Trzeba wiedzieć, o czym się pisze

Trzeba wiedzieć, o czym się pisze

[reakcja na atak personalny doskonałego profesora Bogusława Śliwerskiego]

W czasach postępu coraz częściej wyrażane są opinie, że głupiejemy. Coraz trudniej nawiązywać kontakty intelektualne, coraz więcej ludzi nie potrafi czytać ze zrozumieniem tego, co piszą inni, a nawet tego, co piszą sami. I nie dotyczy to populacji niedouczonych, lecz także samych elit, w tym akademickich, najwyższego nawet szczebla.

Przed niemal 10 laty umieściłem w sieci pytanie, moim zdaniem ważne dla wszelkich działań naprawczych domeny akademickiej: skąd się wzięły obecne kadry akademickie?

Niestety odpowiedzi nie było, więc podjąłem ostatnio jeszcze jedną próbę na łamach „Kuriera WNET” (październik 2021) i, o dziwo! zauważyłem reakcję [Marna publicystyka dra Józefa Wieczorka]– niestety nie w „Kurierze WNET”, ale na popularnym w środowisku pedagogów blogu na temat obecnych kadr akademickich – i to jednego z decydentów domeny akademickiej w Polsce, członka Rady Doskonałości Naukowej, prof. Bogusława Śliwerskiego, guru w dziedzinie pedagogiki. I co?

Odniosłem wrażenie, że autor nie zrozumiał tego, co ja napisałem, a sam pisze to, czego sam chyba nie rozumie. Z faktami nie ma to wiele wspólnego. Profesor poucza: „Do pisania o środowisku akademickim i jego naukowych osiągnięciach lub porażkach trzeba najpierw rzeczowo się przygotować, poznać realia, by nie tworzyć o nim fałszywego obrazu”, ale sam ze swoich rad jakoś nie korzysta. Ani się nie przygotował, ani nie poznał realiów, ale za to stworzył fałszywy obraz.

Nie pierwszy raz zresztą (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET” nr 70, kwiecień 2020; O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości – nr 77, listopad 2020; Jak doskonały profesor (nie) radzi sobie z plagami akademickimi, nr 84, czerwiec 2021). Pisze rzekomo o mnie; np. „Jego zdaniem współcześni młodzi naukowcy odtwarzają sowiecką myśl naukową, przez co nie są uznawani na świecie”.

Co za bzdura. Gdzie o tym u mnie przeczytał? Gdzie cytaty? Profesor doskonały, kwalifikujący innych do doskonałości, a na elementarnej robocie naukowej się nie zna. Czemu nadal jest utrzymywany na etacie z budżetu? Na wysokich, decydenckich stanowiskach?

W samym tytule polemista z odwagą podkreślił, że chodzi o „marną publicystykę” w moim wydaniu, przezornie jednak nie zaznaczając, że należy do tych doskonałych koryfeuszy nauki polskiej, którzy fragmenty mojej publicystyki rekwirowali, zapisując je na swoje, rzecz jasna doskonałe, konto. Jeśli ktoś plagiatuje tekst marny, to jego działalność jest jeszcze marniejsza, a przy tym przestępcza – nieprawdaż? Ale u nas to jest norma (!), taka strukturalna i moralna plaga, na którą się nie reaguje.

Polemista pomija setki moich tekstów (także zgrupowane w postaci ponad 20 tomików), dostępne (za darmo) w sieci, a ponadto w ostatniej książce Plagi akademickie, znanej profesorowi doskonałemu. Może ich nie zrozumiał? W swoim tekście podniósł, że „W Polsce AD 2021 nie finansuje się akademickiej patologii”, czym zaprzeczył rzeczywistości, jak i sobie samemu, bo w końcu sam o finansowanych patologiach/patologicznych akademikach nieraz pisał, a i jego patologiczne poczynania, w końcu etatowca akademickiego, są finansowane z budżetu!

Ja pisałem o tym wielokrotnie, potwierdzają to też raporty NIK, a także zorientował się w tym minister nauki i edukacji. Finansuje się nie tylko patologie akademickie, ale instytucje finansujące badania same generują patologie i bronią się przed kontrolą swych wydatków. Natomiast doskonały profesor wskazuje na odkrytą przez siebie (?) patologię w postaci finansowania budżetowego moich „marnych” tekstów w „Kurierze WNET”, co jest oczywistą nieprawdą, ale doskonali profesorowie mają to do siebie, że czym jak czym, ale sprawdzaniem zgodności z prawdą tego, co sami piszą, się nie trudzą.

Jako od lat niefinansowany z budżetu, nie pełniący żadnych funkcji w domenie akademickiej, nie mam szans, aby na nią negatywnie wpływać, w przeciwieństwie np. do doskonałych profesorów. Kiedy byłem nauczycielem akademickim, uczyłem (i to często bez finansowania, z pasji!) nie tylko mojej dziedziny, ale tego, co jest najważniejsze – bo myślenia krytycznego, nonkonformizmu naukowego (co podkreślali sami studenci i wychowankowie).

Na skutek tego zostałem zdyskwalifikowany przez komunistyczne gremia (do dnia dzisiejszego anonimowe!), oskarżony o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką i dożywotnio, mimo tzw. transformacji, wypędzony z domeny uniwersyteckiej przez tych (i im poddanych), którzy nadal w niej brylują. Mam zatem i osobistą, udokumentowaną wiedzę na temat: skąd się wzięły – w niemałym stopniu – obecne kadry akademickie i co sobą reprezentują.

Okres III RP, w której społecznie działam na rzecz naprawy domeny akademickiej, wnosi wiele do poznania patologicznych mechanizmów selekcji kadr akademickich. W swej polemice doskonały profesor nie podjął się odpowiedzieć na moje zasadnicze pytanie: „Skąd się wzięły obecne kadry akademickie?”, w czym nie różni się od swoich kolegów, nie wiedzących – nie chcących wiedzieć – skąd się w domenie akademickiej wzięli i dlaczego ta domena, mimo ich doskonałości, jest taka marna, choć finansowana z budżetu, z czego należałoby się przed podatnikiem rozliczać.

A doskonali mają skłonność do rozliczania z działań tych, co z budżetu nic nie dostają, choć mimo to nieraz do nauki i edukacji wnoszą więcej niż etatowi. Doskonały profesor wręcz marzy o takich ideowych naukowcach, co by bez finansowania pracowali u niego, choć nie wierzy, aby tacy istnieli. Pisze: „Gdzie są ci wybitni naukowcy, młodzi, nieskażeni PRL i jego reprodukcją, którzy są gotowi pracować naukowo za darmo? Poproszę o ich adres. Chętnie włączę ich do procesu badawczego, skoro są gotowi pracować dla idei, jak obecna prawicowa władza”.

Nie jest tak, aby pasjonatów nauki nie było, ale na ogół tych, co z pasją pracowali (i to bez względu na wynagrodzenie lub jego brak) dla idei, a nie dla feudałów, z domeny akademickiej wykluczano.

Stanowili zagrożenie dla całego systemu pozoranctwa naukowego i edukacyjnego, tak doskonałych, jak i ich preferowanych podopiecznych, przyzwyczajonych przez lata do pozyskiwania dostaw obowiązkowych płodów intelektualnych od podwładnych (marnie finansowanych).

Efekt oczywisty – pasjonatów wykluczono, pozostały tylko marzenia doskonałych, aby jeszcze gdzieś tacy się znaleźli i swoje płody intelektualne im dostarczali. Nic z tego!

Jak się pasjonatów przez lata niszczy, to w systemie pozostają jeno pracownicy najemni, zainteresowani jak największym finansowaniem i brakiem kontroli społecznej swej działalności. Mamy finalny efekt stosowania takich mechanizmów w postaci marnej domeny akademickiej, marnych elit, marnych doskonałych profesorów.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET w grudniu 2021 r.

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Po raz kolejny mój tekst nawiązuje do twórczości jednego z doskonałych w polskiej domenie akademickiej – profesora doktora habilitowanego Bogusława Śliwerskiego. Profesor dzięki swojemu blogowi „pedagog” funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako swoisty holotyp (okaz typowy) doskonałego profesora, ukazując jego cechy, mimo mankamentów, nader trudne do udoskonalenia. (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET”, kwiecień 2020 r., O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości, „Kurier WNET”, listopad 2020 r., Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? „Kurier Wnet”, kwiecień 2021 r.)  

Na okoliczność ukazania się mojej książki „Plagi akademickie”, na ogół pomijanej w środowisku akademickim, profesor na swoim blogu  wziął pod swoją lupę nie tyle książkę, co moją nic nie znaczącą w domenie akademickiej osobę. (https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html)

 To zdumiewające, bo inni, mniej lub bardziej doskonali, do mojej działalności, jak i osoby stosują kulturę (raczej subkulturę) unieważniania/kasowania/wymazywania/ewaporacji.

Jak można sądzić, profesor zapoznał się przynajmniej częściowo z moją książką, którą chyba zakupił, bo pisze o rzekomo wygórowanej jej cenie (może ją zakupił w Polonia Bookstore Chicago, gdzie jest oferowana za   $23.85, zamiast kilkakrotnie taniej np. w sklepie Gazety Polskiej) przy okazji wątpiąc, że została ona wydana pro publico bono.

No cóż, naszym etatowym profesorom, podobno na głodowych pensjach (jednofunkcyjni zarabiają jedynie ok. 10 tysięcy, a wielofunkcyjni – tylko kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie) w głowie się nie mieści, że ktoś bezetatowy, wyklęty z domeny akademickiej, może w interesie publicznym wydać książkę i to w trosce o uniwersytet, o doskonałych, choć biednych profesorów.

Subkultura unieważniania

Niestety doskonały profesor nie podjął się merytorycznej, krytycznej analizy moich „obrazoburczych” tekstów, o co się wielokrotnie do gremiów akademickich zwracałem, tylko skoncentrował się na dyskredytowaniu mojej osoby. Jest to metoda doskonale mi znana od dziesiątków już lat, kiedy wyborowi akademicy, a czasem gremia anonimowe, dokonywały „rozstrzeliwania” – i to z dział największego kalibru – mojej osoby (na ogół pudłując, stąd jeszcze jestem obecny, choć trudno im to znieść) nie podejmując nawet polemiki merytorycznej z moimi tekstami, siłą rzeczy niedoskonałymi, ale poddawanymi osądowi bardziej doskonałych.

Przecież autor może popaść w niczym nie uzasadnione zadufanie, jeśli setki tekstów – o ważnych problemach świata akademickiego – poddawane są tylko subkulturze unieważniania bez podania nawet przyczyny. Natomiast ciosy doskonałych akademików, raz za razem, są kierowane na korpus autora, i to poniżej pasa. W boksie uważnym za sport nieraz brutalny, to bijący poniżej pasa jest dyskwalifikowany i przegrywa, ale w naszej autonomicznej domenie akademickiej jest na odwrót. Kto jak kto, ale profesor może bić poniżej pasa, a jakby mniej utytułowany krzyknął lub choćby pisnął z bólu, musi się liczyć z dyscypliną i potępieniem. Standardy feudalne przetrwały u nas przez wieki i żadne burze dziejowe, transformacje, reformy, tego nie zmieniły.

Powszechnie wiadomo, że aby merytorycznie dyskutować czy oceniać, trzeba z tekstem (i okolicami) się zapoznać ze zrozumieniem, poddać  refleksji i analizie oraz coś sensownego napisać, aby przekonać innych o swej słuszności. Niestety takie umiejętności są w zaniku, także u doskonałych profesorów.

W ramach swej pedagogicznej i doskonałej metodologii profesor unieważnił moje badania pisząc „Po doktoracie nie prowadził już badań naukowych, skoro nie uzyskał stopnia naukowego doktora habilitowanego.” Nie przejmując się faktem, że po doktoracie, mimo panowania „lockdownu” Jaruzelskiego, aż do wieku XXI prowadziłem więcej badań niż do doktoratu. Ta działalność objęta u nas subkulturą wymazywania, prowadzona była głównie w konspiracji (także w III RP!), poza finansowanymi projektami, ale jednak znana nawet na innych kontynentach.

Co więcej, niektórzy zauważali, że nie mając etatu akademickiego, publikowałem więcej niż na etacie. Taktownie nie zauważali, że jest to oczywisty rezultat wydostania się poza zasięg „maczug” profesorskich, poza możliwość blokowania lub poboru mojej działalności intelektualnej na ich konto (w ramach dostaw obowiązkowych). Nawet dostęp do komputera był blokowany, a służył innym do „badania” pasjansów, a nie do pisania prac naukowych. Okazało się, że człowiek wolny, nawet niefinansowany, może zrobić o wiele więcej, niż człowiek zniewalany, szczególnie w domenie akademickiej!

Oczywiście moje prace nie przechodziły przez ręce doskonałych profesorów od tytułów (chyba nigdy by się nie ukazały), lecz były przekazywane bezpośrednio do redakcji naukowych, także zagranicznych. Tak się składa, że jako geologa, najlepiej moje prace merytorycznie ocenia Matka Ziemia i są tego rezultaty o dużej wartości społecznej, gdy prace oceniane wysoko przez „profesorów” nieraz trzeba wrzucać do kosza.

Faktem jest jednak, że to co zrobiłem, to najwyżej kilka procent tego, co mogłem zrobić w normalnym systemie akademickim.

Profesor autonomiczny wobec prawdy i faktów

Prof. Bogusław Śliwerski, mimo że ukończył pedagogikę i jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej (wcześniej CK), wypisuje na mój temat zupełne niedorzeczności, niemal całkowicie niezależne od prawdy i faktów. Mimo skasowania mnie w domenie akademickiej, można znaleźć o mnie podstawowe informacje, chociażby na moim – znanym profesorowi- „blogu akademickiego nonkonformisty” (w zakładce Autor). Może profesor dokonuje manewrów omijania prawdy, aby przygotować pole do swoich dyskredytacji.

Doskonały profesor zarzuca mi, że zapomniałem o składanej przysiędze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, której treść w języku łacińskim taktownie przytacza w swoim tekście. Wykazał się znajomością faktu, że jestem doktorem, ale nie pofatygował się sprawdzić jakiej jednostki naukowej.  Otóż doktorat nadała mi Polska Akademia Nauk, a nie UJ, a ponadto nie składałem nikomu przysięgi doktorskiej. Widocznie w PRLowskiej nauce panował taki bałagan, że tego ode mnie nie wymagano, dając mi wówczas swobodę mojej działalności, tak naukowej, jak i społecznej, bez uwiązania ideologicznego/instytucjonalnego. Dyplom odebrałem po dłuższym czasie, bo był potrzebny etatowym biurokratom do bezterminowego zatrudnienia na UJ.

Tym niemniej, zgodnie z tym co inni przysięgali a nie zawsze realizowali, zawsze i wszędzie starałem się postępować godnie i w miarę swych sił i możliwości – a nawet ponad siły – wspierałem UJ. Wszędzie, gdzie to możliwe, i czynię to do dnia dzisiejszego, mimo wypędzenia mnie z uczelni przez tajną (do tej pory!) grupę przestępczą, wprowadzającą w życie dyrektywy grupy przestępczej o charakterze zbrojnym pod wodzą Wojciecha Jaruzelskiego. A doskonały profesor bajdurzy: ”uczelnia przytuliła go do siebie..”  Przez nikogo nie przytulony wydałem książeczkę – Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego. W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych, czyli jak zło dobrem zwyciężać– fakt, że tylko w pdf, a nie na papierze, ale za to dostępną za darmo w sieci –https://blogjw.wordpress.com/w-trosce-o-uniwersytet-i-prawde/. I nadal jestem na uczelni persona non grata.

Do czasu wypędzenia w 1987 r. wykonywałem obowiązki samodzielnego pracownika nauki, co stwierdzała – zgodnie z prawdą – Rada Naukowa Instytutu Nauk Geologicznych UJ na początku 1980 r. Potem jednak nastąpił okres czystek akademickich, okres post-prawdy i post–historii, a najtęższe głowy historyczne do tej pory nie zdołały w historii UJ zidentyfikować ani systemu komunistycznego, ani przewodniej siły narodu, ani stanu wojennego. Ja zostałem skasowany, moja działalność wspierająca UJ – wymazana, a materiały archiwalne – uległy ewaporacji.

Mimo, że w ramach projektu UJ „Pamięć uniwersytetu” udzieliłem ok. 6 godzinnego, filmowanego wywiadu, przekazałem w darze ekipie dokumentalistów telewizor marki Sony, aby wesprzeć biedny uniwersytet na drodze dociekania prawdy, nic z tego materiału do dziś nie ujawniono. Zmieniono statut UJ, aby nauczający profesorowie nie mieli obowiązku poszukiwania prawdy wraz z nauczanymi studentami i prawdy do dziś nie poznaliśmy. Nikt nie ma zamiaru jej poznać (moje usiłowania w tej materii dokumentuję na stronie https://nfapat.wordpress.com/).

Co z tego, że ja starałem się postępować godnie, a broniący mnie studenci i wychowankowie ostrzegali władze UJ, że takie metody jakie stosują wobec mnie, nie wprowadzą uczelni godnie w wiek XXI.  I godność jagiellońskich akademików nie zdołała przekroczyć progu wieku XXI, choć próg ten przekroczyli rozmaici doskonali profesorowie, zadowoleni, że kodeks honorowy Boziewicza na naszych uczelniach nie obowiązuje. 

„Socjalistyczny geolog” czy element antysocjalistyczny?

Profesor nazywa mnie „socjalistycznym geologiem”, nie definiując tego neologizmu, którego nie mogę znaleźć w sieci. Co prawda znalazłem materiał „Geologia inżynierska w służbie budownictwa socjalistycznego”, ale to nie moja specjalizacja, a ja jako element antysocjalistyczny zostałem wyklęty spośród budowniczych tego najlepszego z ustrojów, którego zdaje się profesor jest beneficjentem (socjalistyczny pedagog?). Nie zostałem asystentem na Uniwersytecie Warszawskim, którego jestem absolwentem, bo się nie zhańbiłem przynależnością do ZMS i nie mogłem należycie, socjalistycznie  oddziaływać na młodzież akademicką, a po 11 latach wspierania Uniwersytetu Jagiellońskiego  w formowaniu młodej kadry akademickiej (który z profesorów uformował w tym okresie lepszych?), z czym ci na etatach profesorskich nie dawali sobie rady, zostałem wypędzony, jako element niereformowalny, negatywnie oddziałujący na młodzież akademicką.

Ta podnosiła, że uczyłem ją myślenia i to krytycznego, oraz nonkonformizmu naukowego.  Gdyby te moje nauki wdrożono w życie, to bezmyślny, konformistyczny socjalizm upadł by całkowicie, a nie tylko medialnie. Domena akademicka nie mogłaby się składać z takich doskonałych profesorów i przez nich formowanych/akceptowanych, którzy merytorycznej dyskusji/krytyki nawet nie są w stanie podjąć, koncentrując się na zadawaniu ciosów poniżej pasa i samokompromitacji.

Darmowy doktorat, bez wspierania gangów lipnych dyplomów

Doskonały profesor zarzuca mi, że w PRL dostałem darmowe wykształcenie, a nawet stopień naukowy doktora mam za darmo, wcielając się swoją argumentacją chyba w członka KC, choć sam – zdaje się – był tylko członkiem CK. Nie podał przy tym kosztów/strat jakie poniósł PRL z tego powodu, a chyba były wielkie, skoro PRL zbankrutował, przestał istnieć, a ja nadal istnieję i nadal się kształcę, jak w PRL, bez dotacji.

Wiele z tego kształcenia, finansowanego w PRL z drenowanej kieszeni obywatela (nie mówię z podatków, bo takowych, jak pamiętam, w PRL formalnie nie płaciłem) musiałem się oduczyć, co sporo mnie kosztowało, może nawet więcej niż nauka szkolna i uniwersytecka.

Nawet dyplom doktorski mam darmowy, bo nie wspierałem gangów lipnych dyplomów, które funkcjonują od lat, nieraz przy współpracy etatowych kadr akademickich. Posiadacze lipnych dyplomów nie są traktowani jako persona non grata na naszych uczelniach, a czasem są   kierowani przez doskonałych profesorów do nominacji profesorskich. Tym sposobem gangi od lipnych dyplomów nie upadają nawet w czasach bezrobocia, ale nienawidzą tych, którzy nie dają im zarobić i piszą prace samodzielnie.

Na moim dyplomie nic nie zarobili, także profesorowie, choć po doktoracie byłem obligowany do dostaw obowiązkowych – nie dostaw płodów rolnych, które funkcjonowały w PRL, tylko płodów intelektualnych, co moim zdaniem rujnowało i rujnuje naukę w Polsce, bo jak wiadomo – kradzione nie tuczy!

W rezultacie mamy lipne kadry, w niemałym stopniu oparte na lipnych dyplomach, a profesorowie -z samego wierzchołka góry lodowej naukowej nieuczciwości – plagiatują, mniej lub bardziej, takich jak ja, skasowanych w domenie akademickiej. Sytuacja jest nadzwyczaj jasna. Skoro mnie określi się jako zero, to plagiatujących mnie profesorów, nawet z samych szczytów, trzeba określić jako „mniej niż zero” – nieprawdaż?

Bezradny wobec plag akademickich

Doskonały profesor wykosztował się na moje „Plagi akademickie”, ale nie zdołał napisać ich recenzji. Nawet nie wiadomo, ile z tego zrozumiał/przemyślał/rozważył/przetrawił. Widocznie temat za trudny, niestrawny, choć – moim zdaniem- dla doskonałych analizowanie/recenzowanie takich tekstów, to winien być chleb powszedni.

Gdyby student, na moim seminarium, przedstawił taki tekst, nie miałby szans na zaliczenie. Niektórzy o moich wymaganiach wiedzieli i woleli zaliczać u etatowych profesorów. Szli na łatwiznę. Można sądzić, że pan profesor jest w czepku urodzony, bo nie musiał u mnie zaliczać. O karierę byłoby ciężko.

Łatwiej przychodzi profesorowi rozprawianie się, i to niemiłosierne, z maluczkimi, tj. nie tak jak on utytułowanymi. Czy to nie jest grzeszne jak na profesora postępowanie? Zamiast doskonalić innych, stara się ich „dołować”/unieważniać, aby okazać wyższość i poprawić swoją ważność. W swym tekście przekroczył granice etyczne, merytoryczne i metodologiczne, jakie winny obowiązywać każdego profesora, nie tylko doskonałego.

Dobrze by było, aby w ramach ekspiacji zobowiązał się do sfinansowania kolejnych tomów „Plag akademickich”, najlepiej do bezpłatnego rozprowadzenia ich wśród biednych akademików. Domena akademicka jest wysoce niedoskonała i trzeba znać jakie plagi ją degradują, aby wiedzieć jak ją poprawić na pożytek Polski i Polaków. Póki co społeczeństwo, które zaczyna się orientować, że z profesorami jest coś nie tak, w rankingach prestiżu zawodowego wyżej ceni strażaków niż profesorów. Trudno się dziwić. Bez strażaka można pójść z dymem, a bez profesora można żyć długo i szczęśliwie. Wiele jest przykładów profesorów, których ulubionym zajęciem jest zatruwanie życia innym i wtedy szanse na życie szczęśliwe i długie są żadne.

Takich trzeba przenosić w stan nieszkodliwości, co już na łamach Kuriera WNET postulowałem (a wcześniej, jeszcze w epoce „jaruzelskiej” po doświadczeniach z jagiellońskimi profesorami).

I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany Profesor Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, którego jedną z sentencji warto przypomnieć na okoliczność tyrad doskonałego profesora: „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w czerwcu 2021 r.

Czy nie należałoby doskonałego „profesora” spuścić z dr(h)abiny akademickiej na ziemię?

Czy nie należałoby doskonałego profesora spuścić z dr(h)abiny akademickiej na ziemię?

W kwietniowym numerze Kuriera WNET 2021 r. opublikowałem tekst Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? dostępny już także na moim blogu https://blogjw.wordpress.com/2021/04/09/po-co-doskonalym-plagiatowanie-akademickiej-sciany-placzu/

 W tekście dokumentuję plagiatowanie moich materiałów (teksty, rysunki) przez profesorów z najwyższych szczebli drabiny akademickiej, którzy nie tylko osiągnęli te szczyty hierarchii, ale i podobno działają aktywnie na rzecz wysokich standardów etycznych, pomijając rzecz jasna samych siebie w tej materii.

Zwróciłem uwagę na plagiat prof. Bogusława Śliwerskiego guru polskich pedagogów, członka Rady Doskonałości Naukowej, czyli jednego z tych, którzy decydują o tym kto może, a kto nie może być profesorem belwederskim/prezydenckim. Doskonały „profesor” dokonał plagiatu na mojej grafice zatytułowanej „Dr(h)abina akademicka”  podstawionej pod „akademicką ścianę płaczu” jeszcze w 2009 r.  (https://blogjw.wordpress.com/2009/01/15/drhabina-akademicka/)

  Tekst rzecz jasna przekazałem tak profesorowi, jak i wielu gremiom akademickim i jak zwykle – NIC!

Doskonały „profesor” z tej drabiny nie spadł. Chyba uznał to za sukces a milczenie środowiska i decydentów za moralne przyzwolenie plagiatowania.

Swego plagiatu nie tylko nie zdjął ze swojej strony, nie przeprosił, ale w kolejnym, tekście z 19 kwietnia 2021 r. – O praktykach i wskaźnikach recenzowania osiągnięć naukowych habilitantówhttps://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/04/o-praktykach-i-wskaznikach-recenzowania.html użył  go -bez cytowania- ponownie, jakby demonstrując gdzie on ma dowody swojej nieuczciwości naukowej.  

W końcu ponad Radą Doskonałości Naukowej to  już nikt nie stoi i członkowie tej Rady mogą autonomicznie robić co im się tylko podoba. Także plagiatować. Nikt przecież w naszym systemie nie może oceniać profesorów a jeno oni sami siebie, w systemie wsobnym, jako nadzwyczajna kasta akademicka.

Taki system jest powszechnie akceptowany, tacy profesorowie traktowani są jako filary systemu [sic!], tak przez społeczeństwo, akademików, jak i decydentów/ reformatorów.

Na moje boje o naprawę systemu jest tylko jedna reakcja – przemilczenie. Moja orientacja moralna, jak również intelektualna, niemal powszechnie jest traktowana z dezaprobatą, stąd nie jestem  decydentem, ani nawet zwykłym członkiem środowiska akademickiego,  a jeno dysydentem,  i przy tym persona non grata na polskich uczelniach zatrudniających nawet doskonałych plagiatorów.

Aprobata dla takiego stanu rzeczy gwarantuje, że bez względu na wielkość nakładów finansowych księgowanych po stronie wydatków na naukę, na liczebność kadry przesianej przez „doskonałych”, pozostaniemy godnym pożałowania naukowym kopciuszkiem, bez norm moralnych i poczucia godności.

Przypomnieć należy postawę studentów w końcówce PRL, którzy protestując przeciwko ekscesom kadry „profesorskiej” UJ wobec mojej osoby, przestrzegali, że takie metody nie wprowadzą nauki polskiej godnie w wiek XXI.

Co stało się faktem widocznym niemal na każdym kroku, także tych kroków wykonywanych przez „doskonałych”.