Rankingi miarą (nie)mocy akademickiej

Rankingi miarą (nie)mocy akademickiej

Na świecie jest ponad 30 tysięcy jednostek akademickich identyfikowanych przynajmniej w niektórych rankingach próbujących określić ich pozycję w świecie nauki. Rankingów takich jest wiele, zarówno krajowych, jak i światowych; stosują rozmaite metody i kryteria, stąd mają różne wyniki i są różnie oceniane. Jedno kryterium ich oceny wydaje się jednak stałe. Rektorzy uczelni za najbardziej wiarygodny uważają ten ranking, w których ich uczelnia umieszczona jest najwyżej. I trudno się temu dziwić.

Zabawa czy budowanie prestiżu

Niektórzy odnoszą się do rankingów lekceważąco, traktując je jako zabawę. Od początku tego wieku rankingi zyskują jednak spore uznanie i na ogół świat akademicki z niecierpliwością czeka na ogłoszenia ich wyników są one bowiem wskazówką dla potencjalnych studentów, którą uczelnię wybrać, dla absolwentów na której pracować, a dla ministrów którą warto wspierać, finansować.

Mimo zastrzeżeń, wątpliwości, co do kryteriów, dostępu do danych, mierzalności mocy akademickiej itp. rola rankingów w domenie akademickiej rośnie. Media rzadko zajmują się sprawami akademickimi, ale o miejscach jakie uczelnie zajmują w rankingach, informują szeroko. Bo to rankingi decydują (choćby tylko lokalnie) o prestiżu uczelni.

Rankingi krajowe i światowe

W Polsce najpopularniejszy w ostatnich latach jest ranking „Perspektyw”, choć już przed 30 laty ranking najlepszych polskich szkół wyższych ogłaszał tygodnik „Wprost” a potem też „Polityka” oraz „Rzeczpospolita”. Ranking „Perspektyw” uważany jest obecnie za najbardziej reprezentatywny, oparty na wielu kryteriach, wśród których najwyżej oceniane są: potencjał naukowy i efektywność naukowa (pozyskiwanie środków finansowych, stopnie i tytuły naukowe, uprawnienia do ich nadawania, publikacje, cytowania ), umiędzynarodowienie (liczba studentów zagranicznych, programów studiów w językach obcych, pracowników zagranicznych, publikacji z naukowcami zagranicznymi), prestiż (oceniany przez kadry akademickie, uznanie międzynarodowe, miejsce w rankingach światowych),  ekonomiczne losy absolwentów , innowacyjność ( patenty ), warunki kształcenia (dostępność kadry, akredytacje)  

Od lat w tych rankingach najwyżej plasują się: Uniwersytet Warszawski i Jagielloński, co jakiś czas zamieniające się pierwszym miejscem, choć w rankingu rozdzielonym na grupy kryteriów uczelnie te dominują według prestiżu, potencjału naukowego, czy warunków kształcenia, ale według umiędzynarodowienia w tegorocznym rankingu przoduje Akademia Ekonomiczno-Humanistyczna w Warszawie, publikacji – Uniwersytet Opolski, efektywności naukowej- Uniwersytet Medyczny w Łodzi, wynalazczości – Politechnika Gdańska a absolwent na rynku pracy ma najlepiej po SGH

To spore zaskoczenie i sporo wątpliwości, bo publikacje czy umiędzynarodowienie winny mieć ogromny wpływ na prestiż uczelni a w rankingu tak nie jest.

Wśród uczelni niepublicznych dominuje Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie

Oprócz ogólnego rankingu podawane są miejsca uczelni z podziałem według typów uczelni tj. techniczne, medyczne, ekonomiczne, rolnicze, pedagogiczne, AWFy,. co może ułatwiać decyzje odnośnie wyboru uczelni.

Wśród rankingów światowych szczególnym uznaniem cieszy się ranking szanghajski (Academic Ranking of World Universities) ogłaszany w sierpniu od 2003 r ale i do niego są zarzuty, że zbyt preferuje laureatów Nobla czy publikacje w czasopiśmie Nature.

Dokładne miejsce w tym rankingu znane jest tylko w przypadku 100 najlepszych uczelni, natomiast pozostałe miejsca podawane są w przybliżeniu, w grupach liczących 50 -100 placówek

Ostatnio ogłaszany jest też ranking dziedzinowy co daje szanse na porównywanie uczelni w danej specjalności. W końcu uczelnia może mieć różną moc w różnych dziedzinach.

Od kilkunastu lat czasopismo „Times Higher Education” przygotowuje brytyjski ranking, krytykowany za korzystanie z niekompletnych baz danych i preferowanie prac pisanych w języku angielskim, co się odbija niekorzystanie pozycjonowaniu uczelni, szczególnie w naukach humanistycznych. Przed kilku laty odseparował się od niego inny brytyjski ranking  -uważany za prestiżowy -QS World University Rankings, w którym pozycja uczelni zależy od kilku czynników: przede wszystkim od opinii wykładowców, publikacji naukowych, stosunku liczby wykładowców do studentów i liczby studentów zagranicznych.. W tym rankingu klasyfikowanych jest ok. 1500 uczelni z całego świata.

Niemal wszystkie instytucje akademickie- ponad 30 tys.- obejmuje natomiast hiszpański ranking „webometryczny” (Webometrics Ranking of World Universities)) uwzględniający obecność instytucji akademickich i badawczych w internecie i promowanie otwartego dostępu do publikacji wyników naukowych.

Powód do dumy czy zadumy

Wszelkie rankingi odsłaniają słabość polskich uczelni, także tych z największą ilością profesorów i doktorów habilitowanych. Nawet najlepsze nasze uczelnie są w niemocy, jak się je porówna z uczelniami światowymi. Rankingi nie uwzględniają liczby profesorów prezydenckich/belwederskich, a tym bardziej doktorów habilitowanych, bo te kategorie ‘naukowe’ na ogół nie są znane w innych systemach akademickich. Stosowanie innych kryteriów określania mocy naukowej pokazuje, że można być mocarstwem, jeśli chodzi o liczbę naukowców tak utytułowanych, przejawiać niemoc naukową.

Najlepsze polskie uczelnie – tradycyjnie Uniwersytet Warszawski i Jagielloński – zwykle plasują się w 5 setce najlepszych uczelni światowych (ranking szanghajski) czasem trafiając do 4 setki, ale na tak dalekich pozycjach rankingi nie są zbyt precyzyjne. Określanie mianem sukcesu awansowanie uczelni np. o 50 miejsc w którejś tam setce rankingu jest bezpodstawne, jako że dystans naszych nawet najlepszych uczelni od pierwszej setki rankingu jest niemal kosmiczny. I powinien skłaniać do zadumy.

A jakie proponuje się remedia na poprawę prestiżu?.Zwykle jakieś fortele. Ponieważ rankingi preferują raczej wielkie uczelnie, nieraz postulowano, aby nasze uczelnie po prostu łączyć w wielkie molochy. Co prawda poziom nauki i nauczania niekoniecznie się wtedy polepszy, ale za to pozycja w rankingach się podniesie. Rzecz jasna można by zatrudniać na etatach noblistów, których obecność wpływa znacznie na punktację rankingową, ale noblistów naukowych nam brakuje, a jakoś do tej pory uczelnie nie zatrudniły Lecha Wałęsy, w końcu pokojowego noblisty, choć bez matury, ale z wielką ilością doktoratów honorowych. Tych naprawdę naukowych noblistów nie możemy się doczekać, bo czy ktoś o takim potencjale miałby szanse na sukces w systemie trwającej dziesiątki już lat negatywnej selekcji kadr?

Ponieważ rankingi międzynarodowe wysoko punktują poziom umiędzynarodowienia studiów niektóre uczelnie (ostatnio UAM) likwidują limity przyjęć dla obcokrajowców. Zwykle są to u nas Ukraińcy i w mniejszym stopniu Białorusini.

Niestety i takie preferencje nie za wiele się zdają i np. UAM w ostatnim rankingu QS World University Rankings został uwzględniony, ale w odległej 8-10 setce, razem m.in. z uczelniami Bangladeszu.  Widocznie polityka równościowa i skoncentrowanie się na orientacjach seksualnych, przy lekceważeniu orientacji intelektualnych w nauce najważniejszych, prowadzi do równania w dół, a nie w górę. I żadne fortele poprawy ich rankingowej sytuacji nie są skuteczne.

Niestety rektorzy -co gorsza przy pomocy mediów – wprowadzają w błąd polskich podatników finansujących polskie uczelnie, co do sukcesów tychże w skali międzynarodowej. Co prawda w wyżej wymienionym rankingu zidentyfikowano aż 19 (więcej niż dotychczas) wśród ponad tysiąca uczelni z całego świata. Jest to jednak tylko kilka procent polskich uczelni z nazwy wyższych, a i te najlepsze plasują się na pozycjach zajmowanych także przez wiele uczelni tzw. trzeciego świata. Od naszych najlepszych UW i UJ wyżej sklasyfikowano uczelnie m.in. Chile, Kazachstanu, Tajlandii, Kataru, Kolumbii, Brunei, Białorusi.

Określenie mocy uczelni, w takim czy innym rankingu, jest wysoce niedoskonałe i pozycje zajmowane przez uczelnie zawsze są dyskusyjne, a nawet mogą budzić zdziwienie, ale jednak uczelnie uważane od lat za bardzo dobre zajmują pozycje zwykle w pierwszej setce, niezależnie od kryteriów rankingowych. Jeśli uczelnie plasują się w różnych rankingach na odległych pozycjach to jednak uzasadniony jest wniosek, że są słabe, w niemocy.

Ranking „webometryczny” pokazuje także nasze szkoły niepubliczne oraz wiele publicznych, na bardzo odległych pozycjach, na ogół w przedziale 20-30 tysięcznym. I takie jest też odczucie społeczne wartości tych uczelni z nazwy wyższych, którą to nazwę zawdzięczają odpowiedniej ilości profesorów i doktorów habilitowanych. Ta ilość nie ma jednak większego znaczenia dla pozycji w rankingach międzynarodowych, bo w nich nasze tytuły i stopnie naukowe nie są brane pod uwagę.

Rektorzy i media podnoszący rzekome sukcesy polskich uczelnie zdają się jednak bezwarunkowo uznawać rankingi za doskonałe narzędzie do określania poziomu uczelni i do jej promocji uczelni, nawet gdy ta moc jest podobna do uczelni biednych krajów, niezbyt znanych w nauce. Ale rzecz jasna o tym taktownie nie mówią i nie piszą. Na ogół polskie uczelnie i ich uczeni są słabo znani w świecie, z wyjątkiem nielicznych, i to głównie w dziedzinach „twardej” jak mówimy nauki.

Najnowszy ranking szanghajski

W lipcu tego roku ogłoszono ranking szanghajski w rozbiciu na dziedziny naukowe. Ten wygląda nieco bardziej pozytywnie, bo fizyka Uniwersytetu Warszawskiego znalazła się w pierwszej światowej setce (51-75) co jest sukcesem, powodem do zadowolenia, matematykę UW ulokowano na pozycji 101-150 a UJ na pozycji 150-200. W dziedzinie weterynarii w drugiej setce jest SGGW, podobnie jak UJ w dziedzinie zdrowia publicznego.

Ale już nauki o ziemi, podobnie jak informatyka, telekomunikacja czy górnictwo (i wiele innych) z żadnej polskiej uczelni nie zmieściły się w pierwszej 500 uczelni. Co prawda w rankingu, w którym uwzględniono ponad 1,8 tys. uczelni z 96 krajów, odnotowano 25 polskich uczelni (na ok. 350 funkcjonujących obecnie w domenie akademickiej) w 28 dyscyplinach (czyli w połowie dyscyplin uwzględnianych w rankingu), ale to chyba nie powinno nas satysfakcjonować. Nie jest to świadectwo prestiżu polskich uczelni

15 sierpnia, jak co roku, ogłoszono wykaz 1000 najlepszych uczelni świata, ujęty w ogólnym rankingu szanghajskim [2022 Academic Ranking of World Universities] uważanym za najbardziej prestiżowy. Czołową dziesiątkę rankingu stanowią:Harvard University,Stanford University, University of Cambridge, Massachusetts Institute of Technology (MIT), University of California, Berkeley, Princeton University,Columbia University, California Institute of Technology, University of Oxford, University of Chicago

W tym rankingu znalazło się 11 polskich uczelni, ale tylko dwie – UJ i UW w piątej setce, a pozostałe w drugiej połowie rankingu: Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie (w siódmej setce), Politechnika Gdańska, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego i Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu (dziewiąta setka). a w dziesiątej setce: Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Warszawski Uniwersytet Medyczny, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechnika Warszawska i Politechnika Wrocławska.

Wśród tych 1000 uczelni tylko w rankingu z 2018 roku było więcej, bo 12 uczelni polskich, ale przed rokiem 2017 r. na ogół pojawiały się tylko dwie – UJ i UW (często w IV setce) a dwukrotnie (r. 2003 i 2005] także Uniwersytet Wrocławski, co mogło być wynikiem niedostatków bazy danych o uczelniach uwzględnianych w rankingu.

Trudno zatem mówić o poprawie notowań polskich uczelni jako o skutku reform naszego szkolnictwa wyższego. Miejsca, tych notowanych najlepszych polskich uczelni, są wciąż dalekie, jak wielu uczelni krajów trzeciego świata.

W rankingu szanghajskim uwzględniono m.in. 190 uczelni amerykańskich, 112 chińskich, 46 niemieckich, 36 japońskich. Z 26 odnotowanych uczelni hiszpańskich 7 ma wyższe miejsca od naszych najlepszych, z 37 uczelni z Włoch wyższe notowanie ma 12. Z małej Holandii uwzględniono 13 uczelni z czego 12 wyżej notowanych od naszych najlepszych a 4 z nich w pierwszej setce, z Danii tylko 6 uczelni, ale 5 wyżej notowanych, w tym 2 w pierwszej setce, z Czech tylko 4, ale za to jedna w trzeciej setce.

Nadal nie ma powodów do zadowolenia

Czy takie pozycje naszych uczelni w rankingu światowym mogą stanowić powód do zadowolenia, jakie wyraża po jego ogłoszeniu wielu rektorów, i media?

Włosi ze swojej domeny akademickiej, o niebo lepiej notowanej w rankingach, nie są zadowoleni i widzą inne niż finansowe przyczyny tego stanu rzeczy. Do nauki trafiają bowiem nie najlepsi merytorycznie, tylko najlepiej ustawieni socjologicznie, w ramach fikcyjnych konkursów. Podobnie zresztą jak u nas. Przy czym u nas jest to standard, a Włosi wszczęli operację „Universita bandita” aby ten proceder zlikwidować.Ustawiacze konkursów we Włoszech kierowani są na ławy sądowe, u nas na piedestały.

Mimo wielu reform, ogromnego wzrostu ilościowego uczelni, utytułowanych naukowców, znakomitego polepszenia infrastruktury uczelnianej, z nieruchomościami na poziomie europejskim, o czym można było tylko marzyć w PRL, nasze uczelnie wypadają słabo, nie tylko na tle potęg naukowych. Szkoda, że w rankingach nie pokazuje się wielkości budżetów uczelni. Nasze uczelnie, co prawda, mają budżety znikome w porównaniu z uczelniami amerykańskimi, ale chyba większe od wielu uczelni trzeciego świata zajmujących podobne, a nawet lepsze miejsca od naszych najlepszych uczelni. Naszą ambicją winno być osiąganie poziomu porównywalnego choćby z uczelniami hiszpańskimi czy włoskimi, ale te w rankingach biją nasze na głowę, choć jeszcze w PRL tego tak się nie odczuwało (nie było jednak takich rankingów). Nie da się wytłumaczyć niemocy polskich uczelni tylko niedofinansowaniem. Nakłady są ważne, ale np. arabski King Abdullah University of Science and Technology ma nakłady podobne jak uczelnie z pierwszej dziesiątki rankingu, a znajduje się w 3 jego setce.

Co więcej, obecny poziom finansowania nauki w Polsce jest wielokrotnie większy niż w PRL, bo wtedy badania prowadziło się na ogół przy kiepskich pensjach, no może z dodatkiem na skromne diety wyjazdowe. Gdy zagraniczni naukowcy pytali mnie o finansowanie projektów badawczych, nie wiedziałem o co chodzi, bo badania realizowało się w ramach własnych pomysłów, w murach skromnych uczelni, nie zawsze mając gdzie mieszkać i gdzie podziać publikacje, które organizowało się w ramach wymiany międzynarodowej i np. za honoraria autorskie.

Gdy zagranicznych naukowców, czy studentów informowałem, że zarabiam kilkanaście dolarów, sądzili, że to na dzień, bo kto by sądził, że na miesiąc! A wyniki jednak były, nie takie jednak jakie mogły być przy takim jak obecnie finansowaniu (pensje jednak powyżej 1000 dol., finansowane projekty, wyjazdy zagraniczne), znane także na Zachodzie, a w ramach wymiany zagranicznej można było dysponować sporymi biblioteczkami, nie gorszymi od kolegów z Zachodu. A obecnie literaturą zagraniczną zainteresowanie jest słabe lub żadne, także bibliotek „naukowych”.

Za PRLu poziom w wielu dyscyplinach zapewne nie był gorszy od dzisiejszego, a może i lepszy (szczególnie w dziedzinach „twardych”) i na tle np. naukowców włoskich czy hiszpańskich wypadaliśmy nieźle. Raczej mamy regres, a nie postęp, mimo lepszych (choć nadal niezadowalających) ekonomicznych warunków pracy naukowej w kraju, a i o niebo lepszych możliwości współpracy zagranicznej. Rzecz w tym, że zapomina się, iż naukę tworzą uczeni, a nie mury. Skutków długotrwałej negatywnej selekcji kadr naukowych nie są w stanie zrekompensować piękne, lecz kosztowne w utrzymaniu nieruchomości.

Wadliwy system, polegający na zdobywaniu stopni i tytułów, przy nikłym zainteresowaniu zdobywaniem należytej wiedzy i odkrywania prawdy, prowadzi na manowce. Podejmuje się bezpieczne tematy, które zapewnią stopnie, tytuły, unikając tematów niewygodnych dla baronów akademickich i dla ideologów trzymających kasę. Eliminacja z systemu pasjonatów i nonkonformistów jest faktem. Oportuniści i konformiści, miłośnicy wysokich zarobków, nie zapewniają poziomu. Nie tylko jesteśmy słabi w międzynarodowych rankingach, ale i przydatność naukowców uczelnianych dla gospodarki i społeczeństwa jest niezadowalająca. Niestety społeczność akademicka i nie tylko akademicka oraz decydenci wykazują słabe zainteresowanie plagami degradującymi domenę akademicką. Jeśli nie ma monitoringu plag to nie wiadomo jak im zaradzić. Szokujące jest zadowolenie i określanie mianem sukcesu kiepskich wyników naszych uczelni w rankingach światowych. Taki stan rzeczy nie rokuje poprawy polskiej domeny akademickiej i jej przydatności dla rozwoju Polski.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET we wrześniu 2022 r.

Gilotynowanie wolności nauki- postępowcy nie potrzebują uczonych

Gilotynowanie wolności nauki – postępowcy nie potrzebują uczonych

Nauka sensu stricto, czyli rozumiana jako poszukiwanie prawdy, może się rozwijać tylko w warunkach wolności badań naukowych i wolności wypowiedzi naukowych. Gdy poszukiwanie prawdy zastępowane jest przez pogoń za zyskiem, władzą i realizacją ideologii, nieraz obłędnych, mamy do czynienia z kryzysem nauki, która może wręcz zagrażać ludzkości. Od rozwoju nauki zależy rozwój gospodarczy i poziom życia społeczeństw, ale ideolodzy postępu nieraz w historii dokumentowali, że nie potrzebują uczonych, w każdym razie tych, którzy nie służą ich ideologii.

Republika nie potrzebuje uczonych

Co roku obchodzona jest rocznica przeprowadzonej na drodze postępu ludzkości rewolucji francuskiej, podczas której słynny fizyk Charles Coulomb uciekał z Paryża na prowincję z obawy o bezpieczeństwo, filozof ekonomista Nicolas de Condorcet stanął przed Trybunałem Rewolucyjnym a po uwięzieniu zszedł z tego świata, natomiast – chyba z nich najsłynniejszy – chemik Antoine Lavoiser został zgilotynowany słysząc od sędziego sądu rewolucyjnego (Jean-Baptiste Coffinhal) uzasadnienie, że republika nie potrzebuje uczonych.

Biblioteki francuskie podległy oczyszczeniu z niewłaściwych dla ‘postępu’ książek, w części spalonych, zniszczonych, aby wymazać, unieważnić, skasować to co jest zacofane (cancel culture!) a te ekscesy też wymazano, stąd większość wykształconych postępowo ludzi palenie książek wiąże głównie z ekscesami hitlerowskich Niemiec a nie z postępową Francją! Cywilizacje kończą się w księgarniach i bibliotekach, co i dzisiaj można obserwować.

Mimo to, cały postępowy świat obchodzi każdą rocznicę zburzenia Bastylii (było w niej aż ośmiu więźniów! – ofiar rojalistycznego reżimu) co zapoczątkowało rewolucję i zgilotynowanie kilkunastu tysięcy, głównie niewinnych ludzi i straszliwe ludobójstwo Wandei, objęte w historii pamieciobójstwem, choć wykorzystywane przez Lenina w kolejnej postępowej rewolucji, która przyniosła miliony ofiar.

Uczeni w służbie czerwonego i brunatnego postępu 

Lenin przez lata funkcjonował jako geniusz ludzkości i wielu uczonych w swych pracach podkreślało jego genialność, aby mieć szansę na dostąpienie statusu genialnych. Stalin jako wielki językoznawca, jeszcze ten system udoskonalił, wspierając genialnych budowniczych systemu komunistycznego, w którym ideologia dominowała nad nauką. Produktem takiego systemu był Trofim Łysenko, hochsztapler na usługach komunistycznej władzy, którego „rewelacyjne”, pseudonaukowe teorie przyniosły katastrofalne skutki dla rolnictwa, a naukowcy, którzy mu zagrażali, musieli się liczyć z unicestwieniem swoich badań, jak i samych siebie (przykład Mikołaja Wawiłowa), co prawda nie za pomocą gilotyny, ale równie skutecznie.

Postępowy ustrój potrzebował tylko postępowych uczonych, a nie tych, którzy ten postęp spowalniali jakimiś naukowymi fanaberiami.

Także w służbie brunatnego postępu, na drodze do dominacji nadludzi i eksterminacji podludzi, wielu uczonych (w tym medyków) odegrało haniebną, wielką rolę, bez której zakres ludobójstwa byłby niewątpliwie mniejszy.

Tak Stalin, jak i Hitler potrzebowali wsparcia uczonych, ale likwidowali elity dla swych nieludzkich działań niewygodnych i mają na swoim sumieniu liczne rzesze wybitnych uczonych, a także potencjalnych uczonych.

Ale życie nie jest czarno-białe i są przykłady uczonych, którzy przeszli przez piekło niemieckich obozów koncentracyjnych a następnie, po nastaniu czerwonego postępu, działali na rzecz jego instalacji i eliminacji z życia nawet swoich towarzyszy wcześniejszej obozowej niedoli. (Niezłomni – wyklęci przez rektorów -Kurier Wnet, nr. 4/2018) Innych represjonowano w czasach czerwonego postępu za rzekomą kolaborację z postępem brunatnym, nawet gdy uchronili przed śmiercią tysiące, miliony ludzkich istnień (Rudolf Weigel), lub poczynili wynalazki dla dobra ludzkości (Jan Czochralski) 

Masowa edukacja na drodze postępu

Aby upowszechnić genialne myśli twórców postępu, a przez to uformować człowieka postępu, potrzebne było zlikwidowanie analfabetyzmu. Edukacja szkolna miała sformatować politycznie obywateli do miłowania socjalistycznej ojczyzny i budowania najlepszego z ustrojów. I w niemałym stopniu to się udało, a motywowano młodych do wysiłku argumentem: „Czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał”. Edukacja miała jednak charakter ideologiczny, niewygodne treści, szczególnie w zakresie edukacji humanistycznej unieważniano, więc utrwalenie w umysłach zakłamanych, zmanipulowanych treści miało długotrwałe skutki, co widzimy do dnia dzisiejszego, bo niestety czego Jaś zbyt dobrze się nauczył, tego Jan nie zdoła się oduczyć, a w każdym razie nie tak łatwo. Stąd spora cześć społeczeństwa nadal mentalnie i merytorycznie pozostaje w nie do końca upadłym systemie. Można to było przewidzieć, bo na poziomie wszystkich szczebli edukacji preferowano nauczanie pamięciowe, tępiono myślenie, kojarzenie, merytoryczną krytykę i z tego modelu edukacji do tej pory nie zdołaliśmy się wyzwolić, a nawet nie za bardzo chcemy -w końcu przez lata premiowano konformizm a nonkonformizm był karany, i to nieraz dożywotnio, Konformiści i w III RP odnoszą sukcesy. a nonkonformiści są poddawani cancel culture.

Eliminacji, jak się pogardliwie określa nawet do dziś, „wstecznych”, „zacofanych” elit, o systemie wartości oddziedziczonym po II RP, towarzyszyła masowa edukacja prowadzona głównie przez postępowców, zrazu na poziomie podstawowym i zawodowym, a w końcu -po transformacji- także wyższym, przynajmniej z nazwy. Niestety po „zgilotynowaniu” głów niezależnych od postępu, nastawionych na dobro wspólne, na poszukiwanie prawdy, efekty edukacji pozostały mierne. Postęp ilościowy w żaden sposób nie był w stanie przynieść postępu jakościowego, co szczególnie wyraźnie widać w domenie akademickiej. Z dumą, zadowoleniem, satysfakcją nagłaśnia się rzekome sukcesy polskich uczelni identyfikowanych wśród najlepszych uczelni świata, pomijając fakty, że od wielu naszych, nawet wyróżniających się, wyżej notowane są uczelnie nie tylko z większości krajów europejskich, ale także tych z Bangladeszu, Ugandy, Kolumbii, Kazachstanu ….. Rzecz jasna o tym się nie informuje społeczeństwa, które mimo postępowej edukacji jakoś nie jest zbyt zaradne, aby sprawdzać (dez)informacje, którymi jest karmione i przysposobione do utrzymywania kiepskiego/niewydolnego systemu. Masowa edukacja, zapewniająca wydawanie pożądanych dyplomów, jednocześnie zabezpiecza wprowadzanie w życie najbardziej absurdalnych – traktowanych jako postępowe – idei (m.in. religia klimatyczna, genderyzm.)

Bismarkowi przypisuje się maksymę: Acht und achtzig Professoren und Vaterlanddu bist verloren. (Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Ojczyzno, jesteś zgubiona.). A mamy masową „produkcję” profesorów. To nie są dziesiątki, ale tysiące, reprodukujących ogromne rzesze osobników udyplomowionych, utytułowanych, ale coraz bardziej odpornych na prawdę. Mamy więc czego się obawiać.

Postępowa ideologia ponad nauką

Przygotowano przestrzeń akademicką do lewackiego przemarszu przez uniwersytety. Marsz ten postulowany jeszcze w latach 30-tych ub. wieku  na Zachodzie, na dobre rozpoczął się w 1968 r., a u nas przyspieszył po transformacji w XXI wieku. Przetrzebiona czystkami ideologicznymi i nastawiona materialnie, a szczególnie tytularnie, domena akademicka wkroczyła w okres postprawdy i posthistorii, niszcząc za sobą świadectwa i wartości poprzedniej epoki.

Idee równości, realizowane za pomocą gilotyny w czasach postępowej rewolucji francuskiej, za pomocą karabinów i łagrów w czasach postępowej rewolucji październikowej, wprowadzano w sposób mniej lub bardziej doskonały na terenach zarażonych postępem, także w domenie akademickiej.

Zastępując wartości chrześcijańskie (Dekalog) antywartościami neomarksistowskimi lansuje się 11 przykazanie („nie bądź obojętny” – Józef Wieczorek „Auschwitz nie spadł nam z nieba, komunizm też!” Kurier WNET” nr 69/2020), co w świecie nauki objawia się brakiem obojętności na to, co wypracowali inni, i zagarnianiem ich osiągnięć na swoje konto (popularne plagiatowanie, rekwirowanie własności intelektualnej, dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych). Fundamentem postępowej domeny akademickiej staje się polityka równościowa i tzw. antydyskryminacyjna wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej z obszaru LGBT+. Osobom o tradycyjnej orientacji intelektualnej i moralnej wolno się najwyżej temu podporządkować, albo stać się obiektami dyskryminacji i napiętnowania. Przeniesienie zainteresowania na sferę seksualną, przy jednoczesnej obojętności na stronę moralną i intelektualną prowadzi do zapaści domeny akademickiej i grozi śmiercią uniwersytetów, kiedyś centrów wartości i poszukiwania prawdy.

Zdominowanie nauki przez ideologię skutkuje ograniczeniem wolności nauki, brakiem rzeczywistych debat naukowych, których uodpornieni na prawdę postępowcy po prostu nie potrzebują. Naukowcy, u których wykryto niechęć do postępu, do wsobnych debat postępowców nie są dopuszczani, nie mają większych szans na finansowanie uważanych za niepostępowe projektów, a nawet na zatrudnienie etatowe. Trudno znaleźć wydawców i dystrybutorów niepostępowych książek. Co prawda gilotyny wymyślone przez Józefa Guillotina podczas rewolucji francuskiej nie są już stosowane do ścinania niepostępowych głów, ale w metodach dekapitacji nastąpił olbrzymi postęp. Głowy niepogrążone w piasku i emitujące wolne myśli i słowa, kasowane (cancel culture) są nader skutecznie i ich nosiciele nie mają wiele szans na funkcjonowanie w domenie akademickiej. Postępowcy nie potrzebują uczonych ani wolności nauki.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd to choroba zakaźna, uleczalna, ale nieleczona jest groźna i się rozprzestrzenia. Tą nazwą określa się też patologiczne stany życia społecznego dotkniętego korupcją, nepotyzmem, pajęczyną powiązań przestępczych, mafijnych…

Tak nazwana została choroba tocząca środowisko wymiaru (nie)sprawiedliwości, znana u nas dzięki spektaklom teatru telewizyjnego pod tytułem Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, opartym na powieści Ugo Bettiego, odnoszącej się do sytuacji we Włoszech przed kilkudziesięciu laty, ale znanej i z innych krajów, także z Polski, nie tylko przed laty, ale i dziś.

Niestety podobnych spektakli nie doczekało się zjawisko trądu toczącego środowiska akademickie, może z wyjątkiem znanego filmu Krzysztofa Zanussiego z roku 1977 Barwy ochronne, w którym pewne przejawy patologii życia akademickiego zostały zobrazowane.

Trąd nie tylko w Pałacu Sprawiedliwości

Po obejrzeniu spektaklu Trąd w Pałacu Sprawiedliwości w czerwcu 1987 r. dostrzegłem podobieństwa do klimatu, jaki był mi znany w środowisku akademickim na najstarszej polskiej uczelni. Tym spostrzeżeniem podzieliłem się z rektorem in statu nascendi Uniwersytetu Jagiellońskiego, który wówczas z ramienia uczelni kierował akcją politycznej weryfikacji kadr akademickich, eliminującej niewygodnych dla systemu socjalistycznego pracowników naukowych o odmiennej od obowiązującej etyce i generalnie swoim antysocjalistycznym postępowaniem oddziałujących negatywnie na młodzież akademicką. Szczególne niebezpieczeństwo dla systemu socjalistycznego stanowiło skłanianie studentów do krytycznego myślenia. Po latach można też ocenić, że i dla transformacji. Niestety moja diagnoza obecności trądu w Pałacu Nauki nie znalazła uznania w oczach rektora i wolał się pozbyć mnie, a nie samego trądu. Nie zamierzał nawet zbadać schorzenia (był z wykształcenia medykiem), nie mówiąc o podejmowaniu działań na rzecz zapobieżenia jego rozprzestrzenianiu się. Postąpił zgodnie ze znaną zasadą: stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki. Ja gabinet rektora opuściłem, ale trąd pozostał, i to na długie lata.

Trąd degraduje Pałac Nauki

Gdy w okresie transformacji ustrojowej zaistniało zagrożenie, że mogę wrócić na uczelnię, argumentowano, iż to ja byłem sprawcą dolegliwości akademickich, bo po moim odejściu wszystko kwitnie. Z innych wypowiedzi – w tonie alarmistycznym domagających się zwiększenia finansowania kwitnącej rzekomo pozostałości akademickiej – wynikało jednak, że uczelnia stała nad przepaścią i obawiała się zrobić krok do przodu.

Po latach, mimo ogromnej poprawy infrastruktury uczelnianej, budowy znakomitych, pięknych nieruchomości, wielokrotnego wzrostu kadry, i to wysoko utytułowanej, oraz wielokrotnego wzrostu wynagrodzeń, poziom nauki i nauczania – jak wynika z opinii niemal powszechnych, a także z rankingów – obniżył się. Można było to przewidzieć, bo po zerwaniu pozytywnych relacji mistrz- -uczeń uczniowie pozostali bez mistrzów, co raczej podnoszeniu poziomu nauczania nie służy. Wbrew obowiązkowi poszukiwania prawdy, ciążącemu na uniwersytetach od początków ich istnienia, uczelnie zaczęły abdykować z prawdy, jakby dla uwolnienia się od krępujących je zasad na drodze do postępu. To objaw trądu toczącego uniwersytety zatrudniające na etatach teoretyków prawdy, którzy sami jej nie praktykują.

Nawet w okresie komunistycznym z rozstawaniem się z prawdą się nie afiszowano, choć uniwersytety pozostawały w sytuacji schizofrenicznej, zmuszone do funkcjonowania w systemie kłamstwa. Następuje stopniowe zastępowanie nauki przez ideologię, która na uniwersytetach zaczyna dominować, a profesorowie boją się mówić, a nawet myśleć. To działo się już w systemie komunistycznym: nonkonformistycznych akademików eliminowano, a i biologia zrobiła swoje. Po transformacji kolorystycznej uczelni – z czerwonych na tęczowe – proces jakby przyspieszył.

Próba zobrazowania trądu w Pałacu Nauki

Z setek moich tekstów poświęconych różnorodnym patologiom życia akademickiego, kilkadziesiąt zebrałem w książkę Plagi akademickie i ostatnio Trąd w Pałacu Nauki, aby zwrócić uwagę na zjawiska degradujące domenę akademicką w Polsce, a pomijane na ogół milczeniem, unieważniane w ramach stosowania cancel culture.

We Włoszech, gdzie przed laty rozpoznano trąd w Pałacu Sprawiedliwości i stwierdzono też degradujący domenę akademicką trąd w Pałacu Nauki, od kilku lat wdrażana jest operacja „Universita bandita”, gdyż uznano, że dalsze trwanie takiego stanu rzeczy ogranicza nie tylko potencjał nauki, ale i całego kraju, którego rozwój zależy od jakości elit formowanych na uniwersytetach. Mimo że potencjał gospodarki i poziom nauki we Włoszech są wyższe niż w Polsce, sprawa plag akademickich została naświetlona we włoskich mediach i skierowana na wokandy sądowe (Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

To, co we Włoszech uznaje się za patologie, u nas niestety jest standardem i nie budzi dezaprobaty. O „ustawianych” konkursach na etaty czy przejawach nepotyzmu wiedzą wszyscy, także decydenci, a mimo licznych reform, te plagi przetrwały do dziś. Niestety dla struktur polskiej domeny akademickiej (i nie tylko) to nie jest temat na tyle atrakcyjny, aby się nim zajmować.

Konferencja rektorów – KRASP – świętuje swój jubileusz 25-lecia, nagłaśniając swoje sukcesy, a milcząc na temat degradacji domeny, za co w niemałym stopniu rektorzy odpowiadają.

W ostatnim czasie skupili się na polityce równościowej, polegającej na nierównym traktowaniu społeczności akademickiej poprzez tworzenie przywilejów dla osób o odmiennej orientacji seksualnej. Kto by tej polityki nie respektował, musi się liczyć z konsekwencjami. Natomiast zupełnie, i to od lat, nie interesuje rektorów niewłaściwe, szkodliwe dla domeny traktowanie osób o odmiennej od współcześnie promowanej orientacji moralnej i intelektualnej. Ci, którzy są zorientowani na respektowanie stanowiącego fundament cywilizacji łacińskiej Dekalogu, na którym w średniowieczu uniwersytety zostały posadowione, nie mają wiele szans na przetrwanie na współczesnych uniwersytetach.

Powszechne unieważnianie 7 przykazania (Nie kradnij!) w domenie akademickiej przejawia się nierespektowaniem własności intelektualnej, powszechnym plagiatowaniem na wszelkich szczeblach akademickich, z rektorskim włącznie. Kto by ośmielił się podnosić te kwestie publicznie, zostaje skasowany w domenie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Zresztą nie tylko chodzi o plagiaty, ale i zjawisko „dostaw obowiązkowych” – dostarczanie płodów intelektualnych na konto baronów akademickich lub powszechne dopisywanie się tych baronów do cudzych prac, aby te mogły w ogóle zaistnieć na akademickich polach. To tylko przykłady objawów trądu toczącego Pałac Nauki.

Zanik zainteresowania stroną intelektualną i moralną na rzecz strony seksualnej świadczy o naturalnym zaniku instytucji określanych jeszcze mianem uniwersytetów. Zamiast stanowić ośrodki promieniujące poziomem intelektualnym i moralnym na całe społeczeństwo, są źródłem trądu przenoszonego poza mury Pałacu Nauki.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Z egzemplarzem mojej książki Trąd w Pałacu Nauki wszedłem do największej, głównej księgarni naukowej Krakowa, mając nadzieję, że zainteresuje się ona jej rozprowadzaniem. W witrynie widziałem m.in. książkę Jana Hartmana Etyka życia codziennego, wydaną i rozpowszechnianą jako pomoc w nabyciu „umiejętności dokonywania analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie”, sądziłem zatem, że dokonując analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie akademickie, zainteresuję moją książką czołową naukową księgarnię Krakowa. Wszak szary obywatel akademicki i pozaakademicki winien mieć szansę porównać różne propozycje etyczne.

Co więcej, na poczesnym miejscu po wejściu do księgarni zauważyłem książkę jakby z mojej dziedziny, na temat współżycia naszych przodków z dinozaurami. Ścięło mnie to z nóg, bo o czymś takim kiedyś słyszałem z ust samej byłej premier polskiego rządu (Ewy Kopacz), która objaśniała, jakie straszne skutki pociągnęło za sobą obrzucanie dinozaurów przez naszych przodków kamieniami. Zwróciłem na to uwagę kierownictwu księgarni, bo książka nie była umieszczona w dziale „Kurioza”, tylko wśród prac naukowych. I jak zwykły obywatel ma oddzielić ziarno od plew, skoro pani premier nie zdołała, a jagiellońska uczelnia tych, co to potrafili, ze swoich murów wypędzała?

Ja akurat wykładałem na tej uczelni dzieje życia na Ziemi i wiem, że od wymarcia dinozaurów do pojawienia się człowieka minęło więcej niż 50 mln lat. Tymczasem to mnie wyrzucono (negatywne oddziaływanie na studentów – sic!), a takie brednie się wydaje i oficjalnie rozpowszechnia, i to w księgarniach naukowych, pod bokiem najstarszej polskiej uczelni. Nic mi nie wiadomo, aby jakiś etatowy profesor wobec takiego stanu rzeczy zaprotestował.

Tak samo się rzeczy mają ze słynnymi już Dziejami Uniwersytetu Jagiellońskiego, niedostępnymi obecnie w księgarniach, ale polecanymi do nauki kandydatom na studentów jagiellońskiej wszechnicy. Przypomnę, że w tej historycznej książce wykreślono z historii najstarszej polskiej uczelni komunizm, stan wojenny i przewodnią siłę narodu, więc, rzecz jasna, nie wiadomo, skąd się wziął trąd w tym pałacu.

Współautor tej książki, z której chyba wynika, że historia się skończyła, a przynajmniej została przerwana, ostatnio został na UJ wyróżniony za przedkładanie rozumu nad siłę (nagroda Plus ratio quam vis). Po rezygnacji z prawdy… To jest prawdziwy HiT edukacyjny i ciekawe, jak z tym poradzą sobie wprowadzający nowy przedmiot „Historia i Teraźniejszość” (HiT)? Księgarnia naukowa – pozostająca pod wpływem intelektualnym i moralnym porażonego trądem Pałacu Nauk – mojej książki Trąd w Pałacu Nauki, podobnie jak i wcześniejszej, Plagi akademickie, rzecz jasna nie przyjęła po rzuceniu okiem na jej zawartość, niewątpliwie niemieszczącą się w ramach etyki Hartmana czy na arenie rzekomych walk naszych przodków z dinozaurami. Wystarczyło, że książka przestrzega przed lewackim marszem przez uniwersytety, czyli przenoszeniem trądu – niekoniecznie drogą płciową – aby jej do obiegu nie dopuścić.

W innych księgarniach – na ogół podobnie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Wystarczy spojrzeć na 2–3 zdania na okładce, skojarzyć trąd ze zdjęciem Pałacu Nauki (Collegium Novum UJ) opanowanym przez trąd, aby odmówić jej przyjęcia: „Bo wie pan, my wynajmujemy ten lokal, a wiadomo, jak się może to skończyć, gdyby się ujawniało trąd. Od trądu trzeba się trzymać z dala”. Rezygnując z takiego rozpowszechniania książki, uratowałem nieliczne już w Krakowie księgarnie, które jeszcze się utrzymują, sprzedając kompletne bzdury razem z publikacjami mniej chodliwymi, nawet dobrymi, ale nie traktującymi o patologiach systemu.

W dawnym Krakowie książkami interesowały się elity, stąd w centrum Krakowa księgarń było wiele. Ostatnio, wraz ze wzrostem kadry akademickiej, liczby studentów, poziomu udyplomowienia i utytułowania społeczeństwa, księgarnie znikają. Znawcy życia krakowskiego twierdzą, że w centrum Krakowa więcej jest obecnie domów publicznych niż księgarń, co się jakoś koreluje z nasilonym zainteresowaniem (i promowaniem) wielością orientacji seksualnych przy zaniku zainteresowania orientacją moralną i intelektualną.

To jest cecha współczesnych zmian cywilizacyjnych, ale odpowiedzi na postawione w książce pytanie: Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? do tej pory nie otrzymałem

Kurier WNET lipiec 2022 r.