Łysa prawda o patologiach akademickich

jw

Łysa prawda o patologiach akademickich

Waldemar Łysiak niedawno na łamach Do Rzeczy [Remanenty 1 – nieżyciowość – nr 25/176 -2016] podjął problem łysej prawdy akademickiej przez pryzmat własnej biografii. To dobry sposób, aby dotrzeć do innej prawdy, do której wielu historyków za żadne skarby dotrzeć nie chce. Znakomity felietonista, jak pisze, nosił się już wcześniej z takim remanentem, ale dopiero tekst o współczesnych patologiach akademickich spowodował, że nacisnął na dziennikarski spust strzelając w dziesiątkę. To co pisze o patologiach akademickich swoich czasów w pełni pokrywa się z moją wiedzą, moimi odczuciami, moimi przeżyciami. Nic dziwnego – w końcu to samo pokolenie, ten sam kontekst systemowy, a środowisko akademickie choć nie tożsame, to bliźniaczo podobne w swych zachowaniach w systemie zniewolenia.

Dobrze, że felietonista podniósł działania operacyjne wiodącej siły narodu (POP PZPR) co dla historyków- beneficjentów systemu, jakoś nie jest atrakcyjne, tak że do tej pory nie znamy nawet struktur partyjnych i ich członków na uczelniach, nie mówiąc o skutkach ich działalności. Czy w ramach dobrej zmiany – coś się zmieni ? Czy poznamy korzenie obecnego systemu akademickiego, porażająco patologicznego ?

Z biografii felietonisty jasno wynika, że wykrywanie afer i patologii akademickich kończy się na ogól tak samo – wywaleniem akademickiej zakały, bo zagrażającej sprawnemu funkcjonowaniu patologicznego systemu. Znam to z doświadczeń własnych, i nie tylko.

W takich sytuacjach często protestują studenci (ci, którzy jeszcze nie robią kariery akademickiej) a nader rzadko ‚koledzy’ czy ‚autorytety’, nie mówiąc o tzw. związkach zawodowych – solidarnych i zawodowo związanych z aparatem decyzyjnym i zainteresowanych żywotnie (czasem dożywotnio) w ukrywaniu prawdy o naturze stosowanych środków oczyszczających środowisko akademickie z elementu niewygodnego.

Ale jest zastanawiające, że Waldemar Łysiak nie może wyjść ze zdumienia z powodu długotrwałego istnienia podobnych patologii akademickich. Od pół wieku nic się nie zmieniło. A niby co miało się zmienić, skoro (niemal)wszyscy walczą i to z sukcesem, aby wszystko pozostało po staremu ? I jest to łysa prawda.

Prawdą natomiast nie jest to, że dziś funkcjonuje POMPA (Polski Ośrodek Monitoringu Patologii Akademickich), bo nie funkcjonuje.

2

Otóż postulat organizacji takiego ośrodka przedstawiłem przed laty (2010) – Postulat organizacji Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich (POMPA) https://nfaetyka.wordpress.com/2010/03/13/postulat-organizacji-osrodka-monitoringu-patologii-akademickich/ pisząc m. in. Dla skutecznego zarządzania systemem nauki i edukacji taki monitoring jest niezbędny i konieczne jest wprowadzenie go do praktyki w jak najbliższym czasie. POMPA zapewne by pomogła oczyścić środowisko akademickie z wielu patologii. Ten postulat winien się znaleźć w strategii rozwoju szkolnictwa wyższego.

Niestety do strategii rozwoju szkolnictwa wyższego postulat ten nie został wdrożony, stąd nie należy się dziwić, że i rozwój nie nastąpił. Wielu nawet twierdzi, że mamy w nauce regres, ale mimo wznowienia prac nad reformowaniem systemu akademickiego nadal o zainstalowaniu POMPY nic nie słychać.

Jeszcze w tym roku pisałem – Główna moja teza jest taka, że po ekscesach wobec nauki w PRL nierozliczonych w III RP [https://lustronauki.wordpress.com/], a w części kontynuowanych – wolność nauki trzeba odzyskać. Postulowany monitoring nie stanowi zagrożenia dla nauki, a tylko winien być jedną z metod na drodze do przywrócenia należytych standardów – do odzyskania akademickiego systemu wolności naukowej” – Instytut Wolności Naukowej, czyli stan zagrożenia dla akademickiego zniewolenia –https://blogjw.wordpress.com/2016/05/09/instytut-wolnosci-naukowej-czyli-stan-zagrozenia-dla-akademickiego-zniewolenia/

Znakomity felietonista wiedzę (nie do końca sprawdzoną) o POMPIE zaczerpnął zapewne z moich tekstów (niestety o tym nie informuje), bo chyba nikt inny tego tematu nie podejmował i wyszukiwarka GOOGLE nie innego od mojego – nie wykazuje.

Ja monitoring patologii od lat prowadzę (obecnie na stronie ETYKA I PATOLOGIE POLSKIEGO ŚRODOWISKA AKADEMICKIEGO https://nfaetyka.wordpress.com/) ale to nie jest POMPA tylko co najwyżej ‚pompka’, która żadną miarą nie jest w stanie wypompować z systemu patologii akademickich, a co najwyżej ich istnienie ujawnia.

Winna jednak zainspirować decydentów do instalacji w systemie POMPY wielkiej wydajności, adekwatnej do skali patologii akademickich .

Jeśli taka POMPA nadal nie zostanie zainstalowana, to żadnej dobrej zmiany nie zauważymy, ani w tym ani następnym pokoleniu.

1

O dominacji POPów w Polsce

POP

x

O dominacji POPów w Polsce

Popi nigdy nie dominowali w Polsce, ale na wschodzie, gdzie cerkiew miała spore wpływy, ich nie brakowało.

Ze wschodu wraz z Armią Czerwoną przybyli także inni POPi – Pełniący Obowiązki Polaków – czyli niby-Polacy, czasem o polskich korzeniach, o polskich nazwiskach, ale wykonujący rozkazy/polecenia ze wschodu, z centrali sowieckiej. I oni w tym okresie dominowali. Byli potrzebni dla łatwiejszego zainstalowania systemu komunistycznego w Polsce i w części im to się udało.

Nawet po ogłoszeniu upadku systemu komunistycznego nie brakowało dla zmyłki Pełniących Obowiązki Polaków na wysokich szczeblach, reprezentujących jednak interesy niepolskie. Takich POPów nie brakuje nadal – na stanowiskach włodarzy miast, w policji, w sądach, którzy np. stoją na straży pomników sowieckich traktując je jako Miejsca Pamięci Narodowej (bo napisy na nich głoszą – Za naszu sowietsku rodinu ) i nakazują polskim dzieciom aby się nimi opiekowały. Mimo upadku Związku Sowieckiego dokonywana jest sowietyzacja młodych przez takich POPów na różnych szczeblach i rodzajach polskiej administracji, także edukacyjnej.

Trzeba przypomnieć, że wdrażanie systemu komunistycznego zabezpieczały Podstawowe Organizacje Partyjne, rzec można – komunistyczni POPi. Ciekawe, że po ponad ćwierć wieku po ogłoszeniu upadku systemu komunistycznego na ogół nie zdołano zidentyfikować składów POPów, a z przeszukania internetu można by wnioskować, że jeśli coś takiego było, to nie miało to większego znaczenia, mimo że ponad 40 lat toto dominowało.

Widać to dobrze na uczelniach, bo brak jest wykazów tych, którzy o wszystkim decydowali i niemal nikogo to nie interesuje, IPN nie wyłączając. Trudno się zresztą temu dziwić skoro na wzorcowej dla innych polskiej uczelni nie zdołano nawet zidentyfikować w jej historii okresu zwanego komunistycznym (o takim okresie można przeczytać nawet w kiepskich podręcznikach gimnazjalnych czy licealnych !) – więc po co się tym interesować ?

Ja się interesuję, co nieco ujawniłem, ale w debacie (raczej jej pozorach) nikt tego nie chce zauważyć – no bo czy ten kogo POP (i nie tylko) wykluczyła z systemu może być wiarygodny ? Tak, tak, opinie POP i sukcesorów nadal dominują w sercach i umysłach beneficjentów systemu, także historyków, nawet tych związanych z IPN.

Nie bez przyczyny. To są efekty pracy Pełniących Obowiązki Profesorów, czyli takich POPów akademickich.

Podczas instalacji systemu prawdziwych profesorów było mało – resztki tych ocalałych z czystek niemieckich i radzieckich. Zresztą i tych jako nie nadających się na ogół do formowania nowego socjalistycznego człowieka, marginalizowano, odsuwano od młodzieży, aby nie wpływali na nią negatywnie.

Ekspresowo produkowano natomiast Pełniących Obowiązki Profesorów, z tych co przyszli ze wschodu z Armią Czerwoną i tych, którym zniewolenie Polski było miłe, lub uważali dla siebie za korzystne.

Ci wprowadzili system dyscyplinowania młodych Polaków, aby wyrastali na miłujących (niekoniecznie faktycznie) Wielkiego Brata i przodowali w przodującej nauce socjalistycznej ( nie mylić z nauką s. s.) i system ten utrzymał się do dnia dzisiejszego i bronią go także ci, którzy deklarują postawę antykomunistyczną/antysowiecką !

Produkcja Pełniących Obowiązki Profesorów wzrastała, podobnie jak wzrastała wydajność z hektara, czy zużycie betonu na 1 mieszkańca, w czym osiągnęliśmy poziom czołówki światowej.

Po fazie tzw. transformacji produkcja POPów w systemie akademickim uległa jeszcze przyspieszeniu tak, że na uczelniach liczba Pełniących Obowiązki Profesorów zaczęła przerastać liczbę asystentów, w rezultacie  nie ma już kto wypełniać obowiązków edukacyjnych i badawczych.

Wszystko się skupia na zapewnieniu płynnego Pełnienia Obowiązków Profesorów poprzez „pieszczenie” swoich dożywotnich etatów (na ogół wielu) i produkcję niepoliczalnej już ilości dyplomów.

Mimo to, a może właśnie dlatego POPi nadal cieszą się szczególnym prestiżem, mimo że od nauki światowej dzielą nas lata świetlne.

Kto by ten stan rzeczy skrytykował, do wejścia na drogę rzeczywistej (a nie tylko werbalnej) dobrej zmiany namawiał, ani chybi z systemu tak akademickiego, jak i społecznego, zostanie wykluczony.

Podobno pensje profesorskie są u nas głodowe, nawet jak profesorowie wyciągają rocznie i pól miliona. Niestety za takie pieniądze akademiccy POPi nie są w stanie się wyżywić !

Jakoś nikt nie proponuje, aby do systemu włączyć tych co zarabiają niewiele, np. jakąś połowę średniej krajowej, a mimo to nie głodują, a nawet do edukacji, czy nauki coś wnoszą, czasem więcej od etatowo głodujących.

Niestety w naszym systemie Pełniący Obowiązki Profesorów mają nadal dominować, bo zwolnienie ich z takiej dominacji by było odbierane jako zła zmiana !

Tak sądzą także Pełniący Obowiązki Patriotów, których przodków mentalnych i moralnych instalowano na ziemiach polskich wraz z instalacją systemu komunistycznego.

Instalatorów i ich miłośników nazwano patriotami, utworzono Związek Patriotów Polskich, a tych co nie chcieli miłować komunizmu,jego instalatorów, po prostu nazywano zdrajcami ojczyzny, kolaborantami, faszystami i kierowano na drogę przyspieszonego schodzenia z tego ‚patriotycznego’ świata.

Po transformacji rozpoczęto instalowanie nowoczesnego patriotyzmu w postaci czekoladowego orła i różowych baloników, a polską flagę wkładano w psie kupy ! Na radosnych pochodach nowoczesnych patriotów flagę polską nosił tylko przydrożny piesek.

Na królewskim Wawelu flaga przez lata nie powiewała, a na Al. 3 Maja nawet w święto 3 Maja do tej pory polskiej flagi nie można dostrzec.

W patriotycznym Parku Jordana flaga nie może łopotać na maszcie, no chyba, że tymczasowo – w okresie odwilży na okoliczność Światowych Dni Młodzieży.

Jak światowa młodzież opuści Kraków, ma nastąpić powrót do krakowskiego grajdołka, odwilż się skończy, mimo że lato będzie nadal w pełni. Pełniący Obowiązki Patriotów są w stanie zamrozić -nawet podczas upałów – wszelkie uczucia patriotyczne.

Nie tak dawno powstał pomysł, aby lukę po ZPP zastąpić przez KOD, który by walczył (podobnie zresztą jak ZPP) z ‚faszystami’,  bo noszącymi ( na pochodach i w sercu) hasła – Bóg, Honor, Ojczyzna, o demokrację – poprzez zwalczanie tych, co demokratycznie zostali wybrani, o brak cenzury – zabraniając ujawniać swoich twarzy i głosów, okładając unijnymi flagami tych, co mają inne zdanie i pokazują inne obrazy.

No cóż, oni po prostu nie mogą słuchać tego co sami mówią i nie mogą patrzeć na swoje gęby, ale jako Pełniący Obowiązki, tym razem nowoczesnych Patriotów, nadal chcą dominować.

UWAGA! W okresie prowadzenia obywatelskiej działalności dziennikarskiej podlegam ochronie

Łomnica k.Piwnicznej.jpg

Uprzejmie informuję, że  w okresie prowadzenia obywatelskiej działalności dziennikarskiej podlegam ochronie i prowadzenie na mnie łowów jest zakazane i grozi  obywatelską penalizacją. 

Profesor wdrożeniowy ?

Podaj cegłę

[Wdrażanie systemu – Aleksander Kobzdej „Podaj cegłę”, 1950, Muzeum Narodowe, Wrocław]

Profesor wdrożeniowy ?

PAP podaje :Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego planuje uruchomienie specjalnej, wdrożeniowej ścieżki kariery akademickiej, tak by stopnie naukowe można było uzyskiwać nie za prace teoretyczne, tylko za wdrożenia gospodarcze – mówi PAP szef resortu, wicepremier Jarosław Gowin. To jeden z wielu pomysłów ministerstwa na pobudzenie innowacyjności na uczelniach wyższych. „. [ Gowin: doktorat, habilitacja, profesura także za wdrożenia gospodarcze – http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,410159,gowin-doktorat-habilitacja-profesura-takze-za-wdrozenia-gospodarcze.html].

Niewątpliwie wprowadzenie stopni/tytułów wdrożeniowych pobudziłoby innowacyjność uczelni wyższych, które by obdarzyły tytułami liczne zastępy tych co do nauki nic/niewiele wnieśli. To już było w poprzednim systemie, kiedy obdarzano tytułami i to ekspresowo, tych co wdrażali w życie system komunistyczny lub go umacniali. Dawano też np. inżyniera tym, którzy co prawda nie studiowali, ale drążyli chodniki pod ziemią (przypadek tow. Edwarda Gierka).

Innowacyjności w tej materii na uczelniach nie brakowało, gorzej było z poziomem naukowym spadającym wraz z odchodzeniem z systemu kadr uformowanych w II RP i tych, którzy do formowania najlepszego z systemów, a w szczególności do formowania młodych, oddanych socjalizmowi kadr się nie nadawali.

Do stopni i tytułów wdrażanych w życie tak w PRL, jak i w PRL- bis (2 voto -III RP) mam stosunek wstrzemięźliwy, jako że bardziej dezinformują/ wprowadzają w błąd, niż wskazują na rodzaj/wysokość poziomu naukowego/intelektualnego.

Utrzymywanie nadal tego systemu tytularnego, przy wprowadzeniu innowacji wdrożeniowej, może jeszcze bardziej kompromitować hierarchów naukowych w Polsce i oddalać nas od nauki światowej, a wcale nie przybliżać do gospodarki.

W wielu dziedzinach jak praca teoretyczna jest na poziomie, to i do gospodarki da się wdrożyć z sukcesem. Natomiast samo wdrożenie do gospodarki tego co inni wymyślili nie jest żadną nauką, a czasem jest niedopuszczalną patologią, kiedy myślicieli w samym wdrażaniu się pomija. A to u nas jest niemal regułą.

Po co utrzymywać nadal system tytularny, upolityczniony, nader osobliwy, zupełnie niezrozumiały dla naukowców – szczególnie tych wybitnych -z innych krajów, blokujący w działaniach naukowych młodych potencjalnych liderów i stanowiący barierę do powrotów liderów naukowych z Polonii akademickiej ?

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności w patologicznym systemie akademickim

0

[wSieci nr.22, r.2016]

Od Haraschina do ASP, czyli refleksje o innowacyjności

w patologicznym systemie akademickim

Po latach zapomnienia dzięki książce Krystiana Brodackiego – Trzy twarze Juliana Haraschina odżyła postać, która zasłużyła się negatywnie dla polskiego systemu akademickiego z powodu wprowadzenia innowacyjnego sposobu zdobywania dyplomów akademickich, nader pożądanych w Krakowie, choć nie tylko. [

Obecna twarz UJ widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschinahttps://blogjw.wordpress.com/2016/02/05/obecna-twarz-uj-widziana-przez-pryzmat-twarzy-juliana-haraschina/]

Julian Haraschin wdrożył produkcję dyplomów akademickich przy współpracy wielu akademików, nawet tych z samego akademickiego olimpu. Obdarzył za opłatą -rzecz jasna -pewną ilość miłośników polskiego systemu tytularnego. Była to produkcja chałupnicza, ale i taka w warunkach gospodarki socjalistycznej okazała się przestępcza, choć ujawniona dopiero po skandalu obyczajowym, a nie naukowym.

Skandalom naukowym, niewygodnym dla sił przewodnich, utrącano i wtedy łeb.

Sprawa Haraschina, jej wątek akademicki, poszedłby zapewne w zapomnienie, gdyby go nie przypomniał niepoprawny publicysta, miłośnik jazzu, ale i prawdy historycznej.

Prawnicy, także historycy z uczelni Haraschina, takiej prawdy nie za bardzo chcieli poznać, a przy tym sporo z tej prawdy chyba się spaliło, bo pożary i inne klęski żywiołowe często stają na przeszkodzie jej poznania.

Innowacyjna metoda udyplomawiania polskiego społeczeństwa nie poszła jednak w zapomnienie, co więcej w warunkach wzrastającego popytu na dyplomy i tytuły została udoskonalona i rozpowszechniona. Kto by się dziś bawił w produkcję chałupniczą.

Po wielu siermiężnych latach mamy wreszcie fabryki dyplomów, które są w stanie zaspokoić niemal każdy popyt. W końcu nie po to obalano niewydajny system komunistyczny, w którym podaż w żaden sposób nie była w stanie nadążyć za popytem, aby w nowym systemie wolnorynkowym nie sprostać popytowi.

Jest wielki popyt na dyplomy – będzie i wielka podaż.

I tak się stało po transformacji dzięki wielkiemu wysiłkowi licznych ‚fikcjonariuszy’ akademickich, oczywiście po wcześniejszym oczyszczeniu systemu z tych, którzy by nie byli zdolni do realizowania fikcji akademickiej, a co gorsza wręcz mogliby stawiać opór. Takie zakały akademickie ( i nie tylko akademickie) objęto ostracyzmem, wykluczono z systemu i wręcz wyklęto, także z pamięci.

Producenci lipnych dyplomów w ferworze zwiększania ich produkcji zaczęli popełniać jednak błędy upolityczniając proces produkcji. Zaspakajali potrzeby tytularne tych co aktualnie u władzy, jakby zapominając, że żadna władza nie jest wieczna i jak przyjdzie nowa władza, siłą rzeczy mniej udyplomowiona, to może i z samej zawiści rozpocząć badania nad procesem produkcji dyplomów dla swoich poprzedników.

Zresztą i sami akademicy zdumieni wręcz kosmicznym tempem rozwoju tytularnego swoich kolegów mogą zainicjować poczynania kontrolne.

Ostatnio media nagłośniły taką sprawę w warszawskiej ASP, [Maja Narbutt – Afera w fabryce doktoratów – wSieci nr 22, 2016] w której produkcja dyplomów metodą Haraschina szła na skalę wręcz przemysłową.

Ujawnił to Dariusz Zawiślak, reżyser i absolwent ASP.

2

3

Skąd ja to znam ? Tyle, że o moich działaniach i nienawiści do mnie patologicznego środowiska akademickiego żaden dziennikarz do tej pory nie napisał.

Po aferze na ASP można by się zapytać: Po co artystom doktoraty ? Czy ich artyzm wówczas rośnie ? W końcu każdy miłośnik tytułów, może sobie sprawić wizytówki o dowolnej treści wynoszącej jego dokonania pod niebiosa, a nawet wyżej. Czemu za takie hobby ma płacić polski podatnik ? bo przecież koszty utrzymania utytułowanych przez podatników wzrastają wraz z długością zapisu tytularnego.

Jeden z artystów dostał doktorat za album fotograficzny. Ja fotografem nie jestem, ale zdjęcia robię, mam ich dziesiątki tysięcy, i mógłbym je zorganizować w wiele albumów o różnej tematyce domagając się wielu doktoratów. Byłbym sobie wtedy taki doktor do n-tej potęgi drdrdrdrdrdrdrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

A ja niepoprawny – protestuję, jak ktoś do mnie zwraca się per doktor – nie żebym się wstydził tego co zrobiłem, ale w obecnym kontekście tytularnym – to niemal obraza.

Inni w tej materii są bardziej obrotni i wielu to się bardzo podoba i otaczają takich utytułowanych/utytłanych prestiżem, uznaniem, wyróżnianiem. Niewątpliwie na wyróżnianie zasługują i trzeba te ich wyróżnienia ujawniać.

Poczytajmy choćby fragmenty wyżej cytowanego tekstu:

Co mówi Dariusz Zawiślak o Tomaszu Tomaszewskim …

4

i kolejny

O dziekanie Januszu Foglerze :

5

Warto przeczytać (najlepiej za zrozumieniem i refleksją po przeczytaniu) cały tekst.

Analogie do metod Juliana Haraschina – uderzające, tylko że dziś tak naprawdę nikogo to nie bulwersuje, bo takie i podobne poczynania są normą, tak jak i wykluczanie ze środowiska akademickiego, tych którzy stanowią dla nich zagrożenie.

Mamy ogromną ilość kodeksów etycznych, komisji etycznych i porażające patologie i dla nich przyzwolenie, a brak przyzwolenia, a nawet heroiczne zwalczanie tych, którzy je ujawniają.

Jeśli jest inaczej – to chętnie takie opinie/przypadki opublikuję na stronach NFA. Opisałem/przytoczyłem na nich już wiele opinii i przypadków patologii akademickich

Zachęcam do czytania i opisywania nowych – rzecz jasna.

Uśmiercanie dziennikarstwa internetowego w interesie publicznym ?

plakat

Uśmiercanie dziennikarstwa internetowego w interesie publicznym ?

Niemal od początku wieku jestem aktywnym internautą, autorem wielu stron internetowych – nie tylko blogerskich, autorem obfitych materiałów tekstowych i obrazowych wprowadzanych do sieci, więc w oczywisty sposób zainteresowałem się seminarium Instytutu Allerhanda – Kiedy internauta jest dziennikarzem ? Prawo prasowe w wirtualnym świecie – http://www.allerhand.pl/index.php/pl/home/926-kiedy-internauta-jest-dziennikarzem.html .

Seminarium zrealizowano w ramach projektu „Allerhand Advocacy – prawo w interesie publicznym”. http://www.allerhand.pl/index.php/pl/home/907-allerhand-advocacy-prawo-w-interesie-publicznym.html

Na seminarium się zarejestrowałem, zdradzając organizatorom co mam na myśli odnośnie rejestracji seminarium co dokumentuję:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
—— Wiadomość oryginalna ——
Temat: Re: Odp.: seminarium 9 czerwca
Data: 2016-06-04 18:18
Nadawca: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>
Adresat: „Allerhand Advocacy” <advocacy@allerhand.pl>;

Dziękuję. Mam na myśli rejestrację dźwięku i obrazu.

Pozdrawiam

Józef Wieczorek

Od: „Allerhand Advocacy” <advocacy@allerhand.pl>
Do: „Jozef Wieczorek” <jozef.wieczorek@interia.pl>;
Wysłane: 14:46 Sobota 2016-06-04
Temat: Odp.: seminarium 9 czerwca

Szanowny Panie,

miło nam poinformować, że zgłoszenie uczestnictwa w seminarium zostało przyjęte i dokonaliśmy wpisu na listę uczestników.

Przypominamy, że seminarium odbywa się 9 czerwca 2016 r. (czwartek) o godz. 16:00 w Instytucie Allerhanda, plac Sikorskiego 2/7 w Krakowie.

Jeśli chodzi o rejestrowanie seminarium to co dokładnie ma Pan na myśli?

Z poważaniem

Marta Matuszewska

Asystentka biura

Instytut Allerhanda

matuszewska@allerhand.pl

Plac Sikorskiego 2/7 |31-115 Kraków | Polska

www.allerhand.pl |instytut@allerhand.pl

tel.: + 48 (12) 341 46 48 |fax: +48 (12) 444 73 41

NIP: 6762429176 |KRS: 0000364125

Wydział XI Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia w Krakowie


Od: Jozef Wieczorek <jozef.wieczorek@interia.pl>
Wysłane: 4 czerwca 2016 13:39
Do: Allerhand Advocacy
Temat: seminarium 9 czerwca

Zgłaszam zainteresowanie seminarium
9 czerwca
o godzinie 16:00

Kiedy internauta jest dziennikarzem? Prawo prasowe w wirtualnym świecie.

Czy seminarium można będzie rejestrować ?

Józef Wieczorek

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Na seminarium zdaje się tylko ja reprezentowałem media i rzecz jasna chciałem seminarium udokumentować i medialnie jego zawartość wypromować, bo jego treść winna budzić oczywiste zainteresowanie ogromnej rzeszy internautów, którzy nie zawsze wiedzą, czy są, czy też nie są dziennikarzami, a wielu z nich zapewne chciałoby postępować zgodnie z prawem, co jak wiadomo mimo najszczerszych chęci nie zawsze jest możliwe.

Tak to prawo jest skonstruowane, a prawo prasowe w szczególności, bo jego konstrukcja miała miejsce w mrokach roku 1984 ! i miała prowadzić do umocnienia Polski Ludowej, wzmocnienia na tym polu wysiłków oddziałów ZOMO ( i nie tylko).

Zniesienie stanu wojennego trzeba było zastąpić wzmocnieniem prawa komunistycznego. Trzeba podkreślić, ze obowiązujące nadal prawo prasowe już w pierwszym paragrafie odnosi się do konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej [http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19840050024] więc siłą rzeczy nie może być zgodne z Konstytucją III RP, a zatem nie ma pewności jak to prawo traktować.

Wstęp na seminarium był wolny, o czym mówił plakat i seminarium było otwarte, o czym świadczyły zaproszenia do udziału. Co więcej jako zaproszony uczestnik zostałem zarejestrowany i mile o tym fakcie poinformowany.

Po wolnym wstąpieniu na seminarium podjąłem problem prawny możliwości rozpowszechnienia zarejestrowanego w wersji audio i wideo seminarium, zgodnie z wykładnią prawa prasowego w ujęciu ekspertów seminarium.

Niestety wykładnia okazała się dla mnie, a przede wszystkim dla interesu publicznego – niekorzystna.

Rejestracja tak – rozpowszechnienie nie, bo to spotkanie zamknięte.

Ujęcie zdumiewające, bo o wolnym wstępie stoi jak byk napisane na plakacie, a i interes publiczny był wyszczególniony.

Jaki może być interes publiczny z zakazu publicznego pokazania tego co w interesie publicznym zostało (rzekomo) uczynione ?

Ja swoim rozumem tego nie zdołałem ogarnąć.

Jako przedstawiciel mediów na seminarium wstąpiłem w interesie publicznym, ale to co nastąpiło po wolnym wstąpieniu miało być okryte publiczną tajemnicą ? Poczułem się zniewolony i w poczynaniach pro publico bono – odrzucony, wprowadzony w błąd, co naruszyło moje ( i nie tylko moje) dobra osobiste.

Kiedy po pokonaniu przeszkód technicznych seminarium z akademickim kwadransem się rozpoczęło – usłyszałem, że rezultatami projektu „Chcielibyśmy się pochwalić szerszej publiczności”.

Nie wiem, czy ujawniając ten cytat (zarejestrowany moim sprzętem) nie popełniam wykroczenia przeciwko zakazowi upublicznienia zawartości seminarium, ale w interesie publicznym – ryzykuję !

Okazało się w wyjaśnieniu, że interes publiczny, a nawet chęć pochwalenia się rezultatami, może być blokowana przez ochronę własności intelektualnej, każdego prelegenta- eksperta z osobna.

Jak ekspert się nie zgodzi, to żadnego interesu publicznego z jego własności intelektualnej , baaa- z projektu w interesie publicznym prowadzonego – nie będzie ! Taką wykładnię prawną mi wyłożono.

Dokonałem zatem analizy porównawczej projektów w Polsce i USA. Jako podatnik płacący w jakimś stopniu na projekty badawcze wykonywane w Polsce, na ogół nie mam dostępu do ich rezultatów (bo to podobno jest własność intelektualna wykonawcy, który to co zrobił za moje i innych podatników pieniądze, może trzymać w swojej szufladzie nie ujawniając jej zawartości).

Dlaczego własność, która winna być w gruncie rzeczy publiczna – przechodzi na własność prywatną ?

Natomiast rezultaty projektów wykonywanych np. w USA, na które nie płacę ani grosza, mogą mi być znane (przynajmniej w zarysie) jeśli mam takie zainteresowania.

Okazało się, że to zbyt szeroki problem jak na to seminarium (realizowane w ramach projektu !) a w gruncie rzeczy nie ma co porównywać, bo kultury prawne w USA i Polsce są odmienne ( tak wyłożyła profesor).

Niewątpliwie, bo kultura prawna w USA to jest kultura państwa wolnego, a w Polsce jest to kultura państwa zniewolonego, który z tej kultury do tej pory nie potrafił się wyzwolić.

Ja uważam, że jest co porównywać, aby wejść na drogę dobrej zmiany, także w systemie prawnym. Sądziłem, że młodzi eksperci właśnie pokażą jak na taką drogę wchodzić. Okazuje się jednak, że o wiele łatwiej wejść Polakom na Mount Everest, niż na drogę dobrej zmiany w Polsce i zmiana pokoleniowa nic w tej materii nie zmieniła.

Co więcej, pani profesor z Katedry Prawa Własności Intelektualnej na drodze obrony naszej kultury prawnej (czy raczej jej braku) chyba całkiem się pogubiła, bo w programie seminarium był także temat ‚Problematyka uznawania blogerów za dziennikarzy z perspektywy prawa USA’ z czego można wnioskować, że porównywanie obu tych kultur ma jednak sens.

Warto podkreślić, że ekspert od tego tematu nie miał najmniejszych nawet oporów, aby zezwolić na rozpowszechnienie swojego wystąpienia. Widać, że przesiąkł na dobre kulturą prawną USA. To budzi pewien optymizm.

Podczas seminarium omawiano absurdy prawa prasowego jeszcze z czasów PRL, ale poziom absurdu prawa prasowego w III RP – w ujęciu części ekspertów – został podniesiony do n-tej potęgi.

Ekspert publicznego seminarium powołując się na swoje dobra osobiste nie zezwala dziennikarzowi na upublicznianie swojego wizerunku, ani głosu, bo źle się czuje jak ten głos słyszy. Skoro sam siebie nie może słuchać, to jest ciekawe pod względem prawnym, czy bierze jednocześnie pod uwagę możliwość naruszania dóbr osobistych uczestników seminarium narażonych na jego wypowiedzi ?

Główną wykładnią i niewątpliwym, swoistym osiągnięciem tego seminarium ( i projektu ?) jest wejście ekspertów od prawa prasowego na drogę do uśmiercenia dziennikarstwa internetowego ( i nie tylko). Czy nie narusza to interesu publicznego ? Czy nie jest to działanie na szkodę projektu ?

Chciałbym wyrazić nadzieję, że w Polsce znajdują się mimo wszystko jeszcze eksperci prawni, którzy w interesie publicznym podejmą sprawę uśmiercania dziennikarstwa od strony prawnej i odnajdą drogę do dobrej zmiany w absurdalnym systemie prawnym.

Refleksje po 4 czerwca

1

Refleksje po 4 czerwca

Podobno 4 czerwca 1989 r. upadł komunizm, podobno 4 czerwca odzyskaliśmy wolność. Mimo, że od lat żyję jak człowiek wolny, nie związany z żadną partią, według swoich wartości, jestem w konsekwencji – ofiarą swojego nonkonformizmu ( jak mi objaśniano przed 4 czerwca i po 4 czerwca tych objaśnień nie zmieniono), zupełnie nieprzydatną do budowy systemu bolszewickiego, również w mutacji po 4 czerwca. Jak już pisałem [https://blogjw.wordpress.com/2016/05/30/bolszewizm-akademicki-i-nie-tylko-ma-sie-dobrze/] moim zdaniem bolszewizm po 4 czerwca ma się wcale dobrze, więc chyba go jednak nie obalono.

Obserwując marsz KODu 4 czerwca zauważyłem m. in. tych co się do mojego stabilnego – mimo 4 czerwca- losu/wykluczenia/wyklęcia przyczynili. Po 4 czerwca nie zrobili nic abym odzyskał wolność wykładania na uczelni (utraconą w wyniku działań PZPR-SB-nomenklaturowe władze uczelni) a co więcej, broniąc wolności jawnych i tajnych współpracowników do robienia karier na uczelniach, heroicznie wręcz walczyli abym tej wolności czasem nie odzyskał, bo ta by im zagrażała.

Nie bez przyczyny przed 4 czerwca uznano, że stanowię zagrożenie dla uczelni, a po 4 czerwca rozszerzono ten stan zagrożenia na całe środowisko akademickie Polski.

Z powodu mojej nonkonformistycznej działalności wolność beneficjentów 4 czerwca -do ulubionych patologii akademickich – stanęła pod dużym znakiem zapytania. Do tej pory ‚patolodzy’ akademiccy o zachowanie tej wolności muszą walczyć, a nawet prewencyjnie zapobiegać jej zagrożeniom – bo bez takiej wolności żyć nie potrafią

O wykluczanych z systemu przed 4 czerwca pisano jak najgorzej i to niezależnie od faktów ( a właściwie wbrew faktom), aby uwiarygodnić swoje poczynania na drodze do wolności. Po 4 czerwca zmiany nie było, a fakty aresztowano w ramach wolności i autonomii. Autorów pism/opinii nie ujawniono, nie bacząc na prawa autorskie, które w wolnym kraju winny być przecież respektowane.

O beneficjentach systemu, którzy z sukcesem przeszli 4 czerwca ( i dni wcześniejsze) i po 4 czerwca pisano natomiast w superlatywach.

W Alma Mater ( pismo UJ) można przeczytać [ www2.almamater.uj.edu.pl/113/06.p ] jawną opinię (poszanowanie autorstwa – zachowane) o jednej subtelnej humanistce, która zawsze znajdowała czas na donosy do SB (jak tego dowodzą materiały SB – https://lustronauki.wordpress.com/2016/06/05/ruta-nagucka/ – potępiane rzecz jasna przez beneficjentów systemu zła):

„człowiek prawy, sprawiedliwy, odznaczający się wielką uczciwością intelektualną w bezkompromisowym dążeniu do prawdy oraz etosem pracy naukowej”…’

odznaczała się imponującą wiedzą i przymiotami umysłu wybitnego profesora Uniwersytetu, a także prawdziwą mądrością, ludzką wrażliwością i głębią człowieczeństwa

.”….z wielkim zaangażowaniem i troską myślała o dobru Almae Matris ..”.

Opinię SB też miała znakomitą i trudno się temu dziwić. Grunt to uczciwość, etos pracy, głębia człowieczeństwa i dążenie do prawdy – rzecz jasna, tej przydatnej dla SB.

Na taką opinię, chyba żaden z tych co tajnymi, czy jawnymi współpracownikami systemu zła być nie chcieli – nie może liczyć.

Takich – przed 4, jak i po 4 czerwca – na uczelniach się nie toleruje, szczególnie gdy stanowili i nadal stanowią zagrożenie dla patologii akademickich, a tym bardziej dla posiadaczy znakomitych opinii uzyskiwanych w tym nihilistycznym systemie.

I zdaje się na tym polega wolność, równość, demokracja w ujęciu KODu, nie tylko akademickiego.