Kuźnie kadr i kowale własnego losu

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

[Likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!]

W wiadomościach Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność nr. 11–12 z 2021 r., a także na łamach „Forum Akademickiego” (12/2021) można przeczytać informacje, że Rada Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność została przekształcona w sztab protestacyjny na mocy uchwały 18/2021 Rady KSN. Powodem jest stan „zagłodzenia systemu nauki” i brak realizacji zobowiązań rządu z 2018 r. zwiększenia wynagrodzeń zasadniczych pracowników nauki i szkolnictwa wyższego o 30%.

Faktem jest, że wynagrodzenia w tym sektorze nie są zbyt wysokie, a na pewno niższe niż na uniwersytetach zachodnich. Ale faktem jest również, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o ilość uczelni, ilość profesorów belwederskich i doktorów habilitowanych, mamy piękne nieruchomości akademickie, ale nauka nie ma mocy.

Twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest niezbyt wysokie finansowanie kadry akademickiej, jest co najmniej dyskusyjne. Rzecz w tym, że nad relacjami finasowania i niewydajności nauki się nie dyskutuje. Akademicy protestują, bo uważają, że im się należy! Protest jest solidarny i widać go w przestrzeni publicznej, gdyż budynki akademickie zwieńczone są często flagami Solidarności i ZNP.

Szkoły wyższe jako kuźnie kadr

 Argument za podwyżkami brzmi: „To szkoły wyższe są kuźnią przyszłych kadr dla przemysłu i gospodarki, medycyny, oświaty, administracji, a prowadzone przez naukowców badania mają na celu poprawę bytu całego społeczeństwa, rozwiązywanie problemów trapiących ludzkość i środowisko oraz stałe podnoszenie stopnia rozwoju cywilizacyjnego”.

Niestety odnosi się wrażenie, że te kuźnie pracują niezbyt wydajnie, bo Polska, bogata w uczelnie i utytułowanych uczonych, jest nadal uboga w elity potrzebne dla zarządzania dużym europejskim krajem, polska nauka niewiele liczy się w świecie, a pod względem innowacji jesteśmy na szarym europejskim końcu.

Protestujący nie postulują żadnych działań, aby poprawić pracę tych kuźni i zatrudnionych w nich kowali, poza lepszym ich finansowaniem. To podobno ma poprawić byt całego społeczeństwa. Ja w to wątpię i wielokrotnie te wątpliwości podnosiłem, ale dyskusji nie było. Moje opinie są niewygodne, podważające zdania etatowych akademików, więc są poddawane antykulturze unieważniania/wymazywania, co nie daje świadectwa dobrych intencji protestujących.

Na początku wieku, podczas prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym, KSN Solidarność przedstawiła swój program naprawy systemu akademickiego, który wychodził, i to znacznie, poza postulaty płacowe. Projekt, mimo że daleki od doskonałości, wspierałem w ramach działań Niezależnego Forum Akademickiego i współpraca naprawcza dobrze się układała, choć ostatecznego sukcesu w Sejmie niestety nie było. Rektorzy przyjętą ustawę (r. 2005) traktowali jako tymczasową i obiecywali, że wkrótce nauczą się organizować konkursy na etaty, aby można było znieść rodzącą patologie habilitację.

Niestety mimo upływu lat nie zdołali zrealizować swoich zamiarów (może cierpią na niedostatek intelektu?). Patologie nadal trwają, nie tylko habilitacyjne, a KSN Solidarność jakby zrezygnowała ze zmian strukturalnych i skoncentrowała się głównie na kwestiach płacowych, które systemu nie zmienią, a jeszcze go petryfikują.

Związkowcy, jakby tego nie chcieli zauważyć, patologiczny system aprobują i argumentują za swoimi postulatami płacowymi, twierdząc, że „każdy z nas jest beneficjentem – w sposób bezpośredni lub pośredni – systemu szkolnictwa wyższego i nauki”. Ten argument nie pozwala mi pozostać obojętnym i postaram się go nieco podważyć na podstawie moich doświadczeń, póki nie doczekam się naukowej analizy.

 Marny los kowala

Ja nie czuję się i nie mam argumentów, aby się poczuć czy to bezpośrednim, czy pośrednim beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki.

System ten nie jest mi obcy, przez szereg lat byłem z nim związany bezpośrednio, nawet na pozycji kowala, w słabo opłacanej, ale efektywnie pracującej kuźni kadr tak dla nauki, jak i gospodarki. Z mojej kuźni, w trudniejszych niż obecne czasach – schyłek PRL, głównie czasy jaruzelskie – wyszły kadry, które sprawdziły się w domenie akademickiej, także na arenie międzynarodowej, i są przydatne dla gospodarki. Kuźnia natomiast została zlikwidowana, a ja przestałem być kowalem, bo zostałem wypędzony z uczelni jako uznany (przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję realizującą dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym) za osobnika mającego negatywny wpływ na młodzież akademicką i stanowiącego zagrożenie dla uczelni.

Kowal, który takie kadry formował, mimo że był kiepsko opłacany (kilkanaście dolarów miesięcznie, bez projektów!), a wiele pracował również bez wynagrodzenia, był i nadal jest niepożądany w „głodującej” domenie akademickiej. Co prawda kowal był temu „winny”: w końcu to były czasy, kiedy czy się stało, czy się leżało, dwa tysiące się należało, ale nie powiesili cygana, lecz właśnie kowala, bo te standardy naruszał. Cyganie pozostali na piedestałach tak wówczas, jak i potem; po tzw. transformacji i niektórzy do dnia dzisiejszego pociągają za cygańskie sznurki. Wówczas (przed niemal 35 laty) nie tylko powiesili kowala, ale i zniszczyli kuźnię, aby kadry z niej nie wychodziły i praca kuźni nie zawstydzała samych koryfeuszy wynoszonych na piedestały przez przewodnią siłę narodu.

Protestów związkowych, także Solidarności, którą kowal w kuźni zakładał – nie było ani wówczas, ani potem. To podobno było tak dawno, że kto by o tym pamiętał? Ale od początku nie pamiętano. Trzeba pamiętać o nosie Kleopatry, pięcie Achillesa, ustach Krzywoustego, bo to nasze dzieje, ale żeby zajmować się powieszonym kowalem w czasach komunistycznych/ wojennych?

W końcu wystarczy zajrzeć do Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby się przekonać, że komunizmu nie było, stanu wojennego nie było, przewodniej siły narodu (PZPR) nie było! Była za to liberalizacja systemu (sic!), w ramach której cyganie wieszali kowali!

Co więcej, niepożądanego kowala wprowadzono na ścieżkę dyscyplinarną, z której do tej pory (przez 35 lat!) go nie sprowadzono i nie podjęto nawet usiłowań w tym zakresie. Ścieżka widocznie była zbyt wysoko zawieszona! Żadnych protestów związkowych nie było i nie ma. Bo czy to by zwiększyło uposażenia protestujących? A przecież tylko taka jest motywacja protestów. Nie ma w pamięci nawet śladów takich wydarzeń, bo je skrupulatnie wymazywano, kasowano, w ramach antykultury – cancel culture, która opanowała domenę akademicką funkcjonującą w czasach post-historii, post-prawdy, post-pamięci.

Związkowcy, tak jak władze akademickie, za nic w świecie nie chcą poznać swej historii, strat wojennych, losów tych, którzy fundamenty akademickie (kuźnie kadr) budowali, a potem, wypędzeni, autentycznie głodowali! W końcu z poszukiwania prawdy zrezygnowano. Nie ma co przeszłości rozgrzebywać, skoro na kłamstwie można budować świetlaną przyszłość, domagając się jeno szmalu z kieszeni podatnika – nieprawdaż?

Jak odróżnić beneficjenta od ofiary

 Protestujący zapewniają, że każdy z nas jest beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Zapewne – jeśli chodzi o protestujących – tak jest, ale ja nigdy nie zauważyłem jakiejkolwiek poprawy mojego bytu po podwyżkach dla „profesorów” i im podległych, nie rozwiązało to żadnych moich problemów ani nie podniosło stopnia rozwoju cywilizacyjnego mojego otoczenia, co podobno następuje, jak tylko „profesorowie” podwyżki dostaną. Wręcz przeciwnie.

Zauważyłem wypieranie cywilizacji łacińskiej, do której należę, przez turańską – barbarzyńską, pasożytniczą, rozbójniczą. Uważam się za ofiarę, a nie za beneficjenta systemu, ale od lat działam pro publico bono na rzecz jego naprawy i nie zauważyłem, aby protestujący w tym kierunku działali.

 Nie miałem żadnych złudzeń, że system się sam naprawi, jak tylko zmieni się pokolenie (tak mnie od 1989 r. zapewniano) i nie mam nadal, kiedy pokolenia się zmieniły, a system się sam nie naprawił! I mam pewność, że nawet gdy protestujący dostaną więcej, bo im się podobno po prostu należy, system się nie naprawi.

 Protestujący w najmniejszy nawet sposób nie zatroszczyli się o powroty kowali, o reaktywacje ich kuźni kadr, więc chyba o poprawę bytu całego społeczeństwa nie dbają, a jeno o swoje kieszenie. Oferowałem swoją osobę kowala wielu uczelniom, podkreślając, że wiele prac napisałem, i to przy nakładzie z kieszeni podatnika sum, których nigdy nie widzieli (zero złotych polskich!). I co? Podobno biedne uczelnie za nic w świecie nie chcą tych, co bez pieniędzy, z pasji naukowej mogą coś wartościowego zrobić, i to czasem więcej od etatowych i wygrywających konkursy na projekty.

Nie chcą ich nawet znać, bo chyba ze wstydu musieliby się pochować, a oni chcą dominować! I uważają się za ofiary systemu, bo zarabiają nie tyle, co im się ponoć należy za tytuły. O wynagradzaniu w domenie akademickiej tych, co efektywnie pracowali, a nic nie zarabiali – nawet nie wspominają.

Tak się składa, że po wypędzeniu z domeny akademickiej od lat utrzymuję się przy życiu – jak obrazowo objaśniam – z wrzucania do kosza produktów tworzonych przez finansowanych milionami (nie tylko za etaty, ale i projekty). Są bowiem podmioty gospodarcze, które wolą opierać się na moich pozabudżetowych produktach intelektualnych niż na produktach „profesorskich”, i nieźle na tym wychodzą, bo Matka Ziemia pozytywnie weryfikuje moje koncepcje/produkty intelektualne. Moja działalność intelektualna poza systemem akademickim pozytywnie wpływa na poprawę bytu społeczeństwa, przynosi bowiem wymierne korzyści dla gospodarki. Ale system akademicki jak był, tak jest zamknięty dla mnie (i podobnych), pozostaje zaś otwarty na „samych swoich”, nawet gdy są producentami bubli, plagiatów, mistrzami pozoranctwa naukowego i edukacyjnego.

Co komu się należy

Beneficjenci systemu – etatowcy, utytułowani – uważają, że im się należy więcej, a z racji swoiście pojmowanej autonomii akademickiej twierdzą, że nie można kontrolować naboru na etaty, konkursów na stanowiska i wydawania grosza publicznego na edukację oraz na badania.

 Dostęp do informacji publicznej w tych kwestiach jest jedynie iluzoryczny. Wiadomo powszechnie, że konkursy na etaty są ustawiane pod konkretne osoby, stąd kadry beneficjentów takich rekrutacji nie są najlepsze i skutki tej patologii również. Zatrudnianie lepszych, stanowiących zagrożenie dla beneficjentów, nie wchodzi w rachubę. Dlaczego słabsi mają być finansowani, i to coraz lepiej, a lepsi pozostawać poza systemem, nikt nie tłumaczy.

Powszechnie słyszymy, że dobrzy nie chcą pracować w systemie akademickim ze względu na niskie płace, a ci, którzy wyjechali z powodów finansowych, nie chcą wracać. Jednak prawda jest taka, że to uczelnie nie chcą zatrudniać lepszych od zatrudnianych na podstawie ustawianych konkursów i blokują powroty naukowców z zagranicy.

Badań nad tym procederem się nie prowadzi, procesów ustawiaczy konkursów nie ma, protestów przeciwko takim patologiom brak, a przecież ograniczenie patologii podniosłoby efektywność systemu akademickiego. Mamy za to protesty, aby nie najlepszym płacić jak najwięcej, bo to podobno podniesie poziom dobrobytu społeczeństwa i zabezpieczy rozwój gospodarki w Polsce.

Jestem za podniesieniem płac w sektorze nauki i to znacznie więcej, niż postulują protestujący, ale przy likwidacji/ograniczeniu patologii/plag akademickich, o czym piszę w książce Plagi akademickie, niemal przemilczanej.

Od dawna, od czasów jaruzelskich, postuluję przeniesienie w stan nieszkodliwości niszczących „kuźnie” i „kowali”. Co więcej, przeznaczanie pieniędzy z niedużego akademickiego budżetu na ideologię gender zamiast na naukę nie powinno mieć miejsca. Trzeba mieć też na uwadze, że uczelnie zachodnie nie są finansowane w 100%, a tylko w kilkudziesięciu % z budżetu, więc może zastosowanie takich metod finansowania w Polsce byłoby bardziej skuteczne w zarządzaniu domeną akademicką. Problem w tym, że polskie instytucje z nazwy naukowe utrzymują się raczej z wynajmu nieruchomości (które mają, i to czasem znakomite) niż ze sprzedaży produktów intelektualnych, bo cierpią na ich niedostatek.

Ten stan rzeczy można by zmienić poprzez zatrudnianie na uczelniach tych, którzy tworzą jakieś wartości intelektualne budzące zainteresowanie społeczne i gospodarcze. Niestety system jest niejako samowystarczalny i zajmuje się głównie produkcją dyplomów i stopni, nierzadko bez pokrycia, często z brakiem poszanowania własności intelektualnej. A takim „akademikom” nic się z budżetu nie powinno należeć!

Mimo głodowych rzekomo pensji, na uczelniach kwitnie nepotyzm, co świadczy o szkodliwej wersji polityki prorodzinnej. Ojciec czy matka głodujący na uczelni, zamiast kierować dzieci ku karierze pozaakademickiej, np. biznesowej, w której mogłyby wykazać się intelektem i wydobyć rodziców, ba! świat akademicki z biedy (jak np. Erazm Jerzmanowski, Ignacy Łukasiewicz, Witold Zglenicki), na siłę ustawiają pod nie konkursy na etaty, aby one też biedę klepały(?) i były zdane na utrzymanie z kieszeni nieraz jeszcze biedniejszego podatnika. To niemoralne! Można by postulować: likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!

Kowale własnego losu

 Obecny system akademicki, będący produktem długotrwałej negatywnej selekcji kadr, jest systemem marnotrawnym i bez zmian systemowych lepsze finansowanie wszystkich, według stopni i tytułów, nie przyniesie poprawy bytu całego społeczeństwa, a co najwyżej obecnych, nie najlepszych jego beneficjentów.

Nie ma co liczyć na rozwój cywilizacyjny, skoro niemała część beneficjentów pozostaje raczej pod wpływem cywilizacji turańskiej (widoczne cechy: pasożytnictwo – utrzymywanie niewydajnych pracowników najemnych przez innych podatników; rozbójnictwo – plagiaty, brak poszanowania własności intelektualnej!), podczas gdy cywilizacja łacińska na uczelniach jest w zaniku. Co więcej, beneficjenci systemu w ramach kultywowanej religii walki z klimatem optują m.in. za likwidacją kopalń, co może nas raczej cofnąć do epoki kamienia łupanego, a nie doprowadzi do rozwoju.

Uniwersytety powołane do poszukiwania prawdy (cecha cywilizacji łacińskiej) z tego obowiązku abdykują na rzecz poszukiwania orientacji seksualnych. Przy aprobacie związkowców protestujących w sprawach płacowych, ale nie cywilizacyjnych. Przywiązani do tradycyjnych wartości „zacofańcy”, unieważniani przez siły postępu, mogą być, co prawda, kowalami własnego losu, ale poza kuźniami kadr akademickich, bo stanowiska kowala w tęczowej kuźni nie dostaną. Stąd nie należy się liczyć z wykorzystaniem potencjału intelektualnego i moralnego sporej jeszcze części populacji zdroworozsądkowych.

Trzeba przypomnieć, że w czasach zniewolenia car zsyłał na Syberię ludzi zagrażających mu dążeniami do wolności. Ale jeśli zesłani pragnęli pracować naukowo, mieli w tym jego wsparcie, także finansowe. Nawet na zesłaniu mogli być kowalami własnego losu, a car na tym dobrze wychodził. Syberia naukowo została poznana przez zesłańców i dzięki temu rozwinęła się gospodarczo i cywilizacyjnie. Ich badania nie zostały unieważnione, figurują jako autorzy własnych prac naukowych, a nawet góry na Syberii zostały nazwane ich nazwiskami (Góry Czerskiego, Góry Czekanowskiego). Uczeni-zesłańcy nie zostali wymazani z historii. Mimo wszystko cancel culture nie była stosowana na taką skalę, jaką mamy w systemie akademickim epoki jaruzelskiej i post-jaruzelskiej. „Carowie” nauki w Polsce z nienawiści do prawdy zagrażających im intelektualnie i moralnie kowali wypędzają, niewygodną historię i nazwiska wymazują, kuźnie niszczą, nieraz doszczętnie, i zarządzają pogorzeliskami, domagając się ich pełnego utrzymywania przez podatników.

Przeciwko takiej sytuacji brak protestów związkowców. Jako obywatel, kowal własnego losu, nie wyrażam zgody na utrzymywanie z mojej kieszeni funkcjonującej poza prawdą populacji postępowych akademików. Moim zdaniem winien obowiązywać zakaz finansowania lewackiego długiego marszu przez uniwersytety.

Tekst opublikowany w: KURIER WNET · MARZEC 2O22

Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Niemal 10 lat temu postawiłem w przestrzeni publicznej pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – umieszczając je w sieci, a także rozsyłając do decydentów i organizacji akademickich. Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, nie było żadnej reakcji, mimo że kwestia genezy obecnej kadry formującej nasze elity ma ważne znaczenie dla wszelkich działań prowadzonych na rzecz naprawy naszego niewydolnego systemu akademickiego.

Gdy drzewo nie rośnie, jak trzeba, dobrze jest poznać jego korzenie, aby podjąć działania na rzecz prawidłowego wzrostu. Inaczej, mimo dbałości o jego koronę, gałęzie – może uschnąć. Poznanie przyczyn nieprawidłowego rozwoju, dolegliwości, to standard, także w leczeniu człowieka, a co dopiero mówić o naprawianiu tak skomplikowanej struktury jaką jest domena akademicka, w dodatku o takiej złożonej i długiej historii.

Pytania były niewygodne/ niepoprawne? Aby skierować uwagę na konkretne zagadnienia, sformułowałem kilka przykładowych tematów badawczych, których realizacja mogłaby przybliżyć nas do poznania genezy obecnych kadr akademickich.

Przypomnę je:

• Przyczyny i skutki braku odwilży na uczelniach po 1989 r. – porównanie z rokiem 1956.

• Geneza luki pokoleniowej na uczelniach w III RP – jej uwarunkowania czystkami akademickimi lat osiemdziesiątych.

•Wieloetatowość akademickich beneficjentów systemu wobec bezetatowości wykluczonych w PRL i III RP.

• Heroiczny opór środowiska akademickiego przed powrotami akademików ze sfery pozaakademickiej i z zagranicy.

• Badania nad systemem reprodukcji kadr akademickich w III RP.

• Cenzura prewencyjna i autocenzura w działalności naukowej i edukacyjnej naukowców w PRL i III RP.

• Skutki długotrwałej rekrutacji kadr akademickich na drodze fikcyjnych konkursów, ustawianych pod konkretnego kandydata, wybranego wcześniej do wygrania wg kryteriów genetyczno-towarzyskich, a nie merytorycznych.

• Badania socjologiczne/psychologiczne nad niechęcią środowiska akademickiego do rezygnacji z nepotyzmu – co wobec kiepskich/głodowych płac zapewne poprawiłoby sytuację rodzin akademickich.

Ciekawe, że do tej pory takie tematy nie były w dostatecznym stopniu podejmowane, mimo nadania ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych oraz dyplomów ukończenia szkół wyższych. Niestety nadal nic nie wskazuje, aby wzbudziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Oczywiście mógłbym ich sformułować wiele więcej, ale wobec stosowania subkultury przemilczenia, chyba nie ma nadziei na ich opracowanie. Zapewne takie i podobne pytania uważane są za niepoprawne, niewygodne dla obecnych etatowych kadr akademickich, które zachowują się tak, jakby za nic w świecie nie chciały poznać swoich korzeni.

Dlaczego? Czyżby czegoś się wstydziły ze swojej przeszłości? Nawet jeśli tak jest, to trzeba by wstyd jakoś przełamać, aby dać szansę na naprawę systemu, w którym funkcjonują. Inaczej ich potencjał nie zostanie należycie wykorzystany z korzyścią dla nich samych, jak i społeczeństwa.

Kto jak kto, ale elity kraju winny wiedzieć skąd pochodzą i dokąd zmierzają.

Nie najlepsze kadry PRL

Polska domena akademicka poniosła ogromne straty osobowe i materialne podczas II wojny światowej, i to zarówno ze strony okupanta niemieckiego, jak i „wyzwoliciela” sowieckiego. Niestety w zniewolonej PRL tych strat nie zdołała odbudować.

Kadry akademickie, które uchroniły się przed zagładą, podlegały procesom „oczyszczającym” od samego początku Polski Ludowej, aby nie wpływały negatywnie na młodzież akademicką, która miała budować nowy, postępowy ustrój. Część kadr przenoszono na wcześniejszą emeryturę, część kierowano do nowo powstałej Polskiej Akademii Nauk, pozbawiając kontaktu z młodzieżą, możliwości wykładania, ale dając możliwość np. tłumaczenia klasyków filozofii, aby nowi, socjalistyczni filozofowie mieli szanse na zapoznanie się z tym, co mieli zwalczać w budowaniu jedynie słusznej filozofii marksistowskiej.

Niektórzy akademicy wracali z Zachodu, ale mieli poważne trudności z wykorzystaniem swoich kompetencji intelektualnych, chyba że byli lewicowi i współdziałali w zainstalowaniu nowego systemu.

Po 1956 r. nastąpiła wprawdzie „odwilż” i część odsuniętych akademików wracała na uczelnie, ale i tak, aż do końca PRL, kryteria ideologiczne dominowały nad merytorycznymi, i to na każdym szczeblu kariery akademickiej, a nawet już przy wstępowaniu młodych na uczelnie (punkty za pochodzenie!).

O rozwoju kariery w zasadniczym stopniu decydowała „przewodnia siła narodu”, co skutkowało selekcją negatywną. Wyłaniano nie najlepsze kadry reprodukujących podobnych sobie, posłusznych, konformistycznych, oportunistycznych.

I w tej selekcji chodziło nie tyle o jak najlepszą znajomość idei Marksa czy Lenina, co o akceptowanie wiecznego sojuszu z ZSSR i przewodniej siły narodu, bez czego nie można było zrobić dużej kariery akademickiej.

System był mniej lub bardziej zamknięty, szczególnie dla niepartyjnych, co dla nauki jest poważnym ograniczeniem, niemal zabójczym. Długoterminowe wyjazdy zagraniczne, atrakcyjne stypendia były przede wszystkim dla przewodniej siły narodu i jej przyjaznych – no i jakże licznych w środowisku akademickim – tajnych współpracowników systemu komunistycznego.

Wielu akademików, także partyjnych, z wyjazdów zagranicznych nie wracało, zasilając ośrodki zagraniczne. Do dziś w przestrzeni publicznej słychać opinie, i to na najwyższych nawet szczeblach, że to rok 1968 stanowił negatywny przełom w domenie akademickiej, a to ze względu na emigrację naukowców pochodzenia żydowskiego. Ci jednak unikali tym samym rozliczenia ze swoją niechlubną przeszłością z czasów instalacji systemu komunistycznego i zyskiwali szanse na karierę zagraniczną, z czego niektórzy skorzystali.

Ich miejsca zajmowali młodsi, sformatowani już w czasach ZMP, którzy obsadzali stanowiska kierownicze, także w nowych instytutach tworzonych na miejsce likwidowanych katedr, co pozwoliło na pozbycie się starszych profesorów, o korzeniach w II RP.

Ta strukturalna zmiana jako skutek Marca ’68, o ogromnych konsekwencjach dla dalszych losów domeny akademickiej, jakoś jest na ogół pomijana w przestrzeni publicznej i w pracach historycznych.

Podobnie zresztą jak czystki jaruzelskie u schyłku PRL, które doprowadziły do opuszczenia domeny akademickiej przez liczne rzesze aktywnych akademików, nie rokujących nadziei na to, że zaakceptują przewodnią siłę narodu. Ci wyjeżdżali z Polski, o ile mieli taką możliwość lub byli do tego zmuszani, albo przechodzili do sektora pozaakademickiego. Tym samym przerywano ciągłość rozwoju kadr akademickich, niszczono warsztaty pracy, niepokorne centra formowania młodych kadr akademickich.

W okresie PRL stworzono (co prawda nie bez oporów) nową kadrę – prawdziwych peerelczyków, którym konformizm i oportunizm dawały szanse na sukces. Natomiast w mitologii akademickiej dominują opinie, że uczelnie były bastionami oporu przed komunizmem. Jeśli kilka procent populacji akademickiej jakiś opór stawiało – to wszystko, i to na ogół głównie poza strukturami akademickimi, bo te trwały nienaruszone do końca PRL i zasadniczo trwają do dziś.

Kadry III RP – jeszcze gorsze?

Transformacja PRL w III RP zachowała ciągłość prawną i personalną w domenie akademickiej. Nie dokonano lustracji ani tym bardziej dekomunizacji, poza swoistą dekomunizacją uczelnianych historii poprzez usuwanie z nich terminów ‘komunizm’ czy ‘PZPR’, a także takich wydarzeń jak stan wojenny.

Przeglądając strony internetowe polskich uniwersytetów, które funkcjonowały jeszcze w PRL, tylko na stronie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika znalazłem informację, że było coś takiego jak stan wojenny. Analiz skutków degradacji systemu akademickiego, widocznej także w obrazie dzisiejszych kadr, w przestrzeni publicznej ze świecą szukać.

Luka pokoleniowa powstała po czystkach jaruzelskich (wyjazdy, usuwanie niewygodnych) została załatana patologiczną wieloetatowością oraz przyspieszoną produkcją ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych i dyplomów, choć bez większego znaczenia merytorycznego.

Uczelnia wydająca więcej dyplomów uzyskiwała większe dotacje, a nadawanie coraz większej liczby doktoratów było potrzebne kadrze do uzyskiwania kolejnych stopni i tytułów naukowych.

W tak funkcjonującym systemie staliśmy się liderem europejskim, jeśli chodzi o ilość szkół z nazwy wyższych, potęgą tytularną, ale ciągniemy się w ogonie innowacyjności i na dalekich miejscach, najlepszych nawet polskich uczelni, we wszystkich rankingach światowych. Widocznie innowacyjne wynalazki np. urządzeń do oczyszczania nóg z piasku przy wychodzeniu z plaży (Jak wychodzić z plaży, czyli innowacyjne wynalazki polskich naukowców, „Kurier WNET” 63/2019) czy innowacyjne metody wydawania lipnych dyplomów, wprowadzone już w PRL, jakoś nie znajdują uznania wśród oceniających nasze osiągnięcia.

Za nic w świecie nie chcemy się rozstać z dotychczasowymi filarami naszego patologicznego, niewydajnego systemu, które stanowią: habilitacja i profesura belwederska, choć wszystko wskazuje, że te filary są wadliwie osadzone. Każda budowla postawiona na bagnie, na osuwisku, narażona jest na zawalenie się. O przetrwaniu każdej posadowionej konstrukcji decydują należyte fundamenty. Malowanie ścian czy zdobienie balkonów nie zabezpieczą konstrukcji przed destrukcją. Niestety u nas zaciemnia się obraz rzeczywistości, wzorując się na potiomkinowskich wsiach, wykorzystywanych także w propagandzie w czasach Gierka. O fundamenty domeny akademickiej się nie dba.

Problemów genezy kadr akademickich i poznania przyczyn ich słabości się nie podejmuje. Kadry utracone w wyniku emigracji czy wyrzucone poza ramy domeny akademickiej nadal się w tych ramach nie mieszczą, traktowane jako zagrożenie dla kadr jedynie właściwych, choć niezdolnych do działalności na poziomie czołówki światowej (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę).

Kasowanie kasy nadzieją na poprawę?

Akademicy od lat podnoszą konieczność większych nakładów na naukę przy zachowaniu jednak autonomii, jeśli chodzi o ich wydawanie, choć korelacja między nakładami na naukę i efektami nauki jest słaba. Pojęcie nauki jest zresztą zbyt szerokie i wydatki np. na ideologię gender też są do tej puli włączane. W PRL wydatki na naukę były wielokrotnie mniejsze, zarabialiśmy jakieś 100 razy mniej niż obecnie (kilkanaście – kilkadziesiąt dolarów miesięcznie), a poziom nauki był podobny, a nawet w wielu dziedzinach lepszy. Zdecydowana poprawa infrastruktury domeny akademickiej, osiągnięta przy dużych nakładach, na wiele się nie zdała, jeśli chodzi o podniesienie poziomu nauki uprawianej w Polsce. Nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że jak naukowcy dostaną więcej pieniędzy, to noble same przyjdą.

A tak sami nieraz argumentują. Co więcej, oburzają się, gdy ktoś porównuje osiągnięcia naukowców polskich i zagranicznych. Światowe rankingi uczelni pokazują jednak, że nasze szkoły wyższe pozostają w tyle nie tylko za amerykańskimi czy angielskimi, ale także za tymi z państw o podobnym do naszego poziomie zamożności, a nawet zdecydowanie biedniejszych. Co ciekawe, polskie uczelnie nie są otwarte na naukowców, którzy przy nikłym finansowaniu budżetowym, a nawet bez finansowania potrafią osiągnąć w nauce więcej niż etatowi pracownicy.

Widać na takich im nie zależy, a nawet są traktowani jako personae non gratae, bo podważają opinię, że słabe finansowanie jest główną (jedyną) przyczyną niewydajności etatowej nauki.

I ostatnio rektorzy KRASP domagają się zwiększenia uposażeń etatowych akademików, argumentując, że gdy będą oni zarabiać więcej, to i społeczeństwu będzie żyło się lepiej! Rzecz jasna, przy przestrzeganiu autonomii akademickiej, aby nie było kontroli społecznej tego, na co środki podatnika wydadzą.

Czy kasowanie kasy przez akademików skasuje przyczyny niewydajności systemu akademickiego i będzie korzystne dla społeczeństwa?

Moim zdaniem taki optymizm nie jest uzasadniony. Brak korelacji między nakładami na naukę a wynikami jest nader widoczny. Trzeba wreszcie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, i skasować liczne patologie, zamiast je finansować.

Tekst opublikowany w Kurier WNET w październiku 2021 r.

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Kończy się okres zbierania płodów rolnych, mamy za sobą radosne dożynki. Są radosne nawet wtedy, kiedy płody rolne niezbyt obfite, bo już rolnicy nie są obligowani do dostaw obowiązkowych.

Nie wszyscy pamiętają, że w PRL chłopi byli zobowiązani do sprzedawania państwu po mocno zaniżonych cenach płodów rolnych. Rzecz jasna, te restrykcje spotykały się z odmowami, buntami, bo zrealizowanie takich dostaw prowadziło do ubożenia rolników. Władze prowadziły rozmowy ostrzegawcze, niepokornych represjonowano. Ale nawet osoby partyjne uchylały się od tego obowiązku rujnującego rolników.

W końcu ustawą z 26 października 1971 roku dostawy obowiązkowe uchylono, ratując tym rolnictwo.

Inaczej jest w domenie akademickiej, gdzie akademicy nie byli zobowiązywani prawem do dostaw obowiązkowych swoich płodów intelektualnych, które winny powstawać w ramach ich działalności.

Niemniej w praktyce życia akademickiego taki proceder, raczej obyczajowy, jak istniał, tak nadal istnieje. I to w ciągu całego roku akademickiego, choć szczególnie na jego koniec, kiedy trzeba się rozliczać z całorocznej działalności. Chodzi o dostawy nie tyle na rzecz państwa, ile na rzecz feudałów akademickich, ze strony tych stojących niżej w hierarchii.

Działalność placówek akademickich pokrywana jest w znacznej części z budżetu państwa i czymś się trzeba wykazać dla rozliczenia z dotacji. Groźbą usunięcia z placówki wymusza się dostawę płodów intelektualnych dla panujących w nauce.

Także w ciągu roku trzeba dopisywać do swoich publikacji feudała, nie zawsze mającego wystarczająco dużo czasu i intelektu, aby coś naukowego wytworzyć. Oporni mogli usłyszeć: „Pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, jest wiedzą PAN-u”.

Taki system feudalny istniał jeszcze w latach 90. i nie został zlikwidowany. Dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych rujnują naukę w Polsce i powodują emigrację najaktywniejszych za granicę lub na emigrację wewnętrzną, do domen pozaakademickich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 września 2021 r.