Dlaczego cenzura na uniwersytecie tak późno bulwersuje ?

Józef Wieczorek

Dlaczego cenzura na uniwersytecie tak późno bulwersuje ?

Autocenzura jak była, tak i jest do dnia dzisiejszego racją bytu akademickiego

Okresowe zawieszenie wykładów prof. Nalaskowskiego na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, ze względu na jego felieton o marszach równości, zbulwersowało opinię publiczną, gdyż zostało odebrane jako przejaw cenzury na uniwersytecie. Co prawda wskutek nacisków społecznych rektor Andrzej Tretyn po tygodniu cofnął swą decyzję, ale poziom wzburzenia jego pierwszym wyrokiem chyba się nie obniżył.

Dobrze, że to co się dzieje na uniwersytetach, dotarło wreszcie do mediów i szerokiej opinii publicznej, ale szkoda, że tak późno i jedynie w ograniczonym zakresie.

Przecież lewicowa dyktatura na uczelniach trwa od dawna, a zawieszanie wykładów niewygodnych akademików i to dożywotnio, cenzurowanie absolutne, tzn. bez możliwości wypowiedzi, czy badań, szczególnie akademickiej historii, w której nieraz brak jest komunizmu, PZPR, czy stanu wojennego, miały i mają miejsce niejednokrotnie, i jakoś nie bulwersowało to mediów, a co za tym idzie opinii publicznej, do której takie ekscesy nie docierały, lub nader rzadko.

Patologiczne problemy uniwersytetów, środowiska akademickiego – w końcu stanowiącego i formującego polskie elity – jakoś nie cieszą się zbytnią uwagą mediów i opinii publicznej.

Funkcjonuje co prawda miesięcznik „Forum Akademickie”, ale jest to periodyk resortowy, zależny od decydentów akademickich, a przy tym niezbyt popularny. Od strony prawnej szczegółowe sprawy akademickie podejmuje regularnie „Dziennik Gazeta Prawna”, ale do przeciętnego obywatela, nawet wykształconego na polskich uczelniach, niewiele co z tego dociera.

Aby poznać niezależne opinie o tym co w akademickiej trawie piszczy, trzeba penetrować internet, no i czytać niecodzienną gazetę jaką jest „Kurier WNET”, który – jako periodyk z górnej półki – dociera jedynie do znikomej części polskiego społeczeństwa, tej niezależnie myślącej i krytycznej, żyjącego z podniesioną głową a nie z ‚podręczną strusiówką’ do chowania głowy w piasek.

Na polskich uczelniach cenzura jest nader powszechna od dawna, a nie dopiero od sprawy toruńskiej. Ma postać poprawności akademickiej, braku wolności wypowiedzi, konformizmu w życiu akademickim (i nie tylko). Ten stan rzeczy nader rzadko trafia do świadomości ogółu społeczeństwa, mimo – a może właśnie dlatego – że jest coraz bardziej formalnie wykształcone i udyplomowione.

Cenzura, mimo likwidacji urzędu cenzury

Jak wiadomo, w czasach PRL, ”przewodniej siły narodu” i principiów państwa socjalistycznego, budowanego na fundamentach totalitarnych, na straży poprawności słowa pisanego, a także mówionego stał Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk [ od 1981 do 1990 r. Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk] zwany w skrócie urzędem cenzury. Baczył on, aby informacje, opinie, książki, osoby nieprawomyślne, niepożądane w systemie, nie docierały do opinii publicznej.

Tak było też na uniwersytetach, które po okresie życia podziemnego pod okupacją niemiecką, zostały pootwierane pod okupacją sowiecką i stanowiły zaplecze dla budowy ‚najlepszego z systemów’.

Ci, którzy system wspierali, osiągali szczyty akademickie [i nie tylko] i obdarzeni prestiżem w czasach czerwonej zarazy przetrwali do medialnego końca systemu komunistycznego, po czym przeszli z sukcesem transformację w jego kontynuację w zmienionych nieco warunkach, prowadzących jak się okazuje po latach, do szerzenia się zarazy tęczowej.

Kto w czasach PRL, mniej lub bardziej jawnie występował przeciw zarazie czerwonej – znikał z systemu, a przynajmniej był marginalizowany, a po latach, tego kto jawnie występuje przeciwko zarazie tęczowej czeka podobny los.

Na straży takich ‚wartości” na uniwersytetach stoją rektorzy uczelni, którzy po reformie Gowina uzyskali władzę niemal absolutną, a działają w okresie powrotu dzieci ‚czerwonej zarazy’ na scenę polityczną.

Jeszcze przed sprawą toruńską rektor Uniwersytetu Poznańskiego Andrzej Lesicki wystąpił przeciwko mowie nienawiści ze strony hierarchów kościelnych (było to po znamiennej wypowiedzi o zarazie tęczowej abp. Marka Jędraszewskiego 1 sierpnia w krakowskiej Bazylice Mariackiej) a rektorzy KRASP (Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich) w swoim oświadczeniu poparli swojego kolegę. Należy do nich także rektor UMK, jako wiceprzewodniczący KRASP. Nie wiadomo więc, czemu jego działania wobec prof. Nalaskowskiego tak bardzo zbulwersowały opinię publiczną.

Rektor UMK zrobił to, co było zgodne z jego i jego kolegów opiniami/dyrektywami. Skoro nie zbulwersowały one mediów, ani opinii publicznej rektor UMK nie widział przeszkód, aby podjąć decyzje wobec nieprawomyślnego podwładnego, stojącego po drugiej stronie frontu ideologicznego.

Tak bywało w czasach czerwonej zarazy, tak bywa w czasach szerzenia się zarazy tęczowej.

Rektor UMK, co prawda, wycofał pospiesznie swoją decyzję, ale rektorzy KRASP nie zmienili swojego negatywnego stanowiska, wobec niemiłujących ideologii LGBT i ośmielających się mieć inne zdanie od ich pracodawcy. Nawet to stanowisko zaostrzyli, grożąc im sankcjami dyscyplinarnymi.

Rektorzy wyraźnie się określili jako zwolennicy systemu totalitarnego, z którego zresztą nie wyszli, mimo że totalitarny system komunistyczny takie represje stosujący, medialnie się skończył.

Może mają na uwadze i to, że sprawy dyscyplinarne z okresu stanu wojennego na uniwersytetach są zaaresztowane do dnia dzisiejszego i nikt nie może, ani nie chce rektorów zmusić do ich ujawnienia. Po prostu na uczelniach prawo stanu wojennego nadal stoi ponad konstytucją III RP ! [ np. mój tekst – Tajne teczki UJ,czyli o wyższości ‘prawa’ stanu wojennego nad Konstytucją III RP ]

Urzędu cenzury co prawda już nie ma, ale rektorzy starają się z sukcesem ten urząd zastąpić. Nie wiadomo, czy za działania cenzorskie są dodatkowo gratyfikowani. W końcu w urzędzie cenzury gratyfikacje nie były małe, a za pracę, i to tak ważną dla utrzymania systemu wynagrodzenie się należy – nieprawdaż ?

Autocenzura racją akademickiego bytu

Jeszcze w czasach funkcjonowania urzędu cenzury, funkcjonariusze tej instytucji nie zawsze mieli wiele pracy, a to ze względu na rozpowszechnioną autocenzurę inteligentnych autorów, którzy po prostu nie pisali tego, co i tak przewidywali, że przez urząd cenzury nie przejdzie, a po co się narażać. [Tomasz Strzyżewski – Czarna księga cenzury PRL] .

Nie inaczej rzecz się miała na uczelniach, i to nie tylko na wydziałach ideologicznych, historycznych, i nie tylko w stosunku do principiów panującego ustroju, a nader często w stosunku do wysoko postawionych osób, zwykle reprezentujących przewodnią siłę narodu. Krytyka merytoryczna, nawet w naukach niehumanistycznych, stopniowo była redukowana, a konformiści i oportuniści znakomicie dostosowywali się do panujących reguł, dzięki czemu mogli prosperować w tamtym systemie.

Po transformacji nic zasadniczego się w tej materii nie zmieniło i nadzwyczajna kasta akademicka nadal nie podlega merytorycznej krytyce, a kandydaci do kasty bacznie autocenzurują swoje opinie, aby do niej się dostać.

Nie przestrzegający tych reguł są z systemu wykluczani. Mogą sobie wykładać do swoich ścian,a nie do studentów na uniwersytecie, bo przecież podobnie jak w czasach czerwonej zarazy mogliby na młodzież akademicką wpływać negatywnie, podburzając do myślenia i nonkonformizmu.

Autocenzura tak jak była, tak i jest do dnia dzisiejszego racją bytu akademickiego.

Dobrze by było, aby badacze mechanizmów rządzących formowaniem kadr akademickich – o ile tacy się znajdą i ich projekty badań nie zostaną ocenzurowane – zajęli się poznaniem losów tych, którzy takim regułom się nie podporządkowali, wypowiadali się otwarcie, merytorycznie o tym, co wypisywali nieraz w publikacjach profesorowie; tych, którzy pisali artykuły polemiczne, dyskusyjne, ujawniali niedorzeczności profesorskie.

W wolnym, demokratycznym kraju, na uniwersytetach, które są po to, aby toczyły się na nich dyskusje – jak oznajmiają niektórzy z rektorów – takie prace winny być prowadzone i ujawnianie, aby wyeliminować patologie, lub wręcz uniwersytety, które ‚zapomniały’ po co istnieją. Nie jest jednak pewne, czy przy rygorystycznym stosowaniu takich zasad eliminacji ostałby się jakiś uniwersytet na ziemiach polskich.

Dyscyplinowanie niewygodnych

Ostatnio rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prof. Mirosław Wielgoś, oznajmił, że „przyszła pora, by krytycznie przyjrzeć się części środowiska akademickiego” i dodał, że ‚nie możemy żyć od jednego ekscesu do drugiego”.

Była to reakcja na krytyczne wypowiedzi niektórych profesorów wobec ideologii LGBT.

Trudno tego nie rozumieć, jako zapowiedzi dyscyplinowania, a nawet oczyszczania środowiska akademickiego z osób niewygodnych, które muszą się czuć zagrożone.

Takie groźby i poczynania, to jednak nic nowego, a jedynie nawiązanie do reguł panujących w polskim środowisku akademickim od dziesiątków już lat, jeszcze w czasach panowania totalitarnego systemu komunistycznego. Beneficjenci tego systemu – obecne elity akademickie – formują/ formatują na swoją modłę kolejne pokolenia.

W czasach czerwonej zarazy postulowano, by nie dopuszczać do wykładów podważających – nieraz niedorzeczne – tezy profesorskie, albo takie osoby znieważano proponując np. aby „obciąć mu brodę”, kiedy brakowało argumentów merytorycznych. Nic się nie zmieniło. Kiedy klika dni temu chciałem profesorom merytorycznie wyjaśnić niezrozumiałą kwestię o dużej wadze poznawczej, zdumiony usłyszałem ‚ odbieram panu głos’ – i problem sam się rozwiązał. Tak się cenzurowało i cenzuruje do dnia dzisiejszego niewygodnych dla panujących w nauce. Środowiska pozaakademickie, nie wyłączając prawicowych, nieraz stosują taki ostracyzm, nie bacząc na deklarowany przez siebie antykomunizm,

Jakoś nie podejmuje się dyskusji na temat pochodzenia obecnych kadr akademickich. Pytałem o to przed laty, aby sprowokować dyskusję nad genezą obecnych kadr i uzyskać wytłumaczenie dzisiejszego kiepskiego, niepokojącego stanu uniwersytetów.

Jakoś zapomniano sobie słowa C.K. Norwida:

Nie trzeba siebie, wciąż siebie,

mieć środkiem,

By, mimowolnie, nie stać się

wyrodkiem –

Nie trzeba myśleć, że jest podobieństwo

Być demokratą – bez Boga i wiary

Czego jak świat ten nie bywało stary!

I żal mi bardzo was – o! Postępowi,

Którzy zniweczyć przeszłość chcecie całą,

By łatwiej było, lecz jako żółwiowi,

Orzec: ‚Tak wiele już ubiegłem z chwałą.’

Tylko że, aby drogę mierzyć przyszłą,

Trzeba-ć koniecznie pomnieć,

skąd się wyszło!”

Przeszłość akademicką się cenzuruje, a tę poprzedzającą transformację – najbardziej, stąd o korzeniach obecnych kadr i mechanizmach ich formowania przeciętny obywatel wie niewiele. A decydenci akademiccy jakoś wolą odsuwać od siebie upiory przeszłości, cenzurując wszystko i wszystkich, którzy by zamierzali je poznać. Mam w tej materii osobiste wspomnienia -”nie widzimy możliwości przeznaczenia na ten cel środków publicznych…” – to odpowiedź na projekt opracowania Czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji !

Barometr demokracji wskazuje na totalitaryzm uniwersytetu

Znakomity historyk Henryk Głębocki, badacz archiwów b. ZSRR zasadnie określił, że „ dostęp do zbiorów archiwalnych jest nie tylko barometrem swobody badań naukowych, ale i demokracji”.

Trudno się z tym nie zgodzić, ale trzeba tym barometrem objąć nie tylko realia rosyjskie, ale także polskie uniwersytety, w tym wzorcowy UJ, do którego archiwów dostęp jest co najmniej utrudniony, a dla niewygodnych jego archiwa akademickie całkiem są niedostępne. Szczególnie jeśli chodzi o archiwa z końca PRL, co dokumentuję na moich stronach internetowych (Niezależne Forum Akademickie – Sprawy ludzi nauki).

Zresztą trzeba pamiętać, że niewygodne materiały do archiwów uczelnianych czasem wcale nie trafiały co skutkuje po latach fałszowaniem historii [przykład z UJ opisany na moim blogu w tekście „Powracająca fala zakłamywania historii”. ]

W PRL, po przeprowadzeniu ideologicznej selekcji księgozbiorów, w bibliotekach wyodrębniano prohibity jako zbiory zastrzeżone, zawierające treści godzące w interes Polski socjalistycznej. W III RP na UJ ( i chyba nie tylko na UJ) mamy archiwa zastrzeżone, bo zawierające zapewne treści godzące w interes uczelni, a raczej interes kasty uczelnią zarządzającej, pokazujące prawdziwą historię w okresie komunizmu, który medialnie upadł, ale realnie daje się we znaki niewygodnym, tak wówczas, jak i obecnie.

Barometr zatem wskazuje na brak swobody badań naukowych i demokracji na uniwersytetach III RP, czego także ostatnie oświadczenia KRASP ‚na odcinku’ LGBT są najlepszym wyrazem. Ten stan rzeczy winien bulwersować, tak media, jak i społeczeństwo utrzymujące uniwersytety ze swoich podatków.

Najwyższa pora, by krytycznie przyjrzeć się sytuacji na uczelniach i ich przeszłości, i to w całej okazałości.

Trzeba, aby uniwersytety były uniwersytetami, a Polska była Polską, silną swoimi uniwersytetami.

Tekst opublikowany w:  Kurier Wnet nr. 65, listopad 2019

CMWP SDP po raz kolejny w obronie red. Józefa Wieczorka z Krakowa

Zamieszczam kolejne stanowisko Centrum Monitoringu Wolności Prasy  w mojej ‚kafkowskiej’ sprawie:

CMWP SDP po raz kolejny w obronie red. Józefa Wieczorka z Krakowa

 5 listopada 2019

6 listopada b.r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy ) odbędzie się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, iż rozpowszechnił publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, choć o wyłączeniu jawności nie został prawidłowo poinformowany w trakcie rozprawy. Jest to powrót sprawy do Sądu Okręgowego  po kasacji Sądu Najwyższego, co sprawia, iż sprawa ta prowadzona jest w sądach różnych instancji już 5 lat.

W związku ze sprawą red. Józefa Wieczorka osk. z art. 241 § 2 k.k., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

Skazując red. Józefa Wieczorka Sąd uznał, że rozpowszechnił On publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, zamieszczając na portalu internetowym YouTube nagranie filmowe utrwalające przebieg rozprawy i skazał go za czyn z art. 241 § 2 k.k. , jednak nie można przyjąć, że z informacją przekazaną przez Sąd o prowadzeniu rozprawy z wyłączeniem jawności wiąże się automatycznie wiedza i świadomość każdego co do odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie wiadomości z tejże rozprawy. W tym zakresie, pogląd iż p. Józef Wieczorek zdawał sobie sprawę z tej odpowiedzialności, jest nieuzasadniony. W niniejszej sprawie miała miejsce szczególna sytuacja, bowiem wskutek dynamicznego przebiegu zdarzeń w toku rozprawy przewodnicząca składu orzekającego przeoczyła pouczenie o skutkach niedopełnienia obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności, w tym o odpowiedzialności karnej z art. 241 § 2 k.k. Nadto, wyrażenie przez Sąd I instancji zgody na nagrywanie przez oskarżonego Adama Słomkę przebiegu rozprawy z wyłączeniem jawności, mimo podjętej wcześniej w tej kwestii decyzji odmownej, upewniło obecnego na sali dziennikarza nie tylko w jego przekonaniu co do legalności rejestracji, ale i braku przeciwwskazań do publikacji nagrania.

W praktyce, intuicyjne odczucie uczestnika rozprawy rzeczywiście może utożsamiać zgodę na nagrywanie z brakiem niejawności rozprawy, zwłaszcza w takim przypadku jak niniejszy. Obowiązek pouczenia dotyczy pełnej informacji co do tego jakie okoliczności objęte są tajemnicą, a także konsekwencji prawnych w sferze prawa karnego materialnego w razie niezachowania tajemnicy. W tym właśnie celu został on wprowadzony przez ustawodawcę. Aby więc przyjąć, że spełniono znamiona czynu z art. 241 § 2 k.k., zachowanie sprawcy musiałoby zostać popełnione w warunkach wcześniejszego prawidłowego (skutecznego) pouczenia przez sąd o skutkach tegoż zachowania, co nie miało miejsca. W ogóle, mając na względzie fundamentalną zasadę państwa prawa, należy przyjąć, że we wszystkich przypadkach w których przepisy wymagają pouczenia, jego brak nie może szkodzić obywatelowi.

Należy podkreślić, że norma art. 362 k.p.k. („Przewodniczący poucza obecnych o obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności i uprzedza o skutkach niedopełnienia tego obowiązku”) ma znaczenie nie tylko dla stron procesu. Gdyby założyć inaczej, pouczenie dokonywane przez sąd na podstawie art. 362 k.p.k. nie mogłoby się odnosić do publiczności. To zaś byłoby sprzeczne z założeniem racjonalności ustawodawcy, który expressis verbis sprecyzował, że pouczenie ma się odnosić do „obecnych” (a nie jedynie do stron lub świadków). Wprawdzie art. 16 § 1 k.p.k. przewidujący ogólny obowiązek pouczenia odnosi się do skutków procesowych dla uczestników postępowania, jednak art. 362 k.p.k. stanowi wobec niego przepis szczególny, odnosi się bowiem do wszystkich osób obecnych. Jeżeli więc pouczenie zostało wprowadzone przez ustawodawcę ma mieć sens i prawną doniosłość, należy konsekwentnie przyjąć, że jego brak (względnie niedotarcie do adresata ) ma wpływ na odpowiedzialność karną. Na gruncie orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz orzecznictwa krajowego, nie do przyjęcia byłby wniosek, że tak istotna czynność sądu rzutuje jedynie na skutki procesowe, a na materialno-prawne żadnego wpływu nie ma. Założenie, że wskutek braku pouczenia obywatel nie poniesie negatywnych skutków procesowych, ale nie ma przeszkód, aby został skazany wyrokiem karnym, jest ewidentnie sprzeczne z całościowym ujęciem konstrukcji odpowiedzialności karnej na gruncie systemu prawa. Jest też nie do pogodzenia z zasadą demokratycznego państwa prawnego, wyrażoną w art. 2 Konstytucji RP.

Zgodnie z art. 54 Konstytucji RP, „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Natomiast w myśl art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”.

W związku z powyższym CMWP stoi na stanowisku, że skazanie dziennikarza za słowo będzie w tym przypadku stanowić naruszenie praw człowieka i obywatela. Red. Józef Wieczorek powinien zatem zostać uniewinniony.

dr Jolanta Hajdasz
dyr. CMWP SDP

 

szczegółowy opis jest tu : https://cmwp.sdp.pl/jozef-wieczorek-z-krakowa-uniewinniony-decyzja-sadu-odwolawczego-zbiezna-ze-stanowiskiem-cmwp-sdp/

Odroczenie sprawy red. Józefa Wieczorka na czas nieokreślony w Sadzie Okręgowym w Krakowie

https://cmwp.sdp.pl/odroczenie-sprawy-red-jozefa-wieczorka-na-czas-nieokreslony-w-sadzie-okregowym-w-krakowie/

6 listopada br. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy) odbyła się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, że upubliczniał nagranie dźwięku i obrazu z rozprawy sądowej z wyłączeniem jawności. Red. Józef Wieczorek nie został prawidłowo poinformowany o wyłączeniu jawności tej rozprawy. Sprawa red. Józefa Wieczorka toczy się w sądach różnych instancji  już blisko 5 lat.

6 listopada po rozpoczęciu rozprawy przewodnicząca składu sędziowskiego wyraziła zgodę na dokumentowanie rozprawy przez publiczność. Zanotowała obecność m.in. obserwatora ze strony CMWP SDP, którym jest p. Agnieszka Kaczorowska.

Sędzia ogłosiła odroczenie rozprawy na czas nieokreślony, motywując to małą ilością czasu na zapoznanie się z dokumentacją oraz z uwagi na nowe procedury w sądzie.

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

Stanowisko CMWP SDP jest tu : https://cmwp.sdp.pl/cmwp-sdp-po-raz-kolejny-w-obronie-red-jozefa-wieczorka-z-krakowa/

Tekst i zdjęcia : Agnieszka Kaczorowska

TęczUJe zdobywają UJ [Uniwersytet Jagielloński]

[na bazie https://queer.pl/grupa/1019/teczowy-uj-w-krakowie ]

TęczUJe zdobywają UJ [Uniwersytet Jagielloński]

Uniwersytet Jagielloński jest najstarszym polskim uniwersytetem, ale dopiero w tym roku doszło do merytorycznej dyskusji na temat LGBT, o czym świadczy debata pod hasłem „LGBT – potrzeby, możliwości, wyzwania”, która odbyła się 17 października w Auditorium Maximum.[ https://www.uj.edu.pl/kalendarz/-/journal_content/56_INSTANCE_5De61CKaqzOl/10172/143655664 ] Dlaczego dopiero w tym roku ? Wcześniej LGBT nie było ?

Dopiero w tym roku na Uniwersytecie Jagiellońskim powstało stowarzyszenie, które „ma zamiar zwalczać homofobię, transfobię oraz seksizm na UJ, a także prowadzić działania edukacyjne, w tym rozpowszechniać informacje na temat społeczności LGBTQ, aby stworzyć środowisko na Uniwersytecie Jagiellońskim, które będzie przyjazne dla wszystkich studentów i studentek LBTGQ” [https://queer.pl/news/203549/teczuj-pierwsze-stowarzyszenie-studentow-i-studentek-lgbtq-na-uniwersytecie-jagiellonskim , https://krknews.pl/przelom-w-krakowie-powstalo-pierwsze-uniwersyteckie-stowarzyszenie-dla-studentow-lgbtq/].

Dla tworzenia przyjaznego środowiska akademickiego dla studentów, a także pracowników spoza sfery LBGTQ, jakoś nie powstało żadne stowarzyszenie i jakoś nie było debat merytorycznych w tej kwestii, ani w Auditorium Maxium, ani w mniej reprezentacyjnych salach UJ, mimo że środowisko akademickie UJ (i nie tylko UJ) jakoś nie jest przyjazne dla tych mniej postępowych, którzy chcieliby traktować uniwersytet jako korporację nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Tak uniwersytet był określany w statucie UJ, aż do jubileuszowego roku 2000, ale widocznie uznano na szczytach akademickich, że nie ma co się trudzić poszukiwaniem prawdy, bo to ani nie jest postępowe, ani nie przynosi awansów, ani zysków dla uczelni i ich etatowych pracowników, a także studentów.

Zresztą tych, co razem ze studentami poszukiwaniem prawdy się trudzili, usuwano z UJ w czasach panowania systemu kłamstwa i to z oskarżenia o negatywny wpływ na studentów.

Rzecz oczywista, dla systemu kłamstwa, budowniczych/beneficjentów tego systemu, prawda stanowiła śmiertelne zagrożenie. Trzeba było tworzyć przyjazne środowisko dla miłośników tego systemu i to w czasach zarazy, czerwonej zarazy. Przez wiele lat urabiano opinie, że system ten został obalony, co prawda wskazując, że czerwoni stali się co najwyżej różowymi, ale w ostatnich latach okazało się, że środowiska czerwonych znakomicie przetrwały swój upadek i uległy znacznie większemu ubogaceniu kolorystycznemu. Przybrały barwy tęczy i ogłosiły, że nie wszyscy ich miłują, a tak dłużej nie może być.

Nowo powstałe stowarzyszenie na Uniwersytecie Jagiellońskim przyjęło barwną nazwę „TęczUJ” i jak się okazuje, w ramach walki o tolerancję, ma być nieprzyjazne dla tych, którzy nie są miłośnikami TęczUJów.

Na kanale You Tube TęczUJe ostrzegają [Tęczowy Uniwersytet Jagielloński- https://www.youtube.com/watch?v=iUJLyOYVZkg] , że profesorowie i wykładowcy na uczelniach muszą się mieć na baczności, bo nawet niewinny żart może się dla nich źle skończyć. To już nie przelewki. Nie ma żartów.

Lepiej zorientowani w historii tworzenia ‚najlepszego z systemów’ o barwie czerwonej, wiedzą zapewne, że żartownisie (ros. – szutnicy) i to niewinni, budowali Kanał Białomorski. Czyżby TęczUJe chcieli nawiązywać do tych tradycji ?

W Polsce, instalacja ‚najlepszego z systemów’, wspierana była przez młodzież skupioną w ZMP – Związku Młodzieży Polskiej, w którym aktywiści tworzyli Brygady Lekkiej Kawalerii, zajmujące się zwalczaniem nauczycieli niepopierających polityki i ideologii komunistów, niepopierających tego co miał usta słodsze od malin.

W deklaracji TęczUJów, jakby się słyszało echo nadciągającej lekkiej kawalerii, która zajmie się zwalczaniem akademików niepopierających ideologii i polityki LGBT.

W tych działaniach studenci nie są osamotnieni. Przecież cała Konferencja Rektorów Szkół Polskich [KRASP] jednogłośnie/jednomyślnie wydała oświadczenie o kierowaniu na ścieżki dyscyplinarne tych, co by się ośmielili krytykować LGBT [ https://www.krasp.org.pl/resources/upload/dokumenty/Uchwa%C5%82y/stanowisko_zachowanie_wartosci_w_debacie_publicznej.pdf ] i to w warunkach wojny kulturowej, kiedy każda krytyka może przechylić szalę frontu wojennego.

Władza rektorów została wzmocniona w wyniku reformy Gowina, stąd rektorzy autonomicznie każdego niemiłującego LGBT, mogą zawiesić, albo wypędzić z uczelni, tak jak to robili ich poprzednicy, wobec niemiłujących systemu komunistycznego.

Minister Gowin jakby nic nie miał przeciwko takiej sytuacji. Za żadne skarby nie ma zamiaru zbadać korzeni obecnego systemu, a co więcej zapowiedział, że położy się Rejtanem, gdyby był zagrożony byt studiów genderowych na uczelniach.[https://wpolityce.pl/polityka/471280-gowin-obroni-gender-o-szkodliwosci-zle-pojetego-pluralizmu?fbclid=IwAR2NC0yqkDF-KMbwy80HHNso6l-fbwPH-4E6NlW0cyNQnGe3T32bTVZlNxo ]

No cóż, każdy system musi mieć oparcie na uniwersytetach, wśród elit, bez tego trudno by było przed laty zainstalować system komunistyczny, czerwona zaraza nie mogłaby się rozprzestrzenić i teraz tęczowa zaraza też potrzebuje oparcia na uniwersytetach, dobrze przygotowanych do ubogacenia kolorystycznego naszego społeczeństwa.

Tęczowy front akademicki rozwija się coraz śmielej, a organizacje kombatanckie/antykomunistyczne omijają go szerokim łukiem, nie ośmielając się zbliżyć do centrum zarazy, ani od przodu, ani od tyłu.

TęczUJe przenikają UJ [ i nie tylko], tęczują sobie swobodnie bez zakłóceń, a ci nic nie słyszą, nic nie widzą po odważnym pogrążeniu głów w podręcznych strusiówkach – takiej nowoczesnej broni bohaterów.

TęczUJe ogłaszają atak na niemiłujących LGBT, a kombatanci nawet nie ogłaszają mobilizacji.

Tęczowi byli już pod oknem papieskim w rocznicę wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową i nie było żadnej reakcji, poza jedną osobą duchowną z różańcem.

Kombatanci nawet nie wystawili czUJek, ani nie rozmieścili czUJników, aby mieć właściwą orientację tego, co się na froncie akademickim wojny kulturowej dzieje.

W obronie abp. Marka Jędraszewskiego, który objaśnił przekształcanie się zarazy czerwonej w tęczową, co spotkało się z atakiem rektorów, pod krakowską Kurią zgromadziło się kilka tysięcy osób [https://www.youtube.com/watch?v=bq8BtKzvtb8 ], ale pod Collegium Novum, gdzie urzęduje rektor UJ, który wraz ze swoimi kolegami z KRASP potępił mowę metropolity, uznając ją jako mowę nienawiści, nie zgromadził się nikt. Nie miałem z czego zrobić fotoreportażu !

Taka schizofreniczna postawa na froncie niczego dobrego nie wróży. Potrzebne są zdecydowane działania, po wcześniejszym rozpoznaniu sytuacji na froncie i w rejonach przyfrontowych.

Na Plantach, przed Collegium Novum nie ma jeszcze tęczowych ławeczek, rektor jeszcze nie zasiada w tęczowym fotelu, w tęczowej todze, studenci – nawet TęczUJe,  jeszcze nie noszą tęczowych czapek studenckich [ aby było wiadomo kogo tolerować],  ale to dopiero początek.

W czasach PRLu UJ, nie był CzUJem – Czerwonym Uniwersytetem Jagiellońskim, choć rektor Karaś do tego zmierzał [ https://lustronauki.wordpress.com/2009/11/14/uj-za-rektora-mieczyslawa-karasia/ ], ale zrodzony z UJ – Uniwersytet Śląski takim czerwonym uniwersytetem, czyli ‚Czusiem’ ( jak się mówiło ) był [ CzUŚ].

W III RP na dobrej drodze jest instalacja, na bazie najstarszego polskiego uniwersytetu – Tęczowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, czyli prawdziwego TęczUJa.

W PRL nie było reakcji środowiska akademickiego na oczyszczanie UJ z elementu niemiłującego czerwonych i nie ma do dnia dzisiejszego ( nikt prawdziwej historii UJ nie chce poznać !) co skutkuje, bo niby dlaczego nie ma skutkować, brawurowymi atakami na niemiłujących tęczowych. Jak nie będzie frontu opozycyjnego, tęczowi, TęczUJe zdominują UJ i sformatują na tęczowo kolejne elity, które będą się kłaść Rejtanem, gdyby ktoś ośmielił się choćby skrytykować TęczUJa.

Profesorowie a wolność słowa

Józef Wieczorek

Profesorowie a wolność słowa

Zawieszenie prof. Andrzeja Nalaskowskiego w prawach nauczyciela akademickiego przez rektora UMK za felieton o tęczowym marszu wywołało dyskusję o wolności słowa na polskich uczelniach. Co prawda pod wpływem protestów i opinii publicznej zawieszenie trwało jedynie jeden tydzień, ale dyskusja o stanie polskich uczelni winna trwać znacznie dłużej i w zakresie znacznie wykraczającym poza barwy tęczy.

Faktem jest, że polskie środowisko akademickie zostało dotknięte czerwoną zarazą i przez dziesiątki lat uformowane/wyselekcjonowane na potrzeby instalatorów i utrwalaczy najlepszego z systemów. Po medialnym zakończeniu komunizmu, środowisko nie zostało do końca wyleczone z tej zarazy, a jak widzimy obecnie, zostało jedynie ubogacone kolorystycznie, dotknięte w niemałym stopniu rozprzestrzeniającą się zarazą tęczową.

Po znamiennych słowach wypowiedzianych przez abp. Marka Jędraszewskiego [Czerwona zaraza już nie chodzi po naszej ziemi, ale pojawiła się nowa, neomarksistowska, chcąca opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie czerwona, ale tęczowa”] głos potępiający wydał rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza – prof. Andrzej Lesicki, a głos ten został wzmocniony wkrótce, i to jednomyślnie, przez rektorów akademickich szkół wyższych [KRASP]:

Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, kierując się zasadami  poszanowania praw człowieka, tolerancji i wzajemnego szacunku oraz koniecznością przeciwdziałania wszelkim przejawom dyskryminacji i nierównego traktowania ze względu na narodowość, płeć, religię, przekonania polityczne, niepełnosprawność czy orientację seksualną w poczuciu odpowiedzialności uczelni za kształtowanie wśród studentów i w całym społeczeństwie podstawowych wartości, na których oparte jest funkcjonowanie demokratycznego społeczeństwa, w obliczu nasilających się aktów agresji fizycznej i słownej oraz przejawów wrogości wobec przedstawicieli różnego rodzaju mniejszości, stymulowanych wypowiedziami osób publicznych, w pełni popiera przesłanie zawarte w oświadczeniu rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – prof. Andrzeja Lesickiego, opublikowanym 12 sierpnia br. na stronie internetowej https://amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/oswiadczenie-rektora

Rektorzy stanęli po ciemnej stronie mocy

Rektorzy zupełnie nie zauważyli braku tolerancji i braku szacunku dla ludzi o odmiennych wartościach, opartych na fundamentach chrześcijańskich, manifestowanego – przez im podległych – etatowych profesorów polskich uczelni jak np. prof. Jana Hartmana czy prof. Joannę Senyszyn.

Wobec ich poczynań/ekscesów, jak do tej pory, KRASP nie wydała ani jednego oświadczenia.

KRASP zatem ich toleruje/ aprobuje, a nawet tworzy wspólnie swoisty Front Jedności Akademickiej, stojący po tej samej, ciemnej stronie mocy. Wyżej wymienieni profesorowie raczej funkcjonują w systemie akademickim jako swoiste piorunochrony zbierające na siebie gromy ze strony mniej postępowych. Wielu naiwnym nawet do głowy nie przychodziło, że ich pracodawcy – rektorzy‚ grają w tej samej drużynie. Stąd na ich ekscesy nie reagują.

Oświadczenie KRASP chyba te dotychczasowe nieporozumienia dostatecznie wyjaśnia. Inwektywom, znieważaniu uczuć religijnych i symboli narodowych, na marszach LGBP i w wypowiedziach ich akademickich miłośników, nie poświęcają ani jednego zdania w swym oświadczeniu. [sic!]. Czyli takie znieważanie jest dozwolone ?

Rektorzy, apelują o tolerancję, przeciwdziałanie dyskryminacji, nierównemu traktowaniu, ale od czasów czerwonej zarazy wykazywali brak tolerancji dla niezależnego myślenia – szczególnie krytycznego, dla nonkonformizmu naukowego, bez którego nauka sensu stricto nie może istnieć, dla naukowców/nauczycieli akademickich o innej orientacji intelektualnej – niszcząc/przywalając na niszczenie, tych zorientowanych na poszukiwanie prawdy, czyli realizujących swój [i każdego akademika] podstawowy obowiązek.

Spektakle kłamstwa i nienawiści wobec takich, niewygodnych dla przewodniej siły narodu, nigdy nie zostały potępione – czyli było i jest O.K.

Jakoś demokratycznie wybierani rektorzy nie okazali się zdolni do stania na straży prawdy, wolności, godności. Poszukiwanie prawdy pousuwano ze statutów uczelni i z obowiązków akademickich. Wypędzeni z uniwersytetów w czasach czerwonej zarazy, wolności -wykładania/formowania studentów według odmiennych od czerwonych/tęczowych wartości – nie odzyskali, a godność mniej utytułowanych nadal jest deptana.

Nie ma wątpliwości, że brak rozliczenia się z czerwoną zarazą w sektorze akademickim i jej transformacja w zarazę tęczową, jest jeszcze bardziej szkodliwe dla zdrowia akademickiego i społecznego, stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla uniwersytetów, ale i dla losów całej naszej cywilizacji.

Skoro rektorzy stanęli po ciemnej stronie nocy należałoby ich przenieść w stan nieszkodliwości, co zresztą postulowałem jeszcze w okresie szerzenia się czerwonej zarazy [czasy jaruzelskie]. Ale kto to zrealizuje skoro niemal cała władza akademicka znajduje się obecnie w rękach rektorów ?

Wolność słowa akademickiego wobec LGBT rektorzy postawili pod pręgierzem i niedługo trzeba było czekać na konsekwencje. Rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika prof. Andrzej Tretyn, zarazem wiceprzewodniczący KRASP, zareagował natychmiast na krytykę tęczowego marszu przez swojego podwładnego. Okazało się, że nawet poza terytorium uczelni wykładowca akademicki nie ma prawa mówić o tęczowej zarazie tego co uważa za zasadne.

Co to ma wspólnego z deklarowaną przez rektorów tolerancją wobec poglądów, wobec innych wartości ? Rektorzy raczej stanęli na linii frontu ideologicznego, włączyli się wojny kulturowej zagrażającej naszej tożsamości, naszym tradycyjnym wartościom.

O próbie przejścia na jasną stronę mocy, chyba do tej pory nawet nie pomyśleli, a niemałą część podległego im środowiska akademickiego taki stan rzeczy zdaje się zadowala.

Znamienne jest, że przed kurią krakowską w obronie abp. Marka Jędraszewskiego zgromadziły się wielotysięczne tłumy, przed pobliskim Collegium Novum czy Maius UJ, po wystąpieniu KRASP [w tym rektora UJ] nikt się nie zgromadził.

Nie można skutecznie bronić linii arcybiskupa milcząc o jednomyślnym oświadczeniu rektorów tę linię potępiającym.

Wolność, ale nie na uniwersytetach

Profesor Aleksander Nalaskowski tak skomentował decyzję rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu o uchyleniu zawieszenia go w obowiązkach nauczyciela akademickiego: „Wydaje mi się, że teraz nas wszystkich czeka dyskusja o wolności słowa na uniwersytetach, o tym, czy profesorowie mogą powiedzieć tyle samo, co zwykli przechodnie”.

Takiej dyskusji brakuje. Szczególnie w ujęciu historycznym i w szerokim kontekście patologii akademickich zniewalających polskie środowisko akademickie. Dobrze aby taka dyskusja została podjęta w popularnych mediach, które jak widać po sprawie prof. Nalaskowskiego mogą wiele, ale niestety nie zawsze chcą, stąd o wielu sprawach/patologiach niewiele wiadomo, albo zgoła nic.

Mówimy, że żyjemy od 30 lat w wolnej Polsce, ale czy wolność badań, wypowiedzi, nie ma swoich pozamerytorycznych ograniczeń, jak to miało miejsce w okresie PRL ?

Przecież mimo odzyskania wolności nie wszyscy nauczyciele akademiccy odzyskali wolność wykładnia na uniwersytetach, i jak stanowili zagrożenie dla przewodniej siły narodu, tak i nadal stanowią.

Mogą sobie wykładać do ściany, w swoim mieszkaniu, o ile go mają, ale nie mieszczą się w murach uczelni, choć coraz obszerniejszych i piękniejszych, które są dla nich zamknięte. Czy to jest wolność ?

Skoro byli pasjonatami, uczyli nonkonformizmu naukowego, krytycznego myślenia, nie nadają się do pracy na uczelniach zatrudniających masy konformistyczne, często bezkrytyczne, a nawet bezmyślne.

Zdolność myślenia, czy rozumienia słowa pisanego, wcale nie jest powszechnym dobrem osobistym akademików, a namawianie ich do czytania ze zrozumieniem uważają za naruszanie ich dóbr osobistych [sic !], którym jak można sądzić jest niezdolność rozumienia słowa pisanego, nawet gdy pełnią funkcje akademickie.

Co to za wolność , skoro nawiązanie kontaktu intelektualnego z decydentem akademickim jest utrudnione lub wręcz niemożliwe ?

Co to za wolność, skoro na uczelniach ludzie boją się mówić a nawet myśleć, zanika dyskusja, krytyka merytoryczna, zastępowane przez zaszczuwanie niewygodnych i krytycznych.

Jak ocenia socjolog prof. Zybertowicz wypowiadając się o sprawie prof. Nalaskowskiego – świat akademicki utracił zdolność rzeczowej rozmowy, a reakcją typową dla świata akademickiego jest chowanie głowy w piasek.

Poznawanie najnowszej, prawdziwej historii uniwersytetów na ogół nie jest możliwe. Na takie badania nie ma przyzwolenia, nie ma pieniędzy. Mamy dzieła historyczne będące w obiegu edukacyjnym, gdzie w najnowszej historii uczelni nie ma takich pojęć jak komunizm, stan wojenny, nie ma mowy o PZPR.

Zatem poznanie prawdy o korzeniach obecnego świata akademickiego nie jest możliwe. Niestety historycy chowają głowę w piasek, utrzymując się dzięki temu na etatach.

Akademicy nie mogą pisać krytycznie o tęczowych marszach, źle się wyrażać o LGBT, ale także bezkarnie nie mogą ujawniać patologii, szczególnie wysoce utytułowanych, a tym bardziej merytorycznie krytykować prac profesorów.

Z polskiego systemu akademickiego nie usuwa się tych co zrobili kariery dzięki plagiatom, ale tych, którzy je wykrywają.

Tak samo wygląda sprawa ustawianych konkursów na stanowiska akademickie, nepotyzmu i „n-tej” ilości patologii degradujących polski potencjał akademicki.

Ale w przestrzeni publicznej najczęściej słychać, że jedyną bolączką polskich uniwersytetów jest brak pieniędzy. Rzecz jasna skala ich marnotrawstwa nie jest znana. O tym się nie mówi. Nie ma wolności słowa ?

Profesorom jednak wolno więcej !

Prof. Nalaskowski postawił pytanie czy profesorowie mogą powiedzieć tyle samo, co zwykli przechodnie”, co może sugerować, że u nas profesorowie, w jakiś szczególny sposób są dyskryminowani, niegodziwie traktowani, jak mówią i robią to co inni bez takich konsekwencji mogą.

Czasem niegodziwe postępowania wobec profesorów są faktem, co zresztą „tęczowy” przypadek prof. Nalaskowskiego dokumentuje, ale jednak u nas profesorowie są otaczani na ogół prestiżem i to nierzadko niezasłużonym, a nieraz traktowani są jak „święte krowy”, co może bulwersować „zwykłych przechodniów’, choć media zbyt rzadko takie aspekty profesorskiego traktowania naświetlają w należytym kontekście.

Nasz system tytularny zaadaptowany przez komunistów do dyscyplinowania elitotwórczego środowiska akademickiego, do marginalizowania/wykluczania niepokornych, nieprzydatnych do wprowadzania i utrwalania ‚najlepszego z systemów’, nadal trwa, i jest jedną z najważniejszych przyczyn niewydolności polskiego systemu akademickiego.

Jesteśmy potęgą tytularną, ale mizerią naukową i mogą to powiedzieć nawet zwykli przechodnie, o ile nieco się w tym orientują, ale profesorowie choćby mogli, o ile są na etatach i robią karierę, tego nie mówią. Czasem dopiero po przejściu na emeryturę wyciągają głowy z piasku ( z podręcznych ‚strusiówek” towarzyszącym im w życiu etatowym) i uchylają rąbka tajemnic akademickich.

Mimo zmian, wielu reform, system tytularny jak trwał, tak trwa, a zdobywanie tytułów u nas stało się celem działalności, która nieraz nie ma wiele wspólnego z nauką. Im więcej tytułów tym pozycja nauki uprawianej w Polsce niższa, czyli utrzymanie systemu tytularnego, jako rzekomego gwaranta poziomu nauki, skutkuje utrzymaniem spadku tego poziomu.

Mimo to, prestiż profesorów w społeczeństwie raczej nie spada, lub jedynie nieznacznie, bo wyniki badań prestiżu zawodów sprzed kilku lat wskazują że zawód ( sic !) profesora stał się mniej prestiżowy niż zawód strażaka, co świadczy, że zwykli przechodnie zaczynają się orientować, że coś z profesorami jest nie tak.

Zresztą umieszczanie kategorii profesora [tytuł ! a nie zawód ] wśród zawodów, dowodzić może jedynie nierozumienia znaczenia pospolitych nawet słów, co niestety jest nader częste wśród naszego, coraz bardziej wyedukowanego i coraz bardziej utytułowanego społeczeństwa.

Trzeba pamiętać, że zawodu profesora się nie uprawia, natomiast profesor może swoją działalnością, poziomem intelektualnym i moralnym sprawiać zawód, nawet zwykłym przechodniom.

Negatywna selekcja kadr wprowadzona w życie w systemie komunistycznym, została zauważona przez zwykłych przechodniów/robotników w 1980 r. co skutkowało 13 postulatem porozumień gdańskich [ „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej …] . Niestety ten stan rzeczy trwa nadal i jakby z wprowadzenia w życie tego nader słusznego postulatu zrezygnowano.

Gdyby go wprowadzono, nader wielu profesorów po prostu z systemu akademickiego musiałoby odejść.

.a nawet czasem za dużo

Niestety to profesorowie w naszym osobliwym systemie akademickim stworzyli coś w rodzaju nadzwyczajnej kasty akademickiej, zresztą wzajemnie przenikającej się z nadzwyczajną kastą sędziowską, stąd mimo rozmaitych patologii, także na szczeblu profesorskim/rektorskim, jakoś działań wymiaru sprawiedliwości wobec niegodziwych poczynań profesorów jest niewiele.

W naszym systemie tytularnym nie ma mocy, aby odebrać profesorowi tytuł, nawet jak został zdobyty na drodze przestępczej – na bazie plagiatu.

Profesorowie sami się oceniają, awansują, wybierają i innym nic do tego.

W razie czego argumentują, że w nauce nie może być demokracji, rządzi arystokracja, a o przynależności do niej decyduje tytuł, który jest przedmiotem pożądania, niekiedy mrocznego, członków środowiska akademickiego.

Na drodze do jego uzyskania dzieją się nierzadko rzeczy karygodne, ale nie karalne, bo przecież jest autonomia uczelni.

Jak profesor pisze brednie, finansowane z kieszeni zwykłego przechodnia [np. gdy pisze o historii na odcinku PRL i nie ma w niej słowa ‚komunizm’, ani nawet ‚stan wojenny’], zwykły przechodzeń może się z takich profesorów śmiać w kułak, może pokazać ‚gest Kozakiewicza’ i nie zostanie zawieszony za to w wykonywaniu swoich obowiązków np. brukarza, gdy dla przykładu zwykły doktor za merytoryczną krytykę osiągnięć, czy poczynań profesorów, po prostu znika z przestrzeni akademickiej i to czasem dożywotnio.

Nie ma co liczyć na przenoszenie w stan nieszkodliwości takich profesorów, mimo że takie sankcje postulowałem przed laty. Nie ma co liczyć na protesty środowiska spolegliwego wobec profesorów, baczącego na przebieg swoich karier uzależnionych od profesorów, w naszym systemie zamkniętym.

Niewątpliwie jednak, jeśli podczas wojny kulturowej, z którą mamy do czynienia, jakiś profesor znajdzie się po niewłaściwej dla środowiska akademickiego linii frontu, to może być potępiony/wykluczony, ale i tak może liczyć, że będą protesty, głosy oburzenia i kara zostanie mu zmniejszona/zawieszona. Mniej utytułowani na to liczyć nie mogą. Profesorom jednak wolno więcej.

Tekst opublikowany w październikowym numerze miesięcznika Nowe Państwo – r. 2019

Dysydent akademicki w Radio WNET

Dysydent akademicki w Radio WNET
na początek kolejnego roku
akademickiego, bez wyrzuconego w
czasach jaruzelskich wykładowcy,
czyli Józef Wieczorek wobec systemu

Kraków, 1 października 2019 r.

O doskonałości pedagoga przed jubileuszowym zjazdem pedagogów

Kurier WNET

Józef Wieczorek

O doskonałości pedagoga przed jubileuszowym zjazdem pedagogów

Jeden z nielicznych koryfeuszy nauki polskiej, prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, prowadzi od lat blog Pedagog, i to nadzwyczaj systematycznie. Co dzień jeden tekst, także w soboty i niedzielę. Bez wytchnienia. Doprawdy imponujące, tym bardziej, że jednocześnie jest profesorem Uniwersytetu Łódzkiego, profesorem kontraktowym w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie [imponujący ilościowo wykaz działalności naukowej na stronie uczelni] i od lat bryluje w sektorze nadawania stopni i tytułów naukowych jako osoba odpowiedzialna za ich wartość.

Sylwetka niemal doskonała

Profesor był członkiem Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów, a od czerwca tego roku jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej, która za nadrzędny swój cel ma ‚trzymanie poziomu’ [Prof. Grzegorz Węgrzyn w Forum Akademickie, 7/8, 2019]. W CK znajdował się w czołówce pisarzy recenzji habilitacyjnych, co chyba nie było korzystne dla utrzymania należytego poziomu naukowego, o czym świadczy spadek poziomu prac habilitacyjnych.

Co więcej, jak oznajmia na swoim blogu, jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Studia z Teorii Wychowania”, członkiem rad naukowych czasopism pedagogicznych: „Litera Scripta Journals”,„The New Educational Review”,„Rocznik Pedagogiczny KNP PAN”,„Chowanna”, „Przegląd Pedagogiczny”, „Forum Oświatowe”, „Auxilium Sociale Novum”, „Ars Educandi”, „Wychowanie na co Dzień”, „Problemy Wczesnej Edukacji” i „Horyzonty Wychowania”, z czym wiąże się na ogół znaczna praca recenzencka.

Ponadto ostatnio wydał: Książki (nie)godne czytania Kraków, 2017, Meblowanie szkolnej demokracji (Warszawa 2017), Habilitacja. Diagnoza. Procedury Etyka. Postulaty (Kraków 2017), Harcerstwo źródłem pedagogicznej pasji (Kraków 2016); Edukacja (w) polityce – polityka (w) edukacji. Inspiracje do badań polityki oświatowej (Kraków 2015); Diagnoza uspołecznienia publicznego szkolnictwa III RP w gorsecie centralizmu (Kraków 2013); Pedagogika ogólna. Podstawowe prawidłowości (Kraków 2012).

Zamieścił je w sektorze „Ulubione książki” , co najlepiej świadczy o tym, że lubi to co robi ! Chociaż szkoda, że nie ujawnił czy lubi jakiekolwiek książki innych autorów.

Także cenzor doskonały

Aby zdobyć siły na taką aktywność, trzeba czasem wypocząć i profesor oznajmił na blogu, czego nie napisze ze względu na urlop, przerywając blogowanie od początku lipca do końca sierpnia. Jednocześnie informuje „Zapewne zmartwią się moją nieobecnością w sieci hejterzy, faryzeusze, cynicy, hipokryci czy pozorni sojusznicy mojej aktywności społeczno-oświatowej, gdyż nie będą mieli „paliwa” do swoich toksycznych manipulacji, podwieszania się pod moje wpisy, by wyłudzać czytanie ich postmodernistycznych wyziewów w Internecie czy lokalnej prasie.” demaskując istnienie jakiś bliżej nieokreślonych sił naruszających tak bardzo potrzebny błogostan pana profesora. Niewątpliwie zamknięcie na okres wakacyjny swoistej stacji paliwowej może prowadzić do obezwładnienia potencjalnego przeciwnika, którego profesor jednak nie ujawnił.

Zaatakował anonimowego czytelnika bloga:

„Zmartwi się wyemancypowany teoretyk wychowania, który już zapomniał o swojej aktywności w PZPR na Uniwersytecie Śląskim. Zapewne schował głęboko w domowej szafie Odznaczenie im. Janka Krasickiego, by przygotowywać swoje kolejne publicystyczne „szczucie” na tych, którzy wywołują w nim zawiść, a może i nienawiść z tytułu nieprzyjmowania do wiadomości krytyki jego zaburzeń czy publicystyki. Warto odwiedzić lekarza lub psychiatrę.”

Ten wpis czytelnicy „Kuriera WNET” mogą odnieść do Herberta Kopca, który na łamach „Kuriera” zamieszcza swoje refleksje z pozycji niewyemancypowanego pedagoga. Szkoda, że profesor Śliwerski nie podjął polemiki z tymi refleksjami bezpośrednio na łamach „Kuriera”, a jeszcze w czerwcu tego roku zaatakował na swoim blogu rzeczonego Herberta Kopca w tekście ‚Herberta Kopca postmodernistyczna „szczujnia” publicystyczna’ .

Na swoim blogu zaapelował Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania”.

Przypuszczalnie jednak autor bloga skierował go tylko do osób chcących komentować to co on pisze, natomiast nie do siebie, stąd nie zrezygnował z umieszczenia materiału obrażającego kolegę po fachu.

Pod jego tekstem usiłowałem umieścić następujący komentarz W czasach PRLu bywało, że za dyrdymały wypisywane przez członków CKK (podlegających polityce KC) stawiałem studentom 2 ( nauki przyrodnicze, a nie ideologiczne) i na podobne oceny zasługują też dyrdymały wypisywane przez członków CK w III RP.

Tekst członka CK, mimo że publicystyczny, nie zasługuje na pozytywną ocenę, bo tekst liczy co prawda ponad 13 000 znaków, ale nie wiadomo na czym te znaki się opierają. Prof. CK pisze o szczuciu, ale nie przytacza ani jednego zdania, które by dokumentowało, uzasadniało taką opinie i nie wiadomo czego ten tekst dotyczy.
A zatem jeno mamy do czynienia ze szczuciem na niewygodną z jakiegoś powodu [ z jakiego ?] dla prof. osobę, która go swoim jestectwem uwiera. Szczujnia profesora nie zasługuje zatem na uwagę, bo niby dlaczego coś takiego nobilitować jakąś polemiką.
Winien się tym jednak zająć jakiś rzecznik dyscyplinarny, aby zdyscyplinować profesora intelektualnie i moralnie i spowodować ujście powierza, gdyż z samego tekstu niejako widać jak się nadyma. Szkoda, że tego nie zilustrował jakimś selfie.
Na uwagę jednak zasługuje to co sam profesor, chyba przez roztargnienie, napisał o swoim tekście „może i posłuży komuś do analizy tego, jak nie należy wprowadzać czytelników w błąd.

Czekam zatem na stosowną analizę i przestrogę dla czytelników, którzy mogą być wprowadzeni w błąd takim tekstem.”

Niestety na blogu profesora mój komentarz się nie ukazał [skrupulatna cenzura !], więc go ujawniłem na Facebooku, a profesor niebawem, mimo wakacyjnego braku aktywności na blogu, możliwość komentowania tekstów wyłączył całkowicie ! Widocznie lubi tylko to co sam pisze, a nie lubi krytycznych komentarzy, zapewne uznając je za obrazę swojej doskonałości.

Wcześniej jedynie zaznaczał, że komentarze „ będą moderowane w okresie wakacyjnym z wyłączeniem jednak prób zamieszczenia komentarzy, których intencją (explicite czy implicite) i treścią jest naruszenie norm obyczajowych i prawnych..” .

Blokując całkowicie możliwość komentowania swoich tekstów nie podał ani jednego przykładu zablokowanych komentarzy, które by naruszały normy obyczajowe czy prawne. Po prostu ocenzurował wszystko jak leci, nie podając nawet podstawy prawnej, co czyniły media w ‚okresie jaruzelskim”!. Rzeczywiście profesor osiągnął doskonałość cenzorską.

Udoskonalanie niedoskonałych

W pożegnalnym, przed urlopem, wpisie na blogu ostro zaatakował także nieujawnioną publicznie osobę: „Nie będzie pocieszona osoba podszywająca się pod polską naukę, ale kompromitująca ją swoimi pseudonaukowymi rozprawami, w wyniku czego nie otrzymała stopnia doktora habilitowanego na jednym z uniwersytetów. Takich dotkniętych porażką, a nieprzyjmującym do wiadomości braku własnych kompetencji i nierozumiejących popełnianych błędów we własnych rozprawach jest wiele w naszym kraju. „

Nie wiadomo dlaczego profesor nie ujawnia personaliów atakowanych czytelników, którym przypisuje czy to zaburzenia psychiczne, czy rozprawianie pseudonaukowe. Chyba bije na oślep czymś poirytowany, nie dając żadnych konkretnych profesorskich porad, jak ci nieszczęśnicy winni osiągnąć akceptowany przez niego – w końcu członka Rady Doskonałości Naukowej – poziom doskonałości. Z wyjątkiem jednej ,nader nieprecyzyjnej, rady:

„Akurat ukazało się nowe wydanie podręcznika Jerzego M. Brzezińskiego pt. „Metodologia badań psychologicznych” (Warszawa 2019, ss. 525). Polecam habilitantom i doktorantom, którzy mają niepowodzenie w postępowaniu awansowym, by jednak najpierw przeczytali ze zrozumieniem chociażby ten jeden podręcznik, a następnie podjęli wysiłek naukowy, a nie naukawy.”

Sam jednak wysiłku naukowego na drodze udoskonalania polskich naukowców nie podjął.

Czy takie atakowanie/dyskredytowanie/znieważanie ‚ niedoskonałych’ mieści się w kategoriach doskonałości naukowej ? Czy podczas urlopu zdołał pan profesor odwiedzić lekarza lub psychiatrę co zaleca „niedoskonałym’, sam o siebie nie dbając, jakby nie spełniając prośby wielu czytelników bloga [sam pisze – ‚ Wiele osób prosi mnie, bym jednak zatroszczył się o siebie…’ ]

Sam troszczy się natomiast o innych „powinni trochę odpocząć ode mnie, od moich komentarzy, recenzji i analiz…” Trzeba przyznać, że troska ta jest nader uzasadniona.

Zapowiedź Zjazdu Pedagogicznego na drodze do doskonałości naukowej

Profesor zapowiada na blogu zbliżający się X Zjazd Pedagogiczny [18 – 20 września 2019 w Warszawie], o którym organizatorzy piszą „Chcielibyśmy, aby ten Jubileuszowy Zjazd był miejscem spotkania naukowców, którym bliskie są problemy pedagogiki i edukacji, aby sprzyjał dialogowi ludzi nauki i praktyków oraz interdyscyplinarnej dyskusji nad rolą pedagogiki i pedagogów we współczesnym świecie.

Także profesor ma wziąć w nim udział. Pisze „Zobaczymy się na X Jubileuszowym Zjeździe Pedagogicznym w Warszawie, gdzie będę miał możliwość podzielenia się z Państwem analizą powodów zanikającego zaufania w środowisku nauk pedagogicznych, które dotknięte jest grą pozorów, środowiskowymi manipulacjami, fenomenem zdrad i zanikającej etyki recenzowania publikacji. Wierność nauce jest odwagą w uniwersytetach handlujących stopniami naukowymi, gdzie niektórzy profesorowie wolą tracić godność i własną wiarygodność.”

Nie będąc pedagogiem, ale osobą wyklętą za ‚psucie młodzieży’ przez patologiczne środowisko akademickie, o którym -jak wynika z tego wpisu – zdaje się pan profesor ma podobną opinię, chętnie bym się podzielił z profesorem i innymi pedagogami swoimi spostrzeżeniami/ doznaniami/analizami/prognozami, ale póki co nie jest to możliwe. Podzielam jednak pogląd zawarty w ujawnionej już treści wykładu inauguracyjnego jubileuszowego zjazdu pedagogów , że ‚wleczemy za sobą długi ogon nieprzezwyciężonej przeszłości…’i że ‚ niebezpieczni dla kraju są ludzie, którzy są przekonani, że posiedli prawdę absolutną ‚. Ciekawe jak do tych tez odniesie się profesor od doskonałości naukowej.

O patologiach/etyce/ historii i teraźniejszości środowiska akademickiego piszę od lat, i są tego setki tekstów dostępnych bezpłatnie w internecie, z możliwością komentowania, bo komentarzy nie zablokowałem, z wyjątkiem wulgaryzmów, choć bywają krytyczne. Tym niemniej nie zauważyłem, żeby pan profesor podjął się polemiki z moimi tekstami. No może z jednym wyjątkiem, kiedy w swojej książce Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016 z przekąsem wyrażał się o moich interpretacjach negatywnego znaczenia dla nauki przygranicznego ruchu habilitacyjnego. [mój blog – Dwie pasje Polaków: turystyka i habilitacja, w jedno połączone ]

Pan profesor też był negatywnie nastawiony do tych patologii, ale niestety nie podzielił się swoimi działaniami na rzecz ich powstrzymania [ może ich nie było ?] , kiedy był obecny przez spory czas na jednym z tych najbardziej patologicznych uniwersytetów słowackich stanowiących cel peregrynacji habilitacyjnych polskich miłośników stopni i tytułów naukowych, choć niekoniecznie nauki.

Profesor w swych tekstach jawi się jako wręcz fanatyczny zwolennik obecnego systemu tytularnego, dyskredytując tych, którzy nie są posiadaczami niewiele jednak wartych tytułów, za nadawanie których w jakimś stopniu sam odpowiada.

Nie podnosi problemu wartości tych tytułów w relacji do nauki światowej, w której – mimo doskonałości krajowej- niemal nie istniejemy.

Czy na Zjeździe Pedagogów ta niedoskonałość naszego systemu zostanie poruszona i czy zostaną podane wytyczne pedagogiczne jak ten system udoskonalić ? Czy też obecny tytularny system zostanie uznany za doskonały naukowo, mimo że nas stawia na marginesie nauki światowej, a pozbawieni tytułów pozostaną nadal obiektami szczucia ze strony strażników doskonałości naukowej ?

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, wrzesień 2019 r.  przed rozpoczęciem Zjazdu Pedagogicznego, na którym był kolportowany.

Niestety nie zauważyłem aby niedoskonałość naszego systemu została poruszona , natomiast zauważyłem, że autor bloga „pedagog” całkowicie zablokował możliwość komentowania jego tekstów z czego wynika, że mój tekst przeczytał i postąpił zgodnie z zasadą – stłucz termometr nie będzie gorączki

 

Screen Shot 09-16-19 at 11.31 AM

Screen Shot 09-16-19 at 11.32 AM

Nieuspokojony, a nawet niezaspokojony, przez ministra Gowina

woda z mózgu

źródło 

Nieuspokojony, a nawet niezaspokojony, przez ministra Gowina

Min. Gowin w sprawie szykan wobec prof. Nalaskowskiego dla portalu polityka.pl [https://wpolityce.pl/polityka/464183-gowin-o-zawieszeniu-nalaskowskiego-uwazam-je-za-niewlasciwe ] powiedział ‚ Chcę wszystkich uspokoić, na pewno wolność słowa, wolność badań naukowych na polskich uczelniach będzie zagwarantowana „ na co nie mogę nie zareagować , gdyż wypowiedzią tą nie zostałem uspokojony a co więcej nie zostałem zaspokojony odpowiedzią min. Gowina na list, który wystosowałem 26 kwietnia 2019 r. Mija już 5 miesiąc a minister na list w sprawie braku wolności badań naukowych na polskich uczelniach milczy !

Nie dość, że nie zagwarantował – podobnie jak jego poprzednicy- wolności badań tym, którzy tej wolności zostali pozbawieni w czasach panowania czerwonej zarazy i tej wolności im nie przywrócono w czasach rozprzestrzeniania się zarazy tęczowej, to uspokaja wszystkich – będzie O.K. Co są warte te gwarancje ministra ?

Ujawniam list do ministra, pod refleksję gremiów monitorujących skandal toruński , dla poszerzenia znajomości zapaści moralnej polskiego środowiska akademickiego, reagującego na sygnały o jej stanie – podobnie jak minister -chowaniem głowy w piasek.

Kraków, 26 kwietnia 2019 r.

Józef Wieczorek

Szanowny Pan dr Jarosław Gowin

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego

ul. Hoża 20
 
00-529 Warszawa

Wystąpienie w sprawie unieważnienia represyjnej, pozamerytorycznej,

opinii anonimowej komisji weryfikacyjnej

realizującej polityczną weryfikację kadr akademickich UJ w końcu 1986 r.,

której skutkiem było skazanie na dożywocie pozauniwersyteckie

W końcu PRL byłem zatrudniony w Instytucie Nauk Geologicznych UJ na etacie adiunkta, prowadząc badania naukowe publikowane w kraju i za granicą [https://wobjw.wordpress.com/2010/07/20/publikacje/] , realizując obowiązki przewidziane dla zatrudnionych na etatach profesorów [ informacje na stronie https://wobjw.wordpress.com/2010/07/20/edukacja/ – wykłady, seminaria, prowadzenie prac dyplomowych, uformowanie – 20 magistrów, w tym kilku o renomie międzynarodowej [ dr-prof] , oraz prowadząc wiele zajęć poza obowiązkami etatowymi [ opieka nad kołem naukowym, i nie tylko] a wynikającymi z realizacji etosu nauczyciela akademickiego w warunkach zniewolenia. Po kilku latach pracy w warunkach ekstremalnego mobbingu, systematycznej organizacji niepowodzenia zawodowego [metoda stosowana przez Stasi w NRD, ale także i u nas, tyle, że u nas nie jest badana], podczas prowadzonej w systemie nauki i szkolnictwa wyższego politycznej weryfikacji kadr zostałem w końcu 1986 r. negatywnie oceniony przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję, bez uzasadnienia merytorycznego – do dnia dzisiejszego, mimo roszczeń informacyjnych !- i oskarżony o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką.

W państwie prawa taka opinia/ocena winna być wrzucona do kosza, a nie była, ani wówczas, kiedy żyliśmy w państwie bezprawia, ani teraz, kiedy żyjemy w państwie z ciągłością prawną z PRL, co skutkuje brakiem unieważnienia ekscesów politycznych weryfikacji kadr akademickich, tak jakby uniwersytety były obszarami eksterytorialnymi, gdzie jak można sądzić z historii uczelni ( np. UJ) w ogóle nie było komunizmu, ani stanu wojennego [sic !] [ Test funkcjonowania systemu akademickiego w Polsce i wprowadzonej w roku 2018 ‚Konstytucji dla nauki’https://blogjw.wordpress.com/2019/01/02/test-funkcjonowania-systemu-akademickiego-w-polsce-i-wprowadzonej-w-tym-roku-konstytucji-dla-nauki/ ] więc konsekwentnie, siłą rzeczy, nie mogło być represji komunistycznych i nie ma problemu rehabilitowania ofiar komunistycznych represji w systemie akademickim. Tak do tej pory wygląda sprawa zadośćuczynienia za krzywdy doznane przez władze akademickie realizujące posłusznie dyrektywy władz PRL.

Moje bezskuteczne usiłowania/roszczenia informacyjne dotyczące dostępu do materiałów gromadzonych w UJ w mojej sprawie oraz próby wznowienia wykładów na UJ prezentuję na stronie: https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/. Na UJ ‚zaaresztowano’ moje papiery. W okresie wypędzania mnie z UJ moja teczka kończyła się na wiośnie 1980 r. a potem nastąpił okres post historii, post prawdy ! Zgodnie z Konstytucją [ Art. 32.] wszyscy są równi wobec prawa, a nie ma zapisu, że UJ jest autonomiczny wobec prawa i zapisy Konstytucji [ m. in. Art. 61] na nim nie obowiązują .

Materiały były natomiast przekazane 22.10.1987 do Naczelnika Departamentu Badań i Studiów Uniwersyteckich i Ekonomicznych w Warszawie – mgr Michała Ługanowskiego, co rodzi pytanie: kto tak naprawdę rządził uczelnią u końca PRL i dlaczego autonomiczne władze UJ zachowują ciągłość nie tylko prawną, ale i moralną z systemem kłamstwa i bezprawia.

Należy wziąć pod uwagę, że zostałem wypędzony z UJ po opiniach studentów i wychowanków:

dr Wieczorek uczył nas rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego..”

dr Józef Wieczorek był dla nas wzorem nauczyciela i wychowawcy”,

Pod jego wpływem geologia stała się dla jego wychowanków nie tylko przyszłym zawodem, ale życiową pasją”.

oraz Rzecznika Dyscyplinarnego :odejście dr. J.Wieczorka uważałbym za wielką stratę dla Uniwersytetu”, ‘świadectwo, które wystawiają dr J.Wieczorkowi jego młodsi koledzy, a także studenci jest takie, jakiego mógłby sobie życzyć każdy nauczyciel akademicki’

To mnie wykluczyło dożywotnio z konformistycznej korporacji akademickiej, chorującej na niedostatki rzetelności i uczciwości, i nie życzącej sobie, aby tacy jak ja wrócili tam gdzie być powinni.

Mam legitymację nr 5845 działacza opozycji antykomunistycznej wydaną przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób represjonowanych.

Bardzo proszę o podanie ścieżki proceduralnej odnośnie procesu rehabilitacji mojej osoby w obecnym systemie akademickim, lub inaczej formułując prośbę – mam pytanie ‚Kiedy zostanę przeproszony za wypędzenie ?’ https://nfapat.wordpress.com/2019/04/24/kiedy-zostane-przeproszony-za-wypedzenie/

Józef Wieczorek