O marginalizacji listów otwartych

prasa_akademicka

O marginalizacji listów otwartych

Listy otwarte krążą ostatnio w przestrzeni publicznej, także w przyjaznej dla otwartości – cyberprzestrzeni. W końcu mamy demokrację, i to nie ludową ! a cyberprzestrzeń jest wręcz arcydemokratyczna, z wszelkimi plusami i minusami takiej demokracji.

W czasach demokracji ludowej też było kilka listów otwartych, co powodowało, że system się czasami chwiał, nie tylko po spożyciu żytniej.

Podpis to była wówczas odwaga osobista, bo np. występując o zwiększenie ilości papieru na książki, można było zostać pozbawionym nie tylko papieru toaletowego, ale i kontaktu z ochranianym dla bezpieczeństwa systemowego – społeczeństwem.

Dziś mówi się, że odwaga staniała. Nie do końca tak jest.

Nawet jak w stanie wojennym organizowałem protest przeciwko wyznaczaniu przedstawicieli przez panią Dziekan, posługując się przy tym słownikiem języka polskiego (bidula nie rozróżniała znaczenia podstawowych słów) podpisało się 70-80 % populacji w obronie której list wysmażyłem ( bez użycia patelni, bo i takiej nie miałem).

Dziś  podpisów -choćby promila  populacji akademickiej – nie da się zebrać. Raz pod listem, NFA podpisało się aż 200 osób, ale głównie Polaków zagranicznych, bo miejscowi wybierają jak zwykle miłą ich głowom podręczną strusiówkę.

Mimo kryzysu, zaopatrzenie populacji akademickiej w podręczne strusiówki – nie spadło !

Ale nie we wszystkich kwestiach jest tak samo. Ostatnio jak dokonano jednego z największych odkryć nauki polskiej tzn. odkrycia astronomii donosicielskiej na ziemi Kopernika , zaraz odezwały się głosy aby odkrywców wydalić, a donosicieli zostawić.

Dla obrony dyrektora astronomów, też w randze wieloletniego współpracownika, bez trudu  i znoju, w krótkim czasie zróżnicowana od studenta do profesora i niezbyt liczna populacja astronomiczna ( i okoliczna) zebrała ponad 200 podpisów, czym pobiła bez trudu rekord NFA ( ten w sprawach odnoszących się do ponad 2 milionowej populacji akademickiej).

Nie słyszałem natomiast aby powstał jakiś list otwarty w obronie jakiegoś naukowca, który nie chciał być współpracownikiem,  czy towarzyszem. Takich co najwyżej dobija się maczugami, jako permanentnych nieudaczników. Jak głosił jeden z rektorów, zarejestrowany tajnie tam gdzie nie ma ewangelicznej prawdy – na uczelniach nie ma miejsca dla nieudaczników. Jemu się udało, tak jak i większości współpracowników i towarzyszy, więc nadal funkcjonuje na uczelni i to w randze autorytetu, a frajerami nie ma co się zajmować.

Skoro mogli a nie chcieli, to niech teraz chcą jak już nie mogą . Ich sprawa (nieudaczna).

List otwarty NFA w sprawie niemerytorycznych ocen pracowników nauki podpisało do tej pory 30 osób i to wliczając w to tych,  co z płatnej pracy naukowej zostali wyrejestrowani,  jak się okazało, że do do populacji hołubiących niemerytoryczne ocenianie nie należą i nie rokują nadziei aby kiedykolwiek mogli należeć.

Okazuje się, że przeszło dwumilionowa populacja akademicka (trzeba w to przecież wliczyć także brać studencką) woli być oceniana niemerytorycznie.

Chyba mają rację, bo jakby przyszło do oceny merytorycznej to jaki procent, czy raczej promil, z tej populacji by się ostał na garnuszku moherowego ( i nie tylko moherowego) podatnika ?

Straszne skutki ujawniania dorobku naukowego

teczki

Straszne skutki ujawniania dorobku naukowego

 

Od dawna walczę o ujawnianie dorobku naukowego przez wszystkich pracowników naukowych.

Sam dorobek ujawniam, choć etatowym pracownikiem nie jestem, a tylko realnym. Obowiązku ujawniania nie mam. Nawet nie mam obowiązku prowadzenia badań, ale je prowadzę ( fakt w ostatnich latach w sposób ograniczony), mimo braku środków przeznaczanych przez państwo na działalność pozorowaną i nieujawnianą.

W sprawie ujawniania dorobku napisałem wiele tekstów, zorganizowałem akcje w ramach NFA. Nadaremno.

Decydenci nauki wiedzą co czynią. Nie wiadomo jaki dorobek mają członkowie Centralnej Komisji, KRASP, Państwowej Komisji Akredytacyjnej itd. itp. Powszechna niejawność bardzo wysoko ceniona w kręgach akademickich.

Pewno, że samo ujawnienie dorobku nie mówi wszystko, bo trzeba znać i ‚okolice’. Ponadto niektórzy dorobek co prawda ujawniają, ale nie do końca. Np. na okoliczność badania papierów SB wychodzi i ze słów samych naukowców, że wielu ma dorobek uwarunkowany współpracą z SB , nie mówiąc już o PZPR. Do niczego by nie doszli gdyby nie współpracowali (tak mówią), ale w swoich wykazach dorobku ‚skromnie’ tego nie zaznaczają !

Inni z kolei mają dorobek, ale całkiem nielegalny –  więc  nie brany pod uwagę.

Mają publikacje, które nie były ani zaplanowane ( więc do sprawozdań czy ‚parametrii’ nie wchodzą) , ani opłacane, robione w konspiracji przed kierownictwem nauki polskiej, w dodatku publikowane nie tam gdzie trzeba tzn. w pismach zagranicznych, a nie w instytutowych ( zgodnie z zarządzeniami zarządców !).

Przestępstwo całkiem widoczne i niedopuszczalne. Środowisko akademickie takich nie toleruje ! Nie ma jednak potrzeby dalszej penalizacji takich nieuczciwców (po co takich jeszcze utrzymywać w zakładach odosobnienia ?)

Ostatnio rozpętała się burza wokół dr Marka Migalskiego, który dorobek ujawnił,  w przeciwieństwie do tych co go załatwili. I masz babo placek .

Załatwiacze są O.K.  Nikt im nie wykaże jaki mają dorobek,  bo go nie ujawnili, tak jak i uzasadnienia merytorycznego swojej opinii o dorobku dr Michalskiego.

Dzięki temu i autorytet mają w kieszeni. Nikt ich nie sprawdza!

Na temat dorobku dr Migalskiego można się wypowiadać, anonimowo oskarżać, insynuować, debatować itd. itp. Dorobek ujawniony, więc jest okazja do niejawnych działań.

Tak to się kręci. Zawinili decydenci nie podając merytorycznego uzasadnienia swojej decyzji, trzeba się wziąć za delikwenta, bo przecież nie za decydentów. Oni są ponad wszystkim, nic nie muszą uzasadniać, nic ujawniać, niczym się wykazywać.

Nie da się zaopiniować jednego dorobku,  bez relacji z dorobkiem innych, nie da się ocenić dorobku, bez oceny tych co oceniali.

Jak ktoś prac nie czytał, nie ma o nich pojęcia, to co on może ocenić ? Co najwyżej można ocenić oceniającego  – jako niekompetentnego do oceniania. I tyle.

No i to by było na tyle, bo to jest temat na książkę, a na to trzeba mieć finanse, których nikt nie da, bo nie chodzi o to aby pisać prawdę, ale żeby załatwiać piszących prawdę – na co finanse są !  

Bez efektu Mojżesza

mojzesz

 Kilka dni temu byłem z dzieciakiem na nartach, na krakowskiej górce.  Śniegu mało ale udało się usypać małą wypukłość nazwaną skocznią, aby sobie na stoku trochę skoczył. Ale nie był sam. Byli więksi z sankami i ‚jabłuszkami’ do zjeżdżania.

 Jak zobaczyli, że jest coś na kształt skoczni no to dalej kierować się na ten tor, bez pardonu. Istna żulia.

Problem w tym, że skocznia na narty pod większym ciężarem innych pojazdów śnieżnych zniknęłaby od razu.

Dzieciak stanął odważnie do obrony swojej skoczni. Chamidło, chyba gimnazjalne, omal nie wykazało swoją hierarchiczną przewagę. Krzyczał – skoro skocznia jest to – jest dla wszystkich !

A jakże. Po co miałby sam sobie usypać – łatwiej wykorzystać to co zrobił dzieciak, niemal bezbronny. Tak to u nas rozumiane jest prawo do używania przestrzeni publicznej. Każdemu według potrzeb !

Całe szczęście obok to zauważył gość postawny o znaczących gabarytach i używając właściwej dla sytuacji retoryki wyrostka wymiótł z toru. Skocznia ocalała, dzieciak – też.

Jakoś nasunęło mi się od razu się skojarzenie z tym, co się dzieje od czasu do czasu na portalu NFA , ale żeby to   scharakteryzować trzeba by napisać co najmniej doktorat o stanie psycho-socjologii środowiska akademickiego, czy raczej akademickiej żulii internetowej.

Zwykle żulia odzywa się w tych okresach kiedy przystępuje się do jakiejś ogólnej akcji, w imię dobra wspólnego, zwykle dla zareagowania na jakąś aferę, kiedy trzeba zabrać głos, napisać list, protest, czy jakąś propozycję.

Wówczas rozlega się krzyk, na ogół najrozmaitszych nicków, którzy nigdy łepetyny z podręcznej strusiówki nie wysuną: skoro jest strona to jest dla wszystkich i dla jakiejkolwiek wypowiedzi, a przede wszystkim do wypowiedzi chamskiej, anonimowej, dyskredytującej właściciela.Kto jak kto, ale założyciel nie powinien na niej niczego ujawniać, ba nawet nie powinien się pojawiać, bo strona ma służyć wszystkim do opróżniania się – każdemu według potrzeb !, a właściciel strony nie ma nic tu do gadania.

Jednym słowem tego kto zrobił – tego w dyby i hulaj dusza. Jak za najlepszych komunistycznych czasów ! Tak to się spodobało, że i wnuki mają to we krwi.

Efekt Mojżesza tu nie skutkuje.