Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja polityczna i ekonomiczna PRL w III RP, wraz z licznymi towarzyszącymi jej patologiami, została opisana wielokrotnie, choć nie do końca dogłębnie. Gorzej jest ze znajomością przemian domeny akademickiej. Ta w wyniku II wojny światowej poniosła wielkie straty i do dziś nie zdołała się podnieść z zapaści, mimo wielu reform w ramach transformacji ustrojowej. Skończyło się na imponującym ilościowym wzroście tak uczelni z nazwy wyższych, jak i utytułowanej kadry oraz studiującej młodzieży, co na jakość nauki w Polsce się nie przełożyło. Transformacja doprowadziła też do tego, że polskie uczelnie stały się bardziej kolorowe. Obecne kadry akademickie, elity wywodzące się z domeny akademickiej, taktownie nie podejmują kłopotliwych tematów, stąd społeczeństwo (ani nawet sami członkowie domeny akademickiej) nie bardzo wie, skąd się te kadry wzięły i dlaczego tak są niewydajne. To ma wpływ na liczne, lecz raczej pozorne reformy akademickie i na utrzymujący się deficyt elit potrzebnych do rozwoju dużego, europejskiego kraju.

Dyktat czerwonej nomenklatury, czyli czerwone agencje  towarzyskie

 Po zakończeniu okupacji niemieckiej, od zarania zniewolenia komunistycznego otwierano uczelnie, które miały za zadanie formowanie nowego, socjalistycznego człowieka, dla budowy najlepszego z systemów. Rzecz jasna, wielu z tych, którzy byli uformowani w II RP i przetrwali okupację, do wychowania nowych socjalistycznych kadr się nie nadawali i byli stopniowo rugowani z uniwersytetów, a przynajmniej marginalizowani. Niektórzy kończyli w kazamatach UB.  Zastępowały ich kadry przybyłe ze wschodu z Armią Czerwoną i ci robili szybkie kariery akademickie, bo słusznych kadr brakowało. Stopniowo luka była wypełniana młodymi kadrami chowu ZMP. Otwierano też szkoły przyspieszonej edukacji czerwonych kadr, jak szkołę „prawników” niezbędnych do skazywania „wrogów ludu” i likwidacji podziemia niepodległościowego – osławiana „duraczówka” czy Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, kształcący kadry KW PZPR. Kariery akademickie robili nawet zbrodniarze komunistyczni, a na wydziałach prawa także mordercy sądowi. System akademicki oparto na czerwonej nomenklaturze tworzącej na uczelniach swoiste czerwone agencje towarzyskie – korporacje towarzyszy (POP PZPR) decydujące o wszystkim. Rekrutacja kadr nawet na niskie stanowiska, a tym bardziej awanse naukowe musiały mieć poparcie czynników partyjnych. Preferowano orientację prokomunistyczną. Nawet nie wszyscy mogli studiować, jeśli byli z rodzin „wrogów ludu” lub wracali z lasu (z podziemia antykomunistycznego). Preferowano, jeszcze w końcu PRL, nie tylko punktami za pochodzenie – słusznych klasowo. Najlepsi nawet absolwenci uczelni, ale bez działalności w organizacjach socjalistycznych, byli odrzucani przy rekrutacjach na etaty na uczelniach. Stosowano system BMW – preferowania biernych, miernych, wiernych. Ale do doktora/ adiunkta można było się w systemie akademickim prześliznąć, bo przecież ktoś musiał na przewodnią siłę narodu pracować, dostarczając swe płody intelektualne w ramach dostaw obowiązkowych dla partyjnych feudałów akademickich. Ponadto do awansów profesorskich w późniejszym PRL wymagano wychowania nie tylko magistrów, ale i doktorów. Formalnie bezpartyjni, ale pokorni wobec władzy, złomni, konformiści i oportuniści, trafiali na wyższe szczeble akademickie, a nawet obejmowali funkcje dyrektorskie/dziekańskie, szczególnie wtedy, gdy na wydziałach dwie zwalczające się kliki partyjne były w równowadze. Trzeba też mieć na uwadze, że w tym systemie, który można nazwać systemem POP-ów, bo wielu nie tylko należało do POP PZPR, ale pełnili obowiązki Polaków czy patriotów, zdarzali się także ci, którzy dla pozorów pluralizmu pełnili obowiązki bezpartyjnych i nieraz otrzymywali od władzy nominacje rektorskie. W tym nomenklaturowym systemie dominowała selekcja negatywna i awansowano kadry nie najlepsze. Nawet słabych można było awansować, przygotowując obstawę partyjną przy przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Z kolei nawet najlepszych, ale niewygodnych, można było eliminować z systemu, bo bez przyzwolenia PZPR formalnej kariery nie można było zrobić. Na szczeble tzw. kadry samodzielnej selekcjonowały KW, a nawet KC.

Można mówić o czerwonych agencjach towarzyskich, bo gremia towarzyszy tworzyły coś w rodzaju agencji od zarządzania procesami awansu akademickiego, nie zawsze odpowiednio umocowanego naukowo. Ideologia dominowała nad nauką, co siłą rzeczy musiało prowadzić do obniżania poziomu nauki, choć proces ten był stopniowy i nie bez oporów kadr pamiętających jeszcze standardy II RP. Po roku ´68 przyspieszono wymianę kadr decydenckich poprzez likwidację katedr obsadzanych jeszcze przez kadry formowane w II RP, zastępując je instytutami z dyrektorami chowu ZMP i przez awansowanie na stanowiska docentów zasłużonych dla wspierania komunistycznego reżimu w dni marcowe. Jakkolwiek czerwień nie była w przestrzeni publicznej uczelni kolorem dominującym, to jednak moc decyzyjna należała do czerwonych i jak pokazywała rzeczywistość, nieraz jeden partyjny dyrektor wystarczał do zniewolenia intelektualnego i  moralnego kilkudziesięcioosobowego instytutu. Uczelnie były ponadto oplatane siecią agentury, czyli oficerów prowadzących SB i ich dość licznych tajnych współpracowników, którzy mieli za zadanie „chronić” kadrę i obiekty akademickie przed tzw. elementem wywrotowym. To było poważne wsparcie dla zarządzania uczelniami. Mimo że środowisko akademickie masowo poparło NSZZ Solidarność – także akademiccy partyjni, których część rzuciła legitymacje partyjne po wprowadzeniu stanu wojennego, ale niekoniecznie swoje przekonania, co było widoczne tak w czasach „jaruzelskich”, jak i do dnia dzisiejszego – opór akademicki wobec stanu wojennego raczej był mizerny, a opowiadanie się kadr po stronie partyjno-„solidarnościowych” dyrektorów nie należał do rzadkości. Także opór wobec „jaruzelskich” zasad weryfikacji akademickich kadr według klucza posłuszeństwa i przydatności do socjalistycznego wychowania młodego pokolenia był słaby; co więcej, te ekscesy pozostały dziś niemal zapomniane/wymazane, a beneficjenci tych czystek politycznych za nic w świecie nie chcą poznać mechanizmów, efektów selekcji ani nawet składu anonimowych nieraz do dziś selekcjonerów. Jest natomiast wola/przyzwolenie na stosowanie wobec tego okresu antykultury kasowania i ewaporacji, po prostu unieważniania historii. Skoro w historiach uczelni można było skasować takie nieodpowiednie słowa jak ‘komunizm’, ‘PZPR’, czy ‘stan wojenny’ i protestów środowiska naukowego nie ma, to pokazuje, co zrobiono z nauką/naukowcami.Co więcej, spóźniona i tylko częściowa lustracja doprowadziła wprawdzie do ujawnienia wielu akademickich współpracowników czerwonej dyktatury, ale słabiej poznano ich osiągnięcia „ochroniarskie”. Z niektórych „historycznych” dzieł i raportów można by sądzić, że per saldo były one dla domeny akademickiej korzystne i ochroniono substancję akademicką, ale co to ma wspólnego z prawdą? Gdy do „badań” zastosuje się (nie)odpowiednią metodologię, skupiając się na beneficjentach, a pomijając ofiary tej „ochroniarskiej” działalności, to i ofiar nie będzie – nieprawdaż? Tym samym okres czerwonej dyktatury, mimo licznych badań, okryty jest mniej lub bardziej gęstą mgłą, a staje się ona szczególnie zagęszczona w okresie schyłkowym, przed tzw. upadkiem dyktatury. Nie tylko wzrasta ilość zniszczonych dokumentów tak SB, jak PZPR oraz uczelnianych (te są najtrudniej dostępne do dziś!), ale wzrasta też niechęć etatowych badaczy (beneficjentów „upadku” czerwonej dyktatury) do poznania prawdy o tym czasie. O osiągnięciach „przewodniej siły narodu” na odcinku akademickim niemal nic nie wiadomo na podstawie dokumentów i świadków historii. I nie ma woli poznania strat akademickich okresu komunistycznego. A były one, jeśli chodzi o wyeliminowanie z domeny akademickiej znakomitych czy będących na drodze do znakomitości naukowej – ogromne. Zarówno tych, którzy ocaleli przed zagładą podczas okupacji niemieckiej, jak i tych, którzy weszli (niestety jedynie okresowo) do domeny akademickiej już po wojnie. Nie jest także znana skala niszczenia warsztatów pracy, zbiorów naukowych – a trzeba mieć na uwadze, że niszczono także te, które zostały ocalone przed okupantami niemieckimi. Gromadzone przez pasjonatów nauki z ogromnym wysiłkiem – także finansowym – księgozbiory (również literatury zagranicznej), które służyły w domenie akademickiej, po wypędzeniu niewygodnych ulegały zniszczeniu. Kasowano nauczycieli i wszelkie ślady po nich. Etatowi historycy, nawet w wolnej Polsce, takich tematów nie podejmują; są w oficjalnej domenie akademickiej unieważniane. Dostęp do archiwów akademickich z okresu czerwonej dyktatury jest ograniczony (lub go brak), aby skala ich ekscesów nigdy nie została poznana, podobnie jak ich autorzy. Nie ma też woli korzystania ze znajomości tematu przez świadków historii. Np. projekt „Pamięć Uniwersytetu” prowadzony przez UJ jest tak realizowany, że niewygodne relacje nie mogą ujrzeć światła dziennego. Zakłamywanie historii, szczególnie tej najnowszej, utrwala jedynie niepamięć uniwersytetu o prawdziwym obrazie czerwonej dyktatury w domenie akademickiej.

Dominacja różowych kameleonów

Z transformacją PRL w III RP, czy raczej w PRL-bis, symbolicznie kojarzy się wyprowadzenie sztandaru PZPR – czerwonej nomenklatury. Jednak nie doszło do zerwania ciągłości prawnej z PRL, a i ciągłość personalna nie jest naruszona. Przed transformacją wyeliminowano tych, którzy by taką ciągłość mogli naruszać i zakłócać pokojowe przejście od czerwonej dyktatury do dominacji różowych kameleonów. Bo „czerwoni”, dokonując kamuflażu na przejściu do III RP, przybrali barwy różowe, aby nie raziły zdezorientowanego społeczeństwa. PZPR formalnie zniknęła z przestrzeni publicznej, ale jej byli członkowie, wtapiając się w otoczenie jak kameleony, nadal zajmowali wysokie stanowiska decyzyjne – i tak jest do dziś. Nomenklatura akademicka doskonale zabezpieczyła sobie siedliska w domenie akademickiej poprzez zakładanie rozlicznych uczelni niepublicznych i rozwój wieloetatowości. Rzekomy sukces edukacyjny u zarania III RP stanowił w rzeczywistości zapaść edukacyjną, katastrofalne obniżenie poziomu intelektualnego i moralnego tak nauczanych, jak i nauczających. Utrzymano tytularne filary systemu, które służyły do podtrzymywania ustroju socjalistycznego i selekcję negatywną. Zarządzający nie mogli ryzykować rekrutowaniem kadr niezależnych, o wysokich parametrach moralnych i intelektualnych, skoro system był nastawiony na ilość, a nie jakość i w istocie był amoralny. Nie starano się zlikwidować luki pokoleniowej poprzez unieważnienie wyników politycznych weryfikacji kadr końca PRL. Powroty były, ale i było wykluczenie, i to dożywotnie, nonkonformistów, tych, którzy stanowiliby zagrożenie dla różowych kameleonów i wykazywali skłonności do myślenia krytycznego. Zabezpieczono się prawnie przed powrotami akademików z zagranicy, bo ci na ogół nie mieli obowiązującej nadal u nas habilitacji, choćby intelektem i osiągnięciami bili na głowę krajowych habilitowanych. Luka się nie zmniejszała, lecz wręcz zwiększała wraz ze wzrostem emigracji i przechodzenia młodych do sektorów pozaakademickich, bo na normalność w domenie akademickiej trudno było liczyć. Utrzymał się typowy dla okresu „czerwonego” brak poszanowania własności intelektualnej, a dzięki postępowi technik komputerowych nawet się rozwinął. Plaga plagiatów objęła zarówno studentów, jak i utytułowanych – do profesorów, rektorów włącznie. Prowadzący dziesiątki (i więcej) prac dyplomowych „profesorowie”, jednocześnie „pracujący” w  wielu uczelniach, nawet nie czytali (bo kiedy? bo po co?) prac, które umożliwiały zdobywanie dyplomów uczelni z nazwy wyższych. Rozwinęła się, i to na skalę niemal przemysłową, produkcja lipnych prac dyplomowych, także doktorskich, pisanych na zamówienie, w którym to procederze brały udział i kadry akademickie. Można mówić o rozwoju udyplomowienia społeczeństwa metodą prokuratora Juliana Haraschina – mordercy sądowego z czasów stalinowskich, robiącego następnie karierę akademicką na UJ, wprowadzającego innowacyjnie w okresie „czerwonym” produkcję lipnych dyplomów. Z tym, że Haraschin produkował je niejako metodą chałupniczą, bez porównania mniej, niż to ma miejsce w III RP. Etaty akademickie obsadzano na podstawie konkursów, ale głównie ustawianych na „swoich”. Kryteria ideologiczne z okresu „czerwonego” zastąpiono kryteriami genetyczno- -towarzyskimi, które przeważały nad naukowymi i skutkowały utrzymaniem negatywnej selekcji kadr.

W okresie „różowym” wybierano przyszłość, odcinając się od przeszłości, zapominając, że nie da się budować przyszłości bez rozliczenia się z przeszłością. Stąd cała degrengolada okresu „czerwonego” przeszła w zasadzie bezstratnie do okresu „różowego” i następnie „tęczowego”, bo w tym kierunku następowała transformacja. Jak u kameleonów, z których gatunek pantera (Furcifer pardalis) mógłby być symboliczny dla opisania procesu kolorystycznej transformacji polskich uczelni.

 Uniwersytet tęczowy, a nie naukowy

Polskie uniwersytety w okresie „różowym” abdykowały z poszukiwania prawdy, czego przykładem dla innych uczelni był Uniwersytet Jagielloński, który na jubileusz 600-lecia odnowienia zrezygnował w nowym statucie z wcześniejszej definicji uniwersytetu jako korporacji nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Inne uniwersytety także starały się w swoich statutach unikać niewygodnego słowa ‘prawda’. Uczelnie koncentrowały się na produkcji dyplomów i tytułów, a przykładanie zbytniej wagi do zagadnień prawdy ten proces mogło jedynie osłabiać. Ale czymś uniwersytety winny się wyróżniać, jakieś cele realizować, aby otrzymywać na nie środki publiczne. Luka po poszukiwaniu prawdy jako misji uniwersytetów zostaje stopniowo wypełniana przez poszukiwanie urozmaicenia płciowego populacji akademickiej (i nie tylko). Na uniwersytetach powstają kierunki studiów genderowych, realizowane są w tej materii projekty, powstają liczne publikacje, organizacje studenckie propagujące ideologię LGBT (np. Tęczuj), a ten sektor, mimo że uważany na szczeblu ministerstwa za nienaukowy, ideologiczny, jest finansowany z niewysokiego budżetu przeznaczonego na naukę.

Tęczowe uniwersytety serwują tęczowe studia, badania nad poliamorią, tęczową ideologię, która ma zastąpić trudniejszą do poznania prawdę. Co więcej, naukowcy kwestionujący ideologię LGBT są marginalizowani, szykanowani, tracą szanse na finansowanie projektów, a nawet stanowiska. I znów na uczelniach mamy dominację ideologii nad nauką. W przestrzeni akademickiej, przed gmachami uniwersyteckimi przetaczają się, popierane przez gremia uczelniane, demonstracje tęczowych, wulgarnych hord hunwejbinów, których działania zabezpieczają specjalne działy uczelniane. Mamy na uczelniach tęczowy terroryzm. Ideologia, dominująca nad nauką, bezkarnie nie może być krytykowana, podobnie jak w czasach czerwonej dyktatury. Ci, którzy jej nie wyznają, są wręcz szykanowani. Z tą dominacją wiąże się wzmożenie tzw. cancel culture – kultury, czy raczej antykultury unieważniania, kasowania, wymazywania i ewaporacji, mającej długą już historię. Była znana i święciła swoje haniebne tryumfy w okresie komunizmu, ale i obecna jej skala jest przerażająca. Niektórzy dopiero teraz to zauważyli i wskazują na przenoszenie się zjawiska z uniwersytetów zachodnich, szczególnie amerykańskich. Faktem jest, że lewica, czy wręcz lewactwo zdominowało amerykańskie uniwersytety, ale trzeba pamiętać, że w Polsce – przynajmniej dla tych, którzy mają jakąś znajomość czasów wcześniejszych – antykultura unieważniania i represji ideologicznych nie stanowi zaskoczenia. Jeszcze w czasach „jaruzelskich”, obserwując, co się dzieje na uniwersytecie (UJ), protestowałem przeciwko deprawacji młodzieży akademickiej (nie chodziło o seks) i wskazywałem na nadchodzącą śmierć uniwersytetu, co wprowadziło mnie na ścieżkę dyscyplinarną (z której mimo transformacji nie zszedłem do dnia dzisiejszego). Z uczelni zostałem usunięty dożywotnio, także za inne „grzechy”, określane przewrotnie jako negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką – bo uczenie myślenia, nonkonformizmu itp. stanowiło śmiertelne zagrożenie dla systemu totalitarnego i to zagrożenie nie ustąpiło po transformacji. Cancel culture jak działała, tak działa, i to nie tylko w oficjalnych strukturach. Sukces „transformacji kolorystycznej” w instalowanym świecie antywartości był możliwy dzięki weryfikacji i wykluczeniu w okresie „czerwonym” niewygodnych, nonkonformistycznych kadr akademickich, które dla takiego przebiegu transformacji stanowiłyby przeszkodę. Konformistyczna pozostałość po czystkach akademickich (zapomnianych!/unieważnionych) brała w niej aktywny udział. Postępowcy prowadzą do tego, że uniwersytet przestaje być centrum nauki, kształcenia elit metodami naukowymi dla dobra wspólnego, a staje się tęczowym teatrem z kiepskimi aktorami, posiadaczami rozlicznych tytułów. Czy taki teatr jest nam do czegokolwiek potrzebny? O kulturze dobrze nie świadczy, elit nam nie przysporzy. Dlaczego jest to finansowane z kieszeni podatnika?

 Łożenie na tęczowe uniwersytety nie podniesie poziomu nauki, a może go jeszcze obniżyć. Uniwersytety jako miejsca poszukiwania prawdy należy finansować, i to wielokrotnie więcej niż obecnie, ale kierowanie środków przeznaczonych na naukę do tęczowych teatrów nie może być społecznie akceptowane.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lutym 2022 r.

W oczekiwaniu na wolność nauki

W oczekiwaniu na wolność nauki

 Pod koniec roku wszedł w życie pakiet wolności akademickiej gwarantujący każdemu wolność słowa, wypowiedzi oraz badań naukowych. Do tej pory po 1989 roku żyliśmy podobno w wolnej Polsce, ale w domenie akademickiej były z tą wolnością problemy, stąd opinie, że na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć.

To może pozostałość poprzedniego systemu, w którym karano za uczenie myślenia krytycznego. Wysegregowano kadry tak, że do III RP przeszli ci, którzy zrezygnowali z wolności myślenia i mówienia, a przy tym nie zawsze mowa akademicka ma jakieś powiązania z myśleniem.

Do tej pory środowisko akademickie bało się poznać swoją historię, jakby wykorzystując fakt ogłoszenia przez Fukuyamę końca historii. Jakkolwiek analiza dziejów uczelni skłania do wniosku, że nasze uczelnie znacznie wyprzedziły tezę Fukuyamy. Oficjalna historia UJ zamieszczona na stronach uczelni pod koniec 2021 roku skończyła się w 1981 roku i ta data niemal pokrywa się też z końcową datą udostępnionych mi w 1987 roku moich dokumentów w teczce akademickiej, mimo że ja jeszcze trwałem, jakby niezależnie od historii.

Ale to trwanie zostało skasowane/unieważnione/wymazane, więc go jakby nie było i taki stan rzeczy przetrwał transformację – trwa do dziś. Zamiłowanie do cancel culture w domenie akademickiej jest wielkie i stanowi szeroką bramę dla marszu lewactwa przez instytucje, postulowanego swego czasu przez Antonio Gramsciego i realizowanego z powodzeniem w polskiej domenie akademickiej.

Wymazanie niewygodnej historii, niewygodnych ludzi, niewygodnych wartości, a w szczególności abdykowanie przez uczelnie z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania seksualności – to przejawy tego marszu.

Czy pakiet wolności skłoni badaczy do powrotu poszukiwania prawdy? Czy z wolności ośmielą się skorzystać? Pewności nie ma, ale w Nowym Roku trzeba im tego życzyć z całego serca i oczekiwać na powstrzymanie lewackiego marszu przez uniwersytety oraz wypełnienie luk w poznaniu swej przeszłości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 stycznia 2022 r.

Na prawdę nie ma miejsca ani czasu

Zamieszczam poniżej tekst Szkalowanie zamiast polemiki, czyli Jan Woleński w akcji”, który przekazałem redakcji Forum Akademickiego, oczekując na przeprosiny i możliwość odpowiedzi na szkalujące mnie dezinformacje zamieszczone w tekście „O mobbingu na uczelniach” w 9 numerze FA w r .2019.

Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, czy zostanę przeproszony, czy redakcja FA zamieści skorygowane informacje, czy dostanę możliwość ustosunkowania się do kłamstw dotyczących mojej osoby,  sfabrykowanych przez Jana Woleńskiego w tekście, pod którym widnieje informacja

„Prof. dr hab. Jan Woleński , członek Komisji ds. Etyki w Nauce PAN

PS Niniejszy tekst został przesłany do redakcji „Gazety Wyborczej”, a ta przekazała go do portalu gazeta.pl/weekend, także należącego do Agora S.A. Decyzję o jego nieopublikowaniu podjęła Ewa Jankowska, a więc osoba zainteresowana. Proponowałem publikację „Gazecie Wyborczej”, lecz ta odmówiła. Wygląda na to, że na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko.”

Zgadzam się z ostatnim stwierdzeniem Jana Woleńskiego, że „na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko” z tym, że dotyczy to też miesięcznika akademickiego, w którym znalazło się miejsce na szkalowanie (ze strony Jana Woleńskiego) a na polemikę (z mojej strony) do tej pory miejsce się nie znalazło. Wiadomo mi, że przez lata na łamach FA nie można było nawet powoływać się na moje teksty, wymieniać mojego nazwiska (autora setek tekstów i kilkunastu książek dotyczących ważnych spraw akademickich) i ze zdziwieniem zauważyłem, że jakby zapis na moje nazwisko został odblokowany, ale po to, aby podawać o mnie kłamstwa.

Jan Woleński mógł przez lata pracować na etacie na UJ, gdy UJ (i nie tylko UJ) dla mnie, po politycznej weryfikacji kadr akademickich (r.1986/87), został zamknięty i to dożywotnio,  i bez reakcji, także gremiów etycznych (do których należy Jan Woleński).

Wikipedia w biogramie Jana Woleńskiego podaje  m.in. „Jan Woleński, właściwie Jan Wiktor Hertrich-   Woleński  polski filozof analitycznylogik i epistemolog, teoretyk prawdy oraz filozof językaprofesor nauk humanistycznych.  M.in.  Członek-założyciel reaktywowanego Żydowskiego Stowarzyszenia B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej, a w latach 2007–2012 pełnił funkcję wiceprezydenta…..Z powodu wystąpienia z PZPR nie otrzymywał paszportu w latach 1982–1986 i był objęty zakazem prowadzenia zajęć dydaktycznych na Politechnice Wrocławskiej w latach 1982–1988. W latach 1982–1988 wstrzymano wniosek o nadanie mu tytułu profesora.”

O mnie żadnych informacji w Wikipedii nie ma, ale nieco ich zamieściłem na moim blogu (https://blogjw.wordpress.com/autor/ i każdy, także Jan Woleński, może się z nimi zapoznać i merytorycznie się do nich ustosunkować.

Jan Woleński jako znany anylustrator ( Lustracja jako zwierciadło, Universitas, 2007.), który nie zhańbił się czytaniem zasobów SB w IPN, jako ekspert (sic!) występował w panelach na temat lustracji ( np.  https://lustronauki.wordpress.com/2012/10/11/uniwersytet-w-panstwie-policyjnym/ , https://blogjw.wordpress.com/2012/11/07/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem/) czego nie dostąpił – jako wymazany/unieważniony  przez środowisko – Józef Wieczorek, który zapoznawał się zarówno z teczkami SB, jak i PZPR i prowadzi popularny serwis (ponad milion wejść) – LUSTRACJA I WERYFIKACJA NAUKOWCÓW PRL http://lustronauki.wordpress.com/

 Aby w pełni odnieść się do manipulacji i kłamstw eksperta od etyki i lustracji oraz teoretyka prawdy (której za nic w świecie praktycznie nie chce poznać i na moje strony nie zagląda, bo wie od innych, że nie warto – informacje w sieci !) w szerszym kontekście musiałbym napisać sporą książeczkę, ale moje doświadczenia są takie, że redakcje, jak i środowiska akademickie chłoną chętnie kłamstwa a są odporne na prawdę, na którą nie ma miejsca, ani czasu.

Trzeba mieć na uwadze, że uczelnia Jana Woleńskiego (UJ) abdykowała z poszukiwania prawdy, nie interesuje jej odmienna orientacja moralna i intelektualna, gdy Józef Wieczorek pozostał na swoich pozycjach, co jakiś czas bombardowanych przez akademickie działa największego kalibru.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Forum Akademickie

Piotr Kieraciński – redaktor naczelny

ul. Tomasza Zana 38
20-601 LUBLIN

Szkalowanie zamiast polemiki, czyli Jan Woleński w akcji

Szanowny Panie Redaktorze,

Przypadkowo natknąłem się na nieznany mi wcześniej tekst Jana Woleńskiego „ O mobbingu na uczelniach” zamieszczony w 9 numerze FA w r .2019. a stanowiący podobno polemikę z artykułem Ewy Jankowskiej o mobbingu na uczelniach (http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24821405), której nie zamieściła redakcja Gazety Wyborczej, nad czym autor boleje pisząc „ Wygląda na to, że na szkalowanie środowiska naukowego miejsce w prasie codziennej z reguły się znajduje, a na polemikę w tym zakresie bardzo rzadko”..

W zamieszczonym tekście  Jana Wileńskiego trudno się doszukać rzetelnej polemiki z tekstem Gazety Wyborczej a bez trudu można zauważyć szkalowanie mojej osoby naruszające moje dobra osobiste, mimo że w tekście Ewy Jankowskiej moje nazwisko pojawia się tylko raz  – cytat „ Jak podkreśla Józef Wieczorek, prezes Fundacji Niezależne Forum Akademickie i twórca bloga nfat.wordpress.com, gdzie publikowane są przypadki mobbingu na uczelniach wyższych, mobbing bywa stosowany jako metoda zarządzania zakładem i metoda dyscyplinowania pracowników. Tłumaczy, że kierownicy merytorycznie nieprzygotowani do kierowania zespołami ludzi często stosują terror psychiczny dla utrzymania się przy władzy poprzez eliminowanie zbyt kompetentnych, aktywnych, a zatem potencjalnie zagrażających im pracowników”. [Uwaga! błąd w adresie mojej strony   – jest nfat.wordpress.com winno być https://nfapat.wordpress.com/ NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI

z tym, że ta strona podawana jest chyba omyłkowo, bo teksty o  mobbingu (także tezy przytaczane przez autorkę) zamieszczam na innej stronie – MOBBING AKADEMICKI – MEDIATOR AKADEMICKIhttp://nfamob.wordpress.com/

Autorka nie precyzuje z   którego tekstu dowiedziała się o moich poglądach (kontaktu z autorką nie miałem). Moje poglądy – uzasadnione moją znajomością rzeczy – takie są, ale należy je cytować jak należy. Jan Woleński tego nie podnosi, rzetelne cytowanie go nie interesuje, gdyż sam tak samo postępuje. Mnie atakuje bez znajomości moich licznych tekstów poświęconych problematyce mobbingowej w kontekście funkcjonowania patologicznego systemu akademickiego. Publicznie [w sieci] podnosił, że nie zagląda do moich tekstów, bo nie warto -jak mu inni mówili i to jest dla niego naukowa (?) podstawa do personalnych (bo nie merytorycznych) ataków!    

Jan Woleński przeciwstawia tezy Joanny Gruby tym prezentowanym przez Joannę Wylężałek, nie dokumentując czy je zna, bo jedynie informuje: „ Zaglądnąłem do książki J. Wyleżałek. Jest to gruntowne teoretyczno-empiryczne studium na temat mobbingu społecznego, w tym uczelnianego.]  Jest to raczej kabaretowa opinia, tym bardziej, że obie panie Joanna Gruba i Joanna Wylężałek ze sobą współpracują i efekty tej współpracy zamieszczane były na stronach Fundacji Nauka Polska. Jan Woleński może nie wiedzieć, że studium p. Wylężałek powstało z inspiracji autorki moimi tekstami o mobbingu akademickim, jak sama podkreślała ( tel. 2010 r ?) prekursorskimi. Z analizy moich i p. Wylężąłek tekstów wynika, że autorka tak się zainspirowała moimi tekstami, że pewne fragmenty jej tekstów są tożsame [bez zaznaczenia, że chodzi o cytat]  z moimi wcześniejszymi, co podnosiłem już w roku 2011 r. [ na etapie powstawania studium]   jak i  w 2019 r. [ https://nfamob.wordpress.com/2019/04/04/ankieta-mobbing-na-uczelniach/).

Jan Woleński nie uzasadnił w swej „polemice” dlaczego moje tezy są złe a tożsame/bliźniacze  p. Wylężałek – dobre. Czy może dlatego, że studium p. Wylężałek jest recenzowaną pracą habilitacyjną? [nie przeze mnie, bo w Polsce, ci którzy się znają na rzeczy, ale nie są hab., prof. recenzentami takich prac być nie mogą).   

Rzetelny recenzent winien postawić pytanie: jakie są osiągniecia pracy (tezy  gruntownego teoretyczno-empirycznego studium na temat mobbingu)’ skoro tożsame tezy były wcześniej prezentowane przez JW ?  – i to w tekstach, które ja wcale nie uważam za naukowe, choć rzetelne.

Jan Woleński jako członek Komisji ds. Etyki w Nauce PAN nie widzi w tym nic zdrożnego, nierzetelność chwaląc, rzetelność ganiąc – bo jak to inaczej zrozumieć? 

Jan Woleński, jako akademik niezależny od faktów,  niejako zestawia moją osobę z p. Joanną Grubą, z którą mi nie po drodze – różnice kosmiczne.

Jan Woleński w tekście rozpowszechnia fałszywe informacje (nie mające żadnego związku z tekstem Gazety Wyborczej) na temat mojej osoby. Oczekuję, że autor czy Redakcja FA przedłoży mi dowody, że jak czytamy  (ni stąd, ni zowąd) – „Dr J. Wieczorek został zwolniony z UJ z powodu niezrobienia habilitacji”. Wystarczającą ilość informacji na mój temat [opartych na znanych mi faktach], przedstawiam na moich stronach: https://blogjw.wordpress.com/autor/, https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/ i rozpowszechnianie fałszywych informacji (bez dowodów) w powszechnie znanym, periodyku akademickim musi budzić  kategoryczny sprzeciw, choć nie jest to jedyny personalny, pozamerytoryczny atak koryfeuszy nauki polskiej  na moją – nic nie znaczącą – osobę, której poglądy podobno są subiektywne z powodu „rozżalenia”, pozostające w kontraście z „obiektywnymi”  poglądami beneficjentów politycznych weryfikacji kadr w okresie komunistycznym  i negatywnej selekcji trwającej do dnia dzisiejszego. 

Moim zdaniem, ten tekst w takiej formie nie powinien się ukazać w FA, gdyż pokazuje, że na szkalowanie środowiska naukowego jest w nim miejsce a na polemikę -nie! Oczywiście mógłby się ukazać, ale nie jako przykład walki z cenzurą [tak rozumiem zamieszczenie go bez komentarza redakcji na FA] ale jako przykład ilustrujący zapaść środowiska akademickiego a w szczególności „naukowców” obarczonych licznymi tytułami [także honorowymi], które ich tak przytłaczają, że nie są w stanie funkcjonować na poziomie uniwersyteckim a jeno kabaretowym.  

Gdyby jednak było miejsce w FA i na merytoryczną polemikę, to mogę napisać osobny tekst (kilka – kilkanaście tysięcy znaków) odnoszący się do szkalującego mnie tekstu, w kontekście patologii akademickich, w ujęciu także historycznym. Rzecz jasna z analizy tekstu Jana Woleńskiego wyłania się tyle demonów środowiska akademickiego, że choćby pobieżne ich omówienie musiałoby zabrać co najmniej cały numer Forum Akademickiego, a najlepiej książkę.  Takich tekstów nie można przemilczeć, bo ich omówienie winno wiele wnieść do lepszego poznania plag akademickich toczących domenę akademicką.

Oczekuję od Redakcji na przeprosiny i rzetelną informację na stronach FA .

Z poważaniem

Józef Wieczorek

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



—— Wiadomość oryginalna ——
Temat: Re: FA
Data: 2021-12-02 14:44
Nadawca: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>
Adresat: „Piotr Kieraciński” <kieracinski@forumakademickie.pl>;

Panie Redaktorze,

Załączam dokumentację e-maila na który nie dostałem potwierdzenia stąd  tekst umieściłem na FB.

Moja reakcja rzeczywiście dotyczy tekstu sprzed 2 lat, gdyż wcześniej go nie zauważyłem a i Redakcja  FA nie zwróciła mi na niego uwagi, mimo że zamieszczony został personalny atak na moją osobę, o czym jasno piszę w mojej reakcji.  Nie wiem dlaczego moja reakcja jest niezrozumiała ? Tekst Woleńskiego – czyli kłamstwa – był dla Redakcji zrozumiały ?  Prawdę trudniej jest zrozumieć w środowisku akademickim , tym bardziej, że uczelnie ( w tym b. uczelnia Jana Woleńskiego)  abdykowały z poszukiwania prawdy, stąd możliwości nawiązania kontaktu intelektualnego z akademikami przez osobę, która z poszukiwania prawdy nie zrezygnowała są mierne, a nawet żadne  [ np. https://nfapat.wordpress.com/2019/04/24/patrzym-i-widzym-nawiazanie-kontaktu-intelektualnego-obywatela-z-wladzami-akademickimi-nie-jest-latwe/

  Materiał do którego odnoszą się linki w moim tekście tylko sprawę wyjaśniają. Gdyby ich nie było, być może byłyby jakieś wątpliwości. Tekst Jana Woleńskiego dobrze jest widzieć w szerszym kontekście plag akademickich, które w nim się ujawniają.  

Sprawa jest jasna – zostałem zniesławiony przez Jana Woleńskiego w tekście z FA przez podawanie nieprawdziwych informacji naruszających moje dobra osobiste rozpowszechniane za pomocą FA bez jakiejkolwiek konfrontacji z osobą szkalowaną (mną). Wymaga to wyjaśnienia przez Redakcję ( w końcu tekst jest dostępny publicznie do dnia dzisiejszego), naprawienia krzywdy, umożliwienia reakcji osoby poszkodowanej.  Myślę, że kierowanie sprawy do sądu jest gorszym rozwiązaniem.

Z poważaniem

Józef Wieczorek


Od: „Piotr Kieraciński” <kieracinski@forumakademickie.pl>
Do: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>;
Wysłane: 9:45 Czwartek 2021-12-02
Temat: FA

Panie Józefie,

nie bardzo rozumiem Pana zarzuty, zatem trudno mi się do nich odnieść. Może Pan wyrazić to samo w prostszych słowach, bezpośrednio, a nie za pomocą linków? Na razie Pana „komentarz” na FB jest całkowicie niezrozumiały (nie mówiąc już, że odnosi się do publikacji sprzed dwóch lat).

Ach, i jeszcz: mam wrażenie, że nie dostałem od Pana tego tekstu bezpośrednio, co sugeruje Pan w „komentarzu”. Gdybym go dostał, odpowiedziałbym wcześniej. Coś przeoczyłem?

Serdeczności