Świat akademicki zachowuje dystans

Świat akademicki zachowuje dystans

W czasach zarazy zachowanie odpowiedniego dystansu to większa szansa na przeżycie. Strategia obowiązkowa i rokująca nadzieje. Świat akademiki nie zawsze taką drogą podążał i podczas panowania czerwonej zarazy niemało akademików skracało wręcz dystans do nosicieli zarazka komunistycznego. Inni trzymali się z daleka, lecz z obojętnością, preferując zachowania konformistyczne, rokujące nadzieje na kariery akademickie. Kiedy nonkonformistów z systemu eliminowano, zachowywali dystans, aby nie wypaść z obiegu awansowego. Siłą rzeczy tradycyjna wolność akademicka i odpowiedzialność uczonych za losy społeczeństwa zostały poważnie zredukowane.

Kiedyś akademicy byli w awangardzie tych, co walczyli o Niepodległą i służyli odrodzonej Polsce. Obecnie raczej zachowują dystans społeczny, chętnie maszerują ulicami w togach na swoich uroczystościach, lecz nie w pochodach niepodległościowych. Utrzymują dystans wobec Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i nie wywieszają flag narodowych na gmachach uniwersytetów. Nie widzą potrzeby rozliczenia się z wyklinania swoich kolegów z podziemia niepodległościowego.

W wyniku transformacji systemowej zachowano zarówno ciągłość prawną, jak i personalną, a także moralną, ze stanem zarazy czerwonej, dlatego funkcjonowanie ustawowych i pozaustawowych rozwiązań służących wzmacnianiu wolności akademickiej i odpowiedzialności nauczycieli akademickich nie może być satysfakcjonujące.  Skoro – jak wielu zauważa – na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć, to o jakiej wolności można mówić i jaką odpowiedzialność mogą brać na siebie?  Polska cierpi na słabość elit sformatowanych na uczelniach. Podnoszenie problemu plag akademickich, które obezwładniają uczelnie, spotyka się z przemilczeniem świata akademickiego, z małymi wyjątkami. Akademicy zachowują (nie)należyty dystans wobec chorób akademickich, stąd nadzieje, że te zostaną opanowane, są raczej płonne.

26 lutego br. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP )zorganizowała seminarium, aby przedstawić instytucjonalny i prawny kontekst wolności i odpowiedzialności, a także by umożliwić wymianę dobrych praktyk i doświadczeń na drodze do osiągnięcia zarówno wolności, jak i uświadomienia odpowiedzialności. W seminarium, rzecz jasna w trybie zdalnym (webinarium), brylował guru rektorów polskich prof. Jerzy Woźnicki, znany z tego, że po latach regulowania systemu akademickiego złapał się za głowę, uznał, że system jest przeregulowany i został skierowany na odcinek deregulacji. Zawsze na pozycji rozgrywającego. Na seminarium dokonał przeglądu spraw akademickich począwszy od średniowiecza. Omówił wolności akademickie w ustawach akademickich, i to od czasów II RP, taktownie marginalizując ekscesy ustawowe z epoki zniewolenia jaruzelskiego i ich skutki dla systemu akademickiego trwające do dziś. No cóż, skoro w historiach uniwersytetów stan wojenny nawet nie jest wzmiankowany, to po co o tym mówić?  Podniósł europejski kontekst zasad wolności, które winny prowadzić do swobody myślenia, zadawania pytań, dzielenia się pomysłami, ale to w polskim systemie natrafia na bariery trudne do przezwyciężenia. Dlatego KRASP widzi konieczność uzupełniania swoich zasad etycznych i kodeksu dobrych praktyk, których co prawda od lat jest urodzaj, lecz zebrane plony (spadający poziom etyki, wzrost złych praktyk, także u twórców kodeksów) raczej nie potwierdzają skuteczności zasiewów.

Prof. Woźnicki zaznaczył, że „KRASP stoi na straży tradycyjnych wartości akademickich, a w tym zasad etyki zawodowej, odpowiedzialności i konstytucyjnej zasady autonomii szkół wyższych” taktownie nie wspominając, że ta straż owych wartości nie zabezpieczyła.

Prof. Łętowska poruszyła paradoksy ochrony wolności nauki, odnosząc je do działań obecnego rządu, ale nie nawiązała do własnych poczynań (obojętności) jako pierwszego RPO, wobec naruszania wolności akademickiej zniewalanej czystkami akademickimi epoki jaruzelskiej.

Rzecznicy akademiccy jakoś nie wspomnieli, czy ich rola jest wykorzystywana w ochronie przed dyskryminacją pracowników przez rektorów, przy których są umocowani. Mój pomysł – zgłaszany w Sejmie  10 lat temu – instalacji w systemie niezależnych od rektorów rzeczników, w ramach autonomicznego Centrum Mediacji Akademickiej, nie został wprowadzony w życie. Seminarium wykazało słuszność moich spostrzeżeń, że na uczelniach przedmiotem zainteresowania jest odmienna orientacja seksualna, gdy dyskryminacja osób o odmiennej orientacji moralnej i intelektualnej jest jakby nie był zauważana. Świat akademicki wobec takich zachowuje dystans.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 10 marca 2021 r.

Bunt jagiellońskich polonistów

Bunt jagiellońskich polonistów 
 

Motto: Wszak nie odejmuje klejnotowi szacunku,  

kto go z plam brudnych ociera  

[Bicz na akademików krakowskich, Universitas, 2003) 
 

Pracownicy Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego na wieść o tym, że ministrem został Przemysław Czarnek, napisali list otwarty do Premiera i Prezydenta RP, gdyż trudno im przechodzić obojętnie wobec wypowiedzi ministra o LGBT, deprawacji, aborcji, edukacji.  

Protestują „przeciwko wypowiedziom dr. hab. Przemysława Czarnka, które są kłamliwe, łamią zasadę równości obywatelskiej i naruszają godność nas wszystkich” i apelują „by stanowisko Ministra Edukacji i Nauki objęła osoba, która nie będzie naruszała podstawowych wartości, przyświecających edukacji obywatelskiej”. Pouczają przy tym, że „Edukacja nie polega tylko na przekazywaniu wiedzy, ale także na budowaniu kultury dialogu oraz wpajaniu zasady szacunku dla każdego człowieka”. A „poglądy dyskwalifikują dr. hab. Przemysława Czarnka jako kierującego ministerstwem zajmującym się wychowaniem kolejnych pokoleń Polaków.” Piszą w liście, że „poszanowanie ludzkiej godności i różnorodności, przekonanie o równości wszystkich w prawach i obowiązkach oraz wrażliwość na krzywdę drugiego człowieka to wartości fundamentalne, których nie może podważać osoba kierująca w Polsce Ministerstwem Edukacji i Nauki.”

Oświadczenie zbuntowanych jagiellońskich polonistów, z datą 28 października 2020 r., podpisało ok. 150 sygnatariuszy. 
 

Granice świata polonistów 
 

No cóż, naukowcy winni kontrolować to co robi i mówi minister od nauki, i mają prawo, a nawet obowiązek, wypowiadać się w tych kwestiach. Z listu widać, że poloniści UJ nie akceptują, i to mocno, poglądów ministra, choć uzasadnienie tego braku akceptacji jest słabe. Z kolei ja nie akceptuję poglądów polonistów, gdyż ci, mimo że od lat są na etatach na wzorcowym, prestiżowym polskim uniwersytecie, nie tylko nie zbudowali kultury dialogu [żadnego dialogu na UJ mimo wysiłków i propozycji nie zarejestrowałem], nie wpoili kadrze UJ zasad szacunku dla każdego człowieka ani poszanowania ludzkiej godności, ani wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka. Materiałów w tym zakresie jest moc i poloniści z tego wydziału, piastujący na UJ wysokie, także rektorskie stanowiska, żadnego zainteresowania, żadnego działania w tych kwestiach nie wykazywali.  

List, jak można sądzić, podpisali ich współpracownicy/współpracowniczki, uczniowie/uczennice – sformatowani w ramach wartości latami wdrażanych w życie nie tylko Wydziału Polonistyki, ale i całego Uniwersytetu. Z tymi wartościami prezentowanymi ostatnio w przestrzeni publicznej, przed szacownymi murami jagiellońskiej uczelni, przez jej kadry młodzieżowe, mogli zapoznać się mieszkańcy Krakowa, co udokumentowałem (Reakcje w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Krakowie, 28.10.2020 r. – serwis Józef Wieczorek w Krakowie ( i nie tylko) w 2019-2020 r.] 

Wobec prezentowanych wartości krakowianie zmuszeni byli zatykać uszy i odwracać oczy, gdyż nie dało się tego słuchać, ani na to patrzeć, jeśli się było uformowanym w ramach innego systemu wartości, wręcz w ramach odmiennej, bo łacińskiej cywilizacji. To co się działo, to jakieś zdziczenie, nawiązujące do cywilizacji Hunów, czy tym podobnej barbarii.  

Jakoś do tej kwestii poloniści jagiellońscy wcale się nie odnoszą, choć chyba mają obowiązek służbowy i moralny analizować pod względem językowym to, co w przestrzeni jagiellońskiej jest demonstrowane. 

Może biorą przykład z opinii swego kolegi po polonistycznym fachu, choć chowu warszawskiego, Michała Boniego, mającego spore doświadczenie w prowadzeniu dialogu ze służbami minionego systemu [TW ‚Znak’] a także doświadczenie polityczne na odcinku kultury, środków przekazu i polityki społecznej. 

Ten polonista oświadczał w mediach „Wypier… stało się normalnym elementem języka, komunikacji publicznej i społecznej; ja się tego słowa nie boję; młodzi używają go na co dzień, bo to jest ich rewolucja” . Jego i jagiellońskich polonistów koleżanka po fachu, profesorka uniwersytetu Szczecińskiego i Rady Doskonałości Naukowej Inga Iwasiów (od kultury i języka polskiego) słowa „je…ć PiS”, „ wyp….lać” wręcz traktuje jako swoje credo życiowe. 

Ten poziom kultury języka zdaje się odpowiada polonistom jagiellońskim. Jeden z sygnatariuszy ich listu – Michał Rusinek, doktor jagiellońskiej wszechnicy, rzecz jasna habilitowany wręcz zachwyca się tym językiem – ‚Wyraz „wypierdalać” jest niezwykły pod względem fonetycznym’. 

No cóż, trzeba by tu przytoczyć Ludwiga Wittgensteina „Granice mojego języka są granicami mojego świata”, aby poznać jakie są granice świata tych polonistów. Smutne to.  

Ale zamknięcie się w tych granicach można było przewidzieć, obserwując staczanie się akademickiego świata wartości jeszcze w czasach komunistycznych. Moi studenci i wychowankowie – wykładowcy oskarżanego o negatywny wpływ na młodzież akademicką, bo uczącego myślenia i to krytycznego – ostrzegali decydentów jagiellońskich, że ich metody nie wprowadzą nauki polskiej godnie w wiek XXI. I tak się stało. Wiek XXI nadszedł, godność nauki odeszła. Dlaczego tego zjawiska nie byli w stanie rozpoznać profesorowie i ten obecny upadek uniwersytetu jest dla wielu z nich szokiem?  
 

Polonistyczne korzenie i rozgałęzienia 
 

Z polonistami jagiellońskimi, w randze decydentów, miałem nieco do czynienia, kiedy starałem się o uzyskanie informacji o dokumentach mnie dotyczących, do czego jak każdy człowiek, miałem prawo. Niestety równość wszystkich w prawach, o czym wyrażają się w liście poloniści, nie miała zastosowania w moim przypadku, bo ani prawa, ani równości w tej materii nie zaznałem. Pozbawianie obywatela prawa, deptanie godności, brak wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka, czyli fundamentalnych wartości, jest chyba standardem jagiellońskiej wszechnicy, także w czasach panowania polonistów w gronostajach. 

Dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego, które miały przynieść radość Czytelnikom, w opinii polonisty Franciszka Ziejki w randze rektora UJ, nie można znaleźć takich słów – fakt, że nie radosnych – jak „komunizm”, czy „stan wojenny”, jakby takie słowa wykraczały poza granice świata jagiellońskiego, zamkniętego na własną, niekiedy wstydliwą i smutną historię. Zresztą sam rektor miał swoje wstydliwe doświadczenia, sygnowane jakże trafnym pseudonimem ‚Zebu’, dokumentowane w aktach SB.  

Z kolei polonista Władysław Miodunka, przez lata w randze prorektora UJ, wykazał się iście imponującym heroizmem w walce o niepoznanie prawdy i miał poważne trudności w zrozumieniu prostych tekstów. Stąd musiałem interweniować u głównego rektora, aby prorektor nie odpowiadał na pisma do niego niekierowane, których nie rozumie. Niestety w kolegium rektorskim UJ był taki podział pracy, iż polonista, jako rektor od polityki kadrowej, miał odpowiadać na pisma kierowane do rektora, nawet wtedy, gdy zrozumienie ich treści przekraczało jego intelekt i znajomość języka polskiego.  

Z mojej wieloletniej korespondencji z władzami UJ wynika, że pełniący obowiązki rektorów, także poloniści lub mający do pomocy liczne gremia etatowych znawców języków wszelakich, w ramach budowania kultury dialogu rejterują przed słowem „anonim”, stąd uważają, że brak imienia i nazwiska na opiniach nauczycieli skazywanych na wygnanie z uniwersytetu nie dowodzi anonimowości opinii [sic !]. Mimo upływu dziesiątków już lat, znaczenia słowa „anonim” do tej pory nie zdołali sobie przyswoić. Dialogu – brak. Kultury tym bardziej. I co na to sygnatariusze listu z Wydziału Polonistyki UJ ? 

Uważam, że taki stan rzeczy poważnie naruszał prawa obywatelskie, jako że każdy obywatel ma niezbywalne prawo do szansy nawiązania kontaktu intelektualnego z każdym decydentem, a decydentem akademickim w szczególności. Takich praw poloniści – sygnatariusze listu w ogóle nie analizują. 

Wśród autorów listu zwraca uwagę nazwisko Andrzeja Romanowskiego, redaktora naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego, który tę funkcję przejął po poloniście Henryku Markiewiczu mającym doświadczenia z PPR, PZPR, Kuźnicy, jak i w podpisywaniu listów [Rezolucja Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego z 1953]. Andrzej Romanowski, już całkiem samodzielnie, przed kilku laty zasłynął w przestrzeni publicznej atakiem na IPN i biografię rtm. Witolda Pileckiego. Na tę okoliczność wystosowałem zapytania w imię prawdy [ https://blogjw.wordpress.com/2013/05/20/zapytania-w-imie-prawdy/] , które pozostały bez odpowiedzi. Jakoś tak niedługo potem, pani minister podała się do dymisji, jakby zrezygnowana z tego powodu, że na koniec roku akademickiego takiej odpowiedzi nie była w stanie mi udzielić.[ https://blogjw.wordpress.com/2013/11/15/spelniony-postulat-obywatelski-jest-jedno-wyjscie-podanie-sie-do-dymisji/]. Można rzec, doszło do obywatelskiej dymisji ministerialnej, ale Andrzej Romanowski pozostał na swoich stanowiskach i ponownie dał znać o sobie, tym razem w liście o dymisję ministra. Może mi pozazdrościł skuteczności?  

Wielką rolę na UJ odgrywał polonista rektor Mieczysław Karaś, którego marzeniem było przekształcenie jagiellońskiej wszechnicy w Instytut Propagandowy Polskich Komunistów [opinia prof. Karola Estreichera] a wielu innych polonistów w tej materii miało swoje zasługi. Nie tylko wspomniany Henryk Markiewicz, ale i Marian Stępień, a także Kazimierz Wyka – co prawda wybitny znawca literatury, ale i zasłużony dla instalacji najlepszego z systemów w Klubach Demokratycznej Profesury, i to w czasach panowania Wielkiego Językoznawcy. Po latach wszedł do Wielkiej Księgi Patriotów Polskich.  

Obecny rektor UJ, prof. dr hab. Jacek Popiel, to były dyrektor Instytutu Polonistyki i b. dziekan Wydziału Polonistyki UJ, który do tej pory nie zabrał głosu w sprawie języka młodzieży jagiellońskiej, a prof. dr hab. Magdalena Popiel jest po stronie zdziczałej barbarii. 

Korzenie obecni poloniści zatem mają i przekaźniki antywartości także.  

Z młodzieży polonistycznej w czasach komunistycznych wyróżniał się w domenie publicznej Lesław Maleszka, nadzwyczaj wydajny współpracownik służb bezpieczeństwa, umieszczony na jagiellońskiej liście pokrzywdzonych w PRL [„Lista Wyrozumskiego” – represjonowanych pracowników i studentów UJ w PRL–u. – Lustro Nauki], bo chyba samo istnienie tych, na których donosił, stanowiło dla niego krzywdę. Podobnie zresztą rzecz się miała z mniej znanym pokrzywdzonym z tej listy, studentem polonistyki Arturem Bieszczadem, którego twórczość stanu wojennego zapisana w materiałach SB ułatwiła mi uzyskanie legitymacji członka opozycji antykomunistycznej. Można rzec – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ale nie zawsze tak jest. 

Z absolwentów polonistyki UJ warto też wymienić znanego hipisa Tadeusza Sławka, później w randze rektora Uniwersytetu Śląskiego, walczącego o nieprzeprowadzenie lustracji na uniwersytetach i negatywnie nastawionego do nonkonformistów, co zresztą było typowe także dla władz UJ, ze skutkami widocznymi obecnie w przestrzeni publicznej. 

Nie wszyscy zachowali postępową orientację intelektualną i moralną instalowaną wraz z komunizmem. Wielu było po stronie przeciwnej, ale chyba jakoś okrakiem, bo niektórzy znajdują się wśród sygnatariuszy listu [np. działaczka „S” UJ Ewa Miodońska-Brookes], a inni całkiem pomijają ten list milczeniem, chowając głowę w piasek, co – jak wiadomo – jest orientacją zapewniającą dożywotnie etaty na uczelniach, ale nie dającą szans na wydobycie się z zapaści intelektualnej i moralnej w jakiej znalazł się UJ i cały nasz świat akademicki.  

Do tej pory wiadomo mi, że jedynie dr Elżbieta Morawiec, w reakcji na ten list postanowiła natychmiast wypisać się z grona Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, do którego należy kilku sygnatariuszy listu polonistów. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, tym bardziej, że nadciąga zimna i to pandemiczna, nie tylko ze względu na koronawirusa, ale także z powodu szerzenia się plag akademickich. 
 

Czy minister obroni naukę przed ideologią ? 
 

Minister Przemysław Czarnek w swoich wypowiedziach przypomina to co zostało zapomniane na wielu uniwersytetach i często pousuwane ze statutów: nauka to jest poszukiwanie prawdy. Stoi po stronie tych naukowców, którzy uważają, że gender to jest ideologia marksistowska, a nie nauka. Uważa, że ‚najpilniejsze na uczelniach wyższych jest wprowadzenie wolności nauki tak, żeby naukowcy mieli prawo do głoszenia swoich poglądów bez narażania się na odpowiedzialność dyscyplinarną na uczelni’. Negatywnie wypowiada się o ustanawianiu godzin rektorskich w okresie nasilonych manifestacji, co zachęcało studentów do uczestnictwa w nich, a to wszystko w szczycie pandemii. Podnosi skandaliczne aspekty agresji, wulgarności i zachowań na manifestacjach, które nie pasują do przyzwoitego człowieka. Wszystko to, jego zdaniem dowodzi porażki systemu oświaty z ostatnich kilkudziesięciu lat. I trudno się z tym nie zgodzić, choć tylko niewielu etatowych profesorów publicznie taki punkt widzenia prezentuje, zapewne z obawy przed dyskryminacją ze strony środowiska akademickiego i konsekwencjami na uczelniach. 

To, że ideologia na uniwersytetach jest ponad nauką, nie jest zjawiskiem nowym. Taki stan rzeczy istniał po instalacji systemu komunistycznego, przy czym zetempowskie Brygady Lekkiej Kawalerii nie były w stanie szybko rozprawić się ze starą profesurą o odmiennej od komunistycznej orientacji intelektualnej i moralnej. Co więcej, nawet lewicowi decydenci byli jeszcze silnie zakorzenieni w wartościach naukowych, bo tak zostali uformowani przed wojną. Warto przypomnieć, że wybitny i bardzo lewicowy fizyk Leopold Infeld, który po latach współpracy z Albertem Einsteinem, po wojnie wrócił do Polski i organizował naukę w PRL, potrafił zetempowca wyrzucić za drzwi, kiedy ten usiłował wywrzeć nacisk na przebieg egzaminów albo domagał się ze względów ideologicznych, aby nie zatrudniać asystentki chodzącej do kościoła. A sam był przecież ateistą, pochodzenia żydowskiego. Naukę stawiał jednak wyżej od ideologii.  

Takich postaw jednak na UJ raczej nie było i absurdalne, fałszywe zarzuty, anonimowych zresztą komisji podczas politycznych weryfikacji kadr, nie były wrzucane do kosza, lecz kierowane do realizacji w polityce kadrowej prowadzącej do kompromitującego stanu obecnego. 

Dziś reprezentujących chrześcijański system wartości na uczelniach się dyskryminuje, usuwa z uczelni, kościoły profanuje, a katolicy, albo są obojętni na takie akty zdziczenia moralnego, albo sami biorą w tych aktach udział lub wspierają swoimi apelami/listami. 

Ja nie wyrażam zgody, aby tacy akademicy byli finansowani z mojej kieszeni podatnika, ale czy minister zdoła taki postulat wprowadzić w życie? Czy znajdzie bicz na takich akademików szkodzących nauce? 

Zaraza czerwona nie została powstrzymana, lecz uległa transformacji w zarazę tęczową, chyba jeszcze bardziej szkodliwą dla naszej cywilizacji. Co więcej zaraza ta szerzy się coraz bardziej na uczelniach formatujących według takich antywartości kolejne pokolenia.  

Czy minister Czarnek, stojąc po stronie cywilizacji łacińskiej, zdoła obronić uczelnie/naukę przed barbarią, przed niszczącą ideologią, aby umożliwić c przetrwanie naszej cywilizacji ? Warto przypomnieć słowa Feliksa Konecznego [ O ład w historii] : „W historii bywa górą gwałt i zgnilizna, tym bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytanie: czyż tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?” 

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, nr. 78/79

Jak polski świat akademicki czci 100-lecie ocalenia świata przed czerwoną zarazą

1

Jak polski świat akademicki czci 100-lecie

ocalenia świata przed czerwoną zarazą

Przed 100 laty zdarzył się Cud nad Wisłą i czerwona zaraza została powstrzymana na przedpolu Warszawy, choć zaraza tyfusu, która szła na Polskę wraz z bolszewią, przedzierała się przez kordon sanitarny założony na Kresach Rzeczypospolitej. Tym niemniej Bitwy Warszawskiej z tego powodu nie odwołano. 100 lat później z powodu pandemii koronawirusa nie odbyła się w Warszawie defilada wojskowa, ani nawet rekonstrukcja bitwy na polach pod Ossowem. No cóż, mimo postępów medycyny, zarazy mają chyba większą moc i wojsko przed nimi kapituluje.

Nie powstał też Łuk Tryumfalny ku chwale zwycięstwa nad bolszewią. 30 lat po medialnym obaleniu komunizmu wolna Polska nie jest w stanie należycie uczcić tryumfu nad komunizmem przed stu laty Polski dopiero co wskrzeszonej z niebytu.

Tym niemniej obchody 100 rocznicy wielkiego zwycięstwa odbyły się, z tym że nader skromne i nie da się tego usprawiedliwić panującą pandemią https://niezlomnym.photo.blog/2020/08/15/krakowskie-obchody-100-rocznicy-bitwy-warszawskiej/

Najlepiej to widać w świecie akademickim, który wręcz zbojkotował obchody jak można było zauważyć w Krakowie. Nie widać było wielu akademików w Katedrze Wawelskiej, ani na Placu Matejki, a Uniwersytet Jagielloński uczcił 100 lecie zwycięstwa brakiem flag na Collegium Novum,

c

być może reagując w ten sposób na krytykę zachowania dziwnego parytetu flagowego w 100 lecie Odzyskania Niepodległości. https://blogjw.wordpress.com/2018/11/12/autonomiczny-parytet-flagowy-w-100-lecie-odzyskania-niepodleglosci/

Radości nie demonstrowano. Złośliwi mówią: i tak dobrze, że nie wywieszono czerwonej gwiazdy dla podkreślenia skomunizowania elit akademickich, które przetrwały w tym stanie medialny upadek komunizmu i sformatowały nowe pokolenie według podobnych antywartości.

Zwycięstwo nad bolszewią zostało natomiast upamiętnione na kolorowo przez Akademię Sztuk Teatralnych.

Tęczowa Akademia Sztuk Teatralnych

Na rogu ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego na balkonie usytuowanym nad tablicą poświęconą marszałkowi wywieszono tęczową „flagę”

Akademnia Sztuk Teatralnych czci 100 roczncę Cudu nad Wisłą

zapewne dla zobrazowania transformacji zarazy czerwonej w tęczową, którą zostały dotknięte polskie uczelnie w ostatnich dziesięcioleciach.

Na gmachu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej odsłonięto tablicę w hołdzie ochotnikom z Krakowa i Małopolski do walki z najazdem bolszewickim. https://niezlomnym.photo.blog/2020/08/15/krakowskie-obchody-100-rocznicy-bitwy-warszawskiej/

W tym gmachu, wówczas zajętym przez wojskowe koszary był punkt werbunkowy. Z rejonu Krakowa i Małopolski zgłosiło się 11 392 ochotników do walki o zachowanie Niepodległości. Niestety nie wiadomo w jakim stopniu była reprezentowana społeczność akademicka, a z obojętności wobec rocznicy Cudu nad Wisłą obecnego świata akademickiego można by wnioskować, że żaden akademik na ochotnika się nie zgłosił ?

Czy to możliwe, skoro wiadomo, że w wojnie z bolszewikami brała udział Legia Akademicka o czym informuje też wystawa IPN obok tablicy a obóz zborny dla niej był usytuowany w Rembertowie.

Legia Akademicka

Niestety zainteresowania uroczystościami patriotycznymi ze strony akademików nie widać. Nie wykazują orientacji patriotycznej, nie biorą udziału w marszach patriotycznych, nie wywieszają flag państwowych, a nawet podkreślają „flagami” swoją orientację tęczową, a wypowiedziami stoją nieraz po stronie orientacji bonobiańskiej. [Orientacja bonobiańska w pierwszych dniach sierpnia 2020 r.;, Przestroga przed orientacją Komitetu Bioetyki przy PAN;  Dezorientacja rektorska]

Co gorsza nie piszą należytych historii. Skoro w swoich dziejach nie używają takiego terminu jak komunizm, to niby jak mogą należycie opisać historię walki z komunizmem ?

Są zorientowani na swoje kariery tytularne, zorientowani na wykluczanie tych o odmiennej orientacji intelektualnej i moralnej a orientacja patriotyczna to dla nich obciach i zacofanie. Takie jest też młodzieży chowanie.

Kto tego nurtu nie respektuje, ten negatywnie wpływa na młodzież akademicką [ i nie tylko] i nie ma dla niego miejsca w postępowym świecie akademickim znajdującym się jednakże na drodze ewolucji wstecznej.