O doskonałości pedagoga przed jubileuszowym zjazdem pedagogów

Kurier WNET

Józef Wieczorek

O doskonałości pedagoga przed jubileuszowym zjazdem pedagogów

Jeden z nielicznych koryfeuszy nauki polskiej, prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, prowadzi od lat blog Pedagog, i to nadzwyczaj systematycznie. Co dzień jeden tekst, także w soboty i niedzielę. Bez wytchnienia. Doprawdy imponujące, tym bardziej, że jednocześnie jest profesorem Uniwersytetu Łódzkiego, profesorem kontraktowym w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie [imponujący ilościowo wykaz działalności naukowej na stronie uczelni] i od lat bryluje w sektorze nadawania stopni i tytułów naukowych jako osoba odpowiedzialna za ich wartość.

Sylwetka niemal doskonała

Profesor był członkiem Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów, a od czerwca tego roku jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej, która za nadrzędny swój cel ma ‚trzymanie poziomu’ [Prof. Grzegorz Węgrzyn w Forum Akademickie, 7/8, 2019]. W CK znajdował się w czołówce pisarzy recenzji habilitacyjnych, co chyba nie było korzystne dla utrzymania należytego poziomu naukowego, o czym świadczy spadek poziomu prac habilitacyjnych.

Co więcej, jak oznajmia na swoim blogu, jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Studia z Teorii Wychowania”, członkiem rad naukowych czasopism pedagogicznych: „Litera Scripta Journals”,„The New Educational Review”,„Rocznik Pedagogiczny KNP PAN”,„Chowanna”, „Przegląd Pedagogiczny”, „Forum Oświatowe”, „Auxilium Sociale Novum”, „Ars Educandi”, „Wychowanie na co Dzień”, „Problemy Wczesnej Edukacji” i „Horyzonty Wychowania”, z czym wiąże się na ogół znaczna praca recenzencka.

Ponadto ostatnio wydał: Książki (nie)godne czytania Kraków, 2017, Meblowanie szkolnej demokracji (Warszawa 2017), Habilitacja. Diagnoza. Procedury Etyka. Postulaty (Kraków 2017), Harcerstwo źródłem pedagogicznej pasji (Kraków 2016); Edukacja (w) polityce – polityka (w) edukacji. Inspiracje do badań polityki oświatowej (Kraków 2015); Diagnoza uspołecznienia publicznego szkolnictwa III RP w gorsecie centralizmu (Kraków 2013); Pedagogika ogólna. Podstawowe prawidłowości (Kraków 2012).

Zamieścił je w sektorze „Ulubione książki” , co najlepiej świadczy o tym, że lubi to co robi ! Chociaż szkoda, że nie ujawnił czy lubi jakiekolwiek książki innych autorów.

Także cenzor doskonały

Aby zdobyć siły na taką aktywność, trzeba czasem wypocząć i profesor oznajmił na blogu, czego nie napisze ze względu na urlop, przerywając blogowanie od początku lipca do końca sierpnia. Jednocześnie informuje „Zapewne zmartwią się moją nieobecnością w sieci hejterzy, faryzeusze, cynicy, hipokryci czy pozorni sojusznicy mojej aktywności społeczno-oświatowej, gdyż nie będą mieli „paliwa” do swoich toksycznych manipulacji, podwieszania się pod moje wpisy, by wyłudzać czytanie ich postmodernistycznych wyziewów w Internecie czy lokalnej prasie.” demaskując istnienie jakiś bliżej nieokreślonych sił naruszających tak bardzo potrzebny błogostan pana profesora. Niewątpliwie zamknięcie na okres wakacyjny swoistej stacji paliwowej może prowadzić do obezwładnienia potencjalnego przeciwnika, którego profesor jednak nie ujawnił.

Zaatakował anonimowego czytelnika bloga:

„Zmartwi się wyemancypowany teoretyk wychowania, który już zapomniał o swojej aktywności w PZPR na Uniwersytecie Śląskim. Zapewne schował głęboko w domowej szafie Odznaczenie im. Janka Krasickiego, by przygotowywać swoje kolejne publicystyczne „szczucie” na tych, którzy wywołują w nim zawiść, a może i nienawiść z tytułu nieprzyjmowania do wiadomości krytyki jego zaburzeń czy publicystyki. Warto odwiedzić lekarza lub psychiatrę.”

Ten wpis czytelnicy „Kuriera WNET” mogą odnieść do Herberta Kopca, który na łamach „Kuriera” zamieszcza swoje refleksje z pozycji niewyemancypowanego pedagoga. Szkoda, że profesor Śliwerski nie podjął polemiki z tymi refleksjami bezpośrednio na łamach „Kuriera”, a jeszcze w czerwcu tego roku zaatakował na swoim blogu rzeczonego Herberta Kopca w tekście ‚Herberta Kopca postmodernistyczna „szczujnia” publicystyczna’ .

Na swoim blogu zaapelował Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania”.

Przypuszczalnie jednak autor bloga skierował go tylko do osób chcących komentować to co on pisze, natomiast nie do siebie, stąd nie zrezygnował z umieszczenia materiału obrażającego kolegę po fachu.

Pod jego tekstem usiłowałem umieścić następujący komentarz W czasach PRLu bywało, że za dyrdymały wypisywane przez członków CKK (podlegających polityce KC) stawiałem studentom 2 ( nauki przyrodnicze, a nie ideologiczne) i na podobne oceny zasługują też dyrdymały wypisywane przez członków CK w III RP.

Tekst członka CK, mimo że publicystyczny, nie zasługuje na pozytywną ocenę, bo tekst liczy co prawda ponad 13 000 znaków, ale nie wiadomo na czym te znaki się opierają. Prof. CK pisze o szczuciu, ale nie przytacza ani jednego zdania, które by dokumentowało, uzasadniało taką opinie i nie wiadomo czego ten tekst dotyczy.
A zatem jeno mamy do czynienia ze szczuciem na niewygodną z jakiegoś powodu [ z jakiego ?] dla prof. osobę, która go swoim jestectwem uwiera. Szczujnia profesora nie zasługuje zatem na uwagę, bo niby dlaczego coś takiego nobilitować jakąś polemiką.
Winien się tym jednak zająć jakiś rzecznik dyscyplinarny, aby zdyscyplinować profesora intelektualnie i moralnie i spowodować ujście powierza, gdyż z samego tekstu niejako widać jak się nadyma. Szkoda, że tego nie zilustrował jakimś selfie.
Na uwagę jednak zasługuje to co sam profesor, chyba przez roztargnienie, napisał o swoim tekście „może i posłuży komuś do analizy tego, jak nie należy wprowadzać czytelników w błąd.

Czekam zatem na stosowną analizę i przestrogę dla czytelników, którzy mogą być wprowadzeni w błąd takim tekstem.”

Niestety na blogu profesora mój komentarz się nie ukazał [skrupulatna cenzura !], więc go ujawniłem na Facebooku, a profesor niebawem, mimo wakacyjnego braku aktywności na blogu, możliwość komentowania tekstów wyłączył całkowicie ! Widocznie lubi tylko to co sam pisze, a nie lubi krytycznych komentarzy, zapewne uznając je za obrazę swojej doskonałości.

Wcześniej jedynie zaznaczał, że komentarze „ będą moderowane w okresie wakacyjnym z wyłączeniem jednak prób zamieszczenia komentarzy, których intencją (explicite czy implicite) i treścią jest naruszenie norm obyczajowych i prawnych..” .

Blokując całkowicie możliwość komentowania swoich tekstów nie podał ani jednego przykładu zablokowanych komentarzy, które by naruszały normy obyczajowe czy prawne. Po prostu ocenzurował wszystko jak leci, nie podając nawet podstawy prawnej, co czyniły media w ‚okresie jaruzelskim”!. Rzeczywiście profesor osiągnął doskonałość cenzorską.

Udoskonalanie niedoskonałych

W pożegnalnym, przed urlopem, wpisie na blogu ostro zaatakował także nieujawnioną publicznie osobę: „Nie będzie pocieszona osoba podszywająca się pod polską naukę, ale kompromitująca ją swoimi pseudonaukowymi rozprawami, w wyniku czego nie otrzymała stopnia doktora habilitowanego na jednym z uniwersytetów. Takich dotkniętych porażką, a nieprzyjmującym do wiadomości braku własnych kompetencji i nierozumiejących popełnianych błędów we własnych rozprawach jest wiele w naszym kraju. „

Nie wiadomo dlaczego profesor nie ujawnia personaliów atakowanych czytelników, którym przypisuje czy to zaburzenia psychiczne, czy rozprawianie pseudonaukowe. Chyba bije na oślep czymś poirytowany, nie dając żadnych konkretnych profesorskich porad, jak ci nieszczęśnicy winni osiągnąć akceptowany przez niego – w końcu członka Rady Doskonałości Naukowej – poziom doskonałości. Z wyjątkiem jednej ,nader nieprecyzyjnej, rady:

„Akurat ukazało się nowe wydanie podręcznika Jerzego M. Brzezińskiego pt. „Metodologia badań psychologicznych” (Warszawa 2019, ss. 525). Polecam habilitantom i doktorantom, którzy mają niepowodzenie w postępowaniu awansowym, by jednak najpierw przeczytali ze zrozumieniem chociażby ten jeden podręcznik, a następnie podjęli wysiłek naukowy, a nie naukawy.”

Sam jednak wysiłku naukowego na drodze udoskonalania polskich naukowców nie podjął.

Czy takie atakowanie/dyskredytowanie/znieważanie ‚ niedoskonałych’ mieści się w kategoriach doskonałości naukowej ? Czy podczas urlopu zdołał pan profesor odwiedzić lekarza lub psychiatrę co zaleca „niedoskonałym’, sam o siebie nie dbając, jakby nie spełniając prośby wielu czytelników bloga [sam pisze – ‚ Wiele osób prosi mnie, bym jednak zatroszczył się o siebie…’ ]

Sam troszczy się natomiast o innych „powinni trochę odpocząć ode mnie, od moich komentarzy, recenzji i analiz…” Trzeba przyznać, że troska ta jest nader uzasadniona.

Zapowiedź Zjazdu Pedagogicznego na drodze do doskonałości naukowej

Profesor zapowiada na blogu zbliżający się X Zjazd Pedagogiczny [18 – 20 września 2019 w Warszawie], o którym organizatorzy piszą „Chcielibyśmy, aby ten Jubileuszowy Zjazd był miejscem spotkania naukowców, którym bliskie są problemy pedagogiki i edukacji, aby sprzyjał dialogowi ludzi nauki i praktyków oraz interdyscyplinarnej dyskusji nad rolą pedagogiki i pedagogów we współczesnym świecie.

Także profesor ma wziąć w nim udział. Pisze „Zobaczymy się na X Jubileuszowym Zjeździe Pedagogicznym w Warszawie, gdzie będę miał możliwość podzielenia się z Państwem analizą powodów zanikającego zaufania w środowisku nauk pedagogicznych, które dotknięte jest grą pozorów, środowiskowymi manipulacjami, fenomenem zdrad i zanikającej etyki recenzowania publikacji. Wierność nauce jest odwagą w uniwersytetach handlujących stopniami naukowymi, gdzie niektórzy profesorowie wolą tracić godność i własną wiarygodność.”

Nie będąc pedagogiem, ale osobą wyklętą za ‚psucie młodzieży’ przez patologiczne środowisko akademickie, o którym -jak wynika z tego wpisu – zdaje się pan profesor ma podobną opinię, chętnie bym się podzielił z profesorem i innymi pedagogami swoimi spostrzeżeniami/ doznaniami/analizami/prognozami, ale póki co nie jest to możliwe. Podzielam jednak pogląd zawarty w ujawnionej już treści wykładu inauguracyjnego jubileuszowego zjazdu pedagogów , że ‚wleczemy za sobą długi ogon nieprzezwyciężonej przeszłości…’i że ‚ niebezpieczni dla kraju są ludzie, którzy są przekonani, że posiedli prawdę absolutną ‚. Ciekawe jak do tych tez odniesie się profesor od doskonałości naukowej.

O patologiach/etyce/ historii i teraźniejszości środowiska akademickiego piszę od lat, i są tego setki tekstów dostępnych bezpłatnie w internecie, z możliwością komentowania, bo komentarzy nie zablokowałem, z wyjątkiem wulgaryzmów, choć bywają krytyczne. Tym niemniej nie zauważyłem, żeby pan profesor podjął się polemiki z moimi tekstami. No może z jednym wyjątkiem, kiedy w swojej książce Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016 z przekąsem wyrażał się o moich interpretacjach negatywnego znaczenia dla nauki przygranicznego ruchu habilitacyjnego. [mój blog – Dwie pasje Polaków: turystyka i habilitacja, w jedno połączone ]

Pan profesor też był negatywnie nastawiony do tych patologii, ale niestety nie podzielił się swoimi działaniami na rzecz ich powstrzymania [ może ich nie było ?] , kiedy był obecny przez spory czas na jednym z tych najbardziej patologicznych uniwersytetów słowackich stanowiących cel peregrynacji habilitacyjnych polskich miłośników stopni i tytułów naukowych, choć niekoniecznie nauki.

Profesor w swych tekstach jawi się jako wręcz fanatyczny zwolennik obecnego systemu tytularnego, dyskredytując tych, którzy nie są posiadaczami niewiele jednak wartych tytułów, za nadawanie których w jakimś stopniu sam odpowiada.

Nie podnosi problemu wartości tych tytułów w relacji do nauki światowej, w której – mimo doskonałości krajowej- niemal nie istniejemy.

Czy na Zjeździe Pedagogów ta niedoskonałość naszego systemu zostanie poruszona i czy zostaną podane wytyczne pedagogiczne jak ten system udoskonalić ? Czy też obecny tytularny system zostanie uznany za doskonały naukowo, mimo że nas stawia na marginesie nauki światowej, a pozbawieni tytułów pozostaną nadal obiektami szczucia ze strony strażników doskonałości naukowej ?

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, wrzesień 2019 r.  przed rozpoczęciem Zjazdu Pedagogicznego, na którym był kolportowany.

Niestety nie zauważyłem aby niedoskonałość naszego systemu została poruszona , natomiast zauważyłem, że autor bloga „pedagog” całkowicie zablokował możliwość komentowania jego tekstów z czego wynika, że mój tekst przeczytał i postąpił zgodnie z zasadą – stłucz termometr nie będzie gorączki

 

Screen Shot 09-16-19 at 11.31 AM

Screen Shot 09-16-19 at 11.32 AM

Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia

 

Refleksja z poniższej lektury Gawędy o sztuce – Dzieła, twórcy, mecenasi. Włochy XIII-XV wiek. Bożena Fabiani – Mecenas Mantegni – Ludovico Gonzaga i jego światły nauczyciel – Vittorino da Feltre .

jw – Czy ktoś podobny, kto chciałby nauczyć wychowanków myślenia,  ma szanse w obecnym systemie akademickim ?

 

Wybitny pedagog

Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia…

da Felfre

Czy to przypadek, że ci dwaj wielcy panowie, książę Montefeltro i margrabia Gonzaga, tak się wyróżniają spośród wielu innych mecenasów? A może to dlatego, że obaj mieli tego samego wychowawcę, wielkiego, mądrego pedagoga Yittorina da Feltre?

 Czy ktoś się kiedyś zastanawiał nad wpływem wychowawców na rozwój kultury? Czy powstały jakieś prace z dziedziny historii sztuki pokazujące udział pedagoga w rozwoju sztuki? Na przykład sztuki renesansowej? A przecież, jeśli nie znalazłby się ktoś, kto wskazał młodemu człowiekowi drogę w stronę sztuki, to skąd mieliby się brać mądrzy zleceniodawcy i fundatorzy? Mecenat również trzeba ukształtować, ludzi trzeba wychować w szacunku i w potrzebie sztuki. Warto przypomnieć, że w XV wieku niemal w każdym większym mieście włoskim był uniwersytet, ale poza. tym pojawili się wtedy wielcy pedagodzy indywidualni. Takim utalentowanym i wybitnym pedagogiem zasiewającyrn głód wiedzy i zarazem potrzebę piękna był Yittorino da Feltre.

 Yittorino urodził się ok. 1387 roku, a zmarł w 1446. Był z wykształcenia matematykiem, ale wtedy wąski specjalista nie cieszył się estymą, przeciwnie, ludzie wykształceni dążyli do wszechstronności. Dzisiaj wystarczy kilka błahych umiejętności, żeby sobie zasłużyć na miano człowieka renesansu, ale to nieporozumienie. W XV wieku wielcy artyści muzykowali, wznosili katedry czy fortyfikacje, znali na pamięć Dantego, sami pisali sonety, prowadzili studia nad antykiem, gromadzili wykopaliska, badali budowę ludzkiego ciała, śledzili zjawiska optyczne, słowem – byli wszechstronni. Vittorino też był takim człowiekiem: choć matematyk, zajmował się m.in. literaturą grecką i łacińską, muzyką i czymś, co było wówczas całkowitym novum – ćwiczeniami fizycznymi. I tego wszystkiego uczył. Początkowo uczył jedynie dzieci margrabiego Giovanniego Gonzagi, a także młodziutką na­rzeczoną jego syna, Ludovica, 10-letnią Barbarę Hohenzollern.

Kiedy jednak po Italii rozeszła się wieść, jakiego to niezwykłego wychowawcę trzyma na swym dworze margrabia, różni możni panowie zaczęli podsyłać synów na naukę do Mantui. I stary margrabia przyjął te młodzież, zbudował specjalny budynek, nazwany Casa Gioioso – Dom Radości – pięknie udekorowany freskami, otoczony parkiem, gdzie ulokował szkołę z internatem. Oprócz chłopców z bogatych domów Yittorino, za zgodą margrabiego przyjmował też młodzież biedną, z prostego środowiska i bez pieniędzy, pod warunkiem że młodzieńcy ci byli zdolni i chętni do nauki. Wszyscy mieszkali razem, za ich utrzymanie płacił margrabia, Yittorino uczył za darmo. To znaczy otrzymywał pensję od Gonzagi, 300 guldenów rocznie, ale od chłopców nic nie brał.

Nauka w cieniu platanów

W Casa Gioiosa panowała surowa dyscyplina, podobno surowsza niż w klasztorze, a młodzież Yittorino chował w duchu głębokiej religijności, ale ci chłopcy nie uciekali, przeciwnie, garnęli się do swego nauczyciela. A on, podczas spacerów w cieniu platanów i pachnących akacji, przekazywał swoim wychowankom dorobek starożytnych myślicieli, poetów i historyków. Zaszczepiał w nich miłość do literatury i potrzebę czytania do tego stopnia, że przez całe dalsze życie nieustannie czytali. Uczył ich też matematyki, logiki, muzyki, śpiewu i tańca. Ponadto wprowadził jako pierwszy we Włoszech gimnastykę – według zasady starożytnych, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Chłopcy grali w piłkę, chodzili na ryby, strzelali z łuku, pływali, polowali, uprawiali szermierkę – to rodzicielskie zesłanie do Mantui nie przypominało pokuty. Podczas wakacji Yittorino przenosił całą szkołę do swego mająteczku w pobliżu Mantui, na wzgórza Pietole, gdzie przyszedł na świat Wergiliusz, i tam przekazywał im swoją miłość do jego poezji. Można zażartować „ojciec Wergiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich…” – nie wiem, ile ich miał, ale wiem, że najpierw odczytywał im wybrane fragmenty z Wergiliusza, Cycerona, Homera, Demostenesa – oczywiście w oryginale! – a następnie komentował. Potem mieli się tego nauczyć na pamięć, żeby sobie przyswoić piękny styl. Ale to nie było bezmyślne wkuwanie! „Chciałbym nauczyć moich wychowanków myślenia, a nie żonglerki słownej” – mówił Yittorino. Gdy zabierali się do pisania, udzielał innej rady:

Przede wszystkim musicie być pewni, że macie rzeczywiście coś do powiedzenia, a potem starajcie się to wyrazić jak najprościej i jak najszczerzej, unikając wyszukanych zwrotów.

Mądry pedagog wcale nie chciał z każdego zrobić naukowca, ale z każdego chciał zrobić prawego człowieka. Jakże aktualnie brzmią jego słowa dzisiaj:

Nie wszyscy są powołani do zawodu prawnika, lekarza lub filozofa i do życia na przodzie sceny. Nie wszystkich natura wyposażyła w wyjątkowe zdolności. Ale wszyscy, ilu nas jest, zostaliśmy stworzeni do życia w społeczeństwie, do pełnienia obowiązków, jakie ono nakłada. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za wpływ osobisty, jaki wywieramy.

(Trzeciak, Sztuka świata, t. 5, s. 224).