Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Po raz kolejny mój tekst nawiązuje do twórczości jednego z doskonałych w polskiej domenie akademickiej – profesora doktora habilitowanego Bogusława Śliwerskiego. Profesor dzięki swojemu blogowi „pedagog” funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako swoisty holotyp (okaz typowy) doskonałego profesora, ukazując jego cechy, mimo mankamentów, nader trudne do udoskonalenia. (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET”, kwiecień 2020 r., O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości, „Kurier WNET”, listopad 2020 r., Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? „Kurier Wnet”, kwiecień 2021 r.)  

Na okoliczność ukazania się mojej książki „Plagi akademickie”, na ogół pomijanej w środowisku akademickim, profesor na swoim blogu  wziął pod swoją lupę nie tyle książkę, co moją nic nie znaczącą w domenie akademickiej osobę. (https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html)

 To zdumiewające, bo inni, mniej lub bardziej doskonali, do mojej działalności, jak i osoby stosują kulturę (raczej subkulturę) unieważniania/kasowania/wymazywania/ewaporacji.

Jak można sądzić, profesor zapoznał się przynajmniej częściowo z moją książką, którą chyba zakupił, bo pisze o rzekomo wygórowanej jej cenie (może ją zakupił w Polonia Bookstore Chicago, gdzie jest oferowana za   $23.85, zamiast kilkakrotnie taniej np. w sklepie Gazety Polskiej) przy okazji wątpiąc, że została ona wydana pro publico bono.

No cóż, naszym etatowym profesorom, podobno na głodowych pensjach (jednofunkcyjni zarabiają jedynie ok. 10 tysięcy, a wielofunkcyjni – tylko kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie) w głowie się nie mieści, że ktoś bezetatowy, wyklęty z domeny akademickiej, może w interesie publicznym wydać książkę i to w trosce o uniwersytet, o doskonałych, choć biednych profesorów.

Subkultura unieważniania

Niestety doskonały profesor nie podjął się merytorycznej, krytycznej analizy moich „obrazoburczych” tekstów, o co się wielokrotnie do gremiów akademickich zwracałem, tylko skoncentrował się na dyskredytowaniu mojej osoby. Jest to metoda doskonale mi znana od dziesiątków już lat, kiedy wyborowi akademicy, a czasem gremia anonimowe, dokonywały „rozstrzeliwania” – i to z dział największego kalibru – mojej osoby (na ogół pudłując, stąd jeszcze jestem obecny, choć trudno im to znieść) nie podejmując nawet polemiki merytorycznej z moimi tekstami, siłą rzeczy niedoskonałymi, ale poddawanymi osądowi bardziej doskonałych.

Przecież autor może popaść w niczym nie uzasadnione zadufanie, jeśli setki tekstów – o ważnych problemach świata akademickiego – poddawane są tylko subkulturze unieważniania bez podania nawet przyczyny. Natomiast ciosy doskonałych akademików, raz za razem, są kierowane na korpus autora, i to poniżej pasa. W boksie uważnym za sport nieraz brutalny, to bijący poniżej pasa jest dyskwalifikowany i przegrywa, ale w naszej autonomicznej domenie akademickiej jest na odwrót. Kto jak kto, ale profesor może bić poniżej pasa, a jakby mniej utytułowany krzyknął lub choćby pisnął z bólu, musi się liczyć z dyscypliną i potępieniem. Standardy feudalne przetrwały u nas przez wieki i żadne burze dziejowe, transformacje, reformy, tego nie zmieniły.

Powszechnie wiadomo, że aby merytorycznie dyskutować czy oceniać, trzeba z tekstem (i okolicami) się zapoznać ze zrozumieniem, poddać  refleksji i analizie oraz coś sensownego napisać, aby przekonać innych o swej słuszności. Niestety takie umiejętności są w zaniku, także u doskonałych profesorów.

W ramach swej pedagogicznej i doskonałej metodologii profesor unieważnił moje badania pisząc „Po doktoracie nie prowadził już badań naukowych, skoro nie uzyskał stopnia naukowego doktora habilitowanego.” Nie przejmując się faktem, że po doktoracie, mimo panowania „lockdownu” Jaruzelskiego, aż do wieku XXI prowadziłem więcej badań niż do doktoratu. Ta działalność objęta u nas subkulturą wymazywania, prowadzona była głównie w konspiracji (także w III RP!), poza finansowanymi projektami, ale jednak znana nawet na innych kontynentach.

Co więcej, niektórzy zauważali, że nie mając etatu akademickiego, publikowałem więcej niż na etacie. Taktownie nie zauważali, że jest to oczywisty rezultat wydostania się poza zasięg „maczug” profesorskich, poza możliwość blokowania lub poboru mojej działalności intelektualnej na ich konto (w ramach dostaw obowiązkowych). Nawet dostęp do komputera był blokowany, a służył innym do „badania” pasjansów, a nie do pisania prac naukowych. Okazało się, że człowiek wolny, nawet niefinansowany, może zrobić o wiele więcej, niż człowiek zniewalany, szczególnie w domenie akademickiej!

Oczywiście moje prace nie przechodziły przez ręce doskonałych profesorów od tytułów (chyba nigdy by się nie ukazały), lecz były przekazywane bezpośrednio do redakcji naukowych, także zagranicznych. Tak się składa, że jako geologa, najlepiej moje prace merytorycznie ocenia Matka Ziemia i są tego rezultaty o dużej wartości społecznej, gdy prace oceniane wysoko przez „profesorów” nieraz trzeba wrzucać do kosza.

Faktem jest jednak, że to co zrobiłem, to najwyżej kilka procent tego, co mogłem zrobić w normalnym systemie akademickim.

Profesor autonomiczny wobec prawdy i faktów

Prof. Bogusław Śliwerski, mimo że ukończył pedagogikę i jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej (wcześniej CK), wypisuje na mój temat zupełne niedorzeczności, niemal całkowicie niezależne od prawdy i faktów. Mimo skasowania mnie w domenie akademickiej, można znaleźć o mnie podstawowe informacje, chociażby na moim – znanym profesorowi- „blogu akademickiego nonkonformisty” (w zakładce Autor). Może profesor dokonuje manewrów omijania prawdy, aby przygotować pole do swoich dyskredytacji.

Doskonały profesor zarzuca mi, że zapomniałem o składanej przysiędze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, której treść w języku łacińskim taktownie przytacza w swoim tekście. Wykazał się znajomością faktu, że jestem doktorem, ale nie pofatygował się sprawdzić jakiej jednostki naukowej.  Otóż doktorat nadała mi Polska Akademia Nauk, a nie UJ, a ponadto nie składałem nikomu przysięgi doktorskiej. Widocznie w PRLowskiej nauce panował taki bałagan, że tego ode mnie nie wymagano, dając mi wówczas swobodę mojej działalności, tak naukowej, jak i społecznej, bez uwiązania ideologicznego/instytucjonalnego. Dyplom odebrałem po dłuższym czasie, bo był potrzebny etatowym biurokratom do bezterminowego zatrudnienia na UJ.

Tym niemniej, zgodnie z tym co inni przysięgali a nie zawsze realizowali, zawsze i wszędzie starałem się postępować godnie i w miarę swych sił i możliwości – a nawet ponad siły – wspierałem UJ. Wszędzie, gdzie to możliwe, i czynię to do dnia dzisiejszego, mimo wypędzenia mnie z uczelni przez tajną (do tej pory!) grupę przestępczą, wprowadzającą w życie dyrektywy grupy przestępczej o charakterze zbrojnym pod wodzą Wojciecha Jaruzelskiego. A doskonały profesor bajdurzy: ”uczelnia przytuliła go do siebie..”  Przez nikogo nie przytulony wydałem książeczkę – Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego. W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych, czyli jak zło dobrem zwyciężać– fakt, że tylko w pdf, a nie na papierze, ale za to dostępną za darmo w sieci –https://blogjw.wordpress.com/w-trosce-o-uniwersytet-i-prawde/. I nadal jestem na uczelni persona non grata.

Do czasu wypędzenia w 1987 r. wykonywałem obowiązki samodzielnego pracownika nauki, co stwierdzała – zgodnie z prawdą – Rada Naukowa Instytutu Nauk Geologicznych UJ na początku 1980 r. Potem jednak nastąpił okres czystek akademickich, okres post-prawdy i post–historii, a najtęższe głowy historyczne do tej pory nie zdołały w historii UJ zidentyfikować ani systemu komunistycznego, ani przewodniej siły narodu, ani stanu wojennego. Ja zostałem skasowany, moja działalność wspierająca UJ – wymazana, a materiały archiwalne – uległy ewaporacji.

Mimo, że w ramach projektu UJ „Pamięć uniwersytetu” udzieliłem ok. 6 godzinnego, filmowanego wywiadu, przekazałem w darze ekipie dokumentalistów telewizor marki Sony, aby wesprzeć biedny uniwersytet na drodze dociekania prawdy, nic z tego materiału do dziś nie ujawniono. Zmieniono statut UJ, aby nauczający profesorowie nie mieli obowiązku poszukiwania prawdy wraz z nauczanymi studentami i prawdy do dziś nie poznaliśmy. Nikt nie ma zamiaru jej poznać (moje usiłowania w tej materii dokumentuję na stronie https://nfapat.wordpress.com/).

Co z tego, że ja starałem się postępować godnie, a broniący mnie studenci i wychowankowie ostrzegali władze UJ, że takie metody jakie stosują wobec mnie, nie wprowadzą uczelni godnie w wiek XXI.  I godność jagiellońskich akademików nie zdołała przekroczyć progu wieku XXI, choć próg ten przekroczyli rozmaici doskonali profesorowie, zadowoleni, że kodeks honorowy Boziewicza na naszych uczelniach nie obowiązuje. 

„Socjalistyczny geolog” czy element antysocjalistyczny?

Profesor nazywa mnie „socjalistycznym geologiem”, nie definiując tego neologizmu, którego nie mogę znaleźć w sieci. Co prawda znalazłem materiał „Geologia inżynierska w służbie budownictwa socjalistycznego”, ale to nie moja specjalizacja, a ja jako element antysocjalistyczny zostałem wyklęty spośród budowniczych tego najlepszego z ustrojów, którego zdaje się profesor jest beneficjentem (socjalistyczny pedagog?). Nie zostałem asystentem na Uniwersytecie Warszawskim, którego jestem absolwentem, bo się nie zhańbiłem przynależnością do ZMS i nie mogłem należycie, socjalistycznie  oddziaływać na młodzież akademicką, a po 11 latach wspierania Uniwersytetu Jagiellońskiego  w formowaniu młodej kadry akademickiej (który z profesorów uformował w tym okresie lepszych?), z czym ci na etatach profesorskich nie dawali sobie rady, zostałem wypędzony, jako element niereformowalny, negatywnie oddziałujący na młodzież akademicką.

Ta podnosiła, że uczyłem ją myślenia i to krytycznego, oraz nonkonformizmu naukowego.  Gdyby te moje nauki wdrożono w życie, to bezmyślny, konformistyczny socjalizm upadł by całkowicie, a nie tylko medialnie. Domena akademicka nie mogłaby się składać z takich doskonałych profesorów i przez nich formowanych/akceptowanych, którzy merytorycznej dyskusji/krytyki nawet nie są w stanie podjąć, koncentrując się na zadawaniu ciosów poniżej pasa i samokompromitacji.

Darmowy doktorat, bez wspierania gangów lipnych dyplomów

Doskonały profesor zarzuca mi, że w PRL dostałem darmowe wykształcenie, a nawet stopień naukowy doktora mam za darmo, wcielając się swoją argumentacją chyba w członka KC, choć sam – zdaje się – był tylko członkiem CK. Nie podał przy tym kosztów/strat jakie poniósł PRL z tego powodu, a chyba były wielkie, skoro PRL zbankrutował, przestał istnieć, a ja nadal istnieję i nadal się kształcę, jak w PRL, bez dotacji.

Wiele z tego kształcenia, finansowanego w PRL z drenowanej kieszeni obywatela (nie mówię z podatków, bo takowych, jak pamiętam, w PRL formalnie nie płaciłem) musiałem się oduczyć, co sporo mnie kosztowało, może nawet więcej niż nauka szkolna i uniwersytecka.

Nawet dyplom doktorski mam darmowy, bo nie wspierałem gangów lipnych dyplomów, które funkcjonują od lat, nieraz przy współpracy etatowych kadr akademickich. Posiadacze lipnych dyplomów nie są traktowani jako persona non grata na naszych uczelniach, a czasem są   kierowani przez doskonałych profesorów do nominacji profesorskich. Tym sposobem gangi od lipnych dyplomów nie upadają nawet w czasach bezrobocia, ale nienawidzą tych, którzy nie dają im zarobić i piszą prace samodzielnie.

Na moim dyplomie nic nie zarobili, także profesorowie, choć po doktoracie byłem obligowany do dostaw obowiązkowych – nie dostaw płodów rolnych, które funkcjonowały w PRL, tylko płodów intelektualnych, co moim zdaniem rujnowało i rujnuje naukę w Polsce, bo jak wiadomo – kradzione nie tuczy!

W rezultacie mamy lipne kadry, w niemałym stopniu oparte na lipnych dyplomach, a profesorowie -z samego wierzchołka góry lodowej naukowej nieuczciwości – plagiatują, mniej lub bardziej, takich jak ja, skasowanych w domenie akademickiej. Sytuacja jest nadzwyczaj jasna. Skoro mnie określi się jako zero, to plagiatujących mnie profesorów, nawet z samych szczytów, trzeba określić jako „mniej niż zero” – nieprawdaż?

Bezradny wobec plag akademickich

Doskonały profesor wykosztował się na moje „Plagi akademickie”, ale nie zdołał napisać ich recenzji. Nawet nie wiadomo, ile z tego zrozumiał/przemyślał/rozważył/przetrawił. Widocznie temat za trudny, niestrawny, choć – moim zdaniem- dla doskonałych analizowanie/recenzowanie takich tekstów, to winien być chleb powszedni.

Gdyby student, na moim seminarium, przedstawił taki tekst, nie miałby szans na zaliczenie. Niektórzy o moich wymaganiach wiedzieli i woleli zaliczać u etatowych profesorów. Szli na łatwiznę. Można sądzić, że pan profesor jest w czepku urodzony, bo nie musiał u mnie zaliczać. O karierę byłoby ciężko.

Łatwiej przychodzi profesorowi rozprawianie się, i to niemiłosierne, z maluczkimi, tj. nie tak jak on utytułowanymi. Czy to nie jest grzeszne jak na profesora postępowanie? Zamiast doskonalić innych, stara się ich „dołować”/unieważniać, aby okazać wyższość i poprawić swoją ważność. W swym tekście przekroczył granice etyczne, merytoryczne i metodologiczne, jakie winny obowiązywać każdego profesora, nie tylko doskonałego.

Dobrze by było, aby w ramach ekspiacji zobowiązał się do sfinansowania kolejnych tomów „Plag akademickich”, najlepiej do bezpłatnego rozprowadzenia ich wśród biednych akademików. Domena akademicka jest wysoce niedoskonała i trzeba znać jakie plagi ją degradują, aby wiedzieć jak ją poprawić na pożytek Polski i Polaków. Póki co społeczeństwo, które zaczyna się orientować, że z profesorami jest coś nie tak, w rankingach prestiżu zawodowego wyżej ceni strażaków niż profesorów. Trudno się dziwić. Bez strażaka można pójść z dymem, a bez profesora można żyć długo i szczęśliwie. Wiele jest przykładów profesorów, których ulubionym zajęciem jest zatruwanie życia innym i wtedy szanse na życie szczęśliwe i długie są żadne.

Takich trzeba przenosić w stan nieszkodliwości, co już na łamach Kuriera WNET postulowałem (a wcześniej, jeszcze w epoce „jaruzelskiej” po doświadczeniach z jagiellońskimi profesorami).

I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany Profesor Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, którego jedną z sentencji warto przypomnieć na okoliczność tyrad doskonałego profesora: „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w czerwcu 2021 r.

Elegia na śmierć akademicką inspiratora

jw

Elegia na śmierć akademicką inspiratora

czyli utwór ‚refleksyjny, utrzymany w tonie smutnego rozpamiętywania, rozważania lub skargi, dotyczący spraw osobistych lub problemów egzystencjalnych

Mamy listopad, miesiąc pamięci, rozważania, rozpamiętywania tak spraw osobistych, jak i egzystencjalnych – czyli czas na pisanie elegii. Nie czuję się literatem aby sprostać takiej formie utworu, ale podejmuję temat, bo dotyczy on tych, którzy nie sprostali a są podziwiani/otoczeni prestiżem/a może i uczuciem niekłamanej zawiści tak częstej w populacji ludzkiej, choć nie zawsze człowieczej.

Minęła właśnie 200 rocznica założenia mojej Alma Mater – Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie studiowałem, ale nie pracowałem, bo w latach Prylu nie nadawałem się do formowania nowego socjalistycznego człowieka. Mając 99 % szans merytorycznych na asystenturę znakomicie się zmieściłem w 1 brakującym procencie ideologicznym i musiałem udać się za chlebem.

Nie znaczy to, że ideologia mnie nie dopadła. Jeszcze w 2004 r. (w wigilię Wigilii) rektor UW wspierany ideologicznie przez władze UJ zdyskredytował moje opinie akademickie na łamach GieWu. [ https://blogjw.wordpress.com/2008/12/20/jaselka-akademickie-z-rektorem-uw-w-roli-heroda/].

Podniesiono stopień zagrożenia z mojej strony dla środowiska akademickiego. 30 lat temu stanowiłem jeno zagrożenie dla Uniwersytetu Jagiellońskiego (stąd wygnanie z uczelni jak psa), ale w III RP uznano, że destabilizuję całe środowisko akademickie. Było to tuż po uruchomieniu Niezależnego Forum Akademickiego i strach oblał decydentów akademickich na wieść o tym, że rodzi się myśl niezależna, mogąca zagrozić myśli zależnej (od stanowisk/tytułów/pieniędzy) przez nich reprezentowanej.

Moc struchlała. Zamiar ścięcia głowy nie do końca się udał, bo jak widać głowa do tej pory na karku pozostała mocno osadzona, a decydenci na równi pochyłej staczającej się w otchłań akademickiego niebytu.

Na okoliczność okrągłej rocznicy założenia UW pani prorektor od spraw trzymania rozwoju mojej Alma Mater przedłożyła PAP-owi kilka znakomitych opinii [ Prof. Choińska-Mika: dla rozwoju uniwersytetu nauka i dydaktyka są jednakowo ważne – http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,412058,prof-choinska-mika-dla-rozwoju-uniwersytetu-nauka-i-dydaktyka-sa-jednakowo-wazne.html] które mnie poruszyły dogłębnie i skłoniły do refleksji i smutnego rozpamiętywania.

Prof. Jolanta Choińska-Mika „Efekty badań naukowych winny być szybko upowszechniane wśród studentów, uwzględniane w uniwersyteckim kształceniu. Nie wszyscy jednak badacze tak postrzegają swoją rolę.”

Niestety Pani rektor nie wspomina jaki los spotykał i nadal spotyka tych, którzy taką powinność spełniali. Los smutny !

Jako, że efekty badań naukowych szybko ( a nawet błyskawicznie) upowszechniałem wśród studentów, uwzględniałem w uniwersyteckim kształceniu, uznany zostałem za psuja studentów ! (grudzień roku 1986 r. i tak już pozostało !). Ci którzy swojej roli tak nie postrzegali – zostali beneficjentami Wielkiej Czystki Akademickiej i swoją negatywną rolę spełniali z widocznymi „sukcesami” w III RP.

Prof. Jolanta Choińska-Mika: …. przede wszystkim zadbać, aby trafiali do nas najlepsi maturzyści i aby rozumieli, że jest to uczelnia, w której rozwiną swoje pasje i otrzymają wykształcenie na bardzo wysokim poziomie. …”

To -jako obywatel – rozumiem winno dotyczyć wszystkich, nie tylko UW uczelni, która mnie jako pasjonata nie chciała, Rektor UW po latach dyskredytował,  a UJ wygonił jak psa i przez progi nie wpuścił w rzekomo już wolnej Polsce. Wolności wykładania z pasją j i formowania pasjonatów kształconych na bardzo wysokim poziomie – już nie odzyskałem

Wychowankowie w 1987 r. pisali ‚

dr Józef Wieczorek był dla nas wzorem nauczyciela i wychowawcy”.
„Pod jego wpływem geologia stała się dla jego wychowanków nie tylko przyszłym zawodem, ale życiową pasją”

…Rzecznik Dyscyplinarny zamiast wniosku o takie usunięcie stwierdził w swym dochodzeniu:
„odejście dr. J.Wieczorka uważałbym za wielką stratę dla Uniwersytetu”, „świadectwo, które wystawiają dr J.Wieczorkowi jego młodsi koledzy, a także studenci jest takie, jakiego mógłby sobie życzyć każdy nauczyciel akademicki”

[ https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/moj-jubileusz/]

I co ? Paszoł won! Takich nie tylko UJ, nie tylko UW, nie potrzebuje – więc po co to gadanie o pasjach, skoro tylko szewska pasja może człowieka ogarnąć, choć innych wcale to nie porusza.

Prof. Jolanta Choińska-Mika: Dobre zajęcia to te, na których jest merytoryczna dyskusja, rozważanie problemów, wspólne projekty. Chcemy odejść od zajęć, które nie wymagają od studenta zaangażowania. Uniwersytet musi być miejscem, które rozbudza, a nie daje kwantum wiedzy raz na zawsze”

Wychowankowie w 1987 r. pisali

takie metody postępowania z pewnością nie wprowadzą godnie nauki polskiej w XXI wiek”.
„..dr Wieczorek uczył nas rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego..”
[https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/moj-jubileusz/]

No i co ? Nie mieli racji ?

Pani rektor UW w XXI wieku po 30 latach pisze to co pisali kiedyś studenci/wychowankowie.

Szkoda, że rektorzy dla dobra akademickiego/publicznego nie brali tego pod uwagę i nie chcą brać do dnia dzisiejszego, bo niby co się zmieniło skoro za takimi opiniami – jak te pani rektor UW – nie idą czyny?

Przecież ekscesów Wielkiej Czystki Akademickiej do tej pory nie potępiono, nie zbadano przebiegu jej skutków i beneficjenci tego bynajmniej się nie domagają – domagają się tylko zwiększenia swoich uposażeń i trzymania z daleko od uczelni tych co uczyli rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego..”

Prof. Jolanta Choińska-Mika: Jakość kształcenia osiąga się dzięki wprowadzaniu do programów zajęć aktualnych wyników badań. Stan przekazywanej wiedzy musi być jak najnowszy. Prowadzący musi być przede wszystkim kimś kto inspiruje. ….ważne jest krytyczne myślenie, konieczne do życia we współczesnym świecie. „

Pani profesor zapewne nie wie, że pisze o tym co ja wprowadzałem w życie w latach 80-tych ubiegłego wieku ( i nie będę się z tym fałszywie ukrywał) z konsekwencjami dla prowadzącego – śmierć akademicka.

Tak Pani rektor, jak i wszyscy inni, nie tylko akademicy, mogą się jednak z tym zapoznać . Rzecz w tym, że nie chcą, o czym najlepiej świadczy postawa całej plejady rektorów UJ z obecnym rektorem włącznie. https://blogjw.wordpress.com/2016/11/19/oszukiwanie-jest-chwalebne/

Czy nam coś zostało z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie ?

UJK

Czy nam coś zostało z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie ?

Na to pytanie odpowiada ostatnio wydana książka „Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie” pod redakcją Adama Redzika [ http://www.wysokizamek.com.pl/uniwersytet-jana-kazimierza-we-lwowie,26,712,produkt.html] i tej kwestii było poświęcone spotkanie Krakowskiej Loży Historii Współczesnej [por. Korzenie polskości odnalezione na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie https://wkrakowie2016.wordpress.com/2016/02/19/korzenie-polskosci-odnalezione-na-uniwersytecie-jana-kazimierza-we-lwowie/.]

Kilka refleksji chciałbym jednak do tego dodać. Jak studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim na przełomie lat 1960/70 to polskiego uniwersytetu we Lwowie dawno już nie było, ale jego duch, a nawet konkretne postaci z tej uczelni ( i z nią naukowo stowarzyszonych) były obecne na mojej drodze edukacyjnej i naukowej.

Polska kadra naukowa Uniwersytetu Lwowskiego, a także Politechniki Lwowskiej, w PRLu znalazła się na licznych polskich uczelniach. W wyniku centralizacji zarządzania nauką w PRL tworzono główne centrum edukacji geologicznej w Warszawie, likwidując wiele mniejszych ośrodków. Geologia ostała się tylko na AGH ( bo geologia była potrzebna dla pobliskich ośrodków górnictwa) oraz we Wrocławiu (choć i tam ją zaczęto likwidować) bo była potrzebna na terenie Sudetów dla wykazania wyższości polskiej geologii nad niemiecką. Tam też geologię rozwijał prof. Henryk Teisseyre, syn słynnego geologa Wawrzyńca Teisseyra związanego zarówno z Politechniką, jak i Uniwersytetem we Lwowie, a najbardziej znanego z nazwy jednej z najważniejszych struktur geologicznych Europy – strefy Teisseyre’a–Tornquist’a, którą na odcinku południowym wyznaczył.

W Warszawie znalazło się kilku innych znakomitych geologów o korzeniach lwowskich – prof. Kazimierz Smulikowski (wcześniej w Poznaniu), wybitny petrograf, którego ostatnich wykładów miałem szczęście słuchać i u którego zdałem jeden z najlepszych moich egzaminów. Dziekanem Wydziału Geologii UW był prof. Zdzisław Pazdro (wcześniej w Gdańsku) – wybitny hydrogeolog, ze Lwowa (po wojnie więziony przez NKWD).

Najbliższa mi katedra Geologii Historycznej, to spuścizna po prof. Janie Samsonowiczu, jednym z najwybitniejszych polskich geologów XX wieku. Profesor już nie żył, ale klimat naukowy tworzyli Jego uczniowie i współpracownicy. Pod kierunkiem prof. Henryka Makowskiego (uformowanego jeszcze na uniwersytecie we Lwowie) robiłem pracę magisterską. Byłbym został Jego asystentem, ale wówczas likwidowano katedry, tworząc instytuty obsadzane młodszą kadrą formowaną przez ZMP,  budującą najlepszy z ustrojów,  więc dla mnie miejsca już nie było. Miałem 99 % szans na asystenturę, ale zmieściłem się w tym jednym brakującym procencie, bo nie zhańbiłem się przynależnością do ZMS ! Tak w PRLu rekrutowano kadry akademickie – nie tylko ideologiczne, ale także geologiczne.

Na własnym bolesnym przykładzie poznałem czym się różniły kadry II RP formowane na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie,  od tych formowanych w czasach instalacji systemu komunistycznego w PRLu.

Pozytywnym przykładem była natomiast edukacja geologiczna na mapach geologicznych Karpat – arkusze Skole i Nadwórna (zapewne przewiezionych z Lwowa do Warszawy) niestety bez możliwości konfrontacji w terenie.

Lwów w nauce kojarzy się zwykle ze słynną szkołą filozoficzną i matematyczną. Pomnik Stefana Banacha – matematycznego geniusza ze Lwowa, stoi w Krakowie przed dawnym budynkiem Instytutu Matematyki i Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ul. Reymonta 4.

Nie jest jednak pewne, a raczej jest mało prawdopodobne, aby ten,  jeden z najwybitniejszych polskich matematyków miał szanse (gdyby żył) na zatrudnienie na obecnym uniwersytecie. Był geniuszem, pasjonatem, a nie dbał o „robienie” doktoratu, czy habilitacji. Robił naukę !

A takich obecny system akademicki nie toleruje i nie chce nawiązywać do tradycji Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

Najważniejszą i najbardziej efektywną jeśli chodzi o osiągnięcia naukowe była we Lwowie Kawiarnia Szkocka, bynajmniej nie utrzymywana z budżetu Uniwersytetu. Stanisław Ulam, jeden z geniuszy matematycznej szkoły lwowskiej tak wspomina [http://lwow.home.pl/banach/ulam-wspomnienia.html]

Znaczna część naszych rozmów matematycznych toczyła się w położonych w pobliżu uniwersytetu kawiarniach. Pierwsza z nich nazywała się „Roma”. Po roku, lub dwóch, Banach zadecydował, że należy nasze sesje przenieść do „Kawiarni Szkockiej”, położonej po przeciwległej stronie ulicy. Sesje nasze były kontynuowane w małych restauracyjkach, w których stołowali się matematycy. Wydaje mi się obecnie, że jedzenie było średnie, lecz napojów było pod dostatkiem. Stoły kawiarniane były pokryte płytami marmurowymi, na których można było pisać ołówkiem, co ważniejsze, szybko ścierać.

W naszych matematycznych rozmowach częstokroć słowo lub gest bez żadnego dodatkowego wyjaśnienia wystarczały do zrozumienia znaczenia. Czasem cała dyskusja składała się z kilku słów rzuconych w ciągu długich okresów rozmyślania. Widz siedzący przy innym stole mógł zauważyć nagłe krótkie wybuchy konwersacji, napisanie kilku wierszy na stole, od czasu do czasu śmiech jednego z siedzących, po czym następowały okresy długiego milczenia, w czasie których tylko piliśmy kawę i patrzyliśmy nieprzytomnie na siebie.

Tak wytworzony nawyk wytrwałości i koncentracji, trwającej czasami godzinami, stał się dla nas jednym z najistotniejszych elementów prawdziwej pracy matematycznej...

.. Czy to w gabinecie uniwersyteckim, czy też w kawiarni można było przesiadywać z Banachem całymi godzinami, dyskutując o problemie matematycznym. Popijał kawę i palił papierosy niemal bez przerwy. Tego typu sesje z Banachem, a częściej z Banachem i Mazurem, uczyniły atmosferę lwowską, czymś jedynym w swoim rodzaju. Tak intymna współpraca była prawdopodobnie czymś zupełnie nowym w życiu matematycznym, a przynajmniej w takiej skali i w takiej intensywności.

.Zdaje mi się, że w roku 1933 lub 1934 postanowiliśmy naszym aktualnym formułowaniom problemów i rezultatów dyskusji nadać bardziej trwałą formę. Banach zakupił duży zeszyt, w którym miały być zapisywane problemy, z podaniem przy każdym nazwisku autora i daty. Zeszyt ten był przechowywany w kawiarni i kelner przynosił go na żądanie. Wpisywaliśmy problem, a kelner ceremonialnie zabierał go z powrotem na miejsce, gdzie był chowany. Dokument ten stał się później głośny pod nazwą „Księga Szkocka”, – od nazwy kawiarni.

.Liczba profesorów, zarówno na Uniwersytecie, jak i na Politechnice, była niezmiernie skromna, a pensje niskie. Tacy ludzie, jak Schauder, w celu zdobycia środków utrzymania, musieli pracować jako nauczyciele w gimnazjach, aby uzupełnić skromne dochody docenta czy asystenta. Zbigniew Łomnicki miał posadę eksperta teorii prawdopodobieństwa w Państwowym Instytucie Statystyki i Ubezpieczeń. Mimo to, większość matematyków znajdowała czas, by uczęszczać do kawiarni.

No cóż, dzisiaj nasze uniwersytety mają znakomite nieruchomości, ogrom profesorów ( i to belwederskich !) ale gdzie tam im do Banacha i jego kawiarnianych kumpli – geniuszy lwowskich.

Niskimi obecnie pensjami nie da się tej różnicy wytłumaczyć, bo we Lwowie pensje były naprawdę  niskie, a obecne – to co najmniej 2 średnie krajowe !

Obecni etatowi profesorowie, mimo że środki utrzymania mają, jeżdżą po całej Polsce, aby na kolejnych etatach jeszcze więcej dorobić, tak że zainteresowany nauką młody człowiek nie ma kiedy/z kim podyskutować.

Zresztą w tych ogromnych nieruchomościach trudno na takiego profesora natrafić, a umówienie się w kawiarni na dyskusję byłoby źle widziane. Utrzymanie ogromnych nieruchomości sporo kosztuje, więc na naukę grosza już nie starcza, a pasjonatów nikt nie toleruje.

Jeśli nieprzystosowani do systemu formowanego w PRLu jeszcze gdzieś,  przez jakiś czas się uchowali, to ich pousuwano z uczelni, aby nie oddziaływali negatywnie na młodzież akademicką ucząc ich myślenia i to krytycznego, aby nie peszyli etatowych profesorów swym intelektem i należytym stosunkiem do młodego adepta nauki.

Tym sposobem, po latach wysiłków, nader skutecznie zniszczono ducha Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i nie widać nadziei aby go w nowej rzeczywistości odtworzono.