Czy nasze uczelnie zdołają się wybić ponad mierność ?

Kurier

Utrwalanie mierności

Józef Wieczorek

Kurier Wnet nr 43, styczeń 2018

Jesteśmy potęgą jeśli chodzi o ilość uczelni z nazwy wyższych, ale najlepsze z tych uczelni ciągną się w ogonach prestiżowych rankingów uczelni światowych, a także europejskich.

W rankingach wyprzedzają nas nie tylko uczelnie takich potęg naukowych jak USA, czy Wielka Brytania, ale także uczelnie krajów stosunkowo małych i do potęg naukowych nie należących, jak Holandia, Irlandia, Austria….

Lipne dyplomy, marne tytuły

Na polskich uczelniach zatrudnianych jest wielu profesorów i to prezydenckich [tzw. belwederskich] i mnóstwo doktorów habilitowanych tworzących grupę tzw. pracowników samodzielnych, którzy jednak samodzielnie nie zawsze potrafią uformować naukowców na takim poziomie, aby się liczyli w konfrontacji i współpracy z naukowcami światowymi. Z nazwy samodzielni, nawet nie zawsze są w stanie formować absolwentów na należytym poziomie magisterskim czy licencjackim, stąd dyplomy polskich uczelni niewiele są warte.

Wiele z nich to są lipne dyplomy pochodzące z plagiatów, czy po prostu z kupowania prac stanowiących podstawę otrzymania dyplomu.

Firmy piszące od lat prace dyplomowe na zamówienie nie upadają, więc widać, że popyt na nie się utrzymuje. W takich firmach nieraz dorabiają sobie i etatowi pracownicy uczelni, co dokumentuje ich swoisty „etos”.

Z tym procederem od lat podejmuje się walkę, ale raczej pozorowaną, bo nieskuteczną. Nie bez przyczyny, bo i kadry akademickie, najwyższego nawet szczebla, nie brzydzą się plagiatowaniem dając zły przykład studentom.

W ramach reformowania sektora akademickiego planuje się nawet zniesienie konieczności pisania prac licencjackich, skoro profesorowie nie są w stanie zapewnić ich poziomu i oryginalności. Nie mają na to czasu ! Tak się tłumaczą, choć za taką pozorowaną pracę są gratyfikowani z kieszeni podatników. Nie planuje się jednak zniesienia habilitacji i profesur prezydenckich skoro ich poziom jest kiepski.

Z ostatnich kontroli NIK wynika, że liczba magistrów i doktorów maleje, a rośnie liczba doktorów habilitowanych i profesorów, na ogół pochodzących z „chowu wsobnego”, ale ten wzrost tytularny przekłada się na spadek poziomu tak naukowego, jak i edukacyjnego.

W III RP osiągnęliśmy wysoki poziom formalnego wykształcenia społeczeństwa, ale jednocześnie spadek wartości wykształcenia realnego. Starsi wyrażają często opinię, że przedwojenna matura w II RP miała większe znaczenie od dyplomu wyższej uczelni w III RP. I nieco podobnie jest z profesurami. Profesor gimnazjum w II RP to był ktoś, profesor wyższej uczelni w III RP – niekoniecznie.

Jesteśmy potęgą tytularną, ale zarazem mizerią naukową. Ci, którzy uprawiają naukę na poziomie światowym – to margines, podobnie jak ci, którzy potrafią i chcą formować nowych naukowców na poziomie.

Gdzie są nasze elity ?

Niestety elity mamy marne. Wiadomo, były niszczone przez okupantów, czy to niemieckich, czy komunistycznych, ale mimo trwania już niemal 30 lat III RP nie uległy one odtworzeniu i nawet nie widać, aby taki proces się zaczął.

Należy pamiętać, że ostatnią czystką wśród elit nie był rok 1968, o którym to roku się pamięta, lecz okres wojny jaruzelsko-polskiej i to nie tylko na początku wprowadzenia stanu wojennego, ale także przed upadkiem komunizmu, przed rozpoczęciem tzw. transformacji ustrojowej, kiedy weryfikowano elity akademickie niewygodne – bo nonkonformistyczne.

Jednocześnie wśród wielkiej fali emigracyjnej lat 80-tych znalazły się tysiące studentów i pracowników akademickich, co spowodowało ubytek co najmniej kilkunastu procent populacji akademickiej i technicznej.

Niestety w III RP te procesy nie zostały zatrzymane. Usuwani z uczelni w ramach czystek politycznych na ogół nie wracali na uczelnie, nie unieważniono prawnie tych ekscesów, chociaż było to bezprawie, od którego nawet do sądów nie można było się odwoływać, a weryfikatorzy często nie są znani z imienia i nazwiska do dnia dzisiejszego. Beneficjentami PRLu pozostali konformiści.

Po czystkach powstała luka pokoleniowa, co stanowiło znakomity pretekst do rozwoju wieloetatowości a w konsekwencji do pozoranctwa naukowego i edukacyjnego. uprawianego na rosnących jak grzyby po deszczu uczelniach z nazwy wyższych.

Na uczelniach niepublicznych, w niemałym stopniu tworzonych przez dawną nomenklaturę, zatrudniani byli na kolejnych etatach pracownicy z uczelni publicznych.

Rzekomo ta wieloetatowość była wymuszana niskimi zarobkami, ale jakoś tak na tych kolejnych etatach zatrudniani byli najlepiej zarabiający na etatach pierwszych, w tym rektorzy, dziekani i profesorowie.

Rekordziści zatrudniani byli nawet na kilkunastu etatach i mimo ograniczeń wieloetatowość pozostała do dnia dzisiejszego, bo dwa etaty to też wiele, tym bardziej, że tacy są i na innych pozaakademickich etatach, stanowiskach.

Prezydenci miast, posłowie, sędziowie – szczególnie ci szczebla najwyższego – to często także profesorowie wyższych uczelni, czasem nie tylko jednej. Nawet jak zaniedbują studentów [bo niby jak inaczej może być ?] uczelnie obficie ich wynagradzają, mimo że podobno są biedne. Fakt – moralnie biedne są nadzwyczaj.

Emigracja na Zachód się nie zmniejszyła, a nawet po wejściu do EU zdecydowanie się zwiększyła. Ocenia się, że po 2004 wyjechało ponad 30 000 młodych ludzi aktywnych na polu akademickim. Przez lata kształcimy zatem w znacznej mierze elity dla zagranicy, a nie dla Polski.

Jednocześnie nie zniesiono barier dla powrotów tych, którzy wyjechali wcześniej i nie tylko bariera finansowa była tu decydująca. Polski system akademicki pozostał kompatybilny z krajami postkomunistycznymi, stąd jeszcze w 2004 r. uznawano w Polsce dyplomy, stopnie i tytuły naukowe osiągnięte w takich krajach jak Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Mongolia, Korea Północna, Libia, Kuba itp. a np. wybitny polski naukowiec z kraju zachodniego mógłby być zatrudniony na polskiej, nawet kiepskiej uczelni, co najwyżej na słabo płatnym etacie adiunkta, bo przecież nie miał swoistej dla naszego systemu habilitacji. No chyba, że zrzekł się obywatelstwa polskiego ! [ udokumentowany przykład dr Zbigniewa (Ben) Żylicza].

Mieliśmy zatem do czynienia z dyskryminacją obywateli polskich przy rekrutacji pracowników naukowych na polskie uczelnie.

Do polskiego systemu akademickiego wprowadzono jednocześnie wielu naukowców z habilitacjami pochodzącymi z tzw. turystyki habilitacyjnej do krajów postkomunistycznych m. in. na Ukrainę, a następnie na Słowację.

Zatem mamy elity zakorzenione w systemie komunistycznym, także mentalnie.

Przez lata konkursy na obsadzanie stanowisk akademickich ustawiane są tylko na swoich. Kryteria genetyczno-towarzyskie są ważniejsze od merytorycznych. Żaden, nawet najwyższej klasy naukowiec, o ile konkurs nie jest na niego ustawiony, nie ma wiele szans na etatowe zatrudnienie. Kiedyś o zatrudnieniu na uczelni, także o awansach, decydowała POP PZPR. Dziś nader często decydują o tym sitwy akademickie, aprobujące tylko samych swoich, którzy im nie zagrażają intelektem i pojmowaniem istoty rzeczy.

Trudno się zatem dziwić, że nasze uczelnie są słabo notowane w świecie, a co gorsza są mało przydatne dla polskiej gospodarki, której innowacyjność lokuje nas w ogonie państw europejskich.

Uczelnie są kolebkami elit, nie tylko akademickich, ale także politycznych, gospodarczych, kulturalnych , ale skoro uczelnie są kiepskie, to i elity także.

Co z wymianą kadr ?

Przy instalacji systemu komunistycznego kadry uformowane w II RP i mało przydatne, lub nieprzydatne do budowy nowego systemu, zastępowano stopniowo kadrami formowanymi przez ZMP i PZPR. Z uczelni rugowano przedwojennych profesorów, aby ci nie wpływali negatywnie na młodzież akademicką. Wielu przenoszono na wcześniejszą emeryturę, lub przesuwano do utworzonej Polskiej Akademii Nauk.

Po 1968 r. kiedy wprowadzono do systemu akademickiego tzw. „docentów marcowych” za zasługi w utrwalaniu władzy ludowej, nie patrząc na kryteria merytoryczne, a katedry obsadzane jeszcze przez starych profesorów zastępowano instytutami obsadzanymi przez generację ZMP, poziom edukacji wyższej, jak i poziom moralny kadr akademickich wyraźnie się obniżał.

Okres wojny jaruzelsko-polskiej z czystkami kadrowymi dopełnił procesu degradacji środowiska akademickiego, który po 1989 r. bynajmniej nie został zatrzymany.

Po czystkach końca PRL i wzmożonej emigracji pozostała luka pokoleniowa, ale niewygodnych dla beneficjentów i tak nie przywracano na uczelnie. Nadal stanowili zagrożenie dla stabilnego patologiami środowiska akademickiego. Pozostali w nim natomiast zarówno jawni, jak i tajni współpracownicy systemu kłamstwa i ich zwolennicy. Nikogo dziś nie nie bulwersuje rektor, który na początku roku akademickiego mówi otwarcie -my oszukujemy !

Ale na oszukiwaniu, na pozoranctwie naukowym i edukacyjnym silnych uczelni nie da się zbudować.

Do tej pory nie podjęto próby dekomunizacji środowiska akademickiego, a spóźniona o lata próba lustracji spotkała się z nonkonformistycznym protestem zwykle konformistycznych kadr akademickich, które za żadne skarby nie chcą poznać swej historii.

Próby reformowania systemu akademickiego bez zmian kadrowych nie dają pozytywnego rezultatu. Negatywnie selekcjonowane środowisko akademickie, tak w PRL, jak i w III RP utrwala jedynie patologie, pozoruje edukację z nazwy jedynie wyższą i naukę na potrzeby zdobywania kolejnych stopni i tytułów, a w niemałym stopniu bezużyteczną dla nauki sensu stricto i dla społeczeństwa.

Kadry na należytym poziomie to jest jedynie margines dużej, ponad 100 tysięcznej populacji akademickiej , a i ten margines opuszcza kraj i to na stałe, szukając bardziej przyjaznych warunków dla swojego rozwoju.

Od początku III RP aż do tej pory nie podjęto należytych starań na otwarcie tego systemu na polską diasporę akademicką ani na fachowców pozostających poza murami uczelni.

Czy przy takiej polityce kadrowej jest możliwe wyjście z kryzysu ?

Czy ten system naprawi Konstytucja dla nauki ?

System akademicki próbowano w III RP wielokrotnie reformować, ale tak, aby zasadniczo wszystko pozostawało po staremu. Stąd uczelnie pozostały skansenami nie do końca upadłego systemu komunistycznego. A poziom jeszcze się obniżył, bo relikty innego systemu – II RP – które w PRLu poziom jeszcze trzymały, całkiem już odeszły.

Zorientowany w kiepskim stanie nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin, minister w rządzie „dobrej zmiany”, przystąpił do próby reformowania tego sektora, zdając sobie sprawę, że bez tego inne reformy, w tym najważniejsza – gospodarcza, nie mogą rozwinąć skrzydeł.

Po dwóch latach prac, po dziewięciu konferencjach zorganizowano Narodowy Kongres Nauki, na którym minister ogłosił projekt nowej ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym, nazwany „Konstytucją dla nauki.”

Niestety nie jest to projekt radykalnych zmian, a takich zmian wymaga ten obszar.

Projekt konsoliduje dotychczasowe ustawy, nieco spraw modyfikuje w dobrym kierunku, więc może bezpośrednio nie zaszkodzi temu sektorowi, ale czy go poprawi znacząco ?

Konstytucja” skonstruowana jest na słabym fundamencie. Nie uwzględnia genezy obecnych kadr akademickich i nie bierze pod uwagę zmian kadrowych, bez czego trudno sobie wyobrazić możliwość przeprowadzenia głębokich reform i skuteczne ich wdrożenie w życie.

Konstytucja dla nauki” jest raczej obszerną (175 stron, 457 art.), szczegółową instrukcją obsługi uczelni, a nie dokumentem prezentującym filozofię i główny zestaw reguł, którymi uczelnie, instytucje naukowe, mają się kierować w swej działalności.

Na kształcie konstytucji zaważyła filozofia jej opracowania. Propozycje zmian przygotowywały trzy krajowe zespoły beneficjentów tego dotąd patologicznego systemu, a nie poproszono o przygotowanie osobnej wersji ustawy polskich naukowców pracujących za granicami, w dobrych ośrodkach naukowych. Warto by było z taką propozycją się zapoznać, poznać jak działają systemy bardziej wydajne i zastanowić się dlaczego polscy naukowcy w krajowym systemie mają osiągnięcia dość mierne a poza granicami kraju – znaczące.

Różnice finansowe tego nie tłumaczą wystarczająco.

Również w Polsce jedni są finansowani i niewiele co znaczącego robią, a inni i bez finansowania robią więcej, ale tych to nikt u nas nie chce !

Może tu jest pies pogrzebany – mamy nadal negatywną selekcję kadr odziedziczoną po PRLu. Negatywnie wyselekcjonowani nie chcą tak naprawdę tego systemu radykalnie zmienić i nie chcą nawet poznać propozycji zmian tych, którzy do tego patologicznego systemu po prostu się nie nadają.

Minister mówi o potężnej diasporze polskich naukowców, których by chętnie widział z powrotem w polskich ośrodkach, ale póki co, nawet ich nie ma w polskich bazach danych ludzi nauki – z małymi wyjątkami.

Jeszcze przed ujawnieniem „Konstytucji dla nauki” utworzono Narodową Agencję Wymiany Akademickiej (NAWA), która ma m. in. wspierać powroty do kraju polskich naukowców. Ale jakie zapisy ‚Konstytucji’ ich do tego zachęcą, skoro nasz system nadal nie będzie kompatybilny z systemami w których pracują ?

Który polski profesor np. z uniwersytetu Harvarda, czy z Oxfordu, zechce wrócić do Polski, gdzie nie będzie mógł promować doktorów, bo nie ma habilitacji ?

W jaki sposób osiągniemy doskonałość naukową skoro nieraz słaby doktor habilitowany – bo takich mamy coraz więcej – będzie miał większe prawa kreowania nowych naukowców z uprawnieniami niż wybitny doktor o światowym dorobku ?

Konstytucja nie stymuluje powoływania międzynarodowych komisji do oceny kandydatów na kolejne stopnie czy stanowiska naukowe. Polski doktor (nawet wykluczony z polskiego systemu akademickiego) może być członkiem takich komisji w innych krajach, ale nie w Polsce !

Projektu reform korzystnych dla polskiej diaspory akademickiej nie przygotowano.

Art. 3. 2. Konstytucji mówi : System szkolnictwa wyższego i nauki funkcjonuje z poszanowaniem standardów międzynarodowych, zasad etycznych i dobrych praktyk w zakresie kształcenia i działalności naukowej oraz z uwzględnieniem szczególnego znaczenia społecznej odpowiedzialności nauki.

Proponowane założenia odbiegają jednak od standardów międzynarodowych (szczególnie zachodnich), nie rokują nadziei na poprawę niskich zasad etycznych (czy raczej ich braku) i dobrych praktyk (często bardzo złych) w zakresie kształcenia i działalności naukowej.

W „konstytucji” nie widać skutecznych mechanizmów eliminowania patologii negatywnie wpływających na efekty nauki i edukacji.

A należało się spodziewać opcji – zero tolerancji dla patologii w nauce i szkolnictwie wyższym.

Nie prowadzi się nawet monitoringu patologii akademickich, w ustawie nie ma propozycji instancji rzecznika praw pracownika nauki/mediatora akademickiego, więc krzywdzeni pracownicy nie będą mieli gdzie się zwracać, aby takie problemy rozwiązać.

Dla zrealizowania ustawy minister zapowiada zwiększenie wydatków na naukę z obecnych 0,43 proc. PKB, z do 1% PKB, ale nie deklaruje zwiększenia efektywności wydatków.

Warto mieć na uwadze fakt, że nasze sądownictwo pochłania 1,77 % PKB przy średniej europejskiej 0,6 %, a ten sektor jest jeszcze w gorszym stanie niż sektor akademicki. Czy zatem zwiększenie środków na sektor nauki do poziomu wydatków jak w UE poprawi jego jakość ?

W ostatnich latach przeznaczono dużo środków na infrastrukturę akademicką – i co ? Infrastruktura jest na poziomie europejskim, a nauka – poniżej.

Nie ma projektu finansowania efektów pracy, a nie etatów (czasem fikcyjnych) i kontrolowaniau finansów kierowanych do sektora nauki i edukacji, mimo że wyniki tego finansowania są kiepskie.

Głęboka reforma nie może polegać na tym, że zrobi się dobrze dla beneficjentów patologicznego systemu.

Nie bez przyczyny „konstytucja” spotkała się z życzliwym przyjęciem znacznej części strony środowiska akademickiego, które na reformy radykalne zwykle reaguje protestami. To budzi obawy o pozytywne skutki reformy – w końcu to środowisko w niemałym stopniu pochodzi z negatywnej selekcji kadr i ponosi współodpowiedzialność za kiepski stan nauki i edukacji w Polsce.

Bez przeniesienia w stan nieszkodliwości, tych którzy znaleźli się w nauce [tzn. na etatach] z przyczyn politycznych, towarzysko – genetycznych, po ustawianych na nich konkursach, którzy szkodzili, niszczyli lepszych od siebie, którzy oszukują studentów, trudno sobie wyobrazić pozytywne zmiany.

Pozytywnym zmianom będą także zapobiegać utrzymane w systemie czynniki patogenne, jak np. brak mobilności kadr, czy wieloetatowość za zgodą rektora.

Główna wada tej „konstytucji” jest jednak taka, że jej przyjęcie w proponowanym kształcie spowoduje, że przez kolejne lata, co najmniej przez lat kilkanaście, nasz system akademicki nadal będzie niewydolny, a nasze uczelnie zapewne nie wybiją się ponad mierność.

Trudno sądzić, że po takiej reformie ogromny kapitał intelektualny Polaków, zostanie należycie wykorzystany do budowy takiej Polski na jaką Polacy zasługują.

Mistrzowskie dyplomowanie

rysMistrzowskie dyplomowanie

Niedobór mistrzów w polskim systemie akademickim jest faktem. Faktem jest także nadmiar dyplomów uzyskiwanych przez słabo wyedukowanych.

Ale faktem jest także mistrzowskie wykluczanie mistrzów na poziomie z naszego systemu. Faktem jest także heroiczny wręcz opór przed rzetelnym zbadaniem przyczyn takiego stanu rzeczy i wprowadzeniem w życie koniecznej radykalnej reformy tego patologicznego/opacznego systemu.

Czasem media zauważą, że proceder „dyplomowy’ kwitnie [ Proceder kupowania rozpraw kwitnie, a uczelniom brakuje skutecznych sposobów na wyłapywanie oszustów
http://www.dziennikpolski24.pl/aktualnosci/a/magisterka-za-jeden-przelew,12454498/a biorą w nim udział także utytułowani, więc nie ma się co dziwić, że proceder nie jest likwidowany.

Beneficjenci systemu nie mają w tym interesu, no i nie mają mocy nad swoimi patologiami zapanować. Tacy w systemie zostali po negatywnych selekcjach kadr na wszystkich szczeblach akademickich.

Rzecz jasna tłumaczą się głupio, że mają za dużo prac dyplomowych do sprawdzenia, więc ich nie sprawdzają, albo ‚po łebkach’, ale tych co sprawdzali skrupulatnie i z procederem dyplomowym walczyli – pousuwali z systemu w sposób mistrzowski !

Uczciwi zagrażali nieuczciwemu systemowi, jego twórcom i utrwalaczom, więc odeszli w niebyt akademicki i teraz nikt nieuczciwym nie zagraża. Pełnia szczęścia !

Rzecz jasna pozoruje się walkę z procederem aby zyskać miano uczciwych [jest taka moda na bycie etycznym], ale tak aby proceder nie zniknął.

Ostatnio decydenci wpadli na pomysł, aby zlikwidować konieczność pisania prac licencjackich – bo skoro one są nierzetelne, to i nie są potrzebne.

Jasne, jak prac licencjackich nie będzie to i procederu nierzetelności przy ich pisaniu też nie będzie.

Jak na razie nie przewiduje się zniesienia konieczności pisania prac magisterskich i doktorskich, a nawet habilitacyjnych, choć nieuczciwości na tych etapach też nie brakuje.

Co więcej nie przewiduje się przeniesienia w stan nieszkodliwości tych utytułowanych, którzy nie tylko, że sami nieuczciwi/nierzetelni do systemu akademickiego wprowadzili wielu sobie podobnych.

Znosi się natomiast Centralną Komisję do spraw Stopni i Tytułów Naukowych, którą wreszcie zidentyfikowano jako ciało „zdominowane przez najstarsze pokolenie naukowców, często nie rozumiejące mechanizmów funkcjonowania nauki globalnej…”. [http://www.rp.pl/Edukacja-i-wychowanie/309059913-Ministerstwo-Nauki-chce-zwiekszyc-uprawnienia-osob-ktore-nie-chca-sie-habilitowac.html#ap-4a]

Ileż to lat trzeba było czekać, aby ta oczywista oczywistość stała się i dla naszych decydentów oczywista ? Od lat nasza krajowa nauka nijak się ma do nauki światowej i Centralna Komisja oraz profesorowiedoktorzyhabilitowaninaukipolskiej to zapewniali i zawsze argumentowano, że tego nie można zmienić, bo poziom musi być utrzymany !

Tym sposobem utrzymywane stany niskie poziomu nauki uprawianej w Polsce notowane są od lat w rankingach światowych.

W obecnie przygotowywanej reformie systemu akademickiego Centralną Komisję do spraw Stopni i Tytułów Naukowych ma zastąpić Rada Doskonałości Naukowej, którą mają tworzyć osoby posiadające tytuł profesora lub stopień doktora habilitowanego wybrane przez osoby posiadające stopień doktora habilitowanego.

Jest zatem pewne, że nazwa się zmieni, ale czy coś więcej się zmieni ? czy nauka uprawiana w Polsce osiągnie doskonałość ?

Polaków uprawiających naukę na poziomie w kraju, a przede wszystkim za granicami, a nie posiadających wysoce niedoskonałych, swoistych stopni i tytułów nadawanych w Polsce, jest wielu, ale ci nadal będą z tego systemu wykluczani i nie będą radzić/decydować o tym jak doskonałość naukową uzyskać.

A zatem mimo deklarowanych zmian -bez zmian !

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności w patologicznym systemie akademickim

0

[wSieci nr.22, r.2016]

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności

w patologicznym systemie akademickim

Po latach zapomnienia dzięki książce Krystiana Brodackiego – Trzy twarze Juliana Haraschina odżyła postać, która zasłużyła się negatywnie dla polskiego systemu akademickiego z powodu wprowadzenia innowacyjnego sposobu zdobywania dyplomów akademickich, nader pożądanych w Krakowie, choć nie tylko. [

Obecna twarz UJ widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschinahttps://blogjw.wordpress.com/2016/02/05/obecna-twarz-uj-widziana-przez-pryzmat-twarzy-juliana-haraschina/]

Julian Haraschin wdrożył produkcję dyplomów akademickich przy współpracy wielu akademików, nawet tych z samego akademickiego olimpu. Obdarzył za opłatą -rzecz jasna -pewną ilość miłośników polskiego systemu tytularnego. Była to produkcja chałupnicza, ale i taka w warunkach gospodarki socjalistycznej okazała się przestępcza, choć ujawniona dopiero po skandalu obyczajowym, a nie naukowym.

Skandalom naukowym, niewygodnym dla sił przewodnich, utrącano i wtedy łeb.

Sprawa Haraschina, jej wątek akademicki, poszedłby zapewne w zapomnienie, gdyby go nie przypomniał niepoprawny publicysta, miłośnik jazzu, ale i prawdy historycznej.

Prawnicy, także historycy z uczelni Haraschina, takiej prawdy nie za bardzo chcieli poznać, a przy tym sporo z tej prawdy chyba się spaliło, bo pożary i inne klęski żywiołowe często stają na przeszkodzie jej poznania.

Innowacyjna metoda udyplomawiania polskiego społeczeństwa nie poszła jednak w zapomnienie, co więcej w warunkach wzrastającego popytu na dyplomy i tytuły została udoskonalona i rozpowszechniona. Kto by się dziś bawił w produkcję chałupniczą.

Po wielu siermiężnych latach mamy wreszcie fabryki dyplomów, które są w stanie zaspokoić niemal każdy popyt. W końcu nie po to obalano niewydajny system komunistyczny, w którym podaż w żaden sposób nie była w stanie nadążyć za popytem, aby w nowym systemie wolnorynkowym nie sprostać popytowi.

Jest wielki popyt na dyplomy – będzie i wielka podaż.

I tak się stało po transformacji dzięki wielkiemu wysiłkowi licznych ‚fikcjonariuszy’ akademickich, oczywiście po wcześniejszym oczyszczeniu systemu z tych, którzy by nie byli zdolni do realizowania fikcji akademickiej, a co gorsza wręcz mogliby stawiać opór. Takie zakały akademickie ( i nie tylko akademickie) objęto ostracyzmem, wykluczono z systemu i wręcz wyklęto, także z pamięci.

Producenci lipnych dyplomów w ferworze zwiększania ich produkcji zaczęli popełniać jednak błędy upolityczniając proces produkcji. Zaspakajali potrzeby tytularne tych co aktualnie u władzy, jakby zapominając, że żadna władza nie jest wieczna i jak przyjdzie nowa władza, siłą rzeczy mniej udyplomowiona, to może i z samej zawiści rozpocząć badania nad procesem produkcji dyplomów dla swoich poprzedników.

Zresztą i sami akademicy zdumieni wręcz kosmicznym tempem rozwoju tytularnego swoich kolegów mogą zainicjować poczynania kontrolne.

Ostatnio media nagłośniły taką sprawę w warszawskiej ASP, [Maja Narbutt – Afera w fabryce doktoratów – wSieci nr 22, 2016] w której produkcja dyplomów metodą Haraschina szła na skalę wręcz przemysłową.

Ujawnił to Dariusz Zawiślak, reżyser i absolwent ASP.

2

3

Skąd ja to znam ? Tyle, że o moich działaniach i nienawiści do mnie patologicznego środowiska akademickiego żaden dziennikarz do tej pory nie napisał.

Po aferze na ASP można by się zapytać: Po co artystom doktoraty ? Czy ich artyzm wówczas rośnie ? W końcu każdy miłośnik tytułów, może sobie sprawić wizytówki o dowolnej treści wynoszącej jego dokonania pod niebiosa, a nawet wyżej. Czemu za takie hobby ma płacić polski podatnik ? bo przecież koszty utrzymania utytułowanych przez podatników wzrastają wraz z długością zapisu tytularnego.

Jeden z artystów dostał doktorat za album fotograficzny. Ja fotografem nie jestem, ale zdjęcia robię, mam ich dziesiątki tysięcy, i mógłbym je zorganizować w wiele albumów o różnej tematyce domagając się wielu doktoratów. Byłbym sobie wtedy taki doktor do n-tej potęgi drdrdrdrdrdrdrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

A ja niepoprawny – protestuję, jak ktoś do mnie zwraca się per doktor – nie żebym się wstydził tego co zrobiłem, ale w obecnym kontekście tytularnym – to niemal obraza.

Inni w tej materii są bardziej obrotni i wielu to się bardzo podoba i otaczają takich utytułowanych/utytłanych prestiżem, uznaniem, wyróżnianiem. Niewątpliwie na wyróżnianie zasługują i trzeba te ich wyróżnienia ujawniać.

Poczytajmy choćby fragmenty wyżej cytowanego tekstu:

Co mówi Dariusz Zawiślak o Tomaszu Tomaszewskim …

4

i kolejny

O dziekanie Januszu Foglerze :

5

Warto przeczytać (najlepiej za zrozumieniem i refleksją po przeczytaniu) cały tekst.

Analogie do metod Juliana Haraschina – uderzające, tylko że dziś tak naprawdę nikogo to nie bulwersuje, bo takie i podobne poczynania są normą, tak jak i wykluczanie ze środowiska akademickiego, tych którzy stanowią dla nich zagrożenie.

Mamy ogromną ilość kodeksów etycznych, komisji etycznych i porażające patologie i dla nich przyzwolenie, a brak przyzwolenia, a nawet heroiczne zwalczanie tych, którzy je ujawniają.

Jeśli jest inaczej – to chętnie takie opinie/przypadki opublikuję na stronach NFA. Opisałem/przytoczyłem na nich już wiele opinii i przypadków patologii akademickich

Zachęcam do czytania i opisywania nowych – rzecz jasna.

Sprawa Juliana Haraschina na Uniwersytecie Jagiellońskim w ujęciu Stefana Grzybowskiego b. rektora UJ

DSCF8905

Sprawa Juliana Haraschina na Uniwersytecie Jagiellońskim

w ujęciu Stefana Grzybowskiego b. rektora UJ:

Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

[nakład książki podobno został niemal w całości wykupiony przez bohaterów tych wspomnień, tym samym obowiązkiem obywatelskim jest przybliżenie tych wspomnień społeczeństwu, aby zapoznało się z nieznaną ( na ogół) historią , ważną dla poznania i zrozumienia obecnej sytuacji UJ – i nie tylko, a w szczególności postaw środowiska prawniczego formowanego w czasach Juliana Haraschina i przez z nim zaprzyjaźnionych także w czasach późniejszych].

Możliwość zapoznania się ze wspomnieniami b. rektora UJ zawdzięczam Ryszardowi Bocianowi i niech inni czytelnicy też mu pozostaną wdzięczni.

Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/27/spolecznosc-akademicka-uj-w-systemie-komunistycznym/

Podłoże akademickie sprawy Juliana Haraschina na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/27/podloze-akademickie-sprawy-juliana-haraschina-na-uj/

Julian Haraschin – „Krwawy Julek” na progu kariery naukowej na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/28/julian-haraschin-krwawy-julek-na-progu-kariery-naukowej-na-uj/

Julian Haraschin w drodze do docentury na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/29/julian-haraschin-w-drodze-do-docentury-na-uj/

Załamanie kariery naukowej Juliana Haraschina na UJ po wydarzeniach w Grand Hotelu

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/30/zalamanie-kariery-naukowej-juliana-haraschina-na-uj/

Dyplomy, dyplomy – na sprzedaż

Dyplomy

Dyplomy, dyplomy – na sprzedaż

W Polsce dyplom traktowany jest jak fetysz. Mroczny obiekt pożądania. Ludziska są w stanie wszystko zrobić aby go zdobyć.

Nie bez przyczyny firmy oferujące pisanie prac licencjackich, magisterskich a nawet doktorskich – od lat prosperują znakomicie, gdy inne firmy upadają. Zapotrzebowanie na dyplomy nadal się utrzymuje.

Są też firmy zajmujące się wręcz fałszowaniem dyplomów,  biorące zapewne przykład ze słynnej wytwórni prac magisterskich Juliana Haraschina funkcjonującej w Polsce Ludowej.(https://lustronauki.wordpress.com/2015/05/15/produkcja-magistrow-na-uj-okres-prl-w-wytworni-juliana-haraschina/.

Ostatnio policja zajmująca się zwalczaniem przestępczości gospodarczej odniosła znaczący sukces wykrywając fałszerzy dyplomów, którzy w okresie 2009-2012 sfałszowali i sprzedali blisko 100 dyplomów renomowanych uczelni w Polsce.http://www.policja.pl/pol/aktualnosci/114074,Final-sprawy-przeciwko-falszerzom-dyplomow.html Zarobili blisko pól miliona złotych, bo ceny wahały się od 4 tys. za odpis, do 8 tys. zł za dyplom. A chętnych nie brakowało.

Wielkiego rabanu w mediach na ten temat nie było. Bo niby dlaczego ? Wszyscy się już przyzwyczaili do podobnych procederów. Plagiaty – inna forma nieuczciwego zdobywania dyplomów ( i nie tylko) są na porządku dziennym, a nie ma woli, aby z systemu wykluczać tych co plagiatują, a nie tych co plagiaty wykrywają.

Inni w pogoni za dyplomami piszą różne dyrdymały i jeśli są swoi,  to na ogół znajdują takich co ich pod niebiosa będą wychwalać, a przynajmniej swoim autorytetem osłaniać.

Dyplomowanych i to nie jeden raz – licencjacko, magistersko, doktorsko – mamy w biznesie i polityce co niemiara, a biznes i polityka leży, tzn. tam gdzie Polska – leży kamieni kupa.

Nasz system preferuje dyplomy – jest systemem tytularnym, a nie merytorycznym, i ten jest najważniejszy, najlepszy, kto dyplomy/tytuły posiada, bez względu na to co w głowie posiada i jaki pożytek z głowy robi.

Jest więc tak, że jedni mają głowę – inni tytuły. Co więcej w Polsce tytuł profesora to jest honor, mimo tego, że w praktyce, w życiu,  jest tak, że jedni mają honor, a drudzy profesurę, a nader rzadko jedno i drugie. ( bibliografia nahttps://nfaetyka.wordpress.com/, https://blogjw.wordpress.com/)

Toczy się postępowanie prokuratorskie w sprawie prezesa Business Centre Club – Marka Goliszewskiego, który miał ochotę uzyskać dyplom doktora i chyba by go uzyskał, bo zaprzyjaźnieni profesorowie byli za, ale studenci kierując się kryteriami merytorycznymi – postawili barykadę i to tak mocną, że nawet profesorowie nie byli w stanie jej sforsować.

No cóż, skoro profesorowie u nas nie trzymają poziomu, ani honoru, studenci muszą stać na straży jakości nauki i nauczania w Polsce.

Nie zawsze to im się udawało. Gdy w systemie Polski Ludowej argumentowali zasadnie wobec haniebnych poczynań profesorów ‚ takie metody postępowania z pewnością nie wprowadzą godnie nauki polskiej w XXI wiek ’https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/moj-jubileusz/ profesorowie zamiast godności – wybierali nicość i taką naukę w Polsce do XXI wieku wprowadzili. Teraz tylko walczą aby taka nauka w Polsce została i na następne wieki i tylko w studentach nadzieja, że im to się nie uda.

Profesorowie – beneficjenci systemu zła, nie mają w tym interesu aby system zła przekształcić w system dobra. Baa….,  nawet by tego nie potrafili, bo zło im się z dobrem pomieszało. Nawet argumentują nieraz, że skoro są profesorami – to oni są dobrem, bo dobrem jest profesura im nadana, a nawet gdy ze zła (plagiatu, oszustwa, nicości ) ona pochodzi, nie wolno im tego odbierać, bo to by dopiero było zło !

Promotorzy nie dają sobie rady

drabina akademicka

Promotorzy nie dają sobie rady

NIK i media alarmują (http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/837798,uczelnie-nie-radza-sobie-z-plagiatami-e-system-to-fikcja-promotorzy-maja-zbyt-duzo-pracy.html), że promotorzy dyplomantów na uczelniach nie dają sobie rady.

Produkcja dyplomów idzie pełną parą, a tu powstają problemy z produkcją, bo efekt końcowy ma znamiona bubla, nie nadaje się do użytku. Kontrola jakości produkcji szwankuje. Problem nader poważny, bo na uczelniach produkuje się udyplomowione elity polityczne, gospodarcze, medialne i wszelakie inne, na których jakość niemal wszyscy narzekają. Koszty produkcji są znaczne, a efekt przerobu mizerny.

Podobno jest to skutek przeciążenia promotorów nadmierną pracą, tym bardziej, że wielu dla zwiększenia produkcji ( o zwiększeniu swoich zasobów finansowych nie wspominając) pracuje na wielu etatach. Prawdziwi stachanowcy !

Chociaż nie do końca, bo często jest to praca pozorna. Badań nad zdolnością promotorów do bilokacji, czy multilokacji brak, ale ich zdolność do zwielokrotniania swoich wynagrodzeń poprzez fikcyjną pracę nie może budzić wątpliwości.

W opinii publicznej tacy promotorzy, zwykle profesorowie i doktorzy, i to habilitowani, uważani są za misjonarzy prawdy strasznie pokrzywdzonymi w naszym systemie. Argumentuje się, że gdyby za tytuł/etat (nie mylić z pracą) otrzymywali tak ze trzy średnie krajowe, to by z produkcją dyplomów ( i nie tylko) dawali sobie radę lepiej.

Nie bierze się pod uwagę, że wielu mniej utytułowanych, słabiej wynagradzanych, dawało sobie radę lepiej, i to znacznie lepiej, z formowaniem dyplomantów.

I co ? Tych uznawano za zagrożenie dla systemu pozoranctwa akademickiego, dla oczywistej ( niemal dla każdego) hierarchii akademickiej i zarazem partyjnej, dla procesu produkcji bubli dyplomowych niezagrażających producentom.

Takich destabilizatorów systemu pousuwano podczas Wielkiej Czystki Akademickiej poprzedzającą tzw. transformację, polegającą na zabezpieczeniu bezpieczeństwa Służbie Bezpieczeństwa i ich symbiontom partyjnym i akademickim, którzy rozpoczęli zwiększenie produkcji dyplomów osiągając poziom światowy. Niestety kontrola jakości dyplomów na ogół wykazuje, że produkowana jest głównie makulatura dyplomowa, z której korzyść mają co najwyżej zbieracze makulatury.

I do tej pory nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby do formowania dyplomantów zaangażować tych co z ich formowaniem nie mieli trudności, a nawet formowanie lepszych od siebie było ich pasję i obowiązkiem akademickim. Natomiast twórcy i beneficjenci tego patologicznego systemu całkiem zasadnie uważają, że angażowanie takich na uczelnie to by była dla nich katastrofa !

A zatem, póki co, mimo alarmów, produkcja bubli akademickich idzie pełną parą wypełniającą niemal całą przestrzeń publiczną.

Fatalna tendencja (9) – zamiast wychowanków, których chcemy uformować na światłych obywateli……..

Kongres logo

Fatalna tendencja (9) – zamiast wychowanków, których chcemy uformować na światłych obywateli,

pojawiają się klienci, którym świadczymy usługi edukacyjne i dostarczamy świadectwo pracy zwane dyplomem,

czyli „Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką

Prof. Sztompka (Po Kongresie Kultury Akademickiej NAUKA 2/2014 • 19-25 -PIOTR SZTOMPKA –http://www.portalwiedzy.pan.pl/images/2014/nauka/2_2014/N214-02-Sztompka.pdf) prawidłowo rozpoznał rolę dzisiejszego uniwersytetu choć określenie dyplomu świadectwem pracy chyba nie jest zasadne. Dyplom uniwersytetu nie zawsze ( a raczej chyba rzadko) świadczy o pracy bo często jest przyznawany dlatego aby profesorowie zdołali się utrzymać na uczelniach a ponadto często prace dyplomowe są kupowane/lub plagiatowane przez niezbyt pracowitych studentów. Uzyskanie dyplomu nie jest równoznaczne z uzyskaniem pracy tym bardziej, że wielu studentów do wykwalifikowanej pracy się nie nadaje. Takie są usługi edukacyjne profesorów i takie są ich rezultaty.

Profesorowie tak świadczą swojej usługi, tak znają swoich studentów i ich pracę, że nie są w stanie stwierdzić czy ich prace dyplomowe są samodzielne, czy kupione, czy splagiatowane. Dodatkowo uniwersytety zakupują programy antyplagiatowe aby ich w tym wyręczały, choć za bardzo nie mogą. W procesie edukacji najważniejszy jest człowiek – nauczyciel i po absolwentach widać jaki to poziom nauczyciele – profesorowie reprezentują. Sami zresztą nieraz plagiatują, czasem sami piszą na zamówienie prace dyplomowe itp…

Obniżanie poziomu prac dyplomowych to fatalna tendencja i skorelowana w czasie z obniżaniem poziomu prac doktorskich, habilitacyjnych, profesur. Widać, że pozostałość akademicka po Wielkiej Czystce Akademickiej u schyłku PRL po prostu nie daje sobie rady, a przyznać się do tego nie ma nawet zamiaru.

Profesorowie winni formować swych wychowanków na światłych obywateli, ale jak to zrobić jak samemu takim obywatelem się nie jest ?

Przez ćwierć wieku profesorowie -beneficjenci/organizatorzy Wielkiej Czystki Akademickiej nie chcieli przywrócić na uniwersytety tych, którzy sobie radę dawali, ani przyjąć tych, którzy poza tym fatalnym systemem za granicami się rozwinęli i mogliby po powrocie rozwinąć w Polsce formowanie wychowanków na należytym poziomie.

Gdy wybuchła niepodległość przed stu niemal laty do Polski profesorowie wracali z uniwersytetów we Wiedniu, Berlinie, Petersburgu, z Francji czy Szwajcarii, aby coś dla Polski zrobić, wychować młodszych na światłych obywateli II RP. No i wielu na takich obywateli wychowali.

W III RP jest inaczej. Profesorowie może by powracali, ale nikt ich u nas nie chce. Tworzy się bariery prawne, aby im się takie mrzonki odechciały. Kto jest Polakiem musi być udyplomowiony, utytułowany jak w Polsce, ale jak się rozwinął za granicami to takich fetyszy rzecz jasna nie posiada – więc w Polsce nie ma co szukać pracy, chyba że się wyrzeknie polskiego obywatelstwa http://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-zbigniewa-ben-zylicza/.

Mamy za to exodus, tak kandydatów na profesorów na uczelnie zagraniczne, jak i świeżo udyplomowionych absolwentów, aby na zmywakach w Anglii realizować marzenia o lepszym życiu i do Polski nigdy nie wrócić.

Profesorowie/rektorzy podróżują natomiast po Chińczyków, aby ich do Polski przyciągnąć, oferując im swoje usługi edukacyjne – ale z mizernymi rezultatami. Widać wiedza o mizerii tych usług przekracza nasze granice.

Dobrze, że prof. P. Sztompka zauważył tendencje staczania się uniwersytetu do poziomu zakładu usługowego. Szkoda, że socjologicznie nie zbadał tego procesu, jego przyczyn i ewentualnych możliwości jego powstrzymania.

Ja swoje obserwacje przedstawiałem, procesy patologiczne monitorowałem (http://nfaetyka.wordpress.com/ ), ale nie zauważyłem aby Prof. P. Sztompka, czy jego koledzy nad nimi się pochylili. Przemilczanie tych, którzy byli prekursorami w ujawnianiu patologii akademickich jest stałą fatalną tendencją profesorów prowadzących swoimi postawami do kryzysu uniwersytetu.