Instytuty badawcze czy agencje nieruchomości ?

Instytuty badawcze czy agencje nieruchomości ?

Już niemal rok obowiązuje w Polsce ustawa „Konstytucja dla nauki”, co jednak wprowadza obywateli w błąd, bo to ani konstytucja, ani nie obejmuje w pełni nauki w Polsce. Poza jej zasięgiem znajdują się instytuty badawcze, a te też swoimi nazwami nieraz wprowadzają w błąd obywateli, gdy funkcjonują raczej jako agencje nieruchomości.

A na naukę pieniędzy nie starcza

Najwyższa Izba Kontroli co jakiś czas kontroluje instytuty badawcze publikując swoje raporty. Ostatnio opublikowała raport o kontroli Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur, którego podstawą gospodarki finansowej był najem powierzchni biurowej, a nie działalność merytoryczna, badawczo – naukowa, na którą otrzymywał dotacje.’

Mimo złej sytuacji finansowej w Instytucie zatrudniano kolejnych pracowników i podwyższano płace.

Raport NIK informuje „Zgodnie ze Statutem IBRKiK z kwietnia 2017 r. przedmiotem podstawowej działalności Instytutu były badania naukowe i prace rozwojowe w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych. Instytut miał m. in. prowadzić: badania rynku i opinii publicznej, doradztwo w zakresie działalności gospodarczej i zarządzania, wydawanie książek, czasopism i periodyków.

Na działalność naukową i utrzymanie potencjału badawczego otrzymywał celowe dotacje państwowe. Na przykład w latach 2017-2018 r. jego konta zasiliły wpłaty z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wynoszące w sumie ponad 1 mln zł. W 2017 r. i 2018 r. Instytut otrzymał także dwie dotacje celowe o łącznej wysokości ponad 11 mln zł od Ministra Rozwoju i Finansów, a następnie po zmianie nazwy resortu, od Ministra Przedsiębiorczości i Technologii.

Po kompleksowej ocenie jednostek naukowo – badawczych, przeprowadzonej w 2017 przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Instytut otrzymał kategorię B, co oznacza poziom akceptowalny z rekomendacją wzmocnienia działalności nauko – badawczej. Taką samą kategorię miał w latach poprzednich…”

Po kontroli instytutu NIK zwrócił uwagę, że „podstawą gospodarki finansowej Instytutu, od początku 2017 r. do połowy 2018 r., był właśnie wynajem powierzchni biurowych oraz dotacje budżetowe. W 2016 r. wpływy z wynajmu stanowiły 62 proc. łącznych przychodów, a w 2017 r. blisko 54 proc. Dla porównania przychody z działalności merytorycznej (własnych prac naukowo-badawczych) w 2016 r. stanowiły nieznacznie ponad 3 proc. łącznych przychodów, a w 2017 r. niecałe 9 proc.

Zasadne jest zatem pytanie – dlaczego przez lata taki instytut był traktowany jako instytut naukowy, otrzymywał na prowadzenie badań naukowych dotacje z budżetu, oceniany był nie najgorzej ! [kategoria B] ? Czy nie byłoby zasadne, aby funkcjonował zatem nie jako instytut badawczy, tylko jako agencja nieruchomości, rzecz jasna bez dotacji z kieszeni podatnika, których przecież – jak ciągle słyszymy – nie ma na naukę ? Skoro pieniądze z budżetu przeznaczone na naukę, służą tak naprawdę do celów z nauką nie mających nic wspólnego, m. in. do wspierania swoistych agencji nieruchomości o wprowadzających w błąd nazwach naukowych, to trudno się dziwić, że na naukę pieniędzy nie starcza.

To nie jest wyjątek

Taki stan rzeczy to nie jest wyjątek. Osiem lat temu NIK skontrolował 32 instytuty badawcze informując; „ Instytuty badawcze zarabiają na działalności gospodarczej, między innymi wynajmując lokale. Tylko połowa z nich osiąga jakiekolwiek zyski z gospodarowania własnością intelektualną. Choć w przypadku żadnego instytutu nie przekroczyły one 4 proc. ogółu przychodów, to instytucje te nie płaciły podatku dochodowego, zwykle wykorzystując zapisy o zwolnieniu z tytułu prowadzenia działalności badawczej. „

Ta bulwersująca informacja, jakoś społecznym echem się nie odbiła i – jak widać – po ostatniej kontroli NIK nie zaszkodziła w funkcjonowaniu swoistych agencji nieruchomości o nazwach naukowych i ich zasilaniu z budżetu przeznaczonego na finansowanie nauki w Polsce.

Jeśli podatnik płaci na badania, w części finansuje instytuty badawcze/naukowe/uczelnie, to te instytucje winny mieć jakieś efekty tej pracy, a społeczeństwo – jakąś kontrolę nad funkcjonowaniem tych instytutów.

Chyba dla każdego jest jasne, że własność intelektualną można sprzedać, jeśli ta własność istnieje i jest na nią zapotrzebowanie. Widocznie kadry badawcze tej własności nie mają albo w nikłej ilości, stąd instytuty zarabiają na tym co mają – a mają nieruchomości, więc tym handlują.

I nawet nieźle na tym wychodzą, jak wynika zresztą z raportu NIK, w gruncie rzeczy pozytywnego dla instytutów badawczych. Skoro przynoszą dochody, to źle nie jest, a że społeczeństwo z tych dochodów nie ma pożytku, to zupełnie inna sprawa. Konieczna jest niewątpliwie nie tylko NIK-owska, ale i społeczna kontrola tego co robią instytucje ‚badawcze’.

Utrzymywanie pozoranctwa naukowego i edukacyjnego

Kilka lat temu źródła ministerialne podawały, że od roku 2007 Polska zainwestowała ponad 30 miliardów złotych w uczelnianą i instytutową infrastrukturę.

To wiele, a skutki tych inwestycji są widoczne gołym okiem. Obserwowaliśmy od lat, często ze zdumieniem, że mimo nadciągającego niżu demograficznego i biedy panującej na uczelniach – o czym informowały media – nieruchomości uczelniane rosły jak grzyby po deszczu.

Niektórzy pytali:

Po co tyle nieruchomości akademickich ?

Kto tam będzie pracował/studiował ?

Kto to utrzyma ?

Oczywiście na budowę nieruchomości jakieś 2/3 środków pochodziło z UE, ale zainwestowano niemało także ze środków budżetowych, których brakowało na finansowanie nauki.

Mimo wybudowania takiej ogromnej ilości budynków i laboratoriów, znakomitej poprawy infrastruktury akademickiej, nauka w Polsce jest w stanie kryzysu, a niektórzy obwieszczają wręcz śmierć nauki.

Czyżby te kosztowne nieruchomości miały służyć za domy pogrzebowe nauki ?

Nawet decydenci akademiccy po zastanowieniu się konstatowali:

Część uczelni niepotrzebnie też zainwestowała w infrastrukturę, w nowe budynki. Z powodu mniejszej liczby studentów stoją one niewykorzystywane, a trzeba za nie płacić ogromne pieniądze, choćby na ogrzewanie czy prąd – mówi prof. Rocki.’ (Mniej studentów płaci za naukę, uczelnie mają problemy –Klara Klinger- Dziennik Gazeta Prawna 13.08.2012)

Jak przypuszczałem już przed laty, istniało i istnieje drugie dno tego boomu na nieruchomości akademickie. Wybudować można, ale jak to utrzymać, skoro budżet nie jest z gumy, a opłaty od studiujących maleją ? Tak jak sądziłem musi przyjść czas na rozwiązanie tego problemu. I już ten czas nadchodzi.

Otóż UE przekonana przez naszych decydentów, że nieruchomości się marnują, zgadza się, aby lepiej wykorzystywać laboratoria i budynki akademickie tzn. póki co, do 20% danej infrastruktury będzie można wykorzystać na działalność komercyjną.

Skoro z działalności naukowej i edukacyjnej nie da się tego co wybudowano utrzymać, to trzeba dać jakąś część nieruchomości na wynajem i środki będzie można zdobyć. Jak to nie wystarczy, to trzeba będzie te 20 % powiększyć o kolejne procenty. Ale pierwszy krok jest już zrobiony.

Pozostaje do wykonania jeszcze jeden krok – autonomiczne przekształcenie się organów zarządzających uczelniami w agencje nieruchomości. Jak pokazują przykłady instytutów badawczych z wynajmu nieruchomości da się utrzymać, a z produkcji wyrobów intelektualnych i tak utrzymać się nie są w stanie. Pozoranctwo naukowe i edukacyjne będzie miało mocne oparcie w takich agencjach. Póki co uczelnie w niejednym mieście są największymi zakładami produkcyjnymi i w zakresie produkcji śmieciowych dyplomów/stopni/tytułów – rezultat pozoranctwa naukowego i edukacyjnego – rzeczywiście mamy czołowe miejsce w Unii Europejskiej, która nie bez przyczyny obficie dotuje budowę tych zakładów produkcyjnych. UE ma w tym interes, bo młodzi Polacy z dyplomami zasilają rynek taniej siły roboczej, a że Polska z tego pożytku nie ma, to nikogo jak nie obchodziło, tak i nie obchodzi, mimo zmian.

Tekst opublikowany w:  Kurier WNET, lipiec 2019 r.

Uczelnie, które dawały sobie radę z walczącymi z patologiami nie dają sobie rady z plagiatami

 NIK( na marginesie raportu NIK)

Uczelnie, które dawały sobie radę z walczącymi z patologiami nie dają sobie rady z plagiatami

Po raz n-ty jak na dłoni widać skutki Wielkiej Czystki Akademickiej i utrzymywania patologicznego systemu nauki i szkolnictwa wyższego zainstalowanego u zarania Polski komunistycznej.

Z kolejnego raportu NIK na temat patologii akademickich wynika , że uczelnie nie radzą sobie z plagiatami http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-ochronie-praw-autorskich-w-pracach-dyplomowych.html http://www.nik.gov.pl/plik/id,7574,vp,9506.pdf

Uczelnie od pewnego czasu są obligowane do stosowania programów antyplagiatowych aby powstrzymać plagę plagiatów, ale te zdaniem NIK okazały się mało przydatne i nieskuteczne’ co całkiem potwierdza moje ‚proroctwa’ w sprawie skutków walki z plagiatami metodami kuriozalnymi.

W raporcie NIK czytamy „ Na budowane przez uczelnie mechanizmy kontroli oryginalności prac dyplomowych składały się przede wszystkim: oświadczenia studentów o samodzielnym napisaniu pracy dyplomowej, opieka promotora, recenzja pracy i egzamin dyplomowy. Większość skontrolowanych uczelni (12 spośród 14) lub ich niektóre jednostki organizacyjne (wydziały) wykorzystywała dodatkowo także (jeszcze przed wejściem w życie obowiązku) komputerowe programy antyplagiatowe. i dalej Opieka promotorska w skontrolowanych szkołach była mało skuteczna. Przyjęte w 10 uczelniach rozwiązania organizacyjne nie sprzyjały, a czasem wręcz uniemożliwiały promotorom rzetelne wspieranie i nadzorowanie studentów, sporządzających pod ich kierunkiem prace dyplomowe. Część zbadanych podczas kontroli NIK prac zawierała nieuprawnione zapożyczenia. Zdarzało się, że promotorzy nie zauważali bądź wręcz ignorowali i lekceważyli zauważone przypadki. Zdaniem NIK problemem jest przypisywanie promotorom nadmiernej liczby studentów – zdarzało się, że w jednym roku akademickim pod kierunkiem jednego promotora pracę pisało ponad 100 osób.”

I jeszcze kilka cytatow z raportu NIK „

W ocenie niemal ¼ ankietowanych studentów promotorzy niedokładnie czytali ich prace dyplomowe „…”Zdaniem NIK ważne jest, by nauczyciele akademiccy promowali poszanowanie praw autorskich i uczciwości intelektualnej (w szczególności poprzez własny przykład), jednocześnie uświadamiając studentów o nieuchronności kary za naruszanie tych praw. ..”

W ramach kontroli NIK przeprowadzono anonimową ankietę pośród 1410 studentów na wszystkich skontrolowanych uczelniach. 12% badanych studentów stwierdziło, że znane są im przypadki, kiedy praca dyplomowa kupiona w Internecie została pozytywnie oceniona i obroniona.  „

W gruncie rzeczy nic nowego . To są patologie znane mi od lat, a nawet wieków i wielokrotnie o nich pisałem, bez reakcji zarządzających uczelniami, jak i opozycji rzekomo dążącej do zmiany systemu na lepszy !

Mój ‚Darmowy program antyplagiatowy, czyli karanie plagiatofilii i nagradzanie plagiatofobii’ http://www.nfa.pl/articles.php?id=493&PHPSESSID=20c4a68065ea680e38defc66c29a63d5 nadal nie został wprowadzony w życie i nie ma woli walczących rzekomo z plagiatam, i aby go w życie wprowadzić. (Dlaczego nie wdraża się mojego darmowego programu antyplagiatowego ?https://blogjw.wordpress.com/2011/05/25/dlaczego-nie-wdraza-sie-mojego-darmowego-programu-antyplagiatowego/).

Zapewne nie bez przyczyny, skoro to wśród walczących z plagiatami plagiatorów, i to wysokiego szczebla akademickiego, nie brakuje . I tak jest od lat, bo z uczelni nie usuwano tych co plagiaty popełniali, tylko tych co je wykrywali i ujawniali ! Ci stanowili zagrożenie dla uczelni (fakt, że nie tylko z tego powodu, bo degrengolada akademicka była i jest wieloskładnikowa, systemowa i walka z plagiatami to tylko jeden składnik walki z patologicznym systemem).

Wg NIK „Opieka promotorska w skontrolowanych szkołach była mało skuteczna..” czemu trudno się dziwić mając wiedzę skąd się wzięły obecne kadry akademickie https://www.youtube.com/watch?v=TrylrbBKIXw

Jeszcze u schyłku PRL byłem świadkiem mało skutecznej opieki promotorskiej szczególnie ze strony etatowych profesorów nie dających sobie rady z wypełnianiem swoich obowiązków, ale to ci promotorzy z racji posiadania tytułów byli i są otoczeni prestiżem, wręcz kultem, a ci co sobie radę dawali- zostali i są nadal wykluczeni ! .

W raporcie NIK A.D. 2014 czytamy:.Zdaniem NIK ważne jest, by nauczyciele akademiccy promowali poszanowanie praw autorskich i uczciwości intelektualnej (w szczególności poprzez własny przykład)” , a ja tą ważność podkreślałem przed ok. 30 laty z wiadomymi skutkami ( http://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/) . Niestety beneficjentom systemu nawet do głowy nie przychodzi aby profesorów dających zły przykład, a przy tym niszczących dożywotnio tych co dobry przykład studentom dawali ( to zgodnie z principiami systemu nazywano negatywnym oddziaływaniem na młodzież !) winno się przenosić w stan nieszkodliwości. A ja takie środki zapobiegające kryzysowi i degradacji uniwersytetu postulowałem w ciemnych latach 80-tych, bez jakiegokolwiek wsparcia także strony solidarnościowej, która wyrzekając się ideałów „Solidarności” wybierała solidarność z patologicznym aparatem degrengolady moralnej. Skutki są jak widać, a ochoty na przyznanie się do grzechów, jak nie było, tak nie ma.

Jak się dom postawi na terenie bagiennym bez należytych fundamentów to dom się wcześniej czy później zawali, podobnie jak posadowiony na osuwisku się osunie i rozleci nawet jak nie jest to domek z kart a z betonu ( niechby nawet akademickiego). Skoro nasze uczelnie posadowiono na niewłaściwym gruncie i fundamenty są do niczego, to ich los jest przesądzony i żadne ‚czyszczenie kominów’, czy ‚uchylanie lufcików’ im nie pomoże.

Trzeba stworzyć właściwe fundamenty dla utrzymania uczelni w postawie wyprostowanej, ale jak do tej pory takiej strategii ani rządzących ani pragnących rządzić – nie ma.