Kuźnie elit czy domy pomocy społecznej?

Kuźnie elit czy domy pomocy społecznej?

Uniwersytety powstające od setek już lat, aby formować elity niezbędne do funkcjonowania nowoczesnych państw, w ostatnich latach w Polsce jakby zmieniały swe funkcje – z kuźni elit na domy pomocy społecznej. Mimo że uczelni wyższych mamy niemal 400, w tym 18 uniwersytetów klasycznych, narzekamy na słabość naszych elit w tych placówkach formowanych.

Od początku tego roku akademickiego słyszymy o dramatycznej sytuacji uczelni, choć takie głosy są znane od początku III RP. Coraz więcej pracowników zamierza opuszczać uczelnie, a rektorzy ostrzegają, że w obecnej sytuacji finansowej placówki mogą się cofnąć do czasów komuny i nie ma mowy o innowacyjności gospodarki i rozwoju. Taktownie pomijają wyniki ankiet wskazujących, że na przykład studenci i absolwenci uczelni medycznych istotnie zamierzają wyjeżdżać z kraju, ale sprawy finansowe tego exodusu są dopiero na dalszym miejscu. Anulują też opinie, że uczelnie jakoś do tej pory nie zdołały wyjść z czasów komuny, no może z wyjątkiem biologicznego odejścia kadr na poziomie tych uformowanych jeszcze w II RP. W innowacyjności ciągniemy się od lat w europejskim ogonie, bez względu na poziom finansowania coraz większej ilości wysoko utytułowanej kadry.

Tym niemniej powszechny jest pogląd, że skoro ktoś jest na etacie akademickim, do formowania elit przeznaczonym, to winien być finansowany nieprzeciętnie (znacznie wyżej od przeciętnego obywatela). Nie zważając na to, czy/w jakim stopniu wyniki tego nieprzeciętnego zatrudnienia są pozytywne społecznie, czy akademik tworzy wielkie dzieła czy pisze/mówi bzdury nieprzeciętne. Jednym słowem, akademicy traktują uczelnie niczym domy pomocy społecznej, oczekując od społeczeństwa nieprzeciętnego finansowania, rzecz jasna bez możliwości społecznej kontroli tego, co za te finanse robią. To im zapewnia autonomia uczelni i zasada, że profesora to może opiniować tylko inny profesor – członek tej samej nadzwyczajnej kasty akademickiej. A dla lepszych od profesorów miejsca na uczelniach nie ma! I nie będzie.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 16 listopada 2022 r.

Pieniądze albo hibernacja

Pieniądze albo hibernacja

Rektorzy alarmują, że gwałtownie rosną koszty funkcjonowania uczelni, które nie znajdują pokrycia w ich przychodach. Fakt, w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z boomem na nieruchomości akademickie, a koszty ich utrzymania są wielkie – ciągle rosną koszty mediów, energii elektrycznej, gazu, wody, ścieków, centralnego ogrzewania… A subwencja z budżetu spada do poniżej 75 proc. w 2022 roku. O takiej subwencji wiele uczelni zachodnich, wyżej od naszych notowanych w rankingach, może tylko marzyć. Te muszą dorabiać swoimi produktami intelektualnymi, co u nas jest słabo praktykowane, więc przychody uczelni są niewielkie.

Co prawda uczelnie po transformacji zamieniły się w fabryki dyplomów, których podaż jest nadal wielka, ale popyt spada. Może to skłoni uczelnie do poszukiwania alternatywnych źródeł ich finansowania i stosowania alternatywnych metod pozyskiwania kadr akademickich na poziomie.

Od dawna kadry uczelni kształtowano poprzez ustawiane, fikcyjne konkursy, niechętnie stosując kryteria merytoryczne, częściej nepotyczne. Faktem jest, że uczelnie przez lata nie były zainteresowane tymi, którzy i bez budżetowych środków finansowych sporo w nauce i edukacji zrobili i gospodarce swoją wiedzą z pożytkiem służyli.

Co więcej, eliminowano z systemu opornych w realizowaniu dostaw obowiązkowych produktów intelektualnych dla baronów akademickich. To oczywiście musiało prowadzić do biedy akademickiej, ale ta przyczyna jest unieważniana w przestrzeni publicznej.

Nikt nie odpowiada na pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie i dlaczego kraj tak silnie udyplomowiony, utytułowany, z tak wielką liczbą uczelni z nazwy wyższych, tak kiepsko jest notowany na arenie światowej, a akademicy tak mało są przydatni dla gospodarki oraz formowania elit? Rektorzy, zamiast refleksji nad obecnym stanem rzeczy, ostrzegają: pieniądze albo hibernacja uczelni, ze studentami poza ich murami. Tak uczelnie może przetrwają, ale czy przetrwa Polska jako ważny europejski kraj?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 28 września 2022 r.

Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Środowisko akademickie – niezależnie od opcji politycznej – mówi jednym głosem: „Środki na naukę i uczelnie to nie koszty, lecz inwestycja” a „każda złotówka zainwestowana w uczelnie czy jednostki naukowo- -badawcze przynosi 5 zł zysku”, gdy zysk z inwestycji w nieakademickiego pracownika wynosi podobno tylko 1,71 zł.

Niestety, akademicy nie podają, jakimi metodami ten intratny 500 proc. zysk obliczyli, poza informacją, że według audytu Ligi Europejskich Uniwersytetów Badawczych, do której nie należy żadna polska uczelnia, z przekazanego 1 euro było 6 euro zysku. Nie wyjaśniają zdezorientowanemu obywatelowi polskiemu, dlaczego powołują się na uczelnie europejskie funkcjonujące według innego niż nasz system, przy którym chcą pozostać. Ten zachodni jest chyba wydajny, ale dlaczego nasz – odmienny, swoisty, tytularny system ma przynosić podobne zyski?

Nasz przynosi ogromną liczbę dyplomów, stopni naukowych i tytułów, ale żeby przynosił autentyczne zyski? To byłoby chyba trudno udowodnić.

Do dziś nie wiadomo na przykład, jakie zyski przyniósł spektakularny wynalazek polskich naukowców przyrządu do oczyszczania nóg z piasku (przy wychodzeniu z plaży), czym polskie uczelnie chwaliły się przed kilku laty. Generalnie wiadomo, że w innowacyjności jesteśmy w tyle Europy, będąc w czołówce udyplomowienia młodego społeczeństwa oraz liczby nadawanych stopni dr. hab. i tytułów profesora, i to belwederskiego.

Transformacji polskiego systemu w bardziej pożyteczny społecznie chyba się nie przewiduje. Wystarczy przejrzeć finansowane z kieszeni podatnika projekty badawcze, aby mieć wątpliwości co do ich zyskowności, choć faktem jest, że nie da się tego dokładnie określić ze względu na skuteczną ochronę przed dostępem do informacji publicznej (przed nieuczciwą konkurencją, za jaką jest uważany zainteresowany obywatel). Jest jednak niemal pewne, że z wdrożenia w życie efektów niektórych projektów nie byłoby wielokrotnego zysku, lecz wielokrotne straty, ale to temat na rzetelny audyt domeny akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  20 KWIETNIA 202