Polski Ład i nauka w nieładzie

Polski Ład i nauka w nieładzie

Rząd ogłosił nowy społeczno-gospodarczy program na okres pocovidowy. Co prawda nie ogłosił, kiedy skończy się pandemia i kiedy ten nowy ład zostanie wprowadzony w życie, ale zmęczeni Polacy mają wiedzę, że wszystko, co ma początek, to i koniec winno mieć, i z nadzieją oczekują na wyjście z covidowego kryzysu. Ma być odbudowana gospodarka, uporządkowany bezład przestrzenny, zainstalowana tarcza prawna, wzmocniona domena zdrowia. Jest optymizm.

W zaprezentowanych przez rząd obszarach ładu pocovidowego niestety trudno zauważyć domenę akademicką, zredukowaną do marginesu. Zauważył to zaniepokojony programem znany prof. Wojciech Pluskiewicz, pisząc na swoim blogu, że „nie ma ani słowa o nakładach na uniwersytety i badania naukowe”, a planowane zmiany mają wspólny mianownik: „Dajemy rybkę zamiast wędki”. Bez wprowadzenia Nowego Ładu do bezładu panującego w nauce uprawianej w Polsce nie dostaniemy wędki, a po skonsumowaniu rybki grozi nam, że Polska pozostanie „takim europejskim średniakiem, bez własnych, niezależnych intelektualnych elit, zdolnych do tworzenia i realizowania prawdziwie propaństwowych idei”.

Trudno nie podzielać tych obaw, ale premier Morawiecki mówi, że „Polski Ład jest programem otwartym, bardziej zresztą społecznym niż politycznym” a „na dobre pomysły nigdy nie jest za późno”. Jest zatem nadzieja, że jeszcze nic straconego i domena akademicka zostanie włączona do tych obszarów, które należy wydobyć z nieładu. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wcześniejsze ujawnienie założeń programu kopernikańskiego, który nieco ładu w nauce może wprowadzić, wywołał u decydentów akademickich stany lękowe. Obawa przed naruszaniem status quo jest wielka. Można się spodziewać, że program uporządkowania domeny akademickiej, co dawałoby szanse na wyjście nauki z dołka, skutkowałby stanami lękowymi niemal całego środowiska. 

Polski Ład przewiduje opracowanie modelu wsparcia psychologicznego dla dzieci i młodzieży, bo młodzi Polacy okresu pandemicznego objawiają poważne zakłócenia na drodze swojego rozwoju. Dla domeny akademickiej takiego modelu się nie przewiduje, mimo coraz większych dolegliwości natury psychicznej całkiem dorosłych akademików. Może rezygnacja z uporządkowania tej domeny, zaprowadzenia ładu, ma taki model zastąpić, bo jeśli – mimo zmian – wszystko pozostanie bez zmian, stany lękowe same ustąpią. Niestety, ten spodziewany stan rzeczy nie spowoduje, że domena akademicka zacznie rosnąć w siłę, nawet jeśli ludzie będą okresowo żyli dostatniej. Jak nie będzie należytego zaplecza intelektualnego, to okres ten może nie trwać długo. 

I Rzeczpospolita rosła w siłę, gdy królowie dbali o swe elity intelektualne. Nie jest tajemnicą, że obecne elity są słabe i nie jest to odczucie subiektywne, lecz niepokojąca prawda. Nawet doskonali profesorowie (Rada Doskonałości Naukowej) wykazują tyle niedoskonałości, że jest obawa o dalsze wprowadzanie do domeny akademickiej ludzi, których tam nie powinno być. A od domeny akademickiej do władzy umocowanej konstytucyjnie (ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza) tylko mały krok.

Zatem obszar nowego ładu pocovidowego winien objąć także, i to najlepiej priorytetowo, domenę akademicką. „Konstytucja dla Nauki” nie zapewnia należytego funkcjonowania domeny akademickiej, o czym było wiadomo przed jej wprowadzeniem, a posłowie PiS uważali, że to katastrofa. Wdrażanie jej w życie, nawet po modyfikacjach, nie rokuje dobrze dla nauki w Polsce. Obecna kultura, a raczej subkultura zarządzania domeną akademicką, zraża młodych do wybierania jej na dalsze życie, a starszych – przez lata funkcjonujących w systemach zagranicznych – zraża do powrotów. 

Wszystkie sektory władzy można poddawać kontroli społecznej, nawet sądownictwo, na co mamy dowód nawet na poziomie Sądu Najwyższego, ale domena akademicka kontroli społecznej nie podlega. Jest autonomiczna, a kieruje się zasadami feudalnymi. Nawet największe brednie „doskonałych” nie podlegają krytyce, nawet szkodliwe projekty badawcze są pozytywnie oceniane i finansowane w systemie zamkniętym, bez kontroli społecznej. Każdy podatnik, który by chciał się dowiedzieć, na co idą jego pieniądze, jest traktowany jako nieuczciwa konkurencja. Obywatel myślący kategoriami dobra wspólnego jest uważany za walczącego z wiatrakami, którego trzeba się wystrzegać.

Skoro obecnych struktur nie da się naprawić ani przenieść w stan nieszkodliwości, trzeba stworzyć nowe – niezależne od istniejących – alternatywne i odnawialne źródła energii intelektualnej i wdrożyć je do nowego ładu akademickiego.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska Nr 22 z 2 czerwca 2021

NIK kontroluje plagi akademickie

Józef Wieczorek – Plagi akademickie

NIK kontroluje plagi akademickie

„Misją Najwyższej Izby Kontroli jest dbałość o gospodarność i skuteczność w służbie publicznej dla Rzeczypospolitej Polskiej”, a jednym z przejawów realizowania tej misji są kontrole wydawania grosza publicznego w domenie nauki. Co prawda ta domena w sposób wyraźny jest niedofinansowana, ale zarazem dotknięta wieloma plagami, które powodują marnotrawstwo grosza publicznego. Wielokrotnie na ten aspekt zwracałem uwagę, jako szary obywatel, który grosza publicznego na uprawianie nauki nie otrzymuje, a jednocześnie nie ma szans na uzyskanie informacji, na co jego pieniądze – jako podatnika, księgowane po stronie wydatków na naukę – tak naprawdę są przeznaczane.

Takie trudności występowały w czasach funkcjonowania Komitetu Badań Naukowych i nie ustąpiły po jego transformacji w Narodowe Centrum Nauki, które w ciągu ostatnich ośmiu lat przekazało blisko 7,5 mld zł na badania podstawowe. Nie jest to dużo w porównaniu z bogatszymi krajami europejskimi, ale jednak jest to kwota, za którą coś można w nauce zrobić. W PRL środków na naukę było wielokrotnie mniej, a sporo osiągnięć naukowych jednak notowano. W ramach wymiany za polskie czasopisma/publikacje naukowe można było zgromadzić potężne zasoby biblioteczne, nieróżniące się tak bardzo od zagranicznych.

Obecnie mamy więcej uczelni, więcej profesorów, lepszą infrastrukturę na poziomie europejskim, a wiele czasopism naukowych zniknęło i brakuje podręczników dla studentów.

Jest zatem uzasadnione pytanie, czy środki przeznaczone na naukę są dobrze wydawane i jakie przynoszą korzyści ? Niestety szary obywatel zainteresowany nauką łatwiej pozna wyniki projektów naukowych realizowanych w USA, mimo że nie płaci na nie ani grosza, niż w Polsce, choć projekty naukowe finansowane są z jego kieszeni.

Na początku listopada NIK ujawnił raport z kontroli Narodowego Centrum Nauki – polskiej agencji od wydawania pieniędzy na naukę, która obywateli zainteresowanych zasadami i efektami finansowanych projektów uważa za konkurencję, i to nieuczciwą, o czym informowałem już opinie publiczną.

NIK w raporcie podkreśla, że „zasadniczy mechanizm weryfikacji rozliczeń projektów polegał na analizie informacji przekazywanych przez samych beneficjentów” a zatem pozytywne rozliczenie realizowanych projektów zależy głównie od uczciwości ich realizatorów, i to w sytuacji, gdy nieuczciwość akademików, zwykle wykrywana/ujawniana przez sygnalistów jest alarmująca.

NIK ujawnił szereg nieprawidłowości, zwracając uwagę na ”brak wypracowanej metodologii oceny wpływu badań podstawowych na rozwój nauki polskiej”. Skoro zainteresowany obywatel nie otrzymuje od agencji informacji o objawach tego wpływu, może sądzić, że jest on bezobjawowy.

Ciekawe są informacje NIK o zespołach decydujących o wydawaniu publicznego grosza. NIK podaje, że „weryfikacja kandydatów na członków tzw. Zespołu Identyfikującego odbywała się do listopada 2018 r. na podstawie nieudokumentowanych rozmów telefonicznych”. Czyli tak naprawdę nie wiemy, jakie są kwalifikacje intelektualne i moralne zespołów dzielących grosz publiczny. Co więcej, wnioski o finansowanie badań opiniowane są arbitralnie przez tak dobieranych ekspertów i te wnioski nie podlegają żadnej procedurze odwoławczej !

Rada NCN działa w oparciu o rozmaite przepisy i członkowie Rady byli zobowiązywani do oświadczeń o ich znajomości, ale nie do ich przestrzegania ! W systemie akademickim mamy ogromny urodzaj na różnorodne przepisy etyczne/dobre praktyki i brak odpowiedzialności za ich nieprzestrzeganie.

Jakoś to się odbywa według reguł ze znanej fraszki Jana Sztaudyngera:

Postanowiono w lesie wreszcie wydać prawa.
Co może robić niedźwiedź, co lis, co trawa.

Uradzono przepisy, nowele, ustawy,
Osobno dla niedźwiedzi, dla lisów, dla trawy.
A potem prawodawcy, co prawa wydali,
Schodzili w bok przed misiem, a trawę deptali

Niestety takie są standardy wdrożone do naszego systemu akademickiego, których żadna reforma nie zdołała naruszyć.

Po przeprowadzonej kontroli NIK przestawiła ministrowi nauki szereg wniosków naprawczych, w tym konieczności „przeprowadzenia przez ekspertów naukowych kontroli następczej projektów, dla których nie upłynął pięcioletni termin od ich zakończenia.” Ja niektóre owoce projektów jako podatnik kontrolowałem, uznając je jako nic/niewiele wnoszące do nauki, a nawet stanowiące zagrożenie dla podmiotów gospodarczych, o ile by na takiej wiedzy chciały opierać swoje gospodarowanie. Ale czy ktoś powoła takiego na eksperta od takich projektów ?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 48 – 25 listopada 2020 r.

Potrzebny nadzór prokuratorski nad światem akademickim ?

Potrzebny nadzór prokuratorski nad światem akademickim ?

Niepoprawny Magazyn Akademicki [11]