Wyższa Szkoła Plagiatu w systemie szkolnictwa wyższego

Wyższa Szkoła Plagiatu w systemie szkolnictwa wyższego

Z przemówienia inauguracyjnego Rektora Wyższej Szkoły Plagiatu na początek nowego roku akademickiego, czyli plagiatowego.

Wśród ponad 450 polskich uczelni szczególnie wyróżnia się Wyższa Szkoła Plagiatu.Nie ma jej na liście uczelni dotowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ani wśród uczelni ocenianych przez Państwową Komisję Akredytacyjną, choć jest to uczelnia znakomicie prosperująca. Stanowi dowód, że kiepskie finansowanie uczelni, a nawet brak finansowania, nie jest w stanie zatrzymać rozwoju uczelni, jej autonomii, o ile jest ona dobrze usytuowana w systemie, ma zabezpieczenie ustawowe swojego funkcjonowania, no i prestiż oraz wsparcie środowiska akademickiego.

WSP nie ma balastu administracyjnego, biurokratycznego, a przy tym jest to uczelnia interdyscyplinarna. Tworzą ją liczne zastępy – ciągle rosnące – dyplomantów licencjackich i magisterskich, a także doktoranckich. Uczelnia jest wzmacniana kadrami habilitacyjnymi i profesorskimi, a kierują nią władze rektorskie, które stworzyły odpowiednie warunki prawne i kadrowe dla jej prawidłowego funkcjonowania.

Mimo ataków medialnych i wręcz hunwejbińskich działań frustratów i nieudaczników akademickich niezdolnych do przejścia nad poprzeczką ustawioną u wejścia do uczelni – uczelnia trzyma się mocno, rośnie w siłę, a kadry żyją coraz dostatniej, mimo kryzysu globalnego, a nawet akademickiego.

Obecne tempo rozwoju samodzielnej kadry plagiatorów rokuje nadzieję, że w najbliższym czasie nasza Wyższa Szkoła uzyska autonomicznie status Akademii, a po – miejmy nadzieje – niedługim czasie, nawet status Uniwersytetu.

Tak by można ironicznie zaprezentować największą polską uczelnię choć nieformalną, ale realną. Ostatnio Tygodnik Powszechny poświęcił jej część numeru inaugurującego Nowy Rok (nr.1 z 2 stycznia 2011 – W zaciszu ekspertów – Elżbieta Isakiewicz ) i ‚reklamę’ na okładce.

‚Reklama’ głosi: „Co najmniej jedna trzecia prac dyplomowych powstaje z naruszeniem norm etycznych. Plagiaty i autoplagiaty to zmora uczelni. Skandale zamiata się pod dywan„.

Jeśli tak jest ( a chyba jest) to jest to etyczna zapaść systemu nauki i szkolnictwa wyższego III RP, która szczyci się boomem edukacyjnym, ogromną ilością szkół wyższych (rekord europejski) i dwumilionowym zastępem studentów (ponad 50 % populacji w wieku zdolnym do studiowania).

Wskaźnikami ‚zhabilitowania’ i ‚uprofesorowienia’ kadry akademickiej od dawna już biliśmy na głowę wiodące w nauce kraje europejskie ( i nie tylko europejskie), gdzie nawet stopień doktora habilitowanego, ani tytuł profesora ‚belwederskiego’ nie są znane.

Co prawda w rankingach uczelni nasze szkoły, zwane wyższymi, plasują się bardzo daleko, albo wcale się nie plasują, ale to zapewne efekt dyskryminujących nas kryteriów przyjętych przy konstruowaniu tych rankingów. Gdyby tak przyjęto jako kryterium ilość plagiatów popełnianych przez studentów, a przede wszystkim przez kadrę akademicką, zapewne nasze uczelnie byłyby na czele rankingu. Taka jest smutna prawda.

Jest zatem dylemat – czy szczycić się boomem edukacyjnym, czy martwić zapaścią etyczną systemu nauki i edukacji ?

W systemie nauki i szkolnictwa wyższego mamy sporą ilość komisji etycznych, tak ogólnych, jak i szczególnych, mamy pokaźną ilość kodeksów etycznych, zasad dobrych obyczajów, dobrych praktyk . Etyka krzewiona jest od poziomu studenckiego do szczeblu rektorskiego. A efekt ? Zapaść etyczna tak na szczeblu studenckim, jak i rektorskim. Nawet twórcy kodeksów i członkowie komisji etycznych jakoś nie kwapią się do tego aby te kodeksy, zasady respektować. Trudno ich zresztą zainteresować kwestiami etycznymi w nauce i edukacji. Albo milczą, albo zasłaniają się brakiem kompetencji.

Mamy zatem niemal wzorową koabitację patologii i komisji/kodeksów etycznych ! Czyżby etyka generowała patologie ? Czy też komisje/kodeksy etyczne służą do ‘przykrywania’ patologii ? Badań w tej materii brak.

Póki co, jakiś czas temu przedstawiłem i rozpowszechniłem (nie tylko w internecie) Propozycję zasad etycznych dla komisji etycznych w nauce:

1. Członek komisji etycznej przestrzega zasad etycznych, których przestrzegania wymaga od innych, zwłaszcza wówczas, kiedy jest ich współautorem lub propagatorem.

2. Członek komisji etycznej nie chowa głowy piasek, kiedy otrzyma informacje o nieprzestrzeganiu norm etycznych (szczególnie zasada ta dotyczy tych członków, którzy głoszą zasadę niechowania głowy w piasek).

3. Członek komisji etycznej ma obowiązek wytykania i ścigania tych, którzy nie przestrzegają norm etyki w nauce.

4. Członek komisji ma szczególny obowiązek wspierania osób, które wytykają nieprzestrzeganie norm etycznych w nauce i ścigają tych, którzy norm etyki w nauce nie przestrzegają (szczególnie wtedy, gdy za te poczynania godne najwyższego uznania są dyskryminowani, czy wręcz prześladowani).

5. Tuszowanie spraw nieetycznych, szczególnie tych, które dotyczą najwyższych hierarchów naukowych, jest niegodne członka komisji etycznej.

6. Członek komisji nie może tłumaczyć się nieświadomością, kiedy wspiera w awansach, nagrodach, nominacjach, nieprzestrzegającego dobrych obyczajów.

7.Zasada poświęcania dobra jednostki dla dobra ogółu nie jest godna członka komisji etyki.

8.Członek komisji ma na względzie fakt, że nie ma takiej zasady, której by na złe nie można było użyć.

Niestety bez reakcji. Ani krytyki, ani uzupełnienia, udoskonalenia, ani wprowadzenia w życie tych propozycji nie zauważyłem.

Media zauważają patologie systemu, ale koncentrują się głównie na wykroczeniach przeciwko siódmemu przykazaniu Dekalogu. Chyba są bardziej medialne.

A co z innymi, szczególnie z wykroczeniami przeciwko przykazaniu piątemu ? O wiele bardziej grzesznymi. O tym cisza. Temat zbyt niewygodny ?

Moim zdaniem nie da się poważnie walczyć z plagiatami, jeśli pomija się inne wykroczenia, w tym dotyczące sposób formowania obecnych kadr akademickich.

Czy można zrozumieć obecną zapaść etyczną środowiska akademickiego pomijając fakt wielkiej czystki akademickiej (wykroczenie przeciwko przykazaniu piątemu) w PRL, dokonywanej m. in. na nauczycielach nierespektujących komunistycznych zasad etycznych na uczelniach, czyli jak określano ‚ negatywnie wpływających na młodzież akademicką’ ?

Skoro kadry akademickie wyczyszczono, ze sporym sukcesem, z tych co walczyli o inne wartości, o inne zasady etyczne, o etos akademicki, o nieprawowanie studentów – to jakie kadry, jaki system z tego mógł pozostać, tym bardziej, że po roku 1989 odwilży nie było (!), przynajmniej na uczelniach.

Beneficjenci czystek, także organizatorzy czystek, reprodukują sobie podobne kadry i mają się dobrze, nieraz podniesieni do roli autorytetów, także moralnych, niekiedy są to członkowie komisji etycznych, współautorzy kodeksów etycznych. Dalej czyści się uczelnie z elementu niewygodnego, ujawniającego plagiaty, czy inne patologie.

Nie bez przyczyny członkowie środowiska akademickiego spędzają większość swojego życia z ‚podręczną strusiówką’, aby w każdej niewygodnej chwili jak najszybciej schować głowę w piasek. Kto tego nie robi musi się liczyć z tym, że głowa spadnie.

Tragedią nie jest przypadek elekcji plagiatora na rektora. Jeśli taki przypadek miał miejsce winno się plagiatora nie tylko z funkcji rektorskiej, ale z systemu nauki – wykluczyć. Tak jednak nie jest, bo środowisko szczególnie profesorsko-rektorskie albo broni takiego rektora, albo milczy odważnie chowając głowę w piasek, albo zasłania się obowiązującym ustawodawstwem i niekompetencją. Fakt, że nadmiarem kompetencji, tak moralnej, jak i intelektualnej, hierarchowie akademiccy nie grzeszą.

Tak się składa, że obecny system szkolnictwa wyższego funkcjonuje wg ustawy o szkolnictwie wyższym z 2005 r. – ustawy zwanej ‚rektorsko-prezydencką’, bo skonstruowanej w ramach owocnej współpracy rektorów z ówczesnym prezydentem RP – Aleksandrem Kwaśniewskim.

Ta ustawa była m.in. reklamowana jako taka, która daje rektorom możliwości skutecznego zwalczania już wówczas panującej plagi plagiatów. Niestety, jak można było przewidzieć plaga bynajmniej nie została zlikwidowana, a nawet jakby się rozszerzyła, a ponadto okazało się, że sami rektorzy nie są w stanie skutecznie walczyć ze swoimi skłonnościami do plagiatowania !

Ryba psuje się od głowy, więc jak można było przewidzieć wzrosło zepsucie środowiska akademickiego, w tym studenckiego, biorącego zapewne przykład ze swoich nauczycieli.

Takiego zepsucia nie da się zwalczyć tylko za pomocą wzmożenia ścigania plagiatorów. Walka z plagą plagiatów to nie mogą być tylko łowy, na drobną na ogół zwierzynę. Polowania mogą co prawda zwiększyć ilość trofeów myśliwskich, poprawić samopoczucie myśliwych, ale plagi nie zlikwidują, tym bardziej, że to gruba, najgrubsza zwierzyna, najtrudniejsza do upolowania – ustanawia prawa.

Tworzenie i respektowanie ustaw prawnych i kodeksów etycznych odbywa się natomiast mniej więcej zgodnie zasadami ze znanej fraszki Jana Sztaudyngera:

Postanowiono w lesie wreszcie wydać prawa.
Co może robić niedźwiedź, co lis, co trawa.
Uradzono przepisy, nowele, ustawy,
Osobno dla niedźwiedzi, dla lisów, dla trawy.
A potem prawodawcy, co prawa wydali,
Schodzili w bok przed misiem, a trawę deptali…

Z plagą plagiatów trzeba walczyć nie tyle na polowaniach, lecz systemowo.

Zgodnie z tą koncepcją zaproponowałem zmianę polityki kadrowej na uczelniach w ramach programu antyplagiatowego polegającego na wyrejestrowaniu z systemu akademickiego plagiatofilów, a zarejestrowaniu i preferowaniu plagiatofobów.

Wprowadzenie w życie uczelni takiej polityki rozwiązałoby tanio i skutecznie problem plagi plagiatów. Rzecz w tym, że w Polsce wszelakie fobie są zwalczane, więc program nie został do tej pory wdrożony, a miłośnicy plagiatowania mają znakomite warunki do funkcjonowania.

P.S. Tekst przekazany Redakcji Tygodnika Powszechnego, ale bez reakcji

Reklamy

komentarze 4

  1. W tym tempie już niedługo plagiat stanie się normą, a praca samodzielna przestępstwem.

  2. Mowienie o plagiacie w Polskim akademickim
    systemie nedzy to kontynuacja ubeckiej sciezki
    zdrowia PRL ktora byl przeskok z liceow
    o niskim poziomie do uniwersytetow kiedy
    na pierwszym roku wykladow nie rozumial nikt
    Tak wlasnie gwaltownym podniesieniem poziomu
    PRL eliminowal studentow z uczelni aby zwiekszyc liczbe szeregowcow. Zeby mowic o plagiacie
    na biurku kazdego nie naukowca, nie studenta
    ale zwyklego obywatela musi stac komputer
    podlaczony do internetu, a naukowcy i studenci
    musza miec dostep do superkomputerowych baz
    danych w realnym czasie. W ciagu roku w USA
    powstaje kilkadziesiat tysiecy nowych wynikow naukowych. Napisanie nowej publikacji wymaga
    przeszukania kilku tysiecy publikacji juz powstalych
    a poniewaz robi to czlowiek nie maszyna ciagle
    nawet w USA nie ma pewnosci ze dany wynik juz nie byl
    opublikowany np. wczoraj.

  3. Sure. Bede jak w PRL liczyl w Warszawie Chopina
    calke na zlomie ze smietnika w Los Alamos zeby
    boom z Uniwersytetu Satnowego zarabial 100 razy
    wiecej. Moze zatrunia mnie potem Rau i
    Lewenstein albo Linke Hoffman Werke.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: