Czy nasze uczelnie zdołają się wybić ponad mierność ?

Kurier

Utrwalanie mierności

Józef Wieczorek

Kurier Wnet nr 43, styczeń 2018

Jesteśmy potęgą jeśli chodzi o ilość uczelni z nazwy wyższych, ale najlepsze z tych uczelni ciągną się w ogonach prestiżowych rankingów uczelni światowych, a także europejskich.

W rankingach wyprzedzają nas nie tylko uczelnie takich potęg naukowych jak USA, czy Wielka Brytania, ale także uczelnie krajów stosunkowo małych i do potęg naukowych nie należących, jak Holandia, Irlandia, Austria….

Lipne dyplomy, marne tytuły

Na polskich uczelniach zatrudnianych jest wielu profesorów i to prezydenckich [tzw. belwederskich] i mnóstwo doktorów habilitowanych tworzących grupę tzw. pracowników samodzielnych, którzy jednak samodzielnie nie zawsze potrafią uformować naukowców na takim poziomie, aby się liczyli w konfrontacji i współpracy z naukowcami światowymi. Z nazwy samodzielni, nawet nie zawsze są w stanie formować absolwentów na należytym poziomie magisterskim czy licencjackim, stąd dyplomy polskich uczelni niewiele są warte.

Wiele z nich to są lipne dyplomy pochodzące z plagiatów, czy po prostu z kupowania prac stanowiących podstawę otrzymania dyplomu.

Firmy piszące od lat prace dyplomowe na zamówienie nie upadają, więc widać, że popyt na nie się utrzymuje. W takich firmach nieraz dorabiają sobie i etatowi pracownicy uczelni, co dokumentuje ich swoisty „etos”.

Z tym procederem od lat podejmuje się walkę, ale raczej pozorowaną, bo nieskuteczną. Nie bez przyczyny, bo i kadry akademickie, najwyższego nawet szczebla, nie brzydzą się plagiatowaniem dając zły przykład studentom.

W ramach reformowania sektora akademickiego planuje się nawet zniesienie konieczności pisania prac licencjackich, skoro profesorowie nie są w stanie zapewnić ich poziomu i oryginalności. Nie mają na to czasu ! Tak się tłumaczą, choć za taką pozorowaną pracę są gratyfikowani z kieszeni podatników. Nie planuje się jednak zniesienia habilitacji i profesur prezydenckich skoro ich poziom jest kiepski.

Z ostatnich kontroli NIK wynika, że liczba magistrów i doktorów maleje, a rośnie liczba doktorów habilitowanych i profesorów, na ogół pochodzących z „chowu wsobnego”, ale ten wzrost tytularny przekłada się na spadek poziomu tak naukowego, jak i edukacyjnego.

W III RP osiągnęliśmy wysoki poziom formalnego wykształcenia społeczeństwa, ale jednocześnie spadek wartości wykształcenia realnego. Starsi wyrażają często opinię, że przedwojenna matura w II RP miała większe znaczenie od dyplomu wyższej uczelni w III RP. I nieco podobnie jest z profesurami. Profesor gimnazjum w II RP to był ktoś, profesor wyższej uczelni w III RP – niekoniecznie.

Jesteśmy potęgą tytularną, ale zarazem mizerią naukową. Ci, którzy uprawiają naukę na poziomie światowym – to margines, podobnie jak ci, którzy potrafią i chcą formować nowych naukowców na poziomie.

Gdzie są nasze elity ?

Niestety elity mamy marne. Wiadomo, były niszczone przez okupantów, czy to niemieckich, czy komunistycznych, ale mimo trwania już niemal 30 lat III RP nie uległy one odtworzeniu i nawet nie widać, aby taki proces się zaczął.

Należy pamiętać, że ostatnią czystką wśród elit nie był rok 1968, o którym to roku się pamięta, lecz okres wojny jaruzelsko-polskiej i to nie tylko na początku wprowadzenia stanu wojennego, ale także przed upadkiem komunizmu, przed rozpoczęciem tzw. transformacji ustrojowej, kiedy weryfikowano elity akademickie niewygodne – bo nonkonformistyczne.

Jednocześnie wśród wielkiej fali emigracyjnej lat 80-tych znalazły się tysiące studentów i pracowników akademickich, co spowodowało ubytek co najmniej kilkunastu procent populacji akademickiej i technicznej.

Niestety w III RP te procesy nie zostały zatrzymane. Usuwani z uczelni w ramach czystek politycznych na ogół nie wracali na uczelnie, nie unieważniono prawnie tych ekscesów, chociaż było to bezprawie, od którego nawet do sądów nie można było się odwoływać, a weryfikatorzy często nie są znani z imienia i nazwiska do dnia dzisiejszego. Beneficjentami PRLu pozostali konformiści.

Po czystkach powstała luka pokoleniowa, co stanowiło znakomity pretekst do rozwoju wieloetatowości a w konsekwencji do pozoranctwa naukowego i edukacyjnego. uprawianego na rosnących jak grzyby po deszczu uczelniach z nazwy wyższych.

Na uczelniach niepublicznych, w niemałym stopniu tworzonych przez dawną nomenklaturę, zatrudniani byli na kolejnych etatach pracownicy z uczelni publicznych.

Rzekomo ta wieloetatowość była wymuszana niskimi zarobkami, ale jakoś tak na tych kolejnych etatach zatrudniani byli najlepiej zarabiający na etatach pierwszych, w tym rektorzy, dziekani i profesorowie.

Rekordziści zatrudniani byli nawet na kilkunastu etatach i mimo ograniczeń wieloetatowość pozostała do dnia dzisiejszego, bo dwa etaty to też wiele, tym bardziej, że tacy są i na innych pozaakademickich etatach, stanowiskach.

Prezydenci miast, posłowie, sędziowie – szczególnie ci szczebla najwyższego – to często także profesorowie wyższych uczelni, czasem nie tylko jednej. Nawet jak zaniedbują studentów [bo niby jak inaczej może być ?] uczelnie obficie ich wynagradzają, mimo że podobno są biedne. Fakt – moralnie biedne są nadzwyczaj.

Emigracja na Zachód się nie zmniejszyła, a nawet po wejściu do EU zdecydowanie się zwiększyła. Ocenia się, że po 2004 wyjechało ponad 30 000 młodych ludzi aktywnych na polu akademickim. Przez lata kształcimy zatem w znacznej mierze elity dla zagranicy, a nie dla Polski.

Jednocześnie nie zniesiono barier dla powrotów tych, którzy wyjechali wcześniej i nie tylko bariera finansowa była tu decydująca. Polski system akademicki pozostał kompatybilny z krajami postkomunistycznymi, stąd jeszcze w 2004 r. uznawano w Polsce dyplomy, stopnie i tytuły naukowe osiągnięte w takich krajach jak Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Mongolia, Korea Północna, Libia, Kuba itp. a np. wybitny polski naukowiec z kraju zachodniego mógłby być zatrudniony na polskiej, nawet kiepskiej uczelni, co najwyżej na słabo płatnym etacie adiunkta, bo przecież nie miał swoistej dla naszego systemu habilitacji. No chyba, że zrzekł się obywatelstwa polskiego ! [ udokumentowany przykład dr Zbigniewa (Ben) Żylicza].

Mieliśmy zatem do czynienia z dyskryminacją obywateli polskich przy rekrutacji pracowników naukowych na polskie uczelnie.

Do polskiego systemu akademickiego wprowadzono jednocześnie wielu naukowców z habilitacjami pochodzącymi z tzw. turystyki habilitacyjnej do krajów postkomunistycznych m. in. na Ukrainę, a następnie na Słowację.

Zatem mamy elity zakorzenione w systemie komunistycznym, także mentalnie.

Przez lata konkursy na obsadzanie stanowisk akademickich ustawiane są tylko na swoich. Kryteria genetyczno-towarzyskie są ważniejsze od merytorycznych. Żaden, nawet najwyższej klasy naukowiec, o ile konkurs nie jest na niego ustawiony, nie ma wiele szans na etatowe zatrudnienie. Kiedyś o zatrudnieniu na uczelni, także o awansach, decydowała POP PZPR. Dziś nader często decydują o tym sitwy akademickie, aprobujące tylko samych swoich, którzy im nie zagrażają intelektem i pojmowaniem istoty rzeczy.

Trudno się zatem dziwić, że nasze uczelnie są słabo notowane w świecie, a co gorsza są mało przydatne dla polskiej gospodarki, której innowacyjność lokuje nas w ogonie państw europejskich.

Uczelnie są kolebkami elit, nie tylko akademickich, ale także politycznych, gospodarczych, kulturalnych , ale skoro uczelnie są kiepskie, to i elity także.

Co z wymianą kadr ?

Przy instalacji systemu komunistycznego kadry uformowane w II RP i mało przydatne, lub nieprzydatne do budowy nowego systemu, zastępowano stopniowo kadrami formowanymi przez ZMP i PZPR. Z uczelni rugowano przedwojennych profesorów, aby ci nie wpływali negatywnie na młodzież akademicką. Wielu przenoszono na wcześniejszą emeryturę, lub przesuwano do utworzonej Polskiej Akademii Nauk.

Po 1968 r. kiedy wprowadzono do systemu akademickiego tzw. „docentów marcowych” za zasługi w utrwalaniu władzy ludowej, nie patrząc na kryteria merytoryczne, a katedry obsadzane jeszcze przez starych profesorów zastępowano instytutami obsadzanymi przez generację ZMP, poziom edukacji wyższej, jak i poziom moralny kadr akademickich wyraźnie się obniżał.

Okres wojny jaruzelsko-polskiej z czystkami kadrowymi dopełnił procesu degradacji środowiska akademickiego, który po 1989 r. bynajmniej nie został zatrzymany.

Po czystkach końca PRL i wzmożonej emigracji pozostała luka pokoleniowa, ale niewygodnych dla beneficjentów i tak nie przywracano na uczelnie. Nadal stanowili zagrożenie dla stabilnego patologiami środowiska akademickiego. Pozostali w nim natomiast zarówno jawni, jak i tajni współpracownicy systemu kłamstwa i ich zwolennicy. Nikogo dziś nie nie bulwersuje rektor, który na początku roku akademickiego mówi otwarcie -my oszukujemy !

Ale na oszukiwaniu, na pozoranctwie naukowym i edukacyjnym silnych uczelni nie da się zbudować.

Do tej pory nie podjęto próby dekomunizacji środowiska akademickiego, a spóźniona o lata próba lustracji spotkała się z nonkonformistycznym protestem zwykle konformistycznych kadr akademickich, które za żadne skarby nie chcą poznać swej historii.

Próby reformowania systemu akademickiego bez zmian kadrowych nie dają pozytywnego rezultatu. Negatywnie selekcjonowane środowisko akademickie, tak w PRL, jak i w III RP utrwala jedynie patologie, pozoruje edukację z nazwy jedynie wyższą i naukę na potrzeby zdobywania kolejnych stopni i tytułów, a w niemałym stopniu bezużyteczną dla nauki sensu stricto i dla społeczeństwa.

Kadry na należytym poziomie to jest jedynie margines dużej, ponad 100 tysięcznej populacji akademickiej , a i ten margines opuszcza kraj i to na stałe, szukając bardziej przyjaznych warunków dla swojego rozwoju.

Od początku III RP aż do tej pory nie podjęto należytych starań na otwarcie tego systemu na polską diasporę akademicką ani na fachowców pozostających poza murami uczelni.

Czy przy takiej polityce kadrowej jest możliwe wyjście z kryzysu ?

Czy ten system naprawi Konstytucja dla nauki ?

System akademicki próbowano w III RP wielokrotnie reformować, ale tak, aby zasadniczo wszystko pozostawało po staremu. Stąd uczelnie pozostały skansenami nie do końca upadłego systemu komunistycznego. A poziom jeszcze się obniżył, bo relikty innego systemu – II RP – które w PRLu poziom jeszcze trzymały, całkiem już odeszły.

Zorientowany w kiepskim stanie nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin, minister w rządzie „dobrej zmiany”, przystąpił do próby reformowania tego sektora, zdając sobie sprawę, że bez tego inne reformy, w tym najważniejsza – gospodarcza, nie mogą rozwinąć skrzydeł.

Po dwóch latach prac, po dziewięciu konferencjach zorganizowano Narodowy Kongres Nauki, na którym minister ogłosił projekt nowej ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym, nazwany „Konstytucją dla nauki.”

Niestety nie jest to projekt radykalnych zmian, a takich zmian wymaga ten obszar.

Projekt konsoliduje dotychczasowe ustawy, nieco spraw modyfikuje w dobrym kierunku, więc może bezpośrednio nie zaszkodzi temu sektorowi, ale czy go poprawi znacząco ?

Konstytucja” skonstruowana jest na słabym fundamencie. Nie uwzględnia genezy obecnych kadr akademickich i nie bierze pod uwagę zmian kadrowych, bez czego trudno sobie wyobrazić możliwość przeprowadzenia głębokich reform i skuteczne ich wdrożenie w życie.

Konstytucja dla nauki” jest raczej obszerną (175 stron, 457 art.), szczegółową instrukcją obsługi uczelni, a nie dokumentem prezentującym filozofię i główny zestaw reguł, którymi uczelnie, instytucje naukowe, mają się kierować w swej działalności.

Na kształcie konstytucji zaważyła filozofia jej opracowania. Propozycje zmian przygotowywały trzy krajowe zespoły beneficjentów tego dotąd patologicznego systemu, a nie poproszono o przygotowanie osobnej wersji ustawy polskich naukowców pracujących za granicami, w dobrych ośrodkach naukowych. Warto by było z taką propozycją się zapoznać, poznać jak działają systemy bardziej wydajne i zastanowić się dlaczego polscy naukowcy w krajowym systemie mają osiągnięcia dość mierne a poza granicami kraju – znaczące.

Różnice finansowe tego nie tłumaczą wystarczająco.

Również w Polsce jedni są finansowani i niewiele co znaczącego robią, a inni i bez finansowania robią więcej, ale tych to nikt u nas nie chce !

Może tu jest pies pogrzebany – mamy nadal negatywną selekcję kadr odziedziczoną po PRLu. Negatywnie wyselekcjonowani nie chcą tak naprawdę tego systemu radykalnie zmienić i nie chcą nawet poznać propozycji zmian tych, którzy do tego patologicznego systemu po prostu się nie nadają.

Minister mówi o potężnej diasporze polskich naukowców, których by chętnie widział z powrotem w polskich ośrodkach, ale póki co, nawet ich nie ma w polskich bazach danych ludzi nauki – z małymi wyjątkami.

Jeszcze przed ujawnieniem „Konstytucji dla nauki” utworzono Narodową Agencję Wymiany Akademickiej (NAWA), która ma m. in. wspierać powroty do kraju polskich naukowców. Ale jakie zapisy ‚Konstytucji’ ich do tego zachęcą, skoro nasz system nadal nie będzie kompatybilny z systemami w których pracują ?

Który polski profesor np. z uniwersytetu Harvarda, czy z Oxfordu, zechce wrócić do Polski, gdzie nie będzie mógł promować doktorów, bo nie ma habilitacji ?

W jaki sposób osiągniemy doskonałość naukową skoro nieraz słaby doktor habilitowany – bo takich mamy coraz więcej – będzie miał większe prawa kreowania nowych naukowców z uprawnieniami niż wybitny doktor o światowym dorobku ?

Konstytucja nie stymuluje powoływania międzynarodowych komisji do oceny kandydatów na kolejne stopnie czy stanowiska naukowe. Polski doktor (nawet wykluczony z polskiego systemu akademickiego) może być członkiem takich komisji w innych krajach, ale nie w Polsce !

Projektu reform korzystnych dla polskiej diaspory akademickiej nie przygotowano.

Art. 3. 2. Konstytucji mówi : System szkolnictwa wyższego i nauki funkcjonuje z poszanowaniem standardów międzynarodowych, zasad etycznych i dobrych praktyk w zakresie kształcenia i działalności naukowej oraz z uwzględnieniem szczególnego znaczenia społecznej odpowiedzialności nauki.

Proponowane założenia odbiegają jednak od standardów międzynarodowych (szczególnie zachodnich), nie rokują nadziei na poprawę niskich zasad etycznych (czy raczej ich braku) i dobrych praktyk (często bardzo złych) w zakresie kształcenia i działalności naukowej.

W „konstytucji” nie widać skutecznych mechanizmów eliminowania patologii negatywnie wpływających na efekty nauki i edukacji.

A należało się spodziewać opcji – zero tolerancji dla patologii w nauce i szkolnictwie wyższym.

Nie prowadzi się nawet monitoringu patologii akademickich, w ustawie nie ma propozycji instancji rzecznika praw pracownika nauki/mediatora akademickiego, więc krzywdzeni pracownicy nie będą mieli gdzie się zwracać, aby takie problemy rozwiązać.

Dla zrealizowania ustawy minister zapowiada zwiększenie wydatków na naukę z obecnych 0,43 proc. PKB, z do 1% PKB, ale nie deklaruje zwiększenia efektywności wydatków.

Warto mieć na uwadze fakt, że nasze sądownictwo pochłania 1,77 % PKB przy średniej europejskiej 0,6 %, a ten sektor jest jeszcze w gorszym stanie niż sektor akademicki. Czy zatem zwiększenie środków na sektor nauki do poziomu wydatków jak w UE poprawi jego jakość ?

W ostatnich latach przeznaczono dużo środków na infrastrukturę akademicką – i co ? Infrastruktura jest na poziomie europejskim, a nauka – poniżej.

Nie ma projektu finansowania efektów pracy, a nie etatów (czasem fikcyjnych) i kontrolowaniau finansów kierowanych do sektora nauki i edukacji, mimo że wyniki tego finansowania są kiepskie.

Głęboka reforma nie może polegać na tym, że zrobi się dobrze dla beneficjentów patologicznego systemu.

Nie bez przyczyny „konstytucja” spotkała się z życzliwym przyjęciem znacznej części strony środowiska akademickiego, które na reformy radykalne zwykle reaguje protestami. To budzi obawy o pozytywne skutki reformy – w końcu to środowisko w niemałym stopniu pochodzi z negatywnej selekcji kadr i ponosi współodpowiedzialność za kiepski stan nauki i edukacji w Polsce.

Bez przeniesienia w stan nieszkodliwości, tych którzy znaleźli się w nauce [tzn. na etatach] z przyczyn politycznych, towarzysko – genetycznych, po ustawianych na nich konkursach, którzy szkodzili, niszczyli lepszych od siebie, którzy oszukują studentów, trudno sobie wyobrazić pozytywne zmiany.

Pozytywnym zmianom będą także zapobiegać utrzymane w systemie czynniki patogenne, jak np. brak mobilności kadr, czy wieloetatowość za zgodą rektora.

Główna wada tej „konstytucji” jest jednak taka, że jej przyjęcie w proponowanym kształcie spowoduje, że przez kolejne lata, co najmniej przez lat kilkanaście, nasz system akademicki nadal będzie niewydolny, a nasze uczelnie zapewne nie wybiją się ponad mierność.

Trudno sądzić, że po takiej reformie ogromny kapitał intelektualny Polaków, zostanie należycie wykorzystany do budowy takiej Polski na jaką Polacy zasługują.

Reklamy

Profesor wdrożeniowy ?

Podaj cegłę

[Wdrażanie systemu – Aleksander Kobzdej „Podaj cegłę”, 1950, Muzeum Narodowe, Wrocław]

Profesor wdrożeniowy ?

PAP podaje :Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego planuje uruchomienie specjalnej, wdrożeniowej ścieżki kariery akademickiej, tak by stopnie naukowe można było uzyskiwać nie za prace teoretyczne, tylko za wdrożenia gospodarcze – mówi PAP szef resortu, wicepremier Jarosław Gowin. To jeden z wielu pomysłów ministerstwa na pobudzenie innowacyjności na uczelniach wyższych. „. [ Gowin: doktorat, habilitacja, profesura także za wdrożenia gospodarcze – http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,410159,gowin-doktorat-habilitacja-profesura-takze-za-wdrozenia-gospodarcze.html].

Niewątpliwie wprowadzenie stopni/tytułów wdrożeniowych pobudziłoby innowacyjność uczelni wyższych, które by obdarzyły tytułami liczne zastępy tych co do nauki nic/niewiele wnieśli. To już było w poprzednim systemie, kiedy obdarzano tytułami i to ekspresowo, tych co wdrażali w życie system komunistyczny lub go umacniali. Dawano też np. inżyniera tym, którzy co prawda nie studiowali, ale drążyli chodniki pod ziemią (przypadek tow. Edwarda Gierka).

Innowacyjności w tej materii na uczelniach nie brakowało, gorzej było z poziomem naukowym spadającym wraz z odchodzeniem z systemu kadr uformowanych w II RP i tych, którzy do formowania najlepszego z systemów, a w szczególności do formowania młodych, oddanych socjalizmowi kadr się nie nadawali.

Do stopni i tytułów wdrażanych w życie tak w PRL, jak i w PRL- bis (2 voto -III RP) mam stosunek wstrzemięźliwy, jako że bardziej dezinformują/ wprowadzają w błąd, niż wskazują na rodzaj/wysokość poziomu naukowego/intelektualnego.

Utrzymywanie nadal tego systemu tytularnego, przy wprowadzeniu innowacji wdrożeniowej, może jeszcze bardziej kompromitować hierarchów naukowych w Polsce i oddalać nas od nauki światowej, a wcale nie przybliżać do gospodarki.

W wielu dziedzinach jak praca teoretyczna jest na poziomie, to i do gospodarki da się wdrożyć z sukcesem. Natomiast samo wdrożenie do gospodarki tego co inni wymyślili nie jest żadną nauką, a czasem jest niedopuszczalną patologią, kiedy myślicieli w samym wdrażaniu się pomija. A to u nas jest niemal regułą.

Po co utrzymywać nadal system tytularny, upolityczniony, nader osobliwy, zupełnie niezrozumiały dla naukowców – szczególnie tych wybitnych -z innych krajów, blokujący w działaniach naukowych młodych potencjalnych liderów i stanowiący barierę do powrotów liderów naukowych z Polonii akademickiej ?

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności w patologicznym systemie akademickim

0

[wSieci nr.22, r.2016]

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności

w patologicznym systemie akademickim

Po latach zapomnienia dzięki książce Krystiana Brodackiego – Trzy twarze Juliana Haraschina odżyła postać, która zasłużyła się negatywnie dla polskiego systemu akademickiego z powodu wprowadzenia innowacyjnego sposobu zdobywania dyplomów akademickich, nader pożądanych w Krakowie, choć nie tylko. [

Obecna twarz UJ widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschinahttps://blogjw.wordpress.com/2016/02/05/obecna-twarz-uj-widziana-przez-pryzmat-twarzy-juliana-haraschina/]

Julian Haraschin wdrożył produkcję dyplomów akademickich przy współpracy wielu akademików, nawet tych z samego akademickiego olimpu. Obdarzył za opłatą -rzecz jasna -pewną ilość miłośników polskiego systemu tytularnego. Była to produkcja chałupnicza, ale i taka w warunkach gospodarki socjalistycznej okazała się przestępcza, choć ujawniona dopiero po skandalu obyczajowym, a nie naukowym.

Skandalom naukowym, niewygodnym dla sił przewodnich, utrącano i wtedy łeb.

Sprawa Haraschina, jej wątek akademicki, poszedłby zapewne w zapomnienie, gdyby go nie przypomniał niepoprawny publicysta, miłośnik jazzu, ale i prawdy historycznej.

Prawnicy, także historycy z uczelni Haraschina, takiej prawdy nie za bardzo chcieli poznać, a przy tym sporo z tej prawdy chyba się spaliło, bo pożary i inne klęski żywiołowe często stają na przeszkodzie jej poznania.

Innowacyjna metoda udyplomawiania polskiego społeczeństwa nie poszła jednak w zapomnienie, co więcej w warunkach wzrastającego popytu na dyplomy i tytuły została udoskonalona i rozpowszechniona. Kto by się dziś bawił w produkcję chałupniczą.

Po wielu siermiężnych latach mamy wreszcie fabryki dyplomów, które są w stanie zaspokoić niemal każdy popyt. W końcu nie po to obalano niewydajny system komunistyczny, w którym podaż w żaden sposób nie była w stanie nadążyć za popytem, aby w nowym systemie wolnorynkowym nie sprostać popytowi.

Jest wielki popyt na dyplomy – będzie i wielka podaż.

I tak się stało po transformacji dzięki wielkiemu wysiłkowi licznych ‚fikcjonariuszy’ akademickich, oczywiście po wcześniejszym oczyszczeniu systemu z tych, którzy by nie byli zdolni do realizowania fikcji akademickiej, a co gorsza wręcz mogliby stawiać opór. Takie zakały akademickie ( i nie tylko akademickie) objęto ostracyzmem, wykluczono z systemu i wręcz wyklęto, także z pamięci.

Producenci lipnych dyplomów w ferworze zwiększania ich produkcji zaczęli popełniać jednak błędy upolityczniając proces produkcji. Zaspakajali potrzeby tytularne tych co aktualnie u władzy, jakby zapominając, że żadna władza nie jest wieczna i jak przyjdzie nowa władza, siłą rzeczy mniej udyplomowiona, to może i z samej zawiści rozpocząć badania nad procesem produkcji dyplomów dla swoich poprzedników.

Zresztą i sami akademicy zdumieni wręcz kosmicznym tempem rozwoju tytularnego swoich kolegów mogą zainicjować poczynania kontrolne.

Ostatnio media nagłośniły taką sprawę w warszawskiej ASP, [Maja Narbutt – Afera w fabryce doktoratów – wSieci nr 22, 2016] w której produkcja dyplomów metodą Haraschina szła na skalę wręcz przemysłową.

Ujawnił to Dariusz Zawiślak, reżyser i absolwent ASP.

2

3

Skąd ja to znam ? Tyle, że o moich działaniach i nienawiści do mnie patologicznego środowiska akademickiego żaden dziennikarz do tej pory nie napisał.

Po aferze na ASP można by się zapytać: Po co artystom doktoraty ? Czy ich artyzm wówczas rośnie ? W końcu każdy miłośnik tytułów, może sobie sprawić wizytówki o dowolnej treści wynoszącej jego dokonania pod niebiosa, a nawet wyżej. Czemu za takie hobby ma płacić polski podatnik ? bo przecież koszty utrzymania utytułowanych przez podatników wzrastają wraz z długością zapisu tytularnego.

Jeden z artystów dostał doktorat za album fotograficzny. Ja fotografem nie jestem, ale zdjęcia robię, mam ich dziesiątki tysięcy, i mógłbym je zorganizować w wiele albumów o różnej tematyce domagając się wielu doktoratów. Byłbym sobie wtedy taki doktor do n-tej potęgi drdrdrdrdrdrdrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

A ja niepoprawny – protestuję, jak ktoś do mnie zwraca się per doktor – nie żebym się wstydził tego co zrobiłem, ale w obecnym kontekście tytularnym – to niemal obraza.

Inni w tej materii są bardziej obrotni i wielu to się bardzo podoba i otaczają takich utytułowanych/utytłanych prestiżem, uznaniem, wyróżnianiem. Niewątpliwie na wyróżnianie zasługują i trzeba te ich wyróżnienia ujawniać.

Poczytajmy choćby fragmenty wyżej cytowanego tekstu:

Co mówi Dariusz Zawiślak o Tomaszu Tomaszewskim …

4

i kolejny

O dziekanie Januszu Foglerze :

5

Warto przeczytać (najlepiej za zrozumieniem i refleksją po przeczytaniu) cały tekst.

Analogie do metod Juliana Haraschina – uderzające, tylko że dziś tak naprawdę nikogo to nie bulwersuje, bo takie i podobne poczynania są normą, tak jak i wykluczanie ze środowiska akademickiego, tych którzy stanowią dla nich zagrożenie.

Mamy ogromną ilość kodeksów etycznych, komisji etycznych i porażające patologie i dla nich przyzwolenie, a brak przyzwolenia, a nawet heroiczne zwalczanie tych, którzy je ujawniają.

Jeśli jest inaczej – to chętnie takie opinie/przypadki opublikuję na stronach NFA. Opisałem/przytoczyłem na nich już wiele opinii i przypadków patologii akademickich

Zachęcam do czytania i opisywania nowych – rzecz jasna.

Blokada turystyki naukowej, czy bohaterska walka z problemami stwarzanymi przez – do tej pory nieupadły – socjalistyczny system akademicki

smuta akademicka 1

Blokada turystyki naukowej ,

czy bohaterska walka z problemami stwarzanymi przez

-do tej pory nieupadły –

socjalistyczny system akademicki

Polscy naukowcy są zamiłowanymi turystami. Co prawdą są niemobilni, można nawet rzec – są przypisańcami, jeśli chodzi o główny etat uczelniany/instytutowy, to jednocześnie są nomadami [ http://forumakad.pl/archiwum/2004/12/17-za-nomadyzm_niemobilnych.htm, jeśli chodzi o poszukiwanie kolejnych etatów akademickich.

Poza tym, nade wszystko, kochają turystykę zagraniczną i to do krajów egzotycznych, a przynajmniej śródziemnomorskich, gdzie się wyprawiają na nader liczne kongresy.

Co prawda nie ma w tym nic złego, bo podróże/kongresy kształcą, rzecz w tym, że takie podróże, i to niekiedy z całym inwentarzem rodzinnym, to nieraz główny cel realizacji projektów ‚naukowych’ klik i koterii akademickich opłacanych z kieszeni podatnika. Naukowców z rzekomo bogatych krajów zachodnich nie zawsze stać na takie wojaże jakie odbywają ubodzy/o głodowych pensjach polscy naukowcy.

W III RP nastąpił też rozwój turystyki habilitacyjnej, ale co ciekawe tu kierunek turystyki jest inny, właściwie ograniczony do krajów ościennych, z dawnego bloku demokracji ludowej. Panujący w tym bloku system tytularny był kompatybilny, stąd dla uzyskania brakujących stopni naukowych polscy turyści naukowi podróżowali na Białoruś, czy Ukrainę. Ta turystyka była bardzo korzystna dla obu stron, bo na przeprowadzaniu przewodów biedne, postkomunistyczne uczelnie mogły zarobić, a i obdarzony dyplomem habilitant te opłaty mógł sobie szybko odbić, bo wkrótce osiągał w Polsce wyższe widełki płacowe.

Nieco później turystyka habilitacyjna przeniosła się na Słowację, gdzie polscy uczeni upodobali sobie leżący niemal tuż za granicą mały Rużomberok. W okresie budowy socjalizmu ta miejscowość znana była z ogromnego smrodu wytwarzanego przez fabrykę celulozy. Natomiast w ostatnich latach zaczął się tam smród roznosić z powodu produkcji słabej jakości dyplomów habilitacyjnych, na które wśród akademików polskich był duży popyt. Przez kilka lat walczono o zmniejszenie tego habilitacyjnego smrodu, ale tak jakby to było rozpylanie jedynie perfum w okolicy.

Wreszcie ogłoszono tryumf – habilitacje z Rużomberku z automatu nie będą uznawane ! [http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/929236,rzad-blokuje-turystyke-naukowa-na-slowacje.html ]

Co prawda w obliczu tryumfu niektórzy za bardzo się zagalopowali nazywając akademików-turystów oszustami, co może rodzić konsekwencje prawne – bo przecież to była turystyka zgodna z prawem u nas ustanowionym, a ponadto prace mogły być rzetelne, choć czasem o niezbyt wysokim poziomie. Automatyczne dyskredytowanie turystów też nie jest zasadne.

U nas, na polskich uczelniach, też są kiepskie habilitacje, nawet bez znamion oszustwa, ale z blokadą takich habilitacji są problemy. Podobnie blokowanie rodzimych habilitacji, ale pochodzących z oszustw trwa u nas latami, o ile w ogóle blokada zostanie założona.

Jednocześnie w Polsce blokowane są na drodze pozamerytorycznej habilitacje/doktorzy stanowiący zagrożenie dla habilitowanych i ten stan trwa od lat, a nawet wieków.

Czasem wystarczy telefon/poufna notatka, aby utrącić habilitanta niewygodnego, bo wykrywającego plagiaty u profesorów, bo walczącego z rozlicznymi w naszym systemie patologiami, czy nie daj Boże nie chcącego brać udziału w wewnątrz akademickim obrocie środków płatniczych,  w ramach fikcyjnej realizacji projektów,  zwanych o dziwo – badawczymi.

Takie „zakały” środowiskowe w polskim środowisku akademickim nie są tolerowane, więc habilitowanymi u nas być nie mogą. Nie zbadano do tej pory ilu takich niewygodnych doktorów udawało się w podróże habilitacyjne do okolicznych krajów, i nie podaje się również czy profesorowie blokujący u nas lepszych od siebie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości.

Nie jest to obrona turystyki habilitacyjnej, tylko próba szerszego, systemowego spojrzenia na to generalnie niekorzystne zjawisko.

Negatywny dla nauki proceder habilitacyjny znany był też w czasach PRLu, kiedy dotyczył w większej mierze takie „zakały”, które stanowiły zagrożenie dla budowy systemu komunistycznego, lub przynajmniej okazywały się do tej budowy nieprzydatne.

Tacy zgodnie z procedurą/procederem zapowiadanym u zarania budowy systemu przez Włodzimierza Sokorskiego [zarządzanie za pomocą scentralizowanej habilitacji] z habilitacjami mieli problemy, bez względu na poziom intelektualny (a nawet na wzgląd, jeśli intelektem przewyższali budowniczych systemu).

Nie bez przyczyny po latach funkcjonowania takiego systemu Polska stała się potęgą habilitacyjną, ale mizerią naukową.

Należy zauważyć, że turystyka habilitacyjna nie obejmuje takich krajów jak USA, Anglia, Kanada, Australia, choć to kraje atrakcyjne turystycznie, a także mocne naukowo.

Rzecz w tym, że tą moc uzyskały nie w wyniku habilitacji, lecz w systemie bez habilitacyjnym, ale za to naukowym.

Nasi turyści naukowi – habilitacyjni – tam nie zaglądają. Bo i po co ? Blokada jest automatyczna/autonomiczna i rząd nie musi się trudzić jej wprowadzaniem.

Jakoś do tej pory nasi decydenci akademiccy nie wpadli na pomysł, aby zamiast wprowadzać bariery dla turystyki habilitacyjnej – znieść habilitację, a wprowadzić merytoryczną, międzynarodową ocenę dorobku naukowego w przewodach do uprawnienia obejmowania samodzielnych stanowisk naukowych. W konsekwencji można by zablokować kariery paranaukowe miłośnikom/kolekcjonerom dyplomów i tytułów o znikomej, a czasem żadnej wartości naukowej, natomiast finansowo chłonnych dla polskiego podatnika.

Socjalizm określano zasadnie jako system bohatersko walczący z problemami, które sam stwarzał. Socjalizm niby upadł, ale bohaterska walka z problemami stwarzanymi przez – do tej pory nieupadły – socjalistyczny system akademicki nadal trwa.

Oczekiwanie na dobrą zmianę w systemie akademickim – trwa również.

Kiedy w Polsce nastąpi pozbawianie tytułów za komunistyczną przeszłość ( i teraźniejszość) ?

sierp i młot

Kiedy w Polsce nastąpi pozbawianie tytułów

za komunistyczną przeszłość (i teraźniejszość) ?

Niedawno cały świat obiegła wiadomość, że światowej sławy uczony, laureat Nobla – Konrad Lorenz, został pośmiertnie pozbawiony doktoratu za faszystowską przeszłość. Uczony ten po Anschlussie Austrii w 1938 roku złożył wniosek o przyjęcie do NSDAP, w którym napisał m. in., że „całe swe naukowe życie oddaje w służbę myśli narodowo-socjalistycznej.”[ http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Laureat-Nobla-Konrad-Lorenz-zostal-posmiertnie-pozbawiony-doktoratu-za-faszystowska-przeszlosc,wid,18052099,wiadomosc.html?ticaid=11629b]

Co prawda chodzi tu o doktorat honorowy, ale takie doktoraty w świecie nauki mają szczególną wartość, i niewątpliwe ludzie honoru pozbawieni nie powinni być takimi doktoratami obdarzani, a kiedy coś takiego miało miejsce -na skutek niewiedzy- po stwierdzeniu faktu o niedoborze honoru trzeba takie tytuły odbierać. I dobrze się stało, tym bardziej, że Konrad Lorenz to wielki autorytet naukowy.

Ciekawe, czy ten przypadek będzie miał jakikolwiek wpływ na dyskusję i działania na rzecz lustracji i dekomunizacji nauki w Polsce. Dobrze by było poznać tych, którzy swe naukowe życie oddali w służbę systemowi komunistycznemu, bądź co bądź słusznie określanemu jako system kłamstwa, gdy nauka – to służba prawdzie !

Sprzeczność oczywista i wydawałoby się naturalne, aby służących kłamstwu wykluczyć ze służby akademickiej, mającej polegać na poszukiwaniu prawdy, przenieść ich w stan nieszkodliwości i pozbawić tytułów. Pozostawanie takich na etatach/stanowiskach i to decydenckich, niewątpliwie nauce szkodzi, a przede wszystkim szkodzi formowaniu nowych kadr akademickich, bo to wpływa negatywnie na młodzież akademicką.

Rzecz jasna o przeprowadzeniu takiego procesu nie chcą słyszeć beneficjenci systemu kłamstwa, a pozostali w tej materii są spolegliwi, a nawet ich bronią !

Przez ponad 25 lat nie zdołano nawet ujawnić tych, co byli jawnymi współpracownikami systemu komunistycznego, a ujawnianie tajnych współpracowników idzie nader opornie i bez większych konsekwencji dla ujawnionych.

Nasz system akademicki aprobuje tych, którzy życie oddali w służbę systemowi komunistycznemu, a nie aprobuje tych, którzy oddać nie chcieli.

No cóż, trudno spojrzeć prawdzie w oczy, a odmieńców akademickich, i to antykomunistycznych, najlepiej wykluczyć z przestrzeni akademickiej/publicznej, aby swymi obliczami nie deprymowali beneficjentów systemu.

Co więcej pojawiają się głosy o dezaktualizacji lustracji i dekomunizacji, czyli o dezaktualizacji historii, dezaktualizacji prawdy. Zbudowany mozolnie system kłamstwa ma zatem pozostać na wieki ?!

Ale co z uczelniami/nauką ? Jak prawda się zdezaktualizowała, to po co utrzymywać obiekty/etaty przeznaczone do jej poszukiwania ? Oczywistej konsekwencji takiej postawy najtęższe głowy wyselekcjonowane w tym systemie nie są w stanie przewidzieć – więc czeka ich spadek z gałęzi, którą sami podcinają.

W dzisiejszym systemie prawnym nie grozi im jednak odebranie tytułów, bo te są dożywotnie, nawet jak zostały zdobyte na służbie w systemie kłamstwa.

Fanatyczne umiłowanie tytułów przez uformowane w schizofrenicznym systemie społeczeństwo i tak spowoduje, że upadli (z podciętej przez siebie gałęzi) akademicy nadal będą się cieszyć prestiżem i dominować w polskiej przestrzeni publicznej.

Mimo tego pesymistycznego kontekstu uważam, że trzeba działać na rzecz ograniczenia tej dominacji utytłanych – czego sobie i sobie podobnym życzę w Nowym Roku.

Dyplomy, dyplomy – na sprzedaż

Dyplomy

Dyplomy, dyplomy – na sprzedaż

W Polsce dyplom traktowany jest jak fetysz. Mroczny obiekt pożądania. Ludziska są w stanie wszystko zrobić aby go zdobyć.

Nie bez przyczyny firmy oferujące pisanie prac licencjackich, magisterskich a nawet doktorskich – od lat prosperują znakomicie, gdy inne firmy upadają. Zapotrzebowanie na dyplomy nadal się utrzymuje.

Są też firmy zajmujące się wręcz fałszowaniem dyplomów,  biorące zapewne przykład ze słynnej wytwórni prac magisterskich Juliana Haraschina funkcjonującej w Polsce Ludowej.(https://lustronauki.wordpress.com/2015/05/15/produkcja-magistrow-na-uj-okres-prl-w-wytworni-juliana-haraschina/.

Ostatnio policja zajmująca się zwalczaniem przestępczości gospodarczej odniosła znaczący sukces wykrywając fałszerzy dyplomów, którzy w okresie 2009-2012 sfałszowali i sprzedali blisko 100 dyplomów renomowanych uczelni w Polsce.http://www.policja.pl/pol/aktualnosci/114074,Final-sprawy-przeciwko-falszerzom-dyplomow.html Zarobili blisko pól miliona złotych, bo ceny wahały się od 4 tys. za odpis, do 8 tys. zł za dyplom. A chętnych nie brakowało.

Wielkiego rabanu w mediach na ten temat nie było. Bo niby dlaczego ? Wszyscy się już przyzwyczaili do podobnych procederów. Plagiaty – inna forma nieuczciwego zdobywania dyplomów ( i nie tylko) są na porządku dziennym, a nie ma woli, aby z systemu wykluczać tych co plagiatują, a nie tych co plagiaty wykrywają.

Inni w pogoni za dyplomami piszą różne dyrdymały i jeśli są swoi,  to na ogół znajdują takich co ich pod niebiosa będą wychwalać, a przynajmniej swoim autorytetem osłaniać.

Dyplomowanych i to nie jeden raz – licencjacko, magistersko, doktorsko – mamy w biznesie i polityce co niemiara, a biznes i polityka leży, tzn. tam gdzie Polska – leży kamieni kupa.

Nasz system preferuje dyplomy – jest systemem tytularnym, a nie merytorycznym, i ten jest najważniejszy, najlepszy, kto dyplomy/tytuły posiada, bez względu na to co w głowie posiada i jaki pożytek z głowy robi.

Jest więc tak, że jedni mają głowę – inni tytuły. Co więcej w Polsce tytuł profesora to jest honor, mimo tego, że w praktyce, w życiu,  jest tak, że jedni mają honor, a drudzy profesurę, a nader rzadko jedno i drugie. ( bibliografia nahttps://nfaetyka.wordpress.com/, https://blogjw.wordpress.com/)

Toczy się postępowanie prokuratorskie w sprawie prezesa Business Centre Club – Marka Goliszewskiego, który miał ochotę uzyskać dyplom doktora i chyba by go uzyskał, bo zaprzyjaźnieni profesorowie byli za, ale studenci kierując się kryteriami merytorycznymi – postawili barykadę i to tak mocną, że nawet profesorowie nie byli w stanie jej sforsować.

No cóż, skoro profesorowie u nas nie trzymają poziomu, ani honoru, studenci muszą stać na straży jakości nauki i nauczania w Polsce.

Nie zawsze to im się udawało. Gdy w systemie Polski Ludowej argumentowali zasadnie wobec haniebnych poczynań profesorów ‚ takie metody postępowania z pewnością nie wprowadzą godnie nauki polskiej w XXI wiek ’https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/moj-jubileusz/ profesorowie zamiast godności – wybierali nicość i taką naukę w Polsce do XXI wieku wprowadzili. Teraz tylko walczą aby taka nauka w Polsce została i na następne wieki i tylko w studentach nadzieja, że im to się nie uda.

Profesorowie – beneficjenci systemu zła, nie mają w tym interesu aby system zła przekształcić w system dobra. Baa….,  nawet by tego nie potrafili, bo zło im się z dobrem pomieszało. Nawet argumentują nieraz, że skoro są profesorami – to oni są dobrem, bo dobrem jest profesura im nadana, a nawet gdy ze zła (plagiatu, oszustwa, nicości ) ona pochodzi, nie wolno im tego odbierać, bo to by dopiero było zło !

Fatalna tendencja (6) – naukowy status znaczony tytułami naukowymi, pół biedy jeszcze kiedy autentycznymi, używany bywa poza uniwersytetem

Kongres logo

Fatalna tendencja (6) – naukowy status znaczony tytułami naukowymi, pół biedy jeszcze kiedy autentycznymi, używany bywa poza uniwersytetem

czyli „Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką

 

Prof. Sztompka (Po Kongresie Kultury Akademickiej NAUKA 2/2014 • 19-25 -PIOTR SZTOMPKA –http://www.portalwiedzy.pan.pl/images/2014/nauka/2_2014/N214-02-Sztompka.pdf) spostrzegł patologie tytularne w Polsce, wyróżniając je jako szóstą fatalną tendencję prowadzącą do kryzysu uniwersytetu.

Po szóste – naukowy status znaczony tytułami naukowymi, pół biedy jeszcze kiedy autentycznymi, używany bywa poza uniwersytetem, np. w mediach, jako legitymizacja
autorytarnie wyrażanych poglądów potocznych, banalnych, niezwiązanych z naukowymi kompetencjami…”

No cóż, skoro w Polsce zaprowadzono system tytularny i go się hołubi, otacza niemal kultem, to trudno się dziwić, że ludziska obdarzone tytułami puszą się niczym pawie, gromią tych, którzy tytuły pomijają, a nie daj Boże to co mówią/piszą podważają. I nie ma to zasadniczo znaczenia czy rzecz się dzieje w murach uczelni zatrudniających ich na etatach, czy też w mediach, gdzie lubią się pokazywać i mądrzyć się w sprawach nawet jak pojęcie o nich mają mgliste lub żadne. I niechby kto ich za to nie docenił.

Pamiętam jak prof. Hartman (etatowy profesor najstarszej polskiej uczelni, wzorcowej dla innych) w programie Pospieszalskiego zrugał panelistkę o nie dość należne go traktowanie – w końcu człowieka co prawda młodego, ale utytułowanego i to tytułem profesora belwederskiego (choć nadawanego w pałacu namiestnikowskim). Nadęcie profesorii bywa takie, że czasem aż dziw bierze, że się jeszcze nie unosi w przestworzach.

Nie zawsze te tytuły są autentyczne, ale nawet jak zostali nimi obdarzeni oszuści, plagiatorzy, to nijak ich nie można odebrać, bo tytularna brać akademicka zaraz larum podniesie, że tytuł ma być dożywotni, nawet jak jest z przestępstwem związany. Prezydent ma go nadawać, ale odbierać nie może ! bo to byłby akt polityczny.

Nadawanie tytułów w upolitycznionym systemie tytularnym w Polsce polityczne podobno nie jest ( kto chce niech wierzy, ale ja jestem niewierny), ale odbieranie – byłoby ani chybi aktem politycznej zemsty ! Więc dla profesorii – hulaj dusza !

Mogą sobie bredzić co im tylko do głowy przyjdzie ( a nawet obok głowy przeleci) i co najwyżej można ich postraszyć dyscypliną, która i tak nie zostanie użyta, aby nie zakłócać spokoju innych utytułowanych/utytłanych.

Prof. Sztompka o ile mi (nie)wiadomo, niestety nie przeprowadził badań nad uwarunkowaniami socjologicznymi/psychologicznymi tytułomanii w Polsce, choć problem to nader ważny i jak sam zauważył stanowi tendencję fatalną. Nie przeprowadził także badań nad upolitycznieniem nadawania tytułów w Polsce. A szkoda !

Aż dziw bierze, że uczelnie do tej pory w ramach rozwoju innowacji nie wprowadziły studiów w zakresie tytułologii i nie wyodrębniły katedr tytułologii akademickiej, aby je obsadzić nader licznymi utytułowanymi, czasami pozbawionymi mocy katedralnych.

Z utytułowanych nader często korzystają wodzowie partyjni i rządowi, nawet patriotycznie nastawieni, nie bacząc na przestrogę, jeszcze z połowy XIX wieku kiedy profesorów było wielokrotnie mniej niż obecnie – „ achtundachtzig Professoren: Vaterland, du bist verloren, 88 profesorów, ojczyzno, jesteś zgubiona”. Zatem tę przestrogę winno się podnieść obecnie do n-tej potęgi.

Widać, że fatalne tendencje prowadzące do kryzysu uniwersytetu mogą mieć swoje przełożenie na kryzys państwa. Niestety w programach partii jakoś brak zainteresowania tym tematem. Można sądzić dlatego, że programy układają głównie profesorowie.