Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd to choroba zakaźna, uleczalna, ale nieleczona jest groźna i się rozprzestrzenia. Tą nazwą określa się też patologiczne stany życia społecznego dotkniętego korupcją, nepotyzmem, pajęczyną powiązań przestępczych, mafijnych…

Tak nazwana została choroba tocząca środowisko wymiaru (nie)sprawiedliwości, znana u nas dzięki spektaklom teatru telewizyjnego pod tytułem Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, opartym na powieści Ugo Bettiego, odnoszącej się do sytuacji we Włoszech przed kilkudziesięciu laty, ale znanej i z innych krajów, także z Polski, nie tylko przed laty, ale i dziś.

Niestety podobnych spektakli nie doczekało się zjawisko trądu toczącego środowiska akademickie, może z wyjątkiem znanego filmu Krzysztofa Zanussiego z roku 1977 Barwy ochronne, w którym pewne przejawy patologii życia akademickiego zostały zobrazowane.

Trąd nie tylko w Pałacu Sprawiedliwości

Po obejrzeniu spektaklu Trąd w Pałacu Sprawiedliwości w czerwcu 1987 r. dostrzegłem podobieństwa do klimatu, jaki był mi znany w środowisku akademickim na najstarszej polskiej uczelni. Tym spostrzeżeniem podzieliłem się z rektorem in statu nascendi Uniwersytetu Jagiellońskiego, który wówczas z ramienia uczelni kierował akcją politycznej weryfikacji kadr akademickich, eliminującej niewygodnych dla systemu socjalistycznego pracowników naukowych o odmiennej od obowiązującej etyce i generalnie swoim antysocjalistycznym postępowaniem oddziałujących negatywnie na młodzież akademicką. Szczególne niebezpieczeństwo dla systemu socjalistycznego stanowiło skłanianie studentów do krytycznego myślenia. Po latach można też ocenić, że i dla transformacji. Niestety moja diagnoza obecności trądu w Pałacu Nauki nie znalazła uznania w oczach rektora i wolał się pozbyć mnie, a nie samego trądu. Nie zamierzał nawet zbadać schorzenia (był z wykształcenia medykiem), nie mówiąc o podejmowaniu działań na rzecz zapobieżenia jego rozprzestrzenianiu się. Postąpił zgodnie ze znaną zasadą: stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki. Ja gabinet rektora opuściłem, ale trąd pozostał, i to na długie lata.

Trąd degraduje Pałac Nauki

Gdy w okresie transformacji ustrojowej zaistniało zagrożenie, że mogę wrócić na uczelnię, argumentowano, iż to ja byłem sprawcą dolegliwości akademickich, bo po moim odejściu wszystko kwitnie. Z innych wypowiedzi – w tonie alarmistycznym domagających się zwiększenia finansowania kwitnącej rzekomo pozostałości akademickiej – wynikało jednak, że uczelnia stała nad przepaścią i obawiała się zrobić krok do przodu.

Po latach, mimo ogromnej poprawy infrastruktury uczelnianej, budowy znakomitych, pięknych nieruchomości, wielokrotnego wzrostu kadry, i to wysoko utytułowanej, oraz wielokrotnego wzrostu wynagrodzeń, poziom nauki i nauczania – jak wynika z opinii niemal powszechnych, a także z rankingów – obniżył się. Można było to przewidzieć, bo po zerwaniu pozytywnych relacji mistrz- -uczeń uczniowie pozostali bez mistrzów, co raczej podnoszeniu poziomu nauczania nie służy. Wbrew obowiązkowi poszukiwania prawdy, ciążącemu na uniwersytetach od początków ich istnienia, uczelnie zaczęły abdykować z prawdy, jakby dla uwolnienia się od krępujących je zasad na drodze do postępu. To objaw trądu toczącego uniwersytety zatrudniające na etatach teoretyków prawdy, którzy sami jej nie praktykują.

Nawet w okresie komunistycznym z rozstawaniem się z prawdą się nie afiszowano, choć uniwersytety pozostawały w sytuacji schizofrenicznej, zmuszone do funkcjonowania w systemie kłamstwa. Następuje stopniowe zastępowanie nauki przez ideologię, która na uniwersytetach zaczyna dominować, a profesorowie boją się mówić, a nawet myśleć. To działo się już w systemie komunistycznym: nonkonformistycznych akademików eliminowano, a i biologia zrobiła swoje. Po transformacji kolorystycznej uczelni – z czerwonych na tęczowe – proces jakby przyspieszył.

Próba zobrazowania trądu w Pałacu Nauki

Z setek moich tekstów poświęconych różnorodnym patologiom życia akademickiego, kilkadziesiąt zebrałem w książkę Plagi akademickie i ostatnio Trąd w Pałacu Nauki, aby zwrócić uwagę na zjawiska degradujące domenę akademicką w Polsce, a pomijane na ogół milczeniem, unieważniane w ramach stosowania cancel culture.

We Włoszech, gdzie przed laty rozpoznano trąd w Pałacu Sprawiedliwości i stwierdzono też degradujący domenę akademicką trąd w Pałacu Nauki, od kilku lat wdrażana jest operacja „Universita bandita”, gdyż uznano, że dalsze trwanie takiego stanu rzeczy ogranicza nie tylko potencjał nauki, ale i całego kraju, którego rozwój zależy od jakości elit formowanych na uniwersytetach. Mimo że potencjał gospodarki i poziom nauki we Włoszech są wyższe niż w Polsce, sprawa plag akademickich została naświetlona we włoskich mediach i skierowana na wokandy sądowe (Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

To, co we Włoszech uznaje się za patologie, u nas niestety jest standardem i nie budzi dezaprobaty. O „ustawianych” konkursach na etaty czy przejawach nepotyzmu wiedzą wszyscy, także decydenci, a mimo licznych reform, te plagi przetrwały do dziś. Niestety dla struktur polskiej domeny akademickiej (i nie tylko) to nie jest temat na tyle atrakcyjny, aby się nim zajmować.

Konferencja rektorów – KRASP – świętuje swój jubileusz 25-lecia, nagłaśniając swoje sukcesy, a milcząc na temat degradacji domeny, za co w niemałym stopniu rektorzy odpowiadają.

W ostatnim czasie skupili się na polityce równościowej, polegającej na nierównym traktowaniu społeczności akademickiej poprzez tworzenie przywilejów dla osób o odmiennej orientacji seksualnej. Kto by tej polityki nie respektował, musi się liczyć z konsekwencjami. Natomiast zupełnie, i to od lat, nie interesuje rektorów niewłaściwe, szkodliwe dla domeny traktowanie osób o odmiennej od współcześnie promowanej orientacji moralnej i intelektualnej. Ci, którzy są zorientowani na respektowanie stanowiącego fundament cywilizacji łacińskiej Dekalogu, na którym w średniowieczu uniwersytety zostały posadowione, nie mają wiele szans na przetrwanie na współczesnych uniwersytetach.

Powszechne unieważnianie 7 przykazania (Nie kradnij!) w domenie akademickiej przejawia się nierespektowaniem własności intelektualnej, powszechnym plagiatowaniem na wszelkich szczeblach akademickich, z rektorskim włącznie. Kto by ośmielił się podnosić te kwestie publicznie, zostaje skasowany w domenie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Zresztą nie tylko chodzi o plagiaty, ale i zjawisko „dostaw obowiązkowych” – dostarczanie płodów intelektualnych na konto baronów akademickich lub powszechne dopisywanie się tych baronów do cudzych prac, aby te mogły w ogóle zaistnieć na akademickich polach. To tylko przykłady objawów trądu toczącego Pałac Nauki.

Zanik zainteresowania stroną intelektualną i moralną na rzecz strony seksualnej świadczy o naturalnym zaniku instytucji określanych jeszcze mianem uniwersytetów. Zamiast stanowić ośrodki promieniujące poziomem intelektualnym i moralnym na całe społeczeństwo, są źródłem trądu przenoszonego poza mury Pałacu Nauki.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Z egzemplarzem mojej książki Trąd w Pałacu Nauki wszedłem do największej, głównej księgarni naukowej Krakowa, mając nadzieję, że zainteresuje się ona jej rozprowadzaniem. W witrynie widziałem m.in. książkę Jana Hartmana Etyka życia codziennego, wydaną i rozpowszechnianą jako pomoc w nabyciu „umiejętności dokonywania analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie”, sądziłem zatem, że dokonując analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie akademickie, zainteresuję moją książką czołową naukową księgarnię Krakowa. Wszak szary obywatel akademicki i pozaakademicki winien mieć szansę porównać różne propozycje etyczne.

Co więcej, na poczesnym miejscu po wejściu do księgarni zauważyłem książkę jakby z mojej dziedziny, na temat współżycia naszych przodków z dinozaurami. Ścięło mnie to z nóg, bo o czymś takim kiedyś słyszałem z ust samej byłej premier polskiego rządu (Ewy Kopacz), która objaśniała, jakie straszne skutki pociągnęło za sobą obrzucanie dinozaurów przez naszych przodków kamieniami. Zwróciłem na to uwagę kierownictwu księgarni, bo książka nie była umieszczona w dziale „Kurioza”, tylko wśród prac naukowych. I jak zwykły obywatel ma oddzielić ziarno od plew, skoro pani premier nie zdołała, a jagiellońska uczelnia tych, co to potrafili, ze swoich murów wypędzała?

Ja akurat wykładałem na tej uczelni dzieje życia na Ziemi i wiem, że od wymarcia dinozaurów do pojawienia się człowieka minęło więcej niż 50 mln lat. Tymczasem to mnie wyrzucono (negatywne oddziaływanie na studentów – sic!), a takie brednie się wydaje i oficjalnie rozpowszechnia, i to w księgarniach naukowych, pod bokiem najstarszej polskiej uczelni. Nic mi nie wiadomo, aby jakiś etatowy profesor wobec takiego stanu rzeczy zaprotestował.

Tak samo się rzeczy mają ze słynnymi już Dziejami Uniwersytetu Jagiellońskiego, niedostępnymi obecnie w księgarniach, ale polecanymi do nauki kandydatom na studentów jagiellońskiej wszechnicy. Przypomnę, że w tej historycznej książce wykreślono z historii najstarszej polskiej uczelni komunizm, stan wojenny i przewodnią siłę narodu, więc, rzecz jasna, nie wiadomo, skąd się wziął trąd w tym pałacu.

Współautor tej książki, z której chyba wynika, że historia się skończyła, a przynajmniej została przerwana, ostatnio został na UJ wyróżniony za przedkładanie rozumu nad siłę (nagroda Plus ratio quam vis). Po rezygnacji z prawdy… To jest prawdziwy HiT edukacyjny i ciekawe, jak z tym poradzą sobie wprowadzający nowy przedmiot „Historia i Teraźniejszość” (HiT)? Księgarnia naukowa – pozostająca pod wpływem intelektualnym i moralnym porażonego trądem Pałacu Nauk – mojej książki Trąd w Pałacu Nauki, podobnie jak i wcześniejszej, Plagi akademickie, rzecz jasna nie przyjęła po rzuceniu okiem na jej zawartość, niewątpliwie niemieszczącą się w ramach etyki Hartmana czy na arenie rzekomych walk naszych przodków z dinozaurami. Wystarczyło, że książka przestrzega przed lewackim marszem przez uniwersytety, czyli przenoszeniem trądu – niekoniecznie drogą płciową – aby jej do obiegu nie dopuścić.

W innych księgarniach – na ogół podobnie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Wystarczy spojrzeć na 2–3 zdania na okładce, skojarzyć trąd ze zdjęciem Pałacu Nauki (Collegium Novum UJ) opanowanym przez trąd, aby odmówić jej przyjęcia: „Bo wie pan, my wynajmujemy ten lokal, a wiadomo, jak się może to skończyć, gdyby się ujawniało trąd. Od trądu trzeba się trzymać z dala”. Rezygnując z takiego rozpowszechniania książki, uratowałem nieliczne już w Krakowie księgarnie, które jeszcze się utrzymują, sprzedając kompletne bzdury razem z publikacjami mniej chodliwymi, nawet dobrymi, ale nie traktującymi o patologiach systemu.

W dawnym Krakowie książkami interesowały się elity, stąd w centrum Krakowa księgarń było wiele. Ostatnio, wraz ze wzrostem kadry akademickiej, liczby studentów, poziomu udyplomowienia i utytułowania społeczeństwa, księgarnie znikają. Znawcy życia krakowskiego twierdzą, że w centrum Krakowa więcej jest obecnie domów publicznych niż księgarń, co się jakoś koreluje z nasilonym zainteresowaniem (i promowaniem) wielością orientacji seksualnych przy zaniku zainteresowania orientacją moralną i intelektualną.

To jest cecha współczesnych zmian cywilizacyjnych, ale odpowiedzi na postawione w książce pytanie: Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? do tej pory nie otrzymałem

Kurier WNET lipiec 2022 r.

Obrona chrześcijaństwa pociskami „Chrystus Zmartwychwstał”

Obrona chrześcijaństwa pociskami „Chrystus Zmartwychwstał”

W okresie Świąt Wielkiej Nocy zmroziła nas informacja o przygotowaniach Rosjan do wzmożenia inwazji na Ukrainę. W tym celu m.in. przygotowano „wybuchowe niespodzianki na Wielkanoc”, czyli pociski jako pisanki wielkanocne opatrywane w ramach umilania sobie czasu przez putinowskich żołdaków napisami „Chrystus zmartwychwstał”Zdziczenie tej barbarii nie ma żadnych granic, a pomyśleć, że w Polsce, bastionie – jak się uważa – cywilizacji łacińskiej, zagrożonej w swym istnieniu, odzywają się głosy nadziei (i to od lat) na obronę chrześcijaństwa przez tę barbarię [List otwarty do Narodu Rosyjskiego i władz Federacji Rosyjskiej | Myśl Polska (archiwum) (mysl-polska.pl) i argumenty: że „triumfalny powrót Rosji do chrześcijaństwa po upadku komunizmu dokonał się w czasie, gdy Zachód odciął się od tych wartości i zanegował cywilizacyjne znaczenie łacińskiego Rzymu. Jego rolę w sposób naturalny przejęła Moskwa jako Trzeci Rzym.” [Ukraina – wojna cywilizacji – Prof. Anna Raźny – Bibuła – pismo niezależne].

W liturgii wielkanocnej pod przewodnictwem patriarchy Cyryla zwierzchnika Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie wziął udział także prezydent Władimir Putin [w ramach tryumfalnego powrotu Rosji do chrześcijaństwa?]. Zwierzchnik Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego otrzymał od przywódcy Kremla ozdobne jajko wielkanocne i życzenia: „To wielkie święto jednoczy prawosławnych chrześcijan, wszystkich obywateli Rosji świętujących Zmartwychwstanie Chrystusa, wokół wysokich ideałów i wartości moralnych, budzi w ludziach najjaśniejsze uczucia, wiarę w triumf życia, dobra i sprawiedliwości”.

Pociski „Chrystus zmartwychwstał”, jak można rozumieć, będą nosicielami ideałów i wartości moralnych, a powiększenie i tak wielkiego już morza trupów, także osób cywilnych, kobiet i dzieci, często bezczeszczonych, świadectwem tryumfu życia i sprawiedliwości. To poziom cynizmu i nihilizmu właściwy dla cywilizacji barbarzyńskiej, przez Feliksa Konecznego zwaną turańską. To zaprzeczenie cywilizacji łacińskiej, chrześcijańskiej.

Nieżyjący już rosyjski dysydent Sergiej Kowalow w rozmowie z Jarosławem Mańką w 2016 r. „Rosja jest Trzecim Rzymem, a prezydent chrześcijaninem? Putin na każdym kroku kłamie” (Polska Times) mówił m.in. „Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego, a głównie jej hierarchia, i dość duża część wierzących staje się, jakby to powiedzieć, bandą fanatyków. To nie jest chrześcijaństwo. Nie wiem, za kogo oni się uważają. Hierarchowie to źli ludzie, którzy mogą każdego pozwać do sądu. Czy to malarzy, czy innych artystów, którzy im się nie podobają. Ale moskiewskie prawosławie „obsługuje” władzę przez kilka wieków.”

Ostatnio także patriarcha Cyryl udokumentował, że kontynuuje obsługę władców Kremla. Chroń nas Panie Boże przed obroną chrześcijaństwa ze strony moskiewskiej barbarii.

—————————————————————————————————-

Kurier WNET, czerwiec 2022 r.

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

[Likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!]

W wiadomościach Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność nr. 11–12 z 2021 r., a także na łamach „Forum Akademickiego” (12/2021) można przeczytać informacje, że Rada Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność została przekształcona w sztab protestacyjny na mocy uchwały 18/2021 Rady KSN. Powodem jest stan „zagłodzenia systemu nauki” i brak realizacji zobowiązań rządu z 2018 r. zwiększenia wynagrodzeń zasadniczych pracowników nauki i szkolnictwa wyższego o 30%.

Faktem jest, że wynagrodzenia w tym sektorze nie są zbyt wysokie, a na pewno niższe niż na uniwersytetach zachodnich. Ale faktem jest również, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o ilość uczelni, ilość profesorów belwederskich i doktorów habilitowanych, mamy piękne nieruchomości akademickie, ale nauka nie ma mocy.

Twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest niezbyt wysokie finansowanie kadry akademickiej, jest co najmniej dyskusyjne. Rzecz w tym, że nad relacjami finasowania i niewydajności nauki się nie dyskutuje. Akademicy protestują, bo uważają, że im się należy! Protest jest solidarny i widać go w przestrzeni publicznej, gdyż budynki akademickie zwieńczone są często flagami Solidarności i ZNP.

Szkoły wyższe jako kuźnie kadr

 Argument za podwyżkami brzmi: „To szkoły wyższe są kuźnią przyszłych kadr dla przemysłu i gospodarki, medycyny, oświaty, administracji, a prowadzone przez naukowców badania mają na celu poprawę bytu całego społeczeństwa, rozwiązywanie problemów trapiących ludzkość i środowisko oraz stałe podnoszenie stopnia rozwoju cywilizacyjnego”.

Niestety odnosi się wrażenie, że te kuźnie pracują niezbyt wydajnie, bo Polska, bogata w uczelnie i utytułowanych uczonych, jest nadal uboga w elity potrzebne dla zarządzania dużym europejskim krajem, polska nauka niewiele liczy się w świecie, a pod względem innowacji jesteśmy na szarym europejskim końcu.

Protestujący nie postulują żadnych działań, aby poprawić pracę tych kuźni i zatrudnionych w nich kowali, poza lepszym ich finansowaniem. To podobno ma poprawić byt całego społeczeństwa. Ja w to wątpię i wielokrotnie te wątpliwości podnosiłem, ale dyskusji nie było. Moje opinie są niewygodne, podważające zdania etatowych akademików, więc są poddawane antykulturze unieważniania/wymazywania, co nie daje świadectwa dobrych intencji protestujących.

Na początku wieku, podczas prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym, KSN Solidarność przedstawiła swój program naprawy systemu akademickiego, który wychodził, i to znacznie, poza postulaty płacowe. Projekt, mimo że daleki od doskonałości, wspierałem w ramach działań Niezależnego Forum Akademickiego i współpraca naprawcza dobrze się układała, choć ostatecznego sukcesu w Sejmie niestety nie było. Rektorzy przyjętą ustawę (r. 2005) traktowali jako tymczasową i obiecywali, że wkrótce nauczą się organizować konkursy na etaty, aby można było znieść rodzącą patologie habilitację.

Niestety mimo upływu lat nie zdołali zrealizować swoich zamiarów (może cierpią na niedostatek intelektu?). Patologie nadal trwają, nie tylko habilitacyjne, a KSN Solidarność jakby zrezygnowała ze zmian strukturalnych i skoncentrowała się głównie na kwestiach płacowych, które systemu nie zmienią, a jeszcze go petryfikują.

Związkowcy, jakby tego nie chcieli zauważyć, patologiczny system aprobują i argumentują za swoimi postulatami płacowymi, twierdząc, że „każdy z nas jest beneficjentem – w sposób bezpośredni lub pośredni – systemu szkolnictwa wyższego i nauki”. Ten argument nie pozwala mi pozostać obojętnym i postaram się go nieco podważyć na podstawie moich doświadczeń, póki nie doczekam się naukowej analizy.

 Marny los kowala

Ja nie czuję się i nie mam argumentów, aby się poczuć czy to bezpośrednim, czy pośrednim beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki.

System ten nie jest mi obcy, przez szereg lat byłem z nim związany bezpośrednio, nawet na pozycji kowala, w słabo opłacanej, ale efektywnie pracującej kuźni kadr tak dla nauki, jak i gospodarki. Z mojej kuźni, w trudniejszych niż obecne czasach – schyłek PRL, głównie czasy jaruzelskie – wyszły kadry, które sprawdziły się w domenie akademickiej, także na arenie międzynarodowej, i są przydatne dla gospodarki. Kuźnia natomiast została zlikwidowana, a ja przestałem być kowalem, bo zostałem wypędzony z uczelni jako uznany (przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję realizującą dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym) za osobnika mającego negatywny wpływ na młodzież akademicką i stanowiącego zagrożenie dla uczelni.

Kowal, który takie kadry formował, mimo że był kiepsko opłacany (kilkanaście dolarów miesięcznie, bez projektów!), a wiele pracował również bez wynagrodzenia, był i nadal jest niepożądany w „głodującej” domenie akademickiej. Co prawda kowal był temu „winny”: w końcu to były czasy, kiedy czy się stało, czy się leżało, dwa tysiące się należało, ale nie powiesili cygana, lecz właśnie kowala, bo te standardy naruszał. Cyganie pozostali na piedestałach tak wówczas, jak i potem; po tzw. transformacji i niektórzy do dnia dzisiejszego pociągają za cygańskie sznurki. Wówczas (przed niemal 35 laty) nie tylko powiesili kowala, ale i zniszczyli kuźnię, aby kadry z niej nie wychodziły i praca kuźni nie zawstydzała samych koryfeuszy wynoszonych na piedestały przez przewodnią siłę narodu.

Protestów związkowych, także Solidarności, którą kowal w kuźni zakładał – nie było ani wówczas, ani potem. To podobno było tak dawno, że kto by o tym pamiętał? Ale od początku nie pamiętano. Trzeba pamiętać o nosie Kleopatry, pięcie Achillesa, ustach Krzywoustego, bo to nasze dzieje, ale żeby zajmować się powieszonym kowalem w czasach komunistycznych/ wojennych?

W końcu wystarczy zajrzeć do Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby się przekonać, że komunizmu nie było, stanu wojennego nie było, przewodniej siły narodu (PZPR) nie było! Była za to liberalizacja systemu (sic!), w ramach której cyganie wieszali kowali!

Co więcej, niepożądanego kowala wprowadzono na ścieżkę dyscyplinarną, z której do tej pory (przez 35 lat!) go nie sprowadzono i nie podjęto nawet usiłowań w tym zakresie. Ścieżka widocznie była zbyt wysoko zawieszona! Żadnych protestów związkowych nie było i nie ma. Bo czy to by zwiększyło uposażenia protestujących? A przecież tylko taka jest motywacja protestów. Nie ma w pamięci nawet śladów takich wydarzeń, bo je skrupulatnie wymazywano, kasowano, w ramach antykultury – cancel culture, która opanowała domenę akademicką funkcjonującą w czasach post-historii, post-prawdy, post-pamięci.

Związkowcy, tak jak władze akademickie, za nic w świecie nie chcą poznać swej historii, strat wojennych, losów tych, którzy fundamenty akademickie (kuźnie kadr) budowali, a potem, wypędzeni, autentycznie głodowali! W końcu z poszukiwania prawdy zrezygnowano. Nie ma co przeszłości rozgrzebywać, skoro na kłamstwie można budować świetlaną przyszłość, domagając się jeno szmalu z kieszeni podatnika – nieprawdaż?

Jak odróżnić beneficjenta od ofiary

 Protestujący zapewniają, że każdy z nas jest beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Zapewne – jeśli chodzi o protestujących – tak jest, ale ja nigdy nie zauważyłem jakiejkolwiek poprawy mojego bytu po podwyżkach dla „profesorów” i im podległych, nie rozwiązało to żadnych moich problemów ani nie podniosło stopnia rozwoju cywilizacyjnego mojego otoczenia, co podobno następuje, jak tylko „profesorowie” podwyżki dostaną. Wręcz przeciwnie.

Zauważyłem wypieranie cywilizacji łacińskiej, do której należę, przez turańską – barbarzyńską, pasożytniczą, rozbójniczą. Uważam się za ofiarę, a nie za beneficjenta systemu, ale od lat działam pro publico bono na rzecz jego naprawy i nie zauważyłem, aby protestujący w tym kierunku działali.

 Nie miałem żadnych złudzeń, że system się sam naprawi, jak tylko zmieni się pokolenie (tak mnie od 1989 r. zapewniano) i nie mam nadal, kiedy pokolenia się zmieniły, a system się sam nie naprawił! I mam pewność, że nawet gdy protestujący dostaną więcej, bo im się podobno po prostu należy, system się nie naprawi.

 Protestujący w najmniejszy nawet sposób nie zatroszczyli się o powroty kowali, o reaktywacje ich kuźni kadr, więc chyba o poprawę bytu całego społeczeństwa nie dbają, a jeno o swoje kieszenie. Oferowałem swoją osobę kowala wielu uczelniom, podkreślając, że wiele prac napisałem, i to przy nakładzie z kieszeni podatnika sum, których nigdy nie widzieli (zero złotych polskich!). I co? Podobno biedne uczelnie za nic w świecie nie chcą tych, co bez pieniędzy, z pasji naukowej mogą coś wartościowego zrobić, i to czasem więcej od etatowych i wygrywających konkursy na projekty.

Nie chcą ich nawet znać, bo chyba ze wstydu musieliby się pochować, a oni chcą dominować! I uważają się za ofiary systemu, bo zarabiają nie tyle, co im się ponoć należy za tytuły. O wynagradzaniu w domenie akademickiej tych, co efektywnie pracowali, a nic nie zarabiali – nawet nie wspominają.

Tak się składa, że po wypędzeniu z domeny akademickiej od lat utrzymuję się przy życiu – jak obrazowo objaśniam – z wrzucania do kosza produktów tworzonych przez finansowanych milionami (nie tylko za etaty, ale i projekty). Są bowiem podmioty gospodarcze, które wolą opierać się na moich pozabudżetowych produktach intelektualnych niż na produktach „profesorskich”, i nieźle na tym wychodzą, bo Matka Ziemia pozytywnie weryfikuje moje koncepcje/produkty intelektualne. Moja działalność intelektualna poza systemem akademickim pozytywnie wpływa na poprawę bytu społeczeństwa, przynosi bowiem wymierne korzyści dla gospodarki. Ale system akademicki jak był, tak jest zamknięty dla mnie (i podobnych), pozostaje zaś otwarty na „samych swoich”, nawet gdy są producentami bubli, plagiatów, mistrzami pozoranctwa naukowego i edukacyjnego.

Co komu się należy

Beneficjenci systemu – etatowcy, utytułowani – uważają, że im się należy więcej, a z racji swoiście pojmowanej autonomii akademickiej twierdzą, że nie można kontrolować naboru na etaty, konkursów na stanowiska i wydawania grosza publicznego na edukację oraz na badania.

 Dostęp do informacji publicznej w tych kwestiach jest jedynie iluzoryczny. Wiadomo powszechnie, że konkursy na etaty są ustawiane pod konkretne osoby, stąd kadry beneficjentów takich rekrutacji nie są najlepsze i skutki tej patologii również. Zatrudnianie lepszych, stanowiących zagrożenie dla beneficjentów, nie wchodzi w rachubę. Dlaczego słabsi mają być finansowani, i to coraz lepiej, a lepsi pozostawać poza systemem, nikt nie tłumaczy.

Powszechnie słyszymy, że dobrzy nie chcą pracować w systemie akademickim ze względu na niskie płace, a ci, którzy wyjechali z powodów finansowych, nie chcą wracać. Jednak prawda jest taka, że to uczelnie nie chcą zatrudniać lepszych od zatrudnianych na podstawie ustawianych konkursów i blokują powroty naukowców z zagranicy.

Badań nad tym procederem się nie prowadzi, procesów ustawiaczy konkursów nie ma, protestów przeciwko takim patologiom brak, a przecież ograniczenie patologii podniosłoby efektywność systemu akademickiego. Mamy za to protesty, aby nie najlepszym płacić jak najwięcej, bo to podobno podniesie poziom dobrobytu społeczeństwa i zabezpieczy rozwój gospodarki w Polsce.

Jestem za podniesieniem płac w sektorze nauki i to znacznie więcej, niż postulują protestujący, ale przy likwidacji/ograniczeniu patologii/plag akademickich, o czym piszę w książce Plagi akademickie, niemal przemilczanej.

Od dawna, od czasów jaruzelskich, postuluję przeniesienie w stan nieszkodliwości niszczących „kuźnie” i „kowali”. Co więcej, przeznaczanie pieniędzy z niedużego akademickiego budżetu na ideologię gender zamiast na naukę nie powinno mieć miejsca. Trzeba mieć też na uwadze, że uczelnie zachodnie nie są finansowane w 100%, a tylko w kilkudziesięciu % z budżetu, więc może zastosowanie takich metod finansowania w Polsce byłoby bardziej skuteczne w zarządzaniu domeną akademicką. Problem w tym, że polskie instytucje z nazwy naukowe utrzymują się raczej z wynajmu nieruchomości (które mają, i to czasem znakomite) niż ze sprzedaży produktów intelektualnych, bo cierpią na ich niedostatek.

Ten stan rzeczy można by zmienić poprzez zatrudnianie na uczelniach tych, którzy tworzą jakieś wartości intelektualne budzące zainteresowanie społeczne i gospodarcze. Niestety system jest niejako samowystarczalny i zajmuje się głównie produkcją dyplomów i stopni, nierzadko bez pokrycia, często z brakiem poszanowania własności intelektualnej. A takim „akademikom” nic się z budżetu nie powinno należeć!

Mimo głodowych rzekomo pensji, na uczelniach kwitnie nepotyzm, co świadczy o szkodliwej wersji polityki prorodzinnej. Ojciec czy matka głodujący na uczelni, zamiast kierować dzieci ku karierze pozaakademickiej, np. biznesowej, w której mogłyby wykazać się intelektem i wydobyć rodziców, ba! świat akademicki z biedy (jak np. Erazm Jerzmanowski, Ignacy Łukasiewicz, Witold Zglenicki), na siłę ustawiają pod nie konkursy na etaty, aby one też biedę klepały(?) i były zdane na utrzymanie z kieszeni nieraz jeszcze biedniejszego podatnika. To niemoralne! Można by postulować: likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!

Kowale własnego losu

 Obecny system akademicki, będący produktem długotrwałej negatywnej selekcji kadr, jest systemem marnotrawnym i bez zmian systemowych lepsze finansowanie wszystkich, według stopni i tytułów, nie przyniesie poprawy bytu całego społeczeństwa, a co najwyżej obecnych, nie najlepszych jego beneficjentów.

Nie ma co liczyć na rozwój cywilizacyjny, skoro niemała część beneficjentów pozostaje raczej pod wpływem cywilizacji turańskiej (widoczne cechy: pasożytnictwo – utrzymywanie niewydajnych pracowników najemnych przez innych podatników; rozbójnictwo – plagiaty, brak poszanowania własności intelektualnej!), podczas gdy cywilizacja łacińska na uczelniach jest w zaniku. Co więcej, beneficjenci systemu w ramach kultywowanej religii walki z klimatem optują m.in. za likwidacją kopalń, co może nas raczej cofnąć do epoki kamienia łupanego, a nie doprowadzi do rozwoju.

Uniwersytety powołane do poszukiwania prawdy (cecha cywilizacji łacińskiej) z tego obowiązku abdykują na rzecz poszukiwania orientacji seksualnych. Przy aprobacie związkowców protestujących w sprawach płacowych, ale nie cywilizacyjnych. Przywiązani do tradycyjnych wartości „zacofańcy”, unieważniani przez siły postępu, mogą być, co prawda, kowalami własnego losu, ale poza kuźniami kadr akademickich, bo stanowiska kowala w tęczowej kuźni nie dostaną. Stąd nie należy się liczyć z wykorzystaniem potencjału intelektualnego i moralnego sporej jeszcze części populacji zdroworozsądkowych.

Trzeba przypomnieć, że w czasach zniewolenia car zsyłał na Syberię ludzi zagrażających mu dążeniami do wolności. Ale jeśli zesłani pragnęli pracować naukowo, mieli w tym jego wsparcie, także finansowe. Nawet na zesłaniu mogli być kowalami własnego losu, a car na tym dobrze wychodził. Syberia naukowo została poznana przez zesłańców i dzięki temu rozwinęła się gospodarczo i cywilizacyjnie. Ich badania nie zostały unieważnione, figurują jako autorzy własnych prac naukowych, a nawet góry na Syberii zostały nazwane ich nazwiskami (Góry Czerskiego, Góry Czekanowskiego). Uczeni-zesłańcy nie zostali wymazani z historii. Mimo wszystko cancel culture nie była stosowana na taką skalę, jaką mamy w systemie akademickim epoki jaruzelskiej i post-jaruzelskiej. „Carowie” nauki w Polsce z nienawiści do prawdy zagrażających im intelektualnie i moralnie kowali wypędzają, niewygodną historię i nazwiska wymazują, kuźnie niszczą, nieraz doszczętnie, i zarządzają pogorzeliskami, domagając się ich pełnego utrzymywania przez podatników.

Przeciwko takiej sytuacji brak protestów związkowców. Jako obywatel, kowal własnego losu, nie wyrażam zgody na utrzymywanie z mojej kieszeni funkcjonującej poza prawdą populacji postępowych akademików. Moim zdaniem winien obowiązywać zakaz finansowania lewackiego długiego marszu przez uniwersytety.

Tekst opublikowany w: KURIER WNET · MARZEC 2O22