Kopernik w grobie się przewraca

Kopernik w grobie się przewraca

W 2023 r. przypada 550 rocznica urodzin i zarazem 480 rocznica śmierci Mikołaja Kopernika, uważanego za największego z polskich uczonych, mimo że swoją karierę akademicką zaczynał jeszcze w czasach średniowiecza – zdaniem wielu akademików w okresie zacofania i ciemności.

Obawa przed powrotem do czasów Kopernika Współcześni utytułowani, którym daleko do poziomu Kopernika, nieraz protestują przeciwko poczynaniom polskiego rządu, będącego podobno na drodze powrotu do tych rzekomo mrocznych czasów. Taką scenę udokumentowałem w ubiegłym roku przed Collegium Novum UJ, gdzie mając za plecami posąg Mikołaja Kopernika, współcześni ludzie, podobno nauki (z tytułami profesorskimi), prezentowali swoje oburzenie polityką akademicką polskiego rządu.

Fakt, że do tej polityki można mieć wiele zastrzeżeń i trzeba je rządowi przedstawiać, aby ten podążał we właściwym kierunku, ale obawa przed powrotem do czasów Mikołaja Kopernika musi budzić konsternację. Przecież o takim studencie jak Kopernik polskie uczelnie winny marzyć, jak również o przywróceniu krakowskiej wszechnicy takiego poziomu (w relacjach do uczelni zagranicznych), jaki wówczas prezentowała. Niestety w takim kierunku nie idzie rozwój polskiej domeny akademickiej, w praktyce niereformowalnej. To właśnie polski świat akademicki – przez lata negatywnie selekcjonowany – najsilniej hamuje rozwój nauki, torpedując/unieważniając wszelkie ruchy naprawcze, tak rządowe, jak i pozarządowe.

Na naprawę systemu ma tylko jednio remedium – o czym cały świat akademicki mówi jednym głosem: dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy. Przed lustracją, projektami antynepotycznymi, ograniczeniem destrukcyjnych patologii, zmianami systemu tytularnego, demokratyczna większość broniła się z sukcesami. O rozlicznych plagach akademickich nie ma zamiaru dyskutować merytorycznie. Na wszystkie bolączki większość beneficjentów patologicznego od lat systemu postuluje tylko jedno lekarstwo – pieniądze.

Kopernik, oprócz astronomii, zajmował się finansami i jest współodkrywcą znanego prawa (prawo Kopernika-Greshama): gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Gorsi naukowcy wypierają lepszych

Gdyby Kopernik żył w dzisiejszych czasach, zapewne by wykrył jeszcze jedno prawo, że gorsi naukowcy wypierają lepszych, przynajmniej w polskiej domenie akademickiej, i stąd mamy coś, co można nazwać „rozwojem wstecznym”, bo mimo wzrostu ilościowego naukowców i uczelni z nazwy wyższych, mamy stagnację, a nawet regres.

Kolejne rządy usiłowały – fakt, że nieudolnie – ten stan rzeczy zmienić, ale świat akademicki walczy o to, aby wszystko pozostało po staremu, z wyjątkiem uposażeń ustalanych w relacji do stopni i tytułów, a nie faktycznej wartości pracy. I to ma podobno pozytywnie działać w niezmienianych warunkach autonomicznego wypierania lepszych naukowców przez gorszych.

Takiej mocy jeszcze żaden polski rząd nie miał i chyba już zrezygnowano z głębokich reform systemowych, z obawy, aby nie doszło do obalenia rządu. W końcu domena akademicka to jest nader potężna siła, bo niemal połowa młodego, głosującego społeczeństwa funkcjonuje na uczelniach, a ponadto mamy ogromne rzesze akademików formujących/formatujących elity nie tylko akademickie, ale i polityczne, ekonomiczne, prawne… Stąd reformy nie dotykają istoty akademickiej rzeczy, nie naruszają zbytnio bronionego status quo, a ogrom tworzonych przepisów nie przekłada się na pozytywne zmiany. Bo nie mogą one nastąpić bez zmiany fundamentów, na których domena jest posadowiona. A jak wiadomo, jest posadowiona na zgniłych fundamentach z okresu komunistycznego, które wadliwej konstrukcji nie są w stanie utrzymać. Uczelnie z czasów Kopernika, tak polskie, jak i włoskie, na których studiował, oparte były na fundamencie prawdy, gdy współczesne uniwersytety z prawdy stopniowo abdykowały, więc nie ma się co dziwić, że w czasach post-prawdy chylą się ku upadkowi.

Świat akademicki heroicznie bronił się też przed poznaniem prawdy o swej historii, co zaznaczyło się protestami przeciwko lustracji i stosowaniem różnych forteli (w tej materii wynalazczość/innowacyjność akademicka była imponująca), aby czasem prawda nie wyszła na światło dzienne. Ze swej historii wymazywano okres komunizmu, przewodnią siłę narodu, stan wojenny, polityczne czystki akademickie epoki Jaruzelskiej… Zasadnicze dla reformowania systemu pytanie, które od lat stawiam („Kurier WNET”, październik 2021 r.): skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – pozostaje bez odpowiedzi.

 Reformowanie domeny akademickiej tak, aby obecnym kadrom (niewiadomego pochodzenia?) było lepiej, nie zważając na ich zdolności do rozwoju nauki, nie jest najlepszym pomysłem. Taki Stefan Banach, jeden z naszych nielicznych światowych uczonych, w takim systemie nie miałby żadnych szans, byłby miernotą! W tym systemie długotrwałej, negatywnej selekcji kadr gorsi uczeni wypierają lepszych, nie mają konkurencji i sami się nawzajem awansują, „utytuławiają” wzdłuż, wszerz, a nawet w poprzek. I tak to funkcjonuje na poziomie instytucjonalnym, stąd jakakolwiek próba powołania konkurencyjnej instytucji spotyka się – bez zdziwienia – z nonkonformistyczną postawą, na ogół konformistycznego, bo tak selekcjonowanego, świata akademickiego.

Akademickie NIE dla Akademii Kopernikańskiej

Aby przypomnieć o  pozytywnych aspektach czasów „zacofania”, o wkładzie Kopernika do nauki, na okoliczność jego rocznic rząd podjął próbę utworzenia Akademii Kopernikańskiej, aby ta służyła wzmocnieniu polskiej kadry akademickiej, zwiększeniu jej konkurencyjności i rozwijaniu współpracy międzynarodowej, w założeniu nawiązywała do standardów światowych. Jej podstawowym zadaniem ma być realizacja Narodowego Programu Kopernikańskiego, który ma wzmocnić więzi polskich naukowców oraz silniej włączyć zagranicznych badaczy we współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi.

 Łatwiej to zadeklarować, gorzej zrealizować, ale inicjatywa jest godna uwagi i może przynieść wartość dodaną, choć systemu akademickiego nie zmienia. Środowisko, bacznie obserwujące wszelkie poczynania rządu naruszające obecne status quo, zatrwożone możliwością powołania konkurencyjnej instytucji, zareagowało alergicznie i oznajmiło niemal jednogłośnie: NIE dla Akademii Kopernikańskiej.

Protestują zarówno gremia rektorskie KRASP, RGSW, uczelnie, jak i PAN, Warszawskie Towarzystwo Naukowe, Akademia Młodych Uczonych, ale i związki zawodowe, niezależnie od swych orientacji politycznych. Szczególnie wyraziście reaguje PAN, uznając program kopernikański za zagrożenie dla niezależności polskiej nauki i dalszego istnienia Polskiej Akademii Nauk

W sprawach utrzymania status quo i w sprawach finansowych te gremia mówią jednym głosem! Protest jest silny, tak jak silna jest obawa o konkurencję, o własne interesy, w szczególności o ilość pieniędzy, które winny trafiać do obecnych beneficjentów systemu, a nie do jakichś nowych tworów. Wcześniej środowisko broniło się zdecydowanie przed powstaniem Akademii Zamojskiej nawiązującej do uczelni powołanej pod koniec XVI w. przez hetmana Zamojskiego, kiedy krakowska wszechnica chyliła się ku upadkowi. I w tych czasach w obawie przed konkurencją krakowska wszechnica walczyła, aby konkurencyjny uniwersytet nie powstał w Poznaniu. Środowisko lewicowo-liberalne krytykowało nie tak dawno powołanie konserwatywnego Collegium Intermarium jako platformy współpracy między akademikami państw regionu Międzymorza. Najbardziej przestraszyła się Polska Akademia Nauk, uznając to za zamach na swoje istnienie. Wcześniej przestrzegano przed powołaniem Sieci Badawczej Łukasiewicz, której powstanie podobno miało zdewastować system instytutów badawczych. Te, jak wynika z raportów NIK (Instytuty badawcze czy agencje nieruchomości?, „Kurier WNET”, lipiec 2019 r.), w niemałym stopniu utrzymują się z wynajmu nieruchomości, a w mniejszym – czasem znikomym – z pracy badawczej, więc przestrach był uzasadniony.

Natomiast środowisko z radością reaguje na wzrost swojego prestiżu – w niezbyt zorientowanym w tej materii społeczeństwie – poprzez zmiany nazw uczelni: z wyższych szkół na akademie czy politechniki, a akademii na uniwersytety. Nazwy ulegają zmianie, regionalny, pozorny prestiż rośnie, poziom uczelni zachowuje status quo lub spada, stąd te uczelnie z trudem są wykrywane w rankingach uczelni światowych, a zwykle tam ich brak. Rośnie, co prawda, ilość utytułowanej kadry, z czym uczelnie radzą sobie znakomicie, autonomicznie, wsobnie, ale nie ma to przełożenia na wzrost poziomu nauki i edukacji. Nigdzie tej sztuki, takiego rozwoju nie zdołano tak znakomicie opanować jak u nas

Wpuszczanie prezydenta w maliny?

Protesty środowiska akademickiego się nasiliły, gdy 2 marca 2022 r. prezydent Andrzej Duda skierował do Sejmu, w ramach inicjatywy ustawodawczej, projekt ustawy zakładający powołanie Akademii Kopernikańskiej. Prominentni akademicy ostrzegają, że prezydenta wpuszczono w maliny i namawiają, aby się z nich wydostał. Chyba bezskutecznie. Na łamach „Gazety Prawnej” (GP) prof. Jerzy Langer, prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – lidera tych antykopernikańskich protestów – argumentował, że „nauki nie budują instytucje, tylko ludzie”, z czym się zgadzam, bo takie są i moje doświadczenia.

Choć instytucje akademickie mnie wypędziły, ja z działalności naukowej, a nawet z działalności na rzecz naprawienia systemu nauki w Polsce nie zrezygnowałem. Rzecz w tym, że instytucje z nazwy naukowe, nawet jak działają na szkodę nauki, finansuje się, i to z kieszeni podatnika, a mnie nie! Byłem kiedyś w PAN, która szczególnie mocno obawia się powołania Akademii Kopernikańskiej. Tam w latach 90. prowadzono intensywne „badania” nad pasjansami przy użyciu komputerów, do których ja, wyklęty już w wcześniej z krakowskiej wszechnicy, nie miałem dostępu. Fakt, że nie miałem kwalifikacji w domenie pasjansów (nigdy nie ułożyłem w komputerze pasjansa!), ale jest też faktem, że do tej pory nie ujawniono (choć się tego domagałem), jakie były wyniki – ważne, jak sądzę, społecznie– „badań” tych pasjansów.

Nie mam wątpliwości, że w taki sposób gorszy element w instytucjach naukowych wypierał lepszy, tak jak to ma miejsce z pieniądzem w teorii Kopernika. Wyparty z instytucji naukowych, coś w nauce nadal robię, mimo braku finansowania z kieszeni podatnika, a powołanie Akademii Kopernikańskiej, choć mi zapewne nie pomoże, sądzę, że i nie zaszkodzi, gdy finansowane z budżetu instytucje od pasjansów itp. drżą w obawie przed zmniejszeniem strumienia pieniędzy na ich funkcjonowanie Pan profesor w GP jakże słusznie stwierdza: „Nie da się zadekretować, zwłaszcza w nauce, jakości, prestiżu, szacunku – wynikają one z jakości pracy zweryfikowanej przez innych naukowców”. Tak właśnie jest, tyle że nie wymienił tych „innych”, którzy weryfikują prawo pozostałych do posiadania prestiżu i szacunku. Widać ta kontrola jakości bardzo szwankuje, skoro wśród zweryfikowanych pozytywnie naukowców mamy tylu negatywnie wpływających na poziom naszego życia naukowego. Tytułami (w dodatku wsobnie nadawanymi) nie da się zadekretować w nauce jakości, prestiżu, stąd prestiż profesora spada na łeb, na szyję i w rankingach prestiżu zawodowego nie tylko bardzo pożyteczni społecznie strażacy go wyprzedzają (Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora?, „Kurier WNET” nr 73/2020).

Profesor objaśnia: „Środowisko akademickie nie toleruje wskazywania palcem (niezbyt kompetentnym), kto jest lepszy”, ale nie przyznaje, że to środowisko nie tylko toleruje, ale wręcz hołubi tych, którzy niezbyt kompetentnym lub wręcz bardzo niekompetentnym palcem wskazywali jako najlepszych z najlepszych samych swoich, których nieraz nieudane/czasem niedorzeczne produkty trzeba wrzucać do kosza, aby społecznie nie szkodziły. Nie wiadomo, skąd pan profesor czerpał wiedzę historyczną, ostrzegając przed tworzeniem Akademii Kopernikańskiej: „To przypomina najczarniejsze czasy stalinizmu, kiedy pomijano takie dyscypliny jak socjologia czy genetyka, uważając je za zbrodnicze”. Przecież to właśnie nowa genetyka, wynoszona na piedestały w czasach stalinowskich, święciła wielkie pseudonaukowe tryumfy (sam Trofim Łysenko!; jego przeciwnicy byli wykluczani z naukowego systemu, a nawet przenoszeni na tamten świat), a socjologów delegowano do formowania nowego, socjalistycznego człowieka, co niestety im się w niemałym stopniu udało. Dalej na łamach GP profesor przestrzega przed naśladowaniem Sieci Łukasiewicza, bo ta podobno powstała „bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej, wyrzucając niepokornych dyrektorów”. Dobrze byłoby poznać dokładnie historię tworzenia tej sieci i skonfrontować ją z tworzeniem pajęczyny akademickiej w III RP (Świat akademicki budzi się po »reformie Gowina«, „Kurier WNET” nr 52/2018), powstałej po zweryfikowaniu, wyrzuceniu z systemu – bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej – niewygodnych dla przewodniej siły narodu.

Niestety historia tego naukowego barbarzyństwa, tej antykultury unieważniania naukowego/kasowania/ wymazywania do tej pory nie została należycie poznana, a przed jej poznaniem środowisko naukowe broni się nie mniej heroicznie niż przed powstaniem Akademii Kopernikańskiej. Środowisko wymaga pomocy i wsparcia Prof. Langer martwi się o kadry i pieniądze dla Akademii, traktuje projekt jako „bardziej śmieszny niż straszny”, całkowicie niegroźny, ale jednocześnie uważa, że jest to ewidentna próba generowania kolejnego konfliktu i podziałów środowiska akademickiego, które wymaga pomocy i wsparcia. Czyli jednak groźny! Środowisko bez wątpienia wymaga pomocy, bo od lat jest w niemocy i autonomicznie nie może funkcjonować jak należy i – co gorsza – nie potrafi i nie chce się z tej niemocy wydostać. Dlatego potrzebna jest pomoc z zewnątrz.

Ale w swej schizofrenicznej postawie środowisko uważa się za tak autonomiczne (poza sferą finansowania), że na każdą ingerencję, pomoc z zewnątrz reaguje alergicznie. Nieraz oferowałem wsparcie – osobowe, naukowe, edukacyjne, organizacyjne i materialne (zbiory naukowe, biblioteczne). Nic z tego. Środowisko jest zamknięte, otwiera się tylko na samych siebie – samych swoich. Zdumiewające, że profesorowi obecny stan rzeczy kojarzy się z marcem ´68, ale nie objaśnia, skąd takie omamy. Widać, że jak chyba większość środowiska, jest negatywnie nastawiony do obecnej władzy i każdy jej zamiar budzi jego sprzeciw. Podobno ta władza ma skłonność do centralizacji instytucji, lokowania „swoich” na wysokopłatnych stanowiskach oraz zajmuje się dystrybucją środków „po uważaniu”. Tak było w PRL i w tej materii niewiele się zmieniło, dlatego domena akademicka funkcjonuje zdominowana przez zwycięzców ustawianych na nich konkursów na etaty.

Ale to nie ta władza ten system wymyśliła, lecz go odziedziczyła i nie zdołała zmienić, bo opór jego beneficjentów przeciwko wszelkim zmianom jest wielki. Profesor zasadnie stwierdza: „Oczywiście w nauce, jak wszędzie, są osoby łase na stanowiska, apanaże i formalne wyrazy uznania”, tyle że wykazuje się zarazem kiepską znajomością środowiska, skoro twierdzi, że to jest margines, a nie zdecydowana, demokratyczna większość. Na to wskazuje analiza plag akademickich, o których ani większość, ani zdrowszy margines nie podejmuje merytorycznej dyskusji. Profesor wskazuje, że młode kadry naukowe są niszczone rzekomo przez ten margines, gdy tymczasem jest to sprawa systemowa, trwająca od lat, stąd skutki są tak dotkliwe. Gdyby to było dzieło marginesu, można by go zlikwidować, ale demokratyczna większość etatowej społeczności jest autonomicznie za takim właśnie stanem rzeczy.

Negatywna selekcja kadr ma długie tradycje i znakomite ulokowanie, stąd takie negatywne sukcesy.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca

 Jeśli będzie dalej tak, jak jest, to lepiej nie będzie. Projekt Akademii nie zmienia systemu, zapewne nie jest bez wad, ale może stanowić wartość dodaną i sam fakt, że narusza spokój stabilnego swoimi patologiami i brakiem konkurencji środowiska, świadczy o nim pozytywnie. Ale reakcja jest jednoznaczna: „Na taki projekt ani nie ten czas, ani miejsce, ani ten styl. Ani kroku dalej”.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca na taką antykopernikańską postawę polskiego środowiska akademickiego, które nie idzie śladami swojego wielkiego poprzednika i nawet nie chce wracać do standardów epoki, w której dopiero co powstające uniwersytety miały za zadanie poszukiwanie prawdy, gdy demokratyczna większość, a nie tylko margines obecnego środowiska, z tego abdykuje. Pan profesor, zdaje się, jest przekonany, że w swych argumentach antykopernikańskich ma 100% racji, zapominając, że jeszcze nie tak dawno (internetowa dyskusja ze mną przed kilkunastu laty) był zwolennikiem poglądu starego Żyda z Podkarpacia: „Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak” (Cz. Miłosz, Zniewolony umysł). Może i dla niego byłoby korzystne, aby przyznał jakiś procent racji projektowi Akademii Kopernikańskiej.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET , maj 2022 r.

Brzask Komunistycznej Partii Polski po medialnym upadku komunizmu

Brzask Komunistycznej Partii Polski po medialnym upadku komunizmu

W mediach w 1989 roku ogłoszono, że komunizm upadł, tymczasem okazuje się, że Komunistyczna Partia Polski jest wiecznie żywa.

KPP została utworzona w 16 grudnia 1918 roku, ale w roku następnym została zdelegalizowana, gdyż uznano zasadnie, że jej działania zagrażają niepodległości Polski. Mimo to w stanie nielegalnym przetrwała finansowana przez Międzynarodówkę Komunistyczną do roku 1938, kiedy została rozwiązana przez Komintern. Członkowie KPP nie przeżyli wielkiej czystki stalinowskiej, z wyjątkiem tych, co na swoje szczęście przebywali w więzieniach jako przestępcy i zdrajcy, i tych, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii w Brygadach Międzynarodowych.

W PRL formalnie KPP nie została reaktywowana, ale zastąpiła ją PZPR powstała 15 grudnia 1948 r. z połączenia PPR i PPS i stanowiąca przewodnią siłę zniewalania narodu przez sowietów.

Życie po śmierci

Faktem jest, że w czasie tzw. transformacji ustrojowej 29 stycznia 1990 r. sztandar PZPR został wyprowadzony, ale pod względem prawnym i personalnym tworząca się III RP pozostała w ciągłości z PRL, a wcześniejsi członkowie PZPR spadli na cztery łapy. W ramach polityki cancel culture, słowo ‘komunizm’ zostało wymazane z historii polskich uczelni, podobnie jak PZPR, której dokumenty w znacznej mierze wyparowały i do tej pory nie wiadomo kto i jak przez dziesiątki lat przewodził i formował/formatował niemałą część elit Polaków. Pewną znajomość mamy co do działań organów wyższych szczebli, ale szczeble podstawowe jakby nie istniały, choć to one odbiły się szczególnie na losach przeciętnego Polaka, wdrażając w życie bezprawie zwane sprawiedliwością społeczną.

Dawni towarzysze zorganizowali się w SLD i przez lata nawet dominowali w życiu politycznym III RP, a od kilku lat stanowią silną grupę (jakby zamiast dawnego biura politycznego) w Parlamencie Europejskim. Ideowi marksiści walczyli, aby nie doszło do całkowitej anihilacji idei marksistowskiej. Funkcjonowali szczególnie na Śląsku jako ZKP „Proletariat”. Przez siły „reakcji” zostali wykreśleni z ewidencji partii politycznych w roku 1997, jednak przetrwali. W 2002 r. doszło do zarejestrowania Komunistycznej Partii Polski nawiązującej do tradycji przedwojennej KPP i częściowo PZPR. KPP odbyła pięć zjazdów w Dąbrowie Górniczej i w Bytomiu, a jej członkowie startowali w wyborach samorządowych i parlamentarnych (z list Polskiej Partii Pracy), popierali Grzegorza Napieralskiego z SLD. KPP, rzecz jasna, krytykuje likwidację PRL, uczestnictwo Polski w Unii Europejskiej i NATO, sprzeciwia się ustawom dekomunizacyjnym i polityce historycznej IPN.

Liczba jej członków nie jest wielka, to jakieś kilkaset osób, ale ich działalność jest widoczna w przestrzeni publicznej poprzez oficjalny biuletyn partii – miesięcznik „Brzask” jak i stronę internetową czy profil na FB. „Brzask” wierny idei marksistowskiej Działacze KPP chwalą się, że „»Brzask« jest fenomenem w historii polskiej prasy, gdyż był i jest redagowany w pełni społecznie przez ludzi (ponad 160 autorów!) całkowicie oddanych sprawie ochrony dorobku Polski Ludowej i podejmowania różnych inicjatyw, ratujących filozofię marksistowską w obliczu furii antykomunistycznej”.

Podkreślają, że czasopismo było i jest wierne idei marksistowskiej. Stąd wiadomo, że KPP publicznie gloryfikowała przywódców systemów totalitarnych – Józefa Stalina jako „Wyzwoliciela Narodów” i Kim Dzong Ila jako „Wielkiego Przywódcę”, popierała reżim totalitarny w Korei Północnej. Faktem jest, że istnienie partii komunistycznej w Polsce nie jest nielegalne, a symbole komunizmu sierp i młot nie zostały zdelegalizowane.

Niemal od początku istnienia partii trwa walka o jej delegalizację, prowadzona głównie przez posłów PiS, lecz sądy odrzucają pozwy, nie dopatrując się naruszenia prawa. W procesie dotyczącym propagowania przez działaczy KPP na łamach „Brzasku” systemu totalitarnego, Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej uznał redaktorów pisma „Brzask” za niewinnych zarzucanych im czynów.

No cóż, sądy nie zostały zdekomunizowane, więc dlaczego by miały zgadzać się na dekomunizację partii politycznej, i to komunistycznej – nieprawdaż? Tym niemniej usiłowania delegalizacji nadal trwają, a zaangażowany na tym polu min. Zbigniew Ziobro odsądzany jest przez działaczy KPP i „Brzasku” od czci i wiary.

Działacze Komunistycznej Partii Polski utrzymują, że „Brzask”, jak i sama partia, w związku z działalnością na rzecz propagowania idei komunistycznych w kapitalistycznej Polsce są prześladowane od zarania swojej historii.

Prześladowania przewodniej siły

Niewątpliwie „prześladowania” komunistów w Polsce mają długą tradycję, i to niezależnie od tego, czy komuniści byli w mniejszości, czy stanowili przewodnią siłę narodu.

Co więcej, jest znamienne, że prześladowali się także nawzajem. W końcu przedwojenna KPP została zlikwidowana przez stalinowskich komunistów, grupa inicjatywna PPR, zrzucona z ZSRR do Polski podczas okupacji, wystrzelała się nawzajem w ramach partyjnej walki o władzę (Marceli Nowotko, Bolesław i Zygmunt Mołojcowie), a już po wojnie Władysław Gomułka w randze sekretarza PPR był prześladowany, a nawet więziony przez komunistów za odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, co podczas odwilży wyniosło go do władzy.

Mity prześladowcze często stanowią trampolinę do kariery. Wielu instalatorów komunizmu w Polsce „prześladowano” po Marcu 1968 r., dzięki czemu uniknęli procesów za swoje ekscesy w czasach stalinowskich, a nawet zrobili kariery naukowe za granicami, o czym nieprześladowani mogli tylko marzyć.

Komuniści byli zmuszeni się bronić przed niewdzięcznymi robotnikami w roku 1970, potem 1976, a także w 1981, kiedy wprowadzali stan wojenny w ramach „liberalizacji systemu” (tak ten okres od 1956 do1989 r., bez użycia terminu ‘stan wojenny’, określany jest w Dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego!).

Partyjni naukowcy – np. na UJ – skarżyli się na dyskryminację, wręcz prześladowania ze strony nierespektujących ich przewodniej siły na uniwersytecie. Sam za takiego prześladowcę byłem uznany w końcu epoki Jaruzelskiej, a nawet po niej!

Zapełnianie luki po prawdzie

Jak to się stało, że „prześladowcy” z uczelni byli wypędzani, a prześladowani funkcjonariusze pozostawali na uczelni i pociągają za sznurki akademickie nieraz do dnia dzisiejszego, nawet najtęższe głowy historyczne i socjologiczne nie objaśniają.

 Można natomiast spotkać się z twierdzeniami, że np. na Uniwersytecie Jagiellońskim PZPR w końcu PRL już nie istniała, że poniosła spektakularną klęskę! Jednak, mimo że nie istniała, decydowała o tym, kto może, a kto nie może być rektorem, kto nie może być pracownikiem, bo ma negatywny wpływ na młodzież akademicką, podburzając ją do myślenia, i to krytycznego.

Po tej „spektakularnej klęsce” członkowie partii bynajmniej nie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości (co postulowałem w jeszcze w stanie wojennym), nie stracili etatów ani stanowisk na uczelni (w przeciwieństwie do „prześladujących” ich antykomunistów), ale pełnili przez jeszcze wiele lat przewodnie funkcje, i to nieraz z poparciem Solidarności.

Jakoś tak u nas jest, że formalne struktury działają bezobjawowo, te już zlikwidowane – objawowo, a spektakularna klęska jest nieraz trampoliną do kariery, szczególnie akademickiej.

O prześladowanych realnie i skutecznie przez komunistów wiedza jest mierna, bo poddana antykulturze wymazywania, a antykomuniści są po „upadku” komuny wykluczani. Nawet IPN nie zdołał zbadać tego procesu jak należy, stąd nie znamy nawet składów tzw. Podstawowych Organizacji Partyjnych, choćby tych jednostek, które formowały przez lata elity III RP.

Mgłą tajemnicy owiane są mechanizmy i skutki kilkudziesięciu lat przewodzenia partii w każdej dziedzinie życia w PRL, a szczególnie życia akademickiego. Lukę – po abdykowaniu uczelni z poszukiwania prawdy – starają się wypełnić prześladowani ideowi komuniści, fakt, że spychani na dalszy plan przez neomarksistów realizujących długi marsz przez instytucje.

Także w propagowaniu idei humanizmu ideowi twórcy „Brzasku” zaczynają, zdaje się, przegrywać w konkurencji z postępowcami propagującymi idee gender, kazirodztwa i kanibalizmu. Mimo że ideowi komuniści nie ulegli całkowitej anihilacji, zapewne jeszcze czeka nas długa walka o ich delegalizację.

Czy po abdykacji z poszukiwania prawdy przez centra kształtowania elit kiedykolwiek poznamy prawdę o komunistach i ich roli w formowaniu nowego człowieka

Tekst opublikowany w KURIERZE WNET · KWIECIEŃ 2O22 r.

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

[Likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!]

W wiadomościach Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność nr. 11–12 z 2021 r., a także na łamach „Forum Akademickiego” (12/2021) można przeczytać informacje, że Rada Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność została przekształcona w sztab protestacyjny na mocy uchwały 18/2021 Rady KSN. Powodem jest stan „zagłodzenia systemu nauki” i brak realizacji zobowiązań rządu z 2018 r. zwiększenia wynagrodzeń zasadniczych pracowników nauki i szkolnictwa wyższego o 30%.

Faktem jest, że wynagrodzenia w tym sektorze nie są zbyt wysokie, a na pewno niższe niż na uniwersytetach zachodnich. Ale faktem jest również, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o ilość uczelni, ilość profesorów belwederskich i doktorów habilitowanych, mamy piękne nieruchomości akademickie, ale nauka nie ma mocy.

Twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest niezbyt wysokie finansowanie kadry akademickiej, jest co najmniej dyskusyjne. Rzecz w tym, że nad relacjami finasowania i niewydajności nauki się nie dyskutuje. Akademicy protestują, bo uważają, że im się należy! Protest jest solidarny i widać go w przestrzeni publicznej, gdyż budynki akademickie zwieńczone są często flagami Solidarności i ZNP.

Szkoły wyższe jako kuźnie kadr

 Argument za podwyżkami brzmi: „To szkoły wyższe są kuźnią przyszłych kadr dla przemysłu i gospodarki, medycyny, oświaty, administracji, a prowadzone przez naukowców badania mają na celu poprawę bytu całego społeczeństwa, rozwiązywanie problemów trapiących ludzkość i środowisko oraz stałe podnoszenie stopnia rozwoju cywilizacyjnego”.

Niestety odnosi się wrażenie, że te kuźnie pracują niezbyt wydajnie, bo Polska, bogata w uczelnie i utytułowanych uczonych, jest nadal uboga w elity potrzebne dla zarządzania dużym europejskim krajem, polska nauka niewiele liczy się w świecie, a pod względem innowacji jesteśmy na szarym europejskim końcu.

Protestujący nie postulują żadnych działań, aby poprawić pracę tych kuźni i zatrudnionych w nich kowali, poza lepszym ich finansowaniem. To podobno ma poprawić byt całego społeczeństwa. Ja w to wątpię i wielokrotnie te wątpliwości podnosiłem, ale dyskusji nie było. Moje opinie są niewygodne, podważające zdania etatowych akademików, więc są poddawane antykulturze unieważniania/wymazywania, co nie daje świadectwa dobrych intencji protestujących.

Na początku wieku, podczas prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym, KSN Solidarność przedstawiła swój program naprawy systemu akademickiego, który wychodził, i to znacznie, poza postulaty płacowe. Projekt, mimo że daleki od doskonałości, wspierałem w ramach działań Niezależnego Forum Akademickiego i współpraca naprawcza dobrze się układała, choć ostatecznego sukcesu w Sejmie niestety nie było. Rektorzy przyjętą ustawę (r. 2005) traktowali jako tymczasową i obiecywali, że wkrótce nauczą się organizować konkursy na etaty, aby można było znieść rodzącą patologie habilitację.

Niestety mimo upływu lat nie zdołali zrealizować swoich zamiarów (może cierpią na niedostatek intelektu?). Patologie nadal trwają, nie tylko habilitacyjne, a KSN Solidarność jakby zrezygnowała ze zmian strukturalnych i skoncentrowała się głównie na kwestiach płacowych, które systemu nie zmienią, a jeszcze go petryfikują.

Związkowcy, jakby tego nie chcieli zauważyć, patologiczny system aprobują i argumentują za swoimi postulatami płacowymi, twierdząc, że „każdy z nas jest beneficjentem – w sposób bezpośredni lub pośredni – systemu szkolnictwa wyższego i nauki”. Ten argument nie pozwala mi pozostać obojętnym i postaram się go nieco podważyć na podstawie moich doświadczeń, póki nie doczekam się naukowej analizy.

 Marny los kowala

Ja nie czuję się i nie mam argumentów, aby się poczuć czy to bezpośrednim, czy pośrednim beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki.

System ten nie jest mi obcy, przez szereg lat byłem z nim związany bezpośrednio, nawet na pozycji kowala, w słabo opłacanej, ale efektywnie pracującej kuźni kadr tak dla nauki, jak i gospodarki. Z mojej kuźni, w trudniejszych niż obecne czasach – schyłek PRL, głównie czasy jaruzelskie – wyszły kadry, które sprawdziły się w domenie akademickiej, także na arenie międzynarodowej, i są przydatne dla gospodarki. Kuźnia natomiast została zlikwidowana, a ja przestałem być kowalem, bo zostałem wypędzony z uczelni jako uznany (przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję realizującą dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym) za osobnika mającego negatywny wpływ na młodzież akademicką i stanowiącego zagrożenie dla uczelni.

Kowal, który takie kadry formował, mimo że był kiepsko opłacany (kilkanaście dolarów miesięcznie, bez projektów!), a wiele pracował również bez wynagrodzenia, był i nadal jest niepożądany w „głodującej” domenie akademickiej. Co prawda kowal był temu „winny”: w końcu to były czasy, kiedy czy się stało, czy się leżało, dwa tysiące się należało, ale nie powiesili cygana, lecz właśnie kowala, bo te standardy naruszał. Cyganie pozostali na piedestałach tak wówczas, jak i potem; po tzw. transformacji i niektórzy do dnia dzisiejszego pociągają za cygańskie sznurki. Wówczas (przed niemal 35 laty) nie tylko powiesili kowala, ale i zniszczyli kuźnię, aby kadry z niej nie wychodziły i praca kuźni nie zawstydzała samych koryfeuszy wynoszonych na piedestały przez przewodnią siłę narodu.

Protestów związkowych, także Solidarności, którą kowal w kuźni zakładał – nie było ani wówczas, ani potem. To podobno było tak dawno, że kto by o tym pamiętał? Ale od początku nie pamiętano. Trzeba pamiętać o nosie Kleopatry, pięcie Achillesa, ustach Krzywoustego, bo to nasze dzieje, ale żeby zajmować się powieszonym kowalem w czasach komunistycznych/ wojennych?

W końcu wystarczy zajrzeć do Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby się przekonać, że komunizmu nie było, stanu wojennego nie było, przewodniej siły narodu (PZPR) nie było! Była za to liberalizacja systemu (sic!), w ramach której cyganie wieszali kowali!

Co więcej, niepożądanego kowala wprowadzono na ścieżkę dyscyplinarną, z której do tej pory (przez 35 lat!) go nie sprowadzono i nie podjęto nawet usiłowań w tym zakresie. Ścieżka widocznie była zbyt wysoko zawieszona! Żadnych protestów związkowych nie było i nie ma. Bo czy to by zwiększyło uposażenia protestujących? A przecież tylko taka jest motywacja protestów. Nie ma w pamięci nawet śladów takich wydarzeń, bo je skrupulatnie wymazywano, kasowano, w ramach antykultury – cancel culture, która opanowała domenę akademicką funkcjonującą w czasach post-historii, post-prawdy, post-pamięci.

Związkowcy, tak jak władze akademickie, za nic w świecie nie chcą poznać swej historii, strat wojennych, losów tych, którzy fundamenty akademickie (kuźnie kadr) budowali, a potem, wypędzeni, autentycznie głodowali! W końcu z poszukiwania prawdy zrezygnowano. Nie ma co przeszłości rozgrzebywać, skoro na kłamstwie można budować świetlaną przyszłość, domagając się jeno szmalu z kieszeni podatnika – nieprawdaż?

Jak odróżnić beneficjenta od ofiary

 Protestujący zapewniają, że każdy z nas jest beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Zapewne – jeśli chodzi o protestujących – tak jest, ale ja nigdy nie zauważyłem jakiejkolwiek poprawy mojego bytu po podwyżkach dla „profesorów” i im podległych, nie rozwiązało to żadnych moich problemów ani nie podniosło stopnia rozwoju cywilizacyjnego mojego otoczenia, co podobno następuje, jak tylko „profesorowie” podwyżki dostaną. Wręcz przeciwnie.

Zauważyłem wypieranie cywilizacji łacińskiej, do której należę, przez turańską – barbarzyńską, pasożytniczą, rozbójniczą. Uważam się za ofiarę, a nie za beneficjenta systemu, ale od lat działam pro publico bono na rzecz jego naprawy i nie zauważyłem, aby protestujący w tym kierunku działali.

 Nie miałem żadnych złudzeń, że system się sam naprawi, jak tylko zmieni się pokolenie (tak mnie od 1989 r. zapewniano) i nie mam nadal, kiedy pokolenia się zmieniły, a system się sam nie naprawił! I mam pewność, że nawet gdy protestujący dostaną więcej, bo im się podobno po prostu należy, system się nie naprawi.

 Protestujący w najmniejszy nawet sposób nie zatroszczyli się o powroty kowali, o reaktywacje ich kuźni kadr, więc chyba o poprawę bytu całego społeczeństwa nie dbają, a jeno o swoje kieszenie. Oferowałem swoją osobę kowala wielu uczelniom, podkreślając, że wiele prac napisałem, i to przy nakładzie z kieszeni podatnika sum, których nigdy nie widzieli (zero złotych polskich!). I co? Podobno biedne uczelnie za nic w świecie nie chcą tych, co bez pieniędzy, z pasji naukowej mogą coś wartościowego zrobić, i to czasem więcej od etatowych i wygrywających konkursy na projekty.

Nie chcą ich nawet znać, bo chyba ze wstydu musieliby się pochować, a oni chcą dominować! I uważają się za ofiary systemu, bo zarabiają nie tyle, co im się ponoć należy za tytuły. O wynagradzaniu w domenie akademickiej tych, co efektywnie pracowali, a nic nie zarabiali – nawet nie wspominają.

Tak się składa, że po wypędzeniu z domeny akademickiej od lat utrzymuję się przy życiu – jak obrazowo objaśniam – z wrzucania do kosza produktów tworzonych przez finansowanych milionami (nie tylko za etaty, ale i projekty). Są bowiem podmioty gospodarcze, które wolą opierać się na moich pozabudżetowych produktach intelektualnych niż na produktach „profesorskich”, i nieźle na tym wychodzą, bo Matka Ziemia pozytywnie weryfikuje moje koncepcje/produkty intelektualne. Moja działalność intelektualna poza systemem akademickim pozytywnie wpływa na poprawę bytu społeczeństwa, przynosi bowiem wymierne korzyści dla gospodarki. Ale system akademicki jak był, tak jest zamknięty dla mnie (i podobnych), pozostaje zaś otwarty na „samych swoich”, nawet gdy są producentami bubli, plagiatów, mistrzami pozoranctwa naukowego i edukacyjnego.

Co komu się należy

Beneficjenci systemu – etatowcy, utytułowani – uważają, że im się należy więcej, a z racji swoiście pojmowanej autonomii akademickiej twierdzą, że nie można kontrolować naboru na etaty, konkursów na stanowiska i wydawania grosza publicznego na edukację oraz na badania.

 Dostęp do informacji publicznej w tych kwestiach jest jedynie iluzoryczny. Wiadomo powszechnie, że konkursy na etaty są ustawiane pod konkretne osoby, stąd kadry beneficjentów takich rekrutacji nie są najlepsze i skutki tej patologii również. Zatrudnianie lepszych, stanowiących zagrożenie dla beneficjentów, nie wchodzi w rachubę. Dlaczego słabsi mają być finansowani, i to coraz lepiej, a lepsi pozostawać poza systemem, nikt nie tłumaczy.

Powszechnie słyszymy, że dobrzy nie chcą pracować w systemie akademickim ze względu na niskie płace, a ci, którzy wyjechali z powodów finansowych, nie chcą wracać. Jednak prawda jest taka, że to uczelnie nie chcą zatrudniać lepszych od zatrudnianych na podstawie ustawianych konkursów i blokują powroty naukowców z zagranicy.

Badań nad tym procederem się nie prowadzi, procesów ustawiaczy konkursów nie ma, protestów przeciwko takim patologiom brak, a przecież ograniczenie patologii podniosłoby efektywność systemu akademickiego. Mamy za to protesty, aby nie najlepszym płacić jak najwięcej, bo to podobno podniesie poziom dobrobytu społeczeństwa i zabezpieczy rozwój gospodarki w Polsce.

Jestem za podniesieniem płac w sektorze nauki i to znacznie więcej, niż postulują protestujący, ale przy likwidacji/ograniczeniu patologii/plag akademickich, o czym piszę w książce Plagi akademickie, niemal przemilczanej.

Od dawna, od czasów jaruzelskich, postuluję przeniesienie w stan nieszkodliwości niszczących „kuźnie” i „kowali”. Co więcej, przeznaczanie pieniędzy z niedużego akademickiego budżetu na ideologię gender zamiast na naukę nie powinno mieć miejsca. Trzeba mieć też na uwadze, że uczelnie zachodnie nie są finansowane w 100%, a tylko w kilkudziesięciu % z budżetu, więc może zastosowanie takich metod finansowania w Polsce byłoby bardziej skuteczne w zarządzaniu domeną akademicką. Problem w tym, że polskie instytucje z nazwy naukowe utrzymują się raczej z wynajmu nieruchomości (które mają, i to czasem znakomite) niż ze sprzedaży produktów intelektualnych, bo cierpią na ich niedostatek.

Ten stan rzeczy można by zmienić poprzez zatrudnianie na uczelniach tych, którzy tworzą jakieś wartości intelektualne budzące zainteresowanie społeczne i gospodarcze. Niestety system jest niejako samowystarczalny i zajmuje się głównie produkcją dyplomów i stopni, nierzadko bez pokrycia, często z brakiem poszanowania własności intelektualnej. A takim „akademikom” nic się z budżetu nie powinno należeć!

Mimo głodowych rzekomo pensji, na uczelniach kwitnie nepotyzm, co świadczy o szkodliwej wersji polityki prorodzinnej. Ojciec czy matka głodujący na uczelni, zamiast kierować dzieci ku karierze pozaakademickiej, np. biznesowej, w której mogłyby wykazać się intelektem i wydobyć rodziców, ba! świat akademicki z biedy (jak np. Erazm Jerzmanowski, Ignacy Łukasiewicz, Witold Zglenicki), na siłę ustawiają pod nie konkursy na etaty, aby one też biedę klepały(?) i były zdane na utrzymanie z kieszeni nieraz jeszcze biedniejszego podatnika. To niemoralne! Można by postulować: likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!

Kowale własnego losu

 Obecny system akademicki, będący produktem długotrwałej negatywnej selekcji kadr, jest systemem marnotrawnym i bez zmian systemowych lepsze finansowanie wszystkich, według stopni i tytułów, nie przyniesie poprawy bytu całego społeczeństwa, a co najwyżej obecnych, nie najlepszych jego beneficjentów.

Nie ma co liczyć na rozwój cywilizacyjny, skoro niemała część beneficjentów pozostaje raczej pod wpływem cywilizacji turańskiej (widoczne cechy: pasożytnictwo – utrzymywanie niewydajnych pracowników najemnych przez innych podatników; rozbójnictwo – plagiaty, brak poszanowania własności intelektualnej!), podczas gdy cywilizacja łacińska na uczelniach jest w zaniku. Co więcej, beneficjenci systemu w ramach kultywowanej religii walki z klimatem optują m.in. za likwidacją kopalń, co może nas raczej cofnąć do epoki kamienia łupanego, a nie doprowadzi do rozwoju.

Uniwersytety powołane do poszukiwania prawdy (cecha cywilizacji łacińskiej) z tego obowiązku abdykują na rzecz poszukiwania orientacji seksualnych. Przy aprobacie związkowców protestujących w sprawach płacowych, ale nie cywilizacyjnych. Przywiązani do tradycyjnych wartości „zacofańcy”, unieważniani przez siły postępu, mogą być, co prawda, kowalami własnego losu, ale poza kuźniami kadr akademickich, bo stanowiska kowala w tęczowej kuźni nie dostaną. Stąd nie należy się liczyć z wykorzystaniem potencjału intelektualnego i moralnego sporej jeszcze części populacji zdroworozsądkowych.

Trzeba przypomnieć, że w czasach zniewolenia car zsyłał na Syberię ludzi zagrażających mu dążeniami do wolności. Ale jeśli zesłani pragnęli pracować naukowo, mieli w tym jego wsparcie, także finansowe. Nawet na zesłaniu mogli być kowalami własnego losu, a car na tym dobrze wychodził. Syberia naukowo została poznana przez zesłańców i dzięki temu rozwinęła się gospodarczo i cywilizacyjnie. Ich badania nie zostały unieważnione, figurują jako autorzy własnych prac naukowych, a nawet góry na Syberii zostały nazwane ich nazwiskami (Góry Czerskiego, Góry Czekanowskiego). Uczeni-zesłańcy nie zostali wymazani z historii. Mimo wszystko cancel culture nie była stosowana na taką skalę, jaką mamy w systemie akademickim epoki jaruzelskiej i post-jaruzelskiej. „Carowie” nauki w Polsce z nienawiści do prawdy zagrażających im intelektualnie i moralnie kowali wypędzają, niewygodną historię i nazwiska wymazują, kuźnie niszczą, nieraz doszczętnie, i zarządzają pogorzeliskami, domagając się ich pełnego utrzymywania przez podatników.

Przeciwko takiej sytuacji brak protestów związkowców. Jako obywatel, kowal własnego losu, nie wyrażam zgody na utrzymywanie z mojej kieszeni funkcjonującej poza prawdą populacji postępowych akademików. Moim zdaniem winien obowiązywać zakaz finansowania lewackiego długiego marszu przez uniwersytety.

Tekst opublikowany w: KURIER WNET · MARZEC 2O22