Czy KL Auschwitz jest obszarem eksterytorialnym?

Upamiętnienie pierwszego transportu polskich więźniów politycznych (14.061940 r.) do KL Auschwitz: 728 Polaków z Tarnowa

Czy KL Auschwitz jest obszarem eksterytorialnym? -Kurier WNET nr 73/2020.

 

Moc rektorska w niemocy

Moc rektorska w niemocy

Często słyszymy, że o zmarłych albo mówimy dobrze, albo wcale, z czym się nie zgadzam, bo wtedy zakłamujemy historię i wiedzę o naturze człowieka.

Zresztą tej zasady nie respektuje Kościół i niemal codziennie przypomina co takiego uczynił Piłat, w końcu zmarły jakieś 2000 lat temu, a przynajmniej w Wielki Tydzień wypomina i to świętemu Piotrowi, że się zaparł, co chwalebne nie było, choć pokazuje, że człowiek jest słaby, ale od swoich słabości w życiu może się wyzwolić.

Nie wszyscy są do tego zdolni, a wielu nawet nie usiłuje i przechodzi na drugą stronę w stanie zniewolenia swoimi słabościami, a nawet niecnymi postępkami.

Biogramy na ogół takie czyny pomijają i trudno w nich znaleźć prawdę. Taki stan rzeczy jest standardem w polskim świecie naukowym, mimo że to świat naukowy jest od tego aby prawdy poszukiwać i uczyć tego innych, a ukrywanie, czy prawdy zakłamywanie, taki świat dyskwalifikuje.

Niestety żyjemy w takich czasach, kiedy kłamstwo jest nobilitowane, a ujawnianie prawdy karane. W polskim świecie nauki strażnikami takich antywartości są nader często rektorzy polskich uczelni, którzy za nic w świecie, a w każdym razie za cenę swoich gronostajów, nie chce poznać prawdy i pracowników „nauki”, prowadzących tak badania, aby czasem prawdy nie poznać, na swoich uczelniach zatrudniają/wyróżniają/nobilitują.

Ostatnio na drugą stronę przeniósł się jeden z wybitnych architektów polskiego życia akademickiego i o jego funkcjach, zasługach, wyróżnieniach mamy moc informacji, choć wielu, i to istotnych brakuje, stąd obraz jego dokonań na tym ziemskim padole odbiega od rzeczywistości. Obraz tak został pokiereszowany, że chyba będzie trudny do odtworzenia.

Rzecz dotyczy Franciszka Ziejki, b. rektora najstarszej polskiej uczelni, którą mieli stanowić nauczani i nauczający poszukujący wspólnie prawdy, ale dawno już nie stanowią i nie są w stanie realizować maksymy tej uczelni Plus ratio, quam vis, a właściwie realizują ją na odwrót, co dla świata odwróconych wartości, wcale nie budzi nawet zdziwienia. [ https://jubileusz650uj.wordpress.com/]

Rektor Franciszek Ziejka w czasach przed-rektorskich, jak wynika z prac IPN, wcielił się w inną postać, o jakże znamiennej nazwie –„Zebu” – por. Franciszek Ziejka, rektor, który ma dowód (?) na niewinność w swoim rękopisie znalezionym w garażu, KO‚Zebu’ https://lustronauki.wordpress.com/2008/10/08/franciszek-ziejka-rektor-ktory-ma-dowod-na-niewinnosc-w-swoim-rekopisie-znalezionym-w-garazu/ , Agenturalna sprawa K.O. ‚Zebu’ – Franciszka Ziejki, b. Rektora UJ https://lustronauki.wordpress.com/2013/11/21/agenturalna-sprawa-k-o-zebu-franciszka-ziejki-b-rektora-uj/, bo pod takim wcieleniem występuje w aktach IPN, ale do końca tego wcielenia nie poznaliśmy.

W tej sprawie „Sąd Okręgowy w Krakowie w wyroku uznał w środę (24 czerwca), że Franciszek Ziejka, były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest kłamcą lustracyjnym. Inaczej twierdził prokurator Instytutu Pamięci Narodowej i dla profesora chciał trzyletniego zakazu pełnienia funkcji publicznych. Lustrowanego nie było w sądzie. Wyrok nie jest prawomocny.” [Gazeta Krakowska 24 czerwca 2020 r. https://gazetakrakowska.pl/sad-byly-rektor-uj-franciszek-ziejka-nie-jest-klamca-lustracyjnym/ar/c1-15044482 ]. W obecnym stanie rzeczy wszystko przeszło na barki sądu niebieskiego, na co zresztą liczył oskarżany rektor [… dokumenty, jakie znalazły się w archiwum IPN na mój temat, były przez SB preparowane. Jestem zresztą gotów przysiąść na Sądzie Ostatecznym.Dziennik Polski, 9 lutego 2008 ]

Rzecz jasna biogramy o tym epizodzie milczą, mimo że to nie były czasy tak odległe jak czasy Piłata, czy św. Piotra.

Co więcej, b. rektor był wielce zasłużony dla zakłamywania najnowszej historii swej uczelni wspierając w tym dziele innego profesora UJ [ POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII https://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/ , Lustracja dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiegohttps://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/, List do Polskiej Akademii Umiejętności w sprawie wycofania z obiegu edukacyjnego ‚Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego’ https://blogjw.wordpress.com/2009/08/05/list-do-polskiej-akademii-umiejetnosci/  i był skutecznym strażnikiem archiwów uczelni przed poznaniem ich zawartości przez wypędzonych w czasach PRL  z uczelni –  CO SŁYCHAĆ POD DYWANEM ? https://wobjw.wordpress.com/2009/12/30/co-slychac-pod-dywanem/ czym udowodnił [i nie tylko on] ze gdzie jak gdzie, ale na UJ prawo „jaruzelskie” jest przedkładane ponad Konstytucję III RP.

We wspomnieniach o b. rektorze zainteresował mnie wpis na FC kolegi Bogdana Gancarza, jako że wnosi on nieznane, czy mało znane fakty z kadencji rektorskiej, ale i obrazuje w szerszym kontekście prawdziwą naturę III RP.

Otóż jak pisze kolega „ Zmarły prof. Franciszek Ziejka był niegdyś m.in. kuratorem mojego męskiego Krakowskiego Chóru Akademickiego przy Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2003 r. w trakcie jubileuszu 125-lecia KCHA, „mocą swej władzy rektorskiej”, cofnął naganę którą chór otrzymał w 1938 r. od rektora Tadeusza Lehra-Spławińskiego….. W trakcie inauguracji roku akademickiego 1938/39, chór po wykonaniu hymnu „Gaude mater Polonia” wyszedł z auli i nie było komu wykonać na koniec hymnu państwowego. Ówczesny rektor zganił za to chór surowo na piśmie zaznaczając, że „niniejsze pismo winno być przechowywane na stałe w aktach Stowarzyszenia”. Rektor Ziejka uznał, że całą późniejszą swą działalnością m. in. w czasach stalinowskich, chór dowiódł wierności uniwersytetowi, stąd jego symboliczna decyzja o cofnięciu nagany.”

Bardzo to piękne wydarzenie obrazujące moc władzy rektorskiej w III RP. Niestety tylko w stosunku do krzywdzących decyzji z czasów II RP !

III RP nie zachowała ciągłości prawnej z II RP, więc taka decyzja nie stanowiła nadużycia władzy rektorskiej.

B. rektor wykazał także moc, aby Prezes IPN, Kustosz Pamięci Narodowej, Janusz Kurtyka w 2010 r. po tragedii smoleńskiej nie spoczął w krypcie kościoła św. Piotra i Pawła https://www.rp.pl/artykul/465214-Krypta-nie-dla-Janusza-Kurtyki.html https://krakjw.wordpress.com/2010/04/21/pozegnanie-janusza-kurtyki/ ; https://krakjw.wordpress.com/2010/04/23/pozegnanie-kustosza-pamieci-narodowej-janusza-kurtyki/ .

Niestety ten sam rektor nie miał mocy, a nawet jeśli miał, to nie miał zamiaru jej użyć, aby uchylić opinie anonimowych ciał z czasów „jaruzelskich” realizujących dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym. [Dostęp do teczek akademickich, na przykładzie UJ, za panowania rektora Franciszka Ziejkihttps://nfapat.wordpress.com/2008/08/21/dostep-do-teczek-akademickich-na-przykladzie-uj-za-panowania-rektora-franciszka-ziejki/], Jak Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego kieruje się zasadą PLUS RATIO QUAM VIS-https://nfapat.wordpress.com/2008/08/23/jak-senat-uniwersytetu-jagiellonskiego-kieruje-sie-zasada-plus-ratio-quam-vis/

Sfabrykowane, anonimowe opinie stanowiły podstawę do podejmowania decyzji o wypędzeniach z UJ niewygodnych dla komunistycznego systemu kłamstwa nauczycieli akademickich i niszczenia warsztatów ich pracy. A rektor mający nie tylko służbowy, ale i zwykły ludzki obowiązek poznania prawdy, za nic w świecie nie chciał jej poznać,  a nawet na ten temat rozmawiać. [Czyżby tytuł profesora honorowego był rekompensatą za brak honoru ? https://blogjw.wordpress.com/2012/10/24/czyzby-tytul-profesora-honorowego-byl-rekompensata-za-brak-honoru/].

Mocą władzy rektorskiej uchylał w III RP decyzje z II RP, ale nie z PRL !

Można zatem ocenić, że b. rektor UJ w czasach swej kadencji [podobnie zresztą jak inni – wcześniejsi i późniejsi rektorzy UJ] dowiódł wierności antywartościom państwa komunistycznego.

I taki stan rzeczy wielu się bardzo podoba.

Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora ?

Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora ?

W Polsce tytuł profesora cieszył się od lat dużym prestiżem w społeczeństwie, choć nie wszyscy odróżniają tytuł od stanowiska, a nawet od zawodu, stąd umieszczanie profesora uniwersytetu w rankingach prestiżu zawodów w Polsce. Przez lata, właśnie profesor uniwersytetu – umieszczany w kategorii zawodów – cieszył się największym prestiżem. Tak było w PRL!

Spadek prestiżu profesora

Jeszcze przez lata w III RP profesor uniwersytetu był leaderem rankingu prestiżu zawodów, choć jego przewaga nad innymi zawodami malała, i w badaniu CBOS w 2013 r. profesor spadł na drugie miejsce, bo społeczeństwo wyżej doceniło zawód strażaka.

W badaniu z roku ubiegłego profesor uniwersytetu znalazł się – uwaga ! – na 5 miejscu, ustępując prestiżem nie tylko zawodowi strażaka (nadal leader rankingu), ale także zawodowi pielęgniarki, robotnika wykwalifikowanego i górnika. Widać, że wzrost ilości uczelni, ilości stanowisk i tytułów profesorskich oraz wyższego wykształcenia społeczeństwa, przełożył się – o dziwo – na spadek prestiżu profesorów, którzy, jak można sądzić, swoimi kwalifikacjami, poziomem intelektualnym i moralnym sprawiają społeczeństwu zawód.

Ciekawe, że nawet wśród absolwentów wyższych uczelni profesor uniwersytetu pod względem poważania ustępuje strażakowi, a nawet pielęgniarce.

Można sądzić, że i absolwenci uczelni wreszcie się poznali, że z tymi tytułami to u nas jest coś nie tak. Widoczna jest zależność – im wyższe wykształcenie społeczeństwa, im więcej studiujących mających kontakt bezpośredni z profesorami, tym prestiż profesorów stopniowo maleje.

Gdy prestiż oparty był na bazie propagandy, mediów, ciągłego informowania o doskonałości uczonych, używaniu wobec nich określeń: koryfeusze, luminarze – jakoś to oddziaływało na społeczeństwo, ale w dobie otwarcia na świat, powszechnego już internetu, ta nadmuchiwana tytularna bańka zaczyna pękać, nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Warto też zauważyć, że nasze elity polityczne, w których mamy też profesorów w randze ministrów, posłów, czy działaczy partyjnych, ciągną się w ogonie tego rankingu. Taki jest społeczne znaczenie poszczególnych profesji. Winno to dawać wiele do myślenia, i to od dawna. A jakoś nie daje, zapewne dlatego, że myślenie przez lata uznawano (i to słusznie) za zagrożenie dla rządzących a wyrzucano (niesłusznie) na margines społeczny uczących myślenia krytycznego.

Obrzęd prezydencki

W Polsce tytuł profesora nadaje prezydent, stąd o takim profesorze mówi się, że jest „prezydencki” czy „belwederski”, gdyż zwykle ceremonie odbywały się w Belwederze. I tradycyjnej nazwy nie zmieniono, choć zmieniono miejsce nadawania profesur na Pałac Namiestnikowski. No cóż, nazwa „profesor namiestnikowski” mogłaby budzić złe skojarzenia.

Prezydent nie ma w obowiązku konstytucyjnym nadawania tytułu profesora, ale „decyzję o nadaniu tytułu profesora Prezydent RP podejmuje w formie postanowienia, wcześniej kontrasygnowanego przez Prezesa Rady Ministrów. Indywidualne akty nadające przedmiotowy tytuł, profesorowie odbierają z rąk Prezydenta’ [prezydent.pl]

Były wiceminister edukacji i były wiceminister nauki Zbigniew Marciniak uważa, że „procedury związane z nadaniem tytułu profesora belwederskiego są polską specyfiką i zupełnie wystarczyłby tytuł uczelniany …. w przyszłości trzeba zrezygnować z tej dekoracji mającej charakter obrzędowy, bez znaczenia dla jakości polskiej nauki.[ www.prawo.pl]

Natomiast jak czytamy w prawo.pl (Minister przeciwnikiem habilitacji i profesury) „Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego wielokrotnie dawał do zrozumienia, że habilitacja jest „polskim anachronizmem”, a tytuł tzw. profesora belwederskiego – „polską wyjątkowością”. Obydwie procedury, jego zdaniem, spowalniają ścieżki awansu naukowego młodych, wybitnych uczonych i dlatego jest to „obszar do poprawy”.

Faktem jest jednak, że w obronie tego swojego, słusznego moim zdaniem poglądu, były już minister nie położył się Rejtanem i w „Konstytucji dla nauki” ten „obszar do poprawy” nie został poprawiony. Polski system akademicki, nadal więc będzie wyjątkowy i spowalniający rozwój nauki, stąd nauka uprawiana w Polsce raczej nie będzie miała wiele szans aby się podnieść w światowych rankingach naukowych, a i „zawód” profesora może nadal spadać w polskich rankingach prestiżu.

W tym duchu argumentuje Andrzej Jajszczyk (Polska nauka przegrywa wyścig

Wszystko co Najważniejsze), znający dobrze anachroniczny polski system akademicki: wielkim problemem polskiej nauki jest jej nadmierna hierarchiczność, której elementami są stopień doktora habilitowanego i tytuł profesora. Już dawno stopnie te mają nikły związek z jakością legitymujących się nimi naukowców, a samo ich posiadanie stwarza złudne wrażenie wybitności.”

Mniej zorientowanym w tym naszym systemie tytularnym trzeba wyjaśnić, że w Polsce funkcjonuje także pojęcie profesora uczelnianego, które oznacza stanowisko na uczelni, a nie jest tytułem naukowym. Na ogół w przestrzeni publicznej takie rozróżnienie nie jest stosowane, a profesorowie uczelniani nie mają nic przeciwko temu aby uchodzić za ‚prezydenckich’. Jednak znający „kuchnię akademicką” o profesorach uczelnianych wyrażają się wręcz pogardliwie – profesor „podwórkowy”, nie mający takiego prestiżu jak profesor z nadania prezydenta. Czasem jednak, poziomem intelektualnym i osiągnięciami, taki profesor, podobnie jak zwykły doktor, może na głowę bić profesora „belwederskiego”.

Ale taki mamy system sprawiający złudne wrażenie wartości.

Warto przypomnieć, że w końcu PRL (ustawa z 1985r.) tytuł naukowy profesora

mógł być nadany osobie, która w pełni akceptuje konstytucyjne zasady ustrojowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i kieruje się nimi w swojej działalności”. Stąd wielu wybitnych naukowców, którzy tych pozanaukowych warunków nie spełniali, takim tytułem nie było obdarzanych, a nawet z systemu akademickiego byli usuwani.

Niestety w III RP zachowano ciągłość prawną, a także personalną z PRL, co jest jedną z najważniejszych przyczyn obecnego kiepskiego stanu nauki w Polsce, obniżenia prestiżu tytułu („zawodu”) profesora i braku zdolności profesorów do poznania historii uczelni oraz odpowiedzi na pytanie – skąd się wzięły obecne kadry akademickie ? (mój blog akademickiego nonkonformisty).

Prezydent jedynie notariuszem ?

Ostatnio w przestrzeni publicznej zaistniała sprawa profesury belwederskiej psychologa społecznego dr hab. Michała Bilewicza z Uniwersytetu Warszawskiego specjalizującego się w obszarach dyskryminacji i uprzedzeń.

Liczni naukowcy -psycholodzy (choć nie tylko) zorganizowali petycję (Petycja w sprawie nadania tytułu profesora dr hab. Michałowi Bilewiczowi – petycjeonline.com) w obronie dyskryminowanego ich zdaniem kolegi, do którego prezydent -w ich opinii- jest uprzedzony. Mimo, że recenzenci Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych wniosek profesorski Michała Bilewicza oceniali jednoznacznie pozytywnie, prezydent jeszcze tego wniosku nie podpisał. Naukowcy zatem traktują prezydenta jako notariusza, który ma bez zastanowienia i zwłoki podpisywać to, co mu komisja do podpisania podsunie.

Uważają przy tym, że zwlekanie z podpisem nominacji dla Michała Bilewicza jest „szkodą wyrządzoną na wizerunku Polski w oczach międzynarodowej społeczności uczonych, którą trudno będzie w przyszłości naprawić.”

Po co naukowcom potrzebny jest taki system, w którym awanse naukowe ma podpisywać bezrefleksyjnie prezydent – nie wiadomo.

Prezydent wśród naukowców nie cieszy się zbytnim prestiżem, ale naukowiec ma mieć prestiż, dopiero po podpisaniu jego awansu przez prezydenta ? Zdumiewające – nieprawdaż ? Badania rankingu prestiżu zawodów, wskazują jednakże, że ten prestiż nawet po podpisaniu nominacji przez prezydenta i tak spada. Widać, że pies jest gdzie indziej pogrzebany.

Dylemat prezydenta

Penetrując internet w poszukiwaniu informacji o podobno dyskryminowanym przez prezydenta naukowcu, ze zdumieniem dowiedziałem się, że będąc Polakiem nie jestem członkiem tego narodu, lecz jakimś tworem ideologicznym, bo jak zrozumieć słowa Bilewicza z Twittera „Nie oskarżam Polaków, tylko panoszącą się ideologię o nazwie Polacy”?

W jednym z wykładów kandydat na profesora stawia pytanie: Czy istnieje jakikolwiek sposób na przyswojenie sobie przez Polaków wiedzy o negatywnych wydarzeniach z historii ich narodu?

Widać, że motorem działalności badawczej kandydata na profesora belwederskiego, jest znalezienie sposobu na wpojenie Polakom – jako swoistej konstrukcji ideologicznej [?] – przekonania o ich winie, nawet za to, czego nie uczynili.

Chciałbym, aby naukowcy – obrońcy rzekomo dyskryminowanego – wytłumaczyli mi, jak to się dzieje, że taki kandydat na profesora belwederskiego, nie wyrządza szkody wizerunkowi Polski i Polaków, a prezydent kraju Polaków, nad nadaniem prestiżu takiej antypolskiej osobie, i to w Polsce, ma przechodzić bezrefleksyjnie i bez zwłoki prestiż nadawać.

Czy Prezydent nie naruszyłby takim aktem Konstytucji, skoro jej Art. 130. mówi:

Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi- „Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Prezydent składa przysięgę wobec narodu, a nie jakiegoś tworu idelologicznego i w dodatku ma strzec niezłomnie godności Narodu, a kandydat na profesora tę godność w swej «naukowej» działalności narusza i szuka tylko jak przekonywać Polaków, aby czuli się winni, a nie jaka jest prawda, co jest obowiązkiem naukowca.

Prezydent ma zatem dylemat, czy postąpić wbrew swej konstytucyjnej przysiędze, czy też wystąpić jedynie w roli notariusza, aprobując to, co nie powinno być aprobowane.

Aby prezydent nie musiał

Powstaje pytanie:czy nie należałoby uwolnić prezydenta od obowiązku podpisywania nominacji profesorskich, skoro nie może brać odpowiedzialności za to, co naukowcy wypisują? Skoro prezydent nie powinien ingerować w badania/rezultaty badań naukowców (słusznie), bo to jest odpowiedzialność świata nauki, a nie prezydenta, to niech świat nauki bierze odpowiedzialność za kreowanie swoich członków na profesorów.

W końcu naukowcy, a w szczególności rektorzy, zwykle nas przekonują (słusznie), że uniwersytet winien być apolityczny, choć sami tego nie respektują (niesłusznie).

Prezydenta nie można obarczać odpowiedzialnością za spadek prestiżu tytułu profesora, skoro w nominacje nie może ingerować, a tylko jako «notariusz» ma je podpisywać. Nominacji na strażaka prezydent nie podpisuje a strażak prestiż społeczny ma, i to większy od profesora!

Co więcej prezydent u nas nie może odebrać tytułu profesora, choć jako «notariusz» ma go nadawać. Czy słyszał ktoś o odebraniu tytulu profesora komuś, kto go uzyskał w wyniku oszustwa np. plagiatu ? To co ? Prezydent ma odpowiadać za awansowanie w systemie akademickim oszustów ?

Prezydenci Stanów Zjednoczonych nie mają takich dylematów, bo nic im do nominacji profesorskich – tym zajmują się uczelnie.. I nauka na tym chyba lepiej wychodzi. Inaczej niż u nas.

Może by jednak przywrócić prestiż nauce dla dobra Polski i Polaków, którzy winni pozostać narodem a nie jakimś tworem ideologicznym w pseudonaukowych imaginacjach kandydatów do notarialnego podpisu ich nominacji/zatwierdzenia (nie)kompetencji przez prezydenta.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lipcu 2020 r.