Rzecz o wyznawaniu XI przykazania – rozważania na okres Świąt Bożego Narodzenia przeznaczone

Nieobojętni

Rzecz o wyznawaniu XI przykazania

 rozważania na okres Świąt Bożego Narodzenia

 i początek nowego roku przeznaczone

Szeroki, entuzjastyczny wręcz odbiór wprowadzanego do obiegu publicznego tzw. XI przykazania „nie bądź obojętny”, spopularyzowanego przez wypowiedź Mariana Turskiego w Oświęcimiu 27 stycznia 2020 r. [KW 69/2020], skłania do refleksji.

Warto zwrócić uwagę na karierę tego przykazania wśród elit, także akademickich, które niezbyt pozytywnie, a częściej wrogo, odnoszą się do wartości Dekalogu. Władze akademickie i niemała część środowiska wspierały „Strajk Kobiet” i manifestacje przeciwko ochronie życia, wyrażając tym samym niezgodę na przestrzeganie V przykazania. Podobnie jest z przykazaniem VII.

XI przykazanie wśród akademików

O tym, jak atrakcyjne jest w środowisku akademickim XI przykazanie w relacji do nielubianego przykazania VII, świadczy plaga plagiatów, z jaką mamy do czynienia od lat. Akademicy nie są obojętni na to, co zrobili inni, i rekwirują ich osiągnięcia na swoje konto, w całości lub w części. Tak się dzieje wśród studentów, co jest powszechnie znane i z czym próbuje się walczyć poprzez programy antyplagiatowe, ale także na poziomach wyższych i nawet najwyższych, tj. profesorskich, a nawet gremiów (Rada Doskonałości Naukowej) decydujących, kto może, a kto nie może być posiadaczem tytułu profesorskiego.

Plaga plagiatów opanowała tę domenę już dawno, ale skutecznych szczepionek na tę „pandemię” do tej pory nie wynaleziono. Walczy się z plagiatami na poziomie studenckim, ale im szczebel wyższy, tym walka słabsza, a jak ktoś osiągnął szczyty hierarchii akademickiej, w praktyce jest nietykalny. Profesorowie nie zamierzają się tłumaczyć, dlaczego przywłaszczają cudzą własność intelektualną. No cóż, jako wyznawcy wysoko cenionego XI przykazania po prostu nie są obojętni na dobra innych. Ale okres obojętności na przestępstwa profesorów – nadzwyczajnej kasty akademickiej – chyba się kończy, gdyż sejm pracuje nad taką zmianą ustawy, aby nawet profesorom-plagiatorom można było odebrać tytuł nadawany przez prezydenta RP.

 To optymistyczne, że w społeczeństwie, w którym tytuły traktowane są niczym świętość, niektórym posłom przychodzi do głowy możliwość pozbawienia tytułów, jeśli pochodzą one z poczynań przestępczych. Profesorowie, nawet z kręgu wyznającego Dekalog, nie zawsze brali pod uwagę taką możliwość. Tak wielka jest bowiem solidarność korporacyjna nadzwyczajnej kasty akademickiej.

Uczciwość w tych gremiach schodzi na dalszy plan, niezależnie od wyznawanych oficjalnie wartości. Oby taka ustawa weszła w życie! To najwyższy już czas.

Na ogół słyszy się, że nasza cywilizacja łacińska jest zagrożona, a fala destrukcji idzie ze zgniłego Zachodu. Warto jednak zauważyć, że poziom nieuczciwości, przynajmniej w domenie akademickiej, jest u nas – na terenie zwanym redutą cywilizacji łacińskiej – wyższy niż na zgniłym Zachodzie. Na uczelniach obowiązuje polityka równościowa i wyznawcy XI przykazania, można rzec akademicy zręcznościowi, wyrównują swoje niedobory kosztem innych i nie widzą w  tym nic niewłaściwego.

Większość akademicka takie standardy aprobuje, aby nie tracić szans na karierę. Generalnie wyznawcy i wprowadzający w życie XI przykazanie po odrzuceniu Dekalogu mają większe szanse na sukces, a wyznawcy VII przykazania nie tylko mają na swoim koncie mniej dóbr (z których są okradani), ale często doznają wykluczenia. Szczególnie wtedy, gdy ujawniają plagiaty. Nikt nie widzi powodu do solidaryzowania się z takimi odmieńcami.

Oto stan naszego środowiska akademickiego (i nie tylko) po dezintegracji Solidarności i oczyszczeniu uczelni z elementu zbyt przywiązanego do wartości Dekalogu.

„Nic niewarte” dobra

Wartość dóbr mrocznego nieraz pożądania, rekwirowanych na swoje konto przez „nieobojętnych”, nader często podlega deprecjacji. Skoro np. dobra te zostały umieszczone w przestrzeni publicznej, i to za darmo, to przecież nic nie są warte i można je przywłaszczać, nawet bez podania źródła. To jest problem cywilizacyjny.

Komunizm nie respektował własności prywatnej, a intelektualnej w szczególności, stąd ci, którzy z sukcesem przeszli czasy komunistyczne, często znakomicie sobie przyswoili standardy tego systemu. Nie są one zgodne z cywilizacją łacińską, ale ta słabnie, jest zagrożona upadkiem. Tylko najbardziej „zacofani” nie zdołali przyswoić sobie bardziej postępowych reguł i spychani są na margines, także w domenie akademickiej, która winna tworzyć fundamenty cywilizacyjne.

W praktyce antyplagiatowej banalizuje się skalę przestępstwa. Oblicza się, jaki procent jakiegoś dzieła został samowładnie „zapożyczony”, nie bacząc na to, że kilkuzdaniowy nawet plagiat może mieć większe znaczenie merytoryczne niż kradzież całej, mało wartościowej naukowo pracy. Ale kto by za takie drobiazgi kogokolwiek penalizował, a chociażby pouczał.

Jeszcze wyraźniej te sprawy widać w nierespektowaniu własności i wartości zdjęć, czy nawet filmów. Skoro niemal wszyscy obecnie zdjęcia robią i często umieszczają w przestrzeni publicznej, traktuje się je jak dobro publiczne bez właściciela, bez autora i się je rekwiruje (bez pytania o zgodę na wykorzystanie) dla podniesienia wartości swoich dzieł.

 Co prawda jest to występek przeciwko VII przykazaniu, ale nawet wyznawcy Dekalogu nieraz nic sobie z tego nie robią, a wyznający XI przykazanie często posługują się argumentem, że je realizują, bo nie są obojętni i autorzy winni być zadowoleni, a nawet im wdzięczni. To pokazuje, jak nisko upadła nasza cywilizacja. Zniesienie własności postulowali instalatorzy komunizmu i w niemałym stopniu im się to udało. Zacierają się zatem granice cywilizacyjne.

 Ciekawe, jak opisałby to Feliks Koneczny. Przecież podobno nie można być cywilizowanym na dwa sposoby.

Nieobojętni niczym Herod

Przed ponad dwoma tysiącami lat, u zarania cywilizacji chrześcijańskiej, nieobojętny na wieści o przyjściu na świat założyciela tej cywilizacji król Herod wysłał swych siepaczy, aby dokonali rzezi niewiniątek, z nadzieją, że zgładzi nowo narodzonego Jezusa. To mu się nie udało, ale nie można mu zarzucić, że był obojętny na zagrożenie dla swego panowania, z łaski Rzymu króla Judei. Przykładów takiej nieobojętności w historii ludzkości jest co niemiara.

W najnowszych czasach w noce grudniowe zwykle wspominamy przykład nieobojętności ze strony komunistycznej władzy na rodzenie się wolności polskiego narodu. Wcieliwszy się w Heroda, czerwony „ślepowron”, przerażony podważaniem zdobyczy najlepszego dla ludzkości systemu, propagowanego także przez lansującego XI przykazanie Mariana Turskiego, wysłał swoich siepaczy w grudniowe i pogrudniowe dni przez 40 laty, aby buntowników Solidarności eliminowali czy to z życia doczesnego, czy z działania na rzecz likwidacji komunizmu.

Koszty tych zabiegów były znaczne, rujnowały kraj, a trwoga nie ustępowała. Uznano w końcu, że lepiej będzie się transformować, dokonując kaptażu części antykomunistów mniej przywiązanych do Dekalogu i eliminując tych, którzy w tej operacji mogliby przeszkadzać. W elitotwórczej domenie akademickiej zweryfikowano negatywnie wpływających na młodzież akademicką – przyszłość narodu. Na Gwiazdkę, przed trzydziestu kilku już laty, dostali – niejako w prezencie – postanowienie o unieważnieniu ich akademickiego jestestwa, o wypędzeniu, nieraz dożywotnim. Stanowili bowiem zagrożenie dla „etyki” socjalistycznej, z pietyzmem wprowadzanej przez lata przez wyznających XI przykazanie, jeszcze wówczas tak wyraźnie w przestrzeni publicznej nie sformułowane, ale przecież przestrzegane.

W czasach internetu w cyberprzestrzeni ujawnili się jednak niektórzy z tych, których z systemu wyklęto, ale głów nie zdołano im ściąć. Wolna myśl akademicka miała zatem szanse na zaistnienie, a nawet rozpowszechnienie, większe niż w czasach komuny. Herodowie jednak nadal istnieli, i  to nawet u władzy.

 Gdy przed niemal dwudziestu już laty ogłosiłem samowładnie rodzenie się niezależnej od akademickich Herodów wolnej myśli w postaci Niezależnego Forum Akademickiego, spowodowałem tym aktem inscenizację jasełek, popularnych raczej wśród tradycyjnego ludu, ale – o dziwo – nieobcych także postępowym akademikom. Nie zorganizowano spektaklu ulicznego, gdyż na scenę dla jasełek swoje łamy udostępniła postępowa i ceniona przez akademików GazWyb. W rolę Heroda wcielił się sam rektor z gronostajem największej polskiej uczelni – Uniwersytetu Warszawskiego, a wspierali go przystrojeni w togi i birety senatorzy najstarszej polskiej wszechnicy.

Jasełka nie były całkiem udane, głowy mi nie ścięto, a wymiar sprawiedliwości nawet oznajmił, że nie musi mnie bronić, bo mam swoją stronę internetową, więc sam mogę sobie dać radę. Widać nie był obojętny na moje działania i docenił ich wiarygodność. Był to czas, gdy nadredaktor GazWyb ciągał po sądach swoich kolegów z niepostępowych gazet i sądy go broniły, bo widać uznały, że chociaż miał do dyspozycji największą gazetę i portal internetowy, to jednak nie dałby sobie rady. Uznałem się więc za zaszczyconego przez wymiar sprawiedliwości. Nadal moje działania nie są obojętne dla beneficjentów herodowych czystek akademickich i nieraz – i to także ci najwięksi – na swoje konta rekwirują to, co ja – znany nieudacznik – w domenie publicznie objawię, a jednocześnie stosują antykulturę unieważniania autora przywłaszczanych dóbr. Protestów ze strony tzw. naszych nie ma. Solidarność jakby przeszła w stan niebytu po akcjach Herodów.

Tym, którzy uważają się za obrońców cywilizacji chrześcijańskiej, należałoby na nowy rok życzyć większej refleksji i  rezygnacji ze wspierania XI przykazania i jego propagatorów, a wyznawcom XI przykazania, aby nie unieważniali wyznawców Dekalogu, bo upadek cywilizacji chrześcijańskiej niczego dobrego nie zapowiada, także dla nich.

Operacja „Universita bandita” potrzebna w Polsce

[źródło – destinazione-news – SUDPRESS | Giornalismo d’inchiesta]

Operacja „Universita bandita” potrzebna w Polsce

Skoro przez ponad 30 lat wolnej już Polski i imponującego wzrostu ilościowego centrów formowania elit mówimy zasadnie, że cierpimy na brak elit, to znaczy, że system nie funkcjonuje jak należy.

Polska domena akademicka jest paraliżowana przez rozliczne plagi destrukcyjne dla nauki i w konsekwencji dla państwa. Mimo upływu lat i licznych reform nic zasadniczo się nie zmienia i jak wracam do moich tekstów sprzed 10 czy 20 lat, widzę, że mógłbym je zamieszczać ponownie bez większych zmian, aby opisać stan obecny.

Operacja „Universita bandita”

Plagi akademickie dotykają także domeny akademickie innych krajów, które jednak zdają sobie sprawę z ich skutków społecznych i gospodarczych. Od kilku lat we Włoszech, gdzie w średniowieczu rodziły się uniwersytety, trwa operacja „Universita bandita” dla powstrzymania destrukcji obecnie patologicznego systemu uniwersyteckiego (J. Wieczorek, Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” 72/2020).

Początek operacji związany jest z wykryciem afery ustawianych konkursów na etaty na uniwersytecie w Katanii. To proceder korupcjogenny, wręcz mafijny, prowadzący do tego, że na uczelniach nie zostają wyłonieni najlepsi, tylko wcześniej wyznaczeni na zwycięzców. Warunki konkursów są szyte na miarę lepiej „umocowanego” kandydata, który już na stracie wie, że wygra. Kryteria merytoryczne nie mają większego znaczenia. Proceder trwa od lat, przy ścisłym przestrzeganiu kodeksu milczenia (omerta), jak w strukturach mafijnych. Rzecz jasna, ma to wpływ na poziom uczelni i przekłada się na jakość elit na nich formowanych. Sfałszowane konkursy blokują napływ zagranicznych nauczycieli i naukowców. Powodują drenaż naukowców włoskich, mających większe szanse prowadzenia badań za granicami niż we własnym kraju. To dewastuje system uniwersytecki i ma degradacyjny wpływ na rozwój Włoch. Po publicznym ujawnieniu i potępieniu procederu na Uniwersytecie Katanii okazało się, że dotyczy on także innych uczelni: Bolonii, Cagliari, Catanzaro, Chieti-Pescara, Florencji, Mesyny, Mediolanu, Neapolu, Padwy, Rzymu, Wenecji, Werony… Działania prokuratorskie, trwające mimo pandemii, doprowadziły do postawienia 55 profesorom zarzutów z art. 353 kodeksu karnego (przeciwko procedurom administracji publicznej), za co można otrzymać wyrok do 5 lat pozbawienia wolności. Proces rozpoczął się w październiku 2022 r. i wyznaczono wiele sesji na początku roku 2023.

Medialne wsparcie operacji

Operacja „Universita bandita” jest nagłaśniana medialnie, zarówno w internecie, jak i w programach telewizyjnych, m.in. w ramach cyklicznego programu „PresaDiretta”, prowadzonego na kanale Rai3 przez gwiazdę tego programu Riccarda Iaconę. Program o patologiach uniwersyteckich jest emitowany w godzinach dobrej oglądalności, a jego zapis – dostępny w internecie, co daje szanse, że problem tak szybko nie wyparuje z przestrzeni publicznej. Prezentuje rozmowy z profesorami, badaczami z kilku uniwersytetów, ich historie akademickie i skargi na patologiczny system. Ustawianie konkursów uznano za zło oburzające obywateli.

Uniwersytet jest dla Włochów dobrem publicznym, które nie może być pozostawione w rękach samych akademików, bez kontroli obywateli. Postuluje się potrzebę ruchu obywatelskiego, zaangażowania politycznego przeciwko fałszowanym konkursom, aby doprowadzić do uzdrowienia systemu. Wielu najzdolniejszych młodych ludzi przenosi się za granicę, gdzie mogą się lepiej realizować, a Włochy tracą duży potencjał intelektualny, niewykorzystany w kraju. Przeprowadzono też rozmowy z naukowcami włoskimi funkcjonującymi za granicami. Z rozmów tych wynika, że atrakcyjność włoskiego systemu uniwersyteckiego wobec zagranicy jest w zasadzie żadna. Naukowiec zatrudniony we Włoszech na stanowisku technika na londyńskim uniwersytecie osiąga stanowisko profesora (sic!), ale nie wyciąga się z tego wniosku o wyższości poziomu włoskich uczelni, tylko o skali ich patologii.

Sytuacja uniwersytetów włoskich przypomina patologie polskiego systemu akademickiego, o wiele niżej notowanego w rankingach światowych. Trzeba mieć na uwadze, że zwykle kilka, a nawet kilkanaście włoskich uniwersytetów w rankingach światowych uczelni lokuje się wyżej od najlepszych polskich (UJ, UW). Druga setka miejsc w rankingu szanghajskim, osiągana przez uniwersytety Rzymu, Mediolanu, Padwy, Pizy, to tylko marzenie dla naszych uczelni. Przeprowadzone do tej pory pewne działania naprawcze (m.in. antynepotyczne) zrobiły swoje, a przy tym system włoski jest od dawna otwarty na zagranicę i bardziej podobny do systemu anglosaskiego. Mimo to Włosi z obecnego stanu rzeczy nie są zadowoleni i szukają wewnętrznych przyczyn słabości, i to głównie poza sferą finansowania.

Jak to wygląda w Polsce?

Nastawienie w Polsce do słabości naszego systemu akademickiego jest niestety odmienne. Mimo że patologie od dawna są znane, nie ma woli, aby je likwidować, a nawet aby je rzetelnie, wszechstronnie zbadać. Od lat obywatelsko staram się to robić (m.in. serwis: Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego), chyba bardziej niż podmioty ministerialne, rektorskie czy związkowe, ale uporządkowanie tej stajni Augiasza przerastałoby siły samego Herkulesa. Mojego postulatu utworzenia Polskiego Ośrodka Patologii Akademickiej (POMPA) dla „wypompowania” z systemu patologii, nie podjął żaden minister. Tak rektorzy, jak i związkowcy akademiccy zdołali zidentyfikować tylko jedną patologię – niedostatek pieniędzy, które im się podobno po prostu należą.

Innych jakby nie znali i nie chcieli znać. Nawet nie unikają zatrudniania całych rodzin (w ramach ustawianych konkursów) na głodujących (podobno) uczelniach. Nie wykazywali troski o kolegów- -związkowców usuwanych z uczelni (i to dożywotnio), aby nie wpływali negatywnie (antysocjalistycznie) na studentów, nie peszyli swoją wiedzą i intelektem przewodniej, profesorskiej siły narodu. Nie widać ich działań na rzecz likwidacji akademickiej gospodarki folwarcznej, wręcz przeciwnie. Folwarki uczelniane kwitną po konkursach ustawianych dla swoich. Jakoś nie wiąże się zapaści domeny akademickiej z tym procederem, który w ojczyźnie ma i uważany jest za przestępstwo, a u nas – za normę. Wprawdzie jest to norma nienormalności, ale większość akademicka jest innego zdania.

Kiedy przed kilkunastu już laty (rok 2005) przygotowano kolejną reformę systemu szkolnictwa wyższego – jak zaznaczano, tymczasową – podnoszono kwestię ustawianych konkursów, ale tylko na okoliczność postulatów usunięcia z systemu habilitacji. Była niemal zgoda, że ten element systemowy trzeba by usunąć, tak jak w wielu innych krajach zrobiono z pożytkiem dla nauki. Uznano jednak, że w naszym systemie jest ona elementem pozytywnym, bo przecież musi być jakaś selekcja kadr, a tej – jak wszyscy wiedzą – nie stanowią konkursy na etaty. Odłożono likwidację habilitacji na jakieś 10 lat, aby uzyskać czas na naukę organizowania prawdziwych konkursów. Niestety dziekani i rektorzy, mimo upływu lat, tej trudnej sztuki zarządzania domeną akademicką nie opanowali, choć wielu z nich pełni swoje funkcje (traktowane chyba jako zawód) przez więcej niż 10 lat. Jeśli student nie opanuje materiału, nie zdaje egzaminu, nie przechodzi na następny rok, ale dziekanom i rektorom brak opanowania materiału niezbędnego do zarządzania uczelniami wcale nie przeszkadza w „pieszczeniu” kolejnych funkcji przez długie lata (kolejne kadencje: dziekana, prorektora, rektora). Ich wyborcy nie mają nic przeciwko temu.

Tym samym, mimo kolejnych reform, habilitacja pozostała filarem patologicznego systemu. Staliśmy się potęgą habilitacyjną, ale pozostaliśmy mizerią naukową, co świadczy o słabości tego filaru naszego systemu akademickiego. Część naukowców, i to w pełni utytułowanych, słabość tego filaru zauważa, ale dla innych ważniejsze są stopnie i tytuły niż uprawianie nauki na poziomie.

Ostatnio zauważył to nowo wybrany prezes PAN, ale z umiłowaniem tytułów nikt u nas nie zamierza walczyć, tak jak nie zamierza walczyć o umiłowanie nauki i prawdy, z której poszukiwania uniwersytety abdykują.

Potrzebna operacja „Universita bandita”

W  polskiej domenie akademickiej mamy piękne nieruchomości akademickie, zapełniane kadrami z ustawianych konkursów, które powinny zostać unieważnione, a ustawiacze skierowani na ławy oskarżonych, jak we Włoszech.

Zwiększenie finansowania beneficjentów patologicznego systemu, zwycięzców ustawianych na nich konkursów – czego domagają się rektorzy i związkowcy – nie poprawi sytuacji domeny akademickiej w Polsce ani na tym nie skorzysta polskie społeczeństwo czy polska gospodarka. Nie ma wątpliwości, że finansowanie nauki i naukowców winno być większe, nawet znacznie większe od tego, którego domagają się związkowcy, ale po przeprowadzeniu operacji typu „Universita bandita”, po dokonaniu zmian strukturalnych i personalnych w domenie akademickiej.

 Zdaje się jednak, że nikt nie ma ochoty takiej operacji przeprowadzić. Dominuje u nas zasada: „stłucz termometr, a nie będziesz miał gorączki”. I „termometry” się tłucze, a także tych, którzy choroby akademickie starają się ujawniać i działają na rzecz naprawy systemu. To stanowi śmiertelne zagrożenie dla polskich baronów akademickich i ich zaplecza. Pajęczyny akademickiej nikt nie waży się rozerwać.

Jak narysowałem kiedyś „dr(h)abinę akademicką” obrazującą patologię systemu awansu naukowego w Polsce, ta „dr(h)abina” została zarekwirowana na konto (blog) „doskonałego” profesora (z Rady Doskonałości Naukowej), który zdaje się reagować na zarzuty w stylu znanym z filmu Barei: „Nie mam pańskiego płaszcza i co pan mi zrobi?”. To tylko drobny przykład, ale tak funkcjonuje polska domena akademicka, w której nadzwyczajne kasty akademickie, formujące zresztą nadzwyczajne kasty sędziowskie, są całkowicie autonomiczne i bezkarne. Obywatel ma płacić na utrzymanie akademików, wielu obywateli dostanie pożądany dyplom, a  czasem nawet stopnie i tytuły, ale to, co się dzieje na uniwersytetach, ma być wewnętrzną sprawą akademików. Autonomia uczelni skutecznie blokuje społeczną kontrolę. Działań na rzecz dobra wspólnego nie widać. Najlepsi opuszczają kraj, potencjał intelektualny, a także materialny jest marnotrawiony, przydatność takiego systemu dla gospodarki, dla zarządzania – dużym w końcu europejskim krajem – jest znikoma, a w każdym razie niewystarczająca.

 Akcja rektorów i związkowców na rzecz zwiększonego finansowania stanowisk i tytułów akademickich, bez względu na efekty ich pracy, a nawet nie-pracy, nie ma racji bytu. Operacja, jak ją można nazwać: „nam się należy”, jest nieetyczna i nie naprawi domeny akademickiej. Tak rektorzy, jak i związkowcy monitorują głównie uzyskiwanie pieniędzy z kieszeni podatnika, ale nie monitorują ich marnotrawienia w ramach patologicznego systemu. Potrzebny jest ruch społeczny na rzecz normalizacji systemu akademickiego. Wiedza na temat patologii systemowych jest jednak mizerna i niechciana.

Dla mediów i  wydawców nie jest to tematyka atrakcyjna. Moja książka Plagi akademickie, zwracająca uwagę na kiepski stan domeny akademickiej, spotkała się z antykulturą unieważniania (cancel culture) ze strony środowiska akademickiego. Brak było merytorycznej krytyki, recenzji, debat akademików, do czego namawiałem. Podobnie z książką Trąd w Pałacu Nauki. Gdyby rozpoczęto zwalczanie trądu na uczelniach przed 35 laty, kiedy go zdiagnozowałem i poinformowałem o nim rektora wiodącej polskiej uczelni, to może kryzys uniwersytetu by nie nastąpił, a w każdym razie byłby mniej dotkliwy. Niestety mimo upływu lat, transformacji, wielokrotnej zmiany ekip rządowych i akademickich, licznych reform (raczej ich pozorowania) – trąd jak panował, tak i panuje w pałacu nauki, a nawet poza niego się wydostał i sieje spustoszenie nie tylko wśród akademików.

Akademicka omerta

Zmowa milczenia zwaną omertą to istota struktur mafijnych. Bez omerty mafia nie ma wielkich szans na przetrwanie. Istotą domeny akademickiej – jak często słyszymy – jest natomiast debata, ale jak problem jest niewygodny, to debaty nie ma, a próbującym debatować odbiera się głos, nie zaprasza na spotkania, nie zauważa. Istota uniwersytetu chyba jest w zaniku. Unieważnianie inaczej myślących, podważających poglądy tzw. autorytetów, zwykle utytułowanych i umocowanych na licznych stanowiskach, jest standardem. Nawet najmniejsza krytyka merytoryczna, wskazanie drobnego błędu może źle się skończyć dla niepoprawnego akademika, więc naprawianie błędów nie wchodzi w rachubę. A co dopiero, gdy ujawnia się patologie, i to systemowe, obyczajowe? To już wyrok na takiego śmiałka, i to dożywotni. Tak było w przodującej nauce radzieckiej, ale i u nas nie było wiele lepiej i bynajmniej się nie polepszyło w tym zakresie. Krytyka, szczególnie merytoryczna, jest źle widziana. Można do niej namawiać zwykłych akademików, a nawet baronów akademickich, ale bez skutku.

Tym samym mamy zalew rozmaitych publikacji, tak naukowych, jak i popularnonaukowych i edukacyjnych, z ewidentnymi błędami, także plagiatami, których się nie eliminuje, eliminując natomiast ośmielających się ujawniać to, co winno być poprawione, a czasem wycofane z obiegu naukowego czy edukacyjnego. Takie są standardy panujące w naszej domenie akademickiej, ale nad tym panuje zmowa milczenia, można mówić – omerta. Krytyka merytoryczna prac profesora przez doktora kończy się źle dla doktora. Takich niepoprawnych, nierespektujących patologicznych zasad (zwanych niekiedy etyką) panujących w środowisku poddaje się ostracyzmowi, mobbingowi, unieważnia osiągnięcia naukowe i edukacyjne (szczególnie gdy podważają czy przewyższają osiągnięcia zatrudnionych na etatach profesorskich).

Brak krytyki merytorycznej zastępowany jest przez jakże powszechnie stosowaną i aprobowaną krytykę personalną z zadawaniem ciosów poniżej pasa. Solidarność nadzwyczajnej kasty akademickiej jest istotnie nadzwyczajna. Członkom kasty nawet do głowy nie przychodzi, aby profesora naruszającego standardy naukowe i etyczne po prostu przenosić w stan nieszkodliwości dla domeny akademickiej.

Uniwersytety stają się ośrodkami antykultury (cancel culture) i omerty. Unieważnianie istnienia tych zjawisk, jak i osób je ujawniających, źle wróży przyszłości polskiej domeny akademickiej, tym bardziej, że sektor pozaakademicki, obywatelski, takich problemów nie widzi i chyba nie chce znać.

Tekst opublikowany w: Kurier Wnet, grudzień 2022

Agentura wpływu ku szkole ciemności

Agentura wpływu ku szkole ciemności

Józef Wieczorek

Żyjemy w okresie nasilenia instalacji postępu, co prowadzi do wojny cywilizacji i coraz więcej ludzi zauważa, że cywilizacja chrześcijańska jest w opałach, a uniwersytety w kryzysie. Przed trzydziestu kilku laty panowała euforia, że system komunistyczny jest w stanie rozpadu; do dziś się mówi o upadku komunizmu na terytorium Polski i nie tylko. Upadły co prawda struktury państwa partyjnego, instalujące i utrwalające ten system postępu, ale serca i umysły wielu obywateli tak silnie zostały opanowane przez pajęczynę komunistyczną, że tak naprawdę nie możemy się z tego dziedzictwa wyzwolić.

Co gorsza, jesteśmy narażeni na przemarsz nowej fali lewactwa przez instytucje, w tym kościoły i uniwersytety, co stanowi zagrożenie dla cywilizacji łacińskiej, której symbolem były katedry i uniwersytety.

Katedry i kościoły w Europie się zamyka, zamienia na miejsca rozrywki a czasem burzy, podobnie jak to było podczas rewolucji francuskiej czy bolszewickiej. Uniwersytety wprawdzie są w stadium ilościowego rozwoju, nieruchomości uniwersyteckie mnożą się jak grzyby po deszczu, ale intelektualnie i moralnie są w stanie zapaści, zorientowane jakby jedynie na sferę seksualną.

Siłą rzeczy ta degradacja odbija się także na edukacji powszechnej, umasowionej i zideologizowanej tak, aby można było uformować nowego, postępowego człowieka – przed dziesiątkami laty czerwonego., dziś tęczowego. Transformacja jaką przebyliśmy, okazała się głównie kolorystyczną, ale mimo różnorodności barw wszyscy mają być wyrównani do wyznaczonego przez ideologów poziomu. Na końcu transformacji widać jednak ciemność, do której możemy dojść przechodząc z sukcesem szkołę ciemności.

Szkoły ciemności

Przez taką szkołę przeszła Bella Dodd (Szkoła ciemności. Wyd. AA), jako prawnik, nauczycielka, doskonale wykształcona, ale naiwnie wierząca – jak wielu innych- że partia komunistyczna walczy o pokój i dobro ludzkości. Straciła wiarę w Boga, ale pozostała wierzącą, tylko że w emanację diabła. Padła ofiarą propagandy, manipulacji, nie rozpoznając prawdziwej twarzy systemu zniewolenia serc i umysłów, prowadzącego do budowy światowego imperium zła. Przez lata była wręcz fanatyczną aktywistką ruchu komunistycznego w Stanach Zjednoczonych, działała w lewicowych nauczycielskich związkach zawodowych wspierających pochód ideologii komunistycznych w praktyce zainstalowanych na terytorium Rosji przekształconej w ZSRR, ale eksportowanych do innych krajów, a nawet na inne kontynenty. Kraje przyległe do ZSRR zostały militarną siłą włączone w obręb czerwonego świata szczęśliwości, ale bardziej odległe kraje i kontynenty, były zdobywane dla czerwonej idei siłą propagandy, złudnych obietnic, manipulacji, która trafiała do ludzi walczących o sprawiedliwość społeczną, nieraz dobrze wykształconych, ale tak naiwnych, że często stanowili przenośnik komunistycznych idei.

Niektórzy, jak Bella Dodd, zdołali po latach doświadczeń zobaczyć prawdziwą twarz komunistycznego potwora i wyzwolili się z jego szponów. Wyzwolenie się Belli Dodd jest tym bardziej cenne, że nie tylko podzieliła się swoimi doświadczeniami przed Komisją do spraw Działalności Antyamerykańskiej, ale biografię opisała w książce „Szkoła ciemności” rzucającej światło na mechanizmy funkcjonowania komunistycznych macek oplatających poczciwych, naiwnych ludzi. Może jej relacje uchronią innych od wstępowania do takich instalowanych przez komunistów szkół ciemności i od rozpowszechniania utopijnych, a w gruncie rzeczy antyludzkich idei na drodze do likwidacji cywilizacji chrześcijańskiej, opartej na całkiem innym systemie wartości, zawartym w Dekalogu.

Przypadek Belli Dodd, która miała szczęście spotkać abp Fultona J. Sheena i wróciła do swych korzeni chrześcijańskich, pokazuje, jakie spustoszenie społeczne może spowodować powszechna instalacja szkół ciemności, zdominowanych przez ideologię wymagającą zaniku samodzielnego, krytycznego myślenia, zdolności do refleksji na drodze do poszukiwania prawdy.

Jak argumentuje abp Fulton J.Sheen (Komunizm i sumienie Zachodu. Wyd. Esprit) „komunizm jest opium dla mas w tym sensie, że otępia i paraliżuje ludzki intelekt…całkowicie niszczy ludzki rozum. Osoba poddana działaniu tej ideologii nie może podejmować samodzielnie decyzji”.” System ten niszczy intelektualne funkcje człowieka”.

Instalując system komunistyczny, szczególną troską otoczono domenę edukacji, tak aby od najmłodszych lat ludzie poznawali drogę do najlepszego ze światów, nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia innych. Ten system okazał się szczególnie skuteczny, bo czego Jaś za młodu się dobrze nauczył i był za to wyróżniany, nagradzany, tego Jan nawet po formalnym upadku komunizmu nie jest w stanie się oduczyć, co obserwujemy chociażby w dzisiejszej pokomunistycznej Polsce.

Agentura wpływu

W sukcesie rozprzestrzeniania się komunizmu, nawet bez użycia siły militarnej, ale przy udziale szkół ciemności, wielką rolę odegrała agentura wpływu. O kulisach jej działalności sporo wiadomo dzięki dysydentom sowieckim, byłym pracownikom reżimu sowieckiego, którzy zbiegli na Zachód i dzielą się swoją wiedzą o mechanizmach propagandy i manipulacji.

Jednym z nich był Thomas D. Schuman (Jurij Bezmienow)) pracujący przez lata w agencji prasowej Novosti tworzącej zmanipulowane, zakłamane informacje dla zagranicznych mediów. Po ucieczce na Zachód usiłował dzielić się swoją wiedzą obnażającą działania dywersyjne, ideologiczne KGB, natrafiając jednak na znaczny opór lewicowej części społeczeństwa. Niestety działania lewicy, prowadzone jeszcze w latach trzydziestych, mimo zdemaskowania ich metod (jak to ujawniała Bella Dodd), kontynuowane były po wojnie i pozostawiły silne ślady w świadomości społecznej.

Skuteczna demoralizacja jest procesem nieodwracalnym w czasie trwania pokolenia, jak objaśnia Schuman (Agentura wpływu. Wyd.AA), a jej skutki mogą trwać znacznie dłużej, jeśli agentura wpływu jest aktywna przedstawiając rzeczywistość na opak. Schuman zwraca uwagę na rolę masowej edukacji w procesie eliminowania przeszkód w postaci wartości moralnych, jako nieintelektualnych, staroświeckich, zacofanych. Po 15-20 latach odpowiednio przygotowani absolwenci szkół ciemności znajdą się u sterów władzy, są decydentami, kontrolują opinię publiczną, media, wpływając na postawy i opinie. Gdy demoralizacja zostanie przeprowadzona z sukcesem, reprodukcja sformatowanych amoralnie może trwać bez ingerencji centrali i prowadzić do destrukcji systemu, który trudno naprawić, bo jak argumentuje abp. Fulton J Sheen „ludzie nie chcą wierzyć w zdeprawowanie własnej epoki po części dlatego, że wówczas sporo zarzutów musieliby kierować pod własnym adresem”.

Wprowadzenie do kapłaństwa w USA w latach trzydziestych. ponad 1000 ateistów, homoseksualistów, pedofilów – jak ujawniała Bella Dodd– doprowadziło po latach do wzmożonej demoralizacji i destrukcji Kościoła od środka, i to bez kontaktów z centralą, po prostu w wyniku prowadzenia podwójnego życia. Gigantyczne afery pedofilskie lawendowej mafii na wysokich stanowiskach kościelnych (Dariusz Oko, Lawendowa mafia, Wyd. AA) doprowadziły do kryzysu Kościoła, osłabienia cywilizacji chrześcijańskiej

Historia i teraźniejszość

Metody działań agentury wpływu i funkcjonowania szkół ciemności opisano na przykładzie USA, państwa uważanego za alternatywę dla imperium zła, ale bardzo podatnego na takie niemilitarne działania. Wielka naiwność społeczeństwa amerykańskiego była wielką szansą na sukces procesu demoralizacji i destrukcji.

Fala lewactwa i amoralnej destrukcji nasiliła się w 1968 r. i nadal kwitnie szczególnie w domenie edukacji, na każdym poziomie. Uniwersytety amerykańskie są bastionami lewackich ideologii i promieniują na świat akademicki innych krajów. W Polsce przez kilkadziesiąt lat po militarnym opanowaniu naszego państwa instalowano system masowej edukacji – istne szkoły ciemności, indoktrynacji ideami komunistycznymi. Walczono z religią, manipulowano prawdą, czyszczono niewygodną historię w celu formowania nowego, prosowieckiego, amoralnego człowieka – choć nie bez trudności.

Paradoksalnie proces rozprzestrzeniania się niszczących idei przyspieszył w wolnej Polsce, gdy transformacja otworzyła drogi dla lewackiego marszu przez instytucje, który zgodnie z ideami Gramsciego miał skuteczniej zastąpić działania militarne w opanowaniu świata przez idee neomarksistowskie. W niemałym stopniu była to transformacja mentalna i część społeczeństwa w stanie euforii wolności odrzuciła z własnego wyboru religię i patriotyzm, a nawet włączała się aktywnie w kampanie antyreligijne i antypatriotyczne.

W wolnej Polsce uniwersytety stały się poligonem szkoleniowym dla neomarksistów, a nauka zostaje wypierana przez tęczową ideologię. Kadra profesorska, najczęściej lewicowa, oddziedziczona po epoce komunistycznej, formatuje młodzież podatną na idee utytułowanych autorytetów. Na uczelniach tworzone są działy bezpieczeństwa dla uczestników lewackiego marszu, które łamią każdy opór, eliminując, szykanując studentów i pracowników o odmiennej orientacji moralnej. Oficjalnie popierane są akcje Strajku Kobiet i stowarzyszeń tęczowych. Zgodnie z realizowaną polityką równościową wszyscy mają być równo zdemoralizowani.

Odtwarzane są dobre relacje mistrz uczeń na platformie antywartości i menelizacji życia akademickiego. Wyrównanymi amoralnie obsadza się etaty i stanowiska kierownicze, promuje ich etykę niezależną od wartości. Na najstarszym polskim uniwersytecie. gdzie kiedyś etykę wykładał Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II, obecnie wykłada Jan Hartman propagujący (z pomocą wydawnictw i księgarń naukowych) etykę życia codziennego, bluzgając w przestrzeni publicznej na wszystko co się wiąże z religią, cywilizacją chrześcijańską, z tradycyjnymi wartościami, które nas formowały przez setki lat. Teraźniejszość odrywa się od fundamentów, deprecjonuje się Dekalog, lansując bardziej przydatne dla lewackiego marszu tzw. przykazanie 11 – nie bądź obojętny.

Nieobojętny na instalację czerwonego, zbrodniczego systemu zła, propagator tego systemu i 11 przykazania (Marian Turski) stał się idolem popieranym nie tylko przez postępowców. Bezrefleksyjność, bierne poddawanie się manipulacjom medialnym, brak moralnych standardów – sprzyjają destrukcji społeczeństwa.

Instalowanie szkół ciemności jest najefektywniejszą metodą zniewalania społeczeństw, a wykształcenie nowego pokolenia nastawionego patriotycznie i zdroworozsądkowo, opartego na solidnym systemie wartości- na co potrzeba co najmniej 15-20 lat jest zadaniem, któremu na ogół nie są w stanie sprostać siły polityczne liczące się z demokratycznymi wyborami w odstępach kilkuletnich.

Plany wprowadzenia do edukacji przedmiotu „historia i teraźniejszość”, aby młode pokolenie poznało najnowszą historię, w tym metody i skutki funkcjonowania przez dziesiątki lat komunizmu i przebieg lewackiego marszu przez instytucje, natrafiają na przeszkody. Zamiast merytorycznej dyskusji nad trudnościami realizacji takiego przedmiotu, odpowiedniego dokształcenia kadry nauczycielskiej, mamy ideologiczny hejt, nawet z udziałem wysokich instancji PAN, uważających taki przedmiot jako niepotrzebny. Po co młode pokolenia mają znać swoje korzenie, mieć pojęcie, jak formował się świat, w którym żyją?

Uczelnie, na których winien spoczywać obowiązek kształtowania elit, odpowiedniej kadry naukowej i nauczycielskiej, dają przykład, jak się odrzuca takie zagadnienia. Przecież w najnowszych historiach uczelni, tych najbardziej spopularyzowanych, na ogół nie ma takich pojęć jak ‘komunizm’, ‘stan wojenny’, ‘przewodnia siła narodu’ – więc i żadnych związanych z nimi problemów nie było i nie ma, i nie ma potrzeby sobie, a przede wszystkim młodym, zawracać tym głowy. Izolowanie młodego pokolenia od uwarunkowanych najnowszą historią współczesnych politycznych i społecznych kwestii i zamykanie się w świecie różnorodności orientacji seksualnych stwarza niemal nieograniczone możliwości ideologicznego manipulowania

Nawet jak zostaną przygotowane odpowiednie podręczniki do nauczania przedmiotu HiT, to kadra nauczycielska, niechętnie do niego nastawiona, nieprzygotowana intelektualnie ani moralnie, tego przedmiotu prawidłowo nie zrealizuje. Konieczne są przemiany na poziomie akademickim, bo uczelnie nie mogą funkcjonować jako szkoły ciemności abdykujące z poszukiwania prawdy, opanowane przez autonomiczną agenturę wpływu ideologii neomarksistowskich.

Tekst opublikowany w miesięczniku Kurier WNET, w listopadzie 2022r.