Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Kłopotliwe pytanie: Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Niemal 10 lat temu postawiłem w przestrzeni publicznej pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – umieszczając je w sieci, a także rozsyłając do decydentów i organizacji akademickich. Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, nie było żadnej reakcji, mimo że kwestia genezy obecnej kadry formującej nasze elity ma ważne znaczenie dla wszelkich działań prowadzonych na rzecz naprawy naszego niewydolnego systemu akademickiego.

Gdy drzewo nie rośnie, jak trzeba, dobrze jest poznać jego korzenie, aby podjąć działania na rzecz prawidłowego wzrostu. Inaczej, mimo dbałości o jego koronę, gałęzie – może uschnąć. Poznanie przyczyn nieprawidłowego rozwoju, dolegliwości, to standard, także w leczeniu człowieka, a co dopiero mówić o naprawianiu tak skomplikowanej struktury jaką jest domena akademicka, w dodatku o takiej złożonej i długiej historii.

Pytania były niewygodne/ niepoprawne? Aby skierować uwagę na konkretne zagadnienia, sformułowałem kilka przykładowych tematów badawczych, których realizacja mogłaby przybliżyć nas do poznania genezy obecnych kadr akademickich.

Przypomnę je:

• Przyczyny i skutki braku odwilży na uczelniach po 1989 r. – porównanie z rokiem 1956.

• Geneza luki pokoleniowej na uczelniach w III RP – jej uwarunkowania czystkami akademickimi lat osiemdziesiątych.

•Wieloetatowość akademickich beneficjentów systemu wobec bezetatowości wykluczonych w PRL i III RP.

• Heroiczny opór środowiska akademickiego przed powrotami akademików ze sfery pozaakademickiej i z zagranicy.

• Badania nad systemem reprodukcji kadr akademickich w III RP.

• Cenzura prewencyjna i autocenzura w działalności naukowej i edukacyjnej naukowców w PRL i III RP.

• Skutki długotrwałej rekrutacji kadr akademickich na drodze fikcyjnych konkursów, ustawianych pod konkretnego kandydata, wybranego wcześniej do wygrania wg kryteriów genetyczno-towarzyskich, a nie merytorycznych.

• Badania socjologiczne/psychologiczne nad niechęcią środowiska akademickiego do rezygnacji z nepotyzmu – co wobec kiepskich/głodowych płac zapewne poprawiłoby sytuację rodzin akademickich.

Ciekawe, że do tej pory takie tematy nie były w dostatecznym stopniu podejmowane, mimo nadania ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych oraz dyplomów ukończenia szkół wyższych. Niestety nadal nic nie wskazuje, aby wzbudziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Oczywiście mógłbym ich sformułować wiele więcej, ale wobec stosowania subkultury przemilczenia, chyba nie ma nadziei na ich opracowanie. Zapewne takie i podobne pytania uważane są za niepoprawne, niewygodne dla obecnych etatowych kadr akademickich, które zachowują się tak, jakby za nic w świecie nie chciały poznać swoich korzeni.

Dlaczego? Czyżby czegoś się wstydziły ze swojej przeszłości? Nawet jeśli tak jest, to trzeba by wstyd jakoś przełamać, aby dać szansę na naprawę systemu, w którym funkcjonują. Inaczej ich potencjał nie zostanie należycie wykorzystany z korzyścią dla nich samych, jak i społeczeństwa.

Kto jak kto, ale elity kraju winny wiedzieć skąd pochodzą i dokąd zmierzają.

Nie najlepsze kadry PRL

Polska domena akademicka poniosła ogromne straty osobowe i materialne podczas II wojny światowej, i to zarówno ze strony okupanta niemieckiego, jak i „wyzwoliciela” sowieckiego. Niestety w zniewolonej PRL tych strat nie zdołała odbudować.

Kadry akademickie, które uchroniły się przed zagładą, podlegały procesom „oczyszczającym” od samego początku Polski Ludowej, aby nie wpływały negatywnie na młodzież akademicką, która miała budować nowy, postępowy ustrój. Część kadr przenoszono na wcześniejszą emeryturę, część kierowano do nowo powstałej Polskiej Akademii Nauk, pozbawiając kontaktu z młodzieżą, możliwości wykładania, ale dając możliwość np. tłumaczenia klasyków filozofii, aby nowi, socjalistyczni filozofowie mieli szanse na zapoznanie się z tym, co mieli zwalczać w budowaniu jedynie słusznej filozofii marksistowskiej.

Niektórzy akademicy wracali z Zachodu, ale mieli poważne trudności z wykorzystaniem swoich kompetencji intelektualnych, chyba że byli lewicowi i współdziałali w zainstalowaniu nowego systemu.

Po 1956 r. nastąpiła wprawdzie „odwilż” i część odsuniętych akademików wracała na uczelnie, ale i tak, aż do końca PRL, kryteria ideologiczne dominowały nad merytorycznymi, i to na każdym szczeblu kariery akademickiej, a nawet już przy wstępowaniu młodych na uczelnie (punkty za pochodzenie!).

O rozwoju kariery w zasadniczym stopniu decydowała „przewodnia siła narodu”, co skutkowało selekcją negatywną. Wyłaniano nie najlepsze kadry reprodukujących podobnych sobie, posłusznych, konformistycznych, oportunistycznych.

I w tej selekcji chodziło nie tyle o jak najlepszą znajomość idei Marksa czy Lenina, co o akceptowanie wiecznego sojuszu z ZSSR i przewodniej siły narodu, bez czego nie można było zrobić dużej kariery akademickiej.

System był mniej lub bardziej zamknięty, szczególnie dla niepartyjnych, co dla nauki jest poważnym ograniczeniem, niemal zabójczym. Długoterminowe wyjazdy zagraniczne, atrakcyjne stypendia były przede wszystkim dla przewodniej siły narodu i jej przyjaznych – no i jakże licznych w środowisku akademickim – tajnych współpracowników systemu komunistycznego.

Wielu akademików, także partyjnych, z wyjazdów zagranicznych nie wracało, zasilając ośrodki zagraniczne. Do dziś w przestrzeni publicznej słychać opinie, i to na najwyższych nawet szczeblach, że to rok 1968 stanowił negatywny przełom w domenie akademickiej, a to ze względu na emigrację naukowców pochodzenia żydowskiego. Ci jednak unikali tym samym rozliczenia ze swoją niechlubną przeszłością z czasów instalacji systemu komunistycznego i zyskiwali szanse na karierę zagraniczną, z czego niektórzy skorzystali.

Ich miejsca zajmowali młodsi, sformatowani już w czasach ZMP, którzy obsadzali stanowiska kierownicze, także w nowych instytutach tworzonych na miejsce likwidowanych katedr, co pozwoliło na pozbycie się starszych profesorów, o korzeniach w II RP.

Ta strukturalna zmiana jako skutek Marca ’68, o ogromnych konsekwencjach dla dalszych losów domeny akademickiej, jakoś jest na ogół pomijana w przestrzeni publicznej i w pracach historycznych.

Podobnie zresztą jak czystki jaruzelskie u schyłku PRL, które doprowadziły do opuszczenia domeny akademickiej przez liczne rzesze aktywnych akademików, nie rokujących nadziei na to, że zaakceptują przewodnią siłę narodu. Ci wyjeżdżali z Polski, o ile mieli taką możliwość lub byli do tego zmuszani, albo przechodzili do sektora pozaakademickiego. Tym samym przerywano ciągłość rozwoju kadr akademickich, niszczono warsztaty pracy, niepokorne centra formowania młodych kadr akademickich.

W okresie PRL stworzono (co prawda nie bez oporów) nową kadrę – prawdziwych peerelczyków, którym konformizm i oportunizm dawały szanse na sukces. Natomiast w mitologii akademickiej dominują opinie, że uczelnie były bastionami oporu przed komunizmem. Jeśli kilka procent populacji akademickiej jakiś opór stawiało – to wszystko, i to na ogół głównie poza strukturami akademickimi, bo te trwały nienaruszone do końca PRL i zasadniczo trwają do dziś.

Kadry III RP – jeszcze gorsze?

Transformacja PRL w III RP zachowała ciągłość prawną i personalną w domenie akademickiej. Nie dokonano lustracji ani tym bardziej dekomunizacji, poza swoistą dekomunizacją uczelnianych historii poprzez usuwanie z nich terminów ‘komunizm’ czy ‘PZPR’, a także takich wydarzeń jak stan wojenny.

Przeglądając strony internetowe polskich uniwersytetów, które funkcjonowały jeszcze w PRL, tylko na stronie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika znalazłem informację, że było coś takiego jak stan wojenny. Analiz skutków degradacji systemu akademickiego, widocznej także w obrazie dzisiejszych kadr, w przestrzeni publicznej ze świecą szukać.

Luka pokoleniowa powstała po czystkach jaruzelskich (wyjazdy, usuwanie niewygodnych) została załatana patologiczną wieloetatowością oraz przyspieszoną produkcją ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych i dyplomów, choć bez większego znaczenia merytorycznego.

Uczelnia wydająca więcej dyplomów uzyskiwała większe dotacje, a nadawanie coraz większej liczby doktoratów było potrzebne kadrze do uzyskiwania kolejnych stopni i tytułów naukowych.

W tak funkcjonującym systemie staliśmy się liderem europejskim, jeśli chodzi o ilość szkół z nazwy wyższych, potęgą tytularną, ale ciągniemy się w ogonie innowacyjności i na dalekich miejscach, najlepszych nawet polskich uczelni, we wszystkich rankingach światowych. Widocznie innowacyjne wynalazki np. urządzeń do oczyszczania nóg z piasku przy wychodzeniu z plaży (Jak wychodzić z plaży, czyli innowacyjne wynalazki polskich naukowców, „Kurier WNET” 63/2019) czy innowacyjne metody wydawania lipnych dyplomów, wprowadzone już w PRL, jakoś nie znajdują uznania wśród oceniających nasze osiągnięcia.

Za nic w świecie nie chcemy się rozstać z dotychczasowymi filarami naszego patologicznego, niewydajnego systemu, które stanowią: habilitacja i profesura belwederska, choć wszystko wskazuje, że te filary są wadliwie osadzone. Każda budowla postawiona na bagnie, na osuwisku, narażona jest na zawalenie się. O przetrwaniu każdej posadowionej konstrukcji decydują należyte fundamenty. Malowanie ścian czy zdobienie balkonów nie zabezpieczą konstrukcji przed destrukcją. Niestety u nas zaciemnia się obraz rzeczywistości, wzorując się na potiomkinowskich wsiach, wykorzystywanych także w propagandzie w czasach Gierka. O fundamenty domeny akademickiej się nie dba.

Problemów genezy kadr akademickich i poznania przyczyn ich słabości się nie podejmuje. Kadry utracone w wyniku emigracji czy wyrzucone poza ramy domeny akademickiej nadal się w tych ramach nie mieszczą, traktowane jako zagrożenie dla kadr jedynie właściwych, choć niezdolnych do działalności na poziomie czołówki światowej (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę).

Kasowanie kasy nadzieją na poprawę?

Akademicy od lat podnoszą konieczność większych nakładów na naukę przy zachowaniu jednak autonomii, jeśli chodzi o ich wydawanie, choć korelacja między nakładami na naukę i efektami nauki jest słaba. Pojęcie nauki jest zresztą zbyt szerokie i wydatki np. na ideologię gender też są do tej puli włączane. W PRL wydatki na naukę były wielokrotnie mniejsze, zarabialiśmy jakieś 100 razy mniej niż obecnie (kilkanaście – kilkadziesiąt dolarów miesięcznie), a poziom nauki był podobny, a nawet w wielu dziedzinach lepszy. Zdecydowana poprawa infrastruktury domeny akademickiej, osiągnięta przy dużych nakładach, na wiele się nie zdała, jeśli chodzi o podniesienie poziomu nauki uprawianej w Polsce. Nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że jak naukowcy dostaną więcej pieniędzy, to noble same przyjdą.

A tak sami nieraz argumentują. Co więcej, oburzają się, gdy ktoś porównuje osiągnięcia naukowców polskich i zagranicznych. Światowe rankingi uczelni pokazują jednak, że nasze szkoły wyższe pozostają w tyle nie tylko za amerykańskimi czy angielskimi, ale także za tymi z państw o podobnym do naszego poziomie zamożności, a nawet zdecydowanie biedniejszych. Co ciekawe, polskie uczelnie nie są otwarte na naukowców, którzy przy nikłym finansowaniu budżetowym, a nawet bez finansowania potrafią osiągnąć w nauce więcej niż etatowi pracownicy.

Widać na takich im nie zależy, a nawet są traktowani jako personae non gratae, bo podważają opinię, że słabe finansowanie jest główną (jedyną) przyczyną niewydajności etatowej nauki.

I ostatnio rektorzy KRASP domagają się zwiększenia uposażeń etatowych akademików, argumentując, że gdy będą oni zarabiać więcej, to i społeczeństwu będzie żyło się lepiej! Rzecz jasna, przy przestrzeganiu autonomii akademickiej, aby nie było kontroli społecznej tego, na co środki podatnika wydadzą.

Czy kasowanie kasy przez akademików skasuje przyczyny niewydajności systemu akademickiego i będzie korzystne dla społeczeństwa?

Moim zdaniem taki optymizm nie jest uzasadniony. Brak korelacji między nakładami na naukę a wynikami jest nader widoczny. Trzeba wreszcie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, i skasować liczne patologie, zamiast je finansować.

Tekst opublikowany w Kurier WNET w październiku 2021 r.

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Dostawy obowiązkowe rujnują naukę w Polsce

Kończy się okres zbierania płodów rolnych, mamy za sobą radosne dożynki. Są radosne nawet wtedy, kiedy płody rolne niezbyt obfite, bo już rolnicy nie są obligowani do dostaw obowiązkowych.

Nie wszyscy pamiętają, że w PRL chłopi byli zobowiązani do sprzedawania państwu po mocno zaniżonych cenach płodów rolnych. Rzecz jasna, te restrykcje spotykały się z odmowami, buntami, bo zrealizowanie takich dostaw prowadziło do ubożenia rolników. Władze prowadziły rozmowy ostrzegawcze, niepokornych represjonowano. Ale nawet osoby partyjne uchylały się od tego obowiązku rujnującego rolników.

W końcu ustawą z 26 października 1971 roku dostawy obowiązkowe uchylono, ratując tym rolnictwo.

Inaczej jest w domenie akademickiej, gdzie akademicy nie byli zobowiązywani prawem do dostaw obowiązkowych swoich płodów intelektualnych, które winny powstawać w ramach ich działalności.

Niemniej w praktyce życia akademickiego taki proceder, raczej obyczajowy, jak istniał, tak nadal istnieje. I to w ciągu całego roku akademickiego, choć szczególnie na jego koniec, kiedy trzeba się rozliczać z całorocznej działalności. Chodzi o dostawy nie tyle na rzecz państwa, ile na rzecz feudałów akademickich, ze strony tych stojących niżej w hierarchii.

Działalność placówek akademickich pokrywana jest w znacznej części z budżetu państwa i czymś się trzeba wykazać dla rozliczenia z dotacji. Groźbą usunięcia z placówki wymusza się dostawę płodów intelektualnych dla panujących w nauce.

Także w ciągu roku trzeba dopisywać do swoich publikacji feudała, nie zawsze mającego wystarczająco dużo czasu i intelektu, aby coś naukowego wytworzyć. Oporni mogli usłyszeć: „Pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, jest wiedzą PAN-u”.

Taki system feudalny istniał jeszcze w latach 90. i nie został zlikwidowany. Dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych rujnują naukę w Polsce i powodują emigrację najaktywniejszych za granicę lub na emigrację wewnętrzną, do domen pozaakademickich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 września 2021 r.

Postępująca degradacja jagiellońskiej uczelni

Postępująca degradacja jagiellońskiej uczelni

Józef Wieczorek

Najstarsza polska uczelnia przeżywa kryzys, a nawet pojawiają się opinie, i to uzasadnione merytorycznie, że zmienia swoją funkcję na agencję towarzyską. To ze względu na okazywanie większego zainteresowania sprawami seksualnymi niż intelektualnymi i moralnymi.

Uniwersytet Jagielloński poważnie się wzmocnił kadrowo w zakresie edukacji w ideologii gender i jej propagowaniu, prowadzi w tej kwestii wiele projektów, wspiera „tęczowanie” i dynamicznie rozwijające się stowarzyszenie „Tęczuj”, grożące każdemu konsekwencjami choćby za niewinne żarty na temat „tęczowych” (TęczUJe zdobyli UJ, „Kurier WNET” nr 69/2020).

Nierówne traktowanie bezpieczeństwa

Powstały niedawno Dział ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ zabezpiecza odmiennie zorientowanych pod względem seksualnym, pomijając bezpieczeństwo osób o odmiennej orientacji moralnej i intelektualnej.

Ta sfera, która na uczelniach winna być traktowana priorytetowo, tak naprawdę nie jest przedmiotem zainteresowania, nie tylko działu od równego traktowania, ale i najwyższych władz uczelni. Nie jest to zjawisko nowe, ale mające swoją długą, bogatą historię, bez znajomości której trudno zrozumieć to, co się na tej (i nie tylko na tej) uczelni obecnie dzieje.

Mam w tej materii własne doświadczenia jako człowiek od 36 lat znajdujący się na ścieżce dyscyplinarnej, na którą wprowadziły mnie władze UJ i do tej pory żaden dział uniwersytetu ani ministerstwa z tej ścieżki mnie nie sprowadził (nigdy nie otrzymałem wyników postępowania dyscyplinarnego do wiadomości, podpisania, zaskarżenia, podziękowania… a zatem postępowanie dyscyplinarne nadal pod względem prawnym nie jest zakończone!).

Ścieżka widocznie jest wysoko zawieszona, i to nad przepaścią. Czyżby pozostałość akademicka oczekuje, aż sam ze ścieżki spadnę i problem prawny się rozwiąże?

Moim bezpieczeństwem i nierównym traktowaniem w domenie akademickiej nikt się nie zainteresował, mimo że – źle potraktowany – znalazłem się poza formalnymi ramami tej domeny i analiza takiego przypadku (zresztą niejednego) byłaby pouczająca dla wielu działów akademickich. Mojemu bezpieczeństwu obywatela żyjącego nadal sprawami akademickimi dodatkowo zagrażają wspierane przez rektorów hordy hunwejbinów grożące mnie (i nie tylko mnie) je(…)aniem, wyp(…) niem (Bunt jagiellońskich polonistów, „Kurier WNET” nr 78/2020–79/2021.)

Publiczne ujawnienie przez małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak procesu przekształcania uczelni wyższej w agencję towarzyską zasługuje na podziękowanie. Ja przeciwko deprawacji młodzieży na UJ protestowałem już w czasach „Jaruzelskich”, ale skrępowane media tego nie nagłaśniały, a władze UJ ulokowały mnie na ścieżce dyscyplinarnej. Czyżby już wówczas planowały zmianę swej funkcji?

Od tego czasu proces deprawacji postępuje, i to w ramach przywracanych relacji mistrz-uczeń [sic!].

Negatywne, potępiające stanowisko władz UJ wobec kurator oświaty Barbary Nowak wspierane jest nie tylko przez profesorów, ale i organizacje studenckie, a przy tym i przywódców związkowych (także Solidarności) solidaryzujących się z degradowaniem uniwersytetu, a nie wykazujących najmniejszych choćby oznak solidarności z nierównie traktowanymi ze względu na odmienną orientację moralną i intelektualną. Konieczne jest powstrzymanie tego procesu dla dobra wspólnego, dla dobra Polski.

Tylko kto go powstrzyma?

Duma uniwersytetu. Ale z czego?

Zarządzający uczelnią i wielu etatowych pracowników, studentów, absolwentów, wręcz pęka z dumy, że są lub byli związani z naszym najstarszym uniwersytetem, mającym rzeczywiście wiele znakomitych kart w swej historii. Faktem jest, że odnowicielka Akademii Krakowskiej, królowa Jadwiga, widziała konieczność oparcia zarządzania państwem na dobrze wykształconych elitach, stąd swój majątek przeznaczyła na rozwój uczelni.

Czy teraz nie przewraca się w grobie? Degradacja uczelni to nie jest kwestia ostatnich lat, choć dopiero od niedawna zaczyna dochodzić do świadomości obywateli, że z tą uczelnią dzieje się coś niedobrego. Niestety odnosi się wrażenie, że tej świadomości nie mają władze i etatowi pracownicy uczelni.

Na okoliczność święta Uniwersytetu Jagiellońskiego, 12 maja, władze uczelni i media podnosiły, że UJ to uczelnia najwyżej klasyfikowana spośród polskich szkół wyższych w rankingach światowych. Taktowanie pomijano, że jest to co najwyżej czwarta setka uczelni światowych, a wyżej klasyfikowane są nie tylko europejskie uniwersytety, nawet z małych miast (np. we Włoszech, które potęgą akademicką już nie są), ale i uczelnie tzw. Trzeciego Świata, a nawet uczelnie z Białorusi czy Syberii. To, co winno skłaniać do zadumy i poważnego zaniepokojenia, jest powodem do dumy.

To chyba najlepiej pokazuje poziom kryzysu, w jakim znajduje się uniwersytet.

W opracowanej ostatnio strategii rozwoju UJ do roku 2030 niestety nie zauważono postępującej degradacji uczelni. Jest to wynik długotrwałej negatywnej selekcji kadr, nierównego traktowania nauczycieli akademickich, których działalność naukowa i dydaktyczna była i jest narażona na represje z przyczyn pozamerytorycznych. W czasach PRL preferowano kadry czerwone, obecnie – tęczowe.

Mamy zatem selekcję kolorystyczną zamiast merytorycznej, co dla uniwersytetu jest zabójcze. Nie ma z czego być dumnym.

Strategiczne „Plus ratio quam vis”

Uniwersytet Jagielloński jest dumny ze swojej dewizy Plus ratio quam vis, użytej w Elegiach Maksymiana (VI wiek!) jako przestrogi przed erotycznym pożądaniem. Dewiza ta na UJ jest inaczej interpretowana, bez oryginalnego kontekstu i podobno ma w niej chodzić o przewagę rozumu nad siłą, co powinno mieć miejsce w życiu uczelni.

Taka była intencja prof. Karola Estreichera w 1964 r., który tę dewizę (nie znając oryginalnego kontekstu) zaproponował w roku Jubileuszu 600-lecia UJ, kiedy w życiu uczelni funkcjonującej w systemie totalitarnym siła zdecydowanie dominowała nad rozumem. Wiele przykładów takiego stanu rzeczy profesor Estreicher przytacza w swoim Dzienniku wypadków. Mimo umieszczenia tej dewizy w Collegium Maius i w statucie UJ, z jej stosowaniem w życiu uczelnia nie dawała sobie rady ani w końcówce PRL, ani po transformacji w III RP.

W końcówce epoki jaruzelskiej uczelnia wprowadzała w życie (podobno dla dobra uczelni) dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, dokonując oczyszczenia uczelni z elementu niedającego nadziei na dostosowanie się do obowiązujących, siłą narzuconych zasad socjalistycznych. W uczelni przedkładano siłę nad rozum i ta strategia nie uległa zmianie po transformacji zachowującej status quo kadr, prawa, obyczajów.

Haniebne epizody swojej historii poddano subkulturze wymazywania i ewaporacji, tak bardzo, że w Dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego nie ostał się ani komunizm, ani stan wojenny, ani przewodnia siła narodu (PZPR). Można by zatem mniemać, że UJ wtedy funkcjonował jako autonomiczna, niezależna „republika jagiellońska” w morzu komunistycznym, ale pisemnych dowodów na jej istnienie jednak nie ma.

Są natomiast znane, katastrofalne skutki funkcjonowania UJ w systemie kłamstwa i bezprawia, z którego to systemu do tej pory nie zdołał się wyzwolić.

Uczelnia stosuje przyjętą dewizę, ale często na opak w odniesieniu do intencji Karola Estreichera, a w ostatnim okresie także opacznie w odniesieniu do intencji Maksymiana, gdyż to orientacja seksualna całkiem zdominowała życie uczelni (bez zaangażowania rozumu), co do dumy nie powinno upoważniać.

Ponad 30 lat po medialnym upadku komunizmu kryzys uniwersytetu jeszcze bardziej się pogłębia.

Bez kontaktu z rzeczywistością

W strategii rozwoju (Strategia rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego do 2030 roku – serwis UJ) obraz uczelni jest całkiem inny.

Odnosi się wrażenie, że bez kontaktu z rzeczywistością i przeszłością. Na zakłamaniu i fałszywej historii nie da się zbudować świetlanej przyszłości. Nie dało się i nie da się zbudować wspólnoty akademickiej na wykluczaniu niewygodnych dla czerwonego/tęczowego frontu jedności akademickiej.

Obecnie ostracyzmem obejmuje się nawet emerytowanych profesorów, a jeszcze nieemerytowani wolą siedzieć cicho, bojąc się nie tylko mówić, ale i myśleć, stąd bezmyślność zdaje się dominować w obecnym obrazie akademickim.

Zresztą uczenie myślenia krytycznego młodych ludzi prowadziło już w czasach komunistycznych do oskarżeń o negatywny wpływ na młodzież. Bezmyślność rzekomo wpływa pozytywnie (sic!). Efekt widoczny.

A prawdziwa historia, ta najnowsza, stanowiąca fundamenty UJ w III RP, jest tajemnicą, nie jest poznana i nawet jakby istniał zakaz jej poznawania.

Podobno UJ „należy do czołowych uniwersytetów Europy oraz systematycznie poprawia swoją pozycję w globalnej nauce”, na co nie ma żadnych dowodów i autorzy strategii ich nie przytaczają. Skoro – jak czytamy – UJ „prowadzi badania na najwyższym poziomie”, nie wiadomo dlaczego jest tak nisko klasyfikowany w światowych ran-kingach.

Podobno „przestrzega standardów etycznych pracy naukowej, przeciwdziała nieuczciwości w działalności naukowej”, ale dowodów takich działań brak.

Łatwiej znaleźć dowody na zapaść etyczną i nieuczciwość naukową (chociażby te zamieszczane w prowadzonych przez mnie serwisach internetowych: Etyka i patologie środowiska akademickiego czy Sprawy ludzi nauki)

Podobno UJ realizuje swoją politykę „zgodnie z Europejską Kartą Naukowca i Kodeksem postępowania przy rekrutacji pracowników naukowych” poprzez „zapewnienie zgodności procesów rekrutacji, adaptacji, oceny rozwoju pracowników z obowiązującymi przepisami i standardami Unii Europejskiej, w tym Europejską Kartą Naukowca”.

Akurat te standardy – w założeniach i w realizacji – analizowałem wraz z sympatykami Niezależnego Forum Akademickiego od powstania tych dokumentów (nfa.pl – zakładka Europejska Karta Naukowca, moja książka Drogi i bezdroża nauki w Polsce) i tej zgodności jak nie widziałem, tak nie widzę.

UJ jakoś nadal nie stosuje należytych procedur przeciwdziałania „nie-właściwym relacjom w miejscu pracy i nauki, takim jak mobbing, molestowanie lub nadużycie zależności służbowej”, co znajduje uzasadnienie w materiałach zamieszczanych w moim akademickim serwisie antymobbingowym – Mobbing Akademicki – Mediator Akademicki (wordpress.com), który prowadzę niemal od początku tego wieku, czy w moich książkach: Mediator akademicki jako przeciwdziałanie mobbingowi w środowisku akademickim czy Plagi akademickie (dostęp do innych materiałów z https://blogjw. wordpress.com/).

Sam fakt wykluczania, i to przez dziesiątki lat, nonkonformistów z domeny akademickiej, siłą rzeczy prowadzi do degradacji uniwersytetu tworzonego przez pozostałość konformistyczną.

Nauka z natury rzeczy jest nonkonformistyczna i jak się nonkonformistów wykluczy, to nauka staje się pozorowana i chyli się ku upadkowi.

A w jagiellońskiej strategii rozwoju odwrócenia tej tendencji się nie planuje. Czyli nie należy się spodziewać rozwoju, tylko postępujący upadek.

Postuluje się „tworzenie Uniwersyteckiej Strefy Dialogu, mającej na celu rozwiązywanie konfliktów w sposób polubowny, w szczególności z wykorzystaniem zawodowych mediatorów, obejmującej zarówno pracowników, jak i studentów”, co nawiązuje do moich długotrwałych działań na rzecz mediacji akademickiej (https://nfamob. wordpress.com/), ale czy można w to wierzyć, skoro nawet nie przystąpiono do polubownego rozwiązania mojego konfliktu z UJ trwającego od kilkudziesięciu już lat?

Inspirator mediacji akademickiej, monitorujący społecznie od lat zjawiska mobbingu akademickiego, także na UJ, do tej pory nie znalazł się w Strefie Dialogu, pozostając nadal w „Strefie Wykluczenia” (wymazywania, ewaporacji), taktownie nie wymienianej w strategii rozwoju.

Niezmienna strategia utrzymania uczelnianego status quo, siłą rzeczy nie może doprowadzić do rozwoju.

Co prawda UJ w strategii rozwoju ma ambitnie przeciwdziałać zmianom klimatycznym, aby sprostać globalnemu wyzwaniu.

Nie ujawniono jednak, jakimi drogami pójdzie w ślady dawnego studenta UJ, Mikołaja Kopernika, który miał taką moc, że wstrzymał Słońce, a ruszył Ziemię.

Powstrzymanie zmian klimatycznych (zasłonięcie Słońca?) wymagałoby nie mniejszej mocy. Może warto by wziąć pod uwagę, że duża erupcja choćby jednego wulkanu o dużej sile może zniweczyć zabiegi jagiellońskie na rzecz odwrócenia zmian klimatycznych.

Tym bardziej, że jakoś strategia nie przewiduje rekrutacji na etat np. Małego Księcia – specjalisty od czyszczenia wulkanów – aby zapobiegł zniweczeniu tych wysiłków. A zatem oznak działań zapobiegawczych degradacji uczelni w strategii jej rozwoju nie widać.

Tekst opublikowany w niecodziennej, największej w Polsce gazecie – Kurier WNET w sierpniu 2021 r.