Założenia postępu w granicach możliwości

brygada-remontowa-b

 

Założenia postępu w granicach możliwości

( na marginesie reformy akademickiej)

 

Jeśli by ktoś się mnie zapytał czy projekt reformy szkolnictwa wyższego mnie satysfakcjonuje ? odpowiedziałbym – nie.

Jeśli by ktoś się mnie zapytał czy projekt reformy szkolnictwa wyższego należy wrzucić do kosza ? odpowiedziałbym – nie .

Obecna populacja akademicka została wyselekcjonowana w okresie kilkudziesięciu lat zniewolenia komunistycznego i 20 kolejnych lat zniewolenia post-komunistycznego.

Zniewolenie serc i umysłów tej populacji widać na każdym kroku, na każdym rogu, na każdym miejscu, czy to w prasie, TV czy w murach uczelni.

Niestety ogromna praca wykonana nad kształtowaniem nowego socjalistycznego i konformistycznego człowieka w niemałym stopniu się powiodła i to widać obecnie lepiej niż w okresie PRL. Wtedy nad kształtowaniem czuwały kadry PZPR i siostrzane, oraz SB, z rzeszami TW, KO itd. itp.

Dziś wcale te rzesze nie są potrzebne, a czuwanie ma miejsce. Wychodzi to taniej i skuteczniej.

Kolejne ustawy akademickie w Polsce Ludowej ograniczały autonomię uczelni tak, aby ta populacja akademicka była jak najlepiej dostosowana do potrzeb nowego systemu. Niby nie do końca się to udawało, ale chyba jednak w końcu się jednak udało w niemałym stopniu, może nie w formie planowanego systemu politycznego, ale w formie planowanego systemu deprawacji środowiska.

W okresie tzw. transformacji systemowej tego zdemoralizowanego systemu bynajmniej nie podniesiono na inny poziom etyczny i jak widać do dnia dzisiejszego beneficjenci tego systemu – członkowie PZPR , SB i TW i ich otoczenie mają się dobrze, a nawet znakomicie na uczelniach i nikomu niemal to nie przeszkadza, ale bardzo przeszkadza, gdyby ktoś im wytknął to co oni robili, skąd się wzięli i kogo wycieli, aby sami być tam gdzie są.

Ten system sam działa sprawnie i z dużą odwagą osobistą wykazywaną w tym względzie,  zarówno przez pracowników, jak i nowe rzesze studentów.

W obronie ofiar nikt palcem w bucie nie kiwnie, w obronie funkcjonariuszy zniewolenia – obrona wręcz heroiczna.

Od lat jest też wielki opór przed reformowaniem systemu. W pełni uzasadniony z punktu widzenia beneficjentów systemu, którzy chcą zachowania status quo i autonomii do zachowania systemu ukształtowanego w ramach naruszania autonomii uczelnianej.

Kto by chciał zlikwidować przywileje klik, sitw i nepotów – pójdzie na bruk, pod zarzutem naruszania autonomii akademickiej (do tworzenia klik, sitw, nepotyzmu – rzecz jasna, ale taki argument oczywiście nie pada).

Jak klika opanuje uczelnię, to minister nie ma prawa się w to wtrącać, a jedynie ma płacić klice na realizację klikowych interesów.

Minister daje pieniądze na stypendia – kilka daje je na remonty,  albo budowy.

Jak klika (np. partyjna) chciała kogoś niewygodnego wydalić, robiła to bez problemu i tak pozostało – autonomia do usuwania niewygodnych dla klik – pozostała. Tak samo jeśli chodzi o awanse.

Oczywiście przyjmowanie, wydalanie, awansowanie, degradowanie, powinno należeć do środowiska uczelni, ale nie może to być środowisko autonomiczne względem prawa, no i zwykłej przyzwoitości, a obecnie mamy do czynienia ze środowiskiem szczególnie zdeprawowanym i posiadającym na swój użytek ‚prawo’ jeszcze z PRL, a nawet prawo stanu wojennego, które czasem jest przedkładane nad Konstytucję III RP.

Minister nie ma nic do tego ! Minister ma tylko na to płacić !

Uczelnie promują dzieła, w których – aby wyrazić to językiem góralskim spopularyzowanym przez ks. Prof. J. Tischnera –   ‚gówno prowda’ dominuje nad ‚świentą prowdą’ i minister ma na to płacić!

Jak środowisko beneficjentów systemu jest zakochane w kłamstwie, to w tym kłamstwie może tkwić do końca i formować kolejne rzesze kłamców ? Przecież nauka to jest poszukiwania prawdy, więc kłamstwo nie powinno być finansowane z puli przeznaczonej na poszukiwanie prawdy !

Nie wiem czy taki ‚autonomiczny’ model uczelni jak u nas istnieje gdzieś indziej na świecie ? Może zatem walka o zachowanie obecnej ‚autonomii’ uczelnie to jednak hipokryzja.

Obecna autonomia uczelni, to przecież efekt naruszania autonomii w systemie totalitarnym, z pewnym jedynie retuszem. Beneficjenci systemu zniewolenia mają być autonomiczni, nawet od przyzwoitości, a ofiary – poza systemem, niezależni i też na swój sposób autonomiczni. Brak słów !

To tak jakbyśmy walczyli nie o demokrację sensu stricto, tylko o zachowanie demokracji socjalistycznej.

W planach reformy może bulwersować ‚zarządzanie poprzez scentralizowaną habilitację, ‚ czyli jakby zgodnie z planami politruków Polski Ludowej ( Włodzimierz Sokorski). Ale fakt, że o habilitacjach nie mają decydować politycy,  tylko uczeni, więc różnica jest zasadnicza.  Problem w tym,  jak tych uczonych się wyselekcjonuje do decydowania.

Ponadto może bulwersować zwiększenie roli Centralnej Komisji, która mimo zmian, tak bardzo jest zakorzeniona w systemie PRL. Fakt, że plany przejrzystości działań tego ciała to krok do przodu. Ale czy demokratycznie wybierana CK sprosta roli arystokratycznej ?

Jasne, że NFA postuluje znieść habilitację i znieść CK . Tak być powinno w ramach gruntownej reformy systemu. Ale na to nie ma zgody autonomicznego środowiska !

Aby zastąpić system sitwokratyczny, klikokratyczny – systemem demokratycznym, trzeba by wprowadzić na okres zmian – system autokratyczny. Na to się jednak nie zanosi.

Jest zatem problem – czy zostawić tak jak jest, czyli arcypatologicznie, czy zrobić jakiś ruch do przodu.

Zmiany w procedurze habilitacji, skoro musi zostać jako stopnień państwowy, idą w dobrym kierunku (oby nie został zmieniony pod presją), podobnie jak i z CK. Lepsze CK jawne, niż tajne !

Lepsza komisja ogólnopolska, czy międzynarodowa do oceny dorobku, niż klika lokalna, niemerytoryczna. Gdyby tak jeszcze wyeliminowano z komisji osoby nieetyczne. Niby to obowiązuje w całej nauce, ale jak jest – każdy widzi.

Walka z nepotyzmem zasługuje na uznanie. Obsadzanie etatów na podstawie jawnych konkursów – podobnież. Jawność dorobku – także. Otwarcie na Polonię akademicką – także.

To były i są zresztą postulaty NFA.

A więc reforma ma plusy dodatnie i byłoby lepiej,  aby to co obecnie mamy było zmienione jak najszybciej. Szkoda jednak, że nie ma szans na taką głęboką zmianę jaka jest w systemie akademickim konieczna.

Polska populacja akademicka

exodus

Polska populacja akademicka

Bronisław Wildstein znowu wrócił do pokazania środowiska akademickiego. Obraz przygnębiający chociaż dla mnie nic nowego. Tak samo to widzę i to od dawna, i podobne wnioski wysnuwam z tego obrazu. Zresztą wiem, że jest jeszcze gorzej i wiem to chociażby na przykładzie własnym, poszerzonym o przykłady innych. Tak ta kuchnia funkcjonuje.

PRL wyhodował posłusznych mieszkańców podręcznych strusiówek, którzy wychylają głowy z piaskownicy tylko wtedy, gdy trzeba bronić im podobnych. Spektakularne akcje na Uniwersytecie Toruńskim w obronie astronomicznych TW, czy  akcja obrony TW , szefa antylustratorów Uniwersytetu Śląskiego,   bardzo dobrze pokazują, że jak populacja ma jasny cel obrony sobie podobnych, moralnie zdeprawowanych, wtedy ma cywilną odwagę.

Jeszcze tylko jeden cel – zwiększenie nakładów na naukę , często pozorowaną, bez konieczności ujawniania wyników badań – może zmobilizować populację do odsłony oblicza.

Gdy chodzi o ofiary, wręcz mafijnych układów akademickich, nikt palcem w akademickim bucie nie ruszy, chyba że wyciągnie maczugę i dołoży swoje.

Akcje na rzecz radykalnych zmian systemu, aby był normalny i cywilizowany, nie cieszą się uznaniem, chyba że negatywnym.

Kto nie pasuje do systemu wypracowanego w ciągu długich lat PRL, odchodzi z systemu akademickiego, albo sam, albo jest wykluczany wbrew sobie.

Rzecznicy populacji jednak twierdzą, że ci co są na uczelni to – najlepsi z najlepszych , a ci co odeszli – to nieudacznicy, miernoty, którzy nie byli w stanie osiągnąć poziomu najlepszych (nie dodając przezornie, że chodzi o poziom deprawacji).

Jedynie na okoliczność heroicznej walki o zwiększenie dotacji z kieszeni moherowego podatnika słyszymy argumenty – nie dajecie szmalu, więc najlepsi odchodzą. Dajcie nam więcej szmalu – to my zostaniemy. Fakt, że najlepsi odchodzą, ale z różnych powodów, nie tylko finansowych.

Jasne jest też, że skoro najlepsi od lat odchodzą, to pozostają gorsi, przynajmniej od tych najlepszych. Jednak finansowanie gorszych nic nie zmieni, poza zubożeniem moherowego podatnika, bo po co finansować gorszych, którzy nie potrafią, a przede wszystkim nie chcą nikogo uformować, chyba że jeszcze gorszych od siebie, aby mieć dożywotnie zabezpieczenie swoich interesów ?

Na naukę trzeba więcej pieniędzy – jak najbardziej ! Ale chodzi o to aby finansować naukę – a nie pozorantów, konstruktorów – a nie destruktorów nauki, ludzi z etosem – a nie oportunistów, konformistów, serwilistów, bez etyki, bez twarzy, z maczugami w kosmatych łapach.

Skoro jest mało pieniędzy na naukę, to chyba należałoby finansować tych co potrafią coś pożytecznego dla nauki robić. Jeśli ktoś ma większe osiągnięcia bez finansowania – od wielu z tych co są finansowani – to skoro by dostał dofinansowanie zrobiłby wielokrotnie więcej, bo ma etos i potrzebę robienia czegoś pozytywnego.

Wielokrotne zwiększenie finansowania tych co pozorują naukę, organizują działania operacyjne dla zniszczenia innych naukowców i ich warsztatów pracy, nie poprawi stanu nauki, tylko go pogorszy, bo niszczenie będzie bardziej efektywne.

To nie są jakieś halucynacje. W latach 90-tych, kiedy na ziemiach polskich nie było od dawna okupantów niemieckich, a ostatnie jednostki okupanta sowieckiego opuszczały nasze terytorium, ja wywoziłem poza Kraków z najstarszej polskiej uczelni moje zbiory naukowe, aby je uchronić przez ostateczną dewastacją.

Zatrudnieni na uczelni (finansowani, mimo biedy na uczelniach) tak intensywnie szukali prawdy, że nic co było ze mną związane nie miało się ostać !

Nie do końca te zbiory zniszczono. Może im pieniędzy zabrakło. Ale gdyby zwiększyć finansowanie na ich działalność,   to by i z dalszą dewastacją sobie poradzili.

Żadnego protestu, żadnej audycji TVP, żadnego listu otwartego ( który i tak zapewne by nie został otwarty) . Widocznie to drobiazg. Jak Hans Frank niszczył – to była dewastacja. Jak niszczą nasi wybitni poszukiwacze prawdy – to jest to ochrona nauki przed elementem niepożądanym (dla nich !). A trzeba pamiętać, o tym, że to co przetrwało jakoś Hansa Franka, nie przetrwało krajowych organizatorów życia naukowego, w każdym razie w akademickim – CK Krakowie.

Tak działa polska populacja akademicka domagająca się zwiększenia finansowania na swoje działania.

O marginalizacji listów otwartych

prasa_akademicka

O marginalizacji listów otwartych

Listy otwarte krążą ostatnio w przestrzeni publicznej, także w przyjaznej dla otwartości – cyberprzestrzeni. W końcu mamy demokrację, i to nie ludową ! a cyberprzestrzeń jest wręcz arcydemokratyczna, z wszelkimi plusami i minusami takiej demokracji.

W czasach demokracji ludowej też było kilka listów otwartych, co powodowało, że system się czasami chwiał, nie tylko po spożyciu żytniej.

Podpis to była wówczas odwaga osobista, bo np. występując o zwiększenie ilości papieru na książki, można było zostać pozbawionym nie tylko papieru toaletowego, ale i kontaktu z ochranianym dla bezpieczeństwa systemowego – społeczeństwem.

Dziś mówi się, że odwaga staniała. Nie do końca tak jest.

Nawet jak w stanie wojennym organizowałem protest przeciwko wyznaczaniu przedstawicieli przez panią Dziekan, posługując się przy tym słownikiem języka polskiego (bidula nie rozróżniała znaczenia podstawowych słów) podpisało się 70-80 % populacji w obronie której list wysmażyłem ( bez użycia patelni, bo i takiej nie miałem).

Dziś  podpisów -choćby promila  populacji akademickiej – nie da się zebrać. Raz pod listem, NFA podpisało się aż 200 osób, ale głównie Polaków zagranicznych, bo miejscowi wybierają jak zwykle miłą ich głowom podręczną strusiówkę.

Mimo kryzysu, zaopatrzenie populacji akademickiej w podręczne strusiówki – nie spadło !

Ale nie we wszystkich kwestiach jest tak samo. Ostatnio jak dokonano jednego z największych odkryć nauki polskiej tzn. odkrycia astronomii donosicielskiej na ziemi Kopernika , zaraz odezwały się głosy aby odkrywców wydalić, a donosicieli zostawić.

Dla obrony dyrektora astronomów, też w randze wieloletniego współpracownika, bez trudu  i znoju, w krótkim czasie zróżnicowana od studenta do profesora i niezbyt liczna populacja astronomiczna ( i okoliczna) zebrała ponad 200 podpisów, czym pobiła bez trudu rekord NFA ( ten w sprawach odnoszących się do ponad 2 milionowej populacji akademickiej).

Nie słyszałem natomiast aby powstał jakiś list otwarty w obronie jakiegoś naukowca, który nie chciał być współpracownikiem,  czy towarzyszem. Takich co najwyżej dobija się maczugami, jako permanentnych nieudaczników. Jak głosił jeden z rektorów, zarejestrowany tajnie tam gdzie nie ma ewangelicznej prawdy – na uczelniach nie ma miejsca dla nieudaczników. Jemu się udało, tak jak i większości współpracowników i towarzyszy, więc nadal funkcjonuje na uczelni i to w randze autorytetu, a frajerami nie ma co się zajmować.

Skoro mogli a nie chcieli, to niech teraz chcą jak już nie mogą . Ich sprawa (nieudaczna).

List otwarty NFA w sprawie niemerytorycznych ocen pracowników nauki podpisało do tej pory 30 osób i to wliczając w to tych,  co z płatnej pracy naukowej zostali wyrejestrowani,  jak się okazało, że do do populacji hołubiących niemerytoryczne ocenianie nie należą i nie rokują nadziei aby kiedykolwiek mogli należeć.

Okazuje się, że przeszło dwumilionowa populacja akademicka (trzeba w to przecież wliczyć także brać studencką) woli być oceniana niemerytorycznie.

Chyba mają rację, bo jakby przyszło do oceny merytorycznej to jaki procent, czy raczej promil, z tej populacji by się ostał na garnuszku moherowego ( i nie tylko moherowego) podatnika ?