Potrzebna szersza „debizantyzacja” systemu

Justynian

[ z wikipedii]

Potrzebna szersza „debizantyzacja” systemu

PAP podaje, że „w kierownictwie klubu PiS i w kierownictwie partii, trwają zaawansowane prace nad projektem ustawy – jak mówią politycy PiS – „debizantyzującym” Trybunał Konstytucyjny.” [http://wpolityce.pl/polityka/303427-koniec-z-przywilejami-dla-sedziow-tk-wedlug-nowego-projektu-nie-beda-otrzymywac-uposazenia-po-przejsciu-w-stan-spoczynku]

Jednym z przejawów debizantyzacji TK ma być pozbawianie możliwości dodatkowej pracy m.in. na wyższych uczelniach.

Nie bardzo wiadomo czemu sędziowie TK, zwykle profesorowie, zarabiający za pracę w TK ok. 20 tys. miesięcznie pracują jeszcze na uczelniach, gdzie podobno pensje są głodowe (ok. 10 tys. zł).

Dotychczas było i jest jeszcze tak: „ Każdy sędzia pracujący w Trybunale Konstytucyjnym ma prawo do zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin na jednej uczelni wyższej, gdzie może wykonywać pracę naukowo-dydaktyczną, pod warunkiem, iż nie utrudnia mu to wywiązywania się ze swoich obowiązków w trybunale (art. 23 ust. 2 ustawy o TK). Nie powinien natomiast być zatrudniony na prywatnym uniwersytecie, na dwóch różnych uczelniach, ani w kancelarii prawnej. „ [http://superbiz.se.pl/opinie-biz/ile-zarabia-sedzia-w-trybunale-konstytucyjnym-ile-w-sadzie-raport_821405.html]

Np. Andrzej Rzepliński, to także profesor zwyczajny Uniwersytet Warszawski; Wydział Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji; Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji – Baza Danych http://nauka-polska.pl/ a dr hab.  Zbigniew  Grzegorz  Jędrzejewski  to profesor nadzwyczajny  Uniwersytet Warszawski; Wydział Prawa i Administracji; Instytut Prawa Karnego i jednocześnie

profesor nadzwyczajny  Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Ostrołęce; Wydział Administracji.

Takie aktualne miejsca pracy wykazuje baza danych o ludziach nauki, więc albo profesor Jędrzejewski z TK jest ponad prawem, albo baza jest nierzetelna, a profesor nie stoi mocno na straży rzetelności w systemie nauki.

Możliwość jednoczesnej pracy w pełnym wymiarze godzin na uczelni i pełnienie obowiązków w TK sugeruje, że albo praca na uczelni, albo w TK, nie jest zbyt absorbująca, choć wysoko płatna. Czas płynie jednakowo dla każdego, więc wieloetatowość uważana jest za patologię, tym bardziej, że występuje ona obok bezetatowości innych, czasem tych, którzy zbyt rzetelnie wypełniali swoje obowiązki za wielokrotnie mniejsze wynagrodzenie, czym powodowali niedopuszczalny kontrast akademicki – tak intelektualny, jak i moralny.

Sędziowie TK takimi kontrastami do tej pory się nie zajmowali, bo jak widać nie mieli w tym interesu.

Jako obywatel chciałbym jednak poznać zgodność takiej sytuacji z Konstytucją RP, ale nie wiem czy kiedykolwiek doczekam się należytej wykładni.

Nie mam wątpliwości, że sędziowie TK nie powinni mieć możliwości jednoczesnego zatrudnienia w pełnym wymiarze na uczelniach, choć moim zdaniem winni mieć możliwość, a może i obowiązek, prowadzenia pro publico bono ( bez dodatkowego wynagrodzenia) wykładów i seminariów dla podniesienia kultury prawnej społeczeństwa. Rzecz jasna sami wysoką kulturę prawną winni posiadać.

Nie jest do końca zrozumiałe dlaczego debizantyzacja ma obejmować tylko TK. Fakt, to gorący problem, ale pozbawienie możliwości dodatkowej pracy na wyższych uczelniach winno obejmować także inne stanowiska np. Rzecznika Praw Obywatelskich czy prezydentów miast.

Problem negatywnych skutków podległości Rzecznika Praw Obywatelskich wobec rektora go zatrudniającego na kolejnym etacie podnosiłem przed laty [ https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/pasja-akademicka-z-rzecznikiem-praw-obywatelskich-w-roli-pilata/ ] i alarmowałem o tym polityków/posłów – niestety bez skutku. Dlaczego TK nie zbadał konstytucyjności prawa umożliwiającego takie patologie ?

Może jednak dodatkowa praca na uczelniach (w pełnym wymiarze godzin) utrudnia profesorom- członkom TK wywiązywanie się ze swoich obowiązków. Może także z tego powodu do tej pory nie zniesiono sprzeczności z Konstytucją RP prawa prasowego z roku 1984 zgodnego natomiast z konstytucją Polski Ludowej.[ http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19840050024]

Także prezydenci miast mogą pracować na uczelniach i to czasem nie tylko na jednej, a co więcej jak się ze swoich obowiązków uczelnianych nie wywiązują należycie, rektorzy nie chcą im nawet obniżyć wynagrodzeń ! Nie mówiąc o zwalnianiu. Czy to nie jest korupcja polityczna ? Trzeba mieć na uwadze, że ci sami rektorzy nie chcą zatrudniać na swoich uczelniach tych, którzy mieli wysokie oceny swojej działalności edukacyjnej za znacznie niższe wynagrodzenie, a nawet bez wynagrodzenia ! [https://blogjw.wordpress.com/2014/06/24/majchrowski-i-inni-tak-wieczorek-i-jemu-podobni-nie/].

Czemu nad tym procederem nie pracują posłowie PiS ?

Czy może dlatego, że przynajmniej niektórzy z nich, oprócz posłowania, pracują jeszcze na 2 etatach uczelnianych, nawet jak są na emeryturze. [np. Chytry chłop z Krakowa. – http://blogmedia24.pl/node/75541 ]

Jednym słowem debizantyzacja systemu winna obejmować szersze sektory naszej patologicznej rzeczywistości, aby dobra zmiana mogła nastąpić.

Niezłomni nie nadają się na złom !

Tworzenie uczelni ?

Niezłomni nie nadają się na złom !

Krótki tekst Profesor na dziewięciu etatach Metro, 2010-01-14, zawiera taki zestaw informacji, że trzeba by napisać szereg artykułów, a gruncie rzeczy co najmniej sporą książeczkę, aby odbiorca poznał kontekst i rzeczywistość akademicką, taką jaka ona jest.

Póki co skoncentruję się tylko na jednym zdaniu „ Uczelnie godzą się na takich pracowników, bo naukowców brakuje. „ objaśniającym konieczność zatrudniania wieloetatowców i tolerowania fikcji akademickiej.

Otóż to nie jest objaśnienie tylko wyprowadzenie czytelnika w pole. Na takich pracowników nie godzą się uczelnie, tylko rektorzy, bo to rektorzy zarządzają uczelniami.
I to rektorzy godzą się na siebie samych mimo, że są często wieloetatowcami, współtwórcami fikcji akademickiej ! Czyli inaczej mówiąc – są fikcjonariuszami, zamiast funkcjonariuszami służby publicznej /społecznie użytecznej. Bez trudu można w internecie znaleźć informacje jak to senat uczelni kierowanej przez jednego, czy drugiego rektora, udziela zgody temu rektorowi, aby nie tylko uczelnią kierował, ale dorabiał sobie na innej uczelni, czy gdzieś na innym boku. Wiadomo, że rektor zarabia najwięcej na etacie w swoim miejscu pracy i nie jest to mało, ale skoro chce zarabiać jeszcze więcej, podobnie jak i inni, to zgodę otrzymuje, bo to on z kolei decyduje komu pozwoli, a komu nie, z tej kadry na dorabianie. Układ jest czytelny i funkcjonuje bardzo dobrze w przeciwieństwie do uczelni.

Klasyczne uzasadnienie tej patologii –

wieloetatowość musi być bo płace są małe

    brak jest naukowców, a studentów jest coraz więcej

Rzecz w tym, że to jest prawda, ale ‚prawa inaczej’, jak się pozna kontekst tej prawdy.
Skoro wieloetatowcami są najczęściej najlepiej zarabiający to widać, że większe zarobki nie likwidują wieloetatowości,  tylko ją potęgują!
Można twierdzić, bez większego ryzyka o pomyłkę, że wzrost zarobków przy zachowaniu obecnego prawa i pozostałych parametrów zwiększy, a nie zmniejszy wieloetatowość !

Niewątpliwie stosunek liczby naukowców do studentów zmniejszył się znacznie w ostatnich 20 latach, ale robiono wiele, jeśli nie wszystko, aby tak było, żeby mieć znakomity argument do zachowania, a nawet wzrostu wieloetatowości.
Gdyby naukowców przybyło, wtedy trzeba by pracować solidnie na 1 etacie, bo i ten by można było stracić. Jeśli jednak utrzymamy liczbę naukowców na stałym poziomie, a zwiększymy ilość studentów, to na wieloetatowość będzie stałe zapotrzebowanie ! i argument – jacy to jesteśmy potrzebni, bez nas uczelnie upadną i tylko zapaść cywilizacyjna nastąpi!

Sytuacja – dlaczego kadr brakuje ? – nie jest przedmiotem żadnych badań, żadnej analizy, a jedynie się podkreśla, że jest niechęć do kariery naukowej, bo tam mało płacą !

Rzecz w tym, że ci którzy mimo małej płacy decydują się na taką karierę nie są chętnie widziani, a nawet są usuwani z uczelni jeśli tylko pracę i obowiązki potraktują poważnie, podważając tym lipę profesorską/rektorską ! Do usuwania/nieprzyjmowania nie potrzebne są żadne merytoryczne argumenty.

Najlepszy jest argument o niewłaściwym charakterze, bo jak ktoś ma charakter i do tego niezłomny, po prostu nie nadaje się na nasze uczelnie – matecznik konformistów, oportunistów, serwilistów, ludzi bez twarzy, bez kręgosłupa, bez charakteru – beneficjentów systemu PRL, który takich przez kilkadziesiąt lat promował i wypromował.

Tak zostało i po formalnym upadku PRLu, bo na uczelniach PRL bynajmniej nie upadł i złomowane kadry PZPR, tow. i TW znakomicie na nich prosperują, wykluczając niezłomnych, ze względu na niewłaściwy charakter, preferując i promując osobników o charakterze, tak jak oni – złomnym – nadającym się na złom.

Zarządcy uczelni – rektorzy, odgrywają rolę zbieraczy złomu – ściągają do siebie złom, bo złom jest cenny, szczególnie złom akademicki.

Z niezłomnych pożytku nie ma – tylko kłopot. Na złom się nie nadają !

To tłumaczy dlaczego kadry akademickie są takie jakie są i dlaczego brak jest naukowców na poziomie, którzy by chcieli/potrafili formować/zatrudniać innych naukowców, aby stosunek naukowców do studentów wzrastał, a nie zmniejszał się.

Fikcja jest u nas wysoko ceniona

minima

Fikcja jest u nas wysoko ceniona

 

Problem z fikcyjnymi etatami jest doprawdy rozbrajający. W rzekomo demokratycznym kraju wszyscy wiedzą , że dzieje się bezprawie, że za fikcyjną pracę wielu pobiera wynagrodzenia (co jest przecież z prawem niezgodne) ! I nic. 

Żaden organ kontrolny tego nie ściga, mimo że organów takich mamy moc, w tym Państwową Komisję Akredytacyjną, która takie uczelnie z fikcyjnymi etatami akredytuje do robienia fikcji ! 

Ten fikcyjny, kryminogenny, system funkcjonuje od lat i został niejako zaaprobowany przez tzw. rektorsko- prezydencką ustawę w 2005 r. wg której działa do dziś szkolnictwo wyższe. Rektorzy, jak można sądzić, poprosili prezydenta aby im zrobił taką ustawę aby im było dobrze i rektorom jest dobrze i zmian nie chcą, bo by im się pogorszyło.

To, że z nauką z tego powodu nie jest dobrze, to jak argumentują nie ich wina, tylko wina braku pieniędzy. Z braku pieniędzy zatrudniają fikcyjnie pracujących, bo na tych autentycznie pracujących nie starcza.

Zgodnie z ustawą, którą sobie wysamażyli mogą zarządzać uczelniami, dysyplinować pracowników, wypełniac minima kadrowe poprzez możliwość wieloetatowości i możliwość niezatrudniania bezetatowych i zbyt  solidnych naukowców.

Co więcej jak warto przypomnieć, ta ustawa w zgiełku medialnym była okrzyczana jako rewolucjna, bo znosi wieloetatowość ! choć było wiadomo, że tak nie jest.

Kiedy postulowaliśmy zniesienie wieloetatowści i inne zmiany argumentowano, że tak być nie może ,bo nauka nie znosi rewolucji !

Dopiero jak zostało po staremu – okrzyczano, że to rewolucja ! I taką ‚rewolucję’ nauka znosi do dnia dzisiejszego, ale jak długo jeszcze zniesie ? 

Ostatnio uczelnie były oceniane, wyróżniane w ramach rankingów uczelni, ale kryterium wieloetatowości jako kryterium dyskredytującego uczelnie tam nie było. Słynące z wieloetatowości uczelnie nawet są wysoko w rankingach. Odnosi się wrażenie, że fikcja jest u nas wysoko ceniona . 

Skoro Ministerstwo dopiero teraz sprawdza, czy nauczyciele akademiccy – pracując na kilku etatach – nie zaniedbują obowiązków, to chyba jest jasne, że nie ma rzetelnej bazy danych odnośnie zatrudnienia nauczycieli akademickich i sygnał, że to Państwowa Komisja Akredytacyjna zaniedbuje swoje obowiązki, bo niby na jakiej podstawie akredytuje ?

Można sądzić, że PaKA zaniedbująca swoje obowiązki akredytuje uczelnie z fikcyjnymi etatami ( dla spełniania tzw. minimów kadrowych) nie wykazując ich zaniedbań. 

Rankingi wysoko plasujące takie uczelnie potwierdzają zatem słuszność takich działań.

Im większe patologie tym lepiej, tym wyższa ocena !

A frajerom – śmierć.

Ale tak działa III RP nie tylko w szkolnictwie wyższym.