Plaga profesoromanii

Plaga profesoromanii

Aleksander Fredro już w XIX wieku w „Zapiskach starucha” obwieszczał, że „nową plagę Bóg na nas zesłał: Profesoromanię”. Wtedy profesorów było tyle co kot napłakał, ale przenikliwy obserwator ówczesnego życia widział już plagę, jaką stanowi tytułomania.

Co więcej, jakże trafnie oceniał naturę profesorów: „Prędzej złodziej przyzna się, że ukradł, niż profesor, że głupstwo powiedział”. Taka postawa profesorów stanowi do dziś źródło wielu innych plag akademickich.

Profesor ma dociekać prawdy, ale błędy – rzecz oczywista – też im się zdarzają. Gdyby profesor do błędu się przyznał, nic by się nie stało. Prestiżu by nie stracił, a prawda miałaby szansę, aby zaistnieć w przestrzeni akademickiej (i nie tylko). Niestety wielu profesorów, podobnie jak w czasach Fredry, do błędów się nie przyznaje, a zwykle tępi tych, którzy błędy zauważają i działają na rzecz ich naprawy. Na ogół marny ich los. Tracą szanse na awans, na dalsze utrzymanie się na etatach. Ich osiągnięcia są unieważniane, a nawet z domeny akademickiej są usuwani.

Taki stan rzeczy powoduje, że wielu profesorów do śmierci funkcjonuje, mimo popełnianych błędów, jako nieprzeciętne znakomitości. Fakt, wyróżniają się wśród przeciętnych, bo naprawdę nieprzeciętni, nieobojętni na błędy profesorów, znikają z otoczenia, często w wyniku systematycznej organizacji ich niepowodzenia zawodowego.

Cały świat akademicki krąży zatem wokół profesorów i nawet ci z nich, którzy byli nieobojętni na dobra intelektualne innych, popełniali plagiaty, nadane im tytuły „pieszczą” dożywotnio, w aurze doskonałości.

Istna nadzwyczajna kasta akademicka, do której chyba wszyscy chcieliby należeć. Profesorowie stanowią punkt odniesienia do obliczania uposażeń innych akademików, od ich liczby zależy ranga uczelni w polskiej domenie akademickiej i dotacje budżetowe, choć w rankingach światowych nie ma to najmniejszego znaczenia i te nasze najlepsze uczelnie są słabo notowane, albo wcale. Widać nasza profesoromania jeszcze świata nie ogarnęła.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 18 stycznia 2023 r.

Endemiczny anachronizm domeny akademickiej

Endemiczny anachronizm domeny akademickiej

Niedawno na stanowisko prezesa Polskiej Akademii Nauk został wybrany prof. Marek Konarzewski. Profesor jest biologiem znanym na arenie międzynarodowej, a przy tym zamiłowanym fotografem, co rodzi nadzieje, że pokaże nam, jak naprawdę funkcjonuje nauka w Polsce. Takie nadzieje nie są bezpodstawne po wywiadzie, jakiego udzielił PAP i jaki nie powinien zostać przemilczany przez środowisko naukowe, choć poglądy nowego prezesa PAN dla tego środowiska nie są wygodne. Mimo że jest posiadaczem wszystkich obowiązujących w polskiej domenie akademickiej tytułów, i to zdobytych na drodze merytorycznej, kurczy się wewnętrznie (jak sam określa), gdy ktoś zwraca się do niego „per” profesor.

Zdaje sobie sprawę, że ten tytuł tak się spauperyzował, iż nie może stanowić powodu do dumy, a czasem może wywoływać zawstydzenie.

To bardzo dobrze, że ktoś, kto tak uważa, jest na wysokim stanowisku, choć podobnie myślących i alergicznie reagujących na tytułowanie ich profesorem znałem jeszcze w czasach PRL, kiedy zaczynałem „robić” w nauce. Ale też pamiętam, jak nowo upieczony docent zarzucał studentowi, że mu należnych tytułów w indeksie nie umieścił.

 Tak ulubiony u nas system – jak określam: tytularny – ma długą tradycję i na ogół ludzie nie wyobrażają sobie, aby coś w tej materii mogło się zmienić. Zdobywanie stopni i tytułów jest sensem życia akademickiego i podziwia się tych, którzy „robią habilitację” czy „robią profesurę”, jak się powszechnie mówi. Nie jest to jednak tożsame z „robieniem nauki”, bo gdyby tak było, to bylibyśmy potęgą, a nie mizerią naukową.

Jak wielu wybitnych naukowców, nowy prezes PAN uważa habilitację za endemiczny anachronizm, szkodliwy dla domeny akademickiej, ale wątpię, czy uda mu się przekonać innych, którzy habilitację, jak i profesurę belwederską uważają za filary nauki w Polsce. Większość akademicka (i nie tylko akademicka) uparcie jednak nie zauważa, że nauka w Polsce oparta na tych filarach zajmuje w rankingach dalekie pozycje, razem z krajami tzw. Trzeciego Świata.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 7 grudnia 2022 r.

W kolejce po profesurę

W kolejce po profesurę

 Pod koniec 2021 roku dają się zauważyć oznaki zaniepokojenia, a nawet frustracji polskiego środowiska akademickiego. I nie chodzi tu tylko o zbliżające się rozliczanie z postępów badań naukowych finansowanych z kieszeni podatnika. Okazało się bowiem, że w tym roku prezydent RP do tej pory nadał tylko 786 profesur, gdy w roku ubiegłym 889 i nie wiadomo, czy do końca roku zdoła podpisać tyle kolejnych nominacji, aby w domenie akademickiej widać było postęp, a nie regres.

W roku 2019 nominacji było znacznie mniej, bo 292. Dynamiczny rozwój domeny mierzony liczbą tytułów naukowych może zostać zatrzymany. Faktem jest jednak, że w ocenach/rankingach światowych pozycja polskich uczelni nie wykazuje w tym czasie dynamicznego przesuwania się ku czołówce światowej.

Postępu nie widać, jest stagnacja, wkład polskich profesorów do nauki światowej jest nikły, ale to jakoś nie jest przedmiotem zaniepokojenia czy frustracji. Polscy akademicy, instytucje akademickie są oceniane i wynagradzane przez wskaźniki tytularne i nie bez powodu profesura prezydencka jest przedmiotem mrocznego pożądania akademików.

Niektórzy z nich muszą czekać w kolejce po otrzymanie nominacji, i to nawet kilka lat. Prezydent sam nie ocenia naukowców, lecz tylko podpisuje nominacje tym, których mu podsunie Rada Doskonałości Naukowej. Niestety niezbyt doskonała, stąd podsuwa do podpisania nieraz kandydatury wadliwe i prezydent waha się, czy użyć swojego słynnego długopisu, bo podpis ma moc dożywotnią.

Ostatnio ta kolejka się wydłużyła i akademicy nie chcą już dłużej przebierać nerwowo nogami w oczekiwaniu na użycie prezydenckiego długopisu. Zaczynają myśleć o odebraniu prezydentowi tej prerogatywy. W końcu w innych krajach prezydent nie ma nic do profesur, bo ich nadawanie (na ogół tylko w uczelniach) to domena ciał naukowych, a nie politycznych.

Zobaczymy, czy w kolejnym roku zlikwidowane zostaną kolejki po profesurę, a może zmniejszy się zakres obowiązków prezydenckich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 15 grudnia 2021 r.