Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Środowisko akademickie – niezależnie od opcji politycznej – mówi jednym głosem: „Środki na naukę i uczelnie to nie koszty, lecz inwestycja” a „każda złotówka zainwestowana w uczelnie czy jednostki naukowo- -badawcze przynosi 5 zł zysku”, gdy zysk z inwestycji w nieakademickiego pracownika wynosi podobno tylko 1,71 zł.

Niestety, akademicy nie podają, jakimi metodami ten intratny 500 proc. zysk obliczyli, poza informacją, że według audytu Ligi Europejskich Uniwersytetów Badawczych, do której nie należy żadna polska uczelnia, z przekazanego 1 euro było 6 euro zysku. Nie wyjaśniają zdezorientowanemu obywatelowi polskiemu, dlaczego powołują się na uczelnie europejskie funkcjonujące według innego niż nasz system, przy którym chcą pozostać. Ten zachodni jest chyba wydajny, ale dlaczego nasz – odmienny, swoisty, tytularny system ma przynosić podobne zyski?

Nasz przynosi ogromną liczbę dyplomów, stopni naukowych i tytułów, ale żeby przynosił autentyczne zyski? To byłoby chyba trudno udowodnić.

Do dziś nie wiadomo na przykład, jakie zyski przyniósł spektakularny wynalazek polskich naukowców przyrządu do oczyszczania nóg z piasku (przy wychodzeniu z plaży), czym polskie uczelnie chwaliły się przed kilku laty. Generalnie wiadomo, że w innowacyjności jesteśmy w tyle Europy, będąc w czołówce udyplomowienia młodego społeczeństwa oraz liczby nadawanych stopni dr. hab. i tytułów profesora, i to belwederskiego.

Transformacji polskiego systemu w bardziej pożyteczny społecznie chyba się nie przewiduje. Wystarczy przejrzeć finansowane z kieszeni podatnika projekty badawcze, aby mieć wątpliwości co do ich zyskowności, choć faktem jest, że nie da się tego dokładnie określić ze względu na skuteczną ochronę przed dostępem do informacji publicznej (przed nieuczciwą konkurencją, za jaką jest uważany zainteresowany obywatel). Jest jednak niemal pewne, że z wdrożenia w życie efektów niektórych projektów nie byłoby wielokrotnego zysku, lecz wielokrotne straty, ale to temat na rzetelny audyt domeny akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  20 KWIETNIA 202

Rozłam kopernikański

Rozłam kopernikański

Narodowy Program Kopernikański, przygotowany dla uczczenia 550. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika, nadal spędza sen z oczu polskiego środowiska akademickiego, które jakoś nie może nawiązać do chlubnych tradycji naukowych. W pierwszej połowie ubiegłego wieku było kilku geniuszy: Maria Curie-Skłodowska w Paryżu, Stefan Banach we Lwowie, ale w tym wieku na nic wielkiego się nie zanosi. Zresztą, czy genialny Banach miałby jakiekolwiek szanse w dzisiejszej domenie akademickiej?

 „Badania” nad pasjansami, prowadzone z pasją u schyłku ubiegłego wieku w instytucjach PAN chyba nie przełożyły się na dobro kraju i przyszłość młodych Polaków. Do tej pory nie zreformowano naszego systemu tak, aby wzmacniał kadrę akademicką, spowodował jej dołączenie do poziomu światowego, ale projekt powołania Akademii Kopernikańskiej, który został złożony do Sejmu, mógłby stanowić w tej domenie wartość dodaną. Stabilne w swej akademickiej niemocy środowisko wyraziło jednak swoje zaniepokojenie, okazało negatywne emocje i obawy o swoje umocowanie/wynagradzanie w istniejących już instytucjach. Coś nowego może być konkurencją, a tego nasz system nie znosi. Konkurencję międzynarodową tym samym przegrywamy, ale stabilność, i to dożywotnią, wśród samych swoich można utrzymać, rozliczne stanowiska/funkcje „pieścić” i pobierać rzekomo głodowe pensje.

Zarówno organy rektorskie, jak i PAN, a także związki zawodowe różnych opcji mówią NIE dla Akademii Kopernikańskiej, bo przecież jest inflacja, rosną ceny paliw, trwa wojna na Ukrainie, trzeba zwiększać wydatki na obronność, walczyć ze skutkami pandemii… A przy tym trzeba podnosić zarobki kadrze akademickiej, która na zaspokojenie głodu potrzebuje wynagrodzeń kilkakrotnie większych od zwykłego zjadacza chleba.

Powołanie Akademii Kopernikańskiej może nie doprowadzi do nowego przewrotu kopernikańskiego, ale zanim powstała, doszło do rozłamu akademickiego. Widzimy, że ten system autonomicznie się nie naprawi, tylko będzie chciał rujnować wszystko, co zmierza ku jego naprawie.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 13 kwietnia 2020 r.

Kontrola jakości wypowiedzi

Kontrola jakości wypowiedzi

Można by sądzić, że jakość wypowiedzi szefa Rady Doskonałości Naukowej będzie doskonała, tym bardziej gdy wypowiada się on na temat jakości kontroli polskiej nauki.

Ale tak nie jest, jak wynika z zapisu opinii w serwisie PAP („Nauka w Polsce”) na temat habilitacji, stanowiącej u nas kolejny po doktoracie stopień naukowy. Habilitacja jest nadawana także w innych krajach bloku wschodniego i z tej możliwości polscy naukowcy przez lata korzystali, utrwalając filar nauki w Polsce, który był źle osadzony i do doskonałości naukowej nas nie doprowadził.

Profesor dr hab. Grzegorz Węgrzyn z RDN, broniąc zdumiewająco tego niedoskonałego elementu naszego systemu, objaśnia, że „jest to specyficzna kontrola jakości badaczy, dlatego powinniśmy utrzymać nadawanie habilitacji”. Niewątpliwie jest to kontrola specyficzna, bo jakości nie zapewnia, lecz zapewnia wejście uległym do nadzwyczajnej kasty akademickiej, dlatego nieraz jest przedmiotem mrocznego pożądania, wraz z towarzyszącymi temu patologiami. Nawet kiepscy naukowo, a tym bardziej moralnie, gdy tylko habilitację zdobędą, czują się bezpieczni na swoich pozycjach i koncentrują się głównie na zabezpieczeniu ich przed zbyt aktywnymi, a nie daj Boże krytycznymi naukowcami bez habilitacji.

 W drugiej opinii prof. dr hab. Andrzej Jajszczyk uważa, że „habilitacja to przeżytek, a nie remedium na słabe doktoraty” i „należy korzystać z rozwiązań, które sprawdzają się w krajach, gdzie nauka jest na wysokim poziomie, na przykład w USA, gdzie habilitacji nie ma”. Ponadto zauważa: „Chów wsobny dusi u nas naukę i powoduje, że badania często nie są prowadzone na wysokim poziomie”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić, skoro od lat takie opinie się przedstawiało. Dodać tylko trzeba, że tzw. habilitacja francuska (argument za utrzymaniem jej w Polsce) nie jest u nas uznawana, a w jej nadawaniu mogą brać udział polscy doktorzy, których się eliminuje dożywotnio z polskiego systemu, aby nie zagrażali naszym utytułowanym od stóp do głów, a nawet w poprzek.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 6 kwietnia 2022 r.