Objawienie zjawisk bezobjawowych

[ z Wikipedii ]

Objawienie zjawisk bezobjawowych

Chyba wszyscy interesują się pandemią koronawirusa i dowiadują się, że zakażenie tym wirusem może przebiegać objawowo lub bezobjawowo. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa przechodzimy w stan przetrwalnikowy, który winien skłaniać do refleksji, choć nie zawsze tak jest.

Tym niemniej, może warto się skłonić do rozważań nad zjawiskami bezobjawowymi, których nie brakuje. Koronawirus nie jest wyjątkiem i bez problemu w cyberprzestrzeni można znaleźć przykłady, które to potwierdzają.

Na blogu Gościa Niedzielnego znalazłem taki wpis sprzed kilku lat Ale, gdzie są, pytam się, ci obrońcy integralnego chrześcijaństwa, kiedy pojawia się równie niepokojące zjawisko chrześcijaństwa drętwego i bezobjawowego? https://blog.gosc.pl/sBognaMlynarz/2017/11/10/chrzescijanstwo-dzikie-czy-bezobjawowe

Wpis ten i w dobie pandemii jest aktualny, a może nawet bardziej, gdyż kościoły są zamykane i jest zagrożenie, że chrześcijaństwo może przejść – nawet po ustaniu pandemii – w stan jeszcze większego odrętwienia i bezobjawiania się publicznego.

Bezobjawowy koronawirus

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) potwierdza, że „zakażenie koronawirusem może przebiegać bezobjawowo, a skala transmisji bezobjawowej nie jest znana. Nie ma danych, które potwierdzałyby transmisję zakażenia przed wystąpieniem objawów.”

W innych źródłach [https://www.national-geographic.pl/aktualnosci/koronawirus-bez-objawow-srednio-5-dni-maksymalnie-nawet-11] możemy przeczytać , że ‚dotychczasowe badania nad koronawirusem nie pozwalają wykluczyć, ani potwierdzić czy chorzy w okresie bezobjawowym mogą zarażać innych. Część specjalistów sugeruje, że nie jest to możliwe, ponieważ nowy wirus rozprzestrzenia się głównie drogą kropelkową. Chory musiałby więc kichać albo kaszleć, czyli wykazywać objawy Covid-19…W nielicznych przypadkach bezobjawowy okres inkubacji koronawirusa wynosił nawet 24 dni.’

W jeszcze innych – ‚Koronawirus jest zaraźliwy przed wystąpieniem objawów choroby COVID-19, a nawet 44 proc. infekcji może pochodzić od osób bez objawów – ocenili chińscy naukowcy https://serwisy.gazetaprawna.pl/zdrowie/artykuly/1462741,koronawirus-zarazliwy-przed-wystapieniem-objawow-badania.html w badaniu, które nie zostało jak dotąd poddane naukowej weryfikacji.’

Nie wiadomo zatem co takie badania są warte, skoro z nauką nie mają wiele wspólnego ?

Tym niemniej bez weryfikacji naukowej ‚Badacze wywnioskowali, że osoby zakażone same zaczynają zarażać średnio 2,5 dnia przed wystąpieniem objawów, przy czym szczyt zaraźliwości następuje w momencie pojawienia się objawów lub jeszcze przed nim.

Oszacowali również, że w 44 proc. przypadków do infekcji może dochodzić w chwili, gdy osoba zarażająca nie ma jeszcze objawów. Autorzy badania zaznaczyli, że osoby z objawami często były już izolowane, co zapobiegało dalszemu roznoszeniu przez nie wirusa. „Jest jednak jasne, że transmisja przedobjawowa najprawdopodobniej zdarza się z istotną częstotliwością” – stwierdzili.”

Dlaczego to ma być jasne, skoro badania jasne nie są – media nie podają.

Trzeba się jednak liczyć z tym, że liczba chorych może być większa i to znacznie, niż się podaje. Ilość chorych wzrasta wraz ze zwiększeniem ilości badań. Tam gdzie badań jest niewiele, chorych też jest niewiele.

Ponadto, jak przyznają Chiny, jako chorych nie kwalifikowano przypadków bezobjawowych. Nie powinno to dziwić, bo jak objawów brak, to trudno jest wykryć, że ktoś jest chory ?

Ale ujawniana jest i taka strategia dla poprawienia statystyk: „W chińskim mieście Wuhan wciąż wykrywa się bezobjawowe przypadki zakażenia koronawirusem, ale nie są włączane do oficjalnej liczby infekcji – ustalił portal Caixin.

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1463204,koronawirus-chiny-media-wuhan-bezobjawowe-przypadki-zakazenie-statystyki.html ..w Wuhanie codziennie kilka lub kilkanaście testów na obecność wirusa wciąż daje wynik dodatni. Osoby te nie są jednak wliczane do oficjalnej liczby potwierdzonych zakażeń, ponieważ nie mają objawów choroby. ….w mieście odmawiają ludziom możliwości badania na koronawirusa, by nie psuć oficjalnych statystyk. Jeden z cytowanych przez stację wolontariuszy określił to jako „kurację polityczną, a nie medyczną”.

Nie ma wątpliwości, że politycy mają większe osiągnięcia w kurowaniu chorych niż medycy i gdyby nie medycy oraz niezależni dziennikarze, to szczególnie w okresach przedwyborczych, nie byłoby wcale chorych.

Schizofrenia bezobjawowa

Politycy zresztą mają poważne osiągnięcia w medycynie i to od lat, a to za sprawą odkrycia i wdrożenia w życie specjalnej jednostki chorobowej – schizofrenii bezobjawowej.

Rzecz jasna to odkrycie miało miejsce w kraju słynącym z rozlicznych odkryć i wynalazków oraz przodującej w świecie nauki przymiotnikowej – i to socjalistycznej. W Moskiewskim Instytucie Psychiatrii Społecznej i Sądowej im. Władimira Serbskiego, który stanowił centrum radzieckiej psychiatrii politycznej, diagnozowano chorobę schizofrenii pełzającej, czy bezobjawowej, po stwierdzeniu u pacjenta – zwykle nieprawomyślnego dysydenta – nastawienia reformatorskiego czy antysystemowego.

Taka diagnoza dyskwalifikowała jednostkę z życia publicznego i upoważniała do skierowania do szpitala psychiatrycznego – psychuszki, gdzie poddawano go przymusowej terapii, aby przywrócić go do zdrowia, czyli osiągnięcia pozytywnego nastawienia do najlepszego z systemów ludzkości.

Leczenie schizofrenii bezobjawowej chyba nie było łatwiejsze od terapii koronawirusa skoro przywódca Kraju RAD Nikita Chruszczow jeszcze w 1959 r. informował „Można powiedzieć, że i obecnie (w ZSRR) istnieją ludzie, którzy walczą z komunizmem… ale u takich ludzi bez wątpienia stan psychiczny nie jest w normie”.

Taki system kuracji politycznej trwał do końca istnienia ZSRR,  ale i po jego rozpadzie nie do końca został zarzucony. Widać politycy nadal dbają o zdrowie obywateli – im niewygodnych.

Diagnozowanie zaburzeń psychicznych u osób niewygodnych dla władzy, i to nie tylko najwyższej, miało miejsce nie tylko w Kraju Rad. Stosowano je także u nas, o czym mogli się przekonać działacze opozycji antykomunistycznej w czasach PRLu i nie brak takiego diagnozowania do dnia dzisiejszego, wobec nastawionych negatywnie do pozostałości komunistycznych w Polsce.

Nauka bezobjawowa

Nie ma wątpliwości, że nauka w Polsce jest zawirusowana i trapiona wieloma chorobami co przedstawiam w wielu tekstach na moim nonkonformistycznym blogu – https://blogjw.wordpress.com/

Niestety moje diagnozy stanu chorobowego nauki w Polsce, jako nieprawomyślne, są na ogół przemilczane, choć czasami spotykały się z brutalnymi atakami, ale trzeba też przyznać, że niektóre z nich wykorzystano do tworzenia prawa akademickiego, niestety bez należytej modyfikacji prawnego otoczenia.

Przed kilkunastu laty podnosiłem znaczenie wirusa – trojana [ https://wobjw.wordpress.com/2009/12/31/system-trojana-czyli-druga-strona-nauki-polskiej/ ], który wówczas atakował systemy komputerowe, ale także, w zmodyfikowanej postaci, system nauki w Polsce. Przed kilku laty zdiagnozowałem szereg chorób akademickich [[np. , https://blogjw.wordpress.com/2017/05/15/jedyna-bolaczka-uniwersytetu-jagiellonskiego/] podnosząc, że diagnoza dyplomowanych/utytułowanych lekarzy i znachorów, w randze rektorów, wskazująca tylko jedną jedyną chorobę trawiącą naukę w Polsce, którą stanowi niedostatek pieniędzy, jest nietrafna. Argumentowałem, że taka diagnoza nie doprowadzi do uleczenia systemu a jedynie nadwyręży niezbyt duży budżet państwa na dorobku.

Niestety nasza nauka finansowana z budżetu nader często jest bezobjawowa a środowisko akademickie walczy z podniesioną głową, aby tego co robi za pieniądze z budżetu czasem nie ujawniano obywatelom na ten budżet pracującym. Gdy ktoś chce ujawnienia chowają głowę w piasek i każą takiemu obywatelowi pukać się w głowę, jako że jego stan psychiczny podobno nie jest w normie, a przy tym stanowi nieuczciwą konkurencję dla twórców nauki bezobjawowej. [ https://blogjw.wordpress.com/2020/02/17/szary-obywatel-nieuczciwa-konkurencja/ ]

Niekiedy jednak to co zrobią ujawniają, bacząc jedno, aby ktoś tego zbytnio nie rozpowszechnił i niezależnie zaopiniował.[ https://blogjw.wordpress.com/2016/06/12/usmiercanie-dziennikarstwa-internetowego-w-interesie-publicznym/ ]

Tak się dzieje szczególnie, choć nie tylko, w naukach społecznych i humanistycznych, ignorujących jednak nader często człowieka jako istotę społeczną.

Jednym z największych osiągnięć bezobjawowej nauki w III RP było odkrycie bezobjawowych represji w czasach PRL[ „badania” prowadzone tylko wśród beneficjentów represyjnego systemu !], a także niewykrycie w historii komunizmu i stanu wojennego, nie mówiąc o czystkach jaruzelskich. [https://blogjw.wordpress.com/2012/11/07/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem/ , https://blogjw.wordpress.com/2018/12/12/czy-na-terytorium-uniwersytetu-jagiellonskiego-wprowadzono-stan-wojenny/ , https://nfapat.wordpress.com/2019/04/24/zapomniana-wielka-czystka-akademicka-epoki-jaruzelskiej/]. Badacze tak prowadzili badania, aby czasem nie poznać tego co badają, co zapewnia im utrzymanie się na etatach i prestiż społeczeństwa.

Nie ma co, osiągnięcia nauki bezobjawowej są wręcz imponujące !

Solidarność bezobjawowa

Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu, jedni przeciw drugim” – to słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, który Odszedł do Domu Ojca przed 15 laty.

No tak, był taki czas Solidarności gdy tak było, ale nie był to długi czas i każdy ma chyba w tej materii swoje doświadczenia.

Jak tworzyliśmy Solidarność w moim małym, uczelnianym instytucie wspólnota liczyła 28 osób – Deklaracja przystąpienia pracowników Instytutu Nauk Geologicznych UJ do NSZZ ‚ Solidarność” z 24 września 1980 r., a moje nazwisko figuruje na 1 miejscu tej listy sprzed niemal już 40 laty.

A ile było osób deklarujących przystąpienie do strajku po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. ?

Listy nie było, a prowodyr był tylko jeden, ten z pierwszego miejsca listy założycielskiej. Nikogo drugiego, nie mówiąc o pozostałych, nie było ! Taka była Solidarność akademicka – bezobjawowa, takie noszenie razem brzemion we wspólnocie, takie „wespół w zespół” – samojednego.

I tak pozostało, także po wygranej – jak się oznajmia – Solidarności. Jedni występują przeciw drugim, a solidarni z drugimi pozostają wykluczeni/wyklęci.

Objawiania solidarności w czynach, a nie tylko w słowach, nie da się zaakceptować ?!

Solidarność – tak, ale bezobjawowa.[ https://blogjw.wordpress.com/2017/02/23/solidarnosc-bezobjawowa/ ]

Przez lata wykluczenia poza strukturami Solidarności robię nadal to co Solidarność winna robić i nawet dla porównania składam publicznie [ także strukturom Solidarności] sprawozdania z mojej działalności.

Dokumentacja tego jest łatwo dostępna w cyberprzestrzeni [na moim blogu https://blogjw.wordpress.com/].

Zachodzi pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi – skoro „Solidarność” nadal działa i ma być solidarna, to czemu krzywdzeni w systemie akademickim [i nie tylko] zwracają się o pomoc do wyklętego z systemu, także przez ‚Solidarność’ i nawet im do głowy nie przychodzi aby się zwracać do istniejących struktur ‚Solidarności’, na których utrzymanie płacą składki ?

Zdumiewające nieprawdaż ? Tak jakby Solidarność bezobjawową trzeba było utrzymywać i opłacać, ale liczyć można jeno na solidarność bezstrukturalną, nieopłacaną, ale objawową – zgodnie z tym co miało być przez 40 już lat.

Jakaś refleksja na 40-lecie „Solidarności” winna przyjść do głów, ale czy to się stanie skoro głowy pozostają pogrążone w podręcznych strusiówkach ?

Działalność bezobjawowa

Jesteśmy społeczeństwem bardzo pracowitym, wbrew opiniom przez lata nam urabianym, ale z obserwacji życia odnosi się wrażenie, że poziom pracy bezobjawowej nie jest mały, choć niezbadany.

Studia socjologiczne należą do najpopularniejszych, ale czemu nie widzimy rezultatów działalności socjologów ? Może jest bezobjawowa ?

Nie ma porównania rezultatów pracy etatowej i bezetatowej, choć ta druga nieraz wydaje się bardziej efektywna.

Odnosi się czasem wrażenie, że wielu etatowców z takim zaangażowaniem piastuje, a raczej pieści swoje etaty, czasem wiele, że na pracę nie mają czasu. Tym niemniej tacy mają prestiż, no i są obiektem zazdrości, bo inni też by tak chcieli.

Tak, tak, taki etos, czy raczej wirus pracy/niepracy nam pozostał po latach bezsensownej/fikcyjnej pracy w sferze budżetowej, w czasach komunizmu.

Niestety i działalność społeczna, którą od lat dokumentuję i publicznie objawiam – pismem, dźwiękiem, obrazem [ wykaz lub jak kto woli objawienie – https://blogjw.wordpress.com/autor/] – nie jest wolna od takich wad.

Organizacji pozarządowych mamy moc, ale nie zawsze one mają moc, a często wcale nie wykazują objawów swojej działalności. W niektórych sektorach odnosi się wrażenie, że organizacji jest więcej niż ich aktywnych członków.

Co więcej, ci jedynie aktywni funkcjonariusze, czy raczej fikcjonariusze, wcale nie zabiegają o to aby ktoś aktywny ich wzmocnił. Wręcz przeciwnie. Innych, szczególnie niezorganizowanych formalnie, ale nad wyraz aktywnych realnie, po prostu starają się nie zauważać, traktując ich jakby niepożądaną konkurencję, podobnie jak to ma miejsce w sferach etatowych/budżetowych.

Podobieństwo rzuca się nad wyraz w oczy, lecz głowy pogrążone w piasku lub oczy nastawione na widzenie tylko końcówki swojego nosa, rzecz jasna, niczego nie widzą.

Zresztą wirusy mają to do siebie, że nie są widoczne gołym okiem, stąd ich objawianie ma taką wartość społeczną, niezbędną do przetrwania, szczególnie w czasach pandemii.

Czy zgniłki i tęczUJe nie mają jeszcze wpływów na Harvardzie ?

1

Czy zgniłki i tęczUJe nie mają jeszcze wpływów na Harvardzie ?

To, że zgniłki [termin naukowy Prof. o. Józefa Marii Bocheńskiego na określenie intelektualistów kolaborujących z komunizmem] i tęczUJe [organizacja tęczowych, działająca na wzorcowym polskim uniwersytecie] zdominowały polskie uczelnie w III RP nie jest tajemnicą. O. Józef Maria Bocheński, filozof, profesor, rektor uniwersytetu we Fryburgu apelował Z komunistycznego paskudztwa trzeba Polskę oczyścić. Ale głównym zadaniem jest wychowanie dla narodu nowej młodzieży” i domagał się nie tylko konsekwentnej dekomunizacji, ale również eliminacji z życia politycznego „lizusów, ludzi bez charakteru, bez kręgosłupa”.

Nic z tego nie zostało zrealizowane w Wolnej Polsce po 1989 r.

W stulecie Odzyskania Niepodległości na gmachu Collegium Novum UJ ledwie można było zauważyć flagę narodową ukrytą wśród flag niebieskich, jakby dla zachowania parytetu flagowego znanego jeszcze z PRLu, z tym, że flagi czerwone zastąpiono niebieskimi.[https://blogjw.wordpress.com/2018/11/12/autonomiczny-parytet-flagowy-w-100-lecie-odzyskania-niepodleglosci/ ]

Nosicieli tóg i gronostajów jakoś nie można było zaobserwować w pochodzie 11 listopada 2018 r.[ https://niezlomnym.wordpress.com/2018/11/11/w-100-lecie-odzyskania-niepodleglosci/ ] Na stronach UJ jakoś nie można znaleźć galerii dokumentujących obchody tej rocznicy, tak ważne dla potomnych i wychowania dla narodu nowej młodzieży.

W gruncie rzeczy nie jest to dziwne, bo w czasach panowania totalitarnego systemu kłamstwa i zniewolenia, z tych co młodzież dla narodu wychowywali, uczelnie oczyszczono. Wzorcowa uczelnia do tej pory się nie wyzwoliła z komunistycznych ciemności. Nie ma mocy, ani nawet chęci się wyzwolić, ulegając jedynie transformacji polegającej na kolorystycznym ubogaceniu.[https://gazetakrakowska.pl/krakow-studenci-teczuja-na-uniwersytecie-jagiellonskim-teczuj-to-kultura-historia-oraz-wiedza-o-spolecznosci-lgbtq/ar/c11-14759304 ]

Powszechne są mniemania o lewackim charakterze uczelni Zachodu, skąd te trendy przenikają do Polski. Wcale nie jest jednak pewne czy tak rzeczywiście jest, bo są oznaki, że w tej materii nieraz nasze uczelnie zdają się wyprzedzać swoją postępowością nawet czołowe uniwersytety Zachodnie. Przydałoby się jakieś szersze studium socjologiczne w tej materii, bo przecież kogo jak kogo, ale socjologów mamy w bród, a nawet więcej. Rzecz w tym, że nie zostali oni oczyszczeni z paskudztwa komunistycznego, więc mamy w efekcie bród socjologiczny.

Jako przykład wskazujący, że nawet czołowe uczelnie Zachodu pozostają w tyle za naszymi, a za naszym wzorcowym uniwersytetem w szczególności, mogę podać skromny, ale wiele mówiący fakt zamieszczenia galerii Marszu Polski ku Niepodległości na stronach uniwersytetu Harvarda (1 miejsce wśród uniwersytetów świata na liście szanghajskiej – http://www.shanghairanking.com/Academic-Ranking-of-World-Universities-2019-Press-Release.html).

2

W galerii [ Independence March (Poland) Collection at Harvard Library, Wieczorek, Józef. Independence Day, celebrations, Cracow, Poland, 2018.https://aeod.library.harvard.edu/media-gallery/lightbox/1468201/3812684
For more photos and additional information, click here: http://id.lib.harvard.edu/via/8001604220/catalog ]

widać zdjęcia licznych uczestników marszu z flagami narodowymi na tle Kopca Kościuszki

4

oraz rozciągającymi długą flagę narodową.

5Takich u nas się nazywa faszystami, wyklucza/wyklina z populacji akademickiej, a na Harvardzie jest jednak inaczej i dokumentację narodową Święta Niepodległości tam się ceni.

Co więcej, autorem galerii jest

3

wypędzony z Uniwersytetu Jagiellońskiego w czasach komunistycznych i jak się okazuje dożywotnio, bo w Wolnej Polsce nie chciała go żadna uczelnia. Kto negatywnie wpływał na młodzież akademicką, bo uczył myślenia i to krytycznego, zagrażał intelektualnie i moralnie przewodniej sile narodu, czyli zgniłkom [w naukowej terminologii prof. o. Józefa Marii Bocheńskiego],  nie rokował nadziei na utratę charakteru/kręgosłupa w III RP, na polskich uczelniach nie miał co szukać, bo by nadal wpływał negatywnie na młodzież i nadal protestował przeciwko jej deprawacji, co miało miejsce w PRL.

Widać, że w Wolnej Polsce na autonomicznych uniwersytetach zatrudnia się etatowo tylko Podległych, gdy Niepodlegli nie są tam pożądani.

Zrozumiała jest zatem nieobecność akademików na marszach Niepodległości, bo jako Podlegli nie są w stanie świętować Niepodległości, gdyż by ulegli anihilacji. Wiedzą co robią, dbając o swoje togi i gronostaje lub pozycje na drodze do ich pozyskania.

Sam fakt umieszczenia – na stronach uniwersytetu Zachodniego – galerii autorstwa niepożądanego na polskich uczelniach rzekomo broniących się przed zgnilizną Zachodu, może jednak świadczyć, że nasze zgniłki i tęczUJe, choć zdobyły UJ [Kurier WNET, marzec 2020] nie mają tam należytych wpływów. W końcu gdyby mieli, nie byłoby tam galerii wypędzonego/wyklętego a galerie by nie były w barwach narodowych, lecz z zachowanym parytetem flagowym, a może i w barwach tęczowych.

Póki co, są oznaki, że pajęczyna ‚naszych’ zgniłków nie zdołała jeszcze opleść tzw. zgniłego Zachodu.

Kolejna kompromitacja [a właściwie dyskwalifikacja] profesora od doskonałości naukowej

Tekst do rozważań na Ostatnią Niedzielę Karnawału

To ostatni moment, aby się ‚popukać znacząco w głowę’,

w Środę Popielcową już tylko można głowę posypać popiołem

Kolejna kompromitacja [a właściwie dyskwalifikacja]

profesora od doskonałości naukowej

Ktokolwiek grosz publiczny do swego rozporządzenia odbiera, wydatek onegoż usprawiedliwić winien” – głosi historyczne motto NIK.

A co głosi profesor od doskonałości naukowej

[członek Rady Doskonałości Naukowej – https://www.rdn.gov.pl/czlonkowie-zespolow-rdn-w-podziale-na-poszczegolne-dyscypliny.zespol-v-nauk-spolecznych.html– Bogusław Śliwerski [ http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2020/02/kolejna-kompromitacja-dr-joanny-gruby.html ]:

W grudniu 2019 r. wpłynął do kwestor Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie wniosek dr Joanny Gruby z woj. śląskiego w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej o przekazanie jej informacji, jaka kwota ze środków publicznych została przekazana na wydanie moich publikacji. Oczywiście należało też poinformować wnioskodawczynię o tym, ileż to książek, artykułów ośmieliłem się napisać i wydać korzystając ze środków publicznych. Zapadło wielkie zdumienie, bowiem nikt jeszcze nigdy nie dochodził tego typu spraw. Po co komu wiedza na ten temat?”

Doskonały profesor twierdzi wbrew faktom, że „nikt jeszcze nigdy nie dochodził tego typu spraw”. Niejako jako NIKT, od dawna dochodzę takich spraw, tj. domagam się usprawiedliwienia wydawania grosza publicznego z kieszeni podatników [także z mojej] przez etatowych pracowników nauki, co zamieszczam na moim blogu https://blogjw.wordpress.com/ znanym w środowiskach decydentów nauki (teksty uprzejmie przesyłam wielu decydentom), także prof. Śliwerskiemu.

W ostatnim wpisie na blogu zamieszczam wydrukowany w lutowym numerze Kuriera WNET [2020 r.] tekst Szary obywatel nieuczciwą konkurencją ? https://blogjw.wordpress.com/2020/02/17/szary-obywatel-nieuczciwa-konkurencja/ obrazujący takie starania i wyjaśniający po co komu taka wiedza, choć to winno być oczywiste dla każdego, jako tako rozgarniętego obywatela, nawet profesora.

Wiele tekstów na ten temat można znaleźć także na moim archiwalnym blogu https://wobjw.wordpress.com/ prowadzonym na początku tego wieku. Był więc czas aby taką wiedzę zdobyć, jeśli jej się nie miało. To nie tylko zdumienie, lecz wręcz szok, jeśli brak takiej wiedzy występuje, u bądź co bądź dorosłego profesora i to od doskonałości naukowej. Inni akademicy, podobno na domaganie się usprawiedliwienia wydawania grosza publicznego z kieszeni podatników, pukają się znacząco w głowę, co wskazuje, że z głowami to oni mają poważny problem.

Przy okazji nadmienię, że nie miałem żadnych problemów z zapoznaniem się z tym co zrobili w ramach projektów badawczych amerykańscy naukowcy, choć na te projekty nie płaciłem ani 1 gr i nic mi nie wiadomo, aby ktokolwiek pukał się w głowę, na wieść o moich zainteresowaniach. Ale u nas jest inaczej i nie ma woli aby to zmienić [np. https://blogjw.wordpress.com/2016/06/12/usmiercanie-dziennikarstwa-internetowego-w-interesie-publicznym/], choć ja jako obywatel nie wyrażam zgody na finansowanie z mojej kieszeni utajnianych projektów z nazwy badawczych, ani na naukowców rekrutowanych do instytucji badawczych w ramach ustawianych na nich i utajnianych konkursów.

Szokujące są informacje profesora, że „naukowcy nie czerpią korzyści ze swojej pracy naukowo-badawczej, kiedy w grę wchodzi opublikowanie jej wyników. Na naszych publikacjach, a więc korzysta ze środków publicznych i tym samym zarabia:
– redaktor książki,
– recenzent książki,
– składacz tekstu,
– ilustrator,
– drukarz,
– uczelnia (wydawca) sprzedająca dany tytuł.”
z czego chyba ma wynikać, jacy to naukowcy są bogaci i filantropijni [?], że utrzymują tak liczne gremia.

Informuje „Autor nie tylko nie zarabia, ale utrzymuje przy profesjonalnym życiu wiele osób.” Skąd oni biorą na to pieniądze [?] tego profesor nie wyjaśnia, a trzeba zauważyć – jak wiadomo z mediów – pensje na uczelniach są wręcz głodowe !

Profesor nie podaje informacji na temat rocznych nakładów budżetowych na jednego badacza, która na początku wieku wynosiła średnio 45 667 USD a obecnie jest znacznie, znacznie większa. [https://blogjw.wordpress.com/2020/02/17/szary-obywatel-nieuczciwa-konkurencja/ ]

Mimo, że profesor jest na etacie i jest utrzymywany z kieszeni podatnika, również – bez mojej zgody – z mojej, nie radzi sobie z doskonaleniem mniej doskonałych, i domaga się abym ja [osoba bezetatowa, bez wsparcia z kieszeni podatnika], pomagał osobie z tytułem doktora, która zdaniem pana profesora nie jest doskonała. W końcu to on jest od doskonałości i na taką działalność doskonalenia innych otrzymuje środki podatnika, no i ma nie tylko służbowy, ale i moralny obowiązek doskonalić mniej doskonałych.

Przerzucanie takiej działalności na barki tych, którzy nie mają na taką działalność żadnych środków (ani 1 gr), ani obowiązku doskonalenia innych, to co najmniej impertynencja, tym bardziej, że używa zwrotu „Może taki dr Józef Wieczorek…”

Może taki prof. Śliwerski [że użyję zwrotu osoby od doskonałości, choć jako niedoskonały, na co dzień takich zwrotów nie używam], który jest beneficjentem najlepszego z systemów i decydentem na drodze do doskonalenia innych, puknie się w głowę zanim coś napisze i zleci innym do wykonania.

Tym niemniej muszę zmartwić pana profesora od doskonałości, że jako wyklęty/wypędzony z systemu akademickiego i to z oskarżenia – przez doskonałych w czasach PRL i nadal utrzymywanego w mocy, przez jeszcze bardziej doskonałych w III RP – o negatywny wpływ na młodzież akademicką, część mojej działalności pro publico bono poświęcam pomocy innym, niszczonym przez system i doskonałych beneficjentów tego systemu, co dokumentuje m. in. moja strona – NIEZALEŻNE FORUM AKADEMICKIE – SPRAWY LUDZI NAUKI https://nfapat.wordpress.com/

Jako wypędzony, bo „uczył rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego..” bo „był wzorem nauczyciela i wychowawcy” [ https://blogjw.wordpress.com/autor/ ] nie mam jednak w tym żadnego obowiązku służbowego, ani nie wykonuję żadnych poleceń DOSKONAŁYCH, którzy – na całe szczęście nie mają już nade mną żadnej władzy, choć niektórzy w takich dążeniach czasem tracą władzę nad samym sobą.

To co robię, robię z obowiązku ludzkiego, aby DOSKONALI jeszcze bardziej tego systemu nie udoskonalili na swoją modłę – bez wiedzy utrzymujących ich podatników

Jak widać z dostępnej cyberprzestrzeni, DOSKONALI do tej pory nie założyli żadnego ośrodka doskonalenia naukowego, ograniczają się jeno do stworzenia Rady, która chyba jest bezradna, skoro jej członkowie domagają się, aby wykluczeni z systemu [czyli tak niedoskonali, że nawet nie ma co zawracać sobie głowy ich doskonaleniem] wyręczali ich w doskonaleniu niedoskonałych.

Ja nie wyrażam zgody, aby na takich przeznaczano z moich podatków choćby 1 [słownie jednego]  grosza !

P.S. Przypominam przy okazji o moim przesłaniu na Nowy Rok https://blogjw.wordpress.com/2020/01/18/przeslanie-na-nowy-rok/

Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska

[https://www.rdn.gov.pl/]

Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska

To, że polskie środowisko akademickie jest stabilne swoimi patologiami i walczy o zachowanie status quo w tej materii nie jest żadną tajemnicą. Nie jest też tajemnicą konformizm środowiska akademickiego, pod tym kątem zresztą od lat selekcjonowanego/formatowanego. Standardy metodologiczne beneficjentów systemu komunistycznego często szwankują, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych. Dobrze, jeśli ktokolwiek te problemy publicznie podnosi.

O doskonałość polskiego środowiska naukowego

Prof. Śliwerski, członek Rady Doskonałości Naukowej, walczący o doskonałość polskiego środowiska naukowego, także na swoim blogu, niedawno ogłosił całkiem słusznie, że ‚Nauka polska wymaga spełniania przynajmniej minimalnych standardów metodologicznych’. http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2019/12/tylko-nie-pisz-i-nie-mow-prawdy-o.html

Można krzyknąć – tak trzymać !

Profesor pisze „Jeśli już kogoś nie stać na oryginalność, to niech chociaż przestrzega reguł logiki i obowiązujących w diagnostyce standardów. W przeciwnym razie upowszechnia się w sieci – pod szyldem nauki polskiej – błędy, które z nauką nie mają nic wspólnego. Są bowiem pseudonauką. …” a to na okoliczność zamieszczonej w sieci ankiety na temat polskiego środowiska akademickiego, która to ankieta bardzo pana profesora poruszyła i jak się odnosi wrażenie – z tego co pisze – wręcz wyprowadziła z równowagi, choć to nie była praca naukowa, a tylko mający swoje mankamenty sondaż środowiskowy osoby ze stopniem doktora.

Nie tak dawno profesor wyrażał swoje niezadowolenie, że adiunkci nie działają w środowisku akademickim jako środek chwastobójczy [Adiunkt jako środek chwastobójczy w środowisku akademickim- Kurier WNET, grudzień 2019].

Wydawało by się zatem, że jak profesor natrafi na przykład próby – choćby nieporadnej – odchwaszczenia środowiska akademickiego przez adiunkta, to się tym faktem ucieszy, a jako osoba od doskonałości pospieszy z pomocą. Nic z tego.

Totalna krytyka, dyskredytacja, wręcz akademickie rozstrzelanie osoby próbującej odchwaszczenia środowiska. Fakt, w ankiecie dwa pytania o badania doktorskie i profesorskie raczej nie kwalifikowały się na odpowiedzi w trybie ankietowym, ale były ciekawe do reakcji w trybie ‚artykułowym’, bo trzeba by użyć co najmniej tysięcy znaków aby temat przynajmniej napocząć, a w ankiecie nim się napocznie, już trzeba skończyć.

Wzorowa metodologia ?

W totalnej krytyce profesor powołał się na słuszność metodyczną Heliodora Muszyńskiego znanego pedagoga i metodologa, należącego jak podaje Wikipedia [fakt że źródło niezbyt doskonałe, ale doskonali profesorowie niczego bardziej doskonałego do tej pory nie udostępnili mniej doskonałym ] do nurtu pedagogiki socjalistycznej, opartej na poglądach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, który w tym nurcie argumentował: „Jeśli naukowiec popełnia tak elementarne błędy, to jest w świetle naukoznawstwa pseudonaukowcem, gdyż kompromituje reprezentowaną przez siebie naukę wskazując innym, że można ją uprawiać tak patologicznie.„

Nurt ten wyniósł prof. Heliodora Muszyńskiego nie tylko na piedestał profesora, ale także członka Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej ds. stopni naukowych przy Radzie Ministrów (i to przez cztery kadencje, czyli 14 lat i to od roku 1972 do roku 1986.

Od 1968 do 1973 socjalistyczny profesor przeprowadził tzw. eksperyment poznański, którego przedmiotem było opracowanie systemu wychowawczego w szkołach, rzecz jasna socjalistycznych. ‚Jego, krytycznie oceniane przez część pedagogów, rezultaty były szeroko wdrażane w tysiącach polskich szkół…..Założenia eksperymentu wywodzono od klasyków marksizmu-leninizmu, m .in. ustalenia Karola Marksa, że wychowanie dla przyszłości może być tylko angażowaniem wychowanków do walki o tę przyszłość….

…..Punktem wyjścia dla wprowadzanego systemu wychowawczego, według uchwały ministerstwa, były cele właściwe ideałowi człowieka socjalistycznego, który powinien się charakteryzować: zaangażowaniem ideowo-politycznym, świadomością zasad, celów i ideałów socjalizmu, emocjonalnym związkiem z tymi ideałami, uspołecznieniem, dbałością o wspólne dobro, rzetelną pracą, ofiarnością i zdyscyplinowaniem społecznym, patriotyzmem i internacjonalizmem socjalistycznym, emocjonalnym związkiem z postępowymi tradycjami narodowymi i społecznymi, solidarnością i braterstwem z narodami ZSRR i innych krajów socjalistycznych ….’

Nie bez przyczyny w 1975 r. kierowany przez niego zespół otrzymał Nagrodę Komisji Edukacji Narodowej i chyba nie bez przyczyny metodologia – stosowana przez jego szefa – jest przywoływana przez profesora stojącego na straży doskonałości nauki polskiej w III RP, tak silnie zakorzenionej w standardach systemu opartego na klasykach marksizmu -leninizmu.

Kto z tymi standardami jest na bakier, nie ma szans w systemie akademickim III RP, bo doskonałości rzecz jasna nie osiągnie, jako że popełnia elementarne błędy, nie zważając na jedynie słuszną metodologię socjalistyczną Heliodora Muszyńskiego.

Mankamenty doskonalenia

Tym niemniej trzeba podkreślić jak najbardziej słuszną konstatację prof. Śliwerskiego: „Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska”. Trudno jednak zrozumieć, ze profesor od doskonałości naukowej nie podjął nawet próby doskonalenia swojego środowiska, nie podjął krytyki jego poczynań, mimo że środowisko to jest bardzo niedoskonałe. To środowisko wyselekcjonowało w naszym systemie akademickim całe rzesze bardzo niedoskonałych tak doktorów, jak i profesorów, na drodze do stworzenia nadzwyczajnej kasty akademickiej, która jednak niewiele znaczy w nauce w relacji do środowisk naukowych innych krajów.

Podnosiłem wielokrotnie [głównie na https://blogjw.wordpress.com,/ choć nie tylko – por. np. POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII- https://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/ ],

Pytania do władz UJ na inaugurację kolejnego Roku Akademickiego  – https://www.polishclub.org/2018/10/01/pytania-do-wladz-uj-na-inauguracje-kolejnego-roku-akademickiego/,

No cóż, członkiem Loży to ja nie jestem https://niepoprawni.pl/blog/6438/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem ,

Kolejne pytania w sprawie ‚Jagiellończyka’https://blogjw.wordpress.com/2013/02/12/kolejne-pytania-w-sprawie-jagiellonczyka/] absurdalną nieraz metodologię badań prowadzonych przez profesorów kompromitujących reprezentowaną przez nich naukę, starając się działać na rzecz odchwaszczenia tego środowiska. Nie zauważyłem jednak aby profesorowie od doskonałości naukowej te niedoskonałości zauważyli, podjęli krytykę swojego środowiska i chcieli niedoskonałości usuwać.

Ja postulowałem aby takich decydentów nauki, często dotkniętych czerwoną zarazą, przenosić w stan nieszkodliwości, [ Degradacyjna schizofrenia. Dokąd zatem zmierzamy ?https://blogjw.wordpress.com/2018/04/23/degradacyjna-schizofrenia-dokad-zatem-zmierzamy/], ale siłą rzeczy nie mając władzy nad kimkolwiek, poza władzą nad samym sobą, to ja zostałem usunięty z systemu akademickiego, jako stanowiący zagrożenie dla socjalistycznych decydentów nauki oraz procesu formowania i doskonalenia młodzieży akademickiej w ramach najlepszego z systemów, tak wspieranego m. in. przez Heliodora Muszyńskiego. Mimo to nie zaprzestałem działań na rzecz naprawy systemu akademickiego, na rzecz jego odchwaszczenia, co przez szkodników akademickich jest negatywnie oceniane, traktowane jako działania destabilizujące środowisko akademickie [sic !].

Z ludzkiego punktu widzenia trudno się nawet temu dziwić, bo w przypadku przyjęcia moich standardów [jakże odmiennych od tych wprowadzanych w życie przez prof. Heliodora Muszyńskiego] musieli by tacy potracić lukratywne stanowiska od doskonalenia naukowego.

Moim, niewątpliwie niedoskonałym zdaniem ( w końcu jestem jedynie doktorem) metodologia prof. Heliodora Muszyńskiego, do której prof. Śliwerski tak głęboko jest przywiązany, z nauką sensu stricte chyba nie ma wiele [o ile cokolwiek] wspólnego.

Prof. Śliwerski jednak nie zważa na swój postulat, aby krytykę patologii zacząć od własnego środowiska i nie krytykuje, lecz lansuje socjalistycznego profesora, specjalistę od doskonalenia polskiej młodzieży w czasach PRLu w duchu Marksa i Engelsa.

Chętnie bym poznał opinię w tej sprawie doskonałych naszych profesorów, w końcu mających za zadanie służbowo, no i moralnie, wspierać w nauce mniej doskonałych.

W nauce nie mają żadnego znaczenia stopnie i tytuły naukowe ? !

W ostatnim blogu [Wybór między destrukcją a nauką

http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2019/12/wybor-miedzy-destrukcja-nauka.html ] profesor bardzo zasadnie, ale jakby bardzo niezgodnie z wieloma swoimi wcześniejszymi wpisami, oznajmia :” w nauce nie mają żadnego znaczenia stopnie i tytuły naukowe ..” czym dokumentuje, że ma wiedzę na temat wartości tego co komisje i rady, w których sam od lat zasiada, aprobują i za co odpowiadają.

Jak stopnie i tytuły generowane są w systemie wsobnym, zamkniętym, bez możliwości merytorycznej krytyki, tak wewnętrznej, jak i zewnętrznej, ich znaczenie musi spadać, co ma miejsce od lat i konkluzja profesora ten proces jakby podsumowała.

Profesor pisze także:”zagraniczni eksperci zdiagnozowali fatalną politykę kadrową oraz strukturę naukowych obszarów badań, które utrwalają status quo, a związkowcy podejmują jeszcze uchwały, by wszystkim płacić tak samo według stanowisk pracy. Nawet dodatki motywacyjne chcieliby, jak w szkołach podstawowych, przyznawać każdemu tej samej wysokości, bo przecież – jak w socjalizmie – czy się stoi czy się leży tysiąc złotych się należy. Ciekaw jestem, co z tą socjalistyczną pozostałością uczynią rady uczelni? ” co wskazuje na to, że dobrze wie co w akademickiej trawie piszczy.

Potwierdza to wypowiedzią: „Możemy dalej działać w nurcie pomocy socjalnej koleżankom i kolegom, w wymiarze darów wdzięczności za wieloletnią współpracę z tymi, z którymi od -nastu lat jesteśmy w tych samych jednostkach akademickich. W ten sposób prowadzimy pedagogikę na naukową śmierć”, ale trzeba dodać, że ta wypowiedź jest słuszna także w stosunku do innych dziedzin nauki uprawianej w Polsce.

Na uwagę zasługuje także wiedza pana profesora odnośnie szkodliwych pozostałości socjalistycznych uczelni, ale jak on to godzi z jednoczesnym polecaniem metodologii socjalistycznego profesora Heliodora Muszyńskiego ?

Niekonsekwencje standardem

Prezentowane przez prof. Śliwerskiego niekonsekwencje, sprzeczności wewnętrzne argumentacji, nie są czymś niezwykłym w polskim środowisku akademickim, uformowanym w ramach metodologicznych założeń systemu komunistycznego. Bez zerwania z pozostałościami tego systemu, nie do końca obalonego, bez oczyszczenia, inaczej mówiąc odchwaszczenia, tak metodologicznego, jak i personalnego, takie niekonsekwencje są raczej standardem a nie wyjątkiem. Skoro członkowie rad od doskonałości naukowej takie niedoskonałości wykazują, marne są szanse na dobrą zmianę w domenie akademickiej.

Niby kto ma zacząć krytykę patologii od własnego środowiska, skoro ci, którzy nim zaczną, już są skończeni i to dożywotnio !

Skąd wziąć elity ? Koncepcja min. Gowina pod lupą.

Krauze

Skąd wziąć elity ? Koncepcja min. Gowina pod lupą.

W ubiegłym roku min. Gowin zasłynął wypowiedzią o tym, że skutkiem marca 1968 r. było „kolejne zerwanie ciągłości polskiej nauki”, jako że w wyniku antysemickich czystek z Polski wyemigrowało ok. 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego a wśród nich było ok. 500 pracowników naukowych, ok. 1000 studentów, https://dzieje.pl/wideo/wicepremier-gowin-skutkiem-marca-1968-r-bylo-zerwanie-ciaglosci-polskiej-nauki

Ponadto Gowin podkreślał, że „Marzec 1968 r. stał się pretekstem nie tylko do czystek antysemickich, ale również pretekstem do uderzenia we wszystkich, którzy byli wierni tradycji niezależności akademickiej, dążenia do prawdy ponad podziałami ideologicznymi” .

Jarosław Gowin (rocznik 1961), mimo że chodził wówczas zapewne jeszcze w krótkich spodenkach, tak te wydarzenia interpretuje, pomijając przykłady które winien znać z okresu kiedy zaczął chodzić w długich spodniach i był m. in. działaczem NZS a w końcu ministrem. Winien bowiem znać jako minister, że wśród wypędzonych z uniwersytetów było wielu tych, którzy zasłużyli się dla instalacji systemu komunistycznego w Polsce, także w strukturach akademickich i za swoje czyny winni odpowiadać w państwie prawa, a nie odpowiadali ani wówczas, ani do dnia dzisiejszego. Niektórzy z nich w III RP gościli na polskich uczelniach i nie można było przeciwko temu protestować ! Zygmunt Bauman może być symbolem tej elity, której tak min. Gowinowi zdaje się brakuje ?

Ciągłość tych elit nie została jednak brutalnie przerwana, jak się podnosi, gdyż elity czerwonej zarazy, jak to widzimy lepiej w dniu dzisiejszym, uległy transformacji w elity zarazy tęczowej, mimo strat osobowych jakie dotknęły nasze uniwersytety.

Kontrast z czystkami akademickimi roku 1986, o których minister milczał w ich 30 rocznicę i milczy nadal, nad wyraz jest widoczny. To ta czystka, a nie ta z roku 1968 r. dotknęła przede wszystkim tych, którzy byli wierni niezależności akademickiej i dążeniu do prawdy a min. Gowinowi jakby na tych wypędzonych nie zależało, a raczej jakby mu zależało na tym, aby o tych czystkach, wypędzaniach z uniwersytetów, i to nieraz dożywotnich, nikt nic nie wiedział. Nie widzi chyba przydatności takich akademików, niewygodnych dla komunistów, do formowania elit w czasach III RP, zresztą opozycja antykomunistyczna – także ! .

Wielokrotnie o tej zapomnianej wielkiej czystce akademickiej, pozamerytorycznej, uwarunkowanej politycznie, pisałem [ https://lustronauki.wordpress.com/2019/01/17/zapomniana-wielka-czystka-akademicka/ ] i informowałem o niej  szeroko, również min. Gowina. Bez skutku !

Minister przyjął podobną postawę jak wielu historyków, a także wielu uważających się za antykomunistów a nawet za takich uważanych – pełna zmowa milczenia.

Do tej pory nie znamy zakresu tych czystek a nawet ich sprawców, a także ofiar, którzy jak zostali wypędzeni, wyklęci ze środowiska akademickiego, tak i pozostali na tych samych pozycjach, bo stanowili zagrożenie tak dla elit czerwonej zarazy, jak i elit zarazy tęczowej. Nikt takich nie chciał/nie chce aby nie wpływali negatywnie na młodzież akademicką, na należyte, postępowe formowanie elit, czy to w kolorze czerwonym, czy tęczowym.

Ciągłość metod formowania elit – uderzająca.

Niewątpliwie, jak widać to najlepiej po latach, tak czystka roku 1968, jak i 1986 nie przerwała ciągłości elit czerwonych, a czystka r. 1986 jeno ułatwiła ich przekształcenie w elity wielobarwne, bo proces postępu akademickiego III RP tak je ubogacił w kolory.

Nikt z beneficjentów czystek nie protestuje jak rektorzy akademickich szkół polskich jednomyślnie potępiają tych, którzy występują w obronie świata wartości ulegającego degradacji.https://blogjw.wordpress.com/2019/09/02/rektorzy-po-ciemnej-stronie-mocy/ . Nikt nie zwalnia rektorów z ich funkcji, choć takimi działaniami negatywnie wpływają na młodzież akademicką.

Co więcej min. Gowin dyplomatycznie milczy, choć sam swoją reformą doprowadził do wzmocnienia władzy rektorów na drodze do stworzenia systemu formowania elit, co jest jego marzeniem  http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C414253%2Cgowin-moim-marzeniem-jest-stworzenie-systemu-formacji-elit.html .

Ostatnio na Forum Ekonomicznym w Krynicy min. Gowin wskazał kierunek ubogacenia się Polski w elity mówiąc „ w Polsce pracuje dziś ponad milion Ukraińców wykonujących relatywnie proste prace, powinniśmy zacząć walczyć o ukraińskich lekarzy, informatyków, naukowcówhttps://medianarodowe.com/gowin-wprost-o-sciaganiu-ukraincow-do-polski-moga-byc-przyszlymi-przywodcami/ , czyli jak można zrozumieć, co wcale nie jest takie łatwe, przyszłą polską elitą będą również Ukraińcy?

Dlaczego min. Gowin, podobnie jak jego poprzednicy, nie zaczął nawet walki o polskich naukowców wypędzonych z polskich uczelni w czasach czerwonej zarazy i jej transformacji w zarazę tęczową, a nawołuje do walki o naukowców ukraińskich, którzy do elity światowej bynajmniej nie należą ? Co więcej Ukraina ma poważne problemy ze swoimi elitami, a właściwie z ich brakiem.

Niestety u nas, mimo rozlicznych walk, front akademicki właściwie nie istnieje. Nikt nie walczy o likwidację standardów komunistycznych w formowaniu elit, które przetrwały mimo medialnego upadku komunizmu i były/są utrwalane także przez obóz solidarnościowo-niepodległościowy.

Także ‚nasze’ media, ,nasze, organizacje pozarządowe, takich tematów nawet nie podejmują, jakby mechanizmy formowania elit nie stanowiły tematu interesującego. Nikomu nawet nie wadzi, że komunizmu, ani stanu wojennego nie ma w historii elitarnej polskiej uczelni !

Jednocześnie trzeba przyznać trafną diagnozę ministra Gowina jeśli chodzi o polskie środowisko akademickie. Jest dużo większe zainteresowanie polskich naukowców, żeby wracać z zagranicznych uczelni, niż zainteresowanie polskich uczelni, żeby ich przyjmować – opowiadał wicepremier Jarosław Gowin. – Świat akademicki boi się wpuszczenia do tego swojego zatęchłego bajorka młodych szczupaków albo i rekinów, które sobie dobrze dają radę w nauce światowej. Jest jeszcze wiele barier mentalnych, które musimy pokonać, żeby młodzi Polacy chętniej wracali do Polski – kwitował minister

Ta diagnoza nie różni się od mojej, przedstawianej od lat, a nawet wieków, ale ani minister Gowin, ani jego poprzednicy, jakoś nic/niewiele zrobili aby było inaczej.

Przecież min. Gowin znając sytuację w polskim, rodzimym środowisku akademickim cały czas podkreślał, że jego reforma wychodzi naprzeciw oczekiwaniom tego środowiska i właściwie jest przez to środowisko tworzona. Miał więc świadomość tego, że to środowisko, beneficjenci komunistycznej, negatywnej selekcji kadr, nic nie zmieni w fundamentach systemu akademickiego.

Minister nie powołał ani jednego zespołu z polskiej diaspory akademickiej, aby przygotował projekt zmian w systemie,  takich aby polscy naukowcy z zagranicznych uczelni mogli wracać do Polski. Jakoś swoich barier mentalnych minister nie pokonał, aby stworzyć reformę przyjazną dla elit do tej pory pozostających poza polskim systemem akademickim.

Tym samym pozostaje mu apelować aby elity do zarządzania Polską czerpać z zasobów ukraińskich [sic !] na co po prostu brakuje słów.

Czy przy takich koncepcjach Polska tak naprawdę wybije się na Niepodległość ?

Rektorzy po ciemnej stronie mocy ?

kRASP LGBT

Rektorzy po ciemnej stronie mocy ?

[KRASP a LGBT]

Sierpień to jeden z przełomowych miesięcy polskiego kalendarza historycznego. Przed 40 niemal już laty sierpniowe wydarzenia na Wybrzeżu zatrzęsły władzą komunistyczną w Polsce i wydawało się, że dni czerwonej zarazy są policzone.

Niestety tak się nie stało, bo ta zaraza, jako choroba zakaźna, występowała wówczas masowo, nie tylko na terytorium naszego kraju. W sierpniu 1989 r. na premiera rządu, po medialnym obaleniu komunizmu, wybrany został Tadeusz Mazowiecki, ten o którym Stefan Kisielewski mówił „Zawsze wierzgał, jak przeciwko socjalizmowi się coś mówiło”. No i nadal wierzgał, więc komunizm u nas nie do końca został obalony, a czerwona zaraza nadal się szerzyła i nawet powiększała swojej zdobycze.

Jacek Fisiak, b. rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, profesor ciemnej strony mocy [ https://lustronauki.wordpress.com/2008/10/20/jacek-fisiak-profesor-anglistyki-i-ciemnej-strony-mocy/] wielce zasłużony dla szerzenia czerwonej zarazy w społeczności akademickiej i czyszczenia tej społeczności z elementu antysocjalistycznego, co prawda przestał być już ministrem edukacji narodowej [był nim w rządzie Mieczysława Rakowskiego], ale jego zasługi zostały docenione przez kolejnych komunistów u władzy w III RP.

Chyba wówczas jednak nikt się nie spodziewał, że niedługo czerwona zaraza zostanie zastąpiona przez zarazę tęczową i z lewacką ideologią będziemy nadal mieli do czynienia.

Po latach transformacji, w tym roku, godnym następcą Jacka Fisiaka na stanowisku rektora UAM okazał się prof. Andrzej Lesicki, który też stanął po ciemnej stronie mocy, ale już tęczowej.

Rektor nader trafnie zauważył [https://amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/oswiadczenie-rektora], że ” Przez ostatnie lata jesteśmy świadkami pogłębiającego się w Polsce sporu politycznego. Niestety, w ostatnich miesiącach jego uczestnicy coraz rzadziej sięgają po merytoryczne argumenty, zastępując je inwektywami, których jedynym celem jest znieważenie przeciwników „, ale nie zauważył w tej debacie ani siebie, ani wielu etatowych przedstawicieli środowiska akademickiego znieważających ludzi o odmiennej hierarchii wartości.

Ujawnił przy tym swoją orientację antykościelną: „Niepokojem napawa fakt, że i hierarchowie Kościoła Katolickiego, biorący udział w sporach ideologicznych wokół zjawiska określanego skrótem LGBT, używają mowy nienawiści, która może być odbierana jako nawoływanie do zwalczania osób o innych poglądach czy odmiennej orientacji”.

Co prawda Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu zwrócił rektorowi uwagę na niestosowność jego wypowiedzi, wyrażając „głębokie zaniepokojenie faktem ideologizacji przestrzeni uniwersyteckiej” [http://ako.poznan.pl/9366/ ], ale po stronie rektora UAM stanęli rektorzy akademickich szkół polskich [KRASP] i to jednomyślnie, wydając oświadczenie

[Stanowisko Prezydium KRASP z 20 sierpnia 2019 r. w spr. oświadczenia rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu20/08/2019 – https://www.krasp.org.pl/resources/upload/dokumenty/Uchwa%C5%82y/stanowiskoKRASP_UAM.pdf]

„Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, kierując się zasadami poszanowania praw człowieka, tolerancji i wzajemnego szacunku oraz koniecznością przeciwdziałania wszelkim przejawom dyskryminacji i nierównego traktowania ze względu na narodowość, płeć, religię, przekonania polityczne, niepełnosprawność czy orientację seksualną w poczuciu odpowiedzialności uczelni za kształtowanie wśród studentów i w całym społeczeństwie podstawowych wartości, na których oparte jest funkcjonowanie demokratycznego społeczeństwa, w obliczu nasilających się aktów agresji fizycznej i słownej oraz przejawów wrogości wobec przedstawicieli różnego rodzaju mniejszości, stymulowanych wypowiedziami osób publicznych, w pełni popiera przesłanie zawarte w oświadczeniu rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – prof. Andrzeja Lesickiego, opublikowanym 12 sierpnia br. na stronie internetowej https://amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/oswiadczenie-rektora.

Rektorzy zupełnie nie zauważyli braku tolerancji i braku szacunku do ludzi o odmiennych wartościach, opartych na fundamentach chrześcijańskich, manifestowanego – przez im podległych – etatowych profesorów polskich uczelni jak np. prof. Jana Hartmana czy prof. Joannę Senyszyn. Wobec ich poczynań/ekscesów, jak do tej pory,  KRASP nie wydała chyba ani jednego oświadczenia.

KRASP zatem ich toleruje/ aprobuje, a nawet tworzy wspólnie swoisty Front Jedności Akademickiej, stojący po tej samej, ciemnej stronie mocy. W/w profesorowie raczej funkcjonują w systemie akademickim jako swoiste piorunochrony, zbierające na siebie gromy ze strony mniej postępowych. Wielu naiwnym nawet do głowy nie przychodziło, że ich pracodawcy – rektorzy ‚grają w tej samej drużynie’.

Oświadczenie KRASP chyba te dotychczasowe nieporozumienia dostatecznie wyjaśnia. Inwektywom, znieważaniu uczuć religijnych i symboli narodowych, na marszach LGBP i w wypowiedziach ich akademickich miłośników, nie poświęcają ani jednego zdania w swym oświadczeniu. [sic!]. Czyli takie znieważanie jest dozwolone ?

Rektorzy, apelują o tolerancję, przeciwdziałanie dyskryminacji, nierównemu traktowaniu, ale od czasów czerwonej zarazy wykazywali brak tolerancji dla niezależnego myślenia -szczególnie krytycznego, dla nonkonformizmu naukowego, bez którego nauka sensu stricto nie może istnieć, dla naukowców/nauczycieli akademickich o innej orientacji intelektualnej – niszcząc/przywalając na niszczenie, tych zorientowanych na poszukiwanie prawdy, czyli realizujących swój [i każdego akademika] podstawowy obowiązek. Spektakle kłamstwa i nienawiści wobec takich, niewygodnych dla przewodniej siły narodu, nigdy nie zostały potępione – czyli było i jest O.K.

Skutki takiej postawy nader jasno są widoczne w niemocy polskiego systemu akademickiego, także w niemocy do samo naprawy. W czasach rozprzestrzeniania się tęczowej zarazy nic się nie zmieniło, a jeno nasiliły się ataki na wartości chrześcijańskie, których obrona jest kwalifikowana jako ‚mowa nienawiści’.

Natomiast nienawiść do wartości chrześcijańskich, istota tej ideologii, nie jest traktowana jako nienawiść, tylko jako obrona praw człowieka – do nienawiści ? !

Środowiska akademickie nie zdołały się wyleczyć z amnezji historycznej, pozostały nadal niezdolne – tak intelektualnie, jak i moralnie, do poznania swych fundamentów, poznania własnej historii w czasach czerwonej zarazy, które z obecnej perspektywy jawią się jako stadium juwenilne zarazy tęczowej.

Jakoś demokratycznie wybierani rektorzy nie okazali się zdolni do stania na straży prawdy, wolności, godności. Poszukiwanie prawdy pousuwano ze statutów uczelni i z obowiązków akademickich. Wypędzeni z uniwersytetów w czasach czerwonej zarazy, wolności -wykładania/formowania studentów według odmiennych od czerwonych/tęczowych wartości – nie odzyskali, a godność mniej utytułowanych nadal jest deptana.

Nie ma wątpliwości, że brak rozliczenia się z czerwoną zarazą w sektorze akademickim i jej transformacja w zarazę tęczową, jeszcze bardziej szkodliwą dla zdrowia akademickiego i społecznego, stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla uniwersytetów, ale i dla losów całej naszej cywilizacji.

Skoro rektorzy stanęli po ciemnej stronie nocy należałoby ich przenieść w stan nieszkodliwości, co zresztą postulowałem jeszcze w okresie szerzenia się czerwonej zarazy [czasy jaruzelskie]. Ale kto to zrealizuje, kiedy po reformie Gowina niemal cała władza akademicka przechodzi w ręce rektorów ?

P.S.

Rozszerzenie tych refleksji można znaleźć w setkach moich tekstów zebranych na stronie Blog akademickiego nonkonformisty https://blogjw.wordpress.com/ [ 15 tomików !], z którymi jak do tej pory,  ani rektorzy, ani ‚Goliaci nauki polskiej’,  nawet nie podjęli debaty merytorycznej [zachęcani do niej !].  O próbie przejścia na jasną stronę mocy, chyba do tej pory nawet nie pomyśleli, a podległe im środowisko akademickie taki stan rzeczy zdaje się zadowala.

Polska Akademia Nauk układem zamkniętym ?

Polska Akademia Nauk układem zamkniętym ?

Dla zreformowania niewydajnego systemu nauki opracowana została ‚Konstytucja dla nauki’ wprowadzana od roku w życie, mimo że budziła i nadal budzi wiele kontrowersji. Konstytucja ta ma służyć nauce w Polsce, ale nie dotyczy Polskiej Akademii Nauk. Zdumiewające – nieprawdaż ?

Czyżby w PAN nie uprawiano nauki, mimo że jest to ustawowo państwowa instytucja naukowa. Co prawda instytucja ta została powołana w czasach stalinowskich, aby zabezpieczała intelektualnie wprowadzany system komunistyczny, ale trochę nauki i to sensu stricto, a nie tylko przymiotnikowej, tam uprawiano.

Wielu profesorów, jeszcze chowu przedwojennego, których usuwano z uniwersytetów aby nie wpływali negatywnie na młodzież akademicką wychowywaną w duchu socjalistycznym, przenoszono właśnie do PAN. Coś w nauce mogli tam robić, choć nie mogli tam aktywnie wychowywać młodzieży, stąd mówiono o takich, że spoczęli w PANie.

Taki system funkcjonował do końca PRL,  i kto się nie zhańbił np. przynależnością do ZMS i nie był mile widziany na uniwersytecie, miał jakieś szansę zrobić doktorat w PAN, bo doktorów jednak potrzebowano, aby docenci mogli awansować na profesorów, do czego trzeba było wypromować choćby jednego doktora.

Kiedy przed transformacją ustrojową czyszczono uczelnie z elementu nieodpowiedniego do przekształcenia PRLu w PRL-bis, była jakaś szansa dla nieodpowiednich na zaczepienie się w PANie.

Co prawda trzeba było się liczyć z koniecznością realizowania akademickich dostaw obowiązkowych – przekazywania wiedzy niezbyt kompetentnym dyktatorom PANowskim. Wymuszenia dostaw realizowano np. wg schematu – „pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, jest wiedzą PANu – dawaj pan, co pan zrobił, bo będzie wariant uniwersytecki ” ( czyli wypędzenie także z PANu, choć nie z raju).

Tym niemniej, w konspiracji przed panującymi w PANie, coś można było jednak zrobić. Po zrealizowaniu dostaw obowiązkowych, podczas urlopów, w weekendy, za drobne oszczędności można było robić z pasji naukowej jakieś badania, coś potajemnie publikować za granicami, utrzymywać kontakt z pracownikami nauki, brać udział w sympozjach, prowadzić wymianę publikacji. Rzecz jasna ryzykując represje, kiedy np. przychodziła korespondencja zagraniczna, a na kopercie na pierwszym miejscu figurowało nazwisko obowiązkowego dostawcy wiedzy dla panujących w PANie, a nie nazwa instytucji PANowskiej.

Urzędu cenzury już nie było, a cenzura PANowska była jeszcze bardziej zaostrzona. Rozmowa z kolegą bez zgody panującego – to reprymenda. Podobnie jak wyjście z zebrania PANowskiego do toalety, bez zapytania o zgodę panującego.

Tak, tak, ludziska myślą, że PAN to nie przedszkole, ale się grubo mylą !

Nazwy w polskim systemie akademickim są mylące. Mamy  takie instytuty naukowe, które żyją głównie z wynajmu nieruchomości, bo nauki w nich tyle, co kot napłakał, albo i mniej. Jak się w nich naukę i naukowców niszczy, to bilans może być nawet ujemny !

Może to była przyczyna, że ‚Konstytucja dla nauki’ nie objęła swym zasięgiem Polskiej Akademii Nauk ?

Niedawno ogłoszono projekt ustawy o PAN niezależny od ‚Konstytucji dla nauki’, ale zależny od raportu Najwyższej Izby Kontroli [Finansowe nieprawidłowości w Polskiej Akademii Nauk. Wynagrodzenia naukowców niezgodne z ustawą kominową – https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/finansowe-nieprawidlowosci-w-polskiej-akademii-nauk-wynagrodzenia-naukowcow-niezgodne-z-ustawa-kominowa.html, który wykazał nieprawidłowości finansowe dotyczące wynagradzania naukowców PAN.

Rzecz jasna, sprawa dostaw obowiązkowych nie była przedmiotem kontroli NIK, bo te dostawy zawsze były tak ukryte, że pozostawały poza kontrolą.

Przeciwko reformie PAN protestują naukowcy zatrudnieni w PAN.

List otwarty w sprawie tzw. małej nowelizacji ustawy o Polskiej Akademii Nauk https://www.petycjeonline.com/list_otwarty_w_sprawie_tzw_maej_nowelizacji_ustawy_o_polskiej_akademii_nauk?fbclid=IwAR1A5giCqIONj23ktpKtwoqXr-yPHNE-Qgv33edWKFfftNF08ak8kw1UMxs podpisało 407 naukowców.

Naukowcy informują, że w projekcie ustawy, ‚w sposób radykalny zwiększa się funkcje nadzorcze Prezesa PAN nad instytutami o realizację działań statutowych jednostek i prawidłowości wydatkowania środków publicznych’. „Nowelizacja przekazuje kompetencje sądów Prezesowi PAN, co jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie.”

Naukowcy nie kwestionują prawa Prezesa PAN do odwoływania dyrektora, ‚jednakże w świetle nowelizacji z procedury tej zostają wyeliminowane jakiekolwiek mechanizmy odwoławcze, które są przecież fundamentalne dla wszelkich tego rodzaju procedur o charakterze administracyjnym ‚.

Ponadto argumentują ‚W odniesieniu do audytu „jakości prowadzonych badań naukowych” powoływane będą krajowe i zagraniczne zespoły kontrolne, co stanowi wotum nieufności wobec Akademików, którzy czuwają nad rozwojem instytutów poprzez swój udział w Radach Naukowych i Radach Kuratorów. Wykonywanie zaleceń co do jakości badań to jednocześnie pretekst do ingerencji w strukturę instytutów możliwie najwygodniejszy, bo niedający się sprecyzować i ujednoznacznić.”

I dalej „Za sprawą proponowanych regulacji przywrócony zostanie zatem centralistyczny, funkcjonujący do czasu przemian ustrojowych, model zarządzania instytutami naukowymi PAN, którego to modelu głównym znakiem rozpoznawczym będzie destabilizacja prowadzonych badań i niemożność kształtowania skutecznych i sensownych programów badawczych, zgodnych z misją Akademii zapisaną w art. 2 obecnej ustawy o PAN. Można się spodziewać, że w tym czasie niektóre jednostki albo przestaną istnieć, albo przekształcą się w niewydolne instytucje „naukopodobne”, zaś wielu spośród nawet dobrych i fachowych dyrektorów, cieszących się poparciem środowisk naukowych, przestanie pełnić tę funkcję’.

Argumenty mocne i zróżnicowane, ale chyba nie wszystkie zasadne. Wszak mamy już w PANie niewydolne i naukopodobne instytuty, czego protestujący naukowcy nie podnoszą i nie podają jakiegoś remedium, aby tak dłużej nie było.

Taki stan rzeczy to jest aktualna rzeczywistość, a nie przyszłość, po wprowadzeniu nowej ustawy.

Podnoszona, jako przewidywany skutek nowelizacji ustawy, ‚destabilizacja prowadzonych badań i niemożność kształtowania skutecznych i sensownych programów badawczych’ miała miejsce i po przemianach ustrojowych, które  jakoś nie przemieniły PANu w wydajną i przyjazną dla pasjonatów nauki instytucję.

Szczególnie uderzająca jest jednak argumentacja, wręcz przestrach akademików, wobec zakładanej w ustawie możliwości zewnętrznej kontroli tego co akademicy robią, czy raczej robić powinni.

Niestety, przez lata nauka w Polsce, także w PAN, funkcjonowała w układzie raczej zamkniętym, gdzie sami swoi nawzajem się oceniali, awansowali i samych swoich na etaty przyjmowali, co skutkuje kiepską na ogół pozycją nauki uprawianej w Polsce w relacjach do nauki światowej.

Środowiska akademickie są zamknięte nie tylko na oceny ze strony akademików zagranicznych, ale także tych z Polonii akademickiej, czyniąc wiele, aby ci nigdy do Polski nie wracali i nie stanowili zagrożenia dla ich błogostanu.

Potencjalna destabilizacja błogostanu akademickiego to ważny argument, stosowany w praktyce, dla zamykania polskich instytucji, z nazwy naukowych, przed pasjonatami nauki, którzy albo wyjeżdżali i nadal wyjeżdżają na stałe za granicę, albo starają się realizować w instytucjach pozaakademickich.

Instytucje akademickie walczą aby były stabilne swoimi patologiami i nikt ich nie destabilizował.

Pozoranctwo naukowe, podobnie jak pozoranctwo edukacyjne na uniwersytetach [nie tylko przymiotnikowych] finansowane z kieszeni podatnika, to cecha polskiego systemu akademickiego i bez utraty tej cechy nic się nie zmieni.

Nie pieniądze są najważniejsze, a walka o zwiększanie finansowania patologicznego systemu tylko zwiększy marnotrawstwo pieniędzy !

Właśnie kontrola zewnętrzna, w tym zagraniczna, nad poczynaniami naukowców jest niezbędna, aby nauka uprawia w Polsce nie była mizerna, aby nie była nauką przymiotnikową  a nauką sensu stricto.

W krajach o wysokim poziomie nauki jest przyjęte, że w ocenach dorobku naukowców starających się o awanse, biorą udział specjaliści międzynarodowi, co u nas jest marginesem. A zdaje się protestujący chcieliby i ten margines wyeliminować.

Nawet zewnętrzna, krajowa kontrola efektów naukowych projektów finansowanych z kieszeni podatnika w obecnym systemie jest niemożliwa. Jeśli naukowiec dostaje na projekt setki tysięcy, a nawet miliony zł , i kończy się to jakimś bublem, to podatnikowi nic do tego ! Nie dostanie nawet informacji dlaczego do czegoś takiego dochodzi, bo jest traktowany jako „ nieuczciwa konkurencja”.

Fakt, dla nieuczciwości uczciwość stanowi konkurencję !

Ale system, który niszczy taką konkurencję, nie jest do zaakceptowania.

Gospodarka oparta na bałamutnej wiedzy, jaką dostarczają nieraz akademicy i to wysoko oceniani przez samych swoich, nie ma szans na rozwój, a ma wiele szans na ponoszenie strat. Bez otwarcia się systemu na kadry oraz kontrole/oceny zewnętrzne, nie ma szans na taki rozwój, na jaki Polska zasługuje i na co potencjał intelektualny jej obywateli by pozwolił.

System akademicki, nie tylko PAN, nie może być układem zamkniętym i argumenty akademików protestujących przeciw otwarciu systemu muszą budzić sprzeciw każdego odpowiedzialnego za Polskę obywatela.

Ja w każdym razie nie wyrażam zgody na przeznaczenie chociażby 1 gr z moich podatków na finansowanie instytutów – nie tylko PANowskich- funkcjonujących w układzie zamkniętym.