Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu?

Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu?

Żyjemy w czasach postępującego postępu zabezpieczanego przez ośrodki nie tylko doskonalenia zawodowego, ale wręcz ogólnoludzkiego, aby postęp zapanował na całym globie. Jednym z warunków postępu jest odrzucenie zacofanej -zdaniem postępowców- cywilizacji opartej na Dekalogu, a przejawy walki z takim zacofaniem widoczne są także na naszych ulicach i obecne w ośrodkach edukacji, wyższej szczególnie z nazwy. Chodzi o to, aby tego co Jaś się za młodu nauczył, Jan nie zdołał się oduczyć. To skuteczna metoda zainstalowana w czasach pandemii komunizmu, który odrzucając Dekalog, odrzucał, rzecz jasna, 7 przykazanie (dla przypomnienia postępowcom – Nie kradnij!) i zajmował się zajmowaniem cudzej własności. Podczas instalacji komunizmu zajmowano nie tylko zegarki (starsi pamiętają naszych „wyzwoleńców” – Masz czasy? To dawaj!), ale także większe dobra materialne, a stopniowo w ramach zainstalowanego systemu edukacji, także dobra intelektualne. Ktoś, kto posiadał takie dobra, narażony był na ataki hunwejbinów postępu, szczególnie w domenie akademickiej, np. w stylu „pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, dawaj pan to co pan wie, bo inaczej pójdziesz na zieloną trawkę”. A styl ten przetrwał ogłoszenie w mediach upadku komunizmu.

Plaga plagiatów

Wraz z rozwojem techniki brak poszanowania prawa własności intelektualnej nawet się rozpowszechnił.  Kiedyś trzeba było mozolnie przepisywać i sobie przypisywać to, co inni napisali i pozyskiwać dyplomy, stopnie, tytuły oparte nieraz na cudzej własności intelektualnej. W końcu realizowano socjalistyczny model – każdemu według potrzeb. Ci, którzy mieli większe potrzeby i zamierzali wejść na szczyty postępu, a cierpieli na deficyt intelektu, czerpali wytwory intelektualne od posiadaczy intelektu.

Pod tym kątem lustracji właściwie nie było, a postęp informatyczny ułatwia taką drogę doskonalenia zawodowego. Metoda „kopiuj – wklej” działa znakomicie i nie zużywa zbyt wiele czasu, a ratuje wielu z tych, którym rozumienie słowa pisanego sprawia trudności. Wielofunkcyjni akademicy na ogół nie mają czasu, aby czytać to, co przez nich wychowani do doskonałości zamieszczają w przez siebie podpisanych opasłych często tomach. Tym samym nie wiedzą, co skopiowali i wkleili do swoich tomów adepci doskonałości.  Co więcej, niektórzy zdobyli szczyty „doskonałości” takimi właśnie metodami i tak sobie je przyswoili, że je akceptują u innych.

Po stwierdzeniu, że nasz system edukacji dotknięty jest plagą plagiatów, zaczęto stosować tzw. programy antyplagiatowe, ale nie do końca doskonałe, a przy tym o zastosowaniu ograniczonym głównie do niższych szczebli akademickich. Na wyższych szczeblach, chyba większe sukcesy w wykrywaniu plagiatów ma znany autonomiczny łowca plagiatów Marek Wroński, niż liczne komisje etyczne czy zespoły dobrych praktyk akademickich. Same zresztą pozostające często na bakier ze swoimi zaleceniami. Najwyższe komisje ewaluacyjne, jak CK, czy obecnie Rada Doskonałości Naukowej, czasami przedstawiają plagiatorów prezydentowi do nominacji profesorskich.  Czyli formalnie „doskonali” działają na rzecz nagradzania, awansowania, niedoskonałych. I koło się zamyka. Bo „doskonałych” mogą oceniać tylko „doskonali”, choćby byli bardzo niedoskonali.

Jeśli systemowo nie postawi się tamie pladze plagiatów, to Marek Wroński do końca życia może polować na plagiaciarzy i roboty mu nie zabraknie. Ale czy tak naprawdę można się cieszyć z jego sukcesów?  Ja bym się cieszył, gdyby tak zmieniono system, aby Marek Wroński, mimo swej pasji łowcy plagiatów, nie miał nic do roboty!  Postulowałem, aby wprowadzić w życie mój darmowy program antyplagiatowy. Ale bez skutku.

Mój darmowy program antyplagiatowy

Na moim blogu pisałem „Stulecia doświadczeń kulinarnych wskazują, że ryba psuje się od głowy. Nie inaczej jest w kuchni akademickiej. Jeśli odetnie się ogon, to i tak to nie zapobiegnie gniciu głowy. Nie ma rady, trzeba opracować taki program, aby głowa się nie psuła. W obecnym systemie akademickim niestety głowy są bardzo podatne na psucie, a jeden plagiat popełniony bezkarnie przez autorytet – głowę systemu, generuje tysiące plagiatów „tułowiowych” i „ogonowych”.  I co z tego, że je wykryjemy, gdy wykrywający z systemu są wykluczani a popełniający plagiaty – nie. Rzadko bywa inaczej.”

Proponowałem program naprawczy skierowany do decydentów reformujących nasz system akademicki, prowadzący „wyrejestrowanie z populacji akademickiej osób popełniających plagiaty a zarejestrowaniu osób potrafiących plagiaty wykrywać. Dotychczasowe programy tych opcji nie przewidują, dlatego są tak mało skuteczne. Program zapewni podniesienie standardów uprawiania nauki bez zwiększenia kosztów księgowanych po stronie wydatków na naukę, a nawet gwarantuje spore oszczędności, bo np. działających na szkodę nauki plagiatofilów jest znacznie więcej niż plagiatofobów.”

Taki program naprawczy ujawniłem w domenie publicznej, przekazałem decydentom nauki walczącym także z plagiatami. I nic. Tyle, że tekst okazał się chyba najbardziej popularny z tych, które napisałem. Widocznie plagiatujący usiłowali znaleźć program do wykrywania plagiatów, bo w dzisiejszych czasach jak ktoś mówi/pisze o „programie” to trzeba go zainstalować w komputerze, ściągając z internetu. A przecież jasno pisałem, że chodzi o program naprawczy! Niektórzy po przeczytaniu tekstu nie wiedzieli, jak program zainstalować i pytali, ile kosztuje użycie programu! Bo przecież wiadomo, że jak coś jest oferowane jako darmowe, to musi kosztować.

Umieszczenie tego tekstu posłużyło więc w pewnym sensie także jako test analfabetyzmu polskiej społeczności akademickiej.

Moja propozycja programu została zainspirowana splagiatowanym fragmentem mojego tekstu przez uczonych pracujących nad naprawą polskiego systemu akademickiego („Mobilność Naukowców w Polsce” –Raport opracowany przez Zespół Interdyscyplinarny do spraw mobilności i karier naukowych. listopad. 2007, Przewodniczący Zespołu – Jerzy Woźnicki), jednocześnie krzewicieli dobrych obyczajów w nauce. Mój tekst opublikowałem na portalu Niezależnego Forum Akademickiego, a potem w książce Drogi i bezdroża nauki w Polsce. Splagiatowany został nieduży, ale znaczący fragment, a raport  z plagiatem wisiał sobie przez 2 lata na stronach Ministerstwa Nauki walczącego z plagiatami.

Na przeprosiny i usunięcie plagiatu musiałem czekać 2 lata, kiedy to wybuchła sprawa plagiatu b. minister skarbu i rektora uczelni wyższej – Aldony Kameli-Sowińskiej, która nie widziała nic zdrożnego w korzystaniu – bez cytowania- z zasobów internetowych. Proces przegrała, rektorem przestała być, musiała zapłacić odszkodowanie, a ja wykorzystując ten dogodny moment przypomniałem o plagiacie z mojego tekstu.

Faktem jest, że po przekazaniu o tym informacji minister Kudryckiej splagiatowany fragment został usunięty i zostałem ustnie przeproszony przez jednego z członków zespołu prof. Woźnickiego – ale na tym się skończyło.

Mój program antyplagiatowy nie został wdrożony w życie. A szkoda. Skutki tego zaniechania trwają do dziś, a moja działalność nie tylko pisemna, ale także obrazowa (zdjęcia, filmy) niejeden raz była plagiatowana, nie tylko przez środowiska akademickie, ale i innych „twórców” nierespektujących własności intelektualnej. No cóż, przechodziliśmy przez system komunistyczny, a ten – czego jak czego – ale własności intelektualnej i prywatnej nie respektował i chyba nam to zostało we krwi. Także komisjom etycznym/dobrych praktyk, które jakoś swych zaleceń kierowanych do środowiska akademickiego same nie praktykują.

Splagiatowana akademicka ściana płaczu

Kilkanaście lat temu zobrazowałem nieco skomplikowanym rysunkiem proces zdobywania szczytów hierarchii akademickiej poprzez pokonywanie – jak to nazwałem – akademickiej ściany płaczu. Aby opisać tę kwestię trzeba by napisać co najmniej sporty artykuł, a jeden poglądowy rysunek potrafi zastąpić tysiące słów.  Jeśli taki rysunek zamieści się w internecie, staje się przedmiotem mrocznego nieraz pożądania i nawet najbardziej doskonali nie potrafią zapanować nad swoimi skłonnościami do korzystania z cudzej własności. W czasach postępu, nikt – a tym bardziej doskonali – siódmym przykazaniem się nie przejmuje. Jak postęp, to postęp i trzeba korzystać z tego, co jest dostępne i brać na swój użytek.

Nad skłonnościami do przechwytywania rzeczy cudzych nie zapanował Bogusław Śliwerski, jeden z doskonałych profesorów – doskonały, bo członek Rady Doskonałości Naukowej, czyli ten, który współdecyduje o tym, czy ktoś może być obdarzony najwyższym tytułem akademickim.

Profesor, przedstawiający się jako profesor nauk społecznych, prowadzi aktywnie blog „pedagog”- z imponującym wręcz zacięciem – w którym poucza innych, jak należy w domenie akademickiej postępować, jakie ta domena wykazuje mankamenty, pomijając z widoczną skromnością swoje. Wspominałem już o nim krytycznie w tekstach w „Kurierze WNET” nr 70/2020 r. (O konieczności doskonalenia doskonałych) oraz nr77/2020 (O konieczności przenoszenia w stan nieszkodliwości ….) ale widocznie albo ich nie zrozumiał, albo nie chce zrozumieć, że swoim postępowaniem szkodzi nauce.

3 stycznia 2021 r. w tekście Akademickie kontrowersje w 2020 roku

 bez żadnych skrupułów umieścił – jako wiodący- mój rysunek z 15 stycznia  2009 r. zatytułowany DR(h)abina akademicka (do tej pory na moim blogu akademickiego nonkonformisty) –   https://blogjw.wordpress.com/2009/01/15/drhabina-akademicka/ bez powołania się na źródło, choć taka konieczność, winna być znana nawet studentowi. A tu proszę, profesor, i to doskonały, czujący chyba powołanie do doskonalenia innych, sam popełnia czyn bardzo niedoskonały. Do tekstu doskonałego profesora, mój rysunek – w dodatku niedoskonały, bo zdolności rysunkowych nigdy nie miałem- nawet nie pasuje.

W gruncie rzeczy rysunek przedstawia krytykę tego, co najwyższe władze akademickie czynią, ze szkodą dla nauki w Polsce. System tytularny prowadzi do wyodrębniania się nadzwyczajnej kasty akademickiej, która uważa, że nie może być przez innych kontrolowana, bo profesora może oceniać co najwyżej inny profesor, a nie ktoś z niższego szczebla drabiny akademickiej.  

Kto po takiej drabinie chce się piąć w górę, może natrafić na podpiłowane czy wręcz roztrzaskane szczeble, a i na głowę coś mu może spaść, a może i sama głowa. Istna akademicka ściana płaczu, zwieńczona beneficjentami systemu tytularnego broniącymi swoich wysoko umocowanych siedlisk. 

Nad Radą Doskonałości Naukowej już nikt w tej hierarchii nie stoi, więc doskonali czują się z siebie nie tylko dumni i zadowoleni, ale mają poczucie bezkarności. W Polsce, w której realizuje się wiele projektów akademickich, nie zanosi się, aby rozpoczęto realizowanie projektu oczyszczania środowiska akademickiego, jaki wdrożyli w życie np. Włosi. U nas nawet mój -o wiele skromniejszy – projekt antyplagiatowy nie ma szans na realizację.

Tekst opublikowany w Kurierze Wnet, w kwietniu 2021 r.

O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości

O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości

Wnioski z ataku Prof. Bogusława Śliwerskiego na dr Herberta Kopca

Przed kilku miesiącami pisałem w Kurierze WNET [nr 70 – kwiecień 2020 r] o konieczności doskonalenia doskonałych, czyli areopagu polskich akademików skupionych w Radzie Doskonałości Naukowej, oceniających poziom doskonałości innych akademików na drodze do otrzymania tytułu profesora – głównego celu karier naukowych w Polsce. Niestety mój postulat jest bez szans na realizację w systemie zamkniętym, w którym to od dziesiątków lat bardzo niedoskonali decydowali i nadal decydują o poszerzaniu swojego grona tworzącego coś na kształt nadzwyczajnej kasty akademickiej.

Sporo światła na orientację intelektualną i moralną tego gremium rzuca, z imponującą regularnością prowadzony, blog członka Rady Doskonałości Naukowej, a do niedawna Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów – prof. dr hab. Bogusława Śliwerskiego. Z tego powodu blog jest bardzo cenny, choć dosyć często zawiera treści co najmniej bulwersujące dla refleksyjnego czytelnika. Od czasu do czasu doskonały profesor atakuje niedoskonałych jego zdaniem akademików, nie zawsze ujawnianych z nazwiska i działalności, stąd nie bardzo wiadomo na czym taka niedoskonałość może polegać, czy jest realna, czy tylko domniemana i kogo dotyczy. Jak na pedagoga – a profesor jest uznanym autorytetem pedagogicznym w naszym systemie akademickim – to dziwny obyczaj, bo niby kogo on takim działaniem/dyskredytowaniem zamierza nauczyć i czego ?

Grillowanie dr Herberta Kopca

16 września roku 2020 wziął na swój ruszt innego pedagoga, wymienionego tym razem z nazwiska –  dr Herberta Kopca,  zaznaczając w samym tytule, że jest osobą o rozumiejącym wglądzie w jego postawę.  Pełny tytuł tekstu na blogu prof. Śliwerskiego  brzmi: „ Rozumiejący wgląd w postawę pedagoga nienawidzącego pedagogiki i innych pedagogów oraz byłych zwierzchników„,  choć z tekstu raczej wynika, że wgląd w postawę grillowanego na blogu pedagoga mogły mu zaciemnić jakieś dymy unoszące się z rusztu i z tym podkreślanym w tytule rozumieniem jest coś nie tak.

Doskonały profesor rozprawia się bez pardonu z dr Herbertem Kopcem, uczestnikiem X Zjazdu Pedagogicznego, który odbył się w Warszawie 18-20 września 2019 , ale pozjazdowy tom, z referatami i podsumowaniami zjazdu, jeszcze sie nie ukazał.

Profesor, uprzedzając pojawienie się tego tomu drukiem, już opiniuje jego treść związaną z dr Herbertem Kopcem, który jego zdaniem „postanowił wysupłać z referatów plenarnych niezrozumiałe dla siebie zdania, by poddać krytyce pedagogikę. Każdy, kto je przeczyta w całości, dostrzeże manipulację typową dla propagandzisty z minionego ustroju.”

Rzecz w tym, że nikt jeszcze tego przeczytać nie może w całości, czy chociażby w części, aby ocenić,  czy to jest manipulacja, czy święta prawda o pedagogice, którą podobno dr Kopiec poddaje krytyce. A ponadto nie wiadomo dlaczego ta wypowiedź skłania prof. Śliwerskiego do obdarzenia go mianem „propagandzisty z minionego ustroju.”  Czyżby się obawiał, że ktoś nieprzygotowany jego opinią do czytania tego tomu, kiedy się on ukaże, sam do takich konkluzji może nie dojść a winien, bo tak uważa prof. Śliwerski.

Jako profesor od doskonałości naukowej tak charakteryzuje poddanego grillowaniu kolegę-pedagoga „Emerytowany doktor, który z powodu braku osiągnięć naukowych został kilkanaście lat temu wyrotowany z Uniwersytetu Śląskiego, przyjechał na Zjazd jako komiwojażer prawicowej gazety.”.

„Po co przyjechał? Nie po to, by wygłosić referat, bo od ponad czterdziestu lat nie zajmuje się nauką, a na zjeździe naukowców nikt nie potrzebuje wysłuchiwać publicystycznego żargonu.”

Czyli dyskwalifikacja !? Ale czy naprawdę dr Kopca? Czy prof. Śliwerski nie zna choćby informacji łatwo dostępnych w internecie o działalności naukowej dr H. Kopca? Pisał o nim chociażby red. Grzegorz Filip – MAM KŁOPOTY – Forum Akademickie, 2000/11-12, a z tekstu wynika, że o działalności naukowej dr. Kopca i to nie przed 40, ale przed 20 laty wiedział obecny prof. Śliwerski i nawet sam wyrażał się pozytywnie o książce dr Kopca, jak wielu innych profesorów. Czytamy: „o książce wypowiedział się w opinii wydawniczej prof. Bogusław Śliwerski, specjalista teorii wychowania z Uniwersytetu Łódzkiego. Napisał m.in. tak: „Skoro wciąż obecni w akademickim życiu profesorowie nie mają odwagi, by zmierzyć się z etycznym wymiarem prawdy swoich czasów i własnej w nich działalności, ktoś musi to za nich zrobić. (…) Ktoś musi oczyścić terminologię nauk o wychowaniu z nowomowy, by przywrócić jej fenomenom ich właściwy sens. Ktoś wreszcie musi zatrzymać się nad detalami tamtych czasów, by nie zamazywano więcej różnic między doktryną a nauką. Nie jest to łatwe studium, ale i niezwykle trudnego zadania podjął się jego autor”. Dlaczego zatem pisze nieprawdę sam siebie dyskwalifikując swoimi opiniami ?

Dalej na blogu jednak atakuje dr Kopca, publicystę Kuriera WNET:  „Przyjechał z teczką pełną egzemplarzy prawicowej gazety, w której publikuje swoje artykuły. Dla niego są one ważne, bo „zieją” osobistą nienawiścią do wybranych przez siebie postaci polskiej pedagogiki socjalistycznej. Poziom manipulacji tekstami jest rzeczywiście typowy dla propagandzistów …” broniąc wyraźnie ideologii lewicowej, bo o krytyce naukowej tego co dr. Kopiec pisze nie ma ani słowa. Słowa o manipulacji typowej dla propagandzistów w istocie rzeczy odnoszą się chyba do prof. Śliwerskiego, który jakby miał problemy ze swoją tożsamością, sądząc przy tym, że ktoś oczekuje jego publicystycznego żargonu.

Zamiast spojrzeć krytycznie na te swoje niemiłosierne przeinaczenia brnie dalej:Godna miłosiernego spojrzenia postać zapewne chce zatrzeć z okresu PRL swoją lewicową aktywność na uczelni…” dezinformując konsekwentnie, że Herbert Kopiec „studiował w najbardziej „czerwonym” uniwersytecie tamtego ustroju” gdy tymczasem nawet niedoskonali wiedzą, że nie było możliwości studiowania w tamtym ustroju na państwowym uniwersytecie innym niż czerwony, choć różne były odcienie tej czerwieni. Np. Uniwersytet Śląski był tak czerwony, że zwany był w skrócie ‚ CzuSiem” [ Czerwonym Uniwersytetem Śląskim] gdy tymczasem Uniwersytet Jagielloński, na którym studiował w latach 60-tych Herbert Kopiec, był co prawda podobnie jak i pozostałe państwowe uniwersytety, czerwony, ale nie tak bardzo i „CzUjem” go nikt nie nazywał, nawet w latach późniejszych 70-tych, kiedy to rektor Karaś marzył o jego przekształceniu w Instytut Propagandowy Polskich Komunistów jak pisał w swych pamiętnikach Karol Estreicher. [ Dziennik Wypadków – Karoa Estreicher, T. V (1973-1977)]

Dekonspiracja profesora

Dalej dyskredytuje -niemerytorycznie i z odczuwalną nienawiścią – grillowanego dr Kopca, jako jego zdaniem „nienawistnika”, podkreślając „Wyłonił się zatem nowy rodzaj antypedagoga, który postanowił zatroszczyć się nie o pedagogikę, bo jej nie zna, nie rozumie, ale o Polskę, naród, historię, o – metaforycznie biorąc – tischnerowską „prawdę”, w tym o samego siebie.”

Tym samym pan profesor jasno się zdekonspirował jako – rzec można – anty-Polak, bo jak rozumieć inaczej jako zarzut, że troszczy się o Polskę, naród, historię … ?

Dla Polaków taka troska to pochwała godna naśladowania, wyróżnienie dla każdego nauczyciela, ale dla prof. Śliwerskiego to rzecz niesłychana, właściwa jeno antypedagogowi!

Nie jest co prawda jedynym profesorem, który nienawidzi tego co polskie. Warto przypomnieć Michała Bilewicza, skierowanego przez gremium doskonałych profesorów do nominacji profesorskiej, który Polaków nie traktuje jako naród,  tylko jako twór ideologiczny, ale prezydent RP jego orientacji antypolskiej nie zaaprobował i do tej pory nominacji nie podpisał.

Natomiast prof. Śliwerski oznajmia o zidentyfikowaniu także  innych „doktorów nauk, którzy nie byli w stanie przekroczyć granicy własnego rozwoju ku samodzielności naukowo-badawczej. Oni nawet nie wiedzą, że nie wiedzą i czego nie wiedzą.” nie podając jednak czy mając obowiązek służbowy i -rzecz jasna- pedagogiczny,  pomógł im w rozeznaniu ich niewiedzy, czy ma jakieś sukcesy pedagogiczne na drodze przekraczania granic rozwoju mniej od niego doskonałych i czy wyciągnął kogokolwiek z mroków niewiedzy ?

Postuluje natomiast :”Pochylmy się zatem z wyrozumiałością i współczuciem nad dr. H. Kopcem, któremu – jako jeden z nielicznych w naszym środowisku akademickim (co jest udokumentowane) – pomogłem w wydaniu książki „Rozumiejący wgląd w wychowanie”.

Czyli co ? Czyżby ta pomoc profesora od doskonałości okazała się niedoskonała, a wręcz tak katastrofalna, że w gruncie rzeczy pomagał dr. Kopcowi zostać antypedagogiem, jak raczy go uprzejmie nazywać ? A może to prof. Śliwerski osiągnął poziom antypedagoga i sfrustrowany tym wypisuje takie manipulacje/dyrdymały kompromitując się publicznie, choć trudno nad nim pochylać się z wyrozumiałością, jako że jest decydentem i tym co wypisuje szkodzi innym, co skłania do wysunięcia postulatu przeniesienia go w stan nieszkodliwości.

Żargon niezależny od prawdy

Póki co, jako nadal profesor, brnie konsekwentnie dalej w grillowaniu dr Kopca pisząc: „zatrudniał się w wyższych szkołach prywatnych. W jednej z nich ukarano go dyscyplinarnie, a następnie zwolniono, bo ponoć obrażał pracujących tam pracowników naukowych i ujawniał studentom artykuł prasowy, w świetle którego rektorem szkoły był tajny współpracownik poprzedniego reżimu.” Nijak ma się to do prawdy i faktów, na których jakoś nie chce opierać swoich insynuacji/manipulacji.

W internecie można znaleźć materiał nagrania rozprawy sądowej: „28 marca 2014 r. Sąd Rejonowy w Gliwicach – przewodniczy pani sędzia Małgorzata Sąsiadek – rozpoznawał sprawę VI P 646/12 o przywrócenie do pracy doktora Herberta Kopca przeciw Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości. Dr Kopiec ośmielił się przeciwstawić destrukcji pedagogiki polskiej przez reprezentantów dominujących dziś tendencji neokomunistycznych i dlatego został zwolniony z pracy pod zmyślonym pretekstem. Sąd uwzględnił powództwo i niepokornego naukowca nakazał przywrócić do pracy [https://nfapat.wordpress.com/2014/04/21/sprawa-herberta-kopca-przed-sadem/ ] „

Nie wiadomo dlaczego profesor uznał ujawnienie faktu o współpracy rektora z komunistyczną SB za obraźliwe. Nie podaje jednak żadnych faktów i nie podaje o kogo chodzi. Można jednak sądzić, że chodzi o b. Rektora Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości, gdzie był zatrudniony dr Herbert Kopiec. O rektorze można przeczytać „Sąd Okręgowy w Gliwicach: Tadeusz Grabowiecki kłamcą lustracyjnym – https://www.24gliwice.pl/wiadomosci/sad-okregowy-w-gliwicach-tadeusz-grabowiecki-klamca-lustracyjnym/ – ” – Tadeusz Grabowiecki w latach 1993-1998 był przewodniczącym Rady Miejskiej. Później sprawował funkcję radnego. Od ośmiu lat jest rektorem Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości.W marcu tego roku, Instytut Pamięci Narodowej oskarżył go o kłamstwo lustracyjne. Rektor miał zataić, że w latach 1976-1978 był zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie “Jan”.” [patrz także: https://lustronauki.wordpress.com/2014/11/14/tadeusz-grabowiecki/ .

To IPN ujawnił taką niechlubną przeszłość rektora i sąd to potwierdził, a profesor od doskonalenia, na ślepo, z nienawiścią, bije w dr H. Kopca, trafiając kulą w płot a właściwie samemu sobie w stopę, tracąc przy tym twarz. Wyszło na jaw, że jest do dnia dzisiejszego twardym obrońcą minionego systemu, nie dając zapomnieć o swym romansie z przewodnią siłą narodu [http://obserwatoriumedukacji.pl/felieton-nr-108-glownie-na-temat-wywiadu-prof-sliwerskiego-w-gazecie-wyborczej/#more-11954].

Tekst prof. Śliwerskiego reprezentuje publicystykę niezależną od prawdy, czym zwraca uwagę na niedoskonałości profesorów od doskonałości naukowej, selekcjonujących innych akademików do grona profesorskiego. Dzięki takim tekstom, obywatel karmiony w mediach zachwytami nad przewodnią siłą polskich elit, powstałą z transformacji przewodniej siły narodu, minionego, ale nadal w naszym życiu obecnego systemu, może wyrobić sobie pogląd o poziomie ‚doskonałości’ takich profesorów. Winien zrozumieć przyczyny tak słabości polskich elit, jak i żałosnego stanu domeny akademickiej z ogromną ilością utytułowanych profesorów na czele. Czy jest możliwe aby Polska w swym planie rozwoju opierała się na takich formalnie „doskonałych” ?

Czy bez przeniesienia ich w stan nieszkodliwości Polska osiągnie należną pozycję na arenie światowej ?

Tekst opublikowany w listopadowym numerze Kuriera WNET, r. 2020

O konieczności doskonalenia DOSKONAŁYCH

[rys. z deon.pl]

O konieczności doskonalenia DOSKONAŁYCH

Św. Franciszek Salezy, patron dziennikarzy, w swej koncepcji doskonałości argumentował, żedoskonałość polega na zwalczaniu niedoskonałości” przekonującniech nas nie niepokoją nasze niedoskonałości, bo nasza doskonałość polega na ich zwalczaniu; a nie możemy ich zwalczać, gdy ich nie widzimy, ani pokonać, gdy ich nie spotykamy”.

W ramach transformacji wysoce niedoskonałego naszego systemu akademickiego utworzono Radę Doskonałości Naukowej, która działa na rzecz zapewnienia rozwoju kadry naukowej zgodnie z najwyższymi standardami jakości działalności naukowej wymaganymi do uzyskania stopni naukowych, stopni w zakresie sztuki i tytułu profesora.”

Jak widać, przez doskonałość naukową nadal u nas rozumie się posiadanie stopni i tytułów, jakby to one były celem i największą wartością działalności naukowej. W rezultacie staliśmy się potęgą tytularną, ale pozostaliśmy mizerią naukową. Należało oczekiwać, że w ramach reformy powstaną inne kryteria doskonałości, aby wolna i niepodległa Polska miała oparcie w naprawdę doskonałych elitach.

Niestety innych kryteriów doskonałości nie znaleziono i koncepcji św. Franciszka Salezego wcale nie brano w tej transformacji pod uwagę.

Niedoskonała transformacja

Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów, spadkobierczynię Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej, stanowiącej – jak mawiano – machinę władzy w PRL na odcinku nauki, przemianowano na Radę Doskonałości Naukowej, przy zachowaniu wielu członków poprzedniczki, rzecz jasna pochodzących z wyboru, ale z czego miano wybierać ? Kryteria wyboru/kryteria doskonałości pozostały, jak i pula kadrowa do wybrania, uformowana/sformatowana przez poprzednie komisje i standardy.

Można rzec – NIEDOSKONALI, nawet wysoce, na drodze takiej transformacji stali się DOSKONAŁYMI, odpowiedzialnymi za doskonalenie mniej doskonałych, będących na drodze do doskonałości, czyli zdobycia kolejnych stopni i tytułów.

Dokąd taka transformacja nas doprowadzi ? Nic nie wskazuje, że do doskonałości.

Jej symbolem jest wynalazek – w ramach wdrożeniowych doktoratów – innowacyjnego urządzenia do oczyszczania nóg z piasku po wyjściu z plaży [Józef Wieczorek, Jak wychodzić z plaży, czyli innowacyjne wynalazki polskich naukowców, Kurier WNET 63/ 2019] a brak -postulowanego przeze mnie – urządzenia do wyciągania głów z piasku, co mogłoby doprowadzić do pozytywnych przeobrażeń w domenie akademickiej i całego kraju.

Głowa w piasku pogrążona, nic nie widzi, nic nie słyszy, a szare komórki się rozkładają i nawet kontakt intelektualny z taką głową staje się niemożliwy. Trzeba mieć na uwadze to co objaśniał św. Franciszek Salezy, który głowy do piasku nie chował: „ Nie możemy zwalczać niedoskonałości, gdy ich nie widzimy…”

Do tej pory nawet nie rozpisano konkursu na takie „urządzenie” do należytego funkcjonowania nie tylko uniwersytetów, ale i całego państwa, jako że elity państwowe są formowane/formatowane na uczelniach.

Bo wielka zachodzi różnica między stanem doskonałości a doskonałością„

Tak argumentował św. Franciszek Salezy i miał rację, co widać na przykładzie profesorów będących w stanie doskonałości – członków Rady Doskonałości Naukowej, którzy jak się okazuje, nieraz są nadzwyczaj niedoskonali. Pokazuje to przykład profesora od doskonałości naukowej – Bogusława Śliwerskiego, bardzo aktywnego na swoim blogu „Pedagog”, o którym już pisałem [ Kurier WNET 63/2019].

Niedawno profesor zdumiał się okrutnie, że ktoś zainteresował się tym co zrobił za pieniądze podatnika otrzymane na działalność naukową, jakby taka kwestia nie wchodziła rachubę przy prowadzeniu badań naukowych w Polsce. Finansowanie badań i badaczy, jak wiadomo jest u nas mizerne, a ma być dużo większe niż jest, aby cokolwiek wymagać od etatowych naukowców. Takie są mniemania badaczy. Jeśli ktokolwiek pyta się publicznie co z obecnego finansowania naukowców wynika – to budzi zdumienie, nie tylko profesora-blogera, bo i inni profesorowie podobno pukają się w głowę na wieść o takich zainteresowaniach.

Czyżby byli zdumieni, że po tylu latach, tak powszechnego w Polsce pozoranctwa naukowego, znajdują się jeszcze obywatele, którzy mogą sądzić, że cokolwiek interesującego z tego pozorowania działalności naukowej mogło powstać ?

Wszak, jak wynika z braku reakcji społecznej, na mój artykuł o pracach naukowych nad sposobami wychodzenia z plaży, ludziska po tych pracach niczego się nie spodziewają.

Ja jednak od dziesiątków już lat, (Szary obywatel nieuczciwą konkurencją ? Kurier WNET 68/2020], starałem się dowiedzieć, na co tak naprawdę ten marny grosz publiczny jest przeznaczany w domenie naukowej, mając na uwadze historyczne motto Najwyższej Izby Kontroli „Ktokolwiek grosz publiczny do swego rozporządzenia odbiera, wydatek onegoż usprawiedliwić winien”.

W państwie demokratycznym, obywatel ma prawo i obowiązek kontrolować wszelkie władze, w tym i akademicką władzę nad groszem publicznym. Jawność tego, co naukowcy zrobili za przeznaczony na nich grosz publiczny, uważałem i nadal uważam za podstawową cechę normalnie funkcjonującego systemu akademickiego.

Chciałbym przy tym zauważyć, że przez lata nie miałem żadnych problemów z zapoznaniem się z tym co zrobili w ramach projektów badawczych amerykańscy naukowcy, bo było to i jest jawne, choć na te projekty nie płaciłem ani grosza.

Ale u nas jest inaczej i nie ma woli aby to zmienić, choć ja jako obywatel nie wyrażam zgody na finansowanie z mojej kieszeni utajnianych projektów z nazwy badawczych, ani na naukowców rekrutowanych do instytucji badawczych w ramach utajnianych konkursów, rzecz jasna ustawianych.

Nakłady na projekty, dzieła naukowe, jak i ich rezultaty, winny być jawne dla zainteresowanego i płacącego na nie podatnika.

DOSKONAŁY profesor twierdzi jednak, że „nikt jeszcze nigdy nie dochodził tego typu spraw” – wbrew faktom zawartym na moim, nieobcym mu, nonkonformistycznym blogu.

Gdyby nie chowano głów w piasek i te kwestie podnoszono na poziom opinii publicznej, nawet DOSKONAŁY profesor nie mógłby pisać tego, co pisze, bo dowiódłby tylko szkodliwości swojego pisania i został przeniesiony w stan nieszkodliwości.

Kto zarabia na filantropijnych [?] profesorach

Szokujące są informacje profesora-blogera, że „naukowcy nie czerpią korzyści ze swojej pracy naukowo-badawczej, kiedy w grę wchodzi opublikowanie jej wyników. Na naszych publikacjach, a więc korzysta ze środków publicznych i tym samym zarabia:
– redaktor książki, recenzent książki, składacz tekstu, ilustrator, drukarz, uczelnia (wydawca) sprzedająca dany tytuł.”
z czego chyba ma wynikać, jacy to naukowcy są filantropijni [?], że utrzymują tak liczne gremia.

Bloger informuje „Autor nie tylko nie zarabia, ale utrzymuje przy profesjonalnym życiu wiele osób.” Jak wiadomo z mediów, pensje na uczelniach są głodowe, a tu się okazuje, że naukowiec nie tylko, że nie zarabia za swoją pracę, ale jeszcze utrzymuje gromadę innych ! Skąd oni na taką filantropię biorą pieniądze ?

Profesor nie podaje natomiast informacji na temat rocznych nakładów budżetowych na jednego badacza, które na początku wieku wynosiły średnio 45 667 USD, a obecnie są znacznie większe. To dla podatnika informacja wielce interesująca.

Mimo, że profesor jest na etacie (jak wynika z bazy danych o ludziach nauki – nie na jednym) i jest utrzymywany z kieszeni podatnika, również – bez mojej zgody – z mojej, nie radzi sobie z doskonaleniem mniej doskonałych i domaga się na swoim blogu „Pedagog”, abym ja [osoba bezetatowa, bez wsparcia z kieszeni podatnika], pomógł mu udoskonalić osobę z tytułem doktora, która zdaniem pana profesora nie jest doskonała. A przecież to on na doskonalenie innych otrzymuje środki podatnika, i ma, nie tylko służbowy, ale i moralny obowiązek doskonalić mniej doskonałych.

Przerzucanie kosztów swojej działalności na barki tych, którzy nie mają na nią żadnych środków (ani grosza), ani obowiązku doskonalenia innych, to co najmniej impertynencja, tym bardziej, że używa zwrotu „Może taki dr Józef Wieczorek…”

Może taki prof. Śliwerski [że użyję zwrotu specjalisty od doskonałości), który jest beneficjentem najlepszego z systemów i decydentem na drodze do doskonalenia innych, puknie się w głowę, zanim napisze coś tak kuriozalnego i poleci innym do wykonania.

Aby doskonali już nie doskonalili

Tym niemniej muszę poinformować pana profesora od doskonałości, że jako wyklęty/wypędzony z systemu akademickiego i to z oskarżenia (wystosowanego przez doskonałych w czasach PRL a utrzymywanego w mocy, przez jeszcze bardziej doskonałych w III RP) o negatywny wpływ na młodzież akademicką, część mojej działalności pro publico bono – rzec by można filantropijnej – poświęcam pomocy innym, niszczonym przez system i doskonałych beneficjentów tego systemu, co dokumentuje m. in. moja strona Niezależne Forum Akademickie – Sprawy Ludzi Nauki.

Jako wypędzony z systemu uniwersyteckiego – bo „uczył rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego” bo „był wzorem nauczyciela i wychowawcy” – nie mam w tym żadnego obowiązku służbowego, ani nie wykonuję żadnych poleceń DOSKONAŁYCH, którzy – na całe szczęście nie mają już nade mną żadnej władzy, choć niektórzy w takich dążeniach czasem tracą władzę nad samym sobą.

To co robię, robię z obowiązku ludzkiego, aby DOSKONALI jeszcze bardziej tego systemu nie udoskonalili na swoją modłę – bez wiedzy utrzymujących ich podatników.

Jak widać z zasobów cyberprzestrzeni, DOSKONALI do tej pory nie założyli żadnego ośrodka doskonalenia naukowego, ograniczają się jeno do stworzenia Rady, która chyba jest bezradna, skoro jej członkowie domagają się, aby wykluczeni z systemu (czyli tak niedoskonali, że nawet nie ma co zawracać sobie głowy ich doskonaleniem} wyręczali ich w doskonaleniu niedoskonałych.

Ja nie wyrażam zgody, aby na takich przeznaczano z moich podatków choćby 1 [słownie jednego] grosza !

Aby udoskonalić nasz system, należałoby w jego reformowaniu sięgnąć po koncepcję doskonałości św. Franciszka Salezego i zwalczyć niedoskonałości formowania kadr do stanu doskonałości, mając na uwadze, że „wielka zachodzi różnica między stanem doskonałości a doskonałością”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET nr 70 – kwiecień 2020 r.