Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności w patologicznym systemie akademickim

0

[wSieci nr.22, r.2016]

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności

w patologicznym systemie akademickim

Po latach zapomnienia dzięki książce Krystiana Brodackiego – Trzy twarze Juliana Haraschina odżyła postać, która zasłużyła się negatywnie dla polskiego systemu akademickiego z powodu wprowadzenia innowacyjnego sposobu zdobywania dyplomów akademickich, nader pożądanych w Krakowie, choć nie tylko. [

Obecna twarz UJ widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschinahttps://blogjw.wordpress.com/2016/02/05/obecna-twarz-uj-widziana-przez-pryzmat-twarzy-juliana-haraschina/]

Julian Haraschin wdrożył produkcję dyplomów akademickich przy współpracy wielu akademików, nawet tych z samego akademickiego olimpu. Obdarzył za opłatą -rzecz jasna -pewną ilość miłośników polskiego systemu tytularnego. Była to produkcja chałupnicza, ale i taka w warunkach gospodarki socjalistycznej okazała się przestępcza, choć ujawniona dopiero po skandalu obyczajowym, a nie naukowym.

Skandalom naukowym, niewygodnym dla sił przewodnich, utrącano i wtedy łeb.

Sprawa Haraschina, jej wątek akademicki, poszedłby zapewne w zapomnienie, gdyby go nie przypomniał niepoprawny publicysta, miłośnik jazzu, ale i prawdy historycznej.

Prawnicy, także historycy z uczelni Haraschina, takiej prawdy nie za bardzo chcieli poznać, a przy tym sporo z tej prawdy chyba się spaliło, bo pożary i inne klęski żywiołowe często stają na przeszkodzie jej poznania.

Innowacyjna metoda udyplomawiania polskiego społeczeństwa nie poszła jednak w zapomnienie, co więcej w warunkach wzrastającego popytu na dyplomy i tytuły została udoskonalona i rozpowszechniona. Kto by się dziś bawił w produkcję chałupniczą.

Po wielu siermiężnych latach mamy wreszcie fabryki dyplomów, które są w stanie zaspokoić niemal każdy popyt. W końcu nie po to obalano niewydajny system komunistyczny, w którym podaż w żaden sposób nie była w stanie nadążyć za popytem, aby w nowym systemie wolnorynkowym nie sprostać popytowi.

Jest wielki popyt na dyplomy – będzie i wielka podaż.

I tak się stało po transformacji dzięki wielkiemu wysiłkowi licznych ‚fikcjonariuszy’ akademickich, oczywiście po wcześniejszym oczyszczeniu systemu z tych, którzy by nie byli zdolni do realizowania fikcji akademickiej, a co gorsza wręcz mogliby stawiać opór. Takie zakały akademickie ( i nie tylko akademickie) objęto ostracyzmem, wykluczono z systemu i wręcz wyklęto, także z pamięci.

Producenci lipnych dyplomów w ferworze zwiększania ich produkcji zaczęli popełniać jednak błędy upolityczniając proces produkcji. Zaspakajali potrzeby tytularne tych co aktualnie u władzy, jakby zapominając, że żadna władza nie jest wieczna i jak przyjdzie nowa władza, siłą rzeczy mniej udyplomowiona, to może i z samej zawiści rozpocząć badania nad procesem produkcji dyplomów dla swoich poprzedników.

Zresztą i sami akademicy zdumieni wręcz kosmicznym tempem rozwoju tytularnego swoich kolegów mogą zainicjować poczynania kontrolne.

Ostatnio media nagłośniły taką sprawę w warszawskiej ASP, [Maja Narbutt – Afera w fabryce doktoratów – wSieci nr 22, 2016] w której produkcja dyplomów metodą Haraschina szła na skalę wręcz przemysłową.

Ujawnił to Dariusz Zawiślak, reżyser i absolwent ASP.

2

3

Skąd ja to znam ? Tyle, że o moich działaniach i nienawiści do mnie patologicznego środowiska akademickiego żaden dziennikarz do tej pory nie napisał.

Po aferze na ASP można by się zapytać: Po co artystom doktoraty ? Czy ich artyzm wówczas rośnie ? W końcu każdy miłośnik tytułów, może sobie sprawić wizytówki o dowolnej treści wynoszącej jego dokonania pod niebiosa, a nawet wyżej. Czemu za takie hobby ma płacić polski podatnik ? bo przecież koszty utrzymania utytułowanych przez podatników wzrastają wraz z długością zapisu tytularnego.

Jeden z artystów dostał doktorat za album fotograficzny. Ja fotografem nie jestem, ale zdjęcia robię, mam ich dziesiątki tysięcy, i mógłbym je zorganizować w wiele albumów o różnej tematyce domagając się wielu doktoratów. Byłbym sobie wtedy taki doktor do n-tej potęgi drdrdrdrdrdrdrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

A ja niepoprawny – protestuję, jak ktoś do mnie zwraca się per doktor – nie żebym się wstydził tego co zrobiłem, ale w obecnym kontekście tytularnym – to niemal obraza.

Inni w tej materii są bardziej obrotni i wielu to się bardzo podoba i otaczają takich utytułowanych/utytłanych prestiżem, uznaniem, wyróżnianiem. Niewątpliwie na wyróżnianie zasługują i trzeba te ich wyróżnienia ujawniać.

Poczytajmy choćby fragmenty wyżej cytowanego tekstu:

Co mówi Dariusz Zawiślak o Tomaszu Tomaszewskim …

4

i kolejny

O dziekanie Januszu Foglerze :

5

Warto przeczytać (najlepiej za zrozumieniem i refleksją po przeczytaniu) cały tekst.

Analogie do metod Juliana Haraschina – uderzające, tylko że dziś tak naprawdę nikogo to nie bulwersuje, bo takie i podobne poczynania są normą, tak jak i wykluczanie ze środowiska akademickiego, tych którzy stanowią dla nich zagrożenie.

Mamy ogromną ilość kodeksów etycznych, komisji etycznych i porażające patologie i dla nich przyzwolenie, a brak przyzwolenia, a nawet heroiczne zwalczanie tych, którzy je ujawniają.

Jeśli jest inaczej – to chętnie takie opinie/przypadki opublikuję na stronach NFA. Opisałem/przytoczyłem na nich już wiele opinii i przypadków patologii akademickich

Zachęcam do czytania i opisywania nowych – rzecz jasna.

Reklamy

Sprawa Juliana Haraschina na Uniwersytecie Jagiellońskim w ujęciu Stefana Grzybowskiego b. rektora UJ

DSCF8905

Sprawa Juliana Haraschina na Uniwersytecie Jagiellońskim

w ujęciu Stefana Grzybowskiego b. rektora UJ:

Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

[nakład książki podobno został niemal w całości wykupiony przez bohaterów tych wspomnień, tym samym obowiązkiem obywatelskim jest przybliżenie tych wspomnień społeczeństwu, aby zapoznało się z nieznaną ( na ogół) historią , ważną dla poznania i zrozumienia obecnej sytuacji UJ – i nie tylko, a w szczególności postaw środowiska prawniczego formowanego w czasach Juliana Haraschina i przez z nim zaprzyjaźnionych także w czasach późniejszych].

Możliwość zapoznania się ze wspomnieniami b. rektora UJ zawdzięczam Ryszardowi Bocianowi i niech inni czytelnicy też mu pozostaną wdzięczni.

Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/27/spolecznosc-akademicka-uj-w-systemie-komunistycznym/

Podłoże akademickie sprawy Juliana Haraschina na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/27/podloze-akademickie-sprawy-juliana-haraschina-na-uj/

Julian Haraschin – „Krwawy Julek” na progu kariery naukowej na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/28/julian-haraschin-krwawy-julek-na-progu-kariery-naukowej-na-uj/

Julian Haraschin w drodze do docentury na UJ

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/29/julian-haraschin-w-drodze-do-docentury-na-uj/

Załamanie kariery naukowej Juliana Haraschina na UJ po wydarzeniach w Grand Hotelu

https://lustronauki.wordpress.com/2016/01/30/zalamanie-kariery-naukowej-juliana-haraschina-na-uj/

Strach studiować

 

 Strach studiować 

Wczoraj w ‚Uwadze’ – tvn,  reporterzy pokazali sprawę mgr Anny Chylinskiej, która po zdobyciu dyplomu – awansowała na szatniarkę w Szkole Głównej Handlowej . Niezła to chyba reklama dla uczelni:

„Studiuj na SGH – masz szansę zostać szatniarką ! „

Można sądzić , ze podczas kolejnej rekrutacji na studia na SGH kandydaci zażarcie będą walczyć o taką szansę. 

Otoczka sprawy p. Anny nosiła znamiona mobbingu co jest niczym niezwykłym na uczelniach

I tak p. Anna była nieźle zorientowana bo nie uważała za stosowne udac się od sądu, bo niby jak by tam udowodniła mobbing ?

Uczelnia ma swoich radców, opłacanych z naszej kieszeni, a ona za co wynajmnie adwokata/radcę ? Sama nie ma szans, bo jak wskazują wyniki spraw o mobbing – ok. 95 % przegranych, a z uczelniami chyba więcej. Co więcej niektórzy ponoszą kary za to, że uczelnie pozwali ! 

Takie sprawy może by rozwiązał mediator akademicki,  ale póki co takiego nie ma i rektorzy wiedzieli co robią aby takiej instancji nie wprowadzić do ustawy ! Sami sobie krzywdy/alternatywy nie będą robić. 

Niedawno było głośno o magistrze najstarszej polskiej uczelni, który po róznych perypetiach załapał się na magazyniera w supermarkecie. Szczęśliwiec ! Inni nawet na magazyniera, ani na szatniarza nie mają szans, szczególnie jak mają doktoraty, a co dopiero jeśli są profesorami ? 

Obecny system nie rozpieszcza ludzi z wyższym wykształceniem, no chyba że chodzi o tych co sobie potrafią stworzyć takie prawo co im zezwala być zatrudnionym ( nie mylić z pracowaniem !) i na 9 etatach. To beneficjenci PRL i ich klony, a nie jacyś tam nieudacznicy. 

I to jest różnica z PRL, w którym dołowano wielu wykształconych, ale nawet ci uczepieni garnuszka zarządców nie mieli takiego ‚dolce vita ‚ . Dla pozostałych pozostaje jasne przesłanie – Strach studiować – no chyba, że się trzyma z trzymającymi władze.

System Drewsa, czyli nauka polska w podręcznej strusiówce

strusiowka

System Drewsa, czyli nauka polska na talerzu

W grudniu 2008 r. wystosowałem „List otwarty do Rektora Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu w sprawie podjęcia terapii akademickiej (po aferze prof. Krzysztofa Drewsa). 

Niestety nie wiem czy list został otwarty i czy terapia została podjęta.

Faktem jest, że prof. Krzysztof Drews pokazał jak funkcjonuje w Polsce system karier akademickich. A to wielkie osiągnięcie. Można tu mówić o systemie Drewsa na określenie systemu utrącania/torowania karier polskich naukowców.

Każdą karierę można utrącić bez względu na wartość dorobku naukowego. Na każdą pracę można napisać 2 różne, przeciwstawne recenzje, albo dowolną ich ilość o różnych odcieniach, aby dostosować je do potrzeb chwili.

Jeśli jest sygnał –utrącamydajemy recenzję negatywną, 

jeśli jest sygnał – windujemy dajemy pozytywną, 

jeśli jest sygnał – spowalniamy – dajemy pośrednią, ale krytyczną itd 

Zwykle to się robi (-ło) na gębę i była to tajemnicą poliszynela kogo się utrąci, kto będzie windowany.

O tym jak się kompletuje skład recenzentów czasem wszystkie wróble ćwierkają i wiadomo o co chodzi.

Jak ktoś był partyjny, wtedy obstawa partyjna zabezpieczała karierę i ta solidarność trwa do dziś. Jeśli ktoś niewygodny – nawet na badania nic nie dostanie, a jeśli by coś zrobił (nawet dostrzeżone za granicami) – to przecież byłoby to nic nie warte (wszyscy wiedzą, że  to co nic nie kosztuje – jest bezwartościowe !) 

To, że nie wartość dorobku jest najważniejsza – wie każdy. Nie bez przyczyny najważniejszym, najbardziej nieodzownym rekwizytem akademickim jest podręczna strusiówka, z którą niektórzy nie rozstają się przez całe życie, ani na chwilę.

Dzięki niej w każdej chwili na odpowiednim moment mogą chować głowę w piasek z wielką odwagą osobistą i zapewnić sobie dalsze trwanie.

Kto by się wychylił i głowę wystawił – wie, że głowa może spaść.

Stąd mimo zmian ustrojowych głowy akademickie ulegają petryfikacji w piasku podręcznych strusiówek i nie widać aby coś się miało zmienić.

Czy w stosunku do Drewsa wyciągnięte zostaną należne z kodeksami etycznymi – konsekwencje ?  Śmiem wątpić. Jeśli tak, to byłby to tylko kozioł ofiarny, bo przecież to tylko wypadek przy pracy, dowód roztargnienia.

Gdyby przyszło wyrejestrować z systemu wszystkich takich Drewsów, któraż uczelnia spełniałaby obecne minima kadrowe ?

Do czegoś takiego nie można doprowadzić. Ktoś musi przecież zapewnić byt uczelni i produkcję dyplomów dla pokornych, dożywotnich mieszkańców podręcznych strusiówek. 

DR(h)ab.ina akademicka

drabina-akademicka

Czas skończyć z celebrą akademickich dworów

Czas skończyć z celebrą akademickich dworów

Józef Wieczorek 08-04-2008 Rzeczpospolita

Polak bez habilitacji nie ma szansy na zatrudnienie na polskiej uczelni na stanowisku profesora – pisze prezes Niezależnego Forum Akademickiego

Stan nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce budzi zaniepokojenie, mimo że liczba młodych Polaków pobierających wyższe wykształcenie przekroczyła już 50 proc. O czym zdaje się nie wiedzieć obecny rząd, zakładający osiągnięcie takiego stanu na koniec swojej kadencji. Kto jak kto, ale rząd powinien znać stan aktualny i mieć realne plany polepszenia go. Jeśli więc założenia zostały osiągnięte, nim rząd zaczął rządzić, to może nie ma już nic do roboty?

Czy kandydat umie pisać?

Tak dobrze jednak nie jest. Statystyka nie powinna wprowadzać w błąd. To, co obecnie traktuje się jako poziom wyższy (dyplomy magistra, licencjata), jest poziomem raczej niskim, a niektórzy uważają, że dawna matura była na wyższym poziomie niż dyplom obecnych uczelni. Zapewne dostrzegła to i Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów, która zaleca, aby rozprawy doktorskie sprawdzały, czy kandydat na doktora umie pisać – proszę sobie wyobrazić! – po polsku. Dawniej odbywało się to na poziomie matury, a dziś na poziomie doktoratu! A i tak – jak kilka lat temu podkreślał prof. Janusz Tazbir – 40 – 70 proc. doktoratów nie spełnia standardów.

Niewykluczone, że dawniejsza matura była na wyższym poziomie niż dyplom obecnych wyższych uczelni

Widać komisje profesorskie promujące takich doktorów też tych standardów nie spełniają, ale nadal działają na froncie produkcji dyplomów bez wartości. Krzywa rośnie! A to najważniejsze, bo przynosi uczelniom wpływy finansowe, no i odpowiednią liczbę stopni i tytułów potrzebnych do akredytacji.

Porządek wschodni

1 maja 2004 r. Polska znalazła się w Unii Europejskiej, ale ten fakt chyba nie został zauważony przez decydentów nauki i szkolnictwa wyższego i nasz system nauki nadal funkcjonuje według porządku wschodniego, a nie zachodniego. Kwalifikacje naukowców utytułowanych na Wschodzie wątpliwości nie budzą, do naszego systemu świetnie się nadają, co innego z naukowcami polskimi, którzy zdecydowali się na uprawianie nauki na nadal podejrzanych uczelniach zachodnich – ci, jeśli nie ukryją swojego polskiego obywatelstwa, raczej szans na stanowisko profesorskie w Polsce nie mają. Wygląda to paradoksalnie, ale rzecz w tym, że paradoksami nasz system nauki stoi, a tak naprawdę – leży.

Po wejściu do UE Polska jakby stanęła na rozdrożu. Co wybrać – porządek wschodni (tak u nas zadomowiony, z licznymi tytułami, z akademicką celebrą, polityką prorodzinną stosowaną do obsadzania dożywotnich etatów akademickich, ustawianiem konkursów dla zaspokojenia potrzeb hierarchów akademickich i ich dworów) czy zachodni (kłopotliwy, bo mobilny, przedkładający – o zgrozo – dorobek naukowy nad tytuły).

Dotąd klarownej decyzji nie podjęto. Nauka w Polsce znalazła się na rozstajach dróg i nadal rozgląda się za drogowskazem.

Europejski drogowskaz

Drogowskaz już jednak jest. Komisja Europejska opublikowała 11 marca 2005 r. Europejską Kartę Naukowca i Kodeks postępowania przy rekrutacji naukowców, aby ich wprowadzenie przyczyniło się do stworzenia europejskiej przestrzeni badawczej bardziej przyjaznej dla naukowców i dającej szansę na zmniejszenie dystansu Europy do USA. Skuteczność tych działań może jednak budzić obawy, bo karta i kodeks to jedynie zalecenia dla członków UE, a nie obowiązujący akt prawny. Zainteresowanie w Polsce tymi zaleceniami jest nader skromne, jakby drogowskaz schowany był we mgle, a decydenci, obchodząc go wkoło, nie zauważali właściwego kierunku.

A może nie chcą zauważyć, zważywszy, że wskazuje:

1) kompatybilność karier naukowych (bez habilitacji i bez profesur belwederskich – specjalności polskiej kuchni akademickiej),

2) rekrutację kadr poprzez rzeczywiste (a nie ustawiane jak u nas) konkursy na stanowiska akademickie,

3) jawność dorobku i procedur (utajnianie teczek akademickich na wieki – wykluczone!),

4) mobilność kadry wykluczającą „chów wsobny”, w czym jesteśmy mistrzami.

Ustawiaczy nikt nie ściga

Beneficjenci dotychczasowego systemu za takim drogowskazem, choćby go zauważyli, nie pójdą. To by była dla nich katastrofa, droga ku przepaści.

Na razie preferuje się wygodną postawę według reguły: skoro nie ma nakazu, aby kartę i kodeks wprowadzić, lecz co najwyżej się to zaleca, nie ma się czym przejmować. Zalecenia te zostały pominięte przy tworzeniu ustawy o szkolnictwie wyższym w 2005 r.

Oddolna inicjatywa Niezależnego Forum Akademickiego wdrożenia Europejskiej karty naukowca do nowego aktu prawnego została zignorowana. Nie wszystkim jest, jak widać, po drodze do porządku zachodniego.

Kilkuletnia działalność Niezależnego Forum Akademickiego wskazuje, że krajowi beneficjenci systemu nie bardzo się kwapią do zmian realnych, co najwyżej je pozorują. Demokratyczna większość jest co prawda za zmianami, ale takimi, aby wszystko zostało po staremu. Zdecydowana mniejszość chce zmian realnych, ale większość tej mniejszości boi się o nie walczyć otwarcie – wie, czym to grozi!

Najwyższy czas, aby do reformowania systemu nauki włączyć Polaków „zagranicznych”, mających stały kontakt z nauką światową

W lepszej sytuacji są Polacy „zagraniczni” i to oni na ogół podpisują petycje, aby obecny system zmienić. Mają w tym interes, bo gdy wszystko pozostanie po staremu, do emerytury nie mają po co wracać do kraju. Jeśli za granicę wyjechali stosunkowo wcześnie i nie zdobyli u nas stopni naukowych, nie zostali utytułowani, to po powrocie nie mają co liczyć na etat. Konkursy rozpisuje się na samych swoich, a ustawiaczy, w przeciwieństwie np. do ustawiaczy meczów piłkarskich, nikt nie ściga – bo to taki jest obyczaj w nauce.

Nie dyskryminować aktywnych

Ktoś, kto jest Polakiem, nie ma zresztą wielu szans na zatrudnienie na stanowisku profesora, jeśli nie ma habilitacji, mimo że w wypadku cudzoziemca jest to możliwe. Zdarzają się przypadki zrzekania się obywatelstwa polskiego, aby otrzymać stanowisko profesora na polskiej uczelni. Jest to istotny powód tego, że polscy naukowcy nie mają zamiaru wracać do kraju przed emeryturą, ale też jest to powód, aby włączyć się do działań na rzecz zmiany systemu nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce. Dopóki będzie w nim obowiązywał porządek wschodni, a nie zachodni, nie ma co liczyć, że tzw. nauka polska będzie się liczyła w świecie.

Konieczne są nie tylko większe pieniądze, nie tylko możliwość zróżnicowania wynagradzania pracowników w zależności od osiągnięć. Potrzebna jest przede wszystkim kompatybilność systemowa, konieczne są zmiany prawne, które nie będą dyskryminowały zbyt aktywnych, zbyt niezależnych Polaków robiących karierę naukową poza granicami kraju. Konieczne są otwarte, rzeczywiste konkursy na stanowiska naukowe, konieczna jest ocena pracowników przez gremia międzynarodowe, jawność dorobku naukowego itd.

Najwyższy czas, aby do reformowania systemu nauki włączyć Polaków „zagranicznych”, mających stały kontakt z nauką światową i zachowujących niemal ciągły kontakt z krajem. Ich doświadczenia należałoby wykorzystać. Jeszcze jest czas.


Autor, doktor geologii, paleontolog, pracował w Polskiej Akademii Nauk oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim, był działaczem Polskiego Towarzystwa Geologicznego i redaktorem „Annales Societatis Geologorum Poloniae”, współorganizatorem NSZZ „Solidarność” w Instytucie Nauk Geologicznych UJ w 1980 r. Ostatnio wydał książkę „Drogi i bezdroża nauki w Polsce”, jest prezesem Fundacji Niezależne Forum Akademickie, redaktor portalu NFA www.nfa.pl