Adiunkt jako środek chwastobójczy w środowisku akademickim

Screen Shot 12-23-19 at 07.30 AM

[ źródło kompozycji graficznej

https://www.polishclub.org/2019/12/22/adiunkt-jako-srodek-chwastobojczy-w-srodowisku-akademickim/]

Adiunkt - zezwolenie

Adiunkt jako środek chwastobójczy w środowisku akademickim

To, że środowisko akademickie, uformowane/sformatowane w czasach czerwonej zarazy i funkcjonujące w czasach zarazy tęczowej, stanowi ogród nieplewiony, od lat jest chyba wiedzą powszechną. Jeśli nawet wyrosły w nim piękne drzewa, to są one tłumione przez chwasty, które nieraz je oplatają, niczym liany.

Na niektórych uczelniach powstały co prawda ogrody profesorskie i to czasem na miejscu dawnych latryn, ale smród akademicki nie przestał się unosić także poza ogrodami. Nie może być inaczej, gdyż akademickie, w tym profesorskie afery na uczelniach są na porządku dziennym, choć rzadko medialnym.

Ogród nieplewiony

To, że nasz system akademicki mimo ciągłych reform jest patologiczny, a nawet wręcz przyjazny patologiom, nie jest tajemnicą. Trudno aby było inaczej, skoro świat akademicki, mający na celu poszukiwanie prawdy, przez dziesiątki lat funkcjonował w systemie kłamstwa. Schizofreniczna sytuacja nie mogła pozostać bez wpływu na społeczność akademicką i struktury akademickie sformatowane w czasach czerwonej zarazy. Oczyszczenia pozytywnego podczas transformacji nie było, a przed transformacją przeprowadzono oczyszczenie negatywne, którego skutków niemal nikt nie chce poznać.

Moralna zapaść środowiska akademickiego jest faktem, choć przez lata jakby nie zauważano postępującej degradacji tego środowiska, niskiego poziomu etycznego kadr akademickich, szczególnie tych, którzy winni stać (formalnie stojących !) na straży jego należytego poziomu.

Można mówić, że polski system akademicki patologiami stoi, a w gruncie rzeczy leży, jeśli się porówna jego moc z nauką światową.

Wzrost utytułowania kadry, jak i imponujący wzrost poziomu nieruchomości akademickich w warunkach patologicznych nie przekłada się na wzrost poziomu naukowego.

Jak z tym skutecznie walczyć ? Żadne reformy, bez względu przez jaką opcję polityczną przeprowadzone, nie dały sobie rady z naprawą systemu akademickiego, w tym z odchwaszczeniem – jak obrazowo się określa – środowiska akademickiego.

System akademicki, jak był, tak i pozostał ogrodem nieplewionym.

W resorcie rolnictwa do odchwaszczania z powodzeniem stosuje się preparat noszący nomen omen akademicką nazwę ‚ adiunkt’, dopuszczony do stosowania i unieszkodliwiania chwastów przez Ministerstwo Rolnictwa [numer zezwolenia R-27/2016 wydany w dniu 05-02-2016].

Zapewne wszyscy wiedzą, że w systemie akademickim – adiunkt, to stanowisko obejmowane zwykle przez osoby posiadające stopień doktora. Znany profesor od doskonałości naukowej i udoskonalania adiunktów, a zarazem niestrudzony bloger – Bogusław Śliwerski [pisałem o nim w Kurierze WNET nr 63/2019O doskonałości pedagoga] zadał na swoim blogu „pedagog” prowokacyjne pytanie: Czy adiunkci wypalą chwasty w nauce? [ 26 październik 2019 r.] jakby nawołując do zastosowania w resorcie nauki doświadczeń wypracowanych w resorcie rolnictwa.

Nauka adiunktami stoi

Pochodzenie nazwy adiunkt – z niem. od łac. adiunctus „przyprzężony” – dobrze określa pozycję adiunkta w systemie akademickim, jako zaprzężonego do pracy, ale nie zawsze za pracę awansowanego/nagradzanego, a nader często ‚dołowanego’, szczególnie wtedy, gdy uchyla się od stosowania znanego ukazu carskiego „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego” jakby respektowanego do dnia dzisiejszego w polskim systemie akademickim.

Na uczelniach i w instytutach badawczych na ogół się mówiło, że stoją one adiunktami, jako że moc pracy akademickiej spoczywała zwykle na adiunktach, niezbędnych do realizacji zadań dydaktycznych i badawczych, w sytuacji gdy tzw. samodzielni pracownicy akademiccy nie zawsze do tej pracy byli skłonni czy przysposobieni. Zresztą często, ci jako wieloetatowcy, pozbawieni jednak zdolności do bi-czy multilokacji, na taką działalność nie zawsze znajdowali czas, o ile jeszcze mieli na nią ochotę.

Bez adiunktów uczelnie nie byłyby w stanie funkcjonować, a zresztą bez wypromowania doktorów nie można było zostać profesorem, więc do awansu do nadzwyczajnej kasty adiunkci byli niezbędni. Potem można było się ich pozbywać, gdy zagrażali ‚samodzielnym’ i/lub najlepszemu z systemów.

Aby system nauki z takich oczyszczać, ogłaszano zazwyczaj, że jest problem z adiunktami, którzy się nie rozwijają i trzeba ich z systemu eliminować, aby dać szansę młodszym. Fakt, że wielu się nie rozwijało formalnie, bo byli tak dobierani na etaty, aby jedynie służyć do rozwoju ich ‚przyłożonym’. Inni na rozwój formalny nie mieli szans, bo swoje pasje naukowe mogli realizować jedynie w konspiracji przed panującymi w nauce, a ujawnienie rezultatów zapisywanych – o zgrozo – jedynie na swoje konto (z pominięciem panujących) skazywało ich na wykluczenie z systemu.

Mimo cyklicznych akcji czyszczenia uczelni z niepotrzebnych już, wyeksploatowanych adiunktów, jakoś ustawiczny problem ‚niedorozwoju’ adiunktów, ani problem spadania poziomu nauki, nie został rozwiązany.

Widocznie czyszczenie systemu z ludzi hierarchicznego środka, bez czyszczenia hierarchicznych szczytów, nic w tej materii nie daje.

‚Chwastobójcza’ rola adiunktów

Wiodącą rolę adiunktów w systemie akademickim zauważył niespodziewanie Prof. Bogusław Śliwerski, jednocześnie jakby zdegustowany zbyt słabymi rezultatami ich działań na polu naprawy patologicznego systemu.

Pisze on na swoim blogu m. in. Ci, którzy uzyskali stopień naukowy doktora nauk w swojej dziedzinie oraz dyscyplinie i zostali zatrudnieni w uczelniach na stanowisku adiunkta powinni postępować zgodnie ze złożoną przysięgą. Ta zaś zobowiązuje ich do służenia prawdzie, a nie zajmowania konformistycznych, submisyjnych postaw wobec tej części kadr akademickich, która już od dawna narusza kod etyczny w nauce i szkolnictwie wyższym”.

A dalej jeszcze bardziej krytycznie o braku krytyki sytuacji w nauce ze strony adiunktów „Mieliśmy nadzieję w Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN, że jak uruchomimy własne czasopismo pod jakże znaczącym tytułem „PAREZJA”, to adiunkci chwycą wiatr w żagiel i zaczną tam publikować solidne, krytyczne studia literatury przedmiotu, że będą prowadzić spór z autorami kompromitujących polską naukę rozpraw, bo pseudonaukowych.”

Dalej, wykazując całkiem dobrą znajomość braku standardów w nauce uprawianej w polskich placówkach, wręcz lamentuje Nie chodzi tu przecież o prowadzenie przez nich krytyki ad personam, ale o odważenie się poprowadzenia sporu natury merytorycznej. Czas najwyższy przestać udawać, że publikacje niektórych doktorów, doktorów habilitowanych a nawet profesorów spełniają jakiekolwiek standardy naukowe”

Trafnie również zauważa, że „Im dłużej jest nieobecna w przestrzeni publicznej krytyka pseudonauki i jej autorów, tym łatwiej jest im „załatwiać” awans na stanowiska czy wyższy stopień naukowy pozanaukowymi działaniami.”

I na końcu trafienie w samą dziesiątkę „Jednak rektorzy uniwersytetów nie zwolnią pseudonaukowców, ale … adiunktów„ zaznaczając jednak, że i wśród adiunktów bywają ignoranci.

Tak to prawda – bywają, ale wśród panujących u nas w nauce – także, a może nawet częściej i ich rektorzy nie zwalniają.

A zatem prof. Śliwerski jakby miał pretensje do adiunktów, że nie kładą swoich głów pod akademicki topór, i to w sytuacji, gdy sam tym toporem czasem wymachuje, bo tak się rzeczy mają w naszym, wysoce niedoskonałym, systemie akademickim.

Mimo, że jest specjalistą od doskonałości naukowej, popełnił chyba poważny błąd metodologiczny. Uznał zapewne, że adiunkt stosowany jako preparat chwastobójczy sprawdzić się winien i w resorcie nauki, nie zwracając uwagi na ‚cykl produkcyjny’ adiunktów w tym resorcie i na fakt braku zezwolenia dla działań adiunktów na rzecz ‚odchwaszczania’ środowiska akademickiego w ‚Konstytucji dla nauki’.

Adiunkci w systemie akademickim nie znajdują się na końcu cyklu produkcyjnego prowadzącego do doskonałości naukowej znaczonej tytułem profesorskim, lecz mniej więcej pośrodku i to przed barierą stawianą przez tych z końca taśmy produkcyjnej, do których sam ‚pedagog ‚ należy. Sam zresztą ma swoje osiągnięcia w dyskredytowaniu adiunktów, rzecz jasna uznając ich za ignorantów i nieudaczników, bo nie mających tytułu profesora – wyznacznika doskonałości naukowej.

Z tego powodu nawet znalazł się na ścieżce dyscyplinarnej, choć w rozumieniu doskonałości naukowej ma oparcie m. in. u znanego z właściwej postawy wobec LGBT prof. Nalaskowskiego, którego jednak postawa wobec innych patologii akademickich, nie zawsze może być uznana za właściwą.

Gdzie jest pies pogrzebany ?

Oczekiwanie, że adiunkt w systemie akademickim może się sprawdzić jako czynnik walczący z jego patologiami, o jego poziom etyczny, poziom naukowy, jest w gruncie rzeczy niedorzeczne.

Fakt, że adiunkci ‚ powinni postępować zgodnie ze złożoną przysięgą. Ta zaś zobowiązuje ich do służenia prawdzie, a nie zajmowania postaw konformistycznych, jak przypomina prof. Śliwerski. Ale także faktem jest, że tak winni postępować przede wszystkim profesorowie, którzy kiedyś też byli adiunktami i na ogół składali takie doktorskie przysięgi, a po awansowaniu na profesorów właśnie stoją służbowo, mniej lub więcej, na straży etosu nauki.

Co więcej to profesorowie odpowiadają za to, jakich mamy adiunktów, bo czy ktoś może podać jakiś przypadek awansowania na adiunkta w polskim systemie akademickim na podstawie opinii/ decyzji jedynie doktorów ?

Mamy takich adiunktów jakich profesorowie chcieli/chcą mieć, jakich uformowali/sformatowali i akceptują na etatach w swoich zakładach/instytutach/uczelniach.

Niestety jest prawdą, ale nie znaną powszechnie, że tacy adiunkci, którzy na serio wzięli sobie do serca przysięgę doktorską, stanęli do walki o prawdę, zabrali się do walki z patologiami, o należyty poziom etyczny i naukowy, z systemu akademickiego znikają i to z powodu działań członków nadzwyczajnej kasty akademickiej jaką tworzą profesorowie.

Mamy autonomiczny system akademicki, autonomiczne uczelnie i żaden adiunkt tej autonomii, także autonomii patologii [!] nie ma szans naruszyć bezkarnie.

Zarzut do adiunktów o konformizm wobec kadr akademickich jest kuriozalny, przy milczeniu o konformizmie profesorów i milczeniu o losach tych adiunktów, którzy okazywali swój nonkonformizm wobec poczynań profesorów.

Polski system akademicki nie przewiduje miejsca dla nonkonformistycznych adiunktów i jest to status quo wypracowany mozolnie w czasach czerwonej zarazy i utrzymany w mocy akademickiej w czasach III RP, czyli jak obecnie wiemy, w czasach zarazy tęczowej.

I za ten stan rzeczy odpowiadają konformistyczne/oportunistyczne/ egocentryczne, czy wręcz narcystyczne kadry profesorskie, tworzące nadzwyczajną kastę akademicką, do której ci, o naturze nonkonformistycznej nie mają żadnych szans wejść, a nawet tego nie chcą.

Mamy nader wydajny system negatywnej selekcji kadr akademickich, rodem z PRLu i utrzymany w mocy w III RP.

Nie dość, że młodzi są tak dobierani do systemu akademickiego, aby był z nich pożytek głównie dla członków nadzwyczajnej kasty, to po wykorzystaniu są wyrzucani z systemu jak niepotrzebne śmieci, nie rokujące nadziei na dalszą eksploatację (w języku kasty – na rozwój).

Nader często taki los spotyka lepszych naukowo i edukacyjnie od członków kasty, dla których stanowią śmiertelne zagrożenie i nie rokują nadziei na przystosowanie się do patologicznych obyczajów panujących wśród kasty ‚doskonałych’.

Nie bez powodu taka masa polskich doktorów, a nawet będących dopiero na drodze do doktoratów, po prostu od lat opuszcza polski system akademicki, czy to szukając swojego miejsca za granicą, czy w krajowych sektorach pozaakademickich, choć ten wariant nie zawsze jest do końca skuteczny, bo różne komisje/rady/ciała doradcze pełne są ekspertów z kasty akademickiej, i to nieraz dożywotnich !

Tym samym adiunkt nie ma szans na sprawdzenie się jako ‚środek chwastobójczy’ w resorcie nauki, w przeciwieństwie do „adiunkta” stosowanego zgodnie z odpowiednimi zarządzeniami i sprawdzającego się w praktyce w resorcie rolnictwa.

Młodszym Czytelnikom warto przypomnieć, że kiedyś pozycję między adiunktem a profesorom zajmował docent, które to stanowisko było tak skompromitowane, że je zlikwidowano, ale likwidacja ta kompromitacji nauki nie zlikwidowała, bo system nie został zasadniczo zmieniony.

Przy okazji warto przypomnieć, że nazwa docent funkcjonowała także w sektorze optycznym, jako popularny DOCENT – epidiaskop, rzutnik obrazów i slajdów, wykorzystywany także w praktyce akademickiej, czasem nie bez zabawnych konsekwencji. Kiedy na znanym uniwersytecie niezbyt rozgarnięty student został poproszony o przyniesienie małego ‚Docenta’, ku rozbawieniu braci studenckiej. przyprowadził na salę miernej postury docenta uczelnianego [ zresztą partyjnego decydenta akademickiego] Z likwidacją stanowiska docenta w systemie akademickim nie można było dłużej zwlekać.

Jako środek chwastobójczy za PRL

Mamy mnóstwo utytułowanych, i to wzdłuż, wszerz i w poprzek, specjalistów od socjologii, psychologii, prawa i nauk pokrewnych, ale rzetelnych badań nad systemowym degradowaniem środowiska akademickiego jakoś nie widać.

Siłą rzeczy opis konkretnych przypadków ilustrujących funkcjonowanie systemu może być pomocny w zrozumieniu tej sytuacji.

Tak się składa, że jestem przykładem (nieodosobnionym) adiunkta funkcjonującego w czasach czerwonej zarazy w roli środka chwastobójczego. Co prawda nie składałem przysięgi doktorskiej, co było wynikiem nader często spotykanego bałaganu w peerelowskim systemie akademickim, ale po stronie prawdy starałem się stać nonkonformistycznie [ co nawet rektor zauważył], poddając krytyce merytorycznej patologiczne zjawiska, widoczne także u nadzwyczajnej kasty akademickiej, podnosząc jeszcze w czasach jaruzelskich, m.in. problem deprawacji młodzieży akademickiej.

Oczywiście uznano to za zagrożenie dla przewodniej siły narodu, negatywnie – jej zdaniem – wpływało na młodzież, formatowaną zgodnie z pryncipiami ‚najlepszego systemu’. Skutek był oczywisty – wypędzenie z uniwersytetu ! Jak się okazało – dożywotnie, bo mimo transformacji, w tej materii akademickiej nic się nie zmieniło.

Niczego, co zarzuca adiunktom prof. Śliwerski, w sposób uprawniony nie mógłby mi zarzucić. I co ? Rzecz jasna, w takim systemie, jedna osoba bez mocy decyzyjnej, bez solidarności zatrudnionych na etatach, nie ma szans na wyeliminowania patologii, a mówiąc językiem prof. Śliwerskiego na wypalenie chwastów w systemie.

Taki ktoś może takie zjawiska pokazać w jakimś stopniu, ale stanowiąc zagrożenie dla konformistycznych etatowców, szczególnie decydentów i całego systemu, zostanie , wypędzony z uczelni, wyrzucony z pamięci, a członkowie kasty, także ci, co nawołują adiunktów do naprawy systemu, ani palcem w bucie nie ruszą, aby takie działania ‚chwastobójcze’ poprzeć, źródłowo zbadać, naukowo opisać. Standardowa reakcja, to odważne chowanie głowy w piasek i pisanie z pozycji ‚podręcznej strusiówki’ o konieczności poprawy etyki i likwidacji patologii w środowisku akademickim.

Słowa są, a czynów – brak, chyba że sprzeczne ze słowami.

A chwasty rosną, rosną, aż pokryją cały akademicki świat.

Tekst opublikowany w grudniowym numerze Kuriera WNET, nr. 66, r.2019

Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska

[https://www.rdn.gov.pl/]

Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska

To, że polskie środowisko akademickie jest stabilne swoimi patologiami i walczy o zachowanie status quo w tej materii nie jest żadną tajemnicą. Nie jest też tajemnicą konformizm środowiska akademickiego, pod tym kątem zresztą od lat selekcjonowanego/formatowanego. Standardy metodologiczne beneficjentów systemu komunistycznego często szwankują, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych. Dobrze, jeśli ktokolwiek te problemy publicznie podnosi.

O doskonałość polskiego środowiska naukowego

Prof. Śliwerski, członek Rady Doskonałości Naukowej, walczący o doskonałość polskiego środowiska naukowego, także na swoim blogu, niedawno ogłosił całkiem słusznie, że ‚Nauka polska wymaga spełniania przynajmniej minimalnych standardów metodologicznych’. http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2019/12/tylko-nie-pisz-i-nie-mow-prawdy-o.html

Można krzyknąć – tak trzymać !

Profesor pisze „Jeśli już kogoś nie stać na oryginalność, to niech chociaż przestrzega reguł logiki i obowiązujących w diagnostyce standardów. W przeciwnym razie upowszechnia się w sieci – pod szyldem nauki polskiej – błędy, które z nauką nie mają nic wspólnego. Są bowiem pseudonauką. …” a to na okoliczność zamieszczonej w sieci ankiety na temat polskiego środowiska akademickiego, która to ankieta bardzo pana profesora poruszyła i jak się odnosi wrażenie – z tego co pisze – wręcz wyprowadziła z równowagi, choć to nie była praca naukowa, a tylko mający swoje mankamenty sondaż środowiskowy osoby ze stopniem doktora.

Nie tak dawno profesor wyrażał swoje niezadowolenie, że adiunkci nie działają w środowisku akademickim jako środek chwastobójczy [Adiunkt jako środek chwastobójczy w środowisku akademickim- Kurier WNET, grudzień 2019].

Wydawało by się zatem, że jak profesor natrafi na przykład próby – choćby nieporadnej – odchwaszczenia środowiska akademickiego przez adiunkta, to się tym faktem ucieszy, a jako osoba od doskonałości pospieszy z pomocą. Nic z tego.

Totalna krytyka, dyskredytacja, wręcz akademickie rozstrzelanie osoby próbującej odchwaszczenia środowiska. Fakt, w ankiecie dwa pytania o badania doktorskie i profesorskie raczej nie kwalifikowały się na odpowiedzi w trybie ankietowym, ale były ciekawe do reakcji w trybie ‚artykułowym’, bo trzeba by użyć co najmniej tysięcy znaków aby temat przynajmniej napocząć, a w ankiecie nim się napocznie, już trzeba skończyć.

Wzorowa metodologia ?

W totalnej krytyce profesor powołał się na słuszność metodyczną Heliodora Muszyńskiego znanego pedagoga i metodologa, należącego jak podaje Wikipedia [fakt że źródło niezbyt doskonałe, ale doskonali profesorowie niczego bardziej doskonałego do tej pory nie udostępnili mniej doskonałym ] do nurtu pedagogiki socjalistycznej, opartej na poglądach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, który w tym nurcie argumentował: „Jeśli naukowiec popełnia tak elementarne błędy, to jest w świetle naukoznawstwa pseudonaukowcem, gdyż kompromituje reprezentowaną przez siebie naukę wskazując innym, że można ją uprawiać tak patologicznie.„

Nurt ten wyniósł prof. Heliodora Muszyńskiego nie tylko na piedestał profesora, ale także członka Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej ds. stopni naukowych przy Radzie Ministrów (i to przez cztery kadencje, czyli 14 lat i to od roku 1972 do roku 1986.

Od 1968 do 1973 socjalistyczny profesor przeprowadził tzw. eksperyment poznański, którego przedmiotem było opracowanie systemu wychowawczego w szkołach, rzecz jasna socjalistycznych. ‚Jego, krytycznie oceniane przez część pedagogów, rezultaty były szeroko wdrażane w tysiącach polskich szkół…..Założenia eksperymentu wywodzono od klasyków marksizmu-leninizmu, m .in. ustalenia Karola Marksa, że wychowanie dla przyszłości może być tylko angażowaniem wychowanków do walki o tę przyszłość….

…..Punktem wyjścia dla wprowadzanego systemu wychowawczego, według uchwały ministerstwa, były cele właściwe ideałowi człowieka socjalistycznego, który powinien się charakteryzować: zaangażowaniem ideowo-politycznym, świadomością zasad, celów i ideałów socjalizmu, emocjonalnym związkiem z tymi ideałami, uspołecznieniem, dbałością o wspólne dobro, rzetelną pracą, ofiarnością i zdyscyplinowaniem społecznym, patriotyzmem i internacjonalizmem socjalistycznym, emocjonalnym związkiem z postępowymi tradycjami narodowymi i społecznymi, solidarnością i braterstwem z narodami ZSRR i innych krajów socjalistycznych ….’

Nie bez przyczyny w 1975 r. kierowany przez niego zespół otrzymał Nagrodę Komisji Edukacji Narodowej i chyba nie bez przyczyny metodologia – stosowana przez jego szefa – jest przywoływana przez profesora stojącego na straży doskonałości nauki polskiej w III RP, tak silnie zakorzenionej w standardach systemu opartego na klasykach marksizmu -leninizmu.

Kto z tymi standardami jest na bakier, nie ma szans w systemie akademickim III RP, bo doskonałości rzecz jasna nie osiągnie, jako że popełnia elementarne błędy, nie zważając na jedynie słuszną metodologię socjalistyczną Heliodora Muszyńskiego.

Mankamenty doskonalenia

Tym niemniej trzeba podkreślić jak najbardziej słuszną konstatację prof. Śliwerskiego: „Krytykę patologii trzeba zacząć od własnego środowiska”. Trudno jednak zrozumieć, ze profesor od doskonałości naukowej nie podjął nawet próby doskonalenia swojego środowiska, nie podjął krytyki jego poczynań, mimo że środowisko to jest bardzo niedoskonałe. To środowisko wyselekcjonowało w naszym systemie akademickim całe rzesze bardzo niedoskonałych tak doktorów, jak i profesorów, na drodze do stworzenia nadzwyczajnej kasty akademickiej, która jednak niewiele znaczy w nauce w relacji do środowisk naukowych innych krajów.

Podnosiłem wielokrotnie [głównie na https://blogjw.wordpress.com,/ choć nie tylko – por. np. POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII- https://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/ ],

Pytania do władz UJ na inaugurację kolejnego Roku Akademickiego  – https://www.polishclub.org/2018/10/01/pytania-do-wladz-uj-na-inauguracje-kolejnego-roku-akademickiego/,

No cóż, członkiem Loży to ja nie jestem https://niepoprawni.pl/blog/6438/no-coz-czlonkiem-lozy-to-ja-nie-jestem ,

Kolejne pytania w sprawie ‚Jagiellończyka’https://blogjw.wordpress.com/2013/02/12/kolejne-pytania-w-sprawie-jagiellonczyka/] absurdalną nieraz metodologię badań prowadzonych przez profesorów kompromitujących reprezentowaną przez nich naukę, starając się działać na rzecz odchwaszczenia tego środowiska. Nie zauważyłem jednak aby profesorowie od doskonałości naukowej te niedoskonałości zauważyli, podjęli krytykę swojego środowiska i chcieli niedoskonałości usuwać.

Ja postulowałem aby takich decydentów nauki, często dotkniętych czerwoną zarazą, przenosić w stan nieszkodliwości, [ Degradacyjna schizofrenia. Dokąd zatem zmierzamy ?https://blogjw.wordpress.com/2018/04/23/degradacyjna-schizofrenia-dokad-zatem-zmierzamy/], ale siłą rzeczy nie mając władzy nad kimkolwiek, poza władzą nad samym sobą, to ja zostałem usunięty z systemu akademickiego, jako stanowiący zagrożenie dla socjalistycznych decydentów nauki oraz procesu formowania i doskonalenia młodzieży akademickiej w ramach najlepszego z systemów, tak wspieranego m. in. przez Heliodora Muszyńskiego. Mimo to nie zaprzestałem działań na rzecz naprawy systemu akademickiego, na rzecz jego odchwaszczenia, co przez szkodników akademickich jest negatywnie oceniane, traktowane jako działania destabilizujące środowisko akademickie [sic !].

Z ludzkiego punktu widzenia trudno się nawet temu dziwić, bo w przypadku przyjęcia moich standardów [jakże odmiennych od tych wprowadzanych w życie przez prof. Heliodora Muszyńskiego] musieli by tacy potracić lukratywne stanowiska od doskonalenia naukowego.

Moim, niewątpliwie niedoskonałym zdaniem ( w końcu jestem jedynie doktorem) metodologia prof. Heliodora Muszyńskiego, do której prof. Śliwerski tak głęboko jest przywiązany, z nauką sensu stricte chyba nie ma wiele [o ile cokolwiek] wspólnego.

Prof. Śliwerski jednak nie zważa na swój postulat, aby krytykę patologii zacząć od własnego środowiska i nie krytykuje, lecz lansuje socjalistycznego profesora, specjalistę od doskonalenia polskiej młodzieży w czasach PRLu w duchu Marksa i Engelsa.

Chętnie bym poznał opinię w tej sprawie doskonałych naszych profesorów, w końcu mających za zadanie służbowo, no i moralnie, wspierać w nauce mniej doskonałych.

W nauce nie mają żadnego znaczenia stopnie i tytuły naukowe ? !

W ostatnim blogu [Wybór między destrukcją a nauką

http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2019/12/wybor-miedzy-destrukcja-nauka.html ] profesor bardzo zasadnie, ale jakby bardzo niezgodnie z wieloma swoimi wcześniejszymi wpisami, oznajmia :” w nauce nie mają żadnego znaczenia stopnie i tytuły naukowe ..” czym dokumentuje, że ma wiedzę na temat wartości tego co komisje i rady, w których sam od lat zasiada, aprobują i za co odpowiadają.

Jak stopnie i tytuły generowane są w systemie wsobnym, zamkniętym, bez możliwości merytorycznej krytyki, tak wewnętrznej, jak i zewnętrznej, ich znaczenie musi spadać, co ma miejsce od lat i konkluzja profesora ten proces jakby podsumowała.

Profesor pisze także:”zagraniczni eksperci zdiagnozowali fatalną politykę kadrową oraz strukturę naukowych obszarów badań, które utrwalają status quo, a związkowcy podejmują jeszcze uchwały, by wszystkim płacić tak samo według stanowisk pracy. Nawet dodatki motywacyjne chcieliby, jak w szkołach podstawowych, przyznawać każdemu tej samej wysokości, bo przecież – jak w socjalizmie – czy się stoi czy się leży tysiąc złotych się należy. Ciekaw jestem, co z tą socjalistyczną pozostałością uczynią rady uczelni? ” co wskazuje na to, że dobrze wie co w akademickiej trawie piszczy.

Potwierdza to wypowiedzią: „Możemy dalej działać w nurcie pomocy socjalnej koleżankom i kolegom, w wymiarze darów wdzięczności za wieloletnią współpracę z tymi, z którymi od -nastu lat jesteśmy w tych samych jednostkach akademickich. W ten sposób prowadzimy pedagogikę na naukową śmierć”, ale trzeba dodać, że ta wypowiedź jest słuszna także w stosunku do innych dziedzin nauki uprawianej w Polsce.

Na uwagę zasługuje także wiedza pana profesora odnośnie szkodliwych pozostałości socjalistycznych uczelni, ale jak on to godzi z jednoczesnym polecaniem metodologii socjalistycznego profesora Heliodora Muszyńskiego ?

Niekonsekwencje standardem

Prezentowane przez prof. Śliwerskiego niekonsekwencje, sprzeczności wewnętrzne argumentacji, nie są czymś niezwykłym w polskim środowisku akademickim, uformowanym w ramach metodologicznych założeń systemu komunistycznego. Bez zerwania z pozostałościami tego systemu, nie do końca obalonego, bez oczyszczenia, inaczej mówiąc odchwaszczenia, tak metodologicznego, jak i personalnego, takie niekonsekwencje są raczej standardem a nie wyjątkiem. Skoro członkowie rad od doskonałości naukowej takie niedoskonałości wykazują, marne są szanse na dobrą zmianę w domenie akademickiej.

Niby kto ma zacząć krytykę patologii od własnego środowiska, skoro ci, którzy nim zaczną, już są skończeni i to dożywotnio !

Orła Wrona nie pokona ?

[ Symbol dwuwładzy w Sądzie Najwyższym ? ]

Orła Wrona nie pokona ?

13 grudnia 1981 WRONa rozpostarła swoje skrzydła nad wyzwalającym się z niewoli krajem, którego symbolem jest Orzeł Biały. WRONa stanowiła wówczas zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym, jak po latach określił warszawski Sąd Okręgowy w dniu 12 stycznia 2012 roku. W grudniową noc zorganizowała akcję ‚Jodła’, co jakoś tak proroczo przewidział Stefan kard. Wyszyński, Prymas Polski w „Zapiskach więziennych” – zapis z dnia 17 I 1954, niedziela: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. …”

Chyba nie bez przyczyny sprawa operacyjna prowadzona przeciwko kard. Wyszyńskiemu, nosiła kryptonim „Prorok”.

W grudniu 1981, już po śmierci proroczego prymasa Polski, WRONa zorganizowała liczne miejsca odosobnienia, dla tych, których uważała za stanowiących dla niej zagrożenie.

Opisuje to jedna z piosenek z miejsc odosobnienia

Zielona WRONa dziób w wężyk szamerowany

Kto nie da drapaka,

Kto nie chce zakrakać

Ten będzie internowany.”

Nie wszyscy chcieli zakrakać, nie wszystkim udało się dać drapaka, stąd w miejscach odosobnienia znalazło się ok. 10 tys. opozycjonistów, choć w kraju, i poza krajem, było ich więcej, stąd opór wobec WRONy mógł trwać także poza takimi miejscami.

Znajomość tych czasów i okoliczności jest jednak różna i np. wybitni historycy najstarszej polskiej uczelni nie zdołali zidentyfikować w historii stanu wojennego, a władze tej uczelni nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie – jak to się stało, że stan wojenny wprowadzony na terytorium całego kraju, na terytorium UJ chyba nie został wprowadzony, bo tak wynika z dziejów UJ, które są przeznaczone do opanowania przez kolejne pokolenia młodych ludzi. [ Czy na terytorium Uniwersytetu Jagiellońskiego wprowadzono stan wojenny?” „ Kurier WNET” nr 54/2018]. Czy taki stan rzeczy wynegocjowano z WRONą – do tej pory nie wiemy ? Badania nad tym ciemnym w dziejach uczelni okresem są w powijakach, a na badania niezależne nie ma pieniędzy i nie ma dostępu do archiwów akademickich, co wskazuje na utrzymywanie się nadal systemu totalitarnego, mimo że oficjalnej WRONy już nie ma.

Orła Wrona nie pokona !

Mimo zorganizowanego zbrojnego uderzenia w solidarność społeczną, z miejsc odosobnienia unosiły się słowa optymistycznych jednak piosenek

I choć WRONa głośno kracze wabiąc kruki i puchacze
I tak sprawa przesądzona, Orła WRONa nie pokona!

czy innej:

W kryminale dziś siedzimy

Lecz się WRON-y nie boimy

Kiedy wiosną lody spłyną

Rozprawimy się z ptaszyną.

Kra, kra, kra, wronisko latało, a SB szalało kra, kra, kra…

Z kryminału gdy wyjdziemy

Wtedy wronę zatłuczemy

Wyskubiemy pióra czarne

Bo ptaszysko to koszmarne

… Choć nam posiwieją skronie

Wytłuczemy jaja wronie

Żeby się nie odrodziła

Więcej Polski nie gnębiła..”

Taki optymizm pozwalał przetrwać, i tym co byli uwięzieni, i tym co byli poza miejscami odosobnienia, choć nie znaczy, że na wolności.

Czy taki optymizm był uzasadniony ? Po latach wiemy, że WRONa co prawda nie była taka silna, system chylił się ku upadkowi, ale i solidarność międzyludzka została jednak zgnieciona i nigdy w takiej postaci jak przed stanem wojennym się nie odrodziła. Co więcej, twardzi przeciwnicy WRONy, mający w biografiach obozy internowania, czy więzienia, zostali nieraz tak rozmiękczeni intelektualnie i moralnie, że z twórcami WRONy tworzyli struktury podobno wolnego państwa, a dziś razem są na różnych frontach obrony demokracji, czy tolerancji, a nawet postkomunistycznej konstytucji zapewniającej ciągłość z czasami WRONy. Nie zważają przy tym jak łamana jest ta Konstytucja przez organy władzy, ustawowo stojącej na straży jej przestrzegania.

Konstytucyjna rola orła białego

Konstytucja RP w Artykule 28 mówi

  1. Godłem jest wizerunek orła białego w koronie w czerwonym polu.
  2. Barwami Rzeczypospolitej Polskiej są kolory biały i czerwony.
  3. Hymnem Rzeczypospolitej Polskiej jest Mazurek Dąbrowskiego.
  4. Godło, barwy i hymn Rzeczypospolitej Polskiej podlegają ochronie prawnej.
  5. Szczegóły dotyczące godła, barw i hymnu określa ustawa.

OBWIESZCZENIE MARSZAŁKA SEJMU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ z dnia 14 czerwca 2019 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych

podaje:

Art. 1. 1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i „Mazurek Dąbrowskiego” są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej. 2. Otaczanie tych symboli czcią i szacunkiem jest prawem i obowiązkiem każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej oraz wszystkich organów państwowych, instytucji i organizacji. 3. Symbole Rzeczypospolitej Polskiej pozostają pod szczególną ochroną prawa, przewidzianą w odrębnych przepisach. Art. 2. 1. Godłem Rzeczypospolitej Polskiej jest wizerunek orła białego ze złotą koroną na głowie zwróconej w prawo, z rozwiniętymi skrzydłami, z dziobem i szponami złotymi, umieszczony w czerwonym polu tarczy. 2. Wzór godła Rzeczypospolitej Polskiej zawiera załącznik nr 1.

Wydaje się, że jest jasność co jest godłem Rzeczypospolitej Polskiej, jak ono wygląda, co zresztą na ogół i dzieciaki znają z katechizmu Władysława Bełzy

– Kto ty jesteś? Polak mały.

Jaki znak twój?Orzeł biały….

ale w przestrzeni publicznej nie zawsze tak jest.

A jednak wrona dominuje nad orłem ! I to w Sądzie Najwyższym.

W gmachu Sądu Najwyższego reprezentującego niezawisłą władzę sądowniczą to wyobrażenie godła polskiego, jako orła białego, przez lata było inne – w sądzie w roli polskiego godła wisiało, i nadal wisi, coś na kształt zielonego ptaszyska, budzącego skojarzenie z zieloną wroną. [ Kasacja niewygodnego dziennikarza, czyli proces Józefa W.” „ Kurier WNET” nr 59/2019] W sposób oczywisty narusza to konstytucję i odpowiednie ustawy. Co prawa art. 16 ust. ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych, dopuszcza umieszczanie godła „w formie stylizowanej i artystycznie przetworzonej” na produktach handlowych, ale tu mieliśmy z artystycznie przetworzonym godłem w Sądzie Najwyższym, który nie jest produktem handlowym, tylko najwyższą władzą sądowniczą w kraju posiadającym za godło orła białego umieszczonego na tle czerwonym.

Jakoś to władzom III RP nie przeszkadzało. Obywatelom też nie za bardzo, tym bardziej, ze niewielu o tym wiedziało. Byli jednak tacy, których taki stan rzeczy bardzo uwierał.

W wyniku akcji edukacyjnej podjętej wobec władz Sądu Najwyższego przez Adama Słomkę i Zygmunta Miernika wraz z towarzyszami prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf obiecała, że powiesi im obok obecnego, nielegalnie wiszącego, ‚artystycznie przetworzonego’, także konstytucyjne godło polskie.

I tak się stało, tak że obecnie na salach SN wisi godło polskie, ale obok w pozycji jakby nadrzędnej, dominującej, nadal wisi ‚zielona wrona’, co niejako symbolizuje jakąś dwuwładzę, czego Konstytucja nie przewiduje. Winno to budzić konsternację obywateli, szczególnie obrońców Konstytucji, ale nie budzi, bo jakoś nie widać jakiś działań prawnych wobec takiego stanu rzeczy.

Internowani w stanie wojennym optymistycznie śpiewali ‚Orła Wrona nie pokona’, a tu po latach niemal 40-tu w- jak się mówi – wolnej, niepodległej Polsce, mamy jednak sytuację wskazującą na to, że optymizm opozycjonistów antykomunistycznych nie do końca był uzasadniony.

Naruszania konstytucji poprzez profanację godła polskiego miało miejsce także w innych sądach – np. na salach Sądu Rejonowego w Nowym Sączu, który bardzo się napracował nad penalizacją patriotów działających na rzecz likwidacji nielegalnie stojącego w Nowym Sączu pomnika chwały Armii Czerwonej. Tam z kolei wisiały -także artystycznie przetworzone – wyobrażenia orła białego w postaci jakichś drewnianych płaskorzeźb barwy brązowej. Po interwencji i edukacyjnym wysiłku kilku patriotów związanych z KPN, władze sądu podjęły szybko decyzję o zmianie tego wizerunku, a prezes sądu nawet podziękował patriotom.

Edukowanie dorosłych i to będących przy władzy ma jednak sens, choć sukcesy są raczej sporadyczne. [Obywatelska edukacja polskich sądów -wkrakowie2016.wordpress.com]. W Senacie RP też mamy artystycznie przetworzone godło Polski, ale nie ma kto edukować senatorów.

III RP artystycznie przetworzona

Artystyczne przetwarzanie wizerunku orła białego w Sądzie Najwyższym [i nie tylko] ośmiela postępowych obywateli do dalszego ubogacenia kolorystycznego symboli RP noszonych na tęczowych marszach równości a onieśmielone sądy niższej instancji nie widzą w tym nic niewłaściwego.

Widać, że III RP ma problemy ze swoją tożsamością. Nie potrafiła się oderwać prawnie od PRL, nie potrafiła, a nawet nie chciała ukarać członków zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, jaką była WRONa, nie chce nawet należycie poznać wspierających WRONę. III RP nie zajmuje się, jak należy, kwestią reparacji po wojnie jaruzelsko-polskiej, nie wymieniając n-tej ilości zaniechań transformacyjnych, stąd i dominacja ‚zielonej wrony’ nad orłem białym – nie bulwersuje. Nawet odznaczani za działania na rzecz wolnej i niepodległej Polski, której symbolem jest orzeł biały na tle czerwonym, na taki stan rzeczy na ogół nie reagują. A przecież w piosenkach ‚wojennych’ deklarowali, że rozprawią się z „wroną”, żeby się nie odrodziła i więcej Polski nie gnębiła.

Żyjemy w dziwnej Polsce, zwanej III RP, choć do II RP jakoś ona nie nawiązuje, a stanowi niejako artystyczne przetworzenie PRL, powstałe w ramach realizacji wizji członków i miłośników WRONy oraz „postępowej”, tolerancyjnej, oportunistycznej frakcji obozu solidarnościowego.

Dopóki Orzeł Biały nie pokona WRONy, to tak naprawdę nie będziemy wolni i niepodlegli.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, grudzień 2019 r.