Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja polityczna i ekonomiczna PRL w III RP, wraz z licznymi towarzyszącymi jej patologiami, została opisana wielokrotnie, choć nie do końca dogłębnie. Gorzej jest ze znajomością przemian domeny akademickiej. Ta w wyniku II wojny światowej poniosła wielkie straty i do dziś nie zdołała się podnieść z zapaści, mimo wielu reform w ramach transformacji ustrojowej. Skończyło się na imponującym ilościowym wzroście tak uczelni z nazwy wyższych, jak i utytułowanej kadry oraz studiującej młodzieży, co na jakość nauki w Polsce się nie przełożyło. Transformacja doprowadziła też do tego, że polskie uczelnie stały się bardziej kolorowe. Obecne kadry akademickie, elity wywodzące się z domeny akademickiej, taktownie nie podejmują kłopotliwych tematów, stąd społeczeństwo (ani nawet sami członkowie domeny akademickiej) nie bardzo wie, skąd się te kadry wzięły i dlaczego tak są niewydajne. To ma wpływ na liczne, lecz raczej pozorne reformy akademickie i na utrzymujący się deficyt elit potrzebnych do rozwoju dużego, europejskiego kraju.

Dyktat czerwonej nomenklatury, czyli czerwone agencje  towarzyskie

 Po zakończeniu okupacji niemieckiej, od zarania zniewolenia komunistycznego otwierano uczelnie, które miały za zadanie formowanie nowego, socjalistycznego człowieka, dla budowy najlepszego z systemów. Rzecz jasna, wielu z tych, którzy byli uformowani w II RP i przetrwali okupację, do wychowania nowych socjalistycznych kadr się nie nadawali i byli stopniowo rugowani z uniwersytetów, a przynajmniej marginalizowani. Niektórzy kończyli w kazamatach UB.  Zastępowały ich kadry przybyłe ze wschodu z Armią Czerwoną i ci robili szybkie kariery akademickie, bo słusznych kadr brakowało. Stopniowo luka była wypełniana młodymi kadrami chowu ZMP. Otwierano też szkoły przyspieszonej edukacji czerwonych kadr, jak szkołę „prawników” niezbędnych do skazywania „wrogów ludu” i likwidacji podziemia niepodległościowego – osławiana „duraczówka” czy Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, kształcący kadry KW PZPR. Kariery akademickie robili nawet zbrodniarze komunistyczni, a na wydziałach prawa także mordercy sądowi. System akademicki oparto na czerwonej nomenklaturze tworzącej na uczelniach swoiste czerwone agencje towarzyskie – korporacje towarzyszy (POP PZPR) decydujące o wszystkim. Rekrutacja kadr nawet na niskie stanowiska, a tym bardziej awanse naukowe musiały mieć poparcie czynników partyjnych. Preferowano orientację prokomunistyczną. Nawet nie wszyscy mogli studiować, jeśli byli z rodzin „wrogów ludu” lub wracali z lasu (z podziemia antykomunistycznego). Preferowano, jeszcze w końcu PRL, nie tylko punktami za pochodzenie – słusznych klasowo. Najlepsi nawet absolwenci uczelni, ale bez działalności w organizacjach socjalistycznych, byli odrzucani przy rekrutacjach na etaty na uczelniach. Stosowano system BMW – preferowania biernych, miernych, wiernych. Ale do doktora/ adiunkta można było się w systemie akademickim prześliznąć, bo przecież ktoś musiał na przewodnią siłę narodu pracować, dostarczając swe płody intelektualne w ramach dostaw obowiązkowych dla partyjnych feudałów akademickich. Ponadto do awansów profesorskich w późniejszym PRL wymagano wychowania nie tylko magistrów, ale i doktorów. Formalnie bezpartyjni, ale pokorni wobec władzy, złomni, konformiści i oportuniści, trafiali na wyższe szczeble akademickie, a nawet obejmowali funkcje dyrektorskie/dziekańskie, szczególnie wtedy, gdy na wydziałach dwie zwalczające się kliki partyjne były w równowadze. Trzeba też mieć na uwadze, że w tym systemie, który można nazwać systemem POP-ów, bo wielu nie tylko należało do POP PZPR, ale pełnili obowiązki Polaków czy patriotów, zdarzali się także ci, którzy dla pozorów pluralizmu pełnili obowiązki bezpartyjnych i nieraz otrzymywali od władzy nominacje rektorskie. W tym nomenklaturowym systemie dominowała selekcja negatywna i awansowano kadry nie najlepsze. Nawet słabych można było awansować, przygotowując obstawę partyjną przy przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Z kolei nawet najlepszych, ale niewygodnych, można było eliminować z systemu, bo bez przyzwolenia PZPR formalnej kariery nie można było zrobić. Na szczeble tzw. kadry samodzielnej selekcjonowały KW, a nawet KC.

Można mówić o czerwonych agencjach towarzyskich, bo gremia towarzyszy tworzyły coś w rodzaju agencji od zarządzania procesami awansu akademickiego, nie zawsze odpowiednio umocowanego naukowo. Ideologia dominowała nad nauką, co siłą rzeczy musiało prowadzić do obniżania poziomu nauki, choć proces ten był stopniowy i nie bez oporów kadr pamiętających jeszcze standardy II RP. Po roku ´68 przyspieszono wymianę kadr decydenckich poprzez likwidację katedr obsadzanych jeszcze przez kadry formowane w II RP, zastępując je instytutami z dyrektorami chowu ZMP i przez awansowanie na stanowiska docentów zasłużonych dla wspierania komunistycznego reżimu w dni marcowe. Jakkolwiek czerwień nie była w przestrzeni publicznej uczelni kolorem dominującym, to jednak moc decyzyjna należała do czerwonych i jak pokazywała rzeczywistość, nieraz jeden partyjny dyrektor wystarczał do zniewolenia intelektualnego i  moralnego kilkudziesięcioosobowego instytutu. Uczelnie były ponadto oplatane siecią agentury, czyli oficerów prowadzących SB i ich dość licznych tajnych współpracowników, którzy mieli za zadanie „chronić” kadrę i obiekty akademickie przed tzw. elementem wywrotowym. To było poważne wsparcie dla zarządzania uczelniami. Mimo że środowisko akademickie masowo poparło NSZZ Solidarność – także akademiccy partyjni, których część rzuciła legitymacje partyjne po wprowadzeniu stanu wojennego, ale niekoniecznie swoje przekonania, co było widoczne tak w czasach „jaruzelskich”, jak i do dnia dzisiejszego – opór akademicki wobec stanu wojennego raczej był mizerny, a opowiadanie się kadr po stronie partyjno-„solidarnościowych” dyrektorów nie należał do rzadkości. Także opór wobec „jaruzelskich” zasad weryfikacji akademickich kadr według klucza posłuszeństwa i przydatności do socjalistycznego wychowania młodego pokolenia był słaby; co więcej, te ekscesy pozostały dziś niemal zapomniane/wymazane, a beneficjenci tych czystek politycznych za nic w świecie nie chcą poznać mechanizmów, efektów selekcji ani nawet składu anonimowych nieraz do dziś selekcjonerów. Jest natomiast wola/przyzwolenie na stosowanie wobec tego okresu antykultury kasowania i ewaporacji, po prostu unieważniania historii. Skoro w historiach uczelni można było skasować takie nieodpowiednie słowa jak ‘komunizm’, ‘PZPR’, czy ‘stan wojenny’ i protestów środowiska naukowego nie ma, to pokazuje, co zrobiono z nauką/naukowcami.Co więcej, spóźniona i tylko częściowa lustracja doprowadziła wprawdzie do ujawnienia wielu akademickich współpracowników czerwonej dyktatury, ale słabiej poznano ich osiągnięcia „ochroniarskie”. Z niektórych „historycznych” dzieł i raportów można by sądzić, że per saldo były one dla domeny akademickiej korzystne i ochroniono substancję akademicką, ale co to ma wspólnego z prawdą? Gdy do „badań” zastosuje się (nie)odpowiednią metodologię, skupiając się na beneficjentach, a pomijając ofiary tej „ochroniarskiej” działalności, to i ofiar nie będzie – nieprawdaż? Tym samym okres czerwonej dyktatury, mimo licznych badań, okryty jest mniej lub bardziej gęstą mgłą, a staje się ona szczególnie zagęszczona w okresie schyłkowym, przed tzw. upadkiem dyktatury. Nie tylko wzrasta ilość zniszczonych dokumentów tak SB, jak PZPR oraz uczelnianych (te są najtrudniej dostępne do dziś!), ale wzrasta też niechęć etatowych badaczy (beneficjentów „upadku” czerwonej dyktatury) do poznania prawdy o tym czasie. O osiągnięciach „przewodniej siły narodu” na odcinku akademickim niemal nic nie wiadomo na podstawie dokumentów i świadków historii. I nie ma woli poznania strat akademickich okresu komunistycznego. A były one, jeśli chodzi o wyeliminowanie z domeny akademickiej znakomitych czy będących na drodze do znakomitości naukowej – ogromne. Zarówno tych, którzy ocaleli przed zagładą podczas okupacji niemieckiej, jak i tych, którzy weszli (niestety jedynie okresowo) do domeny akademickiej już po wojnie. Nie jest także znana skala niszczenia warsztatów pracy, zbiorów naukowych – a trzeba mieć na uwadze, że niszczono także te, które zostały ocalone przed okupantami niemieckimi. Gromadzone przez pasjonatów nauki z ogromnym wysiłkiem – także finansowym – księgozbiory (również literatury zagranicznej), które służyły w domenie akademickiej, po wypędzeniu niewygodnych ulegały zniszczeniu. Kasowano nauczycieli i wszelkie ślady po nich. Etatowi historycy, nawet w wolnej Polsce, takich tematów nie podejmują; są w oficjalnej domenie akademickiej unieważniane. Dostęp do archiwów akademickich z okresu czerwonej dyktatury jest ograniczony (lub go brak), aby skala ich ekscesów nigdy nie została poznana, podobnie jak ich autorzy. Nie ma też woli korzystania ze znajomości tematu przez świadków historii. Np. projekt „Pamięć Uniwersytetu” prowadzony przez UJ jest tak realizowany, że niewygodne relacje nie mogą ujrzeć światła dziennego. Zakłamywanie historii, szczególnie tej najnowszej, utrwala jedynie niepamięć uniwersytetu o prawdziwym obrazie czerwonej dyktatury w domenie akademickiej.

Dominacja różowych kameleonów

Z transformacją PRL w III RP, czy raczej w PRL-bis, symbolicznie kojarzy się wyprowadzenie sztandaru PZPR – czerwonej nomenklatury. Jednak nie doszło do zerwania ciągłości prawnej z PRL, a i ciągłość personalna nie jest naruszona. Przed transformacją wyeliminowano tych, którzy by taką ciągłość mogli naruszać i zakłócać pokojowe przejście od czerwonej dyktatury do dominacji różowych kameleonów. Bo „czerwoni”, dokonując kamuflażu na przejściu do III RP, przybrali barwy różowe, aby nie raziły zdezorientowanego społeczeństwa. PZPR formalnie zniknęła z przestrzeni publicznej, ale jej byli członkowie, wtapiając się w otoczenie jak kameleony, nadal zajmowali wysokie stanowiska decyzyjne – i tak jest do dziś. Nomenklatura akademicka doskonale zabezpieczyła sobie siedliska w domenie akademickiej poprzez zakładanie rozlicznych uczelni niepublicznych i rozwój wieloetatowości. Rzekomy sukces edukacyjny u zarania III RP stanowił w rzeczywistości zapaść edukacyjną, katastrofalne obniżenie poziomu intelektualnego i moralnego tak nauczanych, jak i nauczających. Utrzymano tytularne filary systemu, które służyły do podtrzymywania ustroju socjalistycznego i selekcję negatywną. Zarządzający nie mogli ryzykować rekrutowaniem kadr niezależnych, o wysokich parametrach moralnych i intelektualnych, skoro system był nastawiony na ilość, a nie jakość i w istocie był amoralny. Nie starano się zlikwidować luki pokoleniowej poprzez unieważnienie wyników politycznych weryfikacji kadr końca PRL. Powroty były, ale i było wykluczenie, i to dożywotnie, nonkonformistów, tych, którzy stanowiliby zagrożenie dla różowych kameleonów i wykazywali skłonności do myślenia krytycznego. Zabezpieczono się prawnie przed powrotami akademików z zagranicy, bo ci na ogół nie mieli obowiązującej nadal u nas habilitacji, choćby intelektem i osiągnięciami bili na głowę krajowych habilitowanych. Luka się nie zmniejszała, lecz wręcz zwiększała wraz ze wzrostem emigracji i przechodzenia młodych do sektorów pozaakademickich, bo na normalność w domenie akademickiej trudno było liczyć. Utrzymał się typowy dla okresu „czerwonego” brak poszanowania własności intelektualnej, a dzięki postępowi technik komputerowych nawet się rozwinął. Plaga plagiatów objęła zarówno studentów, jak i utytułowanych – do profesorów, rektorów włącznie. Prowadzący dziesiątki (i więcej) prac dyplomowych „profesorowie”, jednocześnie „pracujący” w  wielu uczelniach, nawet nie czytali (bo kiedy? bo po co?) prac, które umożliwiały zdobywanie dyplomów uczelni z nazwy wyższych. Rozwinęła się, i to na skalę niemal przemysłową, produkcja lipnych prac dyplomowych, także doktorskich, pisanych na zamówienie, w którym to procederze brały udział i kadry akademickie. Można mówić o rozwoju udyplomowienia społeczeństwa metodą prokuratora Juliana Haraschina – mordercy sądowego z czasów stalinowskich, robiącego następnie karierę akademicką na UJ, wprowadzającego innowacyjnie w okresie „czerwonym” produkcję lipnych dyplomów. Z tym, że Haraschin produkował je niejako metodą chałupniczą, bez porównania mniej, niż to ma miejsce w III RP. Etaty akademickie obsadzano na podstawie konkursów, ale głównie ustawianych na „swoich”. Kryteria ideologiczne z okresu „czerwonego” zastąpiono kryteriami genetyczno- -towarzyskimi, które przeważały nad naukowymi i skutkowały utrzymaniem negatywnej selekcji kadr.

W okresie „różowym” wybierano przyszłość, odcinając się od przeszłości, zapominając, że nie da się budować przyszłości bez rozliczenia się z przeszłością. Stąd cała degrengolada okresu „czerwonego” przeszła w zasadzie bezstratnie do okresu „różowego” i następnie „tęczowego”, bo w tym kierunku następowała transformacja. Jak u kameleonów, z których gatunek pantera (Furcifer pardalis) mógłby być symboliczny dla opisania procesu kolorystycznej transformacji polskich uczelni.

 Uniwersytet tęczowy, a nie naukowy

Polskie uniwersytety w okresie „różowym” abdykowały z poszukiwania prawdy, czego przykładem dla innych uczelni był Uniwersytet Jagielloński, który na jubileusz 600-lecia odnowienia zrezygnował w nowym statucie z wcześniejszej definicji uniwersytetu jako korporacji nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Inne uniwersytety także starały się w swoich statutach unikać niewygodnego słowa ‘prawda’. Uczelnie koncentrowały się na produkcji dyplomów i tytułów, a przykładanie zbytniej wagi do zagadnień prawdy ten proces mogło jedynie osłabiać. Ale czymś uniwersytety winny się wyróżniać, jakieś cele realizować, aby otrzymywać na nie środki publiczne. Luka po poszukiwaniu prawdy jako misji uniwersytetów zostaje stopniowo wypełniana przez poszukiwanie urozmaicenia płciowego populacji akademickiej (i nie tylko). Na uniwersytetach powstają kierunki studiów genderowych, realizowane są w tej materii projekty, powstają liczne publikacje, organizacje studenckie propagujące ideologię LGBT (np. Tęczuj), a ten sektor, mimo że uważany na szczeblu ministerstwa za nienaukowy, ideologiczny, jest finansowany z niewysokiego budżetu przeznaczonego na naukę.

Tęczowe uniwersytety serwują tęczowe studia, badania nad poliamorią, tęczową ideologię, która ma zastąpić trudniejszą do poznania prawdę. Co więcej, naukowcy kwestionujący ideologię LGBT są marginalizowani, szykanowani, tracą szanse na finansowanie projektów, a nawet stanowiska. I znów na uczelniach mamy dominację ideologii nad nauką. W przestrzeni akademickiej, przed gmachami uniwersyteckimi przetaczają się, popierane przez gremia uczelniane, demonstracje tęczowych, wulgarnych hord hunwejbinów, których działania zabezpieczają specjalne działy uczelniane. Mamy na uczelniach tęczowy terroryzm. Ideologia, dominująca nad nauką, bezkarnie nie może być krytykowana, podobnie jak w czasach czerwonej dyktatury. Ci, którzy jej nie wyznają, są wręcz szykanowani. Z tą dominacją wiąże się wzmożenie tzw. cancel culture – kultury, czy raczej antykultury unieważniania, kasowania, wymazywania i ewaporacji, mającej długą już historię. Była znana i święciła swoje haniebne tryumfy w okresie komunizmu, ale i obecna jej skala jest przerażająca. Niektórzy dopiero teraz to zauważyli i wskazują na przenoszenie się zjawiska z uniwersytetów zachodnich, szczególnie amerykańskich. Faktem jest, że lewica, czy wręcz lewactwo zdominowało amerykańskie uniwersytety, ale trzeba pamiętać, że w Polsce – przynajmniej dla tych, którzy mają jakąś znajomość czasów wcześniejszych – antykultura unieważniania i represji ideologicznych nie stanowi zaskoczenia. Jeszcze w czasach „jaruzelskich”, obserwując, co się dzieje na uniwersytecie (UJ), protestowałem przeciwko deprawacji młodzieży akademickiej (nie chodziło o seks) i wskazywałem na nadchodzącą śmierć uniwersytetu, co wprowadziło mnie na ścieżkę dyscyplinarną (z której mimo transformacji nie zszedłem do dnia dzisiejszego). Z uczelni zostałem usunięty dożywotnio, także za inne „grzechy”, określane przewrotnie jako negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką – bo uczenie myślenia, nonkonformizmu itp. stanowiło śmiertelne zagrożenie dla systemu totalitarnego i to zagrożenie nie ustąpiło po transformacji. Cancel culture jak działała, tak działa, i to nie tylko w oficjalnych strukturach. Sukces „transformacji kolorystycznej” w instalowanym świecie antywartości był możliwy dzięki weryfikacji i wykluczeniu w okresie „czerwonym” niewygodnych, nonkonformistycznych kadr akademickich, które dla takiego przebiegu transformacji stanowiłyby przeszkodę. Konformistyczna pozostałość po czystkach akademickich (zapomnianych!/unieważnionych) brała w niej aktywny udział. Postępowcy prowadzą do tego, że uniwersytet przestaje być centrum nauki, kształcenia elit metodami naukowymi dla dobra wspólnego, a staje się tęczowym teatrem z kiepskimi aktorami, posiadaczami rozlicznych tytułów. Czy taki teatr jest nam do czegokolwiek potrzebny? O kulturze dobrze nie świadczy, elit nam nie przysporzy. Dlaczego jest to finansowane z kieszeni podatnika?

 Łożenie na tęczowe uniwersytety nie podniesie poziomu nauki, a może go jeszcze obniżyć. Uniwersytety jako miejsca poszukiwania prawdy należy finansować, i to wielokrotnie więcej niż obecnie, ale kierowanie środków przeznaczonych na naukę do tęczowych teatrów nie może być społecznie akceptowane.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lutym 2022 r.

Komentarze 2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: