A może by tak innowacyjne tachografy dla akademików ?

Tachograf

[z Wikipedii]

A może by tak innowacyjne tachografy dla akademików ?

Jak niemal wszystkim wiadomo ze względu na bezpieczeństwo na drogach, wiele państw wprowadziło ograniczenia czasu pracy kierowców pewnych pojazdów. Kierowcy po prostu mnie mogą pracować 24 godzin na dobę. To byłoby niebezpieczne nie tylko dla kierowców, ale i dla innych obywateli. Dla określenia czasu pracy kierowcy stosowane są przyrządy zwane tachografami, które niejako stoją na straży prawa. Bardzo dobrze, że ograniczenie czasu pracy dla kierowców stosowane są również w Polsce.

Niestety do tej pory nie wprowadzono regulacji czasowych dla polskich akademików, szczególnie profesorów, z których wielu pracuje podobno ponad normę, niemal jak stachanowcy (kult pracy komunistycznej nadal się utrzymuje mimo rzekomego obalenia komunizmu) a nawet bardziej, bo zdaje się swoją pracą przekraczają 24 godzinny wymiar ziemskiej doby.

Rzecz jasna taka wyczerpująca praca prowadzi do ograniczenia funkcji intelektualnych organizmu i naraża studentów na niebezpieczeństwo przyswajania sobie rozmaitych dyrdymałów serwowanych przez wieloetatowych akademickich stachanowców, które ograniczają ich możliwości rozwoju intelektualnego i zabezpieczenia życiowego.

Jakieś formy ograniczenia czasowego dla etatowych akademików należałoby wprowadzić, skoro przekraczają w swym zapale akademickim zasięg czasowy doby ziemskiej.

Nie można wykluczyć, że niektórzy są kosmitami z Księżyca, czy innych planet, gdzie doba trwa znacznie dłużej niż 24 godziny i według tych standardów funkcjonują i na Ziemi, albo ta ich praca akademicka to jest fikcja nieziemska notowana na listach płac a nie mająca pokrycia w realu.

Bo jak inaczej interpretować zatrudnienie np. na dwóch etatach akademickich ( mimo wprowadzonych ograniczeń wieloetowości – nadal możliwe) i jednoczesne zatrudnienie pozaakademickie oraz posiadanie jeszcze znacznych rezerw czasowych na działania na różnych odcinkach życia ziemskiego ( np. w sądach, na ławach poselskich, w roli prezydentów miast, czy rozmaitych korporacji…..).

Zwykły ziemianin by temu nie podołał bez posiadania zdolności po multilokacji, ale pracodawcy w obecnym systemie takich certyfikatów jednak nie wymagają – takie są ustawy w tej materii pozostające bez zmian, mimo reform. Trudno się dziwić –skoro ustawy to ta nieziemska kasta przygotowuje sama dla siebie i wg takich standardów się ocenia i awansuje.

Kto tych standardów nie spełnia, a nie daj Boże kwestionuje, domaga się ich zmiany – kierowany jest do pracy rzeczywistej i to ponad wszelkie normy, obligowany do realizowania dostaw obowiązkowych dla fikcjonariuszy akademickich, negatywnie oceniany, nie awansowany albo wykluczany na wieki z tego fikcyjnego systemu.

W obecnym systemie tak jest, że jedni pracują a niekoniecznie zarabiają, a inni zarabiają – niekoniecznie pracując.

Taki system funkcjonował już w czasach komunistycznych, a w czasach tzw. post-komunistycznych jeszcze został udoskonalony i to przy akceptacji, a nawet wsparciu związkowym oraz opozycji – podobno antykomunistycznej.

Do tej pory wydano z kieszeni podatnika milion złotych na projekty zmian obecnych standardów akademickich, ale nie widać w tych projektach zerwania z tymi standardami dołującymi naukę i edukację wyższą ( a zatem i niższą) w Polsce.

Obecnie w Polsce jest ciąg na innowacje. Najwyższy czas aby ogłoszono konkurs na opracowanie innowacyjnych tachografów i wdrożenia ich w życie akademickie.

Pozoranctwo akademickie winno być przez takie tachografy zastopowane, fikcja naukowa i edukacyjna zlikwidowana, zarobki pozytywnie skojarzone z pracą rzeczywistą, a nie fikcyjną, czy z dostawami obowiązkowymi, które kiedyś już zrujnowały rolnictwo, tak jak nadal rujnują naukę i edukację w III RP.

60 lat minęło od narodzin nieboszczki PZPR, a duch pezetpeerii nadal przenika pałac nauki i edukacji

 

pzpr

60 lat temu, 15 grudnia 1948 r., na kongresie zjednoczeniowym powstała PZPR – przewodnia siła narodu, służąca do jego zniewolenia pod dyktando moskiewskie. Swój niecny żywot zakończyła z końcem 1990 r

Kongres zjednoczeniowy odbył się na Politechnice Warszawskiej co jakby symbolizowało, że nauka i edukacja w Polsce będą odtąd funkcjonowały pod parasolem PZPR. I tak było, a skutki tego mamy do dnia dzisiejszego.

Formowanie systemu akademickiego, polityka kadrowa, system rekrutacji akademickiej (studentów i pracowników), system awansów, oraz weryfikacji kadr odbywały się według dyrektyw partyjnych.

Autonomia uczelni była iluzoryczna, a jej ograniczanie regulowano kolejnymi ustawami.

Co prawda na obsadę stanowisk miały wpływ władze uczelni, ale niewygodnymi dla władz partyjnych i tak nie mogli stanowisk obsadzić, przynajmniej wysokich stanowisk. . Jak grupa zbyt niewygodnych była zbyt liczna, kierunki likwidowano, nowe tworzono. Tak było głownie w czasach stalinowskich, ale i później tez się zdarzało, a profesorem nikt nie mógł zostać jak nie dostał zgody partyjnej. Zresztą i na uczelniach stopień upartyjnienia nie był mały oczywiście większy na kierunkach humanistycznych gdzie i 50 % potrafił przekroczyć, ale i na pozostałych pezetpeerowców było nie mało. Zresztą ilość nie była tu tak istotna, bo co z tego, że ktoś był w instytucie sam partyjny skoro miał władzę niemal absolutną (jak był sam nie musiał z innymi ją dzielić !) na co najmniej ćwierć wieku wykluczając wszystkich mu niewygodnych !

Gdy partyjnych było niewielu nie było, wtedy wyniszczających walk frakcji partyjnych też nie było,  więc pożądane dyrektywy łatwiej było wprowadzać. Zdarzało się,  że tam gdzie na wydziale były dwie frakcje partyjne, zwalczające się nawzajem, ale w równowadze, żaden partyjny nie mógł zostać wybrany i dyrekturę obejmował bezpartyjny !

Zresztą partia miała wsparcie w SB,  z którą żyła w symbiozie, i tam gdzie było mało partyjnych instalowano więcej TW,  KO itp.  aby wzmocnić kontrolę środowiska.  Jak ktoś był nieprawomyślny, traktowany był jako przeciwnik i rozpracowywany dokładnie, dołowany dobitnie, tym bardziej,  im bardziej intelektem przewyższał przedstawicieli władzy.

Stopień upartyjnienia wzrastał w hierarchii akademickiej po prostu dlatego, żeby obejmować wyższe funkcje, spełniać najlepiej kryteria, lepiej było należeć do partii i nie chodziło tu o bycie komunistą s.s., ale głównie o oportunizm bez twarzy i kręgosłupa, bo twarz i kręgosłup stanowiły zagrożenie i były źle widziane.

Kto się przynależnością do ZMS nie zhańbił musiał za chlebem ruszać ze stolicy w świat prowincjonalny, bo lepsze stołeczne posadki czekały tylko na zhańbionych.

Oczywiście przynależność partyjna stanowiła trampolinę do kariery, ale nie zawsze funkcjonowała jak należy ( z różnych powodów) i byli tacy co występowali z partii, czy odmawiali dalszej współpracy z SB,  jeśli trampolina nie działała tak  jak się spodziewali.

Do świata nauki wprowadzono wielu politruków pełniących obowiązki profesorów, chociaż ze standardami nauki nie mieli wiele wspólnego, a właściwe to mieli te standardy zredukować do poziomu przestępczego w gruncie rzeczy systemu.

Główne standardy oceny naukowców to była postawa obywatelska, czy etyczno -moralna – tzn. etyczne i moralne było to co służyło partii do trzymania w ryzach całego społeczeństwa, a nietyczne, niemoralne to co mogło w tym przeszkadzać, a przynajmniej ujawniało rzeczywisty charakter najlepszego systemu ludzkości.

Tak wyselekcjonowano kadry akademickie i to się udało,  może nie na 100 %, ale na 70-80 % na pewno.  Beneficjenci systemu dalej wg tych samych reguł selekcjonują dalej, mimo że sztandary PZPR już dawno wyprowadzono. System wdrożono w życie i system funkcjonuje i nie ma siły aby go zmienić. No bo jak go można zmienić demokratycznie,  skoro większość jest wyselekcjonowana wg reguł systemu komunistycznego ?

Kto by naruszył dotychczasowe reguły zostanie oskarżony o naruszanie autonomii ! Kto nie awansuje partyjniaka o dotychczasowej karierze uwarunkowanej politycznie, spotka się z zarzutem upolityczniania nauki !

Tego co powstało pod autonomiczną batutą partii likwidującą podstawowe przejawy autonomii uczelnianej, nie ma siły aby demokratycznie zlikwidować.

Demokratyczna większość środowiska akademickiego walczy o poszanowanie zdobyczy naruszania autonomii !

Duch pezetpeerii przeniknął nie tylko mury uczelni, ale także serca i umysły braci akademickiej i nic go przepłoszyć nie może. W większości akademicy są ‚lewoskrętni’ i jak ktoś by chciał skręcać w prawo wypadnie z toru akademickiego.

PZPR niby zmarła, ale żyją jej kolejne wcielenia, także stara gwardia partyjna, która trzyma się mocno i swoich, także młodszych, solidarnie wspiera. Takiej solidarności nie ma wśród „Solidarności” !

Na różnych uczelniach, można spotkać staruszków i ponad 80 letnich pociągających nadal za sznurki akademickie. Czasem dzierżą całe ich pęczki, bo takie sobie porobili ustawy, aby trzymać się wielu sznurków, bo wtedy można zachować postawę nawet jak kręgosłup już nie dopisuje.

Ale faktem jest, że środowisko tak utraciło swoją świadomość, swoje poczucie właściwości, że daje się prowadzić nawet bez sznurka. Wystarczy zdalne sterowanie.

Gdy była szansa na zmiany ustawowe nauki w 15 lat po wyprowadzeniu sztandarów PZPR rektorzy w walce o zachowanie autonomii uczelni ! poszli do b. kacyka partyjnego, wtedy zasiadającego w pałacu, z prośbą aby zrobił im taką ustawę, aby im było dobrze.  No i Olek zrobił im ustawę prezydencką, w systemie dotychczasowym zakotwiczoną,  a zatem niepolityczną ! autonomiczną! na inną by się rektorzy nie zgodzili ! I tak język partyjnej nowomowy przeżył śmierć swej matki – Partii, i zanosi się, że i wnukowie i prawnukowie będą się taką nowomową posługiwali.

Tak, tak, coraz to słychać, że na uczelniach nie może być polityki, a autonomia nie może być naruszana ! Nikt prawoskrętny na lewoskrętnej uczelni nie może nic wygłosić, nikt nie może usunąć z powodów etycznych agenta, bo kto jak kto ale to właśnie agent był etyczny, jak wykonywał dobrze swój fach, a ci co ujawniają jego działania są nieetyczni i działają na szkodę uczelni, które by postradały przecież minima kadrowe,  gdyby wyprowadzić z nich agentów !

Agent panem jest i basta ! Uczelnie pozostały agencjami nie do końca upadłego systemu komunistycznego, którego upiory przepłoszą każdego,  kto by był im niewygodny i naruszał błogostan akademicki pod sztandarami PZPR z takim trudem osiągnięty.

Skutki prawa stanu wojennego (i powojennego) trwają do dnia dzisiejszego

jaruzelski

Wojna jaruzelsko-polska rozpoczęta 13 grudnia 1981 bynajmniej nie skończyła się z dniem zawieszenia stanu wojennego ( 31 grudnia 1982 r) a nawet z dniem jego zniesienia.(22 lipca 1983 r.).

Trwała nadal, a wycofywanie godziny milicyjnej i czołgów zastępowane było wprowadzeniem prawa, które by zrekompensowało te widoczne ustępstwa strony jaruzelskiej, a nawet umożliwiło przeprowadzenie zgodnie z prawem tego, co w stanie wojennym jakoś nie wyszło.

Trudno nawet podać jakąś datę zakończenia tej wojny, bo prawo z r. 1984 r. wymierzone przeciwko wolności słowa do tej pory jest wykorzystywane przeciwko dziennikarzom, a prawo z 1983 r. służy nadal do ochrony niecnych czynów władz uczelni wobec nauczycieli akademickich przed niepożądanymi oczyma obywatela.

Na niektórych uczelniach do dnia dzisiejszego prawo stanu wojennego jest przedkładane nad Konstytucję III RP!

Historia środowiska naukowego w latach 80-tych do tej pory nie jest dobrze poznana i środowisko to, w demokratycznej większości złożone z beneficjentów tej epoki, bynajmniej nie wyraża ochoty aby tą historię tak naprawdę poznać, a nawet czasem heroicznie walczy o to, aby ten ciemny okres na uczelniach nie został poznany.

Uczelniane komisje historyczne prowadzą co prawda badania nad tym okresem, ale podobnie jak w znacznej części nauki polskiej, są to badania na ogół pozorowane. Odnosi się wrażenie, że chodzi tu jednak o niepoznanie tej historii, przynajmniej w jej pełnej krasie.

Bronisław Wildstein ostatnio przedstawił ciemną stronę polskich uczelni zadając przy tym jak najbardziej słuszne pytanie „Czy uniwersytety w PRL osiągnęły kształt doskonały?” Fakt, że uczelnie od czasu PRL nie zmieniły się, pozostały skansenami tego patologicznego systemu, zwiększając jedynie produkcję bubli akademickich w postaci dyplomów i tytułów bez wartości oraz makulatury i tak zanieczyszczającej nasze środowisko naturalne.

Trudno aby było inaczej, skoro w latach 80-tych wyrejestrowano z systemu nauki w Polsce zapewne kilka tysięcy osób (pełna liczba nie jest znana), na ogół młodszych pracowników nauki.

Jak wynika z raportów i sprawozdań PZPR i SB sprawiali oni więcej kłopotów niż konformistycznie nastawiona profesura, byli najbardziej aktywni, nonkonformistyczni, określano ich mianem przeciwnika, którego trzeba zwalczać. Starsza kadra nie była taka groźna, chociaż wyjątki się zdarzały, stąd zmiany na stanowiskach kierowniczych zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego i później, szczególnie po nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym w 1985 r.

Mimo wszystko, po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo przeprowadzenia weryfikacji kadr akademickich w maju-czerwcu 1982 roku, problem niepokojów na uczelniach nie został rozwiązany. Spacyfikowano, przy udziale komisarzy, czynnika partyjnego i nowych rektorów, szczególnie dotkliwie Politechnikę Śląską, Uniwersytet Śląski, także WSI w Radomiu, czy Wyższą Szkołę Morską w Gdyni, ale na wielu uczelniach ta weryfikacja przebiegła łagodniej, nie zawsze po myśli strony trzymającej władzę, i trzeba było przygotować w najbliższych latach (1985 r.) nowe ustawy ,akademickie’ lub znowelizować istniejące, aby wiodąca siła narodu, odzyskała władzę na uczelniach i skuteczniej rozprawiła się z tymi co źle wpływali na młodzież akademicką.

Dzięki zmianom prawnym minister nauki i szkolnictwa wyższego – Benon Miśkiewicz mógł odnieść sukcesy, które procentują do dnia dzisiejszego.

Pod pozorem oceny dorobku naukowego oceniano głównie poziom negatywnego wpływu na młodzież akademicką, a gdy ten przekraczał stan średni, usuwano niewygodnych w stan nieszkodliwości dla uczelni mających formować nowe kadry systemu komunistycznego. Dzięki temu uczelnie miały kwitnąć.

Część środowiska akademickiego co prawda rozwijała się głównie dzięki pozytywnej współpracy ze służbami specjalnymi, jak i organami partyjnymi, ale przeciwnik czasem tą współpracę zakłócał  – podobno szykanując, mobbingując partyjniaków, a czasem nawet zmieniając nomenklaturowych kierowników jak rękawiczki ! Takie opinie wygłaszano bynajmniej nie w stanie wskazującym na spożycie, ale można je znaleźć w raportach, sprawozdaniach partyjnych i esbeckich, a także były wygłaszane przez beneficjentów nie do końca upadłego systemu, już w okresie tzw. transformacji, kiedy heroicznie nieraz walczono o to aby wyrejestrowani z systemu akademickiego nie zdołali się ponownie zarejestrować, bo stołki już zostały zajęte przez weryfikatorów i ich serwilistów.

Kiedy uczelnie zaczęły więdnąć zamiast kwitnąć, mimo wyrejestrowania stanowiących zagrożenie dla uczelni, domagano się dopływu gotówki, aby podlać to co wysycha. Krzyczano, że uczelnie są na skraju przepaści, ale mimo zrobienia kroku do przodu jakoś do przepaści nikt nie wpadał.

Do ponownej rejestracji wyrejestrowanych – nie wracano, aż osiągnęliśmy przełom tysiącleci, kiedy powstał IPN i się okazało, że wielcy uczeni PRLu swą wielkość zawdzięczają często współpracy z SB i mimo zapisów etycznych w ustawach i statutach uczelnianych, swoich współpracowników z piekła rodem, nie umieszczali w publikacjach, ani nie dzielili się z nimi nagrodami. Zdaje się, że i komitet noblowski ostatnio był w rozterce, jak ma odnaleźć współpracowników jednego z polskich kandydatów, ale chyba nie zdecydował się zstąpić do piekieł i Nobla mu nie przyznał.

Jak się urwała współpraca ze służbami, to i poziom nauki zdaje się obniżył, więc środowisko tęskni do dawnych dobrych czasów, per saldo dla środowiska korzystnych jak twierdzą niektórzy, przy aprobacie innych.

Na efekt Mojżesza nie ma co liczyć. Skutki stanu wojennego przetrwają wiele pokoleń.