Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Po raz kolejny mój tekst nawiązuje do twórczości jednego z doskonałych w polskiej domenie akademickiej – profesora doktora habilitowanego Bogusława Śliwerskiego. Profesor dzięki swojemu blogowi „pedagog” funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako swoisty holotyp (okaz typowy) doskonałego profesora, ukazując jego cechy, mimo mankamentów, nader trudne do udoskonalenia. (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET”, kwiecień 2020 r., O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości, „Kurier WNET”, listopad 2020 r., Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? „Kurier Wnet”, kwiecień 2021 r.)  

Na okoliczność ukazania się mojej książki „Plagi akademickie”, na ogół pomijanej w środowisku akademickim, profesor na swoim blogu  wziął pod swoją lupę nie tyle książkę, co moją nic nie znaczącą w domenie akademickiej osobę. (https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html)

 To zdumiewające, bo inni, mniej lub bardziej doskonali, do mojej działalności, jak i osoby stosują kulturę (raczej subkulturę) unieważniania/kasowania/wymazywania/ewaporacji.

Jak można sądzić, profesor zapoznał się przynajmniej częściowo z moją książką, którą chyba zakupił, bo pisze o rzekomo wygórowanej jej cenie (może ją zakupił w Polonia Bookstore Chicago, gdzie jest oferowana za   $23.85, zamiast kilkakrotnie taniej np. w sklepie Gazety Polskiej) przy okazji wątpiąc, że została ona wydana pro publico bono.

No cóż, naszym etatowym profesorom, podobno na głodowych pensjach (jednofunkcyjni zarabiają jedynie ok. 10 tysięcy, a wielofunkcyjni – tylko kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie) w głowie się nie mieści, że ktoś bezetatowy, wyklęty z domeny akademickiej, może w interesie publicznym wydać książkę i to w trosce o uniwersytet, o doskonałych, choć biednych profesorów.

Subkultura unieważniania

Niestety doskonały profesor nie podjął się merytorycznej, krytycznej analizy moich „obrazoburczych” tekstów, o co się wielokrotnie do gremiów akademickich zwracałem, tylko skoncentrował się na dyskredytowaniu mojej osoby. Jest to metoda doskonale mi znana od dziesiątków już lat, kiedy wyborowi akademicy, a czasem gremia anonimowe, dokonywały „rozstrzeliwania” – i to z dział największego kalibru – mojej osoby (na ogół pudłując, stąd jeszcze jestem obecny, choć trudno im to znieść) nie podejmując nawet polemiki merytorycznej z moimi tekstami, siłą rzeczy niedoskonałymi, ale poddawanymi osądowi bardziej doskonałych.

Przecież autor może popaść w niczym nie uzasadnione zadufanie, jeśli setki tekstów – o ważnych problemach świata akademickiego – poddawane są tylko subkulturze unieważniania bez podania nawet przyczyny. Natomiast ciosy doskonałych akademików, raz za razem, są kierowane na korpus autora, i to poniżej pasa. W boksie uważnym za sport nieraz brutalny, to bijący poniżej pasa jest dyskwalifikowany i przegrywa, ale w naszej autonomicznej domenie akademickiej jest na odwrót. Kto jak kto, ale profesor może bić poniżej pasa, a jakby mniej utytułowany krzyknął lub choćby pisnął z bólu, musi się liczyć z dyscypliną i potępieniem. Standardy feudalne przetrwały u nas przez wieki i żadne burze dziejowe, transformacje, reformy, tego nie zmieniły.

Powszechnie wiadomo, że aby merytorycznie dyskutować czy oceniać, trzeba z tekstem (i okolicami) się zapoznać ze zrozumieniem, poddać  refleksji i analizie oraz coś sensownego napisać, aby przekonać innych o swej słuszności. Niestety takie umiejętności są w zaniku, także u doskonałych profesorów.

W ramach swej pedagogicznej i doskonałej metodologii profesor unieważnił moje badania pisząc „Po doktoracie nie prowadził już badań naukowych, skoro nie uzyskał stopnia naukowego doktora habilitowanego.” Nie przejmując się faktem, że po doktoracie, mimo panowania „lockdownu” Jaruzelskiego, aż do wieku XXI prowadziłem więcej badań niż do doktoratu. Ta działalność objęta u nas subkulturą wymazywania, prowadzona była głównie w konspiracji (także w III RP!), poza finansowanymi projektami, ale jednak znana nawet na innych kontynentach.

Co więcej, niektórzy zauważali, że nie mając etatu akademickiego, publikowałem więcej niż na etacie. Taktownie nie zauważali, że jest to oczywisty rezultat wydostania się poza zasięg „maczug” profesorskich, poza możliwość blokowania lub poboru mojej działalności intelektualnej na ich konto (w ramach dostaw obowiązkowych). Nawet dostęp do komputera był blokowany, a służył innym do „badania” pasjansów, a nie do pisania prac naukowych. Okazało się, że człowiek wolny, nawet niefinansowany, może zrobić o wiele więcej, niż człowiek zniewalany, szczególnie w domenie akademickiej!

Oczywiście moje prace nie przechodziły przez ręce doskonałych profesorów od tytułów (chyba nigdy by się nie ukazały), lecz były przekazywane bezpośrednio do redakcji naukowych, także zagranicznych. Tak się składa, że jako geologa, najlepiej moje prace merytorycznie ocenia Matka Ziemia i są tego rezultaty o dużej wartości społecznej, gdy prace oceniane wysoko przez „profesorów” nieraz trzeba wrzucać do kosza.

Faktem jest jednak, że to co zrobiłem, to najwyżej kilka procent tego, co mogłem zrobić w normalnym systemie akademickim.

Profesor autonomiczny wobec prawdy i faktów

Prof. Bogusław Śliwerski, mimo że ukończył pedagogikę i jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej (wcześniej CK), wypisuje na mój temat zupełne niedorzeczności, niemal całkowicie niezależne od prawdy i faktów. Mimo skasowania mnie w domenie akademickiej, można znaleźć o mnie podstawowe informacje, chociażby na moim – znanym profesorowi- „blogu akademickiego nonkonformisty” (w zakładce Autor). Może profesor dokonuje manewrów omijania prawdy, aby przygotować pole do swoich dyskredytacji.

Doskonały profesor zarzuca mi, że zapomniałem o składanej przysiędze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, której treść w języku łacińskim taktownie przytacza w swoim tekście. Wykazał się znajomością faktu, że jestem doktorem, ale nie pofatygował się sprawdzić jakiej jednostki naukowej.  Otóż doktorat nadała mi Polska Akademia Nauk, a nie UJ, a ponadto nie składałem nikomu przysięgi doktorskiej. Widocznie w PRLowskiej nauce panował taki bałagan, że tego ode mnie nie wymagano, dając mi wówczas swobodę mojej działalności, tak naukowej, jak i społecznej, bez uwiązania ideologicznego/instytucjonalnego. Dyplom odebrałem po dłuższym czasie, bo był potrzebny etatowym biurokratom do bezterminowego zatrudnienia na UJ.

Tym niemniej, zgodnie z tym co inni przysięgali a nie zawsze realizowali, zawsze i wszędzie starałem się postępować godnie i w miarę swych sił i możliwości – a nawet ponad siły – wspierałem UJ. Wszędzie, gdzie to możliwe, i czynię to do dnia dzisiejszego, mimo wypędzenia mnie z uczelni przez tajną (do tej pory!) grupę przestępczą, wprowadzającą w życie dyrektywy grupy przestępczej o charakterze zbrojnym pod wodzą Wojciecha Jaruzelskiego. A doskonały profesor bajdurzy: ”uczelnia przytuliła go do siebie..”  Przez nikogo nie przytulony wydałem książeczkę – Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego. W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych, czyli jak zło dobrem zwyciężać– fakt, że tylko w pdf, a nie na papierze, ale za to dostępną za darmo w sieci –https://blogjw.wordpress.com/w-trosce-o-uniwersytet-i-prawde/. I nadal jestem na uczelni persona non grata.

Do czasu wypędzenia w 1987 r. wykonywałem obowiązki samodzielnego pracownika nauki, co stwierdzała – zgodnie z prawdą – Rada Naukowa Instytutu Nauk Geologicznych UJ na początku 1980 r. Potem jednak nastąpił okres czystek akademickich, okres post-prawdy i post–historii, a najtęższe głowy historyczne do tej pory nie zdołały w historii UJ zidentyfikować ani systemu komunistycznego, ani przewodniej siły narodu, ani stanu wojennego. Ja zostałem skasowany, moja działalność wspierająca UJ – wymazana, a materiały archiwalne – uległy ewaporacji.

Mimo, że w ramach projektu UJ „Pamięć uniwersytetu” udzieliłem ok. 6 godzinnego, filmowanego wywiadu, przekazałem w darze ekipie dokumentalistów telewizor marki Sony, aby wesprzeć biedny uniwersytet na drodze dociekania prawdy, nic z tego materiału do dziś nie ujawniono. Zmieniono statut UJ, aby nauczający profesorowie nie mieli obowiązku poszukiwania prawdy wraz z nauczanymi studentami i prawdy do dziś nie poznaliśmy. Nikt nie ma zamiaru jej poznać (moje usiłowania w tej materii dokumentuję na stronie https://nfapat.wordpress.com/).

Co z tego, że ja starałem się postępować godnie, a broniący mnie studenci i wychowankowie ostrzegali władze UJ, że takie metody jakie stosują wobec mnie, nie wprowadzą uczelni godnie w wiek XXI.  I godność jagiellońskich akademików nie zdołała przekroczyć progu wieku XXI, choć próg ten przekroczyli rozmaici doskonali profesorowie, zadowoleni, że kodeks honorowy Boziewicza na naszych uczelniach nie obowiązuje. 

„Socjalistyczny geolog” czy element antysocjalistyczny?

Profesor nazywa mnie „socjalistycznym geologiem”, nie definiując tego neologizmu, którego nie mogę znaleźć w sieci. Co prawda znalazłem materiał „Geologia inżynierska w służbie budownictwa socjalistycznego”, ale to nie moja specjalizacja, a ja jako element antysocjalistyczny zostałem wyklęty spośród budowniczych tego najlepszego z ustrojów, którego zdaje się profesor jest beneficjentem (socjalistyczny pedagog?). Nie zostałem asystentem na Uniwersytecie Warszawskim, którego jestem absolwentem, bo się nie zhańbiłem przynależnością do ZMS i nie mogłem należycie, socjalistycznie  oddziaływać na młodzież akademicką, a po 11 latach wspierania Uniwersytetu Jagiellońskiego  w formowaniu młodej kadry akademickiej (który z profesorów uformował w tym okresie lepszych?), z czym ci na etatach profesorskich nie dawali sobie rady, zostałem wypędzony, jako element niereformowalny, negatywnie oddziałujący na młodzież akademicką.

Ta podnosiła, że uczyłem ją myślenia i to krytycznego, oraz nonkonformizmu naukowego.  Gdyby te moje nauki wdrożono w życie, to bezmyślny, konformistyczny socjalizm upadł by całkowicie, a nie tylko medialnie. Domena akademicka nie mogłaby się składać z takich doskonałych profesorów i przez nich formowanych/akceptowanych, którzy merytorycznej dyskusji/krytyki nawet nie są w stanie podjąć, koncentrując się na zadawaniu ciosów poniżej pasa i samokompromitacji.

Darmowy doktorat, bez wspierania gangów lipnych dyplomów

Doskonały profesor zarzuca mi, że w PRL dostałem darmowe wykształcenie, a nawet stopień naukowy doktora mam za darmo, wcielając się swoją argumentacją chyba w członka KC, choć sam – zdaje się – był tylko członkiem CK. Nie podał przy tym kosztów/strat jakie poniósł PRL z tego powodu, a chyba były wielkie, skoro PRL zbankrutował, przestał istnieć, a ja nadal istnieję i nadal się kształcę, jak w PRL, bez dotacji.

Wiele z tego kształcenia, finansowanego w PRL z drenowanej kieszeni obywatela (nie mówię z podatków, bo takowych, jak pamiętam, w PRL formalnie nie płaciłem) musiałem się oduczyć, co sporo mnie kosztowało, może nawet więcej niż nauka szkolna i uniwersytecka.

Nawet dyplom doktorski mam darmowy, bo nie wspierałem gangów lipnych dyplomów, które funkcjonują od lat, nieraz przy współpracy etatowych kadr akademickich. Posiadacze lipnych dyplomów nie są traktowani jako persona non grata na naszych uczelniach, a czasem są   kierowani przez doskonałych profesorów do nominacji profesorskich. Tym sposobem gangi od lipnych dyplomów nie upadają nawet w czasach bezrobocia, ale nienawidzą tych, którzy nie dają im zarobić i piszą prace samodzielnie.

Na moim dyplomie nic nie zarobili, także profesorowie, choć po doktoracie byłem obligowany do dostaw obowiązkowych – nie dostaw płodów rolnych, które funkcjonowały w PRL, tylko płodów intelektualnych, co moim zdaniem rujnowało i rujnuje naukę w Polsce, bo jak wiadomo – kradzione nie tuczy!

W rezultacie mamy lipne kadry, w niemałym stopniu oparte na lipnych dyplomach, a profesorowie -z samego wierzchołka góry lodowej naukowej nieuczciwości – plagiatują, mniej lub bardziej, takich jak ja, skasowanych w domenie akademickiej. Sytuacja jest nadzwyczaj jasna. Skoro mnie określi się jako zero, to plagiatujących mnie profesorów, nawet z samych szczytów, trzeba określić jako „mniej niż zero” – nieprawdaż?

Bezradny wobec plag akademickich

Doskonały profesor wykosztował się na moje „Plagi akademickie”, ale nie zdołał napisać ich recenzji. Nawet nie wiadomo, ile z tego zrozumiał/przemyślał/rozważył/przetrawił. Widocznie temat za trudny, niestrawny, choć – moim zdaniem- dla doskonałych analizowanie/recenzowanie takich tekstów, to winien być chleb powszedni.

Gdyby student, na moim seminarium, przedstawił taki tekst, nie miałby szans na zaliczenie. Niektórzy o moich wymaganiach wiedzieli i woleli zaliczać u etatowych profesorów. Szli na łatwiznę. Można sądzić, że pan profesor jest w czepku urodzony, bo nie musiał u mnie zaliczać. O karierę byłoby ciężko.

Łatwiej przychodzi profesorowi rozprawianie się, i to niemiłosierne, z maluczkimi, tj. nie tak jak on utytułowanymi. Czy to nie jest grzeszne jak na profesora postępowanie? Zamiast doskonalić innych, stara się ich „dołować”/unieważniać, aby okazać wyższość i poprawić swoją ważność. W swym tekście przekroczył granice etyczne, merytoryczne i metodologiczne, jakie winny obowiązywać każdego profesora, nie tylko doskonałego.

Dobrze by było, aby w ramach ekspiacji zobowiązał się do sfinansowania kolejnych tomów „Plag akademickich”, najlepiej do bezpłatnego rozprowadzenia ich wśród biednych akademików. Domena akademicka jest wysoce niedoskonała i trzeba znać jakie plagi ją degradują, aby wiedzieć jak ją poprawić na pożytek Polski i Polaków. Póki co społeczeństwo, które zaczyna się orientować, że z profesorami jest coś nie tak, w rankingach prestiżu zawodowego wyżej ceni strażaków niż profesorów. Trudno się dziwić. Bez strażaka można pójść z dymem, a bez profesora można żyć długo i szczęśliwie. Wiele jest przykładów profesorów, których ulubionym zajęciem jest zatruwanie życia innym i wtedy szanse na życie szczęśliwe i długie są żadne.

Takich trzeba przenosić w stan nieszkodliwości, co już na łamach Kuriera WNET postulowałem (a wcześniej, jeszcze w epoce „jaruzelskiej” po doświadczeniach z jagiellońskimi profesorami).

I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany Profesor Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, którego jedną z sentencji warto przypomnieć na okoliczność tyrad doskonałego profesora: „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w czerwcu 2021 r.

O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości

O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości

Wnioski z ataku Prof. Bogusława Śliwerskiego na dr Herberta Kopca

Przed kilku miesiącami pisałem w Kurierze WNET [nr 70 – kwiecień 2020 r] o konieczności doskonalenia doskonałych, czyli areopagu polskich akademików skupionych w Radzie Doskonałości Naukowej, oceniających poziom doskonałości innych akademików na drodze do otrzymania tytułu profesora – głównego celu karier naukowych w Polsce. Niestety mój postulat jest bez szans na realizację w systemie zamkniętym, w którym to od dziesiątków lat bardzo niedoskonali decydowali i nadal decydują o poszerzaniu swojego grona tworzącego coś na kształt nadzwyczajnej kasty akademickiej.

Sporo światła na orientację intelektualną i moralną tego gremium rzuca, z imponującą regularnością prowadzony, blog członka Rady Doskonałości Naukowej, a do niedawna Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów – prof. dr hab. Bogusława Śliwerskiego. Z tego powodu blog jest bardzo cenny, choć dosyć często zawiera treści co najmniej bulwersujące dla refleksyjnego czytelnika. Od czasu do czasu doskonały profesor atakuje niedoskonałych jego zdaniem akademików, nie zawsze ujawnianych z nazwiska i działalności, stąd nie bardzo wiadomo na czym taka niedoskonałość może polegać, czy jest realna, czy tylko domniemana i kogo dotyczy. Jak na pedagoga – a profesor jest uznanym autorytetem pedagogicznym w naszym systemie akademickim – to dziwny obyczaj, bo niby kogo on takim działaniem/dyskredytowaniem zamierza nauczyć i czego ?

Grillowanie dr Herberta Kopca

16 września roku 2020 wziął na swój ruszt innego pedagoga, wymienionego tym razem z nazwiska –  dr Herberta Kopca,  zaznaczając w samym tytule, że jest osobą o rozumiejącym wglądzie w jego postawę.  Pełny tytuł tekstu na blogu prof. Śliwerskiego  brzmi: „ Rozumiejący wgląd w postawę pedagoga nienawidzącego pedagogiki i innych pedagogów oraz byłych zwierzchników„,  choć z tekstu raczej wynika, że wgląd w postawę grillowanego na blogu pedagoga mogły mu zaciemnić jakieś dymy unoszące się z rusztu i z tym podkreślanym w tytule rozumieniem jest coś nie tak.

Doskonały profesor rozprawia się bez pardonu z dr Herbertem Kopcem, uczestnikiem X Zjazdu Pedagogicznego, który odbył się w Warszawie 18-20 września 2019 , ale pozjazdowy tom, z referatami i podsumowaniami zjazdu, jeszcze sie nie ukazał.

Profesor, uprzedzając pojawienie się tego tomu drukiem, już opiniuje jego treść związaną z dr Herbertem Kopcem, który jego zdaniem „postanowił wysupłać z referatów plenarnych niezrozumiałe dla siebie zdania, by poddać krytyce pedagogikę. Każdy, kto je przeczyta w całości, dostrzeże manipulację typową dla propagandzisty z minionego ustroju.”

Rzecz w tym, że nikt jeszcze tego przeczytać nie może w całości, czy chociażby w części, aby ocenić,  czy to jest manipulacja, czy święta prawda o pedagogice, którą podobno dr Kopiec poddaje krytyce. A ponadto nie wiadomo dlaczego ta wypowiedź skłania prof. Śliwerskiego do obdarzenia go mianem „propagandzisty z minionego ustroju.”  Czyżby się obawiał, że ktoś nieprzygotowany jego opinią do czytania tego tomu, kiedy się on ukaże, sam do takich konkluzji może nie dojść a winien, bo tak uważa prof. Śliwerski.

Jako profesor od doskonałości naukowej tak charakteryzuje poddanego grillowaniu kolegę-pedagoga „Emerytowany doktor, który z powodu braku osiągnięć naukowych został kilkanaście lat temu wyrotowany z Uniwersytetu Śląskiego, przyjechał na Zjazd jako komiwojażer prawicowej gazety.”.

„Po co przyjechał? Nie po to, by wygłosić referat, bo od ponad czterdziestu lat nie zajmuje się nauką, a na zjeździe naukowców nikt nie potrzebuje wysłuchiwać publicystycznego żargonu.”

Czyli dyskwalifikacja !? Ale czy naprawdę dr Kopca? Czy prof. Śliwerski nie zna choćby informacji łatwo dostępnych w internecie o działalności naukowej dr H. Kopca? Pisał o nim chociażby red. Grzegorz Filip – MAM KŁOPOTY – Forum Akademickie, 2000/11-12, a z tekstu wynika, że o działalności naukowej dr. Kopca i to nie przed 40, ale przed 20 laty wiedział obecny prof. Śliwerski i nawet sam wyrażał się pozytywnie o książce dr Kopca, jak wielu innych profesorów. Czytamy: „o książce wypowiedział się w opinii wydawniczej prof. Bogusław Śliwerski, specjalista teorii wychowania z Uniwersytetu Łódzkiego. Napisał m.in. tak: „Skoro wciąż obecni w akademickim życiu profesorowie nie mają odwagi, by zmierzyć się z etycznym wymiarem prawdy swoich czasów i własnej w nich działalności, ktoś musi to za nich zrobić. (…) Ktoś musi oczyścić terminologię nauk o wychowaniu z nowomowy, by przywrócić jej fenomenom ich właściwy sens. Ktoś wreszcie musi zatrzymać się nad detalami tamtych czasów, by nie zamazywano więcej różnic między doktryną a nauką. Nie jest to łatwe studium, ale i niezwykle trudnego zadania podjął się jego autor”. Dlaczego zatem pisze nieprawdę sam siebie dyskwalifikując swoimi opiniami ?

Dalej na blogu jednak atakuje dr Kopca, publicystę Kuriera WNET:  „Przyjechał z teczką pełną egzemplarzy prawicowej gazety, w której publikuje swoje artykuły. Dla niego są one ważne, bo „zieją” osobistą nienawiścią do wybranych przez siebie postaci polskiej pedagogiki socjalistycznej. Poziom manipulacji tekstami jest rzeczywiście typowy dla propagandzistów …” broniąc wyraźnie ideologii lewicowej, bo o krytyce naukowej tego co dr. Kopiec pisze nie ma ani słowa. Słowa o manipulacji typowej dla propagandzistów w istocie rzeczy odnoszą się chyba do prof. Śliwerskiego, który jakby miał problemy ze swoją tożsamością, sądząc przy tym, że ktoś oczekuje jego publicystycznego żargonu.

Zamiast spojrzeć krytycznie na te swoje niemiłosierne przeinaczenia brnie dalej:Godna miłosiernego spojrzenia postać zapewne chce zatrzeć z okresu PRL swoją lewicową aktywność na uczelni…” dezinformując konsekwentnie, że Herbert Kopiec „studiował w najbardziej „czerwonym” uniwersytecie tamtego ustroju” gdy tymczasem nawet niedoskonali wiedzą, że nie było możliwości studiowania w tamtym ustroju na państwowym uniwersytecie innym niż czerwony, choć różne były odcienie tej czerwieni. Np. Uniwersytet Śląski był tak czerwony, że zwany był w skrócie ‚ CzuSiem” [ Czerwonym Uniwersytetem Śląskim] gdy tymczasem Uniwersytet Jagielloński, na którym studiował w latach 60-tych Herbert Kopiec, był co prawda podobnie jak i pozostałe państwowe uniwersytety, czerwony, ale nie tak bardzo i „CzUjem” go nikt nie nazywał, nawet w latach późniejszych 70-tych, kiedy to rektor Karaś marzył o jego przekształceniu w Instytut Propagandowy Polskich Komunistów jak pisał w swych pamiętnikach Karol Estreicher. [ Dziennik Wypadków – Karoa Estreicher, T. V (1973-1977)]

Dekonspiracja profesora

Dalej dyskredytuje -niemerytorycznie i z odczuwalną nienawiścią – grillowanego dr Kopca, jako jego zdaniem „nienawistnika”, podkreślając „Wyłonił się zatem nowy rodzaj antypedagoga, który postanowił zatroszczyć się nie o pedagogikę, bo jej nie zna, nie rozumie, ale o Polskę, naród, historię, o – metaforycznie biorąc – tischnerowską „prawdę”, w tym o samego siebie.”

Tym samym pan profesor jasno się zdekonspirował jako – rzec można – anty-Polak, bo jak rozumieć inaczej jako zarzut, że troszczy się o Polskę, naród, historię … ?

Dla Polaków taka troska to pochwała godna naśladowania, wyróżnienie dla każdego nauczyciela, ale dla prof. Śliwerskiego to rzecz niesłychana, właściwa jeno antypedagogowi!

Nie jest co prawda jedynym profesorem, który nienawidzi tego co polskie. Warto przypomnieć Michała Bilewicza, skierowanego przez gremium doskonałych profesorów do nominacji profesorskiej, który Polaków nie traktuje jako naród,  tylko jako twór ideologiczny, ale prezydent RP jego orientacji antypolskiej nie zaaprobował i do tej pory nominacji nie podpisał.

Natomiast prof. Śliwerski oznajmia o zidentyfikowaniu także  innych „doktorów nauk, którzy nie byli w stanie przekroczyć granicy własnego rozwoju ku samodzielności naukowo-badawczej. Oni nawet nie wiedzą, że nie wiedzą i czego nie wiedzą.” nie podając jednak czy mając obowiązek służbowy i -rzecz jasna- pedagogiczny,  pomógł im w rozeznaniu ich niewiedzy, czy ma jakieś sukcesy pedagogiczne na drodze przekraczania granic rozwoju mniej od niego doskonałych i czy wyciągnął kogokolwiek z mroków niewiedzy ?

Postuluje natomiast :”Pochylmy się zatem z wyrozumiałością i współczuciem nad dr. H. Kopcem, któremu – jako jeden z nielicznych w naszym środowisku akademickim (co jest udokumentowane) – pomogłem w wydaniu książki „Rozumiejący wgląd w wychowanie”.

Czyli co ? Czyżby ta pomoc profesora od doskonałości okazała się niedoskonała, a wręcz tak katastrofalna, że w gruncie rzeczy pomagał dr. Kopcowi zostać antypedagogiem, jak raczy go uprzejmie nazywać ? A może to prof. Śliwerski osiągnął poziom antypedagoga i sfrustrowany tym wypisuje takie manipulacje/dyrdymały kompromitując się publicznie, choć trudno nad nim pochylać się z wyrozumiałością, jako że jest decydentem i tym co wypisuje szkodzi innym, co skłania do wysunięcia postulatu przeniesienia go w stan nieszkodliwości.

Żargon niezależny od prawdy

Póki co, jako nadal profesor, brnie konsekwentnie dalej w grillowaniu dr Kopca pisząc: „zatrudniał się w wyższych szkołach prywatnych. W jednej z nich ukarano go dyscyplinarnie, a następnie zwolniono, bo ponoć obrażał pracujących tam pracowników naukowych i ujawniał studentom artykuł prasowy, w świetle którego rektorem szkoły był tajny współpracownik poprzedniego reżimu.” Nijak ma się to do prawdy i faktów, na których jakoś nie chce opierać swoich insynuacji/manipulacji.

W internecie można znaleźć materiał nagrania rozprawy sądowej: „28 marca 2014 r. Sąd Rejonowy w Gliwicach – przewodniczy pani sędzia Małgorzata Sąsiadek – rozpoznawał sprawę VI P 646/12 o przywrócenie do pracy doktora Herberta Kopca przeciw Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości. Dr Kopiec ośmielił się przeciwstawić destrukcji pedagogiki polskiej przez reprezentantów dominujących dziś tendencji neokomunistycznych i dlatego został zwolniony z pracy pod zmyślonym pretekstem. Sąd uwzględnił powództwo i niepokornego naukowca nakazał przywrócić do pracy [https://nfapat.wordpress.com/2014/04/21/sprawa-herberta-kopca-przed-sadem/ ] „

Nie wiadomo dlaczego profesor uznał ujawnienie faktu o współpracy rektora z komunistyczną SB za obraźliwe. Nie podaje jednak żadnych faktów i nie podaje o kogo chodzi. Można jednak sądzić, że chodzi o b. Rektora Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości, gdzie był zatrudniony dr Herbert Kopiec. O rektorze można przeczytać „Sąd Okręgowy w Gliwicach: Tadeusz Grabowiecki kłamcą lustracyjnym – https://www.24gliwice.pl/wiadomosci/sad-okregowy-w-gliwicach-tadeusz-grabowiecki-klamca-lustracyjnym/ – ” – Tadeusz Grabowiecki w latach 1993-1998 był przewodniczącym Rady Miejskiej. Później sprawował funkcję radnego. Od ośmiu lat jest rektorem Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości.W marcu tego roku, Instytut Pamięci Narodowej oskarżył go o kłamstwo lustracyjne. Rektor miał zataić, że w latach 1976-1978 był zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie “Jan”.” [patrz także: https://lustronauki.wordpress.com/2014/11/14/tadeusz-grabowiecki/ .

To IPN ujawnił taką niechlubną przeszłość rektora i sąd to potwierdził, a profesor od doskonalenia, na ślepo, z nienawiścią, bije w dr H. Kopca, trafiając kulą w płot a właściwie samemu sobie w stopę, tracąc przy tym twarz. Wyszło na jaw, że jest do dnia dzisiejszego twardym obrońcą minionego systemu, nie dając zapomnieć o swym romansie z przewodnią siłą narodu [http://obserwatoriumedukacji.pl/felieton-nr-108-glownie-na-temat-wywiadu-prof-sliwerskiego-w-gazecie-wyborczej/#more-11954].

Tekst prof. Śliwerskiego reprezentuje publicystykę niezależną od prawdy, czym zwraca uwagę na niedoskonałości profesorów od doskonałości naukowej, selekcjonujących innych akademików do grona profesorskiego. Dzięki takim tekstom, obywatel karmiony w mediach zachwytami nad przewodnią siłą polskich elit, powstałą z transformacji przewodniej siły narodu, minionego, ale nadal w naszym życiu obecnego systemu, może wyrobić sobie pogląd o poziomie ‚doskonałości’ takich profesorów. Winien zrozumieć przyczyny tak słabości polskich elit, jak i żałosnego stanu domeny akademickiej z ogromną ilością utytułowanych profesorów na czele. Czy jest możliwe aby Polska w swym planie rozwoju opierała się na takich formalnie „doskonałych” ?

Czy bez przeniesienia ich w stan nieszkodliwości Polska osiągnie należną pozycję na arenie światowej ?

Tekst opublikowany w listopadowym numerze Kuriera WNET, r. 2020

Prawda w czasach pandemii

CMPrawda w czasach pandemii

Jak wyglądała nieautonomiczna historia UJ

w interwale 1945-89 ?

12 maja to tradycyjne święto najstarszej polskiej uczelni obchodzone w rocznicę założenia uczelni przez króla Kazimierza Wielkiego w 1364 roku. Jak podaje serwis UJ  to święto przypomina ‚656 lat imponującej historii krzewienia nauki w Polsce’, jakkolwiek z tekstu, zamieszczonego na tą okoliczność, nie wynika aby ta historia była zawsze imponująca. Co więcej po zapisaniu się w 1945 r. na studia na UJ Wisławy Szymborskiej przyszłej poetki i laureatki Nagrody Nobla. ‚zdawało się, że uniwersytet powoli będzie wracał do świetności, jednak w czasie PRL–u uczelnia utraciła swoją autonomię’.

Co spowodowało utratę autonomii i powstrzymało powrót uczelni do świetności – z tekstu się nie dowiemy. Fakt, że tekst krótki, ale nawet jedno zdanie coś w tej materii mogłoby objaśnić. Co prawda z historii opisywanej przez historyków IPN, a nawet tej, zamieszczanej w podręcznikach gimnazjalnych (fakt, że niezbyt świetnych, a nawet nadających się do wycofania) wynika, że po 1945 wprowadzano w Polsce komunizm, system kłamstwa i zniewolenia, także umysłowego, co musiało się odbić negatywnie na uniwersytecie powołanym do poszukiwania prawdy w warunkach wolności, przede wszystkim umysłowej.

Z tekstu na kolejne święto UJ tego się nie dowiemy, a nie ma nawet odniesienia do obszerniejszej książki o imponujących dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gdyby jednak było odniesienie, do obowiązujących w przestrzeni publicznej i edukacyjnej, także dla młodzieży szkolnej, „Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego” [https://blogjw.wordpress.com/tag/dzieje-uniwersytetu-jagiellonskiego/ ] ta zagadka też by nie została wyjaśniona. Tam nie ma bowiem ani słowa o komunizmie, o stanie zniewolenia umysłowego, a wzmożenie tego zniewolenia przez wprowadzenie stanu wojennego [o którym tam ani słowa] uznano autonomicznie za stopniową liberalizację systemu !

W tekście rocznicowym napisano, że „Po roku 1989 uniwersytet odzyskał całkowitą autonomię” nie podając jednak jak Uniwersytet autonomicznie ustosunkował się do tego, co się działo na uniwersytecie w czasach utraty autonomii. Poinformowano jedynie, że w czasach nieautonomicznych „ Zlikwidowane zostały wydziały lekarski, rolniczy, teologiczny, z których wyodrębniono nowe szkoły wyższe „a po 1989 r. „Otworzyły się nowe perspektywy i wraz z dynamicznym rozwojem nauki i zmieniającym się światem, uczelnia stała się różnorodna, nowoczesna….”

Zatem można odnieść wrażenie, że likwidacja tych wydziałów była jednak korzystna, skoro po ich likwidacji otworzyły się nowe perspektywy ?

O likwidacji różnych mniejszych jednostek uczelnianych, kierunków studiów, kierunków badań, czy też badaczy i ich warsztatów pracy w czasach nieautonomicznych, nie ma słowa, stąd przypuszczenie, że te likwidacje także otworzyły nowe perspektywy po 1989 r., z czym zresztą w okresie transformacji władze uczelni się nawet nie kryły, przynajmniej na poziomie zlikwidowanych badaczy, razem z warsztatami. Dlaczego zatem uczelnia nie kwitnie w czasach autonomii ?

Nie wyjaśniono co spowodowało, że uczelnia stała się nowoczesna.

Czy spowodowała to transformacja zarazy czerwonej w tęczową i fakt, że ostatnio, a może i ostatecznie TęczUJe zdobyli UJ ? [ https://blogjw.wordpress.com/2020/03/11/teczuje-zdobyli-uj/ ]

Czy może wejście uniwersytetu w czas post prawdy ? [https://blogjw.wordpress.com/2018/01/05/uniwersytet-w-czasach-postprawdy/ ] – zaznaczony wyraźnie autonomicznym usunięciem ze statutu uczelni zapisu, że ‚Uniwersytet to wspólnota nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy’, który figurował nawet w czasach nieautonomicznych, czasach mniej nowoczesnego zniewolenia umysłowego.

Mamy czas kolejnej zarazy, która dotknęła też UJ, i jakby nałożyła się na zarazę tęczową i pozostałości zarazy czerwonej. Nie wiemy, czy i jak ten czas zostanie ujęty autonomicznie w kolejnej, nowszej historii uniwersytetu ?

Jako czas nowych perspektyw, postępującego postępu, zwiększonej różnorodności rozmaitych prawd ? – bo zapewne w nowoczesnym uniwersytecie, po-pandemicznym, każdy będzie miał swoją prawdę, także prawdę o historii uniwersytetu, ale archiwa uczelni z czasów nieautonomicznych pozostaną zamknięte, a badania nad niewygodną prawdą zakazane. Na to się zanosi, bo te archiwa i ta prawda, traktowane są jako zaraźliwe wirusy i to funkcjonujące także poza okresami pandemicznymi.

Z okazji święta Uniwersytetu profesorowie jagiellońscy mają zwyczaj zjadać śniadanie. Śniadanie zjedzone na okoliczność jubileuszu 650 lecia założenia krakowskiej wszechnicy nasunęło wniosek o nieludzkim braku refleksji elity akademickiej. Pisałem: ‚Mimo, że na śniadaniu padły słowa‚…nieludzkie byłoby jednak pochłanianie wszystkich czekających na nas w pobliżu przysmaków bez jakiejkolwiek refleksji’ (wykład prof. Andrzeja Borowskiego) do tej pory nie ma danych aby po pochłonięciu wszystkich śniadaniowych przysmaków nastąpiła jakakolwiek profesorska refleksja ?! Brak jakiejkolwiek refleksji nad zachowaniem elit akademickich wobec systemu kłamstwa, systemu komunistycznego, niewątpliwie jest nieludzki. Nie sądzę też aby ci profesorowie przeżywali dramat nienasyconego niczym łaknienia i pragnienia prawdy, bo prawdy szczerze nienawidzą i nie chcą jej znać nie tylko w sytuacji biesiadnej, lecz raczej zawsze. https://jubileusz650uj.wordpress.com/2014/07/30/profesorowie-uj-zjedli-sniadanie/

Nic nie wskazuje, że na kolejne święto UJ, tym razem pandemiczne, nastąpi jakaś refleksja elity akademickiej.