Wielki powrót wielkiego wygnańca

Wielki powrót wielkiego wygnańca

Gdy wpisuję w wyszukiwarce Google „wygnaniec”, pokazują się liczne informacje o Zygmuncie Baumanie, a to ze względu na ukazanie się niedawno na rynku księgarskim książki „Wygnaniec” Artura Domosławskiego. 

Tak został określony jeden z instalatorów systemu komunistycznego w Polsce, oficer Informacji Wojskowej, polujący na żołnierzy podziemia niepodległościowego, a następnie robiący karierę naukową na Uniwersytecie Warszawskim. Po Marcu ’68, jak wielu instalatorów komunizmu, stracił co prawda pozycję na UW, ale uniknął odpowiedzialności za swoje czyny i zyskał możliwość pracy naukowej w tzw. wolnym świecie. W wolnej Polsce powracał do kraju i nie był szykanowany, stąd uznanie go za wygnańca może budzić sprzeciw, mimo dużej liczby rekordów na Google.

Taki status, i to zasadny, zachowany do dziś, ma pierworodny syn Bolesława Krzywoustego Władysław II Wygnaniec, który po porażkach w walce o dominację w Polsce piastowskiej pozostawał do końca życia na wygnaniu.

Takiego statusu na Google nie ma Jan Czochralski, wybitny, światowej sławy przedwojenny naukowiec i odkrywca, zwany ojcem elektroniki, po wojnie wygnany z Politechniki Warszawskiej, po fałszywym oskarżeniu o kolaborację z Niemcami.

Nie miał dyplomów, klasycznego wykształcenia uniwersyteckiego, ale był geniuszem i ten geniusz wykorzystał, najpierw pracując w Niemczech, a następnie sprowadzony przez prezydenta Mościckiego w Niepodległej Polsce. Był potrzebny w kraju. Mógł robić karierę u Henry’ego Forda, ale wybrał biedną Polskę i dla niej pracował na Politechnice Warszawskiej, jako profesor ze względu na swoje osiągnięcia.

W dzisiejszej Polsce bez dyplomów nie miałby żadnych szans na karierę akademicką, gdy miernoty z dyplomami mają nie tylko szanse, ale osiągają nawet szczyty akademickiej hierarchii. Jan Czochralski był bogatym człowiekiem dzięki swoim wynalazkom, wspierał studentów stypendiami, współfinansował wykopaliska w Biskupinie.

Podczas okupacji, za zgodą władz podziemnych AK, miał możliwość pracy „u Niemców”, dzięki czemu dawał schronienie konspiratorom, ratował przedwojenne wyposażenie uczelni, współpracował z podziemiem przy analizie części rakiet V1 i V2.

Po wojnie aresztowany za rzekomą współpracę z okupantem spędził pół roku w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim, ale został uniewinniony przez prokuraturę. Mimo to, przez władze Politechniki Warszawskiej przestał być uważany za profesora, stracił stanowisko i tytuł doktora honoris causa.

Został wypędzony z uczelni i resztę życia spędził w rodzinnej Kcyni, zajmując się produkcją pasty do butów i płynu do trwałej ondulacji. Prześladowany przez UB, zmarł po rewizji na zawał serca i spoczywał w grobie bez nazwiska, całkiem wymazany z polskiej przestrzeni publicznej jako ojciec światowej elektroniki.

Przez lata mało kto wiedział, jakiego geniusza miała Polska. Nawet na konferencjach naukowych nie można było wygłosić referatu o jego odkryciach („zasługa” m.in. prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego, budowniczego Polski Ludowej) ani publikować życiorysu. Subkultura wymazywania działała perfekcyjnie. Przez lata III RP sytuacja wygnanego – także z pamięci – niewiele się zmieniła, a dużą rolę w tym odegrał współtwórca Solidarności na PW dr Zygmunt Trzaska-Durski.

Jak zwykle, w środowisku akademickim animozje personalne i konflikty nakładają się na politykę kadrową i „pamięciową”, nawet przez kolejne pokolenia.

Dopiero po śmierci opozycjonisty, zmianie klimatu środowiskowego i politycznego, podjęto wyjaśnienie sprawy wygnańca, co skutkowało odnalezieniem dowodów na współpracę Czochralskiego z AK i jego rehabilitacją przez władze PW. Właściwie to władze PW siebie tym aktem zrehabilitowały, po 66 latach podtrzymywania swoich nieuzasadnionych i szkodliwych dla nauki oskarżeń. Gdyby nie został wygnany, Polska mogłaby mieć drugiego naukowego noblistę.

10 lat temu, w czerwcu 2011 roku, nastąpił wielki powrót wielkiego wygnańca – niestety dopiero pośmiertny – na Politechniką Warszawską i do pamięci Polaków. Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2013 Rokiem Jana Czochralskiego.

Od tego czasu odbywają się sesje poświęcone jego dokonaniom, szkoły przyjmują go za swego patrona, IPN popularyzuje sylwetkę i osiągnięcia Jana Czochralskiego wśród gigantów nauki.

Trzeba mieć jednak na uwadze, że nie wszystkie uczelnie są zdolne do weryfikowania swoich czynów, zakłamują swoją historię, wymazują tak ludzi, jak i fakty, niszczą/zamykają archiwa, aby tylko prawda nie wyszła na światło dzienne.

A prawda sama się nie obroni, wygnańcy sami nie wrócą do pamięci

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  16 czerwca 2021

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Po raz kolejny mój tekst nawiązuje do twórczości jednego z doskonałych w polskiej domenie akademickiej – profesora doktora habilitowanego Bogusława Śliwerskiego. Profesor dzięki swojemu blogowi „pedagog” funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako swoisty holotyp (okaz typowy) doskonałego profesora, ukazując jego cechy, mimo mankamentów, nader trudne do udoskonalenia. (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET”, kwiecień 2020 r., O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości, „Kurier WNET”, listopad 2020 r., Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? „Kurier Wnet”, kwiecień 2021 r.)  

Na okoliczność ukazania się mojej książki „Plagi akademickie”, na ogół pomijanej w środowisku akademickim, profesor na swoim blogu  wziął pod swoją lupę nie tyle książkę, co moją nic nie znaczącą w domenie akademickiej osobę. (https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html)

 To zdumiewające, bo inni, mniej lub bardziej doskonali, do mojej działalności, jak i osoby stosują kulturę (raczej subkulturę) unieważniania/kasowania/wymazywania/ewaporacji.

Jak można sądzić, profesor zapoznał się przynajmniej częściowo z moją książką, którą chyba zakupił, bo pisze o rzekomo wygórowanej jej cenie (może ją zakupił w Polonia Bookstore Chicago, gdzie jest oferowana za   $23.85, zamiast kilkakrotnie taniej np. w sklepie Gazety Polskiej) przy okazji wątpiąc, że została ona wydana pro publico bono.

No cóż, naszym etatowym profesorom, podobno na głodowych pensjach (jednofunkcyjni zarabiają jedynie ok. 10 tysięcy, a wielofunkcyjni – tylko kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie) w głowie się nie mieści, że ktoś bezetatowy, wyklęty z domeny akademickiej, może w interesie publicznym wydać książkę i to w trosce o uniwersytet, o doskonałych, choć biednych profesorów.

Subkultura unieważniania

Niestety doskonały profesor nie podjął się merytorycznej, krytycznej analizy moich „obrazoburczych” tekstów, o co się wielokrotnie do gremiów akademickich zwracałem, tylko skoncentrował się na dyskredytowaniu mojej osoby. Jest to metoda doskonale mi znana od dziesiątków już lat, kiedy wyborowi akademicy, a czasem gremia anonimowe, dokonywały „rozstrzeliwania” – i to z dział największego kalibru – mojej osoby (na ogół pudłując, stąd jeszcze jestem obecny, choć trudno im to znieść) nie podejmując nawet polemiki merytorycznej z moimi tekstami, siłą rzeczy niedoskonałymi, ale poddawanymi osądowi bardziej doskonałych.

Przecież autor może popaść w niczym nie uzasadnione zadufanie, jeśli setki tekstów – o ważnych problemach świata akademickiego – poddawane są tylko subkulturze unieważniania bez podania nawet przyczyny. Natomiast ciosy doskonałych akademików, raz za razem, są kierowane na korpus autora, i to poniżej pasa. W boksie uważnym za sport nieraz brutalny, to bijący poniżej pasa jest dyskwalifikowany i przegrywa, ale w naszej autonomicznej domenie akademickiej jest na odwrót. Kto jak kto, ale profesor może bić poniżej pasa, a jakby mniej utytułowany krzyknął lub choćby pisnął z bólu, musi się liczyć z dyscypliną i potępieniem. Standardy feudalne przetrwały u nas przez wieki i żadne burze dziejowe, transformacje, reformy, tego nie zmieniły.

Powszechnie wiadomo, że aby merytorycznie dyskutować czy oceniać, trzeba z tekstem (i okolicami) się zapoznać ze zrozumieniem, poddać  refleksji i analizie oraz coś sensownego napisać, aby przekonać innych o swej słuszności. Niestety takie umiejętności są w zaniku, także u doskonałych profesorów.

W ramach swej pedagogicznej i doskonałej metodologii profesor unieważnił moje badania pisząc „Po doktoracie nie prowadził już badań naukowych, skoro nie uzyskał stopnia naukowego doktora habilitowanego.” Nie przejmując się faktem, że po doktoracie, mimo panowania „lockdownu” Jaruzelskiego, aż do wieku XXI prowadziłem więcej badań niż do doktoratu. Ta działalność objęta u nas subkulturą wymazywania, prowadzona była głównie w konspiracji (także w III RP!), poza finansowanymi projektami, ale jednak znana nawet na innych kontynentach.

Co więcej, niektórzy zauważali, że nie mając etatu akademickiego, publikowałem więcej niż na etacie. Taktownie nie zauważali, że jest to oczywisty rezultat wydostania się poza zasięg „maczug” profesorskich, poza możliwość blokowania lub poboru mojej działalności intelektualnej na ich konto (w ramach dostaw obowiązkowych). Nawet dostęp do komputera był blokowany, a służył innym do „badania” pasjansów, a nie do pisania prac naukowych. Okazało się, że człowiek wolny, nawet niefinansowany, może zrobić o wiele więcej, niż człowiek zniewalany, szczególnie w domenie akademickiej!

Oczywiście moje prace nie przechodziły przez ręce doskonałych profesorów od tytułów (chyba nigdy by się nie ukazały), lecz były przekazywane bezpośrednio do redakcji naukowych, także zagranicznych. Tak się składa, że jako geologa, najlepiej moje prace merytorycznie ocenia Matka Ziemia i są tego rezultaty o dużej wartości społecznej, gdy prace oceniane wysoko przez „profesorów” nieraz trzeba wrzucać do kosza.

Faktem jest jednak, że to co zrobiłem, to najwyżej kilka procent tego, co mogłem zrobić w normalnym systemie akademickim.

Profesor autonomiczny wobec prawdy i faktów

Prof. Bogusław Śliwerski, mimo że ukończył pedagogikę i jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej (wcześniej CK), wypisuje na mój temat zupełne niedorzeczności, niemal całkowicie niezależne od prawdy i faktów. Mimo skasowania mnie w domenie akademickiej, można znaleźć o mnie podstawowe informacje, chociażby na moim – znanym profesorowi- „blogu akademickiego nonkonformisty” (w zakładce Autor). Może profesor dokonuje manewrów omijania prawdy, aby przygotować pole do swoich dyskredytacji.

Doskonały profesor zarzuca mi, że zapomniałem o składanej przysiędze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, której treść w języku łacińskim taktownie przytacza w swoim tekście. Wykazał się znajomością faktu, że jestem doktorem, ale nie pofatygował się sprawdzić jakiej jednostki naukowej.  Otóż doktorat nadała mi Polska Akademia Nauk, a nie UJ, a ponadto nie składałem nikomu przysięgi doktorskiej. Widocznie w PRLowskiej nauce panował taki bałagan, że tego ode mnie nie wymagano, dając mi wówczas swobodę mojej działalności, tak naukowej, jak i społecznej, bez uwiązania ideologicznego/instytucjonalnego. Dyplom odebrałem po dłuższym czasie, bo był potrzebny etatowym biurokratom do bezterminowego zatrudnienia na UJ.

Tym niemniej, zgodnie z tym co inni przysięgali a nie zawsze realizowali, zawsze i wszędzie starałem się postępować godnie i w miarę swych sił i możliwości – a nawet ponad siły – wspierałem UJ. Wszędzie, gdzie to możliwe, i czynię to do dnia dzisiejszego, mimo wypędzenia mnie z uczelni przez tajną (do tej pory!) grupę przestępczą, wprowadzającą w życie dyrektywy grupy przestępczej o charakterze zbrojnym pod wodzą Wojciecha Jaruzelskiego. A doskonały profesor bajdurzy: ”uczelnia przytuliła go do siebie..”  Przez nikogo nie przytulony wydałem książeczkę – Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego. W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych, czyli jak zło dobrem zwyciężać– fakt, że tylko w pdf, a nie na papierze, ale za to dostępną za darmo w sieci –https://blogjw.wordpress.com/w-trosce-o-uniwersytet-i-prawde/. I nadal jestem na uczelni persona non grata.

Do czasu wypędzenia w 1987 r. wykonywałem obowiązki samodzielnego pracownika nauki, co stwierdzała – zgodnie z prawdą – Rada Naukowa Instytutu Nauk Geologicznych UJ na początku 1980 r. Potem jednak nastąpił okres czystek akademickich, okres post-prawdy i post–historii, a najtęższe głowy historyczne do tej pory nie zdołały w historii UJ zidentyfikować ani systemu komunistycznego, ani przewodniej siły narodu, ani stanu wojennego. Ja zostałem skasowany, moja działalność wspierająca UJ – wymazana, a materiały archiwalne – uległy ewaporacji.

Mimo, że w ramach projektu UJ „Pamięć uniwersytetu” udzieliłem ok. 6 godzinnego, filmowanego wywiadu, przekazałem w darze ekipie dokumentalistów telewizor marki Sony, aby wesprzeć biedny uniwersytet na drodze dociekania prawdy, nic z tego materiału do dziś nie ujawniono. Zmieniono statut UJ, aby nauczający profesorowie nie mieli obowiązku poszukiwania prawdy wraz z nauczanymi studentami i prawdy do dziś nie poznaliśmy. Nikt nie ma zamiaru jej poznać (moje usiłowania w tej materii dokumentuję na stronie https://nfapat.wordpress.com/).

Co z tego, że ja starałem się postępować godnie, a broniący mnie studenci i wychowankowie ostrzegali władze UJ, że takie metody jakie stosują wobec mnie, nie wprowadzą uczelni godnie w wiek XXI.  I godność jagiellońskich akademików nie zdołała przekroczyć progu wieku XXI, choć próg ten przekroczyli rozmaici doskonali profesorowie, zadowoleni, że kodeks honorowy Boziewicza na naszych uczelniach nie obowiązuje. 

„Socjalistyczny geolog” czy element antysocjalistyczny?

Profesor nazywa mnie „socjalistycznym geologiem”, nie definiując tego neologizmu, którego nie mogę znaleźć w sieci. Co prawda znalazłem materiał „Geologia inżynierska w służbie budownictwa socjalistycznego”, ale to nie moja specjalizacja, a ja jako element antysocjalistyczny zostałem wyklęty spośród budowniczych tego najlepszego z ustrojów, którego zdaje się profesor jest beneficjentem (socjalistyczny pedagog?). Nie zostałem asystentem na Uniwersytecie Warszawskim, którego jestem absolwentem, bo się nie zhańbiłem przynależnością do ZMS i nie mogłem należycie, socjalistycznie  oddziaływać na młodzież akademicką, a po 11 latach wspierania Uniwersytetu Jagiellońskiego  w formowaniu młodej kadry akademickiej (który z profesorów uformował w tym okresie lepszych?), z czym ci na etatach profesorskich nie dawali sobie rady, zostałem wypędzony, jako element niereformowalny, negatywnie oddziałujący na młodzież akademicką.

Ta podnosiła, że uczyłem ją myślenia i to krytycznego, oraz nonkonformizmu naukowego.  Gdyby te moje nauki wdrożono w życie, to bezmyślny, konformistyczny socjalizm upadł by całkowicie, a nie tylko medialnie. Domena akademicka nie mogłaby się składać z takich doskonałych profesorów i przez nich formowanych/akceptowanych, którzy merytorycznej dyskusji/krytyki nawet nie są w stanie podjąć, koncentrując się na zadawaniu ciosów poniżej pasa i samokompromitacji.

Darmowy doktorat, bez wspierania gangów lipnych dyplomów

Doskonały profesor zarzuca mi, że w PRL dostałem darmowe wykształcenie, a nawet stopień naukowy doktora mam za darmo, wcielając się swoją argumentacją chyba w członka KC, choć sam – zdaje się – był tylko członkiem CK. Nie podał przy tym kosztów/strat jakie poniósł PRL z tego powodu, a chyba były wielkie, skoro PRL zbankrutował, przestał istnieć, a ja nadal istnieję i nadal się kształcę, jak w PRL, bez dotacji.

Wiele z tego kształcenia, finansowanego w PRL z drenowanej kieszeni obywatela (nie mówię z podatków, bo takowych, jak pamiętam, w PRL formalnie nie płaciłem) musiałem się oduczyć, co sporo mnie kosztowało, może nawet więcej niż nauka szkolna i uniwersytecka.

Nawet dyplom doktorski mam darmowy, bo nie wspierałem gangów lipnych dyplomów, które funkcjonują od lat, nieraz przy współpracy etatowych kadr akademickich. Posiadacze lipnych dyplomów nie są traktowani jako persona non grata na naszych uczelniach, a czasem są   kierowani przez doskonałych profesorów do nominacji profesorskich. Tym sposobem gangi od lipnych dyplomów nie upadają nawet w czasach bezrobocia, ale nienawidzą tych, którzy nie dają im zarobić i piszą prace samodzielnie.

Na moim dyplomie nic nie zarobili, także profesorowie, choć po doktoracie byłem obligowany do dostaw obowiązkowych – nie dostaw płodów rolnych, które funkcjonowały w PRL, tylko płodów intelektualnych, co moim zdaniem rujnowało i rujnuje naukę w Polsce, bo jak wiadomo – kradzione nie tuczy!

W rezultacie mamy lipne kadry, w niemałym stopniu oparte na lipnych dyplomach, a profesorowie -z samego wierzchołka góry lodowej naukowej nieuczciwości – plagiatują, mniej lub bardziej, takich jak ja, skasowanych w domenie akademickiej. Sytuacja jest nadzwyczaj jasna. Skoro mnie określi się jako zero, to plagiatujących mnie profesorów, nawet z samych szczytów, trzeba określić jako „mniej niż zero” – nieprawdaż?

Bezradny wobec plag akademickich

Doskonały profesor wykosztował się na moje „Plagi akademickie”, ale nie zdołał napisać ich recenzji. Nawet nie wiadomo, ile z tego zrozumiał/przemyślał/rozważył/przetrawił. Widocznie temat za trudny, niestrawny, choć – moim zdaniem- dla doskonałych analizowanie/recenzowanie takich tekstów, to winien być chleb powszedni.

Gdyby student, na moim seminarium, przedstawił taki tekst, nie miałby szans na zaliczenie. Niektórzy o moich wymaganiach wiedzieli i woleli zaliczać u etatowych profesorów. Szli na łatwiznę. Można sądzić, że pan profesor jest w czepku urodzony, bo nie musiał u mnie zaliczać. O karierę byłoby ciężko.

Łatwiej przychodzi profesorowi rozprawianie się, i to niemiłosierne, z maluczkimi, tj. nie tak jak on utytułowanymi. Czy to nie jest grzeszne jak na profesora postępowanie? Zamiast doskonalić innych, stara się ich „dołować”/unieważniać, aby okazać wyższość i poprawić swoją ważność. W swym tekście przekroczył granice etyczne, merytoryczne i metodologiczne, jakie winny obowiązywać każdego profesora, nie tylko doskonałego.

Dobrze by było, aby w ramach ekspiacji zobowiązał się do sfinansowania kolejnych tomów „Plag akademickich”, najlepiej do bezpłatnego rozprowadzenia ich wśród biednych akademików. Domena akademicka jest wysoce niedoskonała i trzeba znać jakie plagi ją degradują, aby wiedzieć jak ją poprawić na pożytek Polski i Polaków. Póki co społeczeństwo, które zaczyna się orientować, że z profesorami jest coś nie tak, w rankingach prestiżu zawodowego wyżej ceni strażaków niż profesorów. Trudno się dziwić. Bez strażaka można pójść z dymem, a bez profesora można żyć długo i szczęśliwie. Wiele jest przykładów profesorów, których ulubionym zajęciem jest zatruwanie życia innym i wtedy szanse na życie szczęśliwe i długie są żadne.

Takich trzeba przenosić w stan nieszkodliwości, co już na łamach Kuriera WNET postulowałem (a wcześniej, jeszcze w epoce „jaruzelskiej” po doświadczeniach z jagiellońskimi profesorami).

I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany Profesor Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, którego jedną z sentencji warto przypomnieć na okoliczność tyrad doskonałego profesora: „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w czerwcu 2021 r.

Świętowanie kryzysu uniwersytetu

Świętowanie kryzysu uniwersytetu


W Krakowie 11 maja obchodzono 75 lat istnienia Uniwersytetu Pedagogicznego, a 12 maja Święto Uniwersytetu Jagiellońskiego, który ukończył już 657 lat.


Uniwersytet Pedagogiczny (UP) przechodzi obecnie poważny kryzys finansowy i kadrowy, bo zwalnia pracowników, co się określa jako wielką czystkę, choć chodzi o przenoszenie starszych pracowników na emeryturę, a nie o wyrzucanie ich na bruk.

Szczególny lament wywołuje los prof. Janusza Majcherka, znanego znawcy relatywizmu w nauce i kulturze, który w 2009 r. był promotorem doktoratu honoris causa Adama Michnika, przeciwko czemu bezskutecznie protestowaliśmy. Majcherek interpretuje swoje odejście na emeryturę jako skutek swego nieposłuszeństwa wobec obecnej władzy, tworzącej podobno nowy front ideologiczno-polityczny dla umożliwienia zatrudniania innych/posłusznych, z klucza narodowo-katolickiego. Jakoś nie mogę znaleźć informacji o negatywnych reakcjach emerytowanego już profesora (i lamentowników), na polityczne czystki czasów „jaruzelskich”, kiedy wyrzucano na bruk, w sile wieku i intelektu, tych nieposłusznych, którym nie było pod drodze z przewodnią siłą narodu. Chyba chodzi o zastosowanie relatywizmu moralnego w subkulturze unieważniania w domenie akademickiej.


Co więcej, pedagogiczna „S” domaga się pozbawienia Adama Michnika, a także Henryka Jabłońskiego, miana doktora honoris causa UP. Ich honory uwiecznione są na wielkiej tablicy w budynku UP, wśród wielu innych zasłużonych dla utrwalania/nierozliczania komunizmu, a także tych, którzy nie zachowywali należytego dystansu wobec SB. Czystka doktoratów honorowych jest zatem daleko niewystarczająca. Jednak, jakby dla zabezpieczenia się przed ich redukcją, uczelnia przyznała ten zaszczytny tytuł prof. Andrzejowi Chwalbie (UJ), znanemu historykowi, mającemu jednak trudności z poznaniem własnej historii. Starając się przed laty o prezesurę IPN, nie ujawnił swojej przynależności do PZPR, może uważając ją za nieistotną na stanowisku w IPN. W mediach twierdził, że na UJ PZPR skończyła się wcześniej, tzn. przed medialnym upadkiem komunizmu, co wskazuje, że najnowszą historię traktuje raczej jako dzieje bajeczne. Chyba nikt (oprócz mnie) mu nie wypomina, że gdyby tak było, to za ekscesy czystek końca PRL autonomicznie odpowiadałyby władze UJ, a nie odpowiadają! Historycy i z tą kwestią sobie poradzili, usuwając czystki kadrowe (te realne) z historii UJ.


Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, znany także z kłopotów plagiatowych, na okoliczność „pokrzywdzenia” prof. Majcherka, wyraził jednak słuszne zdanie: „Uczelnia przypomina raczej winnicę, w której trzeba czekać czasami dziesiątki lat, aby zrodziła dobre owoce.” Szkoda, że go nie użył wobec czystek „jaruzelskich”, które w pełni tę sentencję potwierdzają, bo mimo upływu dziesiątków już lat ścięta winnica nie zrodziła dobrych owoców, stąd degradacja nauki w Polsce, nie tylko na UP, czy UJ.


Uwidacznia to m.in. euforia medialna w święto Uniwersytetu Jagiellońskiego, wobec zajęcia przez UJ najwyższego miejsca (bo w czwartej setce) spośród polskich uczelni w rankingu światowym. Media w tytułach taktownie nie podnoszą, że chodzi o ranking moskiewski, w którym UJ jest klasyfikowany o dwie setki niżej od uczelni syberyjskiej (Tomsk) i niżej od 5 malezyjskich uczelni, a podobnie jak uczelnia Tatarstanu (Kazań). To, co przygnębia, jest wynoszone do rangi świątecznego sukcesu (sic!).


Na swoje święto UJ – kryzysowy uniwersytet – wyróżnił tytułem profesora honorowego prof. Piotra Sztompkę, uznanego za „jednego z najwybitniejszych polskich humanistów i badaczy społecznych w całej historii polskiej nauki”, znawcę kryzysów uniwersyteckich.

Przed kilku laty profesor na okoliczność jubileuszu 650-lecia założenia UJ zorganizował jego główną imprezę – Kongres Kultury Akademickiej, po którym zawyrokował, że „’kryzys idei uniwersytetu wyraża się w dziesięciu fatalnych tendencjach”. Zareagowałem dziesięcioma polemicznymi tekstami, zgrupowanymi następnie w broszurę dostępną publicznie (w pdf.) pt. „Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką”. Profesor, pogrążony chyba w kryzysie, nie zareagował.

Z kultury akademickiej nic nie zostało, poza subkulturą unieważniania. Na tę okazję założyłem funkcjonującą do dziś stronę internetową „Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego – W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych” a teksty zebrałem w książeczkę o tym samym tytule. Skasowany na UJ w wyniku subkultury unieważniania, nadal działam na rzecz wysokiej kultury akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 26 maja 2021 r.