Dlaczego cenzura na uniwersytecie tak późno bulwersuje ?

Józef Wieczorek

Dlaczego cenzura na uniwersytecie tak późno bulwersuje ?

Autocenzura jak była, tak i jest do dnia dzisiejszego racją bytu akademickiego

Okresowe zawieszenie wykładów prof. Nalaskowskiego na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, ze względu na jego felieton o marszach równości, zbulwersowało opinię publiczną, gdyż zostało odebrane jako przejaw cenzury na uniwersytecie. Co prawda wskutek nacisków społecznych rektor Andrzej Tretyn po tygodniu cofnął swą decyzję, ale poziom wzburzenia jego pierwszym wyrokiem chyba się nie obniżył.

Dobrze, że to co się dzieje na uniwersytetach, dotarło wreszcie do mediów i szerokiej opinii publicznej, ale szkoda, że tak późno i jedynie w ograniczonym zakresie.

Przecież lewicowa dyktatura na uczelniach trwa od dawna, a zawieszanie wykładów niewygodnych akademików i to dożywotnio, cenzurowanie absolutne, tzn. bez możliwości wypowiedzi, czy badań, szczególnie akademickiej historii, w której nieraz brak jest komunizmu, PZPR, czy stanu wojennego, miały i mają miejsce niejednokrotnie, i jakoś nie bulwersowało to mediów, a co za tym idzie opinii publicznej, do której takie ekscesy nie docierały, lub nader rzadko.

Patologiczne problemy uniwersytetów, środowiska akademickiego – w końcu stanowiącego i formującego polskie elity – jakoś nie cieszą się zbytnią uwagą mediów i opinii publicznej.

Funkcjonuje co prawda miesięcznik „Forum Akademickie”, ale jest to periodyk resortowy, zależny od decydentów akademickich, a przy tym niezbyt popularny. Od strony prawnej szczegółowe sprawy akademickie podejmuje regularnie „Dziennik Gazeta Prawna”, ale do przeciętnego obywatela, nawet wykształconego na polskich uczelniach, niewiele co z tego dociera.

Aby poznać niezależne opinie o tym co w akademickiej trawie piszczy, trzeba penetrować internet, no i czytać niecodzienną gazetę jaką jest „Kurier WNET”, który – jako periodyk z górnej półki – dociera jedynie do znikomej części polskiego społeczeństwa, tej niezależnie myślącej i krytycznej, żyjącego z podniesioną głową a nie z ‚podręczną strusiówką’ do chowania głowy w piasek.

Na polskich uczelniach cenzura jest nader powszechna od dawna, a nie dopiero od sprawy toruńskiej. Ma postać poprawności akademickiej, braku wolności wypowiedzi, konformizmu w życiu akademickim (i nie tylko). Ten stan rzeczy nader rzadko trafia do świadomości ogółu społeczeństwa, mimo – a może właśnie dlatego – że jest coraz bardziej formalnie wykształcone i udyplomowione.

Cenzura, mimo likwidacji urzędu cenzury

Jak wiadomo, w czasach PRL, ”przewodniej siły narodu” i principiów państwa socjalistycznego, budowanego na fundamentach totalitarnych, na straży poprawności słowa pisanego, a także mówionego stał Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk [ od 1981 do 1990 r. Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk] zwany w skrócie urzędem cenzury. Baczył on, aby informacje, opinie, książki, osoby nieprawomyślne, niepożądane w systemie, nie docierały do opinii publicznej.

Tak było też na uniwersytetach, które po okresie życia podziemnego pod okupacją niemiecką, zostały pootwierane pod okupacją sowiecką i stanowiły zaplecze dla budowy ‚najlepszego z systemów’.

Ci, którzy system wspierali, osiągali szczyty akademickie [i nie tylko] i obdarzeni prestiżem w czasach czerwonej zarazy przetrwali do medialnego końca systemu komunistycznego, po czym przeszli z sukcesem transformację w jego kontynuację w zmienionych nieco warunkach, prowadzących jak się okazuje po latach, do szerzenia się zarazy tęczowej.

Kto w czasach PRL, mniej lub bardziej jawnie występował przeciw zarazie czerwonej – znikał z systemu, a przynajmniej był marginalizowany, a po latach, tego kto jawnie występuje przeciwko zarazie tęczowej czeka podobny los.

Na straży takich ‚wartości” na uniwersytetach stoją rektorzy uczelni, którzy po reformie Gowina uzyskali władzę niemal absolutną, a działają w okresie powrotu dzieci ‚czerwonej zarazy’ na scenę polityczną.

Jeszcze przed sprawą toruńską rektor Uniwersytetu Poznańskiego Andrzej Lesicki wystąpił przeciwko mowie nienawiści ze strony hierarchów kościelnych (było to po znamiennej wypowiedzi o zarazie tęczowej abp. Marka Jędraszewskiego 1 sierpnia w krakowskiej Bazylice Mariackiej) a rektorzy KRASP (Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich) w swoim oświadczeniu poparli swojego kolegę. Należy do nich także rektor UMK, jako wiceprzewodniczący KRASP. Nie wiadomo więc, czemu jego działania wobec prof. Nalaskowskiego tak bardzo zbulwersowały opinię publiczną.

Rektor UMK zrobił to, co było zgodne z jego i jego kolegów opiniami/dyrektywami. Skoro nie zbulwersowały one mediów, ani opinii publicznej rektor UMK nie widział przeszkód, aby podjąć decyzje wobec nieprawomyślnego podwładnego, stojącego po drugiej stronie frontu ideologicznego.

Tak bywało w czasach czerwonej zarazy, tak bywa w czasach szerzenia się zarazy tęczowej.

Rektor UMK, co prawda, wycofał pospiesznie swoją decyzję, ale rektorzy KRASP nie zmienili swojego negatywnego stanowiska, wobec niemiłujących ideologii LGBT i ośmielających się mieć inne zdanie od ich pracodawcy. Nawet to stanowisko zaostrzyli, grożąc im sankcjami dyscyplinarnymi.

Rektorzy wyraźnie się określili jako zwolennicy systemu totalitarnego, z którego zresztą nie wyszli, mimo że totalitarny system komunistyczny takie represje stosujący, medialnie się skończył.

Może mają na uwadze i to, że sprawy dyscyplinarne z okresu stanu wojennego na uniwersytetach są zaaresztowane do dnia dzisiejszego i nikt nie może, ani nie chce rektorów zmusić do ich ujawnienia. Po prostu na uczelniach prawo stanu wojennego nadal stoi ponad konstytucją III RP ! [ np. mój tekst – Tajne teczki UJ,czyli o wyższości ‘prawa’ stanu wojennego nad Konstytucją III RP ]

Urzędu cenzury co prawda już nie ma, ale rektorzy starają się z sukcesem ten urząd zastąpić. Nie wiadomo, czy za działania cenzorskie są dodatkowo gratyfikowani. W końcu w urzędzie cenzury gratyfikacje nie były małe, a za pracę, i to tak ważną dla utrzymania systemu wynagrodzenie się należy – nieprawdaż ?

Autocenzura racją akademickiego bytu

Jeszcze w czasach funkcjonowania urzędu cenzury, funkcjonariusze tej instytucji nie zawsze mieli wiele pracy, a to ze względu na rozpowszechnioną autocenzurę inteligentnych autorów, którzy po prostu nie pisali tego, co i tak przewidywali, że przez urząd cenzury nie przejdzie, a po co się narażać. [Tomasz Strzyżewski – Czarna księga cenzury PRL] .

Nie inaczej rzecz się miała na uczelniach, i to nie tylko na wydziałach ideologicznych, historycznych, i nie tylko w stosunku do principiów panującego ustroju, a nader często w stosunku do wysoko postawionych osób, zwykle reprezentujących przewodnią siłę narodu. Krytyka merytoryczna, nawet w naukach niehumanistycznych, stopniowo była redukowana, a konformiści i oportuniści znakomicie dostosowywali się do panujących reguł, dzięki czemu mogli prosperować w tamtym systemie.

Po transformacji nic zasadniczego się w tej materii nie zmieniło i nadzwyczajna kasta akademicka nadal nie podlega merytorycznej krytyce, a kandydaci do kasty bacznie autocenzurują swoje opinie, aby do niej się dostać.

Nie przestrzegający tych reguł są z systemu wykluczani. Mogą sobie wykładać do swoich ścian,a nie do studentów na uniwersytecie, bo przecież podobnie jak w czasach czerwonej zarazy mogliby na młodzież akademicką wpływać negatywnie, podburzając do myślenia i nonkonformizmu.

Autocenzura tak jak była, tak i jest do dnia dzisiejszego racją bytu akademickiego.

Dobrze by było, aby badacze mechanizmów rządzących formowaniem kadr akademickich – o ile tacy się znajdą i ich projekty badań nie zostaną ocenzurowane – zajęli się poznaniem losów tych, którzy takim regułom się nie podporządkowali, wypowiadali się otwarcie, merytorycznie o tym, co wypisywali nieraz w publikacjach profesorowie; tych, którzy pisali artykuły polemiczne, dyskusyjne, ujawniali niedorzeczności profesorskie.

W wolnym, demokratycznym kraju, na uniwersytetach, które są po to, aby toczyły się na nich dyskusje – jak oznajmiają niektórzy z rektorów – takie prace winny być prowadzone i ujawnianie, aby wyeliminować patologie, lub wręcz uniwersytety, które ‚zapomniały’ po co istnieją. Nie jest jednak pewne, czy przy rygorystycznym stosowaniu takich zasad eliminacji ostałby się jakiś uniwersytet na ziemiach polskich.

Dyscyplinowanie niewygodnych

Ostatnio rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prof. Mirosław Wielgoś, oznajmił, że „przyszła pora, by krytycznie przyjrzeć się części środowiska akademickiego” i dodał, że ‚nie możemy żyć od jednego ekscesu do drugiego”.

Była to reakcja na krytyczne wypowiedzi niektórych profesorów wobec ideologii LGBT.

Trudno tego nie rozumieć, jako zapowiedzi dyscyplinowania, a nawet oczyszczania środowiska akademickiego z osób niewygodnych, które muszą się czuć zagrożone.

Takie groźby i poczynania, to jednak nic nowego, a jedynie nawiązanie do reguł panujących w polskim środowisku akademickim od dziesiątków już lat, jeszcze w czasach panowania totalitarnego systemu komunistycznego. Beneficjenci tego systemu – obecne elity akademickie – formują/ formatują na swoją modłę kolejne pokolenia.

W czasach czerwonej zarazy postulowano, by nie dopuszczać do wykładów podważających – nieraz niedorzeczne – tezy profesorskie, albo takie osoby znieważano proponując np. aby „obciąć mu brodę”, kiedy brakowało argumentów merytorycznych. Nic się nie zmieniło. Kiedy klika dni temu chciałem profesorom merytorycznie wyjaśnić niezrozumiałą kwestię o dużej wadze poznawczej, zdumiony usłyszałem ‚ odbieram panu głos’ – i problem sam się rozwiązał. Tak się cenzurowało i cenzuruje do dnia dzisiejszego niewygodnych dla panujących w nauce. Środowiska pozaakademickie, nie wyłączając prawicowych, nieraz stosują taki ostracyzm, nie bacząc na deklarowany przez siebie antykomunizm,

Jakoś nie podejmuje się dyskusji na temat pochodzenia obecnych kadr akademickich. Pytałem o to przed laty, aby sprowokować dyskusję nad genezą obecnych kadr i uzyskać wytłumaczenie dzisiejszego kiepskiego, niepokojącego stanu uniwersytetów.

Jakoś zapomniano sobie słowa C.K. Norwida:

Nie trzeba siebie, wciąż siebie,

mieć środkiem,

By, mimowolnie, nie stać się

wyrodkiem –

Nie trzeba myśleć, że jest podobieństwo

Być demokratą – bez Boga i wiary

Czego jak świat ten nie bywało stary!

I żal mi bardzo was – o! Postępowi,

Którzy zniweczyć przeszłość chcecie całą,

By łatwiej było, lecz jako żółwiowi,

Orzec: ‚Tak wiele już ubiegłem z chwałą.’

Tylko że, aby drogę mierzyć przyszłą,

Trzeba-ć koniecznie pomnieć,

skąd się wyszło!”

Przeszłość akademicką się cenzuruje, a tę poprzedzającą transformację – najbardziej, stąd o korzeniach obecnych kadr i mechanizmach ich formowania przeciętny obywatel wie niewiele. A decydenci akademiccy jakoś wolą odsuwać od siebie upiory przeszłości, cenzurując wszystko i wszystkich, którzy by zamierzali je poznać. Mam w tej materii osobiste wspomnienia -”nie widzimy możliwości przeznaczenia na ten cel środków publicznych…” – to odpowiedź na projekt opracowania Czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji !

Barometr demokracji wskazuje na totalitaryzm uniwersytetu

Znakomity historyk Henryk Głębocki, badacz archiwów b. ZSRR zasadnie określił, że „ dostęp do zbiorów archiwalnych jest nie tylko barometrem swobody badań naukowych, ale i demokracji”.

Trudno się z tym nie zgodzić, ale trzeba tym barometrem objąć nie tylko realia rosyjskie, ale także polskie uniwersytety, w tym wzorcowy UJ, do którego archiwów dostęp jest co najmniej utrudniony, a dla niewygodnych jego archiwa akademickie całkiem są niedostępne. Szczególnie jeśli chodzi o archiwa z końca PRL, co dokumentuję na moich stronach internetowych (Niezależne Forum Akademickie – Sprawy ludzi nauki).

Zresztą trzeba pamiętać, że niewygodne materiały do archiwów uczelnianych czasem wcale nie trafiały co skutkuje po latach fałszowaniem historii [przykład z UJ opisany na moim blogu w tekście „Powracająca fala zakłamywania historii”. ]

W PRL, po przeprowadzeniu ideologicznej selekcji księgozbiorów, w bibliotekach wyodrębniano prohibity jako zbiory zastrzeżone, zawierające treści godzące w interes Polski socjalistycznej. W III RP na UJ ( i chyba nie tylko na UJ) mamy archiwa zastrzeżone, bo zawierające zapewne treści godzące w interes uczelni, a raczej interes kasty uczelnią zarządzającej, pokazujące prawdziwą historię w okresie komunizmu, który medialnie upadł, ale realnie daje się we znaki niewygodnym, tak wówczas, jak i obecnie.

Barometr zatem wskazuje na brak swobody badań naukowych i demokracji na uniwersytetach III RP, czego także ostatnie oświadczenia KRASP ‚na odcinku’ LGBT są najlepszym wyrazem. Ten stan rzeczy winien bulwersować, tak media, jak i społeczeństwo utrzymujące uniwersytety ze swoich podatków.

Najwyższa pora, by krytycznie przyjrzeć się sytuacji na uczelniach i ich przeszłości, i to w całej okazałości.

Trzeba, aby uniwersytety były uniwersytetami, a Polska była Polską, silną swoimi uniwersytetami.

Tekst opublikowany w:  Kurier Wnet nr. 65, listopad 2019

Niezależny głos na Narodowy Kongres Nauki

Wywiad z chuliganem odcinek 42 – Józef Wieczorek

 

Czy polskimi uniwersytetami rządzi mafia? Tę rozmowę obejrzą tam wszyscy, ale nikt się nie przyzna!

http://telewizjarepublika.pl/czy-polskimi-uniwersytetami-rzadzi-mafia-te-rozmowe-obejrza-tam-wszyscy-ale-nikt-sie-nie-przyzna,54009.html

Pamięci skreślonych z uczelni w systemie komunistycznym i wymazanych z historii w III RP

teczki 8

Pamięci skreślonych z uczelni w systemie komunistycznym

i wymazanych z historii w III RP

Pamięć o ofiarach polityki nazistowskiej jest przywracana po latach, nawet na uczelniach, czego dowodem jest projekt „Skreśleni” realizowany w Uniwersytecie Wrocławskim (Pamięci skreślonych, http://www.uni.wroc.pl/wiadomo%C5%9Bci/historia/pami%C4%99ci-skre%C5%9Blonych). – por. także  Kiedy spadkobiercy systemu komunistycznego rozliczą się ze swoich win ?)

Pamięć o ofiarach polityki komunistycznej na uczelniach do tej pory jest niepożądana.

Uniwersytety polskie ( i nie tylko uniwersytety) – choć są prawnymi następcami peerelowskich uczelni i spadkobiercami ich historii, ponoszą odpowiedzialność -co najmniej moralną – za decyzje poprzedników. Do tej pory jednak nie uczciły ofiar totalitarnej ideologii komunistycznej PRLu tj. osób, które w latach 1944 – 1989 zostały wydalone z uczelni jako stanowiące zagrożenie dla uczelni, dla systemu komunistycznego, dla formowania nowego socjalistycznego człowieka, negatywnie zdaniem komunistycznych kolaborantów wpływając na młodzież akademicką, wykazując niewłaściwą dla systemu komunistycznego etykę, niezłomną nonkonformistyczną postawę, ucząc myślenia i to krytycznego, nie hańbiąc się przynależnością do organizacji komunistycznych, a wiążąc się z organizacjami dla komunistycznego systemu stanowiącymi zagrożenie.

Nieznany jest termin kiedy uczelnie wydadzą oficjalne oświadczenie, że pozamerytoryczne decyzje usuwania nauczycieli akademickich z uczelni uznają za niebyłe i z tego powodu nieposiadające mocy prawnej.

Kiedy zachowają się jak trzeba ?

Kiedy nastąpi choćby symboliczne upamiętnienie tych osób oraz potępienie bezprawia oraz naruszającego prawa człowieka politycznego prześladowania, jakie stało się udziałem środowiska akademickiego w PRLu ?

Kiedy zbadane zostaną dokumenty i zostaną wysłuchani pokrzywdzeni dla ustalenia listy osób poszkodowanych przez uczelnie realizujące politykę czystek akademickich ?

Ze względu na czystki akademickie w PRLu na początku III RP powstała luka pokoleniowa a beneficjenci czystek zaczęli obsadzać liczne wolne etaty. Wydalonych z uczelni do pracy na ogół nie przywrócono, wyroków eksmisji nie anulowano, nie ujawniono członków komisji czyszczących uczelnie z elementu niewygodnego, a ‚papiery’ do tej pory zaaresztowano.

Beneficjenci czystek całkiem potracili pamięć potrzebną do realizowania misji uniwersytetu. Nie bez przyczyny po wydaleniu z uczelni pasjonatów akademickich doszło do kryzysu uniwersytetu. (Józef Wieczorek – KRYZYS UNIWERSYTETU w ujęciu polemicznym z prof. Piotrem Sztompką -https://blogjw.wordpress.com/2014/11/17/jozef-wieczorek-kryzys-uniwersytetu-w-ujeciu-polemicznym-z-prof-piotrem-sztompka/)

Jednym ze sposobów na uzupełnienie kadr były szybkie kariery akademickie beneficjentów czystek, co sprawiło, że w całej Polsce nastąpiła dewaluacja wykształcenia uniwersyteckiego.

W III RP reprodukowane są (pseudo-, niby-) elity akademickie, polityczne, gospodarcze, medialne nie dające sobie rady ani z utrzymaniem należytego poziomu uczelni, ani z rządzeniem dużym europejskim krajem, ani z informowaniem społeczeństwa o jego stanie i historii.

Takie są skutki polityki kadrowej w PRLu.

Na podstawie ‚prawa’ lat 80-tych uproszczono procedury relegowania niewygodnych pracowników, bez konieczności podania merytorycznych przyczyn relegowania, bez potrzeby ujawniania składów komisji weryfikacyjnych – do dnia dzisiejszego nieznanych.

Do tej pory nie oszacowano ilu nauczycieli akademickich opuściło uczelnie w czasach PRL u z przyczyn pozamerytorycznych, do jakiego stopnia zniszczono warsztaty ich pracy. Nie określono jakie straty poniosły poszczególne uczelnie, poszczególne dyscypliny naukowe.

Nie zbadano procedur wydalania niewygodnych pracowników uczelni, roli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, roli PZPR i stopnia kolaboracji władz uczelni/środowiska akademickiego podejmujących działania i prowadzących procedury wydalania nauczycieli akademickich z uczelni.

Nie zbadano archiwów uczelnianych dla poznania decyzji uczelnianych komisji, stopnia zniszczenia zasobów archiwalnych, ani nie poznano faktów, ani opinii osób pokrzywdzonych, nawet jeśli uczelnie realizują projekty typu „Pamięć uniwersytetu” np. na UJ – http://www.archiwum.uj.edu.pl/projekty-auj/pamiec-uniwersytetu.

Nawet jak opinie pokrzywdzonych poznawano/nagrywano to nie są one publicznie ujawniane, zapewne mają odejść w niepamięć o haniebnych poczynaniach uniwersytetu.

Oficjalne badania nad pokrzywdzonymi w PRL prowadzone np. na UJ przyniosły kompromitujące dla badających/badania popularyzujących rezultaty, gdyż z badań tych wykluczono osoby pokrzywdzone ! http://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/).

Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o badania prowadzone przez pracowników/współpracowników IPN, które są okrojone do archiwów SB bez należytego poznania archiwów PZPR, a przede wszystkim uczelnianych. Dochodzi się do absurdalnych wniosków, że nikt w PRL na uczelni (np. przypadek UJ ) nie został pokrzywdzony ! Taki był rzekomo skutek działań służb bezpieczeństwa i współpracowników ‚ochraniających’ uczelnie.

https://blogjw.wordpress.com/2012/11/07/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem/, https://blogjw.wordpress.com/2013/02/12/kolejne-pytania-w-sprawie-jagiellonczyka/)

W Polsce tematy np. postawy senatów uczelni wobec instalacji systemu komunistycznego, haniebnej postawy rektorów wobec swoich kolegów z podziemia niepodległościowego, przebiegu i skutków Wielkiej Czystki Akademickiej u schyłku PRLu nie były przedmiotem szerszych badań naukowych, debat, potępienia przez środowiska akademickie. Te ciemne karty historii są całkowicie pomijane https://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/, jak i wymazywane z historii są ofiary czystek akademickich w okresie komunistycznym.

Z tymi ciemnymi i haniebnymi kartami historii uczelnie muszą się jednak kiedyś zmierzyć, tym bardziej, że uczelnie prawnie i moralnie odpowiadają za te wydarzenia.

Uniwersytety z kryzysu nie zdołają się wydostać jeśli będą budować swoją tożsamość i przyszłość na kłamstwie.

Uniwersytety Lania Wody

Uniwersytet Lania Wody (zdjęcie – Józef Wieczorek)

W Polsce uniwersytety funkcjonują już od 650 lat – http://jubileusz650uj.wordpress.com/.

W III RP namnożyło się ich wiele, choć  niektóre z nich to jedynie Uniwersytety Lania Wody,  co widać nawet  w przestrzeni publicznej.

Miłego studiowania  i badania !

W kwestii czystek

W kwestii czystek

Świat dziennikarski ( i nie tylko) w ostatnich dniach żyje w oparach czystki w ‚Rzeczpospolitej’, w wyniku której jeden z najlepszych dziennikarzy śledczych – Cezary Gmyz stracił pracę. I nie tylko on, więc o czystce można mówić i się mówi. Rzecz dotyczyła obecności czy braku trotylu na wraku samolotu ‚smoleńskiego’. 100 % dowodów nie ma, ale musiało go być niemało skoro część redakcji ‚wysadzono w powietrze’. Padają mocne słowa – sąd kapturowy, wilczy bilet, zamach na wolność słowa. Ich moc w pełni uzasadniona.

Nawet środowiska akademickie (przynajmniej niektóre) stanęły na wysokości zadania protestując przeciwko tej czystce. Dziennikarze przypominają także wcześniejsze rozprawy z niepokornymi dziennikarzami. Nie było ich mało. Widać, że świat władzy niepokornych dziennikarzy chce trzymać za twarz. Dobrze, że jest reakcja. W końcu dziennikarze są od tego żeby reagować i patrzeć na ręce władzy aby się nie wynaturzyła zbytnio.

Gorzej jest i było w świecie akademickim, który nie lubi niepokornych a lubi swój żywot (często nędzny) spędzać w podręcznych strusiówkach (z głową w piasku) aby nic nie widzieć, nic nie słyszeć, nic nie rozumieć, na nic, a w szczególności na czystki akademickie, nie reagować. I mimo transformacji jest to cecha stała, po prostu atrybut środowiska do tej pory nieoczyszczonego.

Tak naprawdę to to środowisko zostało oczyszczone, tyle że negatywnie, bo oczyszczono je z elementu niepokornego, co skutkowało wzmocnieniem elementu pokornego, strusiówkowego, rzec by można. Trudno się dziwić zatem, że to środowisko na czystki w swoim środowisku reaguje poprzez głębsze schowanie głowy w podręcznej strusiówce.

O czystkach akademickich u schyłku PRL, które doprowadziły do takiego katastrofalnego dla nauki w III RP oczyszczenia, nikt nie chce słyszeć. Najtęższe głowy akademickie nie są w stanie tego procesu/procederu zbadać. Widocznie głowy, choćby najtęższe, jeśli są pogrążone w podręcznych strusiówkach, do niczego się nie nadają.

Mimo, że dokonywano czystek na sądach kapturowych, wydając wilcze bilety (ważne i w III RP) – cisza o tym jak makiem zasiał. No chyba, że jakiś hunwejbin, nieudacznik rzecz jasna, ciszę zakłóca. Wtedy głowy z podręcznych strusiówek się wychylają, przeciwko zakłócaniu ciszy odważnie protestują.

Takie reakcje bywają i w świecie dziennikarskim, ale jakieś protesty przeciwko takim protestom inni dziennikarze organizują, w mediach nagłaśniają.

Świat akademicki jest bardziej skonsolidowany, odporny na zakłócenia ze strony elementu pozastrusiówkowego, na ręce władzy nie chce patrzeć, woli swoje ręce umywać, aby się nie odróżniały, sumienia nie niepokoiły. Wynaturzenia władzy zatem nie maleją, lecz wzrastają, skorelowane w czasie ze wzrostem utytułowienia/utytłania kadry strusiówkowej.

Niektórzy alarmują – to głównie z powodu upadku uniwersytetu upada nasze państwo. Czystki swoje zrobiły. Akademickim mieszkańcom Tuskolandu to nie przeszkadza, bo to oni są beneficjentami czystek. No a jak państwo upadnie, to w końcu świat na państwie polskim się nie kończy. Nihilizm oczyszczonych negatywnie nie ma żadnych granic.

Niepoprawne radio

Blog:Józef Wieczorek – Negatywnie oczyszczeni wobec czystek

Uniwersytety do likwidacji ?

Uniwersytety do likwidacji ?

W ostatnich latach był urodzaj na uniwersytety. Sejm pracował pełną parą, ale nie nad zmianami systemu nauki i edukacji, lecz nad zmianami nazw uczelni. Szkoły wyższe są już w zaniku, bo zastąpiły je akademie i uniwersytety, ale jednocześnie jak słyszymy, że poziom nauki i edukacji -spada ! Widać zmiana nazwy uczelni nie zmienia jej poziomu. Ciekawe dlaczego ?

Jak do tej pory nie zauważono, że nie ma korelacji między ilością uniwersytetów a poziomem wykształcenia spoleczeństwa, ani miejscem Polski na mapie naukowej świata. Nie zauważono też że wzmożone opatrywanie obolałych członków społeczności akademickiej – doktoratami, habilitacjami i profesurami jakoś nie przekłada się na poziom uczelni. Jesteśmy potęgą hablitacyjną, ale jednocześnie mizerią naukową i nie zanosi się aby coś w tej materii miało się zmienić.

Skoro motywacją są tytuły, więc ludzie je robią Gdyby zmieniono tak system aby motywacją byla nauka i edukacja na najwyzszym poziomie to bylaby szansa aby wyjść z obecnej zapaści, ale obecnie głownym problemem jest utrata nazw przez wiele nowych uniwersytetów . Jakie to ma znaczenie dla poziomu nauki w tych uczelniach – żadne.

Od nazwy poziom się nie podnosi, ani nie obniża.Trzeba na uczelniach zatrudniać ludzi, którzy mają motywację do nauki i edukacji, ale na taką zmianę systemu nie ma zgody. I tu jest pies pogrzebany.