Czy prokuratura rozbije gangi od lipnych dyplomów?

Czy prokuratura rozbije gangi od lipnych dyplomów?

Fakt, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o poziom udyplomowienia, a także utytułowania społeczeństwa, jest powszechnie wiadomy. Ale wiedza, że mamy też moc lipnych dyplomów, a także tytułów, nie jest tak powszechna, choć w sieci sporo jest ogłoszeń o pisaniu prac dyplomowych na zlecenie. Taki stan rzeczy utrzymuje się od lat.

Mimo że wiele przedsiębiorstw upada, szczególnie w czasie pandemii, firmy piszące prace dyplomowe na zlecenie mają się dobrze. Widocznie jest popyt, więc i podaż utrzymują na poziomie i nie bankrutują. Firmy są sprawne, pracują zespołowo i merytorycznie, więc odnoszą sukcesy.

Jest to działalność przestępcza, ale do tej pory nie znaleziono remedium na ten proceder. Uczelnie są oceniane/finansowane według liczby wydawanych dyplomów, więc chyba nie mają interesu, aby ten proceder powstrzymać. Firmy mogłyby upaść, gdyby promotorzy takie lipne dyplomy rozpoznawali i odrzucali. Prace dyplomowe trzeba kontrolować in statu nascendi. A ilu promotorów tak robi? Chyba niewielu, skoro mamy taką masę akceptowanych, lipnych prac dyplomowych. Nikt się nie pyta: dlaczego wielu profesorów nie ma zdolności/ochoty wykrywania oszustw i gdzie są ci, którzy takie zdolności/ochotę mieli?

Prace dyplomowe są sprawdzane programami antyplagiatowymi, które wyręczają (częściowo) promotorów, ale prace pisane na zlecenie nie muszą mieć cech plagiatów. To po stronie promotora jest wykrycie, czy są to prace samodzielne.

Co jakiś czas organy ściągania informują o wykryciu firm trudniących się tym procederem. Ostatnio taki sukces odniosła policja i prokuratura małopolska. Wiele tysięcy prac dyplomowych, z doktorskimi włącznie, wprowadzono do obiegu awansowego w ciągu ostatnich kilku lat i to za sumę nie tak znowu wielką – ok.  7 mln zł.  Znacznie większy pożytek z takich dyplomów mają zapewne szczęśliwi absolwenci. Posiadacz dyplomu, czasem doktorskiego, choć lipnego, ma szansę na nieźle płatną pracę.

Proceder lipnych dyplomów jest znany od lat. W Krakowie, jeszcze w czasach głębokiego PRL, z produkcji lipnych dyplomów zasłynął Julian Haraschin, wcześniej stalinowski prokurator. Nawet się nie trudził pisaniem czy zlecaniem do pisania prac, po prostu produkował fałszywe dyplomy. Robił to -rzec można- metodą chałupniczą, więc wprowadził do obiegu tylko dziesiątki lipnych dyplomów, ale za to z dziedziny prawa. Po wykryciu oszustw, niedługo potem na Wydziale Prawa UJ wybuchł pożar, co jest częstym przypadkiem utylizacji niewygodnych dokumentów.

Kilka lat temu stwierdzono ekspresowy system nabywania uprawnień „naukowych” na ASP w Warszawie, co było procederem opłacalnym, bo za przewody pobiera się spore opłaty i można liczyć na ministerialną dotację. Niedawno wpadł jeden z profesorów łódzkiej uczelni, który za marne 2 500 zł oferował fałszywe dyplomy. Takie dyplomy dają szanse na zatrudnienie nawet w uczelniach wyższych, o czym świadczy choćby kariera fałszywego profesora Rosenkranza vel Korniłowicza, zatrudnianego na kilku uczelniach, które wliczały go do minimum kadrowego.

Firmy-gangi wydające – nieraz na skalę przemysłową– nie fałszywe dyplomy, ale całą zawartość prac (w odpowiednim opakowaniu) wymaganych do uzyskania dyplomów są ścigane, ale akademicy zatwierdzający takie dyplomy traktowani są jako ofiary oszustw. No cóż, każdy może stać się ofiarą oszustwa, ale wprowadzenie do obiegu awansowego tysięcy prac napisanych na zamówienie wymaga sprzyjających warunków w domenie akademickiej. Członkami gangów bywają pracownicy akademiccy. Inni są winni niedopełnienia obowiązków służbowych. W końcu to promotorzy mają sprawdzać postępy swoich podopiecznych w ramach seminariów i indywidualnej opieki oraz promować odpowiedni poziom samodzielnie pisanych prac dyplomowych.

Niestety akademicy albo to zaniedbują, albo nie wykazują dostatecznego poziomu moralnego, czy intelektualnego, aby zapewnić promocje na należytym poziomie. Takie zaniedbania mają miejsce na wszystkich szczeblach akademickich, dlatego nawet centralne komisje/rady doskonałości nie chcą/nie są w stanie wykryć oszustw kandydatów na profesorów.

Taka jest zapaść polskiej domeny akademickiej i można mieć wątpliwości, czy działania policji/prokuratury tę zapaść zlikwidują. Co jakiś czas gang zostaje rozbity, a proceder nadal kwitnie, bo system nastawiony na ilość a nie jakość, jest takim procederom przyjazny i żadne reformy nie zdołały tego zmienić. Nawet nie ma pewności, czy tego chciały. Tym bardziej, że ci z samych szczytów akademickich mają w tej materii swoje grzechy.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 7 kwietnia 2021 r.