich, robiącego następnie karierę akademicką na UJ, wprowadzającego innowacyjnie w okresie „czerwonym” produkcję lipnych dyplomów. Z tym, że Haraschin produkował je niejako metodą chałupniczą, bez porównania mniej, niż to ma miejsce w III RP. Etaty akademickie obsadzano na podstawie konkursów, ale głównie ustawianych na „swoich”. Kryteria ideologiczne z okresu „czerwonego” zastąpiono kryteriami genetyczno- -towarzyskimi, które przeważały nad naukowymi i skutkowały utrzymaniem negatywnej selekcji kadr.

W okresie „różowym” wybierano przyszłość, odcinając się od przeszłości, zapominając, że nie da się budować przyszłości bez rozliczenia się z przeszłością. Stąd cała degrengolada okresu „czerwonego” przeszła w zasadzie bezstratnie do okresu „różowego” i następnie „tęczowego”, bo w tym kierunku następowała transformacja. Jak u kameleonów, z których gatunek pantera (Furcifer pardalis) mógłby być symboliczny dla opisania procesu kolorystycznej transformacji polskich uczelni.

 Uniwersytet tęczowy, a nie naukowy

Polskie uniwersytety w okresie „różowym” abdykowały z poszukiwania prawdy, czego przykładem dla innych uczelni był Uniwersytet Jagielloński, który na jubileusz 600-lecia odnowienia zrezygnował w nowym statucie z wcześniejszej definicji uniwersytetu jako korporacji nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Inne uniwersytety także starały się w swoich statutach unikać niewygodnego słowa ‘prawda’. Uczelnie koncentrowały się na produkcji dyplomów i tytułów, a przykładanie zbytniej wagi do zagadnień prawdy ten proces mogło jedynie osłabiać. Ale czymś uniwersytety winny się wyróżniać, jakieś cele realizować, aby otrzymywać na nie środki publiczne. Luka po poszukiwaniu prawdy jako misji uniwersytetów zostaje stopniowo wypełniana przez poszukiwanie urozmaicenia płciowego populacji akademickiej (i nie tylko). Na uniwersytetach powstają kierunki studiów genderowych, realizowane są w tej materii projekty, powstają liczne publikacje, organizacje studenckie propagujące ideologię LGBT (np. Tęczuj), a ten sektor, mimo że uważany na szczeblu ministerstwa za nienaukowy, ideologiczny, jest finansowany z niewysokiego budżetu przeznaczonego na naukę.

Tęczowe uniwersytety serwują tęczowe studia, badania nad poliamorią, tęczową ideologię, która ma zastąpić trudniejszą do poznania prawdę. Co więcej, naukowcy kwestionujący ideologię LGBT są marginalizowani, szykanowani, tracą szanse na finansowanie projektów, a nawet stanowiska. I znów na uczelniach mamy dominację ideologii nad nauką. W przestrzeni akademickiej, przed gmachami uniwersyteckimi przetaczają się, popierane przez gremia uczelniane, demonstracje tęczowych, wulgarnych hord hunwejbinów, których działania zabezpieczają specjalne działy uczelniane. Mamy na uczelniach tęczowy terroryzm. Ideologia, dominująca nad nauką, bezkarnie nie może być krytykowana, podobnie jak w czasach czerwonej dyktatury. Ci, którzy jej nie wyznają, są wręcz szykanowani. Z tą dominacją wiąże się wzmożenie tzw. cancel culture – kultury, czy raczej antykultury unieważniania, kasowania, wymazywania i ewaporacji, mającej długą już historię. Była znana i święciła swoje haniebne tryumfy w okresie komunizmu, ale i obecna jej skala jest przerażająca. Niektórzy dopiero teraz to zauważyli i wskazują na przenoszenie się zjawiska z uniwersytetów zachodnich, szczególnie amerykańskich. Faktem jest, że lewica, czy wręcz lewactwo zdominowało amerykańskie uniwersytety, ale trzeba pamiętać, że w Polsce – przynajmniej dla tych, którzy mają jakąś znajomość czasów wcześniejszych – antykultura unieważniania i represji ideologicznych nie stanowi zaskoczenia. Jeszcze w czasach „jaruzelskich”, obserwując, co się dzieje na uniwersytecie (UJ), protestowałem przeciwko deprawacji młodzieży akademickiej (nie chodziło o seks) i wskazywałem na nadchodzącą śmierć uniwersytetu, co wprowadziło mnie na ścieżkę dyscyplinarną (z której mimo transformacji nie zszedłem do dnia dzisiejszego). Z uczelni zostałem usunięty dożywotnio, także za inne „grzechy”, określane przewrotnie jako negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką – bo uczenie myślenia, nonkonformizmu itp. stanowiło śmiertelne zagrożenie dla systemu totalitarnego i to zagrożenie nie ustąpiło po transformacji. Cancel culture jak działała, tak działa, i to nie tylko w oficjalnych strukturach. Sukces „transformacji kolorystycznej” w instalowanym świecie antywartości był możliwy dzięki weryfikacji i wykluczeniu w okresie „czerwonym” niewygodnych, nonkonformistycznych kadr akademickich, które dla takiego przebiegu transformacji stanowiłyby przeszkodę. Konformistyczna pozostałość po czystkach akademickich (zapomnianych!/unieważnionych) brała w niej aktywny udział. Postępowcy prowadzą do tego, że uniwersytet przestaje być centrum nauki, kształcenia elit metodami naukowymi dla dobra wspólnego, a staje się tęczowym teatrem z kiepskimi aktorami, posiadaczami rozlicznych tytułów. Czy taki teatr jest nam do czegokolwiek potrzebny? O kulturze dobrze nie świadczy, elit nam nie przysporzy. Dlaczego jest to finansowane z kieszeni podatnika?

 Łożenie na tęczowe uniwersytety nie podniesie poziomu nauki, a może go jeszcze obniżyć. Uniwersytety jako miejsca poszukiwania prawdy należy finansować, i to wielokrotnie więcej niż obecnie, ale kierowanie środków przeznaczonych na naukę do tęczowych teatrów nie może być społecznie akceptowane.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lutym 2022 r.

W oczekiwaniu na wolność nauki

W oczekiwaniu na wolność nauki

 Pod koniec roku wszedł w życie pakiet wolności akademickiej gwarantujący każdemu wolność słowa, wypowiedzi oraz badań naukowych. Do tej pory po 1989 roku żyliśmy podobno w wolnej Polsce, ale w domenie akademickiej były z tą wolnością problemy, stąd opinie, że na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć.

To może pozostałość poprzedniego systemu, w którym karano za uczenie myślenia krytycznego. Wysegregowano kadry tak, że do III RP przeszli ci, którzy zrezygnowali z wolności myślenia i mówienia, a przy tym nie zawsze mowa akademicka ma jakieś powiązania z myśleniem.

Do tej pory środowisko akademickie bało się poznać swoją historię, jakby wykorzystując fakt ogłoszenia przez Fukuyamę końca historii. Jakkolwiek analiza dziejów uczelni skłania do wniosku, że nasze uczelnie znacznie wyprzedziły tezę Fukuyamy. Oficjalna historia UJ zamieszczona na stronach uczelni pod koniec 2021 roku skończyła się w 1981 roku i ta data niemal pokrywa się też z końcową datą udostępnionych mi w 1987 roku moich dokumentów w teczce akademickiej, mimo że ja jeszcze trwałem, jakby niezależnie od historii.

Ale to trwanie zostało skasowane/unieważnione/wymazane, więc go jakby nie było i taki stan rzeczy przetrwał transformację – trwa do dziś. Zamiłowanie do cancel culture w domenie akademickiej jest wielkie i stanowi szeroką bramę dla marszu lewactwa przez instytucje, postulowanego swego czasu przez Antonio Gramsciego i realizowanego z powodzeniem w polskiej domenie akademickiej.

Wymazanie niewygodnej historii, niewygodnych ludzi, niewygodnych wartości, a w szczególności abdykowanie przez uczelnie z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania seksualności – to przejawy tego marszu.

Czy pakiet wolności skłoni badaczy do powrotu poszukiwania prawdy? Czy z wolności ośmielą się skorzystać? Pewności nie ma, ale w Nowym Roku trzeba im tego życzyć z całego serca i oczekiwać na powstrzymanie lewackiego marszu przez uniwersytety oraz wypełnienie luk w poznaniu swej przeszłości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 stycznia 2022 r.