Profesorowie a wolność słowa

Józef Wieczorek

Profesorowie a wolność słowa

Zawieszenie prof. Andrzeja Nalaskowskiego w prawach nauczyciela akademickiego przez rektora UMK za felieton o tęczowym marszu wywołało dyskusję o wolności słowa na polskich uczelniach. Co prawda pod wpływem protestów i opinii publicznej zawieszenie trwało jedynie jeden tydzień, ale dyskusja o stanie polskich uczelni winna trwać znacznie dłużej i w zakresie znacznie wykraczającym poza barwy tęczy.

Faktem jest, że polskie środowisko akademickie zostało dotknięte czerwoną zarazą i przez dziesiątki lat uformowane/wyselekcjonowane na potrzeby instalatorów i utrwalaczy najlepszego z systemów. Po medialnym zakończeniu komunizmu, środowisko nie zostało do końca wyleczone z tej zarazy, a jak widzimy obecnie, zostało jedynie ubogacone kolorystycznie, dotknięte w niemałym stopniu rozprzestrzeniającą się zarazą tęczową.

Po znamiennych słowach wypowiedzianych przez abp. Marka Jędraszewskiego [Czerwona zaraza już nie chodzi po naszej ziemi, ale pojawiła się nowa, neomarksistowska, chcąca opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie czerwona, ale tęczowa”] głos potępiający wydał rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza – prof. Andrzej Lesicki, a głos ten został wzmocniony wkrótce, i to jednomyślnie, przez rektorów akademickich szkół wyższych [KRASP]:

Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, kierując się zasadami  poszanowania praw człowieka, tolerancji i wzajemnego szacunku oraz koniecznością przeciwdziałania wszelkim przejawom dyskryminacji i nierównego traktowania ze względu na narodowość, płeć, religię, przekonania polityczne, niepełnosprawność czy orientację seksualną w poczuciu odpowiedzialności uczelni za kształtowanie wśród studentów i w całym społeczeństwie podstawowych wartości, na których oparte jest funkcjonowanie demokratycznego społeczeństwa, w obliczu nasilających się aktów agresji fizycznej i słownej oraz przejawów wrogości wobec przedstawicieli różnego rodzaju mniejszości, stymulowanych wypowiedziami osób publicznych, w pełni popiera przesłanie zawarte w oświadczeniu rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – prof. Andrzeja Lesickiego, opublikowanym 12 sierpnia br. na stronie internetowej https://amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/oswiadczenie-rektora

Rektorzy stanęli po ciemnej stronie mocy

Rektorzy zupełnie nie zauważyli braku tolerancji i braku szacunku dla ludzi o odmiennych wartościach, opartych na fundamentach chrześcijańskich, manifestowanego – przez im podległych – etatowych profesorów polskich uczelni jak np. prof. Jana Hartmana czy prof. Joannę Senyszyn.

Wobec ich poczynań/ekscesów, jak do tej pory, KRASP nie wydała ani jednego oświadczenia.

KRASP zatem ich toleruje/ aprobuje, a nawet tworzy wspólnie swoisty Front Jedności Akademickiej, stojący po tej samej, ciemnej stronie mocy. Wyżej wymienieni profesorowie raczej funkcjonują w systemie akademickim jako swoiste piorunochrony zbierające na siebie gromy ze strony mniej postępowych. Wielu naiwnym nawet do głowy nie przychodziło, że ich pracodawcy – rektorzy‚ grają w tej samej drużynie. Stąd na ich ekscesy nie reagują.

Oświadczenie KRASP chyba te dotychczasowe nieporozumienia dostatecznie wyjaśnia. Inwektywom, znieważaniu uczuć religijnych i symboli narodowych, na marszach LGBP i w wypowiedziach ich akademickich miłośników, nie poświęcają ani jednego zdania w swym oświadczeniu. [sic!]. Czyli takie znieważanie jest dozwolone ?

Rektorzy, apelują o tolerancję, przeciwdziałanie dyskryminacji, nierównemu traktowaniu, ale od czasów czerwonej zarazy wykazywali brak tolerancji dla niezależnego myślenia – szczególnie krytycznego, dla nonkonformizmu naukowego, bez którego nauka sensu stricto nie może istnieć, dla naukowców/nauczycieli akademickich o innej orientacji intelektualnej – niszcząc/przywalając na niszczenie, tych zorientowanych na poszukiwanie prawdy, czyli realizujących swój [i każdego akademika] podstawowy obowiązek.

Spektakle kłamstwa i nienawiści wobec takich, niewygodnych dla przewodniej siły narodu, nigdy nie zostały potępione – czyli było i jest O.K.

Jakoś demokratycznie wybierani rektorzy nie okazali się zdolni do stania na straży prawdy, wolności, godności. Poszukiwanie prawdy pousuwano ze statutów uczelni i z obowiązków akademickich. Wypędzeni z uniwersytetów w czasach czerwonej zarazy, wolności -wykładania/formowania studentów według odmiennych od czerwonych/tęczowych wartości – nie odzyskali, a godność mniej utytułowanych nadal jest deptana.

Nie ma wątpliwości, że brak rozliczenia się z czerwoną zarazą w sektorze akademickim i jej transformacja w zarazę tęczową, jest jeszcze bardziej szkodliwe dla zdrowia akademickiego i społecznego, stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla uniwersytetów, ale i dla losów całej naszej cywilizacji.

Skoro rektorzy stanęli po ciemnej stronie nocy należałoby ich przenieść w stan nieszkodliwości, co zresztą postulowałem jeszcze w okresie szerzenia się czerwonej zarazy [czasy jaruzelskie]. Ale kto to zrealizuje skoro niemal cała władza akademicka znajduje się obecnie w rękach rektorów ?

Wolność słowa akademickiego wobec LGBT rektorzy postawili pod pręgierzem i niedługo trzeba było czekać na konsekwencje. Rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika prof. Andrzej Tretyn, zarazem wiceprzewodniczący KRASP, zareagował natychmiast na krytykę tęczowego marszu przez swojego podwładnego. Okazało się, że nawet poza terytorium uczelni wykładowca akademicki nie ma prawa mówić o tęczowej zarazie tego co uważa za zasadne.

Co to ma wspólnego z deklarowaną przez rektorów tolerancją wobec poglądów, wobec innych wartości ? Rektorzy raczej stanęli na linii frontu ideologicznego, włączyli się wojny kulturowej zagrażającej naszej tożsamości, naszym tradycyjnym wartościom.

O próbie przejścia na jasną stronę mocy, chyba do tej pory nawet nie pomyśleli, a niemałą część podległego im środowiska akademickiego taki stan rzeczy zdaje się zadowala.

Znamienne jest, że przed kurią krakowską w obronie abp. Marka Jędraszewskiego zgromadziły się wielotysięczne tłumy, przed pobliskim Collegium Novum czy Maius UJ, po wystąpieniu KRASP [w tym rektora UJ] nikt się nie zgromadził.

Nie można skutecznie bronić linii arcybiskupa milcząc o jednomyślnym oświadczeniu rektorów tę linię potępiającym.

Wolność, ale nie na uniwersytetach

Profesor Aleksander Nalaskowski tak skomentował decyzję rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu o uchyleniu zawieszenia go w obowiązkach nauczyciela akademickiego: „Wydaje mi się, że teraz nas wszystkich czeka dyskusja o wolności słowa na uniwersytetach, o tym, czy profesorowie mogą powiedzieć tyle samo, co zwykli przechodnie”.

Takiej dyskusji brakuje. Szczególnie w ujęciu historycznym i w szerokim kontekście patologii akademickich zniewalających polskie środowisko akademickie. Dobrze aby taka dyskusja została podjęta w popularnych mediach, które jak widać po sprawie prof. Nalaskowskiego mogą wiele, ale niestety nie zawsze chcą, stąd o wielu sprawach/patologiach niewiele wiadomo, albo zgoła nic.

Mówimy, że żyjemy od 30 lat w wolnej Polsce, ale czy wolność badań, wypowiedzi, nie ma swoich pozamerytorycznych ograniczeń, jak to miało miejsce w okresie PRL ?

Przecież mimo odzyskania wolności nie wszyscy nauczyciele akademiccy odzyskali wolność wykładnia na uniwersytetach, i jak stanowili zagrożenie dla przewodniej siły narodu, tak i nadal stanowią.

Mogą sobie wykładać do ściany, w swoim mieszkaniu, o ile go mają, ale nie mieszczą się w murach uczelni, choć coraz obszerniejszych i piękniejszych, które są dla nich zamknięte. Czy to jest wolność ?

Skoro byli pasjonatami, uczyli nonkonformizmu naukowego, krytycznego myślenia, nie nadają się do pracy na uczelniach zatrudniających masy konformistyczne, często bezkrytyczne, a nawet bezmyślne.

Zdolność myślenia, czy rozumienia słowa pisanego, wcale nie jest powszechnym dobrem osobistym akademików, a namawianie ich do czytania ze zrozumieniem uważają za naruszanie ich dóbr osobistych [sic !], którym jak można sądzić jest niezdolność rozumienia słowa pisanego, nawet gdy pełnią funkcje akademickie.

Co to za wolność , skoro nawiązanie kontaktu intelektualnego z decydentem akademickim jest utrudnione lub wręcz niemożliwe ?

Co to za wolność, skoro na uczelniach ludzie boją się mówić a nawet myśleć, zanika dyskusja, krytyka merytoryczna, zastępowane przez zaszczuwanie niewygodnych i krytycznych.

Jak ocenia socjolog prof. Zybertowicz wypowiadając się o sprawie prof. Nalaskowskiego – świat akademicki utracił zdolność rzeczowej rozmowy, a reakcją typową dla świata akademickiego jest chowanie głowy w piasek.

Poznawanie najnowszej, prawdziwej historii uniwersytetów na ogół nie jest możliwe. Na takie badania nie ma przyzwolenia, nie ma pieniędzy. Mamy dzieła historyczne będące w obiegu edukacyjnym, gdzie w najnowszej historii uczelni nie ma takich pojęć jak komunizm, stan wojenny, nie ma mowy o PZPR.

Zatem poznanie prawdy o korzeniach obecnego świata akademickiego nie jest możliwe. Niestety historycy chowają głowę w piasek, utrzymując się dzięki temu na etatach.

Akademicy nie mogą pisać krytycznie o tęczowych marszach, źle się wyrażać o LGBT, ale także bezkarnie nie mogą ujawniać patologii, szczególnie wysoce utytułowanych, a tym bardziej merytorycznie krytykować prac profesorów.

Z polskiego systemu akademickiego nie usuwa się tych co zrobili kariery dzięki plagiatom, ale tych, którzy je wykrywają.

Tak samo wygląda sprawa ustawianych konkursów na stanowiska akademickie, nepotyzmu i „n-tej” ilości patologii degradujących polski potencjał akademicki.

Ale w przestrzeni publicznej najczęściej słychać, że jedyną bolączką polskich uniwersytetów jest brak pieniędzy. Rzecz jasna skala ich marnotrawstwa nie jest znana. O tym się nie mówi. Nie ma wolności słowa ?

Profesorom jednak wolno więcej !

Prof. Nalaskowski postawił pytanie czy profesorowie mogą powiedzieć tyle samo, co zwykli przechodnie”, co może sugerować, że u nas profesorowie, w jakiś szczególny sposób są dyskryminowani, niegodziwie traktowani, jak mówią i robią to co inni bez takich konsekwencji mogą.

Czasem niegodziwe postępowania wobec profesorów są faktem, co zresztą „tęczowy” przypadek prof. Nalaskowskiego dokumentuje, ale jednak u nas profesorowie są otaczani na ogół prestiżem i to nierzadko niezasłużonym, a nieraz traktowani są jak „święte krowy”, co może bulwersować „zwykłych przechodniów’, choć media zbyt rzadko takie aspekty profesorskiego traktowania naświetlają w należytym kontekście.

Nasz system tytularny zaadaptowany przez komunistów do dyscyplinowania elitotwórczego środowiska akademickiego, do marginalizowania/wykluczania niepokornych, nieprzydatnych do wprowadzania i utrwalania ‚najlepszego z systemów’, nadal trwa, i jest jedną z najważniejszych przyczyn niewydolności polskiego systemu akademickiego.

Jesteśmy potęgą tytularną, ale mizerią naukową i mogą to powiedzieć nawet zwykli przechodnie, o ile nieco się w tym orientują, ale profesorowie choćby mogli, o ile są na etatach i robią karierę, tego nie mówią. Czasem dopiero po przejściu na emeryturę wyciągają głowy z piasku ( z podręcznych ‚strusiówek” towarzyszącym im w życiu etatowym) i uchylają rąbka tajemnic akademickich.

Mimo zmian, wielu reform, system tytularny jak trwał, tak trwa, a zdobywanie tytułów u nas stało się celem działalności, która nieraz nie ma wiele wspólnego z nauką. Im więcej tytułów tym pozycja nauki uprawianej w Polsce niższa, czyli utrzymanie systemu tytularnego, jako rzekomego gwaranta poziomu nauki, skutkuje utrzymaniem spadku tego poziomu.

Mimo to, prestiż profesorów w społeczeństwie raczej nie spada, lub jedynie nieznacznie, bo wyniki badań prestiżu zawodów sprzed kilku lat wskazują że zawód ( sic !) profesora stał się mniej prestiżowy niż zawód strażaka, co świadczy, że zwykli przechodnie zaczynają się orientować, że coś z profesorami jest nie tak.

Zresztą umieszczanie kategorii profesora [tytuł ! a nie zawód ] wśród zawodów, dowodzić może jedynie nierozumienia znaczenia pospolitych nawet słów, co niestety jest nader częste wśród naszego, coraz bardziej wyedukowanego i coraz bardziej utytułowanego społeczeństwa.

Trzeba pamiętać, że zawodu profesora się nie uprawia, natomiast profesor może swoją działalnością, poziomem intelektualnym i moralnym sprawiać zawód, nawet zwykłym przechodniom.

Negatywna selekcja kadr wprowadzona w życie w systemie komunistycznym, została zauważona przez zwykłych przechodniów/robotników w 1980 r. co skutkowało 13 postulatem porozumień gdańskich [ „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej …] . Niestety ten stan rzeczy trwa nadal i jakby z wprowadzenia w życie tego nader słusznego postulatu zrezygnowano.

Gdyby go wprowadzono, nader wielu profesorów po prostu z systemu akademickiego musiałoby odejść.

.a nawet czasem za dużo

Niestety to profesorowie w naszym osobliwym systemie akademickim stworzyli coś w rodzaju nadzwyczajnej kasty akademickiej, zresztą wzajemnie przenikającej się z nadzwyczajną kastą sędziowską, stąd mimo rozmaitych patologii, także na szczeblu profesorskim/rektorskim, jakoś działań wymiaru sprawiedliwości wobec niegodziwych poczynań profesorów jest niewiele.

W naszym systemie tytularnym nie ma mocy, aby odebrać profesorowi tytuł, nawet jak został zdobyty na drodze przestępczej – na bazie plagiatu.

Profesorowie sami się oceniają, awansują, wybierają i innym nic do tego.

W razie czego argumentują, że w nauce nie może być demokracji, rządzi arystokracja, a o przynależności do niej decyduje tytuł, który jest przedmiotem pożądania, niekiedy mrocznego, członków środowiska akademickiego.

Na drodze do jego uzyskania dzieją się nierzadko rzeczy karygodne, ale nie karalne, bo przecież jest autonomia uczelni.

Jak profesor pisze brednie, finansowane z kieszeni zwykłego przechodnia [np. gdy pisze o historii na odcinku PRL i nie ma w niej słowa ‚komunizm’, ani nawet ‚stan wojenny’], zwykły przechodzeń może się z takich profesorów śmiać w kułak, może pokazać ‚gest Kozakiewicza’ i nie zostanie zawieszony za to w wykonywaniu swoich obowiązków np. brukarza, gdy dla przykładu zwykły doktor za merytoryczną krytykę osiągnięć, czy poczynań profesorów, po prostu znika z przestrzeni akademickiej i to czasem dożywotnio.

Nie ma co liczyć na przenoszenie w stan nieszkodliwości takich profesorów, mimo że takie sankcje postulowałem przed laty. Nie ma co liczyć na protesty środowiska spolegliwego wobec profesorów, baczącego na przebieg swoich karier uzależnionych od profesorów, w naszym systemie zamkniętym.

Niewątpliwie jednak, jeśli podczas wojny kulturowej, z którą mamy do czynienia, jakiś profesor znajdzie się po niewłaściwej dla środowiska akademickiego linii frontu, to może być potępiony/wykluczony, ale i tak może liczyć, że będą protesty, głosy oburzenia i kara zostanie mu zmniejszona/zawieszona. Mniej utytułowani na to liczyć nie mogą. Profesorom jednak wolno więcej.

Tekst opublikowany w październikowym numerze miesięcznika Nowe Państwo – r. 2019

Degradacyjna schizofrenia. Dokąd zatem zmierzamy ?

1

Degradacyjna schizofrenia. Dokąd zatem zmierzamy ?

Rezygnacja z planowanej degradacji generalskich przywódców zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym wywołała konsternację a nawet oburzenie wśród wielu zwolenników obecnej dobrej zmiany, bo tej zmiany do dobrej nie da się zaliczyć.

Ale taki stan rzeczy jest tylko potwierdzeniem schizofrenicznego stanu III RP – podobno kraju wolnego, ale zachowującego ciągłość z systemem zniewolenia – jej poprzedniczką PRLem. Skoro u zarania transformacji nie przywrócono ciągłości z II RP, to i mówienie o III RP jest niejako nadużyciem i wprowadza w błąd, bo żyjemy w PRL- bis i z wolnością mamy ciągłe problemy.

Liczne błędy jakie są i będą popełniane w funkcjonowaniu państwa są niewątpliwie konsekwencją tego błędu fundamentalnego .

Ci, którzy winni być zdegradowani u zarania III RP nadal byli u władzy, a ci, którzy zostali zdegradowani w PRL nieraz pozostają do dnia dzisiejszego zdegradowani i nawet o tym się nie mówi, w podobno wolnym kraju.

Moc degradacyjna reżimu komunistycznego była wielka i trwała. Mocy degradacyjnej i przede wszystkim restytucyjnej – wolny kraj zwany III RP jakoś nie posiada.

Prowadzę swój blog z punktu widzenia akademickiego, nonkonformistycznego, więc przez decydentów zdegradowanego, ale niejako z obowiązku służbowego [obywatela na służbie] nawiązuję do systemu akademickiego, także w III RP stanowiącego zasadniczo kontynuację systemu PRL.

Za główne filary tego systemu uważa się habilitacje oraz profesury – te ostatnie nadawane centralnie przez główne siły polityczne ( przewodniczących Rady Państwa w PRLu, Prezydenta RP – obecnie) rzekomo aby moc ich była wielka.

Mimo, że jesteśmy potęgą profesorską, ale mizerią naukową, moc nadawania profesur -mimo reform – ma być utrzymana w rękach prezydenckich, rzecz jasna po podsuwaniu nominacji przez wyselekcjonowaną komisję centralną, o mocach akademickich niekoniecznie znanych, co najlepiej chyba ilustruje odpowiedź nieżyjącego już b. szefa Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów prof. Tazbira na moje pytania ( w roku 2004 ) o dorobek członków tej komisji „ Z całym przekonaniem mogę podzielić pański pogląd o potrzebie istnienia przejrzystego, powszechnie dostępnego systemu informacji o dorobku naukowym całej kadry naukowej w naszym kraju .
.”Żałować należy, iż takiego, profesjonalnie przygotowanego systemu nie ma dotąd, zaś różne bazy danych funkcjonujące w Internecie są albo niepełne albo tak skonstruowane, że mogą być, jak sam Pan wskazał, źródłem nieporozumień. Potrzeba istnienia takiego profesjonalnego systemu informacji jest więc bezdyskusyjna, co jednak wymaga podjęcia określonych działań ze strony państwowych organów odpowiadających za politykę naukową w naszym kraju, zaangażowania do tego środków finansowych i organizacyjnych. Potrzebne byłoby też zapewnienie odpowiednich podstaw prawnych zapewniających dopływ do systemu informacji pełnych i w sposób obiektywny weryfikowanych…” . ( https://wobjw.wordpress.com/2010/01/02/jawna-niejawnosc-dorobku-naukowego/).

W tej materii – mimo upływu czasu i przeprowadzania reform – nie ma istotnych zmian.

Niemal nikogo nie interesuje kto naprawdę decyduje o profesurach, które mają pozostać filarem systemu.

Prezydent ma moc nadawania profesur, ale nie ma mocy ich odbierania [czyli degradowania profesorów] nawet jak profesura jest uwarunkowana działalnością przestępczą (np. plagiatem).

Akademicy odbierają z rąk prezydenta nominacje profesorskie, ale degradacji – nie odbierają, bo są dożywotni.

Gdy przed laty nad możliwością degradacji dyskutowano podnosiły się krzyki, że to byłby zamach nad gwarantowaną konstytucyjnie autonomię nauki.

Dlaczego prowadzenie działalności przestępczej i to na niwie naukowej – a zatem poszukiwania prawdy – ma być chronione prawem i to konstytucyjnym ?

Nie bez przyczyny mamy degradację/dewaluację stopni i tytułów naukowych i jest to degradacja/dewaluacja uwarunkowana prawem i obyczajami akademickimi.

W krajach o wysokim poziomie naukowym żaden prezydent, czy król, nie zajmuje się nadawaniem, czy odbieraniem tytułów naukowych, bo tym się zajmują gremia naukowe, ale u nas przez lata komunizmu procesy awansów akademickich były uwarunkowane politycznie, dostępne dla aprobowanych przez aparat partyjny i tak zostało to środowisko uformowane.

Kto dla przewodniej siły narodu stanowił zagrożenie (realne, czy wyimaginowane) nie awansował, nie mógł pełnić funkcji kierowniczych.

Kiedy w czasach Solidarności okazało się, że studenci zamiast na towarzysza profesora zaczęli się orientować na bezpartyjnego, a nawet opozycyjnego doktora, trzeba było doktora eliminować, prowadzić systematyczną organizację jego niepowodzenia zawodowego, bo stanowił zagrożenie dla istniejącego porządku rzeczy i tak już pozostało i w III RP.

Degradacje akademickie PRLu utrzymano w mocy w III RP, dla tych, którzy stanowili zagrożenie dla beneficjentów PRLu ( nie tylko partyjnych), szczególnie wtedy gdy zagrożenie z ich strony rozszerzyło się na cały patologiczny system akademicki stanowiący raj dla wyselekcjonowanych przez przewodnią siłę narodu.

Z przestrzeni publicznej te problemy całkiem zniknęły, bo autonomiczni bajkopisarze historyczni wyeliminowali słowo ‚ komunizm’, zjawisko politycznych weryfikacji kadr [ w tym degradacji, bez możliwości odwołania !], a nawet w ferworze dziejopisarskim zdegradowali czynnik partyjny i tym samym ekscesy końca PRL przerzucili [w sposób zapewne niezamierzony] na barki profesorów/rektorów. A ci, złożeni autonomiczną epidemią amnezji i demencją starczą, utrzymują w mocy to co mocy prawnej nie powinno mieć.

Przestępca akademicki ma być chroniony prawnie i to konstytucyjnie, aby mu się krzywda czasem nie stała ! Wyklęty przez komunistów ma pozostać wyklęty – co najmniej dożywotnio. I tego stanu rzeczy bronią także ‚NASI”.

Skoro komuniści ułożyli tory, którymi nauka ma się poruszać, to i w III RP, mimo zmian, po tych torach nadal się porusza i kierunku poruszania się nie zmienia.

Znaki drogowe zostały utrzymane. Może jakieś szyny trzeba było wymieniać, śróbki podokręcać, nasypy umocnić, ale kierunek został zachowany.

Jedziemy nie tam gdzie trzeba, ale słychać głosy – utrzymać kierunek !

Mamy wzrost kadr habilitowanych i profesorskich i spadek poziomu nauki, spadek poziomu elit, a wręcz ich brak. Więc co ? Trzeba utrzymać taki system, aby poziom spadku utrzymać ?

Nie można degradować procesu samodegradowania się stopni i tytułów [?!] , nie bacząc na to, że degradacja uczelni – to degradacja państwa !

Brak degradacji generalskich to szok, ale brak degradacji profesorskich – szokiem nie jest.

Jeszcze w czasach wojny jaruzelsko-polskiej postulowałem przenoszenie w stan nieszkodliwości profesorów realizujących dyrektywy zorganizowanej, zbrojnej grupy przestępczej, organizujących procesy samoawansowania się, deprawowania młodzieży akademickiej, zapewniających systematyczną organizację niepowodzenia zawodowego – dla nich i systemu niewygodnych. Solidarności ze mną nie było i nadal nie ma. Solidarność z degradującymi naukę – była i pozostała, jak najbardziej.

Dokąd zatem zmierzamy ?

Nadzwyczajne kasty w togach

ab.jpg

Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania;

sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli.

Ewangelia wg św. Łukasza 11, 52

b

Józef Wieczorek

Nadzwyczajne kasty w togach

Mimo, że Art. 32. Konstytucji RP mówi „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.” to jednak obywatele od lat odczuwają, że wobec Temidy nie wszyscy są równi, a nakaz równego traktowania przez władze publiczne jest jedynie iluzoryczny.

W polskim prawodawstwie nie ma co prawda mowy o istnieniu kast, ale widoczna odrębność niektórych grup społecznych w życiu publicznym wskazywałaby na ich obecność.

Zdekonspirowana kasta sędziowska

Jedna z kast niejako sama się zdekonspirowała słynną już wypowiedzią sędzi Naczelnego Sądu Administracyjnego Ireny Kamińskiej, która podczas Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich 3 września 2016 r. środowisko sędziowskie określiła jako „zupełnie nadzwyczajną kastę ludzi”.

Co prawda Stowarzyszenie Sędziów Polskich przeprosiło za te słowa sędzi NSA, ale wielu uznało, że były one niezwykle trafne i zgodne z definicją kasty dobrze oddawało istniejący stan rzeczy, pokrywało się z odczuciami zwykłych obywateli.

Kasta to przecież zamknięta grupa społeczna, do której przynależność jest dziedziczna. I tak się rzeczy mają z grupą sędziów, choć nie tylko, a to nie jest zgodne z polską Konstytucją.

Powinny być zatem podjęte kroki prawne aby funkcjonowaniu tych „szczególnych grup” zapobiec. Rzecz w tym, że członkowie ‚tej elity’ mający władzę sądowniczą nie chcą tego zrobić.

Bez czynnika zewnętrznego likwidacja tej nadzwyczajnej kasty ludzi na pewno nie nastąpi. Sędziowie sami się nie oczyścili z uwikłania w bezprawie systemu komunistycznego przez długie już lata trwania III RP, stąd wymiar sprawiedliwości funkcjonuje w odczuciu społecznym jako wymiar niesprawiedliwości, a przy tym zamiary jego oczyszczenia spotykają się z protestami innej kasty – kasty akademickiej.

Kasta akademicka

Kasta sędziowska nie jest bowiem jedyną funkcjonująca w Polsce.

Podobne cechy wykazuje przecież grupa tytularnych profesorów, pełniąca wiele funkcji, często dziedziczonych z dziada pradziada. Znani są z wybijania swej skromności [u niektórych skromność jest wręcz legendarna – jak sami podkreślają np. na Narodowym Kongresie Nauki] do tej pory się nie zdekonspirowali, choć swą odrębność, no i wyższość nad nieutytułowanym ludem nieraz podnoszą.

Kasta ta nadzwyczaj skromnie sama się określa arystokratyczną, uzasadniając swą lepszość naturą nauki – nauka nie jest demokratyczna, tylko arystokratyczna !

Arystokraci akademiccy nader często dziedziczą swą przynależność do nadzwyczajnej kasty ludzi nauki. Już konkursy na etaty akademickie ustawiane są na dzieci arystokratów, aby ta dziedziczność nie została czasem przerwana.

Bywa, że rodzice – arystokraci nauki – wprowadzają swoje pociechy do grona ‚udyplomowionych’ w sposób po prostu kastowy – np. tato-akademicki arystokrata prowadzi pracę dyplomową swojego synka, a mamusia- arystokratka, ją recenzuje, bo niby kto inny jak arystokratyczni rodzice mogą najlepiej ocenić swoją pociechę i zapewnić dziedziczną przynależność do tej nadzwyczajnej kasty ludzi.

Na kolejnych etapach arystokratycznego awansowania eliminuje się tych, którzy nie są związani ze sobą wspólnymi obrzędami i mogliby naruszać zwyczaje panujące w zamkniętej strukturze kasty akademickiej.

Natomiast nikomu z członków ‚akademickiej elity’ nawet do głowy nie przychodzi, aby któregokolwiek z profesorów przenieść w stan nieszkodliwości, nawet jak wypisuje/wygaduje największe bzdury i wymaga ich opanowania przez innych.

Rzecz jasne, ta kasta podobnie jak sędziowska, też sama się nie oczyściła w III RP, ale usunęła u schyłku PRL tych, którzy funkcjonowanie kasty mogliby zakłócać.

Niestety planowane reformy sektora akademickiego nie przewidują likwidacji kasty akademickiej i zastąpienia kastowości kryteriami merytorycznymi w systemie otwartym.

Szef Rady Narodowego Kongresu Nauki prof. Jarosław Górniak na początku swej działalności skromnie i jasno podkreślił „Nie możemy szukać ekspertów na zewnątrz, ponieważ to my jesteśmy ekspertami” co trudno było odebrać inaczej, niż jako wolę utrzymania akademickiego systemu zamkniętego tworzonego przez członków związanych ze sobą wspólnymi obrzędami.

Narodowy Kongres Nauki już się odbył, problemu istnienia i funkcjonowania kasty akademickiej nie podniesiono, więc chyba zostanie tak jak było.

Widać, że kasty mają moc !

Przenikanie się kast

Członkowie obu tych kast sędziowskiej i akademickiej [rektorskiej/profesorskiej] odziewają się w szaty im przynależne – zwane togami. Choć profesorowie nie noszą tóg na co dzień, a tylko od akademickiego święta, za to pokazują się w swym przyodzieniu nieraz publicznie, na dość licznych pochodach sunącymi ulicami miast akademickich.

Niektórzy profesorowie są jednocześnie sędziami, a więc przysługuje im noszenie również togi sędziowskiej. W pochodach jednak przyodziani są w jedynie w togi profesorskie, więc ich podwójna tożsamość nie rzuca się w oczy.

O kastach akademickich na ogół się jednak nie mówi – całkiem niezasłużenie. Ich znaczenie jest ogromne. To przecież uczelnie są zarządzane przez kastę akademicką [rektorską/profesorską w węższym sensie]. To na uczelniach przyszli sędziowie, prokuratorzy itp. są formowani na początku swych karier prawniczych, wielu z nich pełniąc już funkcje sędziowskie [i pokrewne] szczególnie stopnia najwyższego [Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny itd.] jest jednocześnie profesorami na uczelniach. Jednym słowem te kasty nawzajem się przenikają.

Kasta akademicka matką kasty sędziowskiej

Zdumiewające jest, że choć wizerunek wymiaru sprawiedliwości jest zły i do sądów nie ma zaufania większość społeczeństwa (ponad 90 % w sondzie towarzyszącej programowi TVP – Warto rozmawiać 19.10.2017 – o sądownictwie) to jednocześnie według 60 % społeczeństwa zawód sędziego uznawany za prestiżowy.

Schizofrenia nieuświadomiona ?

Profesorowie uniwersytetu budzą natomiast największe uznanie u 82% społeczeństwa – i ustępują w tym względzie jedynie strażakom (87 %).

Obecny rząd usiłuje dokonać głębokiej reformy sądownictwa i widać jak kasta akademicka [rady wydziałów prawa] ochrania kastę sędziowską, aby nic złego jej się nie stało. Aby było jak dotąd.

Apolityczni podobno profesorowie biorą aktywny udział w demonstracjach rzekomych obrońców demokracji i konstytucji [KODu] stając się realnymi obrońcami niezgodnego z konstytucją podziału polskiego społeczeństwa na kasty.

Prawnicy UJ występujący w obronie patologicznie wybranego Trybunału Konstytucyjnego, nie mieli nawet zamiaru wystąpić do tego Trybunału, aby rozpatrzył zgodność z Konstytucją wieloetatowości – i to akademickiej – członków Trybunału !

Atrybuty wspólne

Członkowie obu kast zazwyczaj podkreślają swą niezawisłość, pomijając fakt, że często chodzi o niezawisłość od prawa, czy od prawdy.

Kadry sędziowskie i akademickie są głęboko zakorzenione w komunistycznym systemie kłamstwa, przez lata selekcjonowane negatywnie pod batutą PZPR i SB. Heroicznie walczyły i nadal walczą przed dekomunizacją i lustracją, bojąc się ujawnienia swojej historii.

Obie kasty same się wybierają na funkcje decyzyjne, same się oceniają i kontrolują, pozostając w rzeczywistości poza kontrolą społeczną.

Są fanatycznymi wręcz wielbicielami tajności swych działań, stąd sędziowie utajniają nawet jawne rozprawy, a akademicy utajniają nawet swój dorobek naukowy i efekty finansowanych przez podatników projektów, z nazwy badawczych.

Mają problemy ze stosowaniem w praktyce słowa pisanego, dlatego podczas rozpraw sądowych zakazy i nakazy sędziowie wydają jedynie ustnie,  do zapisania w protokołach, a nie przekazują ich obywatelowi na piśmie i następnie latami badają sądownie kwestie akustyczne [słyszał, czy nie słyszał ?] a nie merytoryczne. A akademicy unikają wręcz podpisywania się imieniem i nazwiskiem pod swoimi wyrokami (ocenami),  szczególnie dożywotnimi, ale chętnie podpisują się pod tym czego sami nie zrobili, a nawet pod tym o czym nie mają zielonego pojęcia,  o ile przynosi im to korzyści akademickie.

Historyczne spoiwo obu kast

Wzajemne relacje obu kast nad wyraz są widoczne nie tylko w dobie współczesnej, lecz także w perspektywie historycznej. Szczególnie barwną postacią, która może być symbolem przenikania się obu kast w czasach PRLu i III RP jest Julian Haraschin – sędzia czasów stalinowskich robiący akademicką karierę „Nikodema Dyzmy” na Uniwersytecie Jagiellońskim po tzw. odwilży, którego spuścizna przetrwała do doby współczesnej.

Jako sędzia, a następnie zastępca szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, odpowiedzialny był za wydanie ponad 60 wyroków śmierci na żołnierzy podziemia niepodległościowego, czym zyskał sobie miano „Krwawego Julka” i opinię jednej z najczarniejszych postaci w całej historii PRL. [Krystian Brodacki – Trzy twarze Juliana Haraschina]. Nie przeszkodziło mu to w karierze akademickiej na UJ, mimo mizernego dorobku niby-naukowego. Miał za to potężne znajomości i wybitny talent do przekrętów oraz kłamstw, co w zakłamanym systemie komunistycznym stanowiło niebywały walor w świecie akademickim.

W karierze był wspomagany przez autorytety prawnicze i ofiary okupacji niemieckiej, stąd Haraschin nie tylko szybko awansował w hierarchii akademickiej, lecz także założył swoistą wytwórnię lipnych dyplomów i nieźle na tym zarabiał.

Pod fikcyjnymi zaliczeniami, dla fikcyjnych studentów, podpisy składali nader liczni i szanowani profesorowie. W lipnych egzaminach wyróżniali się solidarnością rzecz jasna – funkcjonariusze partyjni. „Udyplomowił” wielu prawników i to w błyskawicznym czasie, bez zadawania sobie trudu studiowania i zaliczania.

Można rzec, że wdrożył w życie innowacyjną metodę szybkiego zdobywania dyplomów, która jest wykorzystywana do dnia dzisiejszego

Produkcja lipnych dyplomów nawet została udoskonalona w III RP, jako że Haraschin robił to metodą chałupniczą, dość w gruncie rzeczy – prymitywną, gdy w III RP przystąpiono do produkcji lipnych dyplomów – nie tylko prawniczych – na skalę wręcz przemysłową i to nie tylko dyplomów magisterskich, ale także doktorskich, habilitacyjnych i profesorskich, dzięki czemu Polska osiągnęła poziom mocarstwa tytularnego, a kasta prawnicza silnie została związana z akademicką kastą -matką.

Tekst opublikowany w miesięczniku „Nowe Państwo” – listopad 2017 r.

Niespodziewana zmiana (nie)zadowolenia materialnego polskiej profesorii

rys

Niespodziewana zmiana (nie)zadowolenia materialnego polskiej profesorii

Od zarania III RP w przestrzeni publicznej był rozpowszechniany pogląd, że poziom finansowania kadry akademickiej jest tragiczny, że pensje są wręcz głodowe, niewystarczające do prowadzenia działalności na należytym poziomie, bo źle karmione głowy źle funkcjonują.

Tak argumentując ratowano się wieloetatowością, a niektórzy byli tak głodni, że aby się wyżywić musieli mieć i 17 etatów (!) , a 2-3 etatowość była chlebem powszednim, choć o dziwo przede wszystkim dla profesorów – najlepiej zarabiających, więc najbardziej głodnych.

Biedą akademicką tłumaczono drenaż mózgów – odpływ młodych, a także starszych za granice kraju, gdzie można się było lepiej wyżywić, a nawet pracować. Kiepskim statusem materialnym tłumaczono także brak przypływu do kraju naukowców polskich z zagranicy – bo niby do czego płynąć ?

Argumentowano przez lata, że kto jak kto, ale profesor to winien mieć 3 przeciętne pensje krajowe, bo jako członek nadzwyczajnej kasty to ma nadzwyczajne potrzeby, z żołądkiem włącznie. U nas się podaje, że przeciętne wynagrodzenie przekracza już 4 tys. ale większość Polaków zarabia ok. 2 tys, za co zdaniem wielu (nie tylko emerytowanych esbeków) nie da się wyżyć.

Chyba większość profesorów ma taką trzykrotność pensji większości, ale walczono o trzykrotność wynagrodzenia średniego mniejszości, tj. takiego, które mało kto uzyskuje (bo tak średnie u nas obliczają np. jak jeden ukradł 2 konie, a drugi żadnego, to średnio kradną po jednym koniu, mimo że jeden po kradzieży może średnio pędzić galopem, a drugi jeno powłóczyć nogami – może nawet skuty kajdanami !)

W styczniu tego roku na okoliczność przygotowania nowej ustawy dla środowiska akademickiego, 2 zespoły przeprowadziły ankiety w tym środowisku, które dały rezultaty wręcz porażające i „ CBOS podał, że 64 proc. badanych doktorów ocenia dobrze (lub raczej dobrze) warunki materialne swojego gospodarstwa domowego. W grupie doktorów habilitowanych odsetek ten jest większy i wynosi 77 proc., a wśród profesorów jest najwyższy i wynosi 86 proc. Jeśli podsumować całą grupę badanych, okaże się, że z warunków materialnych zadowolonych jest 73 proc. ankietowanych pracowników uczelni.”.[http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,413133,ze-statusu-materialnego-zadowolonych-64-proc-doktorow-i-86-proc-profesorow.html]

Czyżby te badania nie zostały przeprowadzone profesjonalnie ? Może wytypowano do badań tylko masochistów, którzy są zadowoleni ze swoich głodowych pensji ?

Problem konieczny do rozwiązania, aby podjąć działania albo na rzecz wyjścia z takiej zapaści materialnej, albo na rzecz utrzymania zadowolenia środowiska ze statusu materialnego.

W gruncie rzeczy nie wiadomo co w tej sytuacji począć ? Jeśli wyniki badań są wiarygodne to należałoby status materialny za wszelką cenę utrzymać, bo zadowolenie obywateli dla rządzących to rzecz najważniejsza, no i wtedy rząd ma szanse na utrzymanie się i prowadzenie nowych kolejnych reform na rzecz modernizacji kraju.

Ale jeśli nie są wiarygodne ? To może być to niebezpieczna pułapka, prowokacja rzec by można.

Nie wiadomo jak się do tego ustosunkować. Do tej pory nie zorganizowano żadnej konferencji prasowej aby poinformować obywateli o tych znakomitych dla rządzących wynikach badań środowiska akademickiego, którego rządzący tak bardzo się boją.

Ostatnio najlepszy polski polityk jasno i szczerze wyznał, że ze środowiskiem akademickim to wygrać jest trudno, a zbadał to już przed 40 laty w warunkach prylu i wygląda na to, że w tej materii mimo zmian – nic się nie zmieniło. Nie zamierza otwierać frontu walki ze środowiskiem akademickim.  [Sygnały Dnia 10 lutego 2017 roku, rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim –http://www.polskieradio.pl/7/129/Artykul/1726088].

Może jednak nie jest to potrzebne skoro środowisko jest zadowolone ?

Ale co spowodowało osiągnięcie takiego wysokiego poziomu zadowolenia, które w sposób nagły i niespodziewany zastąpiło wysoki poziom niezadowolenia trwający długie już lata a nawet wieki.

Podwyżek dla tego środowiska w ostatnim czasie nie było, a narzekania na status materialny akademików trwały niemal do końca ubiegłego roku.

Przez parę dni sam zachodziłem w głowę co ten kosmiczny wręcz skok zadowolenia mogło spowodować. Aż w końcu sobie przypomniałem, że pod koniec ubiegłego roku napisałem tekst Pod choinkę [https://blogjw.wordpress.com/2016/12/22/pod-choinke] w którym proponowałem aby „ stworzyć Akademickie Schroniska Pomocy Społecznej, którym by oddawali te głodowe pensje/emerytury w zamian za wikt i opierunek i możliwość wydajnej pracy, a mam pewność, że głodu i niedostatku by nie zaznali, gdyby byli pod opieką tych co i za 1000 czy nawet kilkaset złotych wiążą obecnie koniec z końcem.

Moje rozwiązanie jest humanitarne, bo problem społeczny byłby rozwiązany( i tych co mają naprawdę poniżej – i to znacznie – minimum egzystencjalnego i tych co egzystować nie potrafią, jak mają nawet dziesiątki razy więcej)”. 

Tekst został umieszczony nie tylko na moim blogu, lecz także na wielu portalach, rozpowszechniony wśród akademików i ich różnych instancji,  a ponadto w niepoprawneradio.pl.

Nie wiadomo czy to ten tekst i ta propozycja Akademickich Schronisk Pomocy Społecznej spowodowały nagłą zmianę zadowolenia z sytuacji materialnej tzn. niezadowolenie z sytuacji materialnej w obawie przed skierowaniem do schroniska dla poprawienia bytu zostało błyskawicznie przekształcone w zadowolenie a moja propozycja tym samym stała się nieaktualna.

Kto wie ? Następstwo czasowe w procesie nagłej transformacji poczucia zadowolenia jest oczywiste. Moja propozycja Bożonarodzeniowa została przedstawiona jeszcze w okresie niezadowolenia ze statusu materialnego (jak wówczas podawano) , a już po Trzech Królach środowisko akademickie obdarowało rządzących nagłym przypływem zadowolenia materialnego (jak wynika z ankiet).

Na inne wyjaśnienie nie mam żadnych dowodów, ale byłbym wdzięczny za informacje gdyby ktoś takie miał.

Na poparcie tej możliwości transformacji poczucia zadowolenia zwrócę uwagę na znane zachowania braci żebraczej.

Gdy żebrakowi proszącemu np. o datki na jedzenie da się zamiast pieniędzy np. bułkę można nią w ‚podziękowaniu’ oberwać, bo żebrakowi bynajmniej nie o jedzenie chodzi w tym żebraniu. Bardziej dotkliwe skutki mogą spotkać niefortunnego tzn. źle ukierunkowanego dobroczyńcę żebraka rzekomo beznogiego/bezrękiego a zaopatrzonego w atrybuty zastępujące kończyny .

Jest zjawiskiem dość znanym, że zawodowi żebracy nagle odzyskują wzrok, sprawność lokomotoryczną i agresywnie reagują na oferowane im jedzenie zamiast środków płatniczych żebranych na inne cele.

To znane psychologiczne/socjologiczne zjawisko mogło także zadziałać w przypadku środowiska akademickiego przerażonego nagle wizją pomocy społecznej, po przekazaniu swoich środków płatniczych, z którymi nie wiedzą co zrobić aby mieć zadowolenie i chęć do pracy. Jak by zresztą wyglądali w takich schroniskach jako członkowie nadzwyczajnej kasty ? I jakich by argumentacji potem by używali, aby się wytłumaczyć z braku osiągnięć naukowych/edukacyjnych/organizacyjnych.

Wyrażenie zadowolenia z sytuacji materialnej chroni ich przed konsekwencjami wcielenia w życie mojego pomysłu, a daje jeszcze szanse na funkcjonowanie w obecnym systemie.

System wygenerował skutecznie korporację oszukujących i oszukiwanych, więc nadzwyczajna kasta oszustów da sobie w nim radę, o ile szczelnie się zabezpieczy przed niedobitkami korporacji nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy.

Dzięki nowym badaniom przez lata oszukiwani obywatele kraju od lat wolnego od prawdy akademickiej uzyskali bardziej prawdziwy obraz hołubionych przez nich akademików.

Pozostaje jednak pytanie – czy obywatele wyciągną z tych badań odpowiednie wnioski ?

Jak to się dzieje, że nie wpływają negatywnie na młodzież akademicką

1

Jak to się dzieje, że nie wpływają negatywnie na młodzież akademicką

Obserwowałem i dokumentowałem ostatni protest krakowskich ‚studentów’ przeciwko obecnym nastrojom w Polsce. [ Demonstracja studentów I-IV wieku o zmianę nastrojów w Polsce, Kraków 25.01.2017 – https://wkrakowie2017.wordpress.com/2017/01/26/demonstracja-studentow-i-iv-wieku-o-zmiane-nastrojow-w-polsce-krakow-25-01-2017/]

Dużo tam było ‚studentów’ w wieku starszym, a nawet podeszłym, chyba jakichś fanów notorycznego studiowania. Ale niektórzy ‚studenci’  (nawet mi znani) są na pozycjach emerytowanych już profesorów, w roli wybitnych nauczycieli akademickich – guru młodzieży akademickiej, jak są przedstawiani.

Dowodził nimi nadal aktywny ‚student’,  choć już profesor UJ i to etyki ! A przy tym znawca i problemów kazirodztwa [ „Są złe, bo zakazane”] co innym profesorom UJ ( i nie tylko profesorom) wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Do głowy żadnemu z profesorów UJ (i nie tylko)  nie przychodzi, że taki prof. Hartman może swym postępowaniem, bredni głoszeniem, negatywnie wpływać na młodzież akademicką.

Nie wpływał negatywnie na młodzież także na tej manifestacji, na krakowskim rynku, wzmocniony w swych działaniach przez kilku wybitnych uczonych – ‚studentów’,  jak prof. Jan Woleński, czy prof. Jerzy Vetulani i kilku dla mnie mniej znanych, ale niewątpliwie wybitnych, jak podkreślano.

Zresztą wybitność od nich sama promieniowała, a ustnie nawiązywali do ruchów studenckich r. 1968 ( to byli studenci z tamtych lat), które ich zdaniem zmieniły świat na lepszy,  a teraz ci obecni, też ten świat winni zmieniać, bo się nie da na nim już żyć, ani swobodnie demonstrować i oddychać, jako że rządzi PiS i Kaczyński.

Dowodem na ograniczanie wolności demonstrowania innych poglądów była zdaje się ta legalna demonstracja, na której widać były też banery ‚Wolne media’, pod którymi napastowano wolnego, niezależnego dziennikarza, za to, że mu się wolności dokumentowania demonstracji zachciało !

To ci starzy ‚studenci’ nawoływali do buntu młodzież akademicką, której nie było za wiele i która nie była zbyt aktywna. Jakoś inaczej to było niż w roku 1968 ! Podburzana do buntu, do aktywności jakoś poza banerami (jak – ‚Bój się Boga – nie gender itp.) i okrzykami widzę , myślę, rozumiem, nic z siebie nie dawała – nic nie widząc, nic nie myśląc, nic nie rozumiejąc, podobnie jak ich mentorzy- wybitni profesorowie – zarazem chyba studenci uniwersytetów 3 czy 4 już wieku.

To co oni bredzili, jak historię i rzeczywistość interpretowali, do czego młodzież nakłaniali, zarejestrowałem kamerą, wyzwalając się od ataków znanych mi KODomitów.

Mówcy powoływali się na dewizę UJ ‚Plus ratio, quam vis’ zupełnie ignorując fakty przez mnie ustalone, że zasada ta jest stosowana na UJ całkiem na opak.[Plus ratio quam vis” – medal za zasługi na opak lub za garderobęhttps://blogjw.wordpress.com/2016/05/01/plus-ratio-quam-vis-medal-za-zaslugi-na-opak-lub-za-garderobe/, Jak Senat UJ kieruje się zasadą PLUS RATIO QUAM VIS https://jubileusz650uj.wordpress.com/2014/02/09/jak-senat-uj-kieruje-sie-zasada-plus-ratio-quam-vis/].

Powoływali się na dewizę starego Żyda z Podkarpacia (patrz – Czesław Miłosz – Zniewolony umysł) nie biorąc pod uwagę swojego umysłowego zniewolenia i moich argumentacji [Racje – Czy prawda naprawdę leży pośrodku ? https://wobjw.wordpress.com/2009/12/29/racje-czy-prawda-naprawde-lezy-posrodku/] którymi już przed kilkunastu laty odparłem skutecznie atak z lewej strony jednego z wybitnych profesorów ( nie krakowskich) .

Mówcy powoływali się na oświadczenia senatu UJ -Uchwała nr 1/I/2017 Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego z dnia 10 stycznia 2017 roku w sprawie: poszanowania ładu demokratycznego w Polsce http://www.bip.uj.edu.pl/documents/1384597/135383256/uchw_nr_1_2017.pdf/1a5e030a-4bb1-4ee9-ade6-bfe5adfda48d

w którym czytamy m. in. ‚….apelujemy: do wszystkich stron sporu politycznego:

  • o przywrócenie w Polsce cywilizowanej debaty i wiary w wartość wymiany opinii, w której będzie respektowana wolność słowa i odpowiedzialność za słowo, a racjonalność argumentów weźmie górę nad argumentami siły….

..Wierzymy, że my, obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, spadkobiercy wielowiekowej tradycji obywatelskiej, członkowie europejskiej wspólnoty XXI wieku, jesteśmy w stanie znaleźć rozwiązanie zaistniałej sytuacji w duchu solidarności i odpowiedzialności za Naród i Państwo zgodnie z dewizą Uniwersytetu Jagiellońskiego „PLUS RATIO QUAM VIS”.

Mówcy – wiekowi już studenci jagiellońskiej wszechnicy, nie podnosili jednak oczywistej oczywistości, że senat UJ pozbawiony ducha solidarności i odpowiedzialności sam nie jest w stanie swego apelu wcielić życie, rezygnując z koncepcji uniwersytetu rozumianego jako korporacji nauczających i nauczanych poszukujących razem prawdy  znajdując się na drodze do formowania korporacji oszukujących oraz oszukiwanych i wprowadzając na tą niewłaściwą drogę kolejne pokolenia obywateli. [ https://blogjw.wordpress.com/2016/10/07/uroczyste-inauguracje-kolejnego-roku-oszukiwania/ ]

Senat apeluje „o przywrócenie w Polsce cywilizowanej debaty i wiary w wartość wymiany opinii: a sam takiej debaty nie ma zamiaru podejmować i opinii wymieniać jak wielokrotnie dokumentowałem – np. https://nfapat.wordpress.com/2016/08/18/list-otwarty-wykletego-30-lat-poza-murami-uczelni/

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że etatowi jeszcze profesorowie UJ (i nie tylko) podobno nie wpływają swoim bredniami i podburzeniami negatywnie na młodzież akademicką,.

Trzeba przypomnieć jednak senatowi, że obecny skład korporacji akademickiej UJ stanowi pozostałość po wygnaniu z UJ tych, którzy zdaniem anonimowych komisji negatywnie oddziaływali na młodzież akademicką, bo jak można wnioskować z apeli i protestów studentów tamtych lat – uczyli myślenia i to krytycznego, nonkonformizmu naukowego, choć studenci przestrzegali władze uczelni, że takie metody nie wprowadzą godnie UJ w XXI wiek co po latach okazało się proroctwem !

Podburzanie” studentów do studiowania na poziomie nieosiągalnym dla profesorii kończyło się wydalaniem z UJ ‚wichrzycieli’.[ Zaciemnienie według ob. Antoniego Jackowskiego https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/zaciemnienie-wedlug-ob-antoniego-jackowskiego/].

Postępowi organizatorzy i beneficjenci tak prowadzonego oczyszczania UJ z elementu wstecznego, poszukującego ze studentami prawdy zamiast oszukującego studentów, okazuje się, że dziś wpływają pozytywnie na młodzież akademicką.

Nawołując do buntu politycznego – młodzieży nie podburzają! Oszukując i aprobując oszukiwanie, podobno stosują dobre praktyki akademickie nad przestrzeganiem których prof. Hartman czuwał przez lata.

Jak to jest możliwe, że senat UJ do tej pory tego niepospolitego zjawiska nie objaśnił i nie zaapelował o cywilizowaną wymianę opinii, o stosowanie argumentów rozumu, a nie argumentów siły.

Bezmyślne skandowanie obecnych studentów, także podeszłego wieku – widzę, myślę, rozumiem nie zastąpi widzenia, myślenia i rozumienia, czego tak na obecnych uczelniach, w tym na wzorcowej dla innych uczelni, brakuje, tak u studentów, jak i u ich nauczycieli.

Trudno żeby było inaczej,  skoro uczenie widzenia rzeczy takimi jakie są, myślenia i rozumienia, stanowiło dowód na negatywny wpływ na młodzież i było niegodne nauczycieli akademickich i nadal jest tak traktowane !

Kiedy spadkobiercy systemu komunistycznego rozliczą się ze swoich win ?

nauka to wolność

Kiedy spadkobiercy systemu komunistycznego rozliczą się ze swoich win ?

Bulwersująca informacja o przepraszaniu przez Polaków – niemieckich doktorów za winy Hitlera i jego kolaborantów -jakoś nie poruszyła polskiego środowiska akademickiego, czy obozu opozycyjnego/patriotycznego. .

Badania niemieckiego historyka o współdziałaniu niemieckiego wówczas uniwersytetu w Breslau z nazistami (Anpassung im Nationalsozialismus: die Universität Breslau und die Aberkennung von Doktortiteln – Kai Kranich. – Wrocław: Oficyna Wydaw. ATUT, 2012,ISBN 978-83-7432-788-6) winny jednak zwrócić uwagę polskich historyków na metodykę badań zastosowaną do poznania tego współdziałania, która doprowadziła do konkluzji, że „W skali Niemiec Wrocław był w czołówce, jeśli chodzi o odbieranie tytułów. Senat był niezwykle gorliwy – mówi Kranich.” (https://blogjw.wordpress.com/2015/01/08/kiedy-sprawiedliwosc-dla-polskich-doktorow-z-polskich-uczelni/)

Niestety polscy historycy badający czasy PRL na ‚odcinku akademickim’ stosują inną metodykę badań i czynią heroiczne wręcz wysiłki aby nie poznać tego co badają, (https://blogjw.wordpress.com/2013/03/25/jak-badacze-walcza-aby-nie-poznac-tego-co-badaja/) co zapewnia im wysoki prestiż akademicki, a nawet społeczny, no i dożywotnie stopnie oraz etaty akademickie.

Do tej pory nie wiemy, która uczelnia polska w PRLu była w czołówce jeśli chodzi o oczyszczanie uczelni z elementu niewygodnego, negatywnie wpływającego na młodzież akademicką, nonkonformistycznego, stanowiącego zagrożenie dla najlepszego z systemów, no i uczelni budowę tego systemu zabezpieczających.

Mamy wiele rankingów wartości uczelni, ale takiego rankingu do tej pory brak ! Zdumiewające – nieprawdaż ?

Co robią nasi historycy opłacani z naszego budżetu ?

Jaki budżet jest im potrzebny aby taki ranking na podstawie ich badań został opracowany ?

Nie tak dawno pytałem – Ile muszą dostać profesorowie aby zdołali zidentyfikować w historii stan wojenny i system komunistyczny ? -https://blogjw.wordpress.com/2014/10/08/ile-musza-dostac-profesorowie-aby-zdolali-zidentyfikowac-w-historii-stan-wojenny-i-system-komunistyczny\

Odpowiedzi brak. Czyżby za żadne skarby profesorowie nie chcą poznać tego co badają ? i zadowolą się tylko dożywotnimi tytułami i wynagrodzeniami za etat ( często za wiele etatów).

Co by nie powiedzieć o bulwersujących skutkach badań niemieckiego historyka, to badania te winny zawstydzić polskich historyków. Jakąś prawdę i to niewygodną pokazują.Na haniebną postawę senatu niemieckiego uniwersytetu zwracają uwagę, konieczność rozliczania się z nazistowską przeszłością – postulują.

Do takich wniosków można dojść o ile się bada właściwe archiwa. Aby np. poznać postawy senatu uczelni trzeba zbadać także archiwa senatów i poznać opinie/wspomnienia senatorów.

U nas takich badań chyba nikt nie prowadzi (jeśli takie badania są to będę wdzięczny za informacje) a badacze historii akademickiej PRLu koncentrują się na archiwach IPN, w końcu zawierające jedynie materiały wytworzone przez SB – bardzo ważne, ale niewystarczające do poznania wielu kwestii historycznych, do poznania akademickich dokonań partii komunistycznej (i jej przystawek) i historii współdziałania/oporu stawiania decydentów akademickich – senatorów, rektorów, dziekanów, dyrektorów i najrozmaitszych członków ważniejszych i mniej ważnych organów kolegialnych, czy też systemowo umocowanych kacyków akademickich.

Jak ja piszę/mówię np. o tajnych teczkach UJ to najlepsi znawcy przedmiotu/najgorliwsi patrioci dziwią się, że oprócz teczek SB mogły być jeszcze jakieś inne teczki, które dla poznania akademickiej historii w czasach komunistycznych mogłyby mieć jakieś znaczenie !

A trzeba wiedzieć, że nawet w czasach komunistycznych na czele uczelni stał rektor, wraz z senatem, a na czele wydziałów – dziekan wraz z radą wydziału, a na czele instytutów (wcześniej katedr) – dyrektor instytutu (wcześniej kierownik katedry) wraz z radą instytutu i oni wytwarzali teczki dotyczące m. in. polityki kadrowej w pełni kontrolowanej przez komórki partyjne – jawnych współpracowników systemu, i zabezpieczanej (nie zawsze w pełni) przez agentów SB, wraz ze swoimi tajnymi współpracownikami.

Czemu te teczki/archiwa nie są przedmiotem badań polskich etatowych historyków ? Niby jak można poznać np. współdziałanie/oporu stawianie senatów uczelni wobec reżimu komunistycznego jeśli takich teczek/archiwów się nie zbada ? (https://blogjw.wordpress.com/2012/10/22/jak-rektorzy-uj-realizowali-postulaty-sb/)

Ja o możliwość takich badań, jako nieetatowy obywatel zainteresowany akademicką historią PRL (z wcześniejszymi doświadczeniami badań kilku miliardowej historii globu ziemskiego) występowałem (http://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/polska-akademia-umiejetnosci-a-czarna-ksiega-komunizmu/), ale sam pomysł takich badań został odrzucony przez samego guru polskich historyków, twórcy metodyki badań nad pokrzywdzonymi prowadzonych tylko wśród beneficjentów systemu! ( http://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/).

Ta metodyka cieszy się wielkim powodzeniem u jego etatowych uczniów, którzy w ramach brawurowych badań dochodzą do wniosków, że mimo oblegania uczelni-rzekomo antykomunistycznych twierdz – przez liczne zastępy SB i tajnych współpracowników, nikomu się krzywda nie stała i rektorzy/senaty przeprowadzali uczelnie przez okres PRLu z sukcesem nie mniejszym od sukcesu Mojżesza przeprowadzającego Żydów przez Morze Czerwone. https://blogjw.wordpress.com/2012/11/07/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem/, https://blogjw.wordpress.com/2013/02/12/kolejne-pytania-w-sprawie-jagiellonczyka/)

Rektorzy/senatorowie/profesorowie/historycy polskich uczelni odnoszą wielkie sukcesy na polu wymazywania z pamięci niewygodnych i także haniebnych swoich dokonań w systemie komunistycznym, tak w okresie instalowania systemu komunistycznego, jak w trakcie jego trwania, jak i w trakcie przygotowań do jego przetrwania, mimo rzekomego upadku.

Z haniebnej postawy rektorów krakowskich wobec swoich kolegów – naukowców z podziemia niepodległościowego – ich spadkobiercy bynajmniej nie zamierzają się rozliczyć, wymazując ją z pamięci/z historii. -https://blogjw.wordpress.com/2013/02/22/o-zolnierzach-wykletych-wykletych-takze-przez-rektorow/, https://blogjw.wordpress.com/2011/08/27/%E2%80%9Eince%E2%80%9D-trzeba-postawic-pomnik/

O choćby symbolicznym przeproszeniu za wyrządzone krzywdy nie ma mowy.

Podobnie rzecz się ma z czystkami akademickimi poprzedzającymi transformację ustrojową, o których to czystkach nawet ich realizatorzy – podobno nie słyszeli ! Tak nisko upadli, takiej amnezji doznali ! A zasłużeni dla niepoznania prawdy etatowi historycy w tym moralnym upadku jeszcze ich utwierdzają. https://blogjw.wordpress.com/2014/12/14/niechciana-pamiec-o-stanie-wojennym-i-powojennym/

Nie zanosi się aby w najbliższej przyszłości akademiccy spadkobiercy systemu komunistycznego rozliczyli się ze swoich win, a jest wątpliwe aby i w dalszej przyszłości to nastąpiło i nikt im za to doktoratów, ani profesur nie odbierze, w stan nieszkodliwości nie przeniesie. Kłamstwo ma panować na wieki, a rzecznicy kłamstwa na wieki mają pozostać autorytetami akademickimi – bo nauka to wolność ?! – od prawdy ? 

Ile muszą dostać profesorowie aby zdołali zidentyfikować w historii stan wojenny i system komunistyczny

bieda

Ile muszą dostać profesorowie aby zdołali zidentyfikować w historii stan wojenny i system komunistyczny ( i nie tylko)

W przestrzeni publicznej zwykle na początku roku akademickiego (choć nie tylko) pojawiają się głosy/teksty o biedzie akademickiej na uczelniach. Niestety dotyczą one głównie biedy materialnej i pomijają biedę moralną i intelektualną. Nasz kraj nie jest bogaty i na tle innych populacji społeczeństwa polskiego populacja akademicka wcale tak źle nie stoi, no może z wyjątkiem debiutujących w nauce.

Wystarczy przypomnieć, że na okoliczność walki politycznej przytacza się np. zarobki prezydenta miasta, który na uczelniach jako jednocześnie akademicki wieloetatowiec zarabia znacznie więcej niż jako prezydent miasta niemal milionowego.

No więc kto jest biedny ? – prezydent czy profesor ?

Przytacza się też straszne skutki biedy akademickiej prowadzącej do tego, że najlepiej zarabiający profesorowie, rektorzy, dziekani itp. muszą dorabiać na kolejnych etatach, bo te marne jakieś 10 (i nie tylko) tys. na życie im nie wystarcza. Sytuacją  tych co i bez nakładów robią/robili więcej niż niejeden profesor nikt się nie przejmuje – niech mają za swoje !

Tak, tak, w Polsce produkcja dyplomów, podobnie jak budowa autostrad musi kosztować bardzo wiele – albo nic nie będzie produkowane/budowane.

To temat na książki, a nie na krótki tekst (zresztą kilka książek, tym i podobnym sprawom poświęciłem, bez jakiegokolwiek odzewu biednego, głównie moralnie i intelektualnie, środowiska|) stąd ograniczę się tylko do zadania pytania ze sfery ogólnie znanej dla każdej osoby po szkole elementarnej:

Ile muszą dostać profesorowie, aby zdołali zidentyfikować w historii stan wojenny i system komunistyczny ?

Największe umysły UJ ( te które decydują, kto może, a kto nie może być profesorem) przy obecnych (niewystarczających – jak słyszymy – na badania nakładach) przez lata nie zdołały zidentyfikować w historii swej uczelni ani systemu komunistycznego, ani stanu wojennego. (https://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/)

Dobrze by było poznać wysokość nakładów na naukę przy których ta identyfikacja może nastąpić .

Dodam tylko, że nawet chłop małorolny/a nawet bezrolny/bezrobotny/bezetatowy na takie badania nie otrzymujący ani złotówki, z identyfikacją takich ( i podobnych) wydarzeń nie ma problemów.

W nawiązaniu do wcześniejszego tekstu na temat biedy akademickiej Wykształcona bieda nawet nie śmie mieć własnego zdania.https://blogjw.wordpress.com/2014/10/06/wyksztalcona-bieda-nawet-nie-smie-miec-wlasnego-zdania/ zadam jeszcze dodatkowe pytanie:

Ile musi zarabiać profesor aby śmiał mieć własne zdanie

i nie wypełniał posłusznie nakazów osłów ?

Dodam jeszcze, że jako osoba nie wypełniająca posłusznie nakazów osłów od lat a nawet wieków, utrzymuję się od dłuższego czasu z wrzucania do kosza produktów ‚profesorskich’ i za to mi czasem płacą, fakt że ‚profesorom’ za te produkty płacą znacznie więcej i ciągle/ dożywotnio.

Jakie więc nakłady na taką naukę będą wystarczające i akceptowane przez coraz bardziej wykształcone/udyplomowione przez takich ‚profesorów’ społeczeństwo?