wRealu24-Uniwersytet Jagielloński w łapach ideologów? J. Wieczorek o plagach akademickich

wRealu24 – Data premiery: 24 lipca 2021 godz. 13.30

Uniwersytet Jagielloński w łapach ideologów? J. Wieczorek o plagach akademickich

Profesor uniwersytetu coraz mniej poważany

Profesor uniwersytetu coraz mniej poważany

Z przeglądu rankingów poważania zawodów z ostatnich lat wynika, że profesor uniwersytetu jest coraz mniej poważany. Przez długie lata, zarówno w PRL, jak i III RP, profesor uniwersytecki miał najwyższy prestiż społeczny, ale od roku 2013 ustąpił pierwszeństwa strażakowi. Dwa lata temu profesor spadł na piąte miejsce.

Poważani profesorowie z II RP, ocaleni mimo strat wojennych, stopniowo byli eliminowani w wyniku czystek politycznych i czynników biologicznych. Roztopili się wśród profesorów postępowych, często „pełniących obowiązki profesora”, ale dzięki propagandzie prestiż profesora był nadal wielki.

Po latach ludzie w końcu się zorientowali, że tytuły u nas nadawane nie mają wielkiej wartości, a pożytek społeczny z nich jest niewielki, tym bardziej że w rankingach innowacyjności jesteśmy w samym ogonie Europy.

Pozycja profesora w rankingach i tak wydaje się zbyt wysoka, a to m.in. ze względu na pomijanie w nich zawodu taksówkarza.

Kilka lat temu w telewizji jeden z profesorów przekonywał, że procent idiotów wśród profesorów i taksówkarzy jest podobny. Może to bulwersujące stwierdzenie, bo gdzie tam taksówkarzowi do profesora?

Jednak rzeczywisty stan rzeczy jest chyba jeszcze bardziej negatywny dla profesora. Wynika to ze sposobu selekcji zawodowej.

Gdy taksówkarz będzie zachowywał się idiotycznie, nie będzie przestrzegał znaków drogowych, będzie jeździł po pijaku, to albo się zabije, albo straci licencję zawodową. A profesor choćby mówił/pisał brednie, choćby zrobił karierę nieuczciwie, pozostaje profesorem dożywotnio.

Niedawno spotkałem byłego taksówkarza, który założył prywatne muzeum geologiczne, a w nim umieścił wiele okazów skamieniałości, podobnych do tych, które i mnie udało się zebrać. Ale moje okazy nigdy nie trafiły do uniwersyteckiego muzeum, tylko były niszczone przez profesorów w ramach realizowania przez nich subkultury kasowania jednostek dla nich niewygodnych. Trudno żebym nie poważał bardziej taksówkarzy niż profesorów!

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 21 lipca 2021 r.

Appendix:

Tekst jest bardzo krótki a problem ogromny, do pełnego opisania w kontekście czasowym i przestrzennym. Nieco te sprawy przewijają się w setkach moich tekstów, także tych składających się na ostatnią książkę Plagi akademickie. https://blogjw.wordpress.com/plagi-akademickie/

Chciałbym jednak zaznaczyć, że w tekście publikowanym znalazła się jedna informacja przekształcona przez redakcję w formę nieco odbiegającą od mojej: 

W moim tekście było: „Ale moje okazy, zamiast umieszczenia w uniwersyteckim muzeum, były niszczone przez profesorów ….”

W tekście opublikowanym jest: „moje okazy nigdy nie trafiły do uniwersyteckiego muzeum, tylko były niszczone przez profesorów w ramach realizowania przez nich subkultury kasowania jednostek dla nich niewygodnych.”

Przed wypędzeniem mnie z UJ, w wyniku realizowania dyrektyw zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, kilka może kilkanaście okazów z mojej ogromnego zbioru geologicznego/paleontologicznego znalazło się w muzeum Instytutu Nauk Geologicznych UJ na Oleandrach.

Czy nadal się znajdują – nie wiem, bo ING zmienił swoją siedzibę a moja noga tam nie postępuje. Faktem jest, że po moim wypędzeniu moje zbiory naukowe, których nie byłem w stanie zabrać ze sobą (bo dokąd?) były wyrzucane z piwnicy, niszczone, a kilka lat później w piwnicy [S 19] widziałem ‘zasieki” z napisami grożącymi każdemu kto będzie moje zbiory niszczył [ktoś je bronił!]. Niestety wtedy nie byłem dokumentalistą i zdjęć tego stanu rzeczy nie mam. 

Faktem jest, że po wypędzeniu, 2 plecaki z okazami zabrałem do mojej dziupli/ małego mieszkanka, gdzie się zmieściły w łazience pod wanną i posłużyły mi do krótkiej pracy przygotowanej na międzynarodowy kongres. To były okruchy tego co mógłbym zrobić w normalnych warunkach, ale jednak bez finansowania, coś zrobiłem.  2 skrzynki okazów wywiozłem poza Kraków, aby choć nieco zbiorów uchronić przed całkowitym zniszczeniem.

Nie było to podczas okupacji niemieckiej, czy sowieckej  a jeno profesorskiej! – dla zbiorów naukowych nawet bardziej dotkliwej. [nieco o tym pisałem kilka lat temu w tekście: Czy tylko Hans Frank ? https://blogjw.wordpress.com/2014/03/19/czy-tylko-hans-frank/   

 Faktem jest, że z całego mojego zbioru można by zrobić niejedną gablotę muzealną, w większym wymiarze niż to zrobił taksówkarz – o którym wzmiankuję w tekście – mający zupełnie inne podejście do spraw naukowych od etatowych profesorów, finansowanych z budżetu podatników.

A profesorowie na to nie zważając, domagają się zwiększenia swoich uposażeń, argumentując, że innym obywatelom by się poprawiło, jak oni będą więcej zarabiać, byle tylko nikt ich nie kontrolował, nie pytał o to, jak te pieniądze budżetowe wykorzystali, bo to by naruszało ich autonomię! 

Mimo, że na ten temat mógłbym mówić godzinami, pisać kolejne tysiące stron, nie ma w tej materii zainteresowania świata akademickiego, ani  świata solidarnościowego/kombatanckiego walczącego [słusznie !] o reperacje niemieckie za straty w II wojnie światowej, ale nawet nie prowadzącego inwentaryzacii strat akademickich wojny jaruzelsko-polskiej, nie mówiąc o konieczności reparacji akademickich, mimo że skutki degradacji domeny akademickiej odbijają się na wszystkich obywatelach.

Temat ogromny – zainteresowania brak. Nikt [niemal] nie chce znać prawdy, nie   podejmuje nawet sprawdzenia tego co ja mówię/piszę, dotarcia do tajnych przez dziesiątki już lat archiwów akademickich.

Jest przemilczenie/kasowanie/wymazywanie/ewaporacja, albo bicie poniżej pasa, co inaczej niż w brutalnym przecież boksie, nie dyskwalifikuje.

Brutalizacja świata akademickiego nie ma żadnych granic 

SIŁA PRZED ROZUMEM

SIŁA PRZED ROZUMEM

Naczelna maksyma Uniwersytetu Jagiellońskiego brzmi: „Plus ratio quam vis” – więcej rozum niż siła. Nader często jest ona jednak używana na opak.

30 czerwca Senat UJ podjął uchwałę w sprawie poparcia dla działań rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. dr. hab. Jacka Popiela w związku z wypowiedzią małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak.

Pani kurator niedawno wyraziła opinię, że UJ zmienia swoją funkcję i zamienia się w agencję towarzyską, co jest zgodne z moją opinią głoszoną publicznie, którą przekazałem władzom UJ. Pozostając w zgodzie ze swoimi standardami „wsobnej” debaty publicznej, Senat tę opinię zignorował.

W uchwale wyraził dezaprobatę dla „wykluczania”, taktownie pomijając swoją rolę w wykluczaniu niewygodnych dla siebie nauczycieli akademickich. Rektorzy UJ w czasach stalinowskich wykluczali/potępiali swoich kolegów z podziemia niepodległościowego, w czasach jaruzelskich wykluczali (i to dożywotnio) akademików z opozycji antykomunistycznej, mających odmienną od socjalistycznej orientację intelektualną i moralną.

Co więcej, już w III RP, w przestrzeni publicznej władze UJ m.in. zabezpieczały brutalny, pełen nienawiści atak rektora UW na moją osobę na łamach „Gazety Wyborczej”, przerażonego rodzeniem się wolnej myśli akademickiej (Niezależne Forum Akademickie). Tym samym władze UJ brały udział w niszczeniu „ważnych wartości społeczeństwa polskiego”, w obronie których rzekomo w uchwale z 30 czerwca występują [sic!].

Zgodnie z ową uchwałą postępowanie władz UJ było wielokrotnie niedopuszczalne, ale zorganizowany na UJ Dział Bezpieczeństwa takimi zachowaniami się nie zajmuje.

Zupełnie ignoruje bezpieczeństwo osób, które czują się zagrożone nienawistnymi, wulgarnymi groźbami meneli wspieranych przez władze UJ.

O poszanowanie godności jednostki i nauki wielokrotnie bezskutecznie apelowałem. Moi wychowankowie również. Ale na UJ siła zdominowała rozum. Istota jego maksymy została zatracona

Tekst opublikowany 14 lipca 2021 w tygodniku Gazeta Polska

Otrzymałem Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości

[zdj. Agnieszka Masłowska]

Otrzymałem Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości

12 lipca 2021 r. Wojewoda Małopolski Pan Łukasz Kmita wręczył mi,
[zdj. Agnieszka Masłowska]

przyznany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę, Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

To satysfakcja z otrzymania takiego wyróżnienia. Od lat dokumentuję setki wydarzeń, uroczystości, wywiadów, na rzecz utrwalania pamięci o działaniach niepodległościowych. To setki fotoreportaży umieszczonych m. in. w serwisach „Niezłomnym ku Niepodległości”, „W Krakowie” (na platformie wordpress.com), także wiele działań i tekstów obrazujących szlaki wiodące do niepodległości, do naprawy polskiego systemu akademickiego w Polsce Niepodległej i działań na rzecz stosowania rzetelnej wiedzy w gospodarce odradzającej się z trudem ze zniewolenia komunistycznego Polski.

Dobrze, że ta praca została zauważona, nie podległa skasowaniu, wymazaniu z przestrzeni publicznej, pamięci, jak działania wcześniejsze na rzecz „Solidarności”, czy formowania polskich elit u schyłku systemu komunistycznego [nieraz wymazywanego z historii jak np. na uczelni, gdzie działałem – UJ].
Szkoda, że otrzymanie Medalu nie stanowi przepustki do działań jeszcze bardziej efektywnych, do wykorzystania pełni potencjału intelektualnego w pracy dla Polski. Medal nie wypełni pustki po wykluczeniu z domeny akademickiej, szczególnie ważnej dla rozwoju Polski.
Człowiek ma świadomość, że tylko jakieś kilka procent swojego potencjału intelektualnego, zapału, pasji, mogło zostać zrealizowane w tej domenie i to głównie w okresie najpodlejszym/najcięższym.
Sto lat temu, kiedy wybuchała Niepodległość, domena akademicka była otwarta dla posiadających odpowiednie kwalifikacje do pracy na rzecz dobra odradzającej się Ojczyzny. Po tzw. obaleniu komunizmu w III RP, takiego otwarcia nie było. Było ogromne marnotrawstwo, nie tylko w gospodarce, ale także w domenie akademickiej, która do tej pory nie może się podnieść z zapaści, a nawet się stacza coraz bardziej, zamknięta na niewygodnych, bo niezależnych, niepodległych.
To boli i przygnębia, i żaden medal, choć przyjmowany z zadowoleniem, tego stanu rzeczy nie może zmienić.
Widocznie nasze działania na rzecz wydostania się ze zniewolenia komunistycznego, nie były i nie są wystarczające.
[zdj. Agnieszka Masłowska]

O konieczności poskromienia rektorów

O konieczności poskromienia rektorów

Jeden lakoniczny wpis na Twitterze małopolskiej kurator oświaty zbulwersowanej metodologią ankiet na UJ, spowodował reakcję grona rektorów skupionych w Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP), domagających się od ministra nauki i edukacji poskromienia pani kurator.

Jej przywiązanie do wartości kojarzonych z cywilizacją łacińską, nasi postępowi rektorzy, solidaryzujący się z rektorem UJ, uważają za niegodne i źle wpływające na proces kształtowania postaw młodych ludzi.

Tak oskarżano przed laty niewygodnych dla najbardziej postępowego systemu komunistycznego i oczyszczano z takiego elementu uczelnie. Natomiast akademiccy beneficjenci czystek, i przez nich formatowani, trzymają się mocno standardów, dzięki którym osiągnęli sukces zawodowy, nie zważając na to, że takimi standardami sprawiają zawód społeczeństwu trwającym godnie przy wartościach.

Rektorzy zupełnie lekceważą opinie młodych ludzi, którzy już przed 35 laty, ostrzegali ich, że nauka nie wejdzie godnie w XXI wiek jak nie zmienią swoich standardów. Wtedy takich młodych ludzi pacyfikowano, ich mentorów usuwano, prowadząc do osiągnięcia w dzisiejszych czasach w swoiście sposób pojmowanego przez postępowców „ducha tolerancji, otwartości i poszanowania drugiego człowieka”.

Ten duch autonomicznej tolerancji stanowi jednak zagrożenie dla osób o odmiennej – od akceptowanej przez rektorów – orientacji moralnej i intelektualnej. Czyli dla tych, którzy orientują się na prawdę i ośmielają się wyrażać negatywne opinie m.in. o prowadzonych za pieniądze publiczne pseudobadaniach naukowych mających szkodliwy wpływ na młodych ludzi.

Rektorzy twierdzą, że stoją „w obronie konstytucyjnego prawa do nie skrępowanego prowadzenia badań naukowych” nie bacząc na to, że w historii nauki i ludzkości brak skrępowania badań ogólnoludzkimi wartościami prowadził do ogromnych wynaturzeń a nawet ludobójstwa, w czym autonomiczni profesorowie różnych nacji mieli swój wielki udział.

Zresztą żyjemy od 2 lat w warunkach poważnego zagrożenia – i to dla całego świata – spowodowanego, jak wielu sądzi, prowadzeniem nieskrępowanych, niekontrolowanych społecznie badań nad uzłośliwianiem wirusa. Niestety naszym rektorom to nic nie daje do myślenia. Jakby ich głowy znajdowały się w warunkach całkowitego, autonomicznego lockdownu, bo jak dotąd, rząd tak szerokiego lockdownu jeszcze nie wprowadził.

Na uniwersytetach ludzie boją się myśleć, ale to często z powodu rektorów mających władzę niemal absolutną. Ale skąd ta bojaźń u rektorów?  Taki pandemiczny paraliż?

Rektorzy nie poskromili Jana Hartmana, profesora bez skrępowania eksperymentującego z kazirodztwem, ani hunwejbinów ze Strajku Kobiet stanowiących zagrożenie nie tylko dla kultury akademickiej, ale i każdego obywatela obawiającego się zrealizowania gróźb ‘je*ania’.

Nie poskromili poczynań zdeprawowanych na UJ studentów (ujawniane w mediach społecznościowych ekscesy Franciszka Vetulaniego!), ani obrażających rozum ludzki metodologii badań, nie tylko nad bezpieczeństwem akademików, ale także nad historią swoich uczelni.  Wystawiają się na śmieszność trzeźwo myślącego człowieka. Słychać głosy, że od studiowania na UJ ludzie głupieją i strach tam studiować, ale Dział Bezpieczeństwa UJ tym się nie zajmuje.  

Rektorzy informują ministra, że doszło do „naruszenia przez podległego Panu urzędnika zasad prowadzenia debaty publicznej” nie podając jednak żadnego dowodu, że jakąkolwiek debatę publiczną w tej kwestii prowadzili.

Ja np. do debaty publicznej nad patologiami akademickim, ostatnio zebranymi w książce „Plagi akademickie”, rektorów i podległych im akademików wielokrotnie zachęcałem, wręcz prowokowałem. Niestety bez skutku.

Próbę napisania opinii podjął tylko jeden profesor, zresztą doskonały (Rada Doskonałości Naukowej), ale widocznie nie sprostał intelektualnie moim argumentom i zamiast merytorycznej krytyki zaczął chaotycznie pruć osobistymi ciosami powietrze i rejony poniżej pasa, co winno go dyskwalifikować, ale jak do tej pory nie dyskwalifikuje. Takie są obecne zasady dyskusji publicznej w sprawach akademickich!

Może rektorzy zwrócą uwagę na podnoszoną publicznie opinię, że „współcześni profesorzy uprawiają najobrzydliwszą formę prostytucji: sprzedają nie ciała, lecz dusze” a „ideologia genderyzmu odwraca uwagę młodzieży od spraw istotnych, ma demoralizować” (lipcowy Kurier Wnet).

Poskromienie rektorów w obecnej chwili jest imperatywem moralnym, aby ocalić naszą młodzież przed całkowitą deprawacją, co już podnosiłem w czasach ‚jaruzelskich”, niestety bezskutecznie.

Skrócona wersja tekstu opublikowana w tygodniku Gazeta Polska 7 lipca 2021 r.

Bezpieczeństwo i równe traktowanie po jagiellońsku

Bezpieczeństwo i równe traktowanie po jagiellońsku

Lockdown zelżał, a w Krakowie szok. Chluba miasta, najstarsza polska uczelnia, Uniwersytet Jagielloński, jakby w nowym ładzie, zamieniana w agencję towarzyską!

To interpretacja małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak po zapoznaniu się z ankietami wprowadzanymi do obiegu akademickiego przez Dział ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ.

 Strona jagiellońska podnosi, że to badania o charakterze w pełni naukowym, mające określić „poziom bezpieczeństwa i równego traktowania całej społeczności studenckiej i doktoranckiej UJ, czyli przeszło 38 tysięcy osób”.

W ankietach wprowadzono pytania dotyczące seksualności, pomijając te o orientacje intelektualne i moralne badanych młodych akademików. Skoro jest zainteresowanie stroną seksualną, to może jednak chodzić o agencję towarzyską (bo to ma znaczenie dla bezpieczeństwa jej funkcjonowania), a nie uniwersytet.

Na uczelniach ważniejsza jest orientacja intelektualna, szczególnie ta skierowana na poszukiwanie prawdy, no i moralna, bo jeśli ta jest niewłaściwa, może doprowadzić do katastrofy nie tylko uczelni, lecz także całego społeczeństwa, a nawet ludzkości.

 Nikt nie może czuć się bezpiecznie (nie tylko na uczelni), jeśli na stanowiskach akademickich znajdą się osoby amoralne, szczególnie jeśli wykazują duży potencjał intelektualny.

 Na uniwersytecie jeśli orientacja intelektualna i moralna akademików jest w porządku, to i bezpieczeństwo jest zapewnione, bez względu na orientację seksualną.

Niestety wieloletnie doświadczenia wskazują, że to właśnie ze względu na odmienną od obowiązującej – w feudalnym systemie akademickim – orientację intelektualną, a przede wszystkim moralną, na polskich uczelniach, nie tylko na UJ, mamy do czynienia z nierównym traktowaniem, dyskryminacją, mobbingiem. Takie osoby, które zagrażają feudałom swoim potencjałem intelektualnym i postawą moralną, nie mogą się czuć bezpiecznie. Ale nad tymi problemami dział bezpieczeństwa zdaje się nie pracuje, jak wynika z zawartości jego raportów.

 Nie jest też zrozumiałe, dlaczego Dział ds. Bezpieczeństwa UJ nie podjął badań nad zagrożeniem, spowodowanym opanowaniem przestrzeni publicznej przyuniwersyteckiej (wokół Collegium Novum, niemal pod oknem gabinetu rektora UJ) przez wulgarne hordy hunwejbinów Strajku Kobiet nawołujące, aby „je…ać” oraz „wyp…lać”, co było ewidentnym przykładem sprowadzenia zagrożenia dla osób o odmiennej od menelskiej orientacji. Do tej pory raportu o obniżeniu bezpieczeństwa przyzwoitych ludzi, nie tylko populacji akademickiej, nie zauważyłem na stronach Działu.

Czy więc rzeczywiście ten Dział interesuje się bezpieczeństwem i równym traktowaniem w przestrzeni akademickiej?

Rektor UJ napisał do małopolskiej kurator: „Jako przedstawiciele Uniwersytetu Jagiellońskiego wiemy, że każde słowo, które studenci słyszą w przestrzeni publicznej, może stać się elementem kształtującym ich życie i postawy. (…) Słowa często prowadzą do czynów”.

Czy rektor nie słyszał tych słów wykrzykiwanych pod jego gabinetem (nagranie przekazałem)? Wie, że słowa prowadzą do czynów, a nawet nie zainteresował się możliwymi skutkami takich czynów jak: „je…nie”, „wyp…nie”.

Trzeba przy tym przypomnieć, że hordy o orientacji menelskiej znalazły wcześniej poparcie kolegium rektorskiego i zbuntowanych polonistów UJ.

Moim zdaniem metodologia badań nad bezpieczeństwem na UJ jest wadliwa i przypomina „badania” prowadzone nad pokrzywdzonymi w PRL, które ograniczono jedynie do beneficjentów systemu kłamstwa, dyskryminacji i nierównego traktowania. Pomijano tych, którzy byli ofiarami komunistycznej przemocy, dzięki czemu osiągnięto przewidywany wynik, że nikomu włos z głowy nie spadł.

Do tej pory żaden dział UJ, także dział od bezpieczeństwa i równego traktowania, do tych bredni się nie odniósł, chociaż merytorycznie je podważałem i władzom uczelni przekazywałem.

Dyskusji naukowej, która jest istotą uniwersytetu – jak wielokrotnie rektorzy podkreślają – nie było. Widocznie istota uniwersytetu zanikła i – jak widzimy obecnie – zostaje zastąpiona istotą agencji towarzyskiej, skoncentrowaniem się na sprawach seksualnych.

Interpretacja małopolskiej kurator oświaty ma mocne podstawy, a jej orientacja moralna i intelektualna winna być pod ochroną.

Trzeba dbać o bezpieczeństwo osoby kierującej się wartościami w życiu publicznym.

Tekst opublikowany w tygodniku  Gazeta Polska 30 czerwca 2021 r.

Domenę akademicką winni tworzyć uczciwi akademicy

 

Domenę akademicką winni tworzyć uczciwi akademicy

Stowarzyszenie RKW Ruch Kontroli Wyborów–Ruch Kontroli Władzy wystąpiło do Prezydenta RP Andrzeja Dudy z odezwą, w sprawie doprowadzenia do wyboru „wyłącznie uczciwych polityków. Jak dotąd, nie postuluje się sprawdzania kwalifikacji moralnych wszystkich bez wyjątku kandydatów do władzy.

Dla dalszego prawidłowego rozwoju Polski należy więc pilnie wprowadzić kontrole antykorupcyjne sprawdzające uczciwość i lojalność państwową elektorów na wszystkie ważne stanowiska państwowe oraz takie same cykliczne i okresowe kontrole dla osób piastujących już te stanowiska” (Stowarzyszenie RKW–RKW, Możemy doprowadzić do wyboru wyłącznie uczciwych polityków, „Śląski Kurier WNET” 82/2021).

To wynik troski o Polskę i podmiotowość obywateli, którzy winni mieć szanse kontroli wybieranych przez siebie polityków na służbie państwowej. Obywatele na ogół wiedzą, że każda władza deprawuje, ale jakoś wykorzystanie tej wiedzy w życiu publicznym szwankuje.

 Potrzebny Ruch Kontroli Władzy Akademickiej

 Przed kilku laty w podobnym duchu postulowałem: Potrzebny Ruch Kontroli Władzy Akademickiej, argumentując, że władza akademicka nie jest kontrolowana przez środowisko akademickie oczyszczone już przed tzw. transformacją z elementu dla systemu niewygodnego, wręcz groźnego, zdradzającego zamiary kontrolowania tego, co winno być – zdaniem władzy akademickiej – poza kontrolą.

Na swoim blogu akademickiego nonkonformisty pisałem: „Zachowano kadry akademickie w stanie niezmienionym – jakkolwiek uszczuplonym o niepokornych w wyniku Wielkiej Czystki Akademickiej. Pozostali na uczelniach towarzysze, także wysocy, PZPR i stronnictw stowarzyszonych, nomenklaturowi decydenci, no i plejada współpracowników SB. Nie było (i nadal nie ma) woli oczyszczenia uczelni, przerwania ciągłości prawnej i kadrowej z PRL, pozostała więc ciągłość (a)moralna i intelektualna. Ludzie bez twarzy i kręgosłupa tworzyli zręby akademickie i reprodukowali sobie podobnych w warunkach »arystokratycznych« – całkowitej dominacji utytułowanych zatwierdzanych wcześniej (PRL) przez wiodącą siłę narodu, a później (III RP) przez kliki i sitwy beneficjentów systemu funkcjonujących w układzie zamkniętym – pozbawionym kontroli. System akademicki pozostał upolityczniony”.

I tak przez lata jest, mimo rozmaitych reform systemu akademickiego. Sitwy i kliki akademickie funkcjonujące w systemie zamkniętym rekrutują na etaty samych swoich poprzez ustawiane na nich konkursy, zabezpieczają dla nich awanse, usuwają z systemu niewygodnych, bo zbyt uczciwych, gdyż tacy stanowią zagrożenie dla ich bytu akademickiego.

Takie „zakały” środowiskowe nie mogą liczyć na awanse, granty czy wyjazdy zagraniczne i jako niezłomni muszą opuszczać sektor zarezerwowany głównie dla złomnych.

Ten sektor wymaga kontroli obywateli zarówno na poziomie tworzenia prawa akademickiego, centralnego rozdzielania środków finansowych, centralnego zarządzania dożywotnimi tytułami, jak i na poziomie kreowania przez decydentów akademickich autonomicznych tendencji prowadzących do kryzysu uniwersytetu.

Mamy zatem:

– w niemałym stopniu fikcyjne, ustawiane konkursy na wybranego kandydata (z wymaganiami dostosowanymi do jego poziomu i ten tryb rekrutacji kadr akademickich jest niejako zalegalizowany!),

 – fikcyjnie realizowane granty (przykład – słynna afera wrocławska o naturze mafijnej),

– produkcję lipnych dyplomów – pochodzących z plagiatów i zakupionych u firm trudniących się tym procederem,

– realną budowę ogromnej ilości nieruchomości akademickich, w których nie ma studentów i naukowców na poziomie,

 – realne opuszczanie kraju przez obywateli o dużym potencjale intelektualnym,

– realne bariery uszczelniające uczelnie przed naukowcami, którzy funkcjonowali w mniej patologicznych środowiskach czy to w jednostkach zagranicznych, czy w Polsce poza systemem akademickim.

Ujawniane afery, także na najwyższych szczeblach władzy akademickiej, są wynikiem wadliwej rekrutacji kadr akademickich, ich oceniania, awansowania. Na najwyższe szczeble kariery akademickiej, do ciał decydenckich, także do tych określanych mianem „doskonałych”, „etycznych”, przedostają się osoby o wątpliwych kwalifikacjach naukowych i – co gorsza – moralnych.

Autonomia nieuczciwości akademickiej

 Mój obywatelski postulat nie został zrealizowany i nadal domena akademicka jest dotknięta licznymi plagami akademickimi (wiele przykładów w mojej książce Plagi akademickie).

 Nie widać konkretnych działań na rzecz wprowadzenia skutecznych narzędzi kontroli patologicznego systemu. System autonomicznie zabezpiecza nieuczciwość akademicką i nie jest zdolny do samooczyszczenia.

Broni się przed naruszeniem patologicznego status quo. Wyodrębniła się nadzwyczajna kasta akademicka, która uważa się za autonomiczną, bez możliwości obywatelskiej kontroli, bo przecież profesora nikt inny nie może kontrolować jak tylko profesor. I to w systemie zamkniętym.

Zatem kontrolują się jedynie sami swoi, którzy sami się oceniali, awansowali, a niewygodnych usuwali.

Profesor z nominacją prezydencką jest praktycznie niezagrożony, nawet jak zdobył szczyty akademickie na drodze oszustw, niszcząc pozamerytorycznie mu niewygodnych, ujawniających nieuczciwości.

W polskiej domenie akademickiej funkcjonuje coś, co kiedyś nazwałem systemem Drewsa – czyli system utrącania/torowania karier polskich naukowców, ujawniony przed kilkunastu już laty na przykładzie poczynań prof. Krzysztofa Drewsa, który jako recenzent pracy habilitacyjnej napisał dwie przeciwstawne recenzje, jakby do wyboru. Publicznie stało się jasne, że każdą karierę można utrącić bez względu na wartość dorobku naukowego. Dla znających „kuchnię” akademicką nie było to jednak zaskoczenie.

Ten stan rzeczy znacznie bardziej niż niedostatek pieniędzy blokuje rozwój domeny akademickiej. Nie potrzeba być profesorem, aby zorientować się, że niemała część niezbyt dużych zasobów finansowych, księgowanych po stronie wydatków na naukę, jest bez należytej kontroli marnotrawiona, a nawet przeznaczana na działania szkodliwe dla nauki i gospodarki.

Nieuczciwość akademicka nie może być autonomiczna, musi podlegać kontroli społecznej, tak jak i inne sektory państwa, a nawet bardziej. We Włoszech, mimo pandemii, twa realizacja projektu antykorupcyjnego (ustawiane konkursy!) „Universita bandita” (Józef Wieczorek. Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

U nas taki projekt nawet nie został rozpoczęty, a trwa – ustawianie konkursów. W ramach walki z pandemią ograniczane są wolności obywateli niezaszczepionych na wirusa. Szczepionki na wirusa nieuczciwości akademickiej do tej pory nie wymyślono i zdaje się, że nie ma nawet projektów takich szczepionek.

Mimo pandemii nieuczciwości akademickiej, mamy pełną wolność dla nieuczciwych, bez konieczności szczepienia i bez wykluczania nieuczciwych.

Trzeba mieć jednak trochę wyobraźni i zdawać sobie sprawę, że jeśli domeny akademickiej nie będą tworzyć wyłącznie uczciwi akademicy, to nie ma wiele szans na osiągnięcie sukcesu na drodze wyboru uczciwych polityków i urzędników.

Reprezentanci każdej władzy, czy to ustawodawczej, wykonawczej czy sądowniczej, są uformowani w domenie akademickiej, a wielu z nich jednocześnie z tą domeną jest związanych, nawet na wysokich stanowiskach.

Przypomnieć należy przysłowie „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, mając jednak na uwadze, że aby obejmować obecnie stanowiska polityczne i urzędnicze, nie trzeba czekać do starości.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, lipiec 2021 r.

JAN HARTMAN obliczem polskich uniwersytetów

JAN HARTMAN obliczem polskich uniwersytetów

To, że polskie uniwersytety są w kryzysie, chyba powszechnie wiadomo. Trudno będzie się z tego kryzysu wydobyć, skoro środowisko akademickie broni obecnego, patologicznego status quo i podnosi do rangi sukcesu osiągnięcie poziomu uczelni Tatarstanu przez najstarszy polski uniwersytet. Chyba św. Jadwiga, która swój majątek przekazała Akademii Krakowskiej, przewraca się w grobie.

Przed kilku laty alarmowałem, że obecna twarz UJ może być widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschina, który jako wojskowy prokurator w czasach stalinowskich posyłał na śmierć polskich patriotów, a następnie robił karierę „naukową” na UJ. Ponadto założył swoistą wytwórnię lipnych dyplomów, stając się prekursorem dzisiejszych metod osiągania doskonałości naukowej. Sprawa Juliana Haraschina tak została wymazana z historii i pamięci, że dzisiejsi studenci prawa UJ, a także prawnicy, na ogół nic nie wiedzą o jego roli w budowaniu bezmiaru niesprawiedliwości, także w domenie akademickiej.

Prawda o własnych korzeniach przestała być przedmiotem zainteresowania kadry UJ. Pisałem na swoim blogu: „Co prawda akademicy Uniwersytetu Jagiellońskiego twarz stracili (z małymi wyjątkami), ale etaty, awanse i formalne honory – utrzymali. Widać, że na uczelniach, w tym na uczelni wzorcowej dla innych, opłaca się nie mieć twarzy”.

Taki stan rzeczy przetrwał do dziś i widać to obserwując poczynania profesora UJ Jana Hartmana, filozofa, wyspecjalizowanego w dziedzinie etyki. To kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ, mający w swym życiorysie członkostwa Komitetu Etyki w Nauce PAN, Zespołu ds. Etyki w Medycynie przy Ministrze Zdrowia, kierownictwo Zespołu do spraw Dobrych Praktyk Akademickich oraz nagrody m.in. Prezesa Rady Ministrów RP, Medalu Komisji Edukacji Narodowej, Grand Press w kategorii Publicystyka”…

Stał zatem na straży odpowiedniego poziomu etycznego polskiego środowiska akademickiego i chyba zdaniem władz UJ, swymi poczynaniami pozytywnie wpływa na młodzież akademicką, bo tylko tacy są podobno zatrudniani na etatach po usunięciu z uczelni tych, którzy wpływali – zdaniem rektorów – negatywnie.

Kilka lat temu Jan Hartman zbulwersował opinię publiczną swoimi dywagacjami kazirodczymi, ale na uczelni włos z głowy mu nie spadł, mimo ścieżki dyscyplinarnej. Jednak politycy zareagowali i został usunięty z ugrupowania Twój Ruch, jednej z wielu partii, które zaszczycił swym członkostwem. Etyczne wymagania, nawet lewackich partii, zdają się być wyższe od wymagań uczelnianych.

Na uczelniach dominuje autonomiczna zasada wolności bez wartości i nawet akcja (kilkanaście tysięcy głosów) usunięcia Hartmana z UJ nie przyniosła rezultatu. Profesorom UJ nie przychodzi nawet do głowy, aby ktokolwiek z ich grona mógł zostać wykluczony z uczelni. Solidarność profesorska jest doprawdy rozczulająca.

Konieczność przenoszenia w stan nieszkodliwości zdegenerowanych profesorów przychodziła mi do głowy jeszcze w stanie wojennym, ale władze UJ zdołały ten jednoosobowy rokosz skutecznie opanować.

Jan Hartman, zapewne dożywotni profesor UJ, pewny własnej bezkarności, po homilii abp. Marka Jędraszewskiego (też profesora) w uroczystość Bożego Ciała, przekroczył w ataku na metropolitę i katolików wszelkie normy etyczne, obowiązujące nie tylko profesora etyki, ale każdego przyzwoitego człowieka.

Powtarzanie tego barbarzyńskiego bluzgu nie przystoi w „Plagach akademickich”, bo to jest rynsztok wykraczający poza ramy standardowych plag. Zamieszczony został na blogu Hartman.blog.polityka.pl. Na publiczne lżenie, wyszydzanie, poniżanie katolickiej części Narodu Polskiego i metropolity krakowskiego oraz nawoływanie do waśni na tle różnic wyznaniowych, nie można być obojętnym.

Nie powinno być obojętne środowisko akademickie, władze uczelni, a tym bardziej prokuratura, bo to, co czyni Hartman, nie jest zgodne z prawem obowiązującym każdego obywatela, także profesora UJ!

W reakcji na ziejący nienawiścią bluzg Hartmana otrzymałem wypowiedzi, że taki „profesor” kompromituje środowisko akademickie, powinien być dyscyplinarnie zwolniony ze stanowisk i funkcji akademickich. 

Czy tak się stanie, skoro dotychczasowe ekscesy uchodziły mu bezkarnie, a władze akademickie skłaniały się do wspierania subkultury menelskiej (chociażby na okoliczność popisów Strajku Kobiet wspomaganego przez Hartmana).

Póki co, środowisko akademickie, także etyczne, milczy, a w obecnym stanie rzeczy to twarz Hartmana jest obliczem polskich uniwersytetów.

Bierna postawa nie zaprowadzi ładu moralnego w domenie akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  23 czerwca 2021 r.

Wielki powrót wielkiego wygnańca

Wielki powrót wielkiego wygnańca

Gdy wpisuję w wyszukiwarce Google „wygnaniec”, pokazują się liczne informacje o Zygmuncie Baumanie, a to ze względu na ukazanie się niedawno na rynku księgarskim książki „Wygnaniec” Artura Domosławskiego. 

Tak został określony jeden z instalatorów systemu komunistycznego w Polsce, oficer Informacji Wojskowej, polujący na żołnierzy podziemia niepodległościowego, a następnie robiący karierę naukową na Uniwersytecie Warszawskim. Po Marcu ’68, jak wielu instalatorów komunizmu, stracił co prawda pozycję na UW, ale uniknął odpowiedzialności za swoje czyny i zyskał możliwość pracy naukowej w tzw. wolnym świecie. W wolnej Polsce powracał do kraju i nie był szykanowany, stąd uznanie go za wygnańca może budzić sprzeciw, mimo dużej liczby rekordów na Google.

Taki status, i to zasadny, zachowany do dziś, ma pierworodny syn Bolesława Krzywoustego Władysław II Wygnaniec, który po porażkach w walce o dominację w Polsce piastowskiej pozostawał do końca życia na wygnaniu.

Takiego statusu na Google nie ma Jan Czochralski, wybitny, światowej sławy przedwojenny naukowiec i odkrywca, zwany ojcem elektroniki, po wojnie wygnany z Politechniki Warszawskiej, po fałszywym oskarżeniu o kolaborację z Niemcami.

Nie miał dyplomów, klasycznego wykształcenia uniwersyteckiego, ale był geniuszem i ten geniusz wykorzystał, najpierw pracując w Niemczech, a następnie sprowadzony przez prezydenta Mościckiego w Niepodległej Polsce. Był potrzebny w kraju. Mógł robić karierę u Henry’ego Forda, ale wybrał biedną Polskę i dla niej pracował na Politechnice Warszawskiej, jako profesor ze względu na swoje osiągnięcia.

W dzisiejszej Polsce bez dyplomów nie miałby żadnych szans na karierę akademicką, gdy miernoty z dyplomami mają nie tylko szanse, ale osiągają nawet szczyty akademickiej hierarchii. Jan Czochralski był bogatym człowiekiem dzięki swoim wynalazkom, wspierał studentów stypendiami, współfinansował wykopaliska w Biskupinie.

Podczas okupacji, za zgodą władz podziemnych AK, miał możliwość pracy „u Niemców”, dzięki czemu dawał schronienie konspiratorom, ratował przedwojenne wyposażenie uczelni, współpracował z podziemiem przy analizie części rakiet V1 i V2.

Po wojnie aresztowany za rzekomą współpracę z okupantem spędził pół roku w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim, ale został uniewinniony przez prokuraturę. Mimo to, przez władze Politechniki Warszawskiej przestał być uważany za profesora, stracił stanowisko i tytuł doktora honoris causa.

Został wypędzony z uczelni i resztę życia spędził w rodzinnej Kcyni, zajmując się produkcją pasty do butów i płynu do trwałej ondulacji. Prześladowany przez UB, zmarł po rewizji na zawał serca i spoczywał w grobie bez nazwiska, całkiem wymazany z polskiej przestrzeni publicznej jako ojciec światowej elektroniki.

Przez lata mało kto wiedział, jakiego geniusza miała Polska. Nawet na konferencjach naukowych nie można było wygłosić referatu o jego odkryciach („zasługa” m.in. prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego, budowniczego Polski Ludowej) ani publikować życiorysu. Subkultura wymazywania działała perfekcyjnie. Przez lata III RP sytuacja wygnanego – także z pamięci – niewiele się zmieniła, a dużą rolę w tym odegrał współtwórca Solidarności na PW dr Zygmunt Trzaska-Durski.

Jak zwykle, w środowisku akademickim animozje personalne i konflikty nakładają się na politykę kadrową i „pamięciową”, nawet przez kolejne pokolenia.

Dopiero po śmierci opozycjonisty, zmianie klimatu środowiskowego i politycznego, podjęto wyjaśnienie sprawy wygnańca, co skutkowało odnalezieniem dowodów na współpracę Czochralskiego z AK i jego rehabilitacją przez władze PW. Właściwie to władze PW siebie tym aktem zrehabilitowały, po 66 latach podtrzymywania swoich nieuzasadnionych i szkodliwych dla nauki oskarżeń. Gdyby nie został wygnany, Polska mogłaby mieć drugiego naukowego noblistę.

10 lat temu, w czerwcu 2011 roku, nastąpił wielki powrót wielkiego wygnańca – niestety dopiero pośmiertny – na Politechniką Warszawską i do pamięci Polaków. Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2013 Rokiem Jana Czochralskiego.

Od tego czasu odbywają się sesje poświęcone jego dokonaniom, szkoły przyjmują go za swego patrona, IPN popularyzuje sylwetkę i osiągnięcia Jana Czochralskiego wśród gigantów nauki.

Trzeba mieć jednak na uwadze, że nie wszystkie uczelnie są zdolne do weryfikowania swoich czynów, zakłamują swoją historię, wymazują tak ludzi, jak i fakty, niszczą/zamykają archiwa, aby tylko prawda nie wyszła na światło dzienne.

A prawda sama się nie obroni, wygnańcy sami nie wrócą do pamięci

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  16 czerwca 2021

Odmienne orientacje na tym dziwnym jagiellońskim świecie

Odmienne orientacje na tym dziwnym jagiellońskim świecie

Reakcja obywatela na dziwny świat red. Marka Kęskrawca

Przeszukując informacje na temat opinii: „Uniwersytet Jagielloński zamienia się w agencję towarzyską” wyrażonej niedawno przez małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak, natrafiłem na tekst w Dzienniku Polskim red. Marka Kęskrawca (dawnego naczelnego tej gazety) –  „Kurator Nowak kontra UJ, czyli dziwny jest ten  świathttps://plus.dziennikpolski24.pl/kurator-nowak-kontra-uj-czyli-dziwny-jest-ten-swiat/ar/c15-15667530

W tekście redaktor wyraził oczekiwanie większej wiedzy, namysłu i zwykłej kultury osobistej od osoby dbającej o edukację dzieci. Widać, że jest zawiedziony.

Ja natomiast jestem zawiedziony tekstem pana redaktora zdradzającego niedostatek tak wiedzy, jak i namysłu, nie wykluczając także kultury osobistej.

Bez problemu można się zapoznać w internecie z pracami Działu ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ [https://bezpieczny-student.uj.edu.pl/dzial]  skoncentrowanymi głównie na bezpieczeństwie osób o odmiennej orientacji seksualnej, gdy bezpieczeństwo osób o odmiennej orientacji intelektualnej i moralnej, które od lat na uczelni jest zagrożone, jest jakby na marginesie.

Nierówne traktowanie takich osób, a nawet ich wypędzanie z UJ  doprowadziło do widocznego kryzysu uniwersytetu.  Na okoliczność święta UJ podnoszono z dumą (także w Dzienniku Polskim), że UJ jest najwyżej klasyfikowaną polską uczelnią,  co jest faktem ( choć czasem ustępuje UW), ale jest  niżej klasyfikowaną od uczelni rosyjskich (także z Syberii, Tatarstanu), z Kazachstanu, Białorusi, Malezji ….  co nie powinno być powodem do dumy a raczej  do zadumy i namysłu, czego nie tylko na UJ brakuje.

Skutki degradacji uniwersytetu, w wyniku złego traktowania a także usuwania z UJ osób intelektualnie zagrażającym przewodniej sile narodu i przez nią namaszczonych,  są widoczne. Eliminowano osoby skierowane na poszukiwanie prawdy, aż w końcu usunięto zapis ze statutu UJ, że uniwersytet to jest korporacja nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Prawda przestała być celem pracy uniwersyteckiej. Myślenie, szczególnie krytyczne, było penalizowane i tych co tego uczyli studentów wypędzano z UJ z oskarżenia o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką. 

Dziś na uniwersytecie pracownicy boją się mówić, a nawet myśleć, a zapewnieniem im bezpieczeństwa nie zajmuje się żadna instancja uniwersytecka, także Dział Bezpieczeństwa. Dzisiejszy stan uniwersytetu nie jest dla mnie szokiem, tylko spodziewaną konsekwencją takiej polityki akademickiej.

Szkoda, że pan redaktor nie zapoznał się z moimi tekstami/dokumentacjami w tej materii [m.in. Blog akademickiego nonkonformisty – https://blogjw.wordpress.com/)  opartymi na faktach, z którymi się nie dyskutuje. Widocznie uniwersytet zmienia swoją funkcję, traci swą istotę, którą stanowiła dyskusja i poszukiwanie prawdy.

Chyba pan redaktor nie zapoznał się z dokumentacją przewalania się przed uniwersytetem hord młodzieży wspieranej przez kadry jagiellońskie z rektorskimi włącznie a Dział Bezpieczeństwa UJ nie przeprowadził badań naukowych/ ankietowych nad bezpieczeństwem osób zagrożonych je.aniem, wyp…dalaniem,  mimo że te groźby były słyszalne i są udokumentowane/ujawnione. ( Reakcje w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Krakowie, 28.10.2020 r.-https://jwfotowideo.wordpress.com/2020/10/28/reakcje-w-sprawie-wyroku-trybunalu-konstytucyjnego-w-krakowie-28-10-2020-r/).

Skierowanie uwagi Działu Bezpieczeństwa na orientację seksualną jak najbardziej może i powinno się kojarzyć z agencją towarzyską, a nie z uniwersytetem, bo w tym winno się badać przede wszystkim bezpieczeństwo, tak studentów, jak i pracowników o odmiennej orientacji intelektualnej i moralnej, penalizowanej od czasów komunistycznych z  zachowaniem ciągłości, tak prawnej, personalnej jak i obyczajowej.

Tak się składa, że swoje doświadczenia nad brakiem bezpieczeństwa osób szykanowanych na uczelniach (także na UJ) przelałem na wiele tekstów, tak w sieci  ( m.in. https://nfamob.wordpress.com/, https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-piotra-gajdka/   ) jak i na papierze  ( m.in. Mediator akademicki jako przeciwdziałanie mobbingowi w środowisku akademickim, Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego,   Plagi akademickie– książki dostępne także w „Jagiellonce”).

Do mnie zgłasza się wiele osób, których bezpieczeństwo jest zagrożone, godność i dobra osobiste naruszane, a nie mają wsparcia, także na UJ, gdzie jest Dział Bezpieczeństwa i inne instancje.

Temat dziwności świata jagiellońskiego, a także medialnego, winien być objęty specjalnym projektem, a jego wyniki opublikowane/ujawnione. Chętnie deklaruję współpracę w realizacji takiego projektu, ale jak dotąd, ze względu na moją odmienną od preferowanej/obowiązującej orientację, tak intelektualną, jak i moralną, nie miałem na to szans.

Natomiast na UJ projektów/studiów/prac nad odmienną orientacją seksualną jest moc i UJ ma kadry wyspecjalizowane w zakresie problemów  pracownic i pracowników seksualnych,  co można odbierać jako przygotowanie merytoryczne do nowej funkcji uniwersytetu.

  Dziękuję Pani kurator za publiczne ujawnienie tych przygotowań.

Nauka przykryta ideologią

Nauka przykryta ideologią

Podczas postępowej manifestacji „przeciwko ideologizacji nauki i edukacji”

przed Muzeum Narodowym

pojawił się, jak ocenili organizatorzy

i niezawodny student UJ – Franek Vetulani ( na Fb) homofobiczny, „kłamliwy, antynaukowy i stygmatyzujący baner”. [baner mówił: „są dwie płcie tak mówi biologia„].  

Mimo zgłoszenia do policji tego niespodziewanego przez organizatorów ‘skandalu’, w postaci alternatywnej, naukowej argumentacji „baner przez około dziesięć minut szpecił szlachetny i piękny protest pod MNK, propagując kłamliwą ideologię. Hańba! ” [F. Vetulani na Fb]. Organizatorzy zdołali go jednak zasłonić postępowymi banerami, kreatywnie stosując subkulturę unieważniania, co zapewne wynieśli z naszych uniwersytetów. .

Co na profesorowie UJ? Niektórzy byli po tej samej stronie – zwalczania argumentów naukowych ideologią tęczową w ramach walki „z ideologizacją nauki i edukacji” .

A co na to inni – naukowi, a nie ideologiczni  naukowcy ?

Czy UJ jest jeszcze uniwersytetem, czy już się zamienił w agencję towarzyską z nienawiścią reagującą na wszelkie przejawy naukowej argumentacji?

Wstęp do patologii transformacji akademickiej

Wstęp do patologii transformacji akademickiej

Na ogół wybory 4 czerwca traktuje się jako początek transformacji ustrojowej, która prowadziła do przekształcenia PRL w III RP, zwanej jednak często – przez zawiedzionych transformacją – PRL-bis.


Patologie transformacji, szczególnie gospodarczej, były wielokrotnie omawiane, ale na ogół słabo są znane przekształcenia domeny akademickiej. Transformacja, jak obecnie wielu sądzi, i to zasadnie, doprowadziła nawet do pogorszenia stanu nauki i edukacji wyższej w III RP, w porównaniu z PRL. Co prawda podnosi się tzw. sukces edukacyjny, polegający na imponującym wzroście liczby osób obdarzanych dyplomami ukończenia szkół z nazwy wyższych, lecz ten wzrost – od kilku procent do około 50 proc. – niewiele ma wspólnego z podniesieniem poziomu wykształcenia. Jesteśmy potęgą dyplomową/tytularną, lecz mizerią naukową/innowacyjną.


Domena akademicka zachowała ciągłość prawną i kadrową z PRL oraz kompatybilność z obozem (post)komunistycznym przez wiele jeszcze lat. W Polsce uznawano dyplomy/tytuły takich „potęg” naukowych jak Białoruś, Kirgizja, Korea Płn., Kuba, Libia, Tadżykistan, Uzbekistan, Ukraina czy Wietnam, co skutkowało wzrostem natężenia turystyki „dyplomowej” i awansami udyplomowionych.

Brak kompatybilności z systemem zachodnim był natomiast skuteczną barierą powrotu naukowców polskich, emigrantów akademickich z okresu „jaruzelskiego”. I niewiele w tej materii się zmieniało, poza wzrostem emigracji młodych, wykształconych, po zniesieniu lockdownu komunistycznego i wejściu do UE. I niewielu wraca, bo system ich odrzuca, także emigrantów wewnętrznych.


Ten stan rzeczy różnił się zdecydowanie od transformacji prowadzącej od Polski pod zaborami do Polski Niepodległej, kiedy do biednego kraju wracali akademicy z najlepszych europejskich ośrodków. 


Wielka czystka akademicka (emigracja, weryfikacje polityczne) sprzed 1989 roku doprowadziła do luki pokoleniowej, ale nie zaplanowano jej wypełnienia, lecz dopuszczono do karykaturalnej wręcz wieloetatowości (w latach 90. rekordzista „pieścił” 17 etatów akademickich) na rosnących jak grzyby po deszczu uczelniach (największa liczba w Europie!), zakładanych często przez nomenklaturę akademicką PRL.

Dekomunizacji nie przeprowadzono. Nie pracowano nad należytymi zmianami strukturalnymi, lecz nad zmianami nazewnictwa uczelni, nad ich awansami z tzw. szkół wyższych w akademie, a następnie w uniwersytety, a takie awanse uzależniano od liczby utytułowanych naukowców. Utytułowano ogromną liczbę pracowników tych szkół, nieraz na podstawie słabych prac, publikowanych w uczelnianych pismach, ocenianych przez samych swoich.

Udyplomowieniu towarzyszyła plaga plagiatów, a także produkcja lipnych dyplomów przez wyspecjalizowane firmy. Prace i naukowcy o wysokim poziomie, randze międzynarodowej, w tej masie niemal całkiem się roztopili, trudni do zauważenia, o ile nie przeszli (dobrowolnie lub zmuszeni sytuacją życiową) do sektorów pozaakademickich czy za granicę.


Staliśmy się potęgą europejską, nie tylko jeśli chodzi o liczbę uczelni, lecz także profesorów prezydenckich i doktorów habilitowanych, ale pozycja Polski, jej najlepszych uczelni, pozostała słaba w rankingach uczelni światowych. Widocznie wartość naukowa naszych tytułów jest znikoma, zresztą w świecie nie budzą one większego zainteresowania.


Nakłady na naukę były śmiesznie niskie, a przy tym w żenujący sposób marnotrawione. Wiele placówek, z nazwy naukowych, utrzymywało się głównie z wynajmu nieruchomości, a nie z wytworów intelektualnych, dlatego na polu innowacyjności, mimo transformacji, ciągniemy się w ogonie Europy.

Trudno żeby było inaczej, skoro na przykład w placówce PAN komputery w latach 90. służyły do „badania” pasjansów, a używanie ich do celów naukowych bywało wręcz zabronione. Utrudnianie działalności naukowej przez feudałów – beneficjentów transformacji – nadal ma miejsce. Konieczność pracy naukowej w konspiracji, finansowanej własnym sumptem, nie była rzadkością.

Podwyższanie nakładów na naukę, bez zmiany kultury zarządzania domeną akademicką, nie zmieni zasadniczo jej efektów ani nie spowoduje powrotu naukowców pracujących w innej kulturze akademickiej. 
Zalegalizowano niejako ustawianie konkursów na etaty, na granty i utajnianie rezultatów przed podatnikami. Umożliwiono produkcję lipnych dyplomów do szczebla najwyższego włącznie.

Natomiast pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – pozostaje bez odpowiedzi. Patologia transformacji akademickiej to temat na dużą książkę (interdyscyplinarny projekt), potrzebną, aby zacząć przekształcać domenę akademicką we właściwym kierunku.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska Nr 23 z 9 czerwca 2021

Polski Ład i nauka w nieładzie

Polski Ład i nauka w nieładzie

Rząd ogłosił nowy społeczno-gospodarczy program na okres pocovidowy. Co prawda nie ogłosił, kiedy skończy się pandemia i kiedy ten nowy ład zostanie wprowadzony w życie, ale zmęczeni Polacy mają wiedzę, że wszystko, co ma początek, to i koniec winno mieć, i z nadzieją oczekują na wyjście z covidowego kryzysu. Ma być odbudowana gospodarka, uporządkowany bezład przestrzenny, zainstalowana tarcza prawna, wzmocniona domena zdrowia. Jest optymizm.

W zaprezentowanych przez rząd obszarach ładu pocovidowego niestety trudno zauważyć domenę akademicką, zredukowaną do marginesu. Zauważył to zaniepokojony programem znany prof. Wojciech Pluskiewicz, pisząc na swoim blogu, że „nie ma ani słowa o nakładach na uniwersytety i badania naukowe”, a planowane zmiany mają wspólny mianownik: „Dajemy rybkę zamiast wędki”. Bez wprowadzenia Nowego Ładu do bezładu panującego w nauce uprawianej w Polsce nie dostaniemy wędki, a po skonsumowaniu rybki grozi nam, że Polska pozostanie „takim europejskim średniakiem, bez własnych, niezależnych intelektualnych elit, zdolnych do tworzenia i realizowania prawdziwie propaństwowych idei”.

Trudno nie podzielać tych obaw, ale premier Morawiecki mówi, że „Polski Ład jest programem otwartym, bardziej zresztą społecznym niż politycznym” a „na dobre pomysły nigdy nie jest za późno”. Jest zatem nadzieja, że jeszcze nic straconego i domena akademicka zostanie włączona do tych obszarów, które należy wydobyć z nieładu. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wcześniejsze ujawnienie założeń programu kopernikańskiego, który nieco ładu w nauce może wprowadzić, wywołał u decydentów akademickich stany lękowe. Obawa przed naruszaniem status quo jest wielka. Można się spodziewać, że program uporządkowania domeny akademickiej, co dawałoby szanse na wyjście nauki z dołka, skutkowałby stanami lękowymi niemal całego środowiska. 

Polski Ład przewiduje opracowanie modelu wsparcia psychologicznego dla dzieci i młodzieży, bo młodzi Polacy okresu pandemicznego objawiają poważne zakłócenia na drodze swojego rozwoju. Dla domeny akademickiej takiego modelu się nie przewiduje, mimo coraz większych dolegliwości natury psychicznej całkiem dorosłych akademików. Może rezygnacja z uporządkowania tej domeny, zaprowadzenia ładu, ma taki model zastąpić, bo jeśli – mimo zmian – wszystko pozostanie bez zmian, stany lękowe same ustąpią. Niestety, ten spodziewany stan rzeczy nie spowoduje, że domena akademicka zacznie rosnąć w siłę, nawet jeśli ludzie będą okresowo żyli dostatniej. Jak nie będzie należytego zaplecza intelektualnego, to okres ten może nie trwać długo. 

I Rzeczpospolita rosła w siłę, gdy królowie dbali o swe elity intelektualne. Nie jest tajemnicą, że obecne elity są słabe i nie jest to odczucie subiektywne, lecz niepokojąca prawda. Nawet doskonali profesorowie (Rada Doskonałości Naukowej) wykazują tyle niedoskonałości, że jest obawa o dalsze wprowadzanie do domeny akademickiej ludzi, których tam nie powinno być. A od domeny akademickiej do władzy umocowanej konstytucyjnie (ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza) tylko mały krok.

Zatem obszar nowego ładu pocovidowego winien objąć także, i to najlepiej priorytetowo, domenę akademicką. „Konstytucja dla Nauki” nie zapewnia należytego funkcjonowania domeny akademickiej, o czym było wiadomo przed jej wprowadzeniem, a posłowie PiS uważali, że to katastrofa. Wdrażanie jej w życie, nawet po modyfikacjach, nie rokuje dobrze dla nauki w Polsce. Obecna kultura, a raczej subkultura zarządzania domeną akademicką, zraża młodych do wybierania jej na dalsze życie, a starszych – przez lata funkcjonujących w systemach zagranicznych – zraża do powrotów. 

Wszystkie sektory władzy można poddawać kontroli społecznej, nawet sądownictwo, na co mamy dowód nawet na poziomie Sądu Najwyższego, ale domena akademicka kontroli społecznej nie podlega. Jest autonomiczna, a kieruje się zasadami feudalnymi. Nawet największe brednie „doskonałych” nie podlegają krytyce, nawet szkodliwe projekty badawcze są pozytywnie oceniane i finansowane w systemie zamkniętym, bez kontroli społecznej. Każdy podatnik, który by chciał się dowiedzieć, na co idą jego pieniądze, jest traktowany jako nieuczciwa konkurencja. Obywatel myślący kategoriami dobra wspólnego jest uważany za walczącego z wiatrakami, którego trzeba się wystrzegać.

Skoro obecnych struktur nie da się naprawić ani przenieść w stan nieszkodliwości, trzeba stworzyć nowe – niezależne od istniejących – alternatywne i odnawialne źródła energii intelektualnej i wdrożyć je do nowego ładu akademickiego.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska Nr 22 z 2 czerwca 2021

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Jak doskonały profesor (nie)radzi sobie z plagami akademickimi

Po raz kolejny mój tekst nawiązuje do twórczości jednego z doskonałych w polskiej domenie akademickiej – profesora doktora habilitowanego Bogusława Śliwerskiego. Profesor dzięki swojemu blogowi „pedagog” funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako swoisty holotyp (okaz typowy) doskonałego profesora, ukazując jego cechy, mimo mankamentów, nader trudne do udoskonalenia. (O konieczności doskonalenia doskonałych, „Kurier WNET”, kwiecień 2020 r., O konieczności przenoszenia „doskonałych” w stan nieszkodliwości, „Kurier WNET”, listopad 2020 r., Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? „Kurier Wnet”, kwiecień 2021 r.)  

Na okoliczność ukazania się mojej książki „Plagi akademickie”, na ogół pomijanej w środowisku akademickim, profesor na swoim blogu  wziął pod swoją lupę nie tyle książkę, co moją nic nie znaczącą w domenie akademickiej osobę. (https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html)

 To zdumiewające, bo inni, mniej lub bardziej doskonali, do mojej działalności, jak i osoby stosują kulturę (raczej subkulturę) unieważniania/kasowania/wymazywania/ewaporacji.

Jak można sądzić, profesor zapoznał się przynajmniej częściowo z moją książką, którą chyba zakupił, bo pisze o rzekomo wygórowanej jej cenie (może ją zakupił w Polonia Bookstore Chicago, gdzie jest oferowana za   $23.85, zamiast kilkakrotnie taniej np. w sklepie Gazety Polskiej) przy okazji wątpiąc, że została ona wydana pro publico bono.

No cóż, naszym etatowym profesorom, podobno na głodowych pensjach (jednofunkcyjni zarabiają jedynie ok. 10 tysięcy, a wielofunkcyjni – tylko kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie) w głowie się nie mieści, że ktoś bezetatowy, wyklęty z domeny akademickiej, może w interesie publicznym wydać książkę i to w trosce o uniwersytet, o doskonałych, choć biednych profesorów.

Subkultura unieważniania

Niestety doskonały profesor nie podjął się merytorycznej, krytycznej analizy moich „obrazoburczych” tekstów, o co się wielokrotnie do gremiów akademickich zwracałem, tylko skoncentrował się na dyskredytowaniu mojej osoby. Jest to metoda doskonale mi znana od dziesiątków już lat, kiedy wyborowi akademicy, a czasem gremia anonimowe, dokonywały „rozstrzeliwania” – i to z dział największego kalibru – mojej osoby (na ogół pudłując, stąd jeszcze jestem obecny, choć trudno im to znieść) nie podejmując nawet polemiki merytorycznej z moimi tekstami, siłą rzeczy niedoskonałymi, ale poddawanymi osądowi bardziej doskonałych.

Przecież autor może popaść w niczym nie uzasadnione zadufanie, jeśli setki tekstów – o ważnych problemach świata akademickiego – poddawane są tylko subkulturze unieważniania bez podania nawet przyczyny. Natomiast ciosy doskonałych akademików, raz za razem, są kierowane na korpus autora, i to poniżej pasa. W boksie uważnym za sport nieraz brutalny, to bijący poniżej pasa jest dyskwalifikowany i przegrywa, ale w naszej autonomicznej domenie akademickiej jest na odwrót. Kto jak kto, ale profesor może bić poniżej pasa, a jakby mniej utytułowany krzyknął lub choćby pisnął z bólu, musi się liczyć z dyscypliną i potępieniem. Standardy feudalne przetrwały u nas przez wieki i żadne burze dziejowe, transformacje, reformy, tego nie zmieniły.

Powszechnie wiadomo, że aby merytorycznie dyskutować czy oceniać, trzeba z tekstem (i okolicami) się zapoznać ze zrozumieniem, poddać  refleksji i analizie oraz coś sensownego napisać, aby przekonać innych o swej słuszności. Niestety takie umiejętności są w zaniku, także u doskonałych profesorów.

W ramach swej pedagogicznej i doskonałej metodologii profesor unieważnił moje badania pisząc „Po doktoracie nie prowadził już badań naukowych, skoro nie uzyskał stopnia naukowego doktora habilitowanego.” Nie przejmując się faktem, że po doktoracie, mimo panowania „lockdownu” Jaruzelskiego, aż do wieku XXI prowadziłem więcej badań niż do doktoratu. Ta działalność objęta u nas subkulturą wymazywania, prowadzona była głównie w konspiracji (także w III RP!), poza finansowanymi projektami, ale jednak znana nawet na innych kontynentach.

Co więcej, niektórzy zauważali, że nie mając etatu akademickiego, publikowałem więcej niż na etacie. Taktownie nie zauważali, że jest to oczywisty rezultat wydostania się poza zasięg „maczug” profesorskich, poza możliwość blokowania lub poboru mojej działalności intelektualnej na ich konto (w ramach dostaw obowiązkowych). Nawet dostęp do komputera był blokowany, a służył innym do „badania” pasjansów, a nie do pisania prac naukowych. Okazało się, że człowiek wolny, nawet niefinansowany, może zrobić o wiele więcej, niż człowiek zniewalany, szczególnie w domenie akademickiej!

Oczywiście moje prace nie przechodziły przez ręce doskonałych profesorów od tytułów (chyba nigdy by się nie ukazały), lecz były przekazywane bezpośrednio do redakcji naukowych, także zagranicznych. Tak się składa, że jako geologa, najlepiej moje prace merytorycznie ocenia Matka Ziemia i są tego rezultaty o dużej wartości społecznej, gdy prace oceniane wysoko przez „profesorów” nieraz trzeba wrzucać do kosza.

Faktem jest jednak, że to co zrobiłem, to najwyżej kilka procent tego, co mogłem zrobić w normalnym systemie akademickim.

Profesor autonomiczny wobec prawdy i faktów

Prof. Bogusław Śliwerski, mimo że ukończył pedagogikę i jest członkiem Rady Doskonałości Naukowej (wcześniej CK), wypisuje na mój temat zupełne niedorzeczności, niemal całkowicie niezależne od prawdy i faktów. Mimo skasowania mnie w domenie akademickiej, można znaleźć o mnie podstawowe informacje, chociażby na moim – znanym profesorowi- „blogu akademickiego nonkonformisty” (w zakładce Autor). Może profesor dokonuje manewrów omijania prawdy, aby przygotować pole do swoich dyskredytacji.

Doskonały profesor zarzuca mi, że zapomniałem o składanej przysiędze Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, której treść w języku łacińskim taktownie przytacza w swoim tekście. Wykazał się znajomością faktu, że jestem doktorem, ale nie pofatygował się sprawdzić jakiej jednostki naukowej.  Otóż doktorat nadała mi Polska Akademia Nauk, a nie UJ, a ponadto nie składałem nikomu przysięgi doktorskiej. Widocznie w PRLowskiej nauce panował taki bałagan, że tego ode mnie nie wymagano, dając mi wówczas swobodę mojej działalności, tak naukowej, jak i społecznej, bez uwiązania ideologicznego/instytucjonalnego. Dyplom odebrałem po dłuższym czasie, bo był potrzebny etatowym biurokratom do bezterminowego zatrudnienia na UJ.

Tym niemniej, zgodnie z tym co inni przysięgali a nie zawsze realizowali, zawsze i wszędzie starałem się postępować godnie i w miarę swych sił i możliwości – a nawet ponad siły – wspierałem UJ. Wszędzie, gdzie to możliwe, i czynię to do dnia dzisiejszego, mimo wypędzenia mnie z uczelni przez tajną (do tej pory!) grupę przestępczą, wprowadzającą w życie dyrektywy grupy przestępczej o charakterze zbrojnym pod wodzą Wojciecha Jaruzelskiego. A doskonały profesor bajdurzy: ”uczelnia przytuliła go do siebie..”  Przez nikogo nie przytulony wydałem książeczkę – Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego. W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych, czyli jak zło dobrem zwyciężać– fakt, że tylko w pdf, a nie na papierze, ale za to dostępną za darmo w sieci –https://blogjw.wordpress.com/w-trosce-o-uniwersytet-i-prawde/. I nadal jestem na uczelni persona non grata.

Do czasu wypędzenia w 1987 r. wykonywałem obowiązki samodzielnego pracownika nauki, co stwierdzała – zgodnie z prawdą – Rada Naukowa Instytutu Nauk Geologicznych UJ na początku 1980 r. Potem jednak nastąpił okres czystek akademickich, okres post-prawdy i post–historii, a najtęższe głowy historyczne do tej pory nie zdołały w historii UJ zidentyfikować ani systemu komunistycznego, ani przewodniej siły narodu, ani stanu wojennego. Ja zostałem skasowany, moja działalność wspierająca UJ – wymazana, a materiały archiwalne – uległy ewaporacji.

Mimo, że w ramach projektu UJ „Pamięć uniwersytetu” udzieliłem ok. 6 godzinnego, filmowanego wywiadu, przekazałem w darze ekipie dokumentalistów telewizor marki Sony, aby wesprzeć biedny uniwersytet na drodze dociekania prawdy, nic z tego materiału do dziś nie ujawniono. Zmieniono statut UJ, aby nauczający profesorowie nie mieli obowiązku poszukiwania prawdy wraz z nauczanymi studentami i prawdy do dziś nie poznaliśmy. Nikt nie ma zamiaru jej poznać (moje usiłowania w tej materii dokumentuję na stronie https://nfapat.wordpress.com/).

Co z tego, że ja starałem się postępować godnie, a broniący mnie studenci i wychowankowie ostrzegali władze UJ, że takie metody jakie stosują wobec mnie, nie wprowadzą uczelni godnie w wiek XXI.  I godność jagiellońskich akademików nie zdołała przekroczyć progu wieku XXI, choć próg ten przekroczyli rozmaici doskonali profesorowie, zadowoleni, że kodeks honorowy Boziewicza na naszych uczelniach nie obowiązuje. 

„Socjalistyczny geolog” czy element antysocjalistyczny?

Profesor nazywa mnie „socjalistycznym geologiem”, nie definiując tego neologizmu, którego nie mogę znaleźć w sieci. Co prawda znalazłem materiał „Geologia inżynierska w służbie budownictwa socjalistycznego”, ale to nie moja specjalizacja, a ja jako element antysocjalistyczny zostałem wyklęty spośród budowniczych tego najlepszego z ustrojów, którego zdaje się profesor jest beneficjentem (socjalistyczny pedagog?). Nie zostałem asystentem na Uniwersytecie Warszawskim, którego jestem absolwentem, bo się nie zhańbiłem przynależnością do ZMS i nie mogłem należycie, socjalistycznie  oddziaływać na młodzież akademicką, a po 11 latach wspierania Uniwersytetu Jagiellońskiego  w formowaniu młodej kadry akademickiej (który z profesorów uformował w tym okresie lepszych?), z czym ci na etatach profesorskich nie dawali sobie rady, zostałem wypędzony, jako element niereformowalny, negatywnie oddziałujący na młodzież akademicką.

Ta podnosiła, że uczyłem ją myślenia i to krytycznego, oraz nonkonformizmu naukowego.  Gdyby te moje nauki wdrożono w życie, to bezmyślny, konformistyczny socjalizm upadł by całkowicie, a nie tylko medialnie. Domena akademicka nie mogłaby się składać z takich doskonałych profesorów i przez nich formowanych/akceptowanych, którzy merytorycznej dyskusji/krytyki nawet nie są w stanie podjąć, koncentrując się na zadawaniu ciosów poniżej pasa i samokompromitacji.

Darmowy doktorat, bez wspierania gangów lipnych dyplomów

Doskonały profesor zarzuca mi, że w PRL dostałem darmowe wykształcenie, a nawet stopień naukowy doktora mam za darmo, wcielając się swoją argumentacją chyba w członka KC, choć sam – zdaje się – był tylko członkiem CK. Nie podał przy tym kosztów/strat jakie poniósł PRL z tego powodu, a chyba były wielkie, skoro PRL zbankrutował, przestał istnieć, a ja nadal istnieję i nadal się kształcę, jak w PRL, bez dotacji.

Wiele z tego kształcenia, finansowanego w PRL z drenowanej kieszeni obywatela (nie mówię z podatków, bo takowych, jak pamiętam, w PRL formalnie nie płaciłem) musiałem się oduczyć, co sporo mnie kosztowało, może nawet więcej niż nauka szkolna i uniwersytecka.

Nawet dyplom doktorski mam darmowy, bo nie wspierałem gangów lipnych dyplomów, które funkcjonują od lat, nieraz przy współpracy etatowych kadr akademickich. Posiadacze lipnych dyplomów nie są traktowani jako persona non grata na naszych uczelniach, a czasem są   kierowani przez doskonałych profesorów do nominacji profesorskich. Tym sposobem gangi od lipnych dyplomów nie upadają nawet w czasach bezrobocia, ale nienawidzą tych, którzy nie dają im zarobić i piszą prace samodzielnie.

Na moim dyplomie nic nie zarobili, także profesorowie, choć po doktoracie byłem obligowany do dostaw obowiązkowych – nie dostaw płodów rolnych, które funkcjonowały w PRL, tylko płodów intelektualnych, co moim zdaniem rujnowało i rujnuje naukę w Polsce, bo jak wiadomo – kradzione nie tuczy!

W rezultacie mamy lipne kadry, w niemałym stopniu oparte na lipnych dyplomach, a profesorowie -z samego wierzchołka góry lodowej naukowej nieuczciwości – plagiatują, mniej lub bardziej, takich jak ja, skasowanych w domenie akademickiej. Sytuacja jest nadzwyczaj jasna. Skoro mnie określi się jako zero, to plagiatujących mnie profesorów, nawet z samych szczytów, trzeba określić jako „mniej niż zero” – nieprawdaż?

Bezradny wobec plag akademickich

Doskonały profesor wykosztował się na moje „Plagi akademickie”, ale nie zdołał napisać ich recenzji. Nawet nie wiadomo, ile z tego zrozumiał/przemyślał/rozważył/przetrawił. Widocznie temat za trudny, niestrawny, choć – moim zdaniem- dla doskonałych analizowanie/recenzowanie takich tekstów, to winien być chleb powszedni.

Gdyby student, na moim seminarium, przedstawił taki tekst, nie miałby szans na zaliczenie. Niektórzy o moich wymaganiach wiedzieli i woleli zaliczać u etatowych profesorów. Szli na łatwiznę. Można sądzić, że pan profesor jest w czepku urodzony, bo nie musiał u mnie zaliczać. O karierę byłoby ciężko.

Łatwiej przychodzi profesorowi rozprawianie się, i to niemiłosierne, z maluczkimi, tj. nie tak jak on utytułowanymi. Czy to nie jest grzeszne jak na profesora postępowanie? Zamiast doskonalić innych, stara się ich „dołować”/unieważniać, aby okazać wyższość i poprawić swoją ważność. W swym tekście przekroczył granice etyczne, merytoryczne i metodologiczne, jakie winny obowiązywać każdego profesora, nie tylko doskonałego.

Dobrze by było, aby w ramach ekspiacji zobowiązał się do sfinansowania kolejnych tomów „Plag akademickich”, najlepiej do bezpłatnego rozprowadzenia ich wśród biednych akademików. Domena akademicka jest wysoce niedoskonała i trzeba znać jakie plagi ją degradują, aby wiedzieć jak ją poprawić na pożytek Polski i Polaków. Póki co społeczeństwo, które zaczyna się orientować, że z profesorami jest coś nie tak, w rankingach prestiżu zawodowego wyżej ceni strażaków niż profesorów. Trudno się dziwić. Bez strażaka można pójść z dymem, a bez profesora można żyć długo i szczęśliwie. Wiele jest przykładów profesorów, których ulubionym zajęciem jest zatruwanie życia innym i wtedy szanse na życie szczęśliwe i długie są żadne.

Takich trzeba przenosić w stan nieszkodliwości, co już na łamach Kuriera WNET postulowałem (a wcześniej, jeszcze w epoce „jaruzelskiej” po doświadczeniach z jagiellońskimi profesorami).

I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany Profesor Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, którego jedną z sentencji warto przypomnieć na okoliczność tyrad doskonałego profesora: „Nawet niebo oglądane z góry jest dnem”.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w czerwcu 2021 r.

Świętowanie kryzysu uniwersytetu

Świętowanie kryzysu uniwersytetu


W Krakowie 11 maja obchodzono 75 lat istnienia Uniwersytetu Pedagogicznego, a 12 maja Święto Uniwersytetu Jagiellońskiego, który ukończył już 657 lat.


Uniwersytet Pedagogiczny (UP) przechodzi obecnie poważny kryzys finansowy i kadrowy, bo zwalnia pracowników, co się określa jako wielką czystkę, choć chodzi o przenoszenie starszych pracowników na emeryturę, a nie o wyrzucanie ich na bruk.

Szczególny lament wywołuje los prof. Janusza Majcherka, znanego znawcy relatywizmu w nauce i kulturze, który w 2009 r. był promotorem doktoratu honoris causa Adama Michnika, przeciwko czemu bezskutecznie protestowaliśmy. Majcherek interpretuje swoje odejście na emeryturę jako skutek swego nieposłuszeństwa wobec obecnej władzy, tworzącej podobno nowy front ideologiczno-polityczny dla umożliwienia zatrudniania innych/posłusznych, z klucza narodowo-katolickiego. Jakoś nie mogę znaleźć informacji o negatywnych reakcjach emerytowanego już profesora (i lamentowników), na polityczne czystki czasów „jaruzelskich”, kiedy wyrzucano na bruk, w sile wieku i intelektu, tych nieposłusznych, którym nie było pod drodze z przewodnią siłą narodu. Chyba chodzi o zastosowanie relatywizmu moralnego w subkulturze unieważniania w domenie akademickiej.


Co więcej, pedagogiczna „S” domaga się pozbawienia Adama Michnika, a także Henryka Jabłońskiego, miana doktora honoris causa UP. Ich honory uwiecznione są na wielkiej tablicy w budynku UP, wśród wielu innych zasłużonych dla utrwalania/nierozliczania komunizmu, a także tych, którzy nie zachowywali należytego dystansu wobec SB. Czystka doktoratów honorowych jest zatem daleko niewystarczająca. Jednak, jakby dla zabezpieczenia się przed ich redukcją, uczelnia przyznała ten zaszczytny tytuł prof. Andrzejowi Chwalbie (UJ), znanemu historykowi, mającemu jednak trudności z poznaniem własnej historii. Starając się przed laty o prezesurę IPN, nie ujawnił swojej przynależności do PZPR, może uważając ją za nieistotną na stanowisku w IPN. W mediach twierdził, że na UJ PZPR skończyła się wcześniej, tzn. przed medialnym upadkiem komunizmu, co wskazuje, że najnowszą historię traktuje raczej jako dzieje bajeczne. Chyba nikt (oprócz mnie) mu nie wypomina, że gdyby tak było, to za ekscesy czystek końca PRL autonomicznie odpowiadałyby władze UJ, a nie odpowiadają! Historycy i z tą kwestią sobie poradzili, usuwając czystki kadrowe (te realne) z historii UJ.


Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, znany także z kłopotów plagiatowych, na okoliczność „pokrzywdzenia” prof. Majcherka, wyraził jednak słuszne zdanie: „Uczelnia przypomina raczej winnicę, w której trzeba czekać czasami dziesiątki lat, aby zrodziła dobre owoce.” Szkoda, że go nie użył wobec czystek „jaruzelskich”, które w pełni tę sentencję potwierdzają, bo mimo upływu dziesiątków już lat ścięta winnica nie zrodziła dobrych owoców, stąd degradacja nauki w Polsce, nie tylko na UP, czy UJ.


Uwidacznia to m.in. euforia medialna w święto Uniwersytetu Jagiellońskiego, wobec zajęcia przez UJ najwyższego miejsca (bo w czwartej setce) spośród polskich uczelni w rankingu światowym. Media w tytułach taktownie nie podnoszą, że chodzi o ranking moskiewski, w którym UJ jest klasyfikowany o dwie setki niżej od uczelni syberyjskiej (Tomsk) i niżej od 5 malezyjskich uczelni, a podobnie jak uczelnia Tatarstanu (Kazań). To, co przygnębia, jest wynoszone do rangi świątecznego sukcesu (sic!).


Na swoje święto UJ – kryzysowy uniwersytet – wyróżnił tytułem profesora honorowego prof. Piotra Sztompkę, uznanego za „jednego z najwybitniejszych polskich humanistów i badaczy społecznych w całej historii polskiej nauki”, znawcę kryzysów uniwersyteckich.

Przed kilku laty profesor na okoliczność jubileuszu 650-lecia założenia UJ zorganizował jego główną imprezę – Kongres Kultury Akademickiej, po którym zawyrokował, że „’kryzys idei uniwersytetu wyraża się w dziesięciu fatalnych tendencjach”. Zareagowałem dziesięcioma polemicznymi tekstami, zgrupowanymi następnie w broszurę dostępną publicznie (w pdf.) pt. „Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką”. Profesor, pogrążony chyba w kryzysie, nie zareagował.

Z kultury akademickiej nic nie zostało, poza subkulturą unieważniania. Na tę okazję założyłem funkcjonującą do dziś stronę internetową „Wielki Jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego – W trosce o Uniwersytet i prawdę oraz pamięć współczesnych i potomnych” a teksty zebrałem w książeczkę o tym samym tytule. Skasowany na UJ w wyniku subkultury unieważniania, nadal działam na rzecz wysokiej kultury akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 26 maja 2021 r.

Honorowo odznaczony

[zdj. Agnieszka Masłowska]

Z okazji 75 rocznicy utworzenia „Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość”, w 73 rocznicę śmierci rtm. Witolda Pileckiego

otrzymałem honorową odznakę WiN , przed pomnikiem Rotmistrza w Galerii Wielkich Polaków XX Wieku w Parku Jordana.

Kraków, 25 maja 2021 r.

Moje działania pro publico bono na rzecz WiN:

Setki fotoreportarzy związanych z dokumentowaniem upamiętnienia działalności podziemia niepodległościowego

na kanale YouTube –https://www.youtube.com/user/jwfoto

na stronach internetowych:

Niezłomnym ku Niepodległości. Tym, którzy walczyli aby Polska była Polską

https://niezlomnym.wordpress.com/

Niezłomnym ku Niepodległości (2) -https://niezlomnym.photo.blog/

Żołnierze Niezłomni w Parku Jordana w Krakowie

Pomniki „Żołnierzy Wyklętych” w systemie komunistycznym,

uhonorowanych w Galerii Wielkich Polaków XX wieku

http://niezlomniwparkujordana.wordpress.com/

Foto- Kronika Krakowa – strony na wordpress.com ( adresy Autor | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com) – tam też teksty autorskie związane z działaniami podziemia niepodległościowego

Akademicy! Wracajcie do Polski!

Akademicy! Wracajcie do Polski!

To, że polska domena akademicka nie spełnia pokładanych w niej nadziei, jest faktem. Faktem jest również, że domena ta jest osłabiana ogromną, trwającą od lat, emigracją młodych, wykształconych w Polsce ludzi i wielu akademików, nieznajdujących w Polsce miejsca dla realizowania swojego potencjału intelektualnego.  Niestety system akademicki, choć ciągle reformowany, nadal skłania do emigracji i nadal nie jest przyjazny dla powrotów. Postulaty zmian w systemie nauki w Polsce, sformułowane – przed kilkunastu już laty – przez Niezależne Forum Akademickie, z dużym udziałem polskiej diaspory akademickiej, tylko w nieznacznym stopniu zostały uwzględnione w reformach systemu. Przypomnę, że w 2008 została przedłożona Petycja Niezależnego Forum Akademickiego do Sejmu i Rządu RP w sprawie dyskryminacji obywateli polskich przy rekrutacji pracowników naukowych, gdyż ustawy akademickie były bardzo nieprzyjazne/dyskryminacyjne dla naukowców polskich pracujących za zachodnią granicą. Aby objąć stanowisko profesora na polskiej uczelni, musieli zrzekać się obywatelstwa polskiego! Bo nie mieli habilitacji, obligatoryjnej dla obywateli polskich, gdy obywateli innych krajów taki wymóg nie dotyczył. Nieco się w tej materii zmieniło i nawet Polak może zostać profesorem bez habilitacji, kierować zespołami badawczymi, ale oceniać innych przy awansach naukowych to już nie może. Awanse naukowe w Polsce są domeną polskich, doskonałych z nazwy profesorów (Rada Doskonałości Naukowej), choć często faktycznie  bardzo niedoskonałych.

Sześć lat temu apelowałem do Prezydenta RP „Bez zmiany filozofii systemu akademickiego i jego otwarcia na Polonię akademicką raczej trudno sobie wyobrazić wyjście uniwersytetu z obecnego kryzysu i wykorzystania ogromnego potencjału intelektualnego Polaków dla budowy lepszej Polski. Młodzi ludzie, często bez szans na polskich uczelniach, otwartych na „samych swoich” i kultywujących „chów wsobny”, ale zamkniętych na „obcych”, opuszczają kraj, aby realizować swoje pasje. Pracują dla dobra innych krajów, ale nie swojej Ojczyzny. Na ogół nie mają zamiaru wracać do Polski, bo tu ich nikt nie chce.”(pełny tekst na moim blogu –Sprawa otwarcia systemu akademickiego na Polonię akademicką). 

Pięć lat temu apelowałem do min. Gowina w trakcie prac nad Konstytucją dla Nauki: „Zachęcenie – przez ministra – Polonii akademickiej do wzięcia udziału w konkursie na opracowanie założeń do ustawy mogłoby stanowić pożądany krok na drodze do reformowania systemu akademickiego w Polsce.”  Nic z tego, mimo że Polskę opuściło ok. 30 % populacji akademickiej – o czym informował minister- nie stworzono żadnego zespołu z polskiej diaspory akademickiej do prac nad ustawą. W konsekwencji nie dokonano w polskim systemie akademickim należytych zmian, aby ten potencjał wykorzystać dla dobra Polski.

Często podnoszony czynnik finansowy, jako przyczyna emigracji i niechęci do powrotu, nie do końca jest zasadny. Przyczyny są przede wszystkim systemowe i dotyczą także „emigrantów” wewnętrznych, pozostających w Polsce, lecz poza systemem akademickim. Powrotów naukowców na większą skalę nie spowodowała Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej, co było do przewidzenia, bo ich ‘lądowanie’ w kraju nie zostało należycie zabezpieczone.

Zdaje sobie z tego sprawę zespół Strategy & Future dr Jacka Bartosiaka, który w symulowanym przemówieniu dla premiera na Wawelu, z okazji Święta Polonii, zaproponował pakiet ustaw „Prawo do powrotu”, obejmujący również domenę akademicka. Przewiduje on utworzenie w Polsce dwóch nowych uniwersytetów i dwóch politechnik, ale z kadrą złożoną – na początku ich funkcjonowania – wyłączenie z imigrantów. Ta kadra, bez nadzoru polityków (!) sama ma opracować statut i zasady funkcjonowania uczelni. W projekcie podkreśla się: „Niezmiernie ważne jest, aby dotychczasowa kadra naukowa z kraju ani jacykolwiek politycy nie mogli przez określony czas brać udziału w powstawaniu nowych ośrodków naukowych”. Bez nowej kultury funkcjonowania, nauka uprawiana w Polsce nie ma szans na zmniejszenie dystansu do zagranicznych ośrodków, a gospodarka nie doczeka się owocnej współpracy z uczelniami.

Jest oczywiste, że taki pomysł modernizacji domeny akademickiej spowoduje stany lękowe i protesty środowiska akademickiego w obronie status quo. Ale czy władza zdecyduje się na konfrontację z taką spodziewaną postawą środowiska? Trzeba mieć jednak na uwadze, że bez spełnienia dezyderatu: „Akademicy! Wracajcie do Polski!” o wydostaniu się z obecnego gnicia domeny akademickiej nie ma co nawet marzyć.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 19 maja 2021 r.

Aspekty czystki na UJ w epoce „jaruzelskiej” i „czystki” na UP w epoce „covidowej”

Aspekty czystki na UJ w epoce „jaruzelskiej” i „czystki” na UP w epoce „covidowej”

Reakcja wypędzonego dożywotnio z UJ podczas politycznej wielkiej czystki epoki ” jaruzelskiej” podobno „mającego negatywny wpływ na studentów„i działajacego na szkodę uczelni, na wydarzenia na Uniwersytecie Pedagogicznym, gdzie podobno rektor ma negatywny wpływ na studentów i działa na szkodę uczelni

Krakowski Uniwersytet Pedagogiczny (UP), który w PRL funkcjonował jako Wyższa Szkoła Pedagogiczna, w czasach transformacji został przekształcony w akademię, a następnie w uniwersytet. W czasach PRL,  jak pamiętają starsi, był mocno „czerwony”, co widać do dnia dzisiejszego w przestrzeni uczelni „W budynku uczelni eksponowane miejsce zajmuje ‚Audytorium im Wincentego Danka’, a przy auli jego imienia umieszczona jest płaskorzeźba z wizerunkiem zasłużonego rektora-komunisty. – [https://blogjw.wordpress.com/2017/12/03/tak-dla-dekomunizacji-ale-nie-na-uczelniach/] a na dużej tablicy z nazwiskami doktorów honoris causa widnieją utrwalacze systemu komunistycznego.

Dekomunizacji przestrzeni akademickiej, jak i personalnej, nie było. Przez wielką czystkę polityczną czasów „jaruzelskich” zdaje się naukowcy WSP przeszli bezstratnie. Widocznie SB dobrze/skutecznie ich ochraniała, a PZPR dobrze nimi przewodziła. Jest komu być wdzięcznym.

Dziś uczelnia silnie się rozrosła,  zajmuje imponujące budynki, choć mamy kryzys demograficzny, nie tylko pandemiczny. UP liczy się na krajowym rynku pedagogicznym, ale potencjał naukowy ma raczej niewielki. Aktywności jego poszerzania nie stwierdziłem, jako bezetatowiec z pasją naukową i edukacyjną, których ta uczelnia (podobnie jak i inne) nie potrzebuje.

Ale warto zauważyć, że szykanowani i usuwani przed kilku laty z uczelni pracownicy UP potrzebowali mnie i zwracali się o pomoc, gdyż w polskim systemie akademickim nie ma się do kogo zwracać a do mnie można, bo działam jawnie i solidarnie, jako doświadczony subkulturą akademicką, subkulturą kasowania i unieważniania, no i brakiem solidarności, szczególnie dotkliwym dla b. działaczy „S”.

W okresie pandemicznym uczelnia przechodzi poważny kryzys finansowy i ratuje się przenoszeniem starszej kadry na zasłużoną (?) emeryturę. Niektórzy pracowali już 35 lat, a zatem od schyłku epoki „jaruzelskiej”, kiedy z systemu akademickiego usuwano politycznie niewygodnych, nie nadających się do formowania/formatowania narybku akademickiego i słusznie uważanych za szkodników dla systemu komunistycznego i jako zagrożenie dla przewodniej siły narodu. Szkodzili szkodnikom! więc ich usuwano, a szkodnicy pozostawali i rekrutowali im nieszkodzącym. Wypełniali lukę akademicką!  Efekty są widoczne i objawiają się zapaścią, tak intelektualną, jak i moralną, domeny akademickiej.

Obecna sytuacja na UP to przenoszenie beneficjentów takiego systemu na zasłużoną (choć nie do końca) emeryturę. W mediach, w solidarnym dla beneficjentów patologicznego systemu środowisku, takie poczynania uważa się za wielki skandal, za wielką czystkę polityczną, która obejmuje tak zasłużonych naukowców jak prof. Janusz Majcherek – promotor dr h.c. Adama Michnika – którego co prawda się nie zwalania się z UP, bo tam nigdy nie był zatrudniony, ale są postulaty „S” aby – o zgrozo- odebrać mu tytuł dr. hc.

Prof. Majcherek uważa się za ofiarę czystki politycznej a broniący go uznają jego przeniesienie na emeryturę, jako karę za niezależność! Podobno jest to czarna karta w historii szkolnictwa wyższego [sic!].

Lament nad „czystkami” jest wielki, nagłaśniany w mediach, a studenci pikietują w obronie swoich wykładowców, uważając ich za autorytety.[ https://jwfotowideo.wordpress.com/2021/05/21/studencka-pikieta-wsparcia-dla-pracownikow-uniwersytetu-pedagogicznego/]

No cóż, po czystkach „jaruzelskich”, z autorytetami prawdziwymi nie mogli się nawet spotkać, w wyniku subkultury wymazywania i ewaporacji zastosowanej wobec wypędzanych.

Zmanipulowani i pozbawieni wsparcia intelektualnego i znajomości najnowszej historii kształtowania się domeny akademickiej, uznają że przenoszenie ich wykładowców na emeryturę ma na nich negatywny wpływ i jest szkodliwy dla uczelni. Argumentują słusznie na banerach „Kto milczy ten się zgadza”, ale chyba nawet nie wiedzą, że obecny stan, także ich uczelni, to w dużej mierze efekt milczenia, a więc zgadzania się na ekscesy systemu totalitarnego.

Trudno żebym nie miał osobistych skojarzeń z tą sytuacją jako wypędzony na bruk w czasach realnej czystki u schyłku epoki „Jaruzelskiej”, czystki politycznej, przygotowanej na najwyższych szczeblach komunistycznej władzy. Nie było to przeniesienie na emeryturę, lecz wyrzucenie na bruk w sile  umysłu i aktywności, tak intelektualnej, naukowej jak i  edukacyjnej, a przy tym moralnej, zagrażającej przewodniej sile narodu i dla socjalistycznego modelu formowania/formatowania młodych kadr. Oskarżony o negatywny wpływ na młodzież akademicką ! Niestety tą czystką, ani media, ani społeczność akademicka, także „badacze” historii, ani wówczas, ani w latach późniejszych, w tzw. wolnej Polsce, się nie interesowały i się nie interesują. Symboliczne jest więc to, że mogłem na ten temat nieco mówić, ale w poniemieckim schronie [Wywiad z chuliganem, odc. 142 – Józef Wieczorek]

a nie na salach wykładowych, czy klubowych.

No cóż, żyjemy w czasach post-prawdy, post-historii, ale i post- solidarności. Dla pozostałości/upadłości akademickiej [ i sformatowanych] to nie tylko tematy niewygodne, ale zbyt trudne intelektualnie.

Z moją książką „ Plagi Akademickie” [https://blogjw.wordpress.com/plagi-akademickie/]  – gdzie można się zapoznać ze stanem domeny akademickiej,  jak dotąd zmierzył się [ https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/05/jak-drjozef-wieczorek-geolog-z-pasja.html] jedynie jeden z doskonałych profesorów (Rada Doskonałości Naukowej), ale nie dał rady intelektualnie i skoncentrował się na zadawaniu ciosów poniżej pasa  autora [ nadal typowy dla domeny akademickiej sposób prowadzenia dyskusji i dialogu !].  A to jeden z największych autorytetów pedagogicznych w Polsce, z którego myśli/wskazówek intelektualnych/pedagogicznych zapewne czerpią obecni studenci Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie broniący swoich autorytetów.

P.S.zalecana lektura uzupełniająca, dostępna poza bibliotekami  https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/ I liczne teksty -tysiące, część zgrupowana w dostępne za darmo książeczki w pdf (ponad 20) na stronie  https://blogjw.wordpress.com/ Niektóre wydane w wersji papierowej można też znaleźć w Bibliotece Uniwersytetu Pedagogicznego.

Gdy nawalają historycy

Gdy nawalają historycy

Wiosna już w pełni, ale ja dopiero zapoznałem się z książką „Przedwiośnie ‘68” Bohdana Urbankowskiego, poświęconą owianym marcową mgłą faktom i mitom roku 1968. W maju już mgły raczej ustępują, ale mity rozpowszechniane przez historyków, a także polityków, niekoniecznie. Trwają latami, jak te o wydarzeniach Marca ‘68. W jednym z felietonów podniosłem te kwestie, ale wybitny pisarz poświęcił im całą grubą książkę, niemal autobiograficzną, napisaną z pozycji uczestnika wydarzeń w ich warszawskim centrum.

Autor uznał, że gdy „nawalają historycy”, to wiedzę o rzeczywistym charakterze Marca trzeba oprzeć „na nieoficjalnej, często gorzkiej pamięci nielicznych jeszcze uczestników”. I taki charakter ma ta książka, subiektywna, ale za to rozprawiająca się z mitami (hagadami) tych wydarzeń. Autor uważa, że to najbardziej zakłamana część historii PRL od czasów jego instalacji.

W niemałym stopniu tę historią odkłamuje, obarczając winą historyków, którzy nie dotarli do uczestników Marca ’68 – tych wyrzucanych ze studiów, wcielanych karnie do wojska, latami inwigilowanych i pozbawianych pracy, a były ich tysiące.   

Zakłamanych historii czasów najnowszych mieliśmy więcej, a fale ich zakłamywania powracały w czasach III RP. Dokładnie taką samą opinię mam o historii czasów „jaruzelskich”, zakłamywanej przez znaczących nawet historyków, którzy nie docierali do świadków wydarzeń, a jeśli nawet dotarli, to nigdy te świadectwa – jeśli były niewygodne – nie ukazywały się w przestrzeni publicznej. Mimo, że na UJ od lat funkcjonuje projekt „Pamięć uniwersytetu”, z trwającego około 6 godzin wywiadu ze mną – w tym projekcie – nie ukazała się publicznie nawet jedna sekunda. Widocznie zaburzał oficjalną narrację i był sprzeczny z rezultatami badań historyków, którzy nieraz heroicznie walczą o to, aby czasem nie poznać tego co badają. I to im przynosi uznanie, awanse, etaty….  Gorzka pamięć jest źle widziana, stąd historycy chętniej bazują na pamięci beneficjentów, niż na pamięci ofiar, jakby zakładając, że ofiary są mniej wiarygodne.  

Marszałek Józef Piłsudski mawiał: „Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i będzie źle”. Bohdan Urbankowski, znawca biografii Marszałka, postąpił zgodnie z jego naukami, napisał „Przedwiośnie” i jest lepiej, przynajmniej jeśli chodzi o znajomość wydarzeń marcowych.

Przed laty polemizowałem z wybitnym historykiem Januszem Tazbirem, który zarzucał IPN manipulowanie historią i był zwolennikiem zamknięcia teczek na lat 50. Argumentowałem: „To niezrozumiała metodyka. Oczywiście zgodnie z tą metodyką badacze po 50 latach będą mogli się zastanawiać czy tak rzeczywiście mogło być, ale niekoniecznie dowiedzą się jak rzeczywiście było. 50 – letnia luka w dostępie do źródeł może być luką nieodwracalną”. W geologii, zajmując się historią Ziemi, stosujemy znaną od czasów Charlesa Lyella (niemal 200 lat) zasadę „Teraźniejszość jest kluczem do poznania przeszłości” i ta zasada pozwala nam poznać setki milionów lat historii Ziemi. Postulowałem pod adresem historyków „A może by tak skorzystać z metodyki geologicznej? Teraźniejszości nie zamykamy na klucz, tylko wykorzystujemy ją jako klucz badawczy. Niestety w historii jest inaczej i ten kto ma klucz do faktów może historią dowolnie manipulować, stąd naukowcy historii nie traktują jako dziedzinę naukową, tylko raczej polityczną.”

Bohdan Urbankowski podważył tezę wygłoszoną przez min. Gowina o przerwaniu ciągłości nauki polskiej w wyniku czystek marcowych, co jest zgodne z moją opinią wyrażoną w niedawnym felietonie. Natomiast nie podzielam opinii znakomitego autora, że odmłodzenie kadry było korzystne dla wielu uczelni, instytutów i ożywiło ich działalność. Może i ożywiło, ale nie zawsze z korzyścią dla nauki. Autor nie podnosi zmiany strukturalnej na uczelniach,  jaką była likwidacja katedr, zajmowanych przez starą kadrę, która nie wyjeżdżała z Polski po wydarzeniach Marca. Tworzone na ich miejsce instytuty obsadzano nową kadrą, chowu ZMP, która dobierała asystentów według klucza politycznego. Moje wspomnienia: „A przynależnością do ZMS to się pan nie zhańbił?” Było to w Instytucie Geologicznym UW, a więc nie ideologicznym. Brakujący do asystentury 1% ideologiczny przeważył nad 99 % merytorycznymi, zaopiniowanymi przez starego profesora, lecz pozbawionego już katedry i wpływu. Negatywna selekcja kadr, kontynuowana w nowej szacie, przetrwała do końca PRL i weszła tryumfalnie do III RP, co zapewniają beneficjenci czystek „jaruzelskich” piszący także „historię” (mity, hagady) tamtych czasów.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 12 maja 2021 r.

Majowe refleksje z akademickiego Krakowa

Majowe refleksje z akademickiego Krakowa

Kraków to miasto akademickie, z najstarszą polską uczelnią, matką rodzicielką pozostałych. Ale jest też miastem królewskim i stołecznym, a ten zasłużony i dumny tytuł nosi obecnie dla podkreślenia, że był stolicą Polski i miastem królów. Nie wszyscy jednak wiedzą, że ten tytuł ma długą i zobowiązującą tradycję.

Został zatwierdzony w roku 1866 przez cesarza austriackiego [!] Franciszka Józefa, kiedy Polski nie było na mapach świata a Kraków należał do zaboru austriackiego. Jednym z radnych Królewskiego Stołecznego Miasta Krakowa (w latach 1881-1907) był Henryk Jordan, który działalność społeczna przeszła do historii nie tylko ziem polskich, a Park Jordana jest do dziś najbardziej znanym pomnikiem jego osiągnięć. Zresztą w parku stoi pomnik jego twórcy, wśród licznych historycznych pomników wielkich Polaków postawionych tam przez dr H. Jordana, aby Polacy pamiętali o swej wielkiej historii. W czasach zaborów było to możliwe!

 Podczas okupacji niemieckiej Kraków stracił miano miasta stołecznego, królewskiego, a pomniki „jordanowskie” zostały usunięte z parku. Część z nich, uratowana przez prostego kamieniarza, wróciła (nie bez przeszkód) do parku w czasach PRL, ale Kraków nie odzyskał swego tytułu i był określany jako: „miasto Kraków”.

Co prawda po 1989 r. Kraków stopniowo wrócił do tradycyjnej nazwy z czasów zaborów i II RP, a nawet dzieło dr Henryka Jordana budowy pomników wielkich Polaków (tym razem XX wieku) było kontynuowane (zasługa prezesa Towarzystwa Parku im. Dr Henryka Jordana – Kazimierza Cholewy), to jednak patriotyczny charakter parku zaczął ranić antypatriotyczne uczucia niektórych krakowskich radnych, jak i mediów. Nie tylko utrudniano budowę wielu pomników, ale po ich wybudowaniu domagano się ich usunięcia, podobnie jak flagi narodowej, umieszczonej wśród pomników ojców polskiej niepodległości.

Ostatnio aktywiści miejscy przygotowali projekt zniszczenia kilkunastu pomników bohaterów naszej historii (z Galerii Wielkich Polaków XX wieku), tak jakby chcieli kontynuować haniebne dzieło Hansa Franka. Także – ich zdaniem- flaga narodowa nie prawa wisieć w Parku Jordana!  Ponadto lewicowy działacz z profesorskiej rodziny, student UJ – Franciszek Vetulani – w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych „bohatersko’ opluwał pomniki żołnierzy wyklętych („Łupaszki” i „Lalusia”) przy akompaniamencie bluzgów, co zresztą umieścił w sieci. Może wreszcie odpowie za swe czyny. Do tej pory pomniki wielkich Polaków były wielokrotnie profanowane, ale przez nieznanych sprawców, których – rzecz jasna – nie zdołano ująć.

2 maja obchodzimy Święto Flagi, a 3 Maja – święto narodowe zakazane w PRL. W te dni, patriotyczny Park Jordana przystrojony jest morzem flag narodowych, co kontrastuje w ostatnich latach z ich brakiem na przyległej (za ogrodzeniem) alei 3 Maja. Tak jakby polski/patriotyczny Park Jordana graniczył z jakimś terenem bez właściwości/tożsamości.

Jeszcze w 1946 r. u wylotu obecnej alei 3 Maja, przy Domu Studenckim „Żaczek”, rozbijana był trzeciomajowa, głównie studencka, demonstracja patriotyczna, ale od tego czasu wiele się w Krakowie zmieniło. Liczni studenci gromadzą się obecnie przed Collegium Novum na wulgarnych manifestacjach, wspierani przez swoich mistrzów – profesorów/rektorów szkół krakowskich. Podczas świąt narodowych/rocznic rzadko widać flagi narodowe na frontach uczelni, chyba że przy zachowaniu parytetu flagowego (jedna narodowa, w otoczeniu innych), a nieraz tylko flagi tęczowe. Nawet Smok Wawelski przyozdabiany bywa na tęczowo.

W pochodach 3-majowych nie widać profesorów w togach i gronostajach, tak licznych krakowskich uczelni. Częściej profesorów, choć bez tóg i gronostajów, można było spotkać i usłyszeć na demonstracjach KOD-u. Akademicki Kraków jest zdecydowanie lewicowy, a przy tym anty-patriotyczny, wręcz anty-polski. Co gorsza, profesorowie i studenci nawiązali w tej materii dobre relacje.

W tegorocznym, jeszcze pandemicznym maju, w Krakowie będziemy także obchodzić: 7 maja – rocznicę zamordowania studenta UJ Stanisława Pyjasa; w samym Parku Jordana 12 maja: rocznice śmierci gen. Andersa i marszałka Józefa Piłsudzkiego oraz rocznice rtm. Witolda Pileckiego: 13 maja – urodziny, 25 maja – śmierci; a 18 maja – rocznicę zdobycia Monte Cassino i śmierci dr Henryka Jordana. Maj jest ważnym miesiącem pamięci, a Park Jordana – od czasów swego założyciela – ważnym miejscem edukacji patriotycznej.

 Akademicki Kraków funkcjonuje na innej platformie – ma swój festiwal „Queerowy maj”, marsz (nie)równości, projekty LGBT i menelski język oraz obyczaje.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 5 maja 2021 r.

Akademicka subkultura kasowania i wymazywania

Akademicka subkultura kasowania i wymazywania

Kultura unieważniania (cancel culture), zwana też kulturą kasowania, wymazywania, jest stara jak świat, ale w dobie globalizacji i panowania internetu ma szczególnie wielką siłę rażenia. Raczej powinno się mówić o subkulturze, bo to zjawisko bardzo niekulturalne, polegające na usuwaniu/kasowaniu z przestrzeni publicznej osób z jakiegoś powodu niewygodnych.

Nader często było i jest praktykowane w domenie akademickiej, prowadzi do tego, że na uniwersytetach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć, bo przecież mogą być ukarani za słowozbrodnię, a nawet myślozbrodnię, i ulec skasowaniu (z przestrzeni akademickiej/publicznej), a nawet ewaporacji (wymazaniu z historii) – jak to określał Orwell.

W czasach instalacji systemu komunistycznego „kasowano” przedwojenne kadry akademickie, a gdy szło to opornie, skasowano katedry, aby nie służyły jako punkty oparcia dla niewygodnych/niereformowalnych profesorów i oporu wobec przewodniej ideologii.

Ta metodologia bynajmniej nie została skasowana po medialnym obaleniu systemu komunistycznego, bo proces postępu akademickiego w III RP ubogacił tylko kadry kolorystycznie (z czerwonych na wielokolorowe) i przyspieszył proces ich „menelizacji” (uwidoczniony w przestrzeni publicznej podczas Strajku Kobiet). Społeczeństwo w tej materii jest słabo zorientowane, jako że badania historyczne i socjologiczne tych procesów objęte są subkulturą wymazywania.

Wymazano/skasowano z historii uczelni sam system komunistyczny, jego instalatorów i utrwalaczy i rzecz jasna ofiary. Postulowany przeze mnie projekt Czarnej Księgi Komunizmu w nauce i edukacji nie zakończył się sukcesem. Brak zainteresowania tą materią i pieniędzy publicznych, z których finansuje się badania subkultury prostytucyjnej i problemów osób o odmiennej orientacji seksualnej. Prawa osób o odmiennej i niewygodnej orientacji intelektualnej, a w szczególności moralnej, skierowanej na uczciwość naukową i poszukiwanie prawdy, mimo że brutalnie nieraz naruszane, są skasowane przez postępowe środowisko akademickie.

Skierowany w 2017 r. do ministra Gowina postulat zbadania subkultury unieważniania akademików pod koniec PRL pozostał bez realizacji, a problem, wraz z naukowcami skasowanymi w przestrzeni akademickiej, uległ ewaporacji. Minister jakoś swoich barier mentalnych nie pokonał, aby stworzyć reformę przyjazną dla elit do tej pory pozostających poza polskim systemem akademickim.  Podła subkultura nadal kwitnie i to na stabilnym, sprzyjającym gruncie.

Unieważnienie w przestrzeni edukacyjnej osoby wybitnego pisarza Ferdynanda Ossendowskiego, osobistego wroga Lenina, spowodowało, że zarówno ci, którzy kończyli szkoły w czasach PRL, jak i ci w czasach III RP, na ogół o nim nie słyszeli. A w końcu był to w II RP pisarz drugi po Sienkiewiczu. Tak działa skutecznie subkultura kasowania z edukacji osób/wydarzeń niewygodnych. To tylko jeden z tysięcy przykładów, który powinien dawać wiele do myślenia, ale nader rzadko daje.  Skoro można było być penalizowanym za myślozbrodnię, to myślenia trzeba się wystrzegać, aby odnieść sukces. Wielu sukces w ten sposób odniosło i myśleniem nie grzeszy. 

W każdej dziedzinie można znaleźć przykłady wykluczania ze wspólnoty akademickiej niewygodnych akademików, bo głoszących poglądy sprzeczne z zasadami poprawności akademickiej, sprzeczne z poglądami nadzwyczajnej kasty akademickiej. Rzecz jasna chodzi o poglądy oparte na twardych faktach, a nie te od faktów niezależne.

 Tacy są pomijani w cytowaniu prac naukowych, w zaproszeniach na sympozja czy spotkania naukowe. Skazani są na milczenie. Próba merytorycznego przedstawienia swoich racji, podjęcia dyskusji, skutkuje reakcją: „odbieram panu głos”, postulatem:”takich nie zapraszać na konferencje”. Argumentów skasowanego nikt nie usłyszy, na stanowisku akademickim nikt nie zatrudni.

Ten, kto jest zidentyfikowany/zdekonspirowany, jako zdolny do opinii odmiennych od obowiązujących, musi się liczyć z tym, że jego wiedza/dorobek naukowy przestanie się liczyć. Zostanie uznany za niegodnego nawet do dyskusji, bo szkoda dla takiego czasu i uwagi. Skasowanie jest uznawane za reakcję najwłaściwszą, bo usuwa się niewygodną konkurencję, choćby wyimaginowaną. Z archiwów wyparują akta, z albumów – zdjęcia, z historii – osiągnięcia.

A otoczenie? Niestety zachowuje się tak, jakby go dotknął mentalny lockdown.

Potrzebne są interdyscyplinarne badania nad subkulturą „kasowania”, jak i „ewaporacji” w systemie akademickim i wdrażanie działań zapobiegających tym plagom, aby nie pogrążać dalej domeny akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 28 kwietnia 2021 r.

Już nie jestem przygnębiony na Święto 3- Maja

Tak było na Al. 3 Maja 6 lat temu

2
DSC_0005

a tak jest dziś !

Przez szereg lat dokumentowałem kontrasty krakowskie w majowe Święta, kiedy to na Al. 3 Maja można było obserwować jedynie metalowe kikuty [objemki] na flagi, ale flag narodowych nie było . Działało to na mnie przygnębiająco. Podniosłem tę kwestię w ‚mieście’ i to królewskim-stołecznym i służby miejskie postanowiły poprawić mi samopoczucie. Już 30 kwietnia wzdłuż Al. 3 Maja można przechadzać się, jechać rowerem….wśród morza flag biało-czerwonych.

Ciekawe, czy inni mieszkańcy Krakowa pójdą tym przykładem i zaczną dekorować [ za pomocą odpowiednich służb] to piękne miasto, tak jak powinno wyglądać.

Przykłady sprzed lat:

Al. 3 Maja –  Błonia Krakowskie „Radosny Piknik Rodzinny” organizowany przez Wojewodę Małopolskiego

Wzdłuż Al. 3 Maja, tak jak w Dzień Flagi, tak i 3 Maja ani jednej flagi !

Cóż ja zrobię, że działa to na mnie przygnębiająco.

i z lat poprzednich –

Święto Flagi – kontrasty krakowskie – https://wkrakowie2014.wordpress.com/2014/05/02/swieto-flagi-kontrasty-krakowskie/,  Dzień Flagi RP w patriotycznym zakątku Krakowa https://wkrakowie2012cd.wordpress.com/2013/05/02/dzien-flagi-rp-w-patriotycznym-zakatku-krakowa/

Czy grozi nam nowy przewrót kopernikański?

Czy grozi nam nowy przewrót kopernikański?

Polacy są spragnieni doniosłych osiągnięć naukowych, których nam od lat brakuje, mimo imponującej liczby instytucji i tytułów naukowych. Mamy niewątpliwie wybitnych ludzi, ale w strukturach polskiej domeny naukowej jakoś nie mają wiele szans, aby się zrealizować.

Od przewrotu kopernikańskiego minęło już kilka wieków, od Nobli Marii Skłodowskiej-Curie – prowadzącej badania jednak w niepolskich strukturach nauki – upłynęło ponad 100 lat, niewiele mniej od prac genialnych polskich matematyków, wynalazców, pogromców pandemii…. Po II wojnie światowy poziom osiągnęła astronomia i nawet jeden z polskich astronomów – pracujących głównie w USA – Aleksander Wolszczan  był wymieniany wśród kandydatów do Nobla, ale jak mówił, nie mógłby mieć takich sukcesów, gdyby nie współpracował z SB (TW „Lange”). Być może akademia noblowska stanęła przed trudnym zadaniem ewentualnego podziału nagrody między uczonego i oficera prowadzącego i decyzji pozytywnej dla polskiego naukowca nie podjęła.

Ministerstwo Nauki i Edukacji, w ramach rządowej polityki Nowego Ładu, rozpoczęło prace nad Narodowym Programem Kopernikańskim – na drodze do czołówki światowej. Inauguracja programu miałaby miejsce w 550 rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika (19 lutego 2023 roku), zaś zakończenie przypadłoby w 500 rocznicę jego śmierci (25 maja 2043 roku). Planowane jest powołanie Międzynarodowej Akademii Kopernikańskiej i stworzenie sieci efektywnych instytucji naukowych. Akademia podlegałaby Prezesowi Rady Ministrów, a jej członków miałby powoływać Prezydent RP.

Program nim został opracowany, już wzburzył środowisko akademickie.  Towarzystwo Naukowe Warszawskie, z którego (i Polskiej Akademii Umiejętności) w czasach stalinowskich powstała Polska Akademia Nauk, uznało, że jest to program szkodliwy dla rozwoju nauki w Polsce, wręcz ośmieszający powagę państwa polskiego. Co więcej, u uczonych Towarzystwa objawiły się „skojarzenia z czasami II wojny światowej i okresu stalinowskiego”, jako że ich zdaniem program przypomina najgorsze wzorce okresu stalinowskiego i jest to podobno prosta droga do zniszczenia całego dorobku polskiej nauki akademickiej.  Istna kanonada z armat największego kalibru.

Co więcej w liście z 7 kwietnia do ministra nauki i edukacji uczeni domagają się „podjęcia zdecydowanych konsekwencji personalnych wobec autorów tego wręcz paszkwilanckiego dokumentu” (sic!).

Obawy wobec projektu wyrazili rektorzy KRASP, RGSW, jak i prezes PAN, który jakby zalękniony uznał, że projekt stanowi zagrożenie dla Polskiej Akademii Nauk, bo przecież Program Kopernikański musi kosztować, a zatem pieniędzy budżetowych może nie starczyć dla PAN. Zdaniem prezesa, to co ma robić Międzynarodowa Akademia Kopernikańska, PAN mogłaby zrobić szybciej i pewniej, o ile by dostała fundusze, no i wolność badań, która jest podobno zagrożona w kopernikańskim programie.

PAN ma znaczny potencjał naukowy, lecz w niemałym stopniu marnotrawiony. Od lat ta struktura czeka na reformy. Ostatnia reforma Gowina (Konstytucja dla nauki) w ogóle nie objęła PAN, jakby ta instytucja do domeny nauki nie należała. Kilka instytutów PAN reprezentuje jednak dobry poziom międzynarodowy, ale reszta jest raczej mało wydajna. Z wolnością nauki ta instytucja zainstalowana w czasach stalinowskich, przez dziesiątki lat miała problemy i nie do końca zdołała je pokonać. Wzorcem wolności badań na pewno być nie może. Prezes PAN mówi „musimy mieć niezależnych ekspertów i powinniśmy ich wysłuchiwać.” Trzeba zapytać: co Pan prezes (i jego poprzednicy) zrobił, aby tak było?

Środowisko akademickie bardzo obawia się upolitycznienia nauki.  Musi to budzić zdumienie, gdyż jednocześnie broni politycznie umocowanych filarów tytularnego systemu. Kiedy na początku wieku rektorzy stanęli przed zadaniem zreformowania domeny akademickiej i opracowania ustawy o szkolnictwie wyższym, jakby scedowali swą powinność na prezydenta – choć nie magistra, znanego eksperta od manewrów omijania prawdy. Prezydent zrobił ustawę (rok 2005) taką, aby rektorom było dobrze, ale nauka na tym dobrze nie wyszła i pozostała upolityczniona., a naukowcy wręcz lekceważąco odnoszą się do profesorów uczelnianych zwanych „podwórkowymi”. Tylko nominacja prezydencka jest u nas uważana za prestiżową, choć w innych krajach, o mocnej pozycji naukowej, tak nie jest. Wygląda na to, że plaga schizofrenii dotknęła polskie wysokie gremia akademickie i nic nie wskazuje, aby w tej materii podejmowano środki zapobiegawcze. W takim stanie, w jakim znajduje się dziś polska domena akademicka, żaden przewrót kopernikański nam nie grozi. 

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 21 kwietnia 2021 r.

Plagi akademickie w bibliotece Niepodległego Polaka

Plagi akademickie w bibliotece Niepodległego Polaka

Moja ostatnia książka „Plagi akademickie” po dodrukowaniu jest znowu dostępna w sklepie Gazety Polskiej – sklepie Niepodległego Polaka, reklamowana w dobrym towarzystwie.

 Nie bez przyczyny tam, bo trudno być niepodległym, jak się jest zniewolonym i to w domenie akademickiej. Żeby się wyzwolić, trzeba walczyć z plagami akademickimi, bo to system akademicki formuje ludzi wolnych, a gdy jest gnębiony plagami, formatuje kolejne pokolenia ludzi zniewolonych, co zresztą widać w dobie obecnej, po przejściu długotrwałego formatowania młodych ludzi w systemie komunistycznym, który bynajmniej nie został obalony do końca. A sformatowani w zniewolonej domenie akademickiej, i ich następcy, nie chcą tego widzieć, nie chcą nawet spojrzeć w lustro.

Na moim blogu umieściłem motto Feliksa Konecznego-  By ruszyć z bagna ! „W historii bywa górą gwałt i zgnilizna, tym bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytanie: czyż tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?

Czy ruszymy w końcu z bagna? Czy będziemy grzęznąć przez kolejne dekady?

Zachęcam do zapoznania się z książką i do podejmowania prób wyzwolenia się, aż do osiągnięcia stanu Niepodległego Polaka.

Punktowanie nauki w Polsce

Punktowanie nauki w Polsce

Punktoza zaliczana jest to głównych plag nauki uprawianej w Polsce. Nie piszę: nauki polskiej, mimo że to termin najczęściej używany, gdyż chodzi mi o naukę sensu stricto, a nie naukę przymiotnikową. Jakość prac naukowych mierzy się u nas punktami, którymi obdarza się czasopisma je zamieszczające. Im więcej punktów, tym praca lepsza, a ich autorzy/uczelnie ich zatrudniające – lepiej oceniani i mający większe szanse na lepsze finansowanie i awansowanie. Podejście jest biurokratyczne, merytorycznie dyskusyjne.

Do oceny wystarczy kalkulator i mamy gotową hierarchię jakości naukowej. Ale w najwyżej nawet punktowanych czasopismach zdarzają się buble i plagiaty. Żaden kalkulator, żaden biurokrata nie odsieje plew od ziarna.  Rolnicy w tym celu stosują specjalne maszyny – wialnie, bo – jak czytamy w tekstach agrarnych – „nie wyobrażamy sobie wykonania podobnej pracy ręcznie – byłaby ona żmudna niczym praca Kopciuszka przy oddzielaniu ziarenek maku z popiołu.”  Widać rolnicy są bardziej pomysłowi i dla podniesienia jakości plonów stosują skuteczne metody selekcji. Naukowcy skutecznych metod oddzielania plew od ziarna nie wynaleźli.

Biurokraci, za pomocą zliczania punktów – poprzyznawanych arbitralnie przez jakieś gremia czasopismom z nazwy naukowych (nie zawsze zawierające teksty nauki) – jakości nauki nie podnoszą. Co najwyżej podnoszą dotacje finansowe, dla produkcji kolejnych punktowanych tekstów, przez coraz bardziej utytułowanych, bo najwyżej punktowanych akademików. Tak to mniej więcej wygląda, więc ilościowo prac mamy wiele, gremiów utytułowanych także, ale plewy od ziarna nie zostają oddzielone. Wynik oczywisty – plony naukowe mamy mało satysfakcjonujące.

Widać to w najbardziej popularnym rankingu szanghajskim, bo jakoś cały świat naukowy oddaje się w ręce chińskie. Co roku czeka się na ogłoszenie rankingu uczelni z całego świata, a potem mamy zalew dziennikarskich tekstów objaśniających społeczeństwu, gdzie to się znajdujemy w świecie. My jesteśmy słabi, daleko w rankingach, cieszymy się, kiedy jedna uczelnia znajdzie się w którymś roku w czwartej setce uczelni, a czasem nie ma tam żadnej. W pierwszym tysiącu, jak dobrze pójdzie, to jeszcze kilka polskich uczelni się zmieści.

Tak nas punktują Chińczycy, którzy te punkty pracowicie zliczają ze wszystkich uczelni, aby mieć je na oku i na widok całego świata wystawiają.  Chińczycy punktują jednak tylko prace z wybranych czasopism o randze światowej i nie biorą pod uwagę stopni i tytułów, których my mamy moc. Trudno się dziwić, że nasze uczelnie są tak nisko klasyfikowane, bo gdyby to Polacy robili taki ranking, według naszego punktowania, to bylibyśmy w czołówce. Niestety, nasz system oparty jest na filarach tytularnych, a gdzie indziej nawet nie wiedzą, co to takiego habilitacja czy profesura belwederska. Są, według naszych kryteriów niedouczeni, choć naukę uprawiają i czasem robią to z powodzeniem.

U nas nad reformą systemu tytularnego nawet się już nie dyskutuje. Filary muszą być, choć jak widać poziomu nie trzymają, a raczej trzymają jego obniżanie, bo jak filar jest źle osadzony, to się pogrąża. Niestety, niemal wszyscy w takim systemie zostali uformowani/sformatowani i do końca w takich ramach chcą się mieścić. Stąd mamy reformy, a nie mamy zmian (tych pozytywnych).

Te problemy rzadko stają się przedmiotem publicznej debaty, ale propozycje zmian często są powodem dezaprobaty ciał akademickich.

PAN, a także rektorzy (KRASP), wyrazili ostatnio głębokie zaniepokojenie wprowadzonymi przez Ministerstwo Edukacji i Nauki zmianami punktowania czasopism, gdyż mogą one spowodować marginalizację osiągnięć polskich uczonych i obniżyć jakość prowadzonych badań. Zmiany punktowania czasopism nastąpiły bez konsultacji z Komisją Ewaluacji Nauki. Ministerstwo broni swojej decyzji posiadaniem innej perspektywy systemu akademickiego i chęcią ocalenia uczelni zagrożonych utratą posiadanych uprawnień.

Nie wchodząc w spór między decydentami akademickimi widać, że metodami biurokratycznymi, za pomocą ręcznego sterowania, można wpływać na ocenę jakości badań, naukowców i uczelni, bez podnoszenia ich rzeczywistego poziomu. Społecznej odpowiedzialności sektora nauki w tych zabiegach nie widać. Do podnoszenia jakości nauki uprawianej w Polsce nie ma woli angażowania polskich naukowców pracujących w dobrych zagranicznych ośrodkach naukowych, mających inne perspektywy prowadzania i oceniania badań oraz czasopism na poziomie światowym.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 14 kwietnia 2021 r.

Czy nie należałoby doskonałego „profesora” spuścić z dr(h)abiny akademickiej na ziemię?

Czy nie należałoby doskonałego profesora spuścić z dr(h)abiny akademickiej na ziemię?

W kwietniowym numerze Kuriera WNET 2021 r. opublikowałem tekst Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu? dostępny już także na moim blogu https://blogjw.wordpress.com/2021/04/09/po-co-doskonalym-plagiatowanie-akademickiej-sciany-placzu/

 W tekście dokumentuję plagiatowanie moich materiałów (teksty, rysunki) przez profesorów z najwyższych szczebli drabiny akademickiej, którzy nie tylko osiągnęli te szczyty hierarchii, ale i podobno działają aktywnie na rzecz wysokich standardów etycznych, pomijając rzecz jasna samych siebie w tej materii.

Zwróciłem uwagę na plagiat prof. Bogusława Śliwerskiego guru polskich pedagogów, członka Rady Doskonałości Naukowej, czyli jednego z tych, którzy decydują o tym kto może, a kto nie może być profesorem belwederskim/prezydenckim. Doskonały „profesor” dokonał plagiatu na mojej grafice zatytułowanej „Dr(h)abina akademicka”  podstawionej pod „akademicką ścianę płaczu” jeszcze w 2009 r.  (https://blogjw.wordpress.com/2009/01/15/drhabina-akademicka/)

  Tekst rzecz jasna przekazałem tak profesorowi, jak i wielu gremiom akademickim i jak zwykle – NIC!

Doskonały „profesor” z tej drabiny nie spadł. Chyba uznał to za sukces a milczenie środowiska i decydentów za moralne przyzwolenie plagiatowania.

Swego plagiatu nie tylko nie zdjął ze swojej strony, nie przeprosił, ale w kolejnym, tekście z 19 kwietnia 2021 r. – O praktykach i wskaźnikach recenzowania osiągnięć naukowych habilitantówhttps://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2021/04/o-praktykach-i-wskaznikach-recenzowania.html użył  go -bez cytowania- ponownie, jakby demonstrując gdzie on ma dowody swojej nieuczciwości naukowej.  

W końcu ponad Radą Doskonałości Naukowej to  już nikt nie stoi i członkowie tej Rady mogą autonomicznie robić co im się tylko podoba. Także plagiatować. Nikt przecież w naszym systemie nie może oceniać profesorów a jeno oni sami siebie, w systemie wsobnym, jako nadzwyczajna kasta akademicka.

Taki system jest powszechnie akceptowany, tacy profesorowie traktowani są jako filary systemu [sic!], tak przez społeczeństwo, akademików, jak i decydentów/ reformatorów.

Na moje boje o naprawę systemu jest tylko jedna reakcja – przemilczenie. Moja orientacja moralna, jak również intelektualna, niemal powszechnie jest traktowana z dezaprobatą, stąd nie jestem  decydentem, ani nawet zwykłym członkiem środowiska akademickiego,  a jeno dysydentem,  i przy tym persona non grata na polskich uczelniach zatrudniających nawet doskonałych plagiatorów.

Aprobata dla takiego stanu rzeczy gwarantuje, że bez względu na wielkość nakładów finansowych księgowanych po stronie wydatków na naukę, na liczebność kadry przesianej przez „doskonałych”, pozostaniemy godnym pożałowania naukowym kopciuszkiem, bez norm moralnych i poczucia godności.

Przypomnieć należy postawę studentów w końcówce PRL, którzy protestując przeciwko ekscesom kadry „profesorskiej” UJ wobec mojej osoby, przestrzegali, że takie metody nie wprowadzą nauki polskiej godnie w wiek XXI.

Co stało się faktem widocznym niemal na każdym kroku, także tych kroków wykonywanych przez „doskonałych”.

Obywatelskie stanowisko wobec „obywatelskiego” projektu

Skandaliczny, „obywatelski” projekt naśladowania Hansa Franka – „Odpomnikujmy Park Jordana”

Jako mieszkaniec Krakowa, Dzielnicy V, domagam się wycofania tego skandalicznego, antypolskiego projektu. Co najmniej 100 000 zł z budżetu Krakowa winno być przeznaczone na renowacje i utrzymanie w należytym stanie zarówno pomników jordanowskich, jak i na pomniki tworzące Galerię Wielkich Polaków XX Wieku. Pomysły naśladowania w działaniach Hansa Franka nie powinny się znaleźć wśród obywatelskich projektów miasta Krakowa. Same sobą stanowią obrazę dla mieszkańców Krakowa.  

Alternatywna biblioteka

Kto nie lubi mojego bloga może zapoznać się z moimi książkami/artykułami np. w Bibliotece Narodowej [choć nie wszystkie artykuły są indeksowane]

Czy prokuratura rozbije gangi od lipnych dyplomów?

Czy prokuratura rozbije gangi od lipnych dyplomów?

Fakt, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o poziom udyplomowienia, a także utytułowania społeczeństwa, jest powszechnie wiadomy. Ale wiedza, że mamy też moc lipnych dyplomów, a także tytułów, nie jest tak powszechna, choć w sieci sporo jest ogłoszeń o pisaniu prac dyplomowych na zlecenie. Taki stan rzeczy utrzymuje się od lat.

Mimo że wiele przedsiębiorstw upada, szczególnie w czasie pandemii, firmy piszące prace dyplomowe na zlecenie mają się dobrze. Widocznie jest popyt, więc i podaż utrzymują na poziomie i nie bankrutują. Firmy są sprawne, pracują zespołowo i merytorycznie, więc odnoszą sukcesy.

Jest to działalność przestępcza, ale do tej pory nie znaleziono remedium na ten proceder. Uczelnie są oceniane/finansowane według liczby wydawanych dyplomów, więc chyba nie mają interesu, aby ten proceder powstrzymać. Firmy mogłyby upaść, gdyby promotorzy takie lipne dyplomy rozpoznawali i odrzucali. Prace dyplomowe trzeba kontrolować in statu nascendi. A ilu promotorów tak robi? Chyba niewielu, skoro mamy taką masę akceptowanych, lipnych prac dyplomowych. Nikt się nie pyta: dlaczego wielu profesorów nie ma zdolności/ochoty wykrywania oszustw i gdzie są ci, którzy takie zdolności/ochotę mieli?

Prace dyplomowe są sprawdzane programami antyplagiatowymi, które wyręczają (częściowo) promotorów, ale prace pisane na zlecenie nie muszą mieć cech plagiatów. To po stronie promotora jest wykrycie, czy są to prace samodzielne.

Co jakiś czas organy ściągania informują o wykryciu firm trudniących się tym procederem. Ostatnio taki sukces odniosła policja i prokuratura małopolska. Wiele tysięcy prac dyplomowych, z doktorskimi włącznie, wprowadzono do obiegu awansowego w ciągu ostatnich kilku lat i to za sumę nie tak znowu wielką – ok.  7 mln zł.  Znacznie większy pożytek z takich dyplomów mają zapewne szczęśliwi absolwenci. Posiadacz dyplomu, czasem doktorskiego, choć lipnego, ma szansę na nieźle płatną pracę.

Proceder lipnych dyplomów jest znany od lat. W Krakowie, jeszcze w czasach głębokiego PRL, z produkcji lipnych dyplomów zasłynął Julian Haraschin, wcześniej stalinowski prokurator. Nawet się nie trudził pisaniem czy zlecaniem do pisania prac, po prostu produkował fałszywe dyplomy. Robił to -rzec można- metodą chałupniczą, więc wprowadził do obiegu tylko dziesiątki lipnych dyplomów, ale za to z dziedziny prawa. Po wykryciu oszustw, niedługo potem na Wydziale Prawa UJ wybuchł pożar, co jest częstym przypadkiem utylizacji niewygodnych dokumentów.

Kilka lat temu stwierdzono ekspresowy system nabywania uprawnień „naukowych” na ASP w Warszawie, co było procederem opłacalnym, bo za przewody pobiera się spore opłaty i można liczyć na ministerialną dotację. Niedawno wpadł jeden z profesorów łódzkiej uczelni, który za marne 2 500 zł oferował fałszywe dyplomy. Takie dyplomy dają szanse na zatrudnienie nawet w uczelniach wyższych, o czym świadczy choćby kariera fałszywego profesora Rosenkranza vel Korniłowicza, zatrudnianego na kilku uczelniach, które wliczały go do minimum kadrowego.

Firmy-gangi wydające – nieraz na skalę przemysłową– nie fałszywe dyplomy, ale całą zawartość prac (w odpowiednim opakowaniu) wymaganych do uzyskania dyplomów są ścigane, ale akademicy zatwierdzający takie dyplomy traktowani są jako ofiary oszustw. No cóż, każdy może stać się ofiarą oszustwa, ale wprowadzenie do obiegu awansowego tysięcy prac napisanych na zamówienie wymaga sprzyjających warunków w domenie akademickiej. Członkami gangów bywają pracownicy akademiccy. Inni są winni niedopełnienia obowiązków służbowych. W końcu to promotorzy mają sprawdzać postępy swoich podopiecznych w ramach seminariów i indywidualnej opieki oraz promować odpowiedni poziom samodzielnie pisanych prac dyplomowych.

Niestety akademicy albo to zaniedbują, albo nie wykazują dostatecznego poziomu moralnego, czy intelektualnego, aby zapewnić promocje na należytym poziomie. Takie zaniedbania mają miejsce na wszystkich szczeblach akademickich, dlatego nawet centralne komisje/rady doskonałości nie chcą/nie są w stanie wykryć oszustw kandydatów na profesorów.

Taka jest zapaść polskiej domeny akademickiej i można mieć wątpliwości, czy działania policji/prokuratury tę zapaść zlikwidują. Co jakiś czas gang zostaje rozbity, a proceder nadal kwitnie, bo system nastawiony na ilość a nie jakość, jest takim procederom przyjazny i żadne reformy nie zdołały tego zmienić. Nawet nie ma pewności, czy tego chciały. Tym bardziej, że ci z samych szczytów akademickich mają w tej materii swoje grzechy.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 7 kwietnia 2021 r.

Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu?

Po co „doskonałym” plagiatowanie akademickiej ściany płaczu?

Żyjemy w czasach postępującego postępu zabezpieczanego przez ośrodki nie tylko doskonalenia zawodowego, ale wręcz ogólnoludzkiego, aby postęp zapanował na całym globie. Jednym z warunków postępu jest odrzucenie zacofanej -zdaniem postępowców- cywilizacji opartej na Dekalogu, a przejawy walki z takim zacofaniem widoczne są także na naszych ulicach i obecne w ośrodkach edukacji, wyższej szczególnie z nazwy. Chodzi o to, aby tego co Jaś się za młodu nauczył, Jan nie zdołał się oduczyć. To skuteczna metoda zainstalowana w czasach pandemii komunizmu, który odrzucając Dekalog, odrzucał, rzecz jasna, 7 przykazanie (dla przypomnienia postępowcom – Nie kradnij!) i zajmował się zajmowaniem cudzej własności. Podczas instalacji komunizmu zajmowano nie tylko zegarki (starsi pamiętają naszych „wyzwoleńców” – Masz czasy? To dawaj!), ale także większe dobra materialne, a stopniowo w ramach zainstalowanego systemu edukacji, także dobra intelektualne. Ktoś, kto posiadał takie dobra, narażony był na ataki hunwejbinów postępu, szczególnie w domenie akademickiej, np. w stylu „pańska wiedza nie jest pańską wiedzą, dawaj pan to co pan wie, bo inaczej pójdziesz na zieloną trawkę”. A styl ten przetrwał ogłoszenie w mediach upadku komunizmu.

Plaga plagiatów

Wraz z rozwojem techniki brak poszanowania prawa własności intelektualnej nawet się rozpowszechnił.  Kiedyś trzeba było mozolnie przepisywać i sobie przypisywać to, co inni napisali i pozyskiwać dyplomy, stopnie, tytuły oparte nieraz na cudzej własności intelektualnej. W końcu realizowano socjalistyczny model – każdemu według potrzeb. Ci, którzy mieli większe potrzeby i zamierzali wejść na szczyty postępu, a cierpieli na deficyt intelektu, czerpali wytwory intelektualne od posiadaczy intelektu.

Pod tym kątem lustracji właściwie nie było, a postęp informatyczny ułatwia taką drogę doskonalenia zawodowego. Metoda „kopiuj – wklej” działa znakomicie i nie zużywa zbyt wiele czasu, a ratuje wielu z tych, którym rozumienie słowa pisanego sprawia trudności. Wielofunkcyjni akademicy na ogół nie mają czasu, aby czytać to, co przez nich wychowani do doskonałości zamieszczają w przez siebie podpisanych opasłych często tomach. Tym samym nie wiedzą, co skopiowali i wkleili do swoich tomów adepci doskonałości.  Co więcej, niektórzy zdobyli szczyty „doskonałości” takimi właśnie metodami i tak sobie je przyswoili, że je akceptują u innych.

Po stwierdzeniu, że nasz system edukacji dotknięty jest plagą plagiatów, zaczęto stosować tzw. programy antyplagiatowe, ale nie do końca doskonałe, a przy tym o zastosowaniu ograniczonym głównie do niższych szczebli akademickich. Na wyższych szczeblach, chyba większe sukcesy w wykrywaniu plagiatów ma znany autonomiczny łowca plagiatów Marek Wroński, niż liczne komisje etyczne czy zespoły dobrych praktyk akademickich. Same zresztą pozostające często na bakier ze swoimi zaleceniami. Najwyższe komisje ewaluacyjne, jak CK, czy obecnie Rada Doskonałości Naukowej, czasami przedstawiają plagiatorów prezydentowi do nominacji profesorskich.  Czyli formalnie „doskonali” działają na rzecz nagradzania, awansowania, niedoskonałych. I koło się zamyka. Bo „doskonałych” mogą oceniać tylko „doskonali”, choćby byli bardzo niedoskonali.

Jeśli systemowo nie postawi się tamie pladze plagiatów, to Marek Wroński do końca życia może polować na plagiaciarzy i roboty mu nie zabraknie. Ale czy tak naprawdę można się cieszyć z jego sukcesów?  Ja bym się cieszył, gdyby tak zmieniono system, aby Marek Wroński, mimo swej pasji łowcy plagiatów, nie miał nic do roboty!  Postulowałem, aby wprowadzić w życie mój darmowy program antyplagiatowy. Ale bez skutku.

Mój darmowy program antyplagiatowy

Na moim blogu pisałem „Stulecia doświadczeń kulinarnych wskazują, że ryba psuje się od głowy. Nie inaczej jest w kuchni akademickiej. Jeśli odetnie się ogon, to i tak to nie zapobiegnie gniciu głowy. Nie ma rady, trzeba opracować taki program, aby głowa się nie psuła. W obecnym systemie akademickim niestety głowy są bardzo podatne na psucie, a jeden plagiat popełniony bezkarnie przez autorytet – głowę systemu, generuje tysiące plagiatów „tułowiowych” i „ogonowych”.  I co z tego, że je wykryjemy, gdy wykrywający z systemu są wykluczani a popełniający plagiaty – nie. Rzadko bywa inaczej.”

Proponowałem program naprawczy skierowany do decydentów reformujących nasz system akademicki, prowadzący „wyrejestrowanie z populacji akademickiej osób popełniających plagiaty a zarejestrowaniu osób potrafiących plagiaty wykrywać. Dotychczasowe programy tych opcji nie przewidują, dlatego są tak mało skuteczne. Program zapewni podniesienie standardów uprawiania nauki bez zwiększenia kosztów księgowanych po stronie wydatków na naukę, a nawet gwarantuje spore oszczędności, bo np. działających na szkodę nauki plagiatofilów jest znacznie więcej niż plagiatofobów.”

Taki program naprawczy ujawniłem w domenie publicznej, przekazałem decydentom nauki walczącym także z plagiatami. I nic. Tyle, że tekst okazał się chyba najbardziej popularny z tych, które napisałem. Widocznie plagiatujący usiłowali znaleźć program do wykrywania plagiatów, bo w dzisiejszych czasach jak ktoś mówi/pisze o „programie” to trzeba go zainstalować w komputerze, ściągając z internetu. A przecież jasno pisałem, że chodzi o program naprawczy! Niektórzy po przeczytaniu tekstu nie wiedzieli, jak program zainstalować i pytali, ile kosztuje użycie programu! Bo przecież wiadomo, że jak coś jest oferowane jako darmowe, to musi kosztować.

Umieszczenie tego tekstu posłużyło więc w pewnym sensie także jako test analfabetyzmu polskiej społeczności akademickiej.

Moja propozycja programu została zainspirowana splagiatowanym fragmentem mojego tekstu przez uczonych pracujących nad naprawą polskiego systemu akademickiego („Mobilność Naukowców w Polsce” –Raport opracowany przez Zespół Interdyscyplinarny do spraw mobilności i karier naukowych. listopad. 2007, Przewodniczący Zespołu – Jerzy Woźnicki), jednocześnie krzewicieli dobrych obyczajów w nauce. Mój tekst opublikowałem na portalu Niezależnego Forum Akademickiego, a potem w książce Drogi i bezdroża nauki w Polsce. Splagiatowany został nieduży, ale znaczący fragment, a raport  z plagiatem wisiał sobie przez 2 lata na stronach Ministerstwa Nauki walczącego z plagiatami.

Na przeprosiny i usunięcie plagiatu musiałem czekać 2 lata, kiedy to wybuchła sprawa plagiatu b. minister skarbu i rektora uczelni wyższej – Aldony Kameli-Sowińskiej, która nie widziała nic zdrożnego w korzystaniu – bez cytowania- z zasobów internetowych. Proces przegrała, rektorem przestała być, musiała zapłacić odszkodowanie, a ja wykorzystując ten dogodny moment przypomniałem o plagiacie z mojego tekstu.

Faktem jest, że po przekazaniu o tym informacji minister Kudryckiej splagiatowany fragment został usunięty i zostałem ustnie przeproszony przez jednego z członków zespołu prof. Woźnickiego – ale na tym się skończyło.

Mój program antyplagiatowy nie został wdrożony w życie. A szkoda. Skutki tego zaniechania trwają do dziś, a moja działalność nie tylko pisemna, ale także obrazowa (zdjęcia, filmy) niejeden raz była plagiatowana, nie tylko przez środowiska akademickie, ale i innych „twórców” nierespektujących własności intelektualnej. No cóż, przechodziliśmy przez system komunistyczny, a ten – czego jak czego – ale własności intelektualnej i prywatnej nie respektował i chyba nam to zostało we krwi. Także komisjom etycznym/dobrych praktyk, które jakoś swych zaleceń kierowanych do środowiska akademickiego same nie praktykują.

Splagiatowana akademicka ściana płaczu

Kilkanaście lat temu zobrazowałem nieco skomplikowanym rysunkiem proces zdobywania szczytów hierarchii akademickiej poprzez pokonywanie – jak to nazwałem – akademickiej ściany płaczu. Aby opisać tę kwestię trzeba by napisać co najmniej sporty artykuł, a jeden poglądowy rysunek potrafi zastąpić tysiące słów.  Jeśli taki rysunek zamieści się w internecie, staje się przedmiotem mrocznego nieraz pożądania i nawet najbardziej doskonali nie potrafią zapanować nad swoimi skłonnościami do korzystania z cudzej własności. W czasach postępu, nikt – a tym bardziej doskonali – siódmym przykazaniem się nie przejmuje. Jak postęp, to postęp i trzeba korzystać z tego, co jest dostępne i brać na swój użytek.

Nad skłonnościami do przechwytywania rzeczy cudzych nie zapanował Bogusław Śliwerski, jeden z doskonałych profesorów – doskonały, bo członek Rady Doskonałości Naukowej, czyli ten, który współdecyduje o tym, czy ktoś może być obdarzony najwyższym tytułem akademickim.

Profesor, przedstawiający się jako profesor nauk społecznych, prowadzi aktywnie blog „pedagog”- z imponującym wręcz zacięciem – w którym poucza innych, jak należy w domenie akademickiej postępować, jakie ta domena wykazuje mankamenty, pomijając z widoczną skromnością swoje. Wspominałem już o nim krytycznie w tekstach w „Kurierze WNET” nr 70/2020 r. (O konieczności doskonalenia doskonałych) oraz nr77/2020 (O konieczności przenoszenia w stan nieszkodliwości ….) ale widocznie albo ich nie zrozumiał, albo nie chce zrozumieć, że swoim postępowaniem szkodzi nauce.

3 stycznia 2021 r. w tekście Akademickie kontrowersje w 2020 roku

 bez żadnych skrupułów umieścił – jako wiodący- mój rysunek z 15 stycznia  2009 r. zatytułowany DR(h)abina akademicka (do tej pory na moim blogu akademickiego nonkonformisty) –   https://blogjw.wordpress.com/2009/01/15/drhabina-akademicka/ bez powołania się na źródło, choć taka konieczność, winna być znana nawet studentowi. A tu proszę, profesor, i to doskonały, czujący chyba powołanie do doskonalenia innych, sam popełnia czyn bardzo niedoskonały. Do tekstu doskonałego profesora, mój rysunek – w dodatku niedoskonały, bo zdolności rysunkowych nigdy nie miałem- nawet nie pasuje.

W gruncie rzeczy rysunek przedstawia krytykę tego, co najwyższe władze akademickie czynią, ze szkodą dla nauki w Polsce. System tytularny prowadzi do wyodrębniania się nadzwyczajnej kasty akademickiej, która uważa, że nie może być przez innych kontrolowana, bo profesora może oceniać co najwyżej inny profesor, a nie ktoś z niższego szczebla drabiny akademickiej.  

Kto po takiej drabinie chce się piąć w górę, może natrafić na podpiłowane czy wręcz roztrzaskane szczeble, a i na głowę coś mu może spaść, a może i sama głowa. Istna akademicka ściana płaczu, zwieńczona beneficjentami systemu tytularnego broniącymi swoich wysoko umocowanych siedlisk. 

Nad Radą Doskonałości Naukowej już nikt w tej hierarchii nie stoi, więc doskonali czują się z siebie nie tylko dumni i zadowoleni, ale mają poczucie bezkarności. W Polsce, w której realizuje się wiele projektów akademickich, nie zanosi się, aby rozpoczęto realizowanie projektu oczyszczania środowiska akademickiego, jaki wdrożyli w życie np. Włosi. U nas nawet mój -o wiele skromniejszy – projekt antyplagiatowy nie ma szans na realizację.

Tekst opublikowany w Kurierze Wnet, w kwietniu 2021 r.

Lockdown na dyskusję o studiach?

Lockdown na dyskusję o studiach?

Prof. Marek Konopczyński z PAN ocenił (Rzeczpospolita, 19 marca 2021), że podczas pandemii szkolnictwo wyższe poniosło klęskę a media podejmują temat szkół podstawowych i liceów, gdy brak jest dyskusji o uczelniach. To fakt, ale chyba nie zauważył, że „Gazeta Polska” już od kilku miesięcy do takich mediów nie należy i daje mi możliwość pisania o plagach/klęskach akademickich wynikających nie tylko z powodu pandemii.

Niestety, nie zauważyłem w mediach dyskusji na temat moich opinii, tak jakby został nałożony lockdown środowiskowy na ten temat. Nie jest to wynik pandemii koronawirusa, lecz nieustępujących do tej pory skutków pandemii komunizmu, kiedy swobodne dyskusje na tematy niewygodne były niemożliwe, a przynajmniej źle widziane i nieraz penalizowane. Mimo transformacji taki stan rzeczy pozostał i świat akademicki na ogół milczy nawet w sprawach wymagających krzyku.

Profesor – jako pedagog – wyraża trafną opinię, że „istotą edukacji na uniwersytecie jest nie słuchanie, lecz uczestniczenie” i słusznie narzeka na brak akademików gotowych do zarażania studentów swoją dziedziną nauki. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego ich nie ma, choć w domenie akademickiej działa już lat 40, pełniąc wiele odpowiedzialnych funkcji. Powinien więc wiedzieć, że w PRL tych, którzy zarażali swoimi naukowymi pasjami studentów, usuwano z uczelni, szczególnie gdy wykrywano u nich wirusa antykomunistycznego. Inspirowanie studentów do badań, lektury światowej literatury naukowej czy uzupełniania braków edukacji socjalistycznej uznawane było za zagrożenie dla socjalistycznego modelu wychowania młodzieży i dla przewodniej siły narodu. Tacy akademicy byli wypędzani z uczelni z wilczymi biletami, za negatywny wpływ na studentów.

Profesor, mający osiągnięcia w resocjalizacji szkodników społecznych, zdaje się do dziś nie podjął tematu resocjalizacji akademików, nieraz w randze profesorów, zatwierdzanych przez przewodnią siłę narodu, którzy  swoimi działaniami często robili wiele szkód społecznych. Po transformacji nie zostali poddani procesom resocjalizacji i nadal szkodzą, pełniąc często funkcje profesorów – meneli, profesorek-menelek, występujących w roli mistrzów.

Jak już pisałem w felietonach, czas pandemii nie spowodował zniszczenia relacji mistrz-uczeń, lecz właśnie doszło do przywrócenia tych wcześniej utraconych relacji, lecz na innej platformie. Kiedyś była to platforma wspólnego poszukiwania prawdy, a dziś jest to platforma wspólnego j***nia PIS. Te relacje winny być przedmiotem badań specjalistów od resocjalizacji, w dziedzinie, w której profesor Konopczyński odnosi sukcesy, lecz taktownie te problemy pomija. Nie będąc specjalistą od resocjalizacji, postulowałem (i to jeszcze w czasach ”jaruzelskich”), aby takich przenosić w stan nieszkodliwości. Bez skutku. W ramach potrzebnej merytorycznej dyskusji o uczelniach oczekiwałbym na głos profesora o metodologii resocjalizacji kadry akademickiej. Tym bardziej że, jak sam poucza „edukacja to nie tylko wiedza, ale także socjalizacja” i sam przekonuje, że „przy odrobinie chęci można to zrobić, także w warunkach pandemicznych”.

Zgadzam się w pełni, że niektóre (a może nawet wszystkie?) uczelnie nastawiają się na kasę i oszukują studentów. Co gorsza oszukują całe społeczeństwo. Pisałem o tym na moim blogu już w roku 2009 („Wielkie oszustwo edukacyjne”), czyli wiele lat przed pandemią. Żadnej dyskusji wówczas nie było. Widocznie opinia była słuszna, a argumentów, że może jest inaczej, jak brakowało, tak wciąż nie ma. Zatem oszukiwanie studentów jest raczej powszechne i długotrwałe, i to nie pandemia jest tego przyczyną, jakkolwiek skutki są bardziej widoczne. Na dyskusję o patologiach świata akademickiego ani przed laty, ani obecnie, nikt nie nakładał lockdownu.

Został zaprowadzony wśród sformatowanej społeczności akademickiej, która ze swego środowiska wydala nonkonformistów, ujawniających krytyczne, niewygodne poglądy. Taki jest środowiskowy standard odziedziczony z czasów komunistycznych.  

Poważnym problemem w czasach pandemii jest brak/ograniczenie kontaktu studenta z przedmiotem studiowania. Trudno jest np. studiować geologię bez kontaktu – rzec można intymnego – ze skałą. Te ograniczenia już występowały, a to ze względów finansowych, z powodu dużej liczby studentów i braku akademików-pasjonatów. Czas pandemii to rzeczywiście katastrofa, klęska edukacji, która będzie brzemienna w skutki, także gospodarcze.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 31 marca 2021 r.

Nie mogę być obojętny wobec obojętności

Nie mogę być obojętny wobec obojętności

Przed laty przeszliśmy przez piękny okres Solidarności, ale chyba niewiele  z tego zostało. Dziś solidarności międzyludzkiej – co kot napłakał.  Pogłębia się obojętność, zabieganie o własne interesy i przywileje. Furorę w ubiegłym roku zrobiły słowa Mariana Turskiego w KL Auschwitz „Nie bądź obojętny”, zdefiniowane jako jedenaste przykazanie, którego nieprzestrzeganie miało doprowadzić do Zagłady. Na dziesięć przykazań, których przestrzeganie zapobiegłoby Shoah, jakoś nikt nie zwrócił uwagi. W końcu mamy wojnę z religią i usuwanie jej z życia i przestrzeni publicznej, a z przestrzeni Kl Auschwitz w szczególności. Nie można na to być obojętnym, stąd marsze pamięci 14 sierpnia, w rocznicę śmierci św. Maksymiliana Kolbego. W końcu wykluczanie, dyskryminowanie chrześcijan, wymazywanie z pamięci Polaków – gdzie jak gdzie, ale w KL Auschwitz, założonym w celu ich eksterminacji, nie może pozostawiać nikogo obojętnym.

Marian Turski, w tym roku został laureatem Nagrody Nieobojętności przyznanej przez Oświęcimski Instytut Praw Człowieka, a następnie nagrody im ks. Stanisława Musiała przyznawanej osobom zasłużonym dla dialogu chrześcijańsko- i polsko-żydowskiego. Podnoszono jego przestrzeganie przed obojętnością „na najdrobniejsze przejawy zła”. Co prawda Marian Turski po wyjściu z obozów zagłady nie tylko nie przestrzegał przed ogromnym złem w postaci ludobójczej, czerwonej zarazy, jaka spadła na Polskę, ale brał nawet udział w instalacji i propagowaniu tego systemu zła. I to w czasie, gdy współwięźniowie KL Auschwitz, byli nieludzko torturowani i zabijani przez czerwonych zbrodniarzy. Tym niemniej w Auschwitz nawoływał do wierności jedenastemu przykazaniu, pomijając dziesięć przykazań boskich, w których zakaz nieobojętności, wykluczania, dyskryminacji znakomicie się mieści.  Dla wielu stał się autorytetem moralnym, a kto tego autorytetu nie podziela jest stygmatyzowany, w ramach wprowadzenia w życie jedenastego przykazania (sic!)

Jednym z fundatorów nagrody jest rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym roku reprezentowany przez prof. Popiela, członka kapituły nagrody, który podkreślał nawoływania laureata „do porzucenia wygodnej postawy obojętności i nicnierobienia, braku reakcji na zło”.

Trzeba przypomnieć, że w tym roku rektorzy UJ (i nie tylko) nie byli obojętni na proaborcyjne strajki kobiet, prowadzące do holocaustu nienarodzonych i deklarowali dla nich wsparcie. Nie można być obojętnym wobec tego zła!

Zarówno obecny, jak i poprzedni rektorzy UJ nieraz zachowywali wygodną postawę obojętności wobec zła, a nawet je generowali. W czasie instalacji systemu komunistycznego wspierali prokuratorów skazujących ich kolegów z opozycji niepodległościowej. Byli obojętni na karierę akademicką na UJ byłego prokuratora wojskowego Juliana Haraschina, mającego na swym koncie 60 wyroków śmierci wobec walczących o wolną Polskę.

Czyli chyba jakieś podobieństwo z postawą Mariana Turskiego w tamtych czasach, co zbliża po latach.

Rektor UJ prof. Jacek Popiel, w laudacji tegorocznej nagrody, przypomniał o elitarnym gronie jej laureatów, wśród których znaleźli się do tej pory – jak podkreślał – „znamienite osobistości”. Wśród nich z UJ był prof. Jerzy Wyrozumski i trudno być obojętnym wobec zakłamywania najnowszej historii UJ, w czym ma swoje „zasługi”. Był przy tym całkiem obojętny, wobec losów nieobojętnych na zło „epoki Jaruzelskiej” na uczelni, która całkiem tę epokę wykreśliła ze swej historii, tak jak i jej ofiary. Nie był w tym odosobniony, gdyż taką wygodną, obojętną postawę, wykazywali wszyscy rektorzy UJ w czasach wolnej Polski. I nie tylko rektorzy, bo wśród laureatów nagrody jest też Zofia Radzikowska, nawet związana z Solidarnością, choć wcześniej z PZPR, wykazująca w czasach transformacji raczej solidarność z rzekomo obaloną komuną, obojętna wobec ekscesów politycznych czystek. Jest też prof. Jan Błoński, nieobojętny wobec represji duchowieństwa polskiego w czasach stalinowskich, bo zaangażowany w poparcie procesu kurii krakowskiej i autor „kamienia milowego” w kampanii oskarżania Polaków o odpowiedzialność za Holocaust.

Jest też ks. Michał Czajkowski, TW „Jankowski”, spoza profesorów UJ, lecz uhonorowany nagrodą przez rektora UJ Wojciecha Nowaka, co udokumentowałem w swoim fotoreportażu w 2018 r. Laureat nie był   obojętny na poczynania UB/SB, z którymi to organami wiele lat współpracował, nieobojętny również na wynagrodzenia za współpracę.

Zatem grono nagrody jest rzeczywiście elitarne i nie można być wobec niego obojętnym.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 24 marca 2021 r.

Ciosy „marcowe” i „jaruzelskie” na polski korpus akademicki

Ciosy „marcowe” i „jaruzelskie” na polski korpus akademicki

W marcu jak bumerang wraca pamięć o ciemnych wydarzeniach roku 1968, które były wielowątkowe i obejmowały nie tylko uczelnie. Nie ulega wątpliwości, że z konsekwencjami Marca ’68 w domenie akademickiej borykamy się do dziś.

Na 50 rocznicę tamtych wydarzeń minister Gowin mówił o wielkim ciosie dla nauki polskiej, o przerwaniu jej ciągłości, a prezydent Duda przepraszał za wypędzenia w wyniku kampanii antysemickiej.

Przebieg wydarzeń Marca ’68 został opisany wielokrotnie, a różne jego aspekty, w tym ciosy zadane nauce w Polsce, omawiano w licznych książkach i artykułach, tak naukowych, jak i publicystycznych. 

W wyniku wydarzeń marcowych Polskę opuściły setki naukowców żydowskiego pochodzenia. Dla niektórych stanowiło to początek międzynarodowej kariery naukowej, o czym pozostający w kraju  mogli tylko marzyć. Wypada dodać, że wśród – jak się określa – wypędzonych czy wygnańców, byli także instalatorzy systemu komunistycznego w Polsce, zasłużeni dla wyganiania profesorów z uczelni, w ramach oczyszczania ich z elementu wstecznego, negatywnie oddziałującego na młodzież akademicką. Wśród wygnańców byli też zasłużeni dla ścigania czy skazywania – i to na śmierć- polskich patriotów z podziemia niepodległościowego.

Symbolami tych intelektualnych wygnańców są Zygmunt Bauman i Helena Wolińska. Doktor Helena Wolińska nie zrobiła wielkiej kariery naukowej na Zachodzie, jakkolwiek ze środowiskiem naukowym żyła za pan brat, a nawet w związku małżeńskim (kolejny mąż – wygnaniec prof. Włodzimierz Brus).

Jej oddziaływanie naukowe na środowisko polskie może zostało okresowo przerwane, lecz przetrwało i podczas proaborcyjnego Strajku Kobiet podpierano się jej pracą doktorską Przerwanie ciąży w świetle prawa karnego”.  A zatem, tak do końca nie została wykreślona z nauki – ze szkodą dla nauki (i nie tylko).

Helena Wolińska-Brus, pierwotnie Felicja (Fajga Mindla) Danielak, w stalinowskiej Polsce była prokuratorem, ma na swoim sumieniu zbrodnie sądowe, m.in. gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Naukowo realizowała się przy KC PZPR.

Na okoliczność rocznic marcowych słyszymy o żalu, że „wypędzeni” nie są z nami, co w przypadku Heleny Wolińskiej akurat jest prawdą, gdyż wieloletnie starania o ekstradycję, aby stanęła przed sądem za swe zbrodnie, nie zostały zrealizowane. Opuszczenie przez nią Polski dla nauki nie było stratą, nie było ciosem, a ona sama uchroniła się przed ławą sądową – konsekwencjami swoich komunistycznych poczynań.

Prof. Zygmunt Bauman opuścił Polskę po usunięciu z UW, gdzie był profesorem, ale za swoje poczynania, jako agenta Informacji Wojskowej „Semjon”, winien stanąć przed sądem. Tak się nie stało do jego śmierci. Jako „wygnaniec” zrobił międzynarodową karierą, a do Polski mógł wracać, wykładać, uczestniczyć w konferencjach. Jego prace weszły do lektur szkolnych i studenckich, powszechnie są cytowane przez polskich socjologów. Konsekwencji prawnych za komunistyczne grzechy młodości nie poniósł. Takie ponosili tylko ci, którzy protestowali przeciwko jego fetowaniu na polskich uczelniach.

Faktem jest, że część pracowników naukowych pochodzenia żydowskiego została pozbawiona katedr. Katedr – w konsekwencji Marca ’68 – pozbawiono wielu polskich profesorów, bo zostały one zlikwidowane, a w ich miejsce tworzono instytuty obsadzane przed kadry chowu ZMP. Na swoich asystentów przyjmowali jedynie nadających się do formowania studentów w duchu socjalistycznym.

Czystka marcowa nie była ostatnią czystką świata akademickiego. Cierpimy jednak na niedobór lub brak należytych, kompleksowych opracowań, dokumentacji ekscesów epoki jaruzelskiej i ich konsekwencji dla nauki w III RP. O rocznicach tych czystek na uczelniach się nie wspomina, ofiar czystek/wygnańców się nie przeprasza, na wykłady/konferencje nie zaprasza, z historii uczelni się wymazuje. Wygnańcy „‘jaruzelscy” nie mają możliwości finansowania i prowadzenia nie tylko badań w swoich dziedzinach naukowych, ale i badań nad wypędzeniami/wygnańcami czasów jaruzelskich, bo na to pieniędzy publicznych nie ma. Chodzi zatem o to, żeby nie poznać tego, co winno być poznane.

W Marcu ’68 nieraz profesorowie bronili studentów i za to ministrowie po latach składają im hołd. W czasie czystek jaruzelskich to czasem studenci bronili swoich nauczycieli i nikt im za to nie dziękuje, a nawet nie chce poznać prawdy. 

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 17 marca 2021 r.

Podpisałem apel o dekomunizację Powązek Wojskowych w Warszawie

Apel o dekomunizację Powązek Wojskowych w Warszawie

Do najwyższych władz Rzeczpospolitej Polskiej

My, niżej podpisani, apelujemy do najwyższych władz Rzeczpospolitej Polskiej o prawo i sprawiedliwość.
Cmentarz Powązki Wojskowe w Warszawie to wyjątkowa polska nekropolia. Taki charakter miała w wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej, bo po 1945 r. została – jak cała Polska – zawłaszczona przez komunistów. Ten stan trwa do dziś.
Nielegalna, bo narzucona nam przez sowietów siłą, nigdy nie wybrana przez Polaków komunistyczna władza przejęła przede wszystkim Aleję Zasłużonych, gdzie nadal spoczywają ludzie Moskwy, jak współautor antysemickiej nagonki w 1968 r. i masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 r. Władysław Gomułka; wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant Milicji Obywatelskiej Franciszek Jóźwiak; czy tzw. prezydent, a naprawdę naczelny zbrodniarz Bolesław Bierut – główny morderca Żołnierzy Wyklętych, który podpisał na nich tysiące wyroków śmierci.


Na polskiej nekropolii spoczywają także np. szefowie antypolskiej, komunistycznej bezpieki: Stanisław Radkiewicz, Roman Romkowski, Mieczysław Mietkowski, Jan Ptasiński, Konrad Świetlik, Jakub Berman, Julia Brystiger. Funkcjonariusze przymusu bezpośredniego: Anatol Fejgin, Stanisław Łyszkowski, czy Marian Stróżyński. Krwawi sędziowie: Józef Badecki, Marian Frenkiel, Władysław Garnowski, Leo Hochberg, Teofil Karczmarz, czy Bronisław Ochnio. Krwawi prokuratorzy: Stanisław Zarako-Zarakowski, Henryk Holder, czy Henryk Ligięza.


Wśród wymienionych są oprawcy polskich bohaterów narodowych: gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, kpt./gen. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, rtm Witolda Pileckiego, cichociemnego mjr Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, przywódców IV Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN: ppłk Łukasza Cieplińskiego, mjr Adama Lazarowicza, Kazimierza Pużaka, ks. Rudolfa Marszałka, czy ks. Zygmunta Kaczyńskiego.
Większość z nich została zrzucona do bezimiennych dołów śmierci na „Łączce”, gdzie, przykryci grubą warstwą nawiezionej ziemi, spoczywali przez długie lata PRL.


W ostatnich latach polski cmentarz „wzbogacili” kolejni komuniści. W 2013 r. obok kwatery „Ł” spoczął w PRL-owski szef MON Florian Siwicki, jeden z architektów inwazji na Czechosłowację i stanu wojennego. Rok później znany powszechnie Wojciech Jaruzelski. Chwilę wcześniej Jan Czapla i Włodzimierz Sawczuk, szefowie Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, i wśród wielu innych komunistycznych dygnitarzy – reprezentantów interesów Moskwy: Eugeniusz Molczyk, zastępca naczelnego dowódcy wojsk Układu Warszawskiego, w razie sowieckiej interwencji szykowany przez Moskwę na dowódcę WP, który chciał zlikwidować „Solidarność” siłą. Z kolei Czapla był wcześniej zastępcą dowódcy ds. politycznych Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pacyfikował „bandytów”, czyli niepodległościowe podziemie.
Obok Tadeusz Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do polskich robotników, a zbrodniczą karierę rozpoczynał od wymordowania żołnierzy kpt. Henryka Flamego, „Bartka”. W kolumbarium „kat Trójmiasta” Stanisław Kociołek, oraz poprzednik Jerzego Urbana – Artur Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.
Groby komunistycznych oprawców sąsiadują z mogiłami powstańców styczniowych, wielkopolskich, żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., września 1939 r., Armii Krajowej i Powstańców Warszawskich.


Jest jeszcze problem „Łączki”. Tu musi powstać wielki narodowy panteon chwały, na wzór Cmentarza Orląt Lwowskich, w miejsce obecnego „panteoniku”. Zamiast szuflad ze stłamszonymi kośćmi naszych bohaterów, każdy musi mieć swój grób. Każdy Żołnierz Wyklęty zasłużył po latach poniewierki, prześladowań, represji, na własny grób.
Dlatego my, niżej podpisani, apelujemy do najwyższych władz Rzeczpospolitej Polskiej o zakończenie tej schizofrenicznej sytuacji. A ponieważ dotychczasowy właściciel cmentarza nie zamierza rozwiązać problemu – należy wywłaszczyć Powązki Wojskowe na rzecz Skarbu Państwa, tak jak stało się to z Placem Piłsudskiego w Warszawie i terenem Westerplatte w Gdańsku.


Jeśli Polska ma by krajem rzeczywiście praworządnym i sprawiedliwym – Powązki Wojskowe muszą zostać ponownie – wzorem wolnej i niepodległej II Rzeczpospolitej – polskim cmentarzem, nekropolią chwały Polaków, polskich żołnierzy, polskich autorytetów, a nie zbrodniarzy komunistycznych.

Podpisy:

Tadeusz Płużański i Fundacja „Łączka”
Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych
Andrzej Rozpłochowski, legenda śląskiej Solidarności
Stowarzyszenie Godność
Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, Warszawa-Wschód, Mirosław Widlicki
Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Koło Pomorskie, Józef Żernicki
Zarząd Obszaru Południowego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” w Krakowie
Stowarzyszenie Solidarni 2010
Fundacja im. Janusza Kurtyki
Stowarzyszenie Grupa Historyczna Zgrupowanie Radosław
Stowarzyszenie Patriotyczny Głogów
Stowarzyszenie Klub Historyczny „Prawda i Pamięć”
Towarzystwo Patriotyczne Fundacja Jana Pietrzaka
Zarząd Główny Związku Żołnierzy NSZ
Stowarzyszenie Historyczne im. 11 Grupy Operacyjnej NSZ
Stowarzyszenie Grupy Oporu

Płk Marian Pawełczak, „Morwa”, oficer sztabu, adiutant cichociemnego mjr Hieronima Dekutowskiego „Zapory”
Płk Witalis Skorupka, “Orzeł”, żołnierz AK, Żołnierz Wyklęty
Izabela Skorupka, prawnik
Por. Wacław Szacoń ps. „Czarny”, żołnierz AK, NOW, Żołnierz Wyklęty
Kpt. Wacław Legan, ps. „Niedorostek”, Żołnierz Wyklęty 3 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, honorowy Prezes Koła Wileńsko Nowogródzkiego ŚZŻAK
Kpt. Franciszek Chrostowski, Żołnierz Wyklęty
Joanna i Andrzej Gwiazdowie, legendy Solidarności
Krzysztof Wyszkowski, działacz Wolnych Związków Zawodowych
Jan Karandziej, działacz Wolnych Związków Zawodowych
Ewa Kubasiewicz, działaczka niepodległościowa w PRL
Zofia Kwiatkowska, działaczka niepodległościowa w PRL
Wiesław Ukleja, działacz niepodległościowy
Dr inż. Romuald Rajs, syn kpt. Romualda Rajsa, “Burego”
Witold Mieszkowski, architekt-urbanista, syn zamordowanego komandora Stanisława Mieszkowskiego
Marta Mieszkowska, fizyk-programista
Romuald Rzeszutek, inicjator budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych-Niezłomnych w Mielcu

Synowie niepodległościowca śp. Zygmunta Goławskiego:
Krzysztof Goławski z rodziną,
Zygmunt Wiesław Goławski z rodziną
Adam Macedoński, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Kraków
Romuald Szeremietiew, działacz niepodległościowy, profesor nadzwyczajny Akademii Obrony Narodowej i Akademii Sztuki Wojennej
Adam Słomka, Konfederacja Polski Niepodległej
Nina Milewska, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL, Gdańsk
Andrzej Melak, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Warszawa
Adam Borowski, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Warszawa
Janusz Fatyga, prezes Związku Konfederatów Polski Niepodległej w Krakowie
Zygmunt Miernik, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Dąbrowa Górnicza
Tadeusz Wołyniec, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, represjonowany z powodów politycznych, Koszalin
Stefan Kucharzewski, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, współzałożyciel KPN, Lublin
Stanisława Korolkiewicz, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL, Białystok
Leszek Duklanowski, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Szczecin
Waldemar Reginiewicz, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Wałcz
Jerzy Leoniak, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Szczecinek
Sławoj Kigina, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Kołobrzeg
Zygmunt Bąk, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL
Zenon Lasoń, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Słupsk
Piotr Mostowski, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Białogard
Stanisław Trzuskowski, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Koszalin
Urszula Kostuch, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL, Koszalin
Wiesław Norman, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Częstochowa
Tadeusz Stański, prezes Fundacji Walczącym o Niepodległość, Wyklętych, Pokrzywdzonych, Internowanych, Więzionych
Krzysztof Lancman, KPN, członek Zarządu Instytutu Historycznego NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego, Warszawa
Antoni Lenkiewicz, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, Wrocław
ks. prałat Józef Roman Maj
prof. Paweł Bromski, Wyższa Szkoła Administracji i Stosunków Międzynarodowych
Waldemar Pernach, działacz niepodległościowy
Aniela i Stanisław Sakwa, działacze niepodległościowi Lubin
Tadeusz Dudkiewicz, prezes Stowarzyszenia Towarzystwo Patriotyczne Radomsko
Leonard Kapiszewski, przewodniczący Mazowieckiej Rady Kombatanckiej
Elżbieta Królikowska-Avis, działaczka niepodległościowa
Sławomir Krupiński, działacz niepodległościowy
Ewa Tomaszewska, działaczka „Solidarności”
Marek Głowacki, Grupy Oporu

prof. Wojciech Polak, historyk, Centrum Badania Historii „Solidarności” i Oporu  
Społecznego w PRL, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
prof. Grzegorz Kucharczyk, historyk, PAN
prof. Jan Żaryn, historyk, dyrektor Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego
prof. Tomasz Panfil, historyk, KUL, IPN
prof. Marek Jan Chodakiewicz, profesor w The Institute of World Politics w Waszyngtonie
dr hab. Hanna Karp, wykładowca Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu
dr Bohdan Urbankowski, filozof, pisarz
dr hab. Bogusław Kopka, historyk
dr Wojciech Muszyński, historyk
Anna Matuchniak-Mystkowska, socjolog, prof. zw. dr. hab. Uniwersytet Łódzki
Jan Mystkowski, emerytowany operator filmowy i TV
Łukasz Korwin, reżyser filmowy

Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redaktor naczelny Radia Wnet
Jacek Karnowski, redaktor naczelny „Sieci”
Michał Karnowski, dziennikarz „Sieci”
Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”
Dorota Kania, publicystka, pisarka, redaktor naczelna TV Republika
Jerzy Kłosiński, dziennikarz, pisarz
Jerzy Jachowicz, publicysta
Mateusz Wyrwich, publicysta
Joanna Łukasiewicz-Wyrwich, publicystka
Ewa Stankiewicz, dziennikarka, dokumentalistka
Jan Pospieszalski, dziennikarz
Wojciech Reszczyński, dziennikarz
Paweł Nowacki, dziennikarz
Józef Wieczorek, dziennikarz
Krzysztof Świątek, Polskie Radio 24
Ryszard Gromadzki, dziennikarz PR 24, „Do Rzeczy”
Andrzej Rafał Potocki, dziennikarz „Sieci”
Robert Tekieli, dziennikarz
Grzegorz Górny, publicysta
Michał Rachoń, dziennikarz
Katarzyna Gójska, dziennikarka, „Gazeta Polska”, „Nowe Państwo”
Adrian Stankowski, redaktor naczelny portalu „Gazeta Polska Codziennie”
Jacek Sobala, dziennikarz
Wojciech Wybranowski, dziennikarz, publicysta
Magdalena Uchaniuk-Gadowska, dziennikarka
Witold Gadowski, dziennikarz, publicysta
Cezary Gmyz, dziennikarz
Sławomir Jastrzębowski, dziennikarz, publicysta
Wiktor Świetlik, publicysta
Antoni Trzmiel, dziennikarz TVP, PR 24, „Do Rzeczy”
Mirosław Skowron, dziennikarz PR 24
Grzegorz Wierzchołowski, redaktor naczelny niezalezna.pl
Cezary Krysztopa, tysol.pl
Tomasz Kolanek, dziennikarz pch24.pl, „Do Rzeczy”
Jarosław Wróblewski – dziennikarz, autor książek historycznych

Eugeniusz Karasiński, działacz „S” MKZ Katowice i podziemia Regionu Śląsko- Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Jan Cegielski, działacz „S” MKZ Katowice i podziemia Regionu Śląsko- Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Zbigniew Kupisiewicz, działacz „S” Huty „Katowice” i sygnatariusz Porozumienia Dąbrowskiego, twórca biuletynu „Wolny Związkowiec”, więzień polityczny PRL
Andrzej Sobieraj, 1-wszy przew. MKZ NSZZ „S” Ziemia Radomska i członek KKP i KK „S”, więzień polityczny PRL, na uchodźstwie w Australii od 1983 do 1994, były radny miasta Radom
Ryszard Nikodem, działacz „S” MKZ Katowice i Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień pol. PRL
prof. dr hab. n. med. Grzegorz Opala, działacz „S” służby zdrowia i nauki oraz podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, minister zdrowia w rządzie J. Buzka
dr hab. inż. Krzysztof Gosiewski, działacz „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i podziemia, więzień polityczny PRL, prof. Instytutu PAN
Jadwiga Rudnicka, działaczka „S” MKZ Katowice i podziemia, więzień polityczny PRL, były senator III RP
Franciszek Noras, działacz „S” Kopalni „Ziemowit” i podziemia, więzień polityczny PRL
Stanisław Janik, działacz „S” Kopalni „Ziemowit”, więzień polityczny PRL
Kazimierz Kasprzyk, działacz „S” Kopalni „Ziemowit”, więzień polityczny PRL
Stanisław Kiermes, działacz „S” Kopalni „Halemba” i podziemia, więzień polityczny PRL
Sławomir Czyż, działacz NZS, KPN i podziemia, radca prawny
Andrzej Sikora, działacz „S” MKZ Tarnowskie Góry i podziemia, więzień polityczny PRL
Czesław Sobierajski, działacz „S” Kop. „Halemba” i podziemia, b. poseł PiS
Zbyszek Klich, działacz „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i podziemia, więzień polityczny PRL
Janina Szymanowicz, działaczka „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i podziemia, sekr. AKO w Katowicach
Wojciech Niedźwiedź, działacz podziemia Solidarności Walczącej i Młodzieżowego Ruchu Oporu SW Oddział Katowice, historyk
Anna Rakocz, działaczka „S” i podziemia Regionu Częstochowskiego, więzień polityczny PRL
Agnieszka Płaszczyk, radna miasta Ruda Śląska
Aleksander Gaczek, działacz „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, b. dyr. gabinetu dwóch wojewodów śląskich
Adam Kalita, działacz NZS i podziemnej „S” Regionu Małopolska, radny m. Krakowa
Grzegorz Surdy, działacz NZS i podziemnej „S” Regionu Małopolska Andrzej Anusz, działacz podziemnego NZS w W-wie, dr socjologii, wiceprezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie
Bogusław Bardon, 1-wszy przewodniczący Regionu Opolskiego „S” i działacz podziemia, więzień polityczny PRL
Czesław Zbroja, działacz „S” i podziemia Huty „Katowice” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Robert Dyja, działacz podziemia SW Oddział Katowice, oraz organizacji społecznych
Ewa Żurawska, działaczka „S” i pomoc rodzinom więzionych w stanie woj. Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, b. wieloletnia przewodnicząca KZ NSZZ „S” Uniwersytetu Śląskiego
Ewald Kudla, działacz „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Eugeniusz Zandler, działacz „S” Kopalni „Manifest Lipcowy”, więzień polityczny PRL
Wiesław Matusiak, działacz „S” Kopalni „XXX-lecia PRL”, więzień polityczny PRL
Grzegorz Stawski, działacz „S” MKR Jastrzębie i sygnatariusz Porozumienia Jastrzębskiego, więzień polityczny PRL, działacz władz „S” po 1989 r.
Jacek Smagowicz, działacz opozycji przedsierpniowej, „S” i podziemia Regionu Małopolska, więzień polityczny PRL, dział. władz „S” po roku 1989, św. Historii IPN
Dr Jerzy Bukowski, harcerz niezależny, przewodniczący Komitetu Odbudowy Kopca Marszałka J. Piłsudskiego, rzecznik Porozumienia Organizacji Niepodległościowych i Kombatanckich w Krakowie, prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie
Ryszard Majdzik, działacz „S” i KPN Regionu Małopolska, więzień polityczny, syn Żołnierza Wyklętego Mieczysława Majdzika, radny miasta Skawina
Jan Malarek, działacz „S” i podziemia Huty „Katowice” w Dąbrowie Górniczej, wyrzucony z pracy za strajk w Hucie w dniach 13-23.12.1981 r.
Jan Roman, działacz „S” i podziemia PRG Katowice i Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, współzałożyciel PC i PiS w Zagłębiu Dąbrowskim
Andrzej Jarczewski, działacz „S” i redaktor prasy podziemnej Regionu Śląsko- Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, b. wiceprezydent miasta Gliwice, pisarz
Jerzy Stopa, działacz „S” i podziemia Regionu Kieleckiego, więzień polityczny PRL, radny m. Skarżysko-Kamiennej
Kazimierz Biskupek, działacz „S” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, na uchodźstwie w Niemczech 1984-2019, działacz niepodległościowy
Roman Ptasiński, działacz „S” Kopalni „Lenin” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Łukasz Kobiela, absolwent Uniwersytetu Śląskiego z Katowic, scenarzysta, reżyser, autor wielu publikacji i wystaw o tematyce historycznej
Józef Kowalski, działacz „S” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, autor publikacji wydawnictw podziemnych, dziennikarz, przew. Klubu Gazety Polskiej im. H. Glassa „Chudego Wilka” w Dąbrowie Górniczej

Krzysztof Tenerowicz, działacz „S” i podziemnej SW we Wrocławiu, szef Radia Podziemnego SW, z-ca dyr. d/s adm.-tech. Teatrów We Wrocławiu, b. radny miasta Wrocław
Tadeusz Świerczewski, członek Zarządu Regionu Dolnego Śląska „S”, autor nazwy Solidarności Walczącej i jej współzałożyciel wraz z K. Morawieckim
Mirosław Dynak, członek „S” Kopalni „Zabrze”, przewodniczący Zw. Zaw. Kadra JSW SA. Kopalni „Budryk”
Przemysław Miśkiewicz, działacz NZS UŚ i podziemia „S” oraz SW w Regionie Śląsko-Dąbrowskim, kierownik projektu „Encyklopedia Solidarności”, wieloletni przewodniczący Stowarzyszenia Pokolenie w Katowicach
Janina Kawalec, działaczka „S” MKZ Katowice i KPN Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, nauczycielka, na uchodźstwie politycznym w USA 1983-2012, pracownik Uniwersytetu Stanowego w Chicago
Małgorzata Kawalec-Cieszkowska, działaczka „S” MKZ Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego oraz W-wy, na uchodźstwie politycznym w USA 1986 – 2018, pracownik służby zdrowia w Portland, stan Oregon
Czesław Świerczyński, działacz „S” MKZ Katowice i Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, b. radny miasta Myszkowa
Józef Zajkowski, działacz „S” i KPN w MKZ Katowice i Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, proces polityczny przed 13.12.1981 r., ukrywający się działacz podziemia, od 1985 r. członek Archikonfraterni Literackiej W-wa, b. radny kilku kadencji miasta Mysłowice
Józef Makosz, działał „S” oświaty w Rybniku i członek prezydium Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, b. radny kilku kadencji i II kadencje prezydent miasta Rybnik, delegat Sejmiku Śląskiego
Andrzej Szkaradek, działacz „S” i podziemia Regionu Małopolska, więzień polityczny PRL, b. poseł AWS
Stanisław Knap, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Marek Marchwiński, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Henryk Czopik, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Roman Kidawa, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Epifaniusz Koźma, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Kazimierz Śliwinski, działacz „S” PRG Katowice i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Jacek Machura, działacz „S” KBO Sosnowiec i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, na uchodźstwie w Australii od 1983/84
Sławomir Machura, działacz „S” w Kopalni „Czerwone Zagłębie” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny, współzałożyciel PC i PiS w Zagłębiu Dąbrowskim
Krzysztof Bzdyl, członek założyciel KPN, więzień polityczny PRL,
Kraków
Wiesław Mizerski, sekretarz Zarządu MKZ NSZZ „S” Ziemia Radomska i podziemia w latach 80., więzień polityczny PRL
Zygmunt Cieślicki, działacz „S” i podziemia Huty „Katowice” w Dąbrowie Górniczej, więzień polityczny PRL
Zofia Nowicka, działaczka „S” Kombinatu Budowlanego i struktur miejskich w Mysłowicach, więzień polityczny PRL, inicjator budowy Pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej w Mysłowicach 2012 r.
Lucjan Zaremba, działacz „S” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
Wojciech Kusy, działacz „S” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, na uchodźstwie politycznym w Niemczech od 1987 r., działacz polonijny w Essen
Bożena Wisłocka, na uchodźstwie w Niemczech od 1987 r., działaczka polonijna w Essen, członek Rady Integracyjnej miasta Essen
Tadeusz Arent, działacz „S” Kopalni „Szczygłowice” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, na uchodźstwie w USA od 1983 r., działacz polonijny w Orlando, Floryda
Adam Żabicki, dział. „S” Huty „Zabrze” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Franciszek Serafin, działacz „S” Kopalni „Makoszowy” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL
Zbigniew Siemaszko, działacz „S” i podziemia w Gliwicach, więzień polityczny PRL
prof. dr hab. Stanisław Mikołajczak, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Poznań i prezes Społecznego Komitetu Odbudowy Pomnika wdzięczności w Poznaniu
prof. Stefan Zawadzki, wiceprzewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Poznań
prof. dr hab. inż. Artur Świergiel, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Warszawa,
prof. dr hab. Michał Seweryński, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Łódź
prof. dr hab. inż. Bolesław Pochopień, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Katowice
prof. dr hab. inż. Andrzej Stepnowski, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Gdańsk
prof. dr hab. Waldemar Paruch, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Lublin
prof. dr Małgorzata Suświłło, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Olsztyn
dr hab. Jacek Piszczek, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego Toruń
prof. dr hab. Mariusz Orion Jędrysek, przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Wrocław
Maria Zawadzka, przewodniczący Klubu Gazety Polskiej im. gen. Andrzeja Błasika w Poznaniu
Natasza Dembińska-Urbaniak, przewodnicząca Kongresu Kobiet Konserwatywnych w Poznaniu
dr inż. Bogdan Hajdasz, przewodniczący Rady Fundacji im. Arcybiskupa Antoniego Baraniaka
dr Henryk Krzyżanowski, przewodniczący Warsztaty Idei Obywateli Rzeczypospolitej w Poznaniu
Ryszard Liminowicz, prezes Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej Oddział w Poznaniu
Natalia Janikowska, przewodnicząca Projekt Poznań
Aleksandra Wyganowska, prezes Stowarzyszenia im. Romana Brandstaettera w Poznaniu
Maciej Wiśniewski, przewodniczący Stowarzyszenia Wielkopolscy Patrioci, Wielkopolskiego Stowarzyszenia Upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych oraz Wspólnie dla Wielkopolski w Poznaniu
prof. dr hab. Bartosz Korzeniewski, przewodniczący Ośrodka Badań nad Pamięcią Zbiorową i Studiów Muzealnych w Poznaniu
Adam Turula, harcerz, członek pierwszych władz ZHR, członek podziemnego NZS, członek Kręgów Instruktorów Harcerskich im. A. Małkowskiego, dziennikarz, historyk, niezależny, producent TV w Katowicach
dr Amelia Korzeniewska, przewodnicząca Towarzystwa Naukowego im. Ignacego Paderewskiego w Poznaniu
Barbara Miczko-Malcher, wiceprzewodniczący Wielkopolskiego Oddziału SDP w Poznaniu
Jacek Pawłowicz, działacz podziemia KPN i „S” region Płock, więzień polityczny PRL
Tadeusz Smagacz, działacz „S” Kopalni „Lenin” i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego
dr Tadeusz Sadowski, założyciel i działacz „S” w Śląskiej Akademii Medycznej i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, wykładowca Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach
prof. dr hab. n. med. Krzysztof Stanisław Gołba, działacz NZS Śląskiej Akademii Medycznej i podziemia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL,
dr n. med. Jolanta Biernat, członek NZS i NSZZ „S”
Maria Dłużewska, aktorka teatru podziemnego, red. II pr. Radia „S”, autorka wielu filmów dokumentalnych
Emerytowany prof. AGH Piotr Witakowski, działacz „S” i podziemia antykomunistycznego
Stanisław Czarnota, działacz „S” Kopalni „Jaworzno”, więzień pol. PRL, na uchodźstwie w USA 1984-2013, działacz emigracyjnych struktur „S” W Los Angeles Kalifornii
Beata Steckiewicz, członek Stowarzyszenia Osób represjonowanych w PRL „Przymierze” w Bydgoszczy
Krystian Pucher, działacz „S” W Dąbrowie Górniczej i Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, więzień polityczny PRL, na uchodźstwie politycznym w Niemczech 1982

Jolanta Halkiewicz, przewodnicząca Koła Armii Krajowej Sztokholm
Maria Szonert-Binienda, Instytut Libra, USA
Marek Baterowicz, pisarz, publicysta mieszkający w Australii
Dr Mira Modelska-Creech, Stowarzyszenie „Wars i Sawa”
Aneta i Tadeusz Antoniakowie, działacze polonijni USA
Jacek Szklarski, Reduta Dobrego Imienia, USA
Monika Wiench, Komitet Obrony Polski w Melbourne, Australia
Grażyna i Janusz Tydda, Australia
Piotr Witt, pisarz i publicysta, Paryż
Adam Gajkowski, prezes Federacji Polskich Organizacji w Nowej Południowej Walii, Australia, więzień polityczny PRL
Aleksander Oczak, prezes Stowarzyszenia Nasza Polonia, Australia

Piotr Walentynowicz, wnuk Anny Walentynowicz
Leszek Czajkowski, bard niepodległości
Paweł Piekarczyk, bard niepodległości
Anna Kołakowska, najmłodsza więźniarka polityczna stanu wojennego
Andrzej Kołakowski, bard Żołnierzy Wyklętych
Hanna Dobrowolska, portal solidarni.pl
Wojciech Boberski, Społeczny Komitet Obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych
Piotr Rzewuski, działacz antykomunistyczny w PRL, Warszawa
Przemysław Jaśkiewicz, Stowarzyszenie Trzy Kropki
Natalia Tarczyńska, Fundacja Cegiełka Dla Wolności Słowa
Piotr Hlebowicz, autonomiczny Wydział Wschodni „Solidarności Walczącej”
Jacek Wiejski Górski, Federacja Młodzieży Walczącej
Ks. Jarosław Wąsowicz, salezjanin
Paweł Zdun, Ruch Kontroli Wyborów
Norbert Smoła Smoliński, wokalista Contra Mundum
Wojciech Korkuć, artysta, plakacista
Filip Frąckowiak, dyrektor Izby Gen. Ryszarda Kuklińskiego w Warszawie
Dr Dariusz Fudali, ppłk w stanie spoczynku
Paweł Szopa, Red is Bad
Fundacja Red is Bad
Joanna, Józef Staniccy, działacze społeczni

Fundacja Inicjatyw Patriotycznych
Związek Młodocianych Więźniów Politycznych lat 1944-1956 „Jaworzniacy”
Związek Ociemniałych Żołnierzy Rzeczypospolitej Polskiej
Ogólnokrajowy Związek Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego
Związek Więźniów Politycznych Okresu Komunistycznego
Stowarzyszenie Polskich Kombatantów-Obrońców Ojczyzny
Narodowe Zjednoczenie Wojskowe Mazowsze-Północ
Stowarzyszenie Żołnierzy Batalionów Chłopskich Lublin
Stowarzyszenie Żołnierzy Armii Krajowej w Krakowie
Stowarzyszenie Historyczne Mazowsza Północnego
Okręg Warszawa 27 Wołyńskiej Dyw. Piechoty
Stowarzyszenie Społeczno-Kombatanckie Wolność i Niezawisłość
Stowarzyszenie Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych „NIEPOKONANI”

Stowarzyszenie im. gen. bryg. Bolesława Nieczuja-Ostrowskiego
Stowarzyszenie Lubuszanie Dla Rzeczpospolitej
Stowarzyszenie na rzecz międzypokoleniowego wspierania rozwoju człowieka „Matecznik”
Grupa Rekonstrukcyjno-Historyczna im. płk. Tadeusza Zieleniewskiego Majdan-Obleszcze
Grupy Oporu „Solidarni” – Kapituła Odznaki Grup Oporu “Solidarni”
Grupy Oporu Solidarni – Andrzej Rotowski
Stowarzyszenie Kontynuatorów Pamięci o Zagładzie Narodu Polskiego – Prawo do Prawdy
Solidarni2010 oddział Warszawa – przewodnicząca Agnieszka Hałaburdzin-Rutkowska
Komitet Upamiętnienia Obozu Zagłady KL Warschau
Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem Pamięć o Auschwitz-Birkenau Oddział Warszawa
Region Ziemia Radomska NSZZ „Solidarność”
Stowarzyszenie Działaczy i Sympatyków Porozumienia Partii i Organizacji Niepodległościowych
Stowarzyszenie Dzieci Łączki z Podlasia
Stowarzyszenie Historyczne „Solidarność” Huty „Warszawa”
Stowarzyszenie Instytut Historyczny NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego
Stowarzyszenie „Internowani Mazowsza”
Stowarzyszenie Kombatantów – Duszpasterstwo Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej
Stowarzyszenia Komitet Katyński
Stowarzyszenie Krąg Pamięci Narodowej
Stowarzyszenie Kryptonim Operacyjny „Judasze”
Stowarzyszenie Radomskie Ofiar „Grudzień ’70″
Stowarzyszenie „Polskiej Partii Niepodległościowej”
Stowarzyszenie Przyjaciół Orląt i Strzelca
Stowarzyszenie „Radomski Czerwiec 76”
Stowarzyszenie współpracowników „Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela”
Stowarzyszenie „Solidarność Walcząca”
Stowarzyszenie „Towarzystwo Patriotyczne” Radomsko
Stowarzyszenie „Wierność Rzeczpospolitej Wojciecha Ziembińskiego”
Stowarzyszenie „Więźniów Politycznych” skazanych w stanie wojennym z terenu Małopolski i Śląska
Stowarzyszenie Wolnego Słowa
Stowarzyszenie „Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego” Oddział Radom
Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Okręg Radom
Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych
Stowarzyszenie „Dzieci Pomordowanych przez UB na Mazowszu”
Stowarzyszenie Opozycji Antykomunistycznej Zagłębia Miedziowego
Stowarzyszenie Kontynuatorów Pamięci o Zagładzie Narodu Polskiego „Prawo do Prawdy”

Stowarzyszenie Katyń 2010
Mazowiecka Rada Działaczy Opozycji Demokratycznej
Stowarzyszenie 13 Grudnia, Sławomir Karpiński

Dolnośląska Wojewódzka Rada Konsultacyjna d/s Działaczy Opozycji Antykomunistycznej i Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych we Wrocławiu
Zachodniopomorska Wojewódzka Rada Konsultacyjna d/s Działaczy opozycji Antykomunistycznej i Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych w Szczecinie
Wojewódzka Rada Konsultacyjna d/s Działaczy Opozycji Antykomunistycznej i Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych w Opolu
Związek Osób represjonowanych w Stanie Wojennym – Szczecin
Społeczny Komitet Pamięci Górników KWK „Wujek” w Katowicach Poległych 16 grudnia 1981 r.
Stowarzyszenie Katyń – Poznań
Fundacja Ślązacy.pl – Katowice.

Stowarzyszenie Porozumienie Katowickie 1980 – Katowice
Stowarzyszenie Represjonowanych w Stanie Wojennym Regionu Śląsko-Dąbrowskiego – Katowice
Stowarzyszenie „Pamięć Jastrzębska” – Jastrzębie-Zdrój
Stowarzyszenie „Pokolenie” – Katowice
Stowarzyszenie Pokolenia NZS – Katowice
Stowarzyszenie „Solidarność i Pamięć” – Katowice

Stowarzyszenie Więzionych, Internowanych i Represjonowanych „WiR” w Częstochowie
Stowarzyszenie „WiR” w Skarżysku-Kamiennej
Staropolskie Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w Kielcach
Ogólnopolskie Stowarzyszenie Internowanych i Represjonowanych w Siedlcach – Janusz Olewiński
Stowarzyszenie Internowanych, Więzionych i Represjonowanych w Stanie Wojennym w Koninie
Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym Woj. Podkarpackiego w Rzeszowie
Klub Więzionych, Internowanych i Represjonowanych w Białymstoku
Stowarzyszenie Represjonowanych w Stanie Wojennym Rejonu Warmińsko-Mazurskiego „Pro Patria” – Olsztyn
Stowarzyszenie Internowanych Zamojszczyzny w Zamościu
Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w PRL „Przymierze” w Bydgoszczy
Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym w Puławach
Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym w Lublinie
Stowarzyszenie Osób Represjonowanych za Działalność w NSZZ „Solidarność” w latach 1980-1989 w Jeleniej Górze
Stowarzyszenie Działaczy Opozycji Antykomunistycznej oraz Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych Regionu Dolnego Śląska we Wrocławiu

Krajowa Komenda Główna „Wolność i Niezawisłość” Zrzeszenie Oddziałów Partyzanckich RP Inspektorat Śląsk – Gliwice
Śląska Wojewódzka Rada Konsultacyjna d/s Działaczy Opozycji Antykomunistycznej i Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych – Katowice
Małopolska Wojewódzka Rada Konsultacyjna d/s Działaczy Opozycji Antykomunistycznej i Osób Represjonowanych z Powodów Politycznych – Kraków
Stowarzyszenie Osób Internowanych i Represjonowanych w Stanie Wojennym Regionu Radomskiego – Radom
Stowarzyszenie „Idee „Solidarności” 1980 – 1989″ – Bydgoszcz
Stowarzyszenie Represjonowanych w Stanie Wojennym Regionu Świętokrzyskiego – Skarżysko-Kamienna
Stowarzyszenie „Nasz Orzegów” – Ruda Śląska
Klub Gazety Polskiej w Brzesku – Barbara Górczewska
Klub Gazety Polskiej w Skierniewicach
Klub Gazety Polskiej Zabrze 2 im. płk Łukasza Cieplińskiego
Klub Gazety Polskiej w Tychach
Klub Gazety Polskiej w Essen – Niemcy
Polska Lista Wyborcza „Polacy w Essen” – Niemcy

Towarzystwo Naukowe im. Ignacego Paderewskiego – Poznań
Społeczny Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności w Poznaniu
Wielkopolski Oddział Dziennikarzy Polskich – Poznań
Komitet Upamiętnienia Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki
Stowarzyszenie Olszynka Grochowska
Stowarzyszenie Grupa Historyczna Niepodległość
Stowarzyszenie Szaniec
Stowarzyszenie im. Kpt. Antoniego Rymszy ps. Maks
Stowarzyszenie Elbląscy Patrioci
Wolscy Patrioci
WiN Inspektorat Warszawa
Żołnierze Chrystusa
Inspektorat WIN Beskidy
Fundacja Willa Jasny Dom
Przywracanie Pamięci ks. Jerzy Morański, Dominik Krupa
Stowarzyszenie Lipówka Iwona Krupa
Stowarzyszenie Morzęcin Jest Wielki Renata Jurczak
Stowarzyszenie Towarzystwo Miłośników Polskiej Tradycji i Kultury – Sławomir Wojdat
Stowarzyszenie Wiara i Czyn – Krzysztof Kawęcki
Stowarzyszenie „Brygada Inki”

Stowarzyszenie Społeczno-Edukacyjne Orzeł Biały-Strzelec
Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych VII Okręgu Śląskiego
Jednostka Strzelecka nr 2093 im. Gen. Władysława Sikorskiego
Klub Strzelecki „VIS” LOK z Mielca
Klub HDK „Ognisty Legion” z Chorzelowa
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Żołnierzy Wyklętych w Bydgoszczy
Lubelska Grupa Historyczna im. Żołnierzy Wyklętych Lubelszczyzny
Federacja Organizacji Polskich Pancerniaków

Komitet Uczczenia Pamięci Żołnierzy Wyklętych z Gminy Białe Błota 
Stowarzyszenie Trzeźwościowe Nowe Życie z Mielca
Towarzystwo Patriotyczne Żywiecczyzny
Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Rędziny” z Tuszymy k. Mielca
Związek Podhalan Oddział Żywiecki
Archikonfraternia Literacka w Warszawie Dom w Bydgoszczy
Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne

Grupa Rekonstrukcji Historycznej im. CC mjr. „Zapory” – Bełżyce
Grupa Rekonstrukcji Historycznej im. Wojciecha Lisa „Mściciela” – Mielec
Nadwiślańska Grupa Rekonstrukcji Historycznej 3 Pułk Strzelców Podhalańskich – Dąbrowa Tarnowska
Grupa Rekonstrukcji Historycznej im. 1 Pułku Legii Nadwiślańskiej Ziemi Lubelskiej NSZ – Lublin
Kawaleria Kowalów w barwach 24 Pułku Ułanów Kraśnickich – Borów
Kurpiowska Grupa Historyczna „Ostoya” – Ostrołęka
Podhalańska Grupa Rekonstrukcji Historycznej Zgrupowania Partyzanckiego ,,Błyskawica” – Nowy Targ
Stowarzyszenie Historii Spytkowic – Spytkowice
Stowarzyszenie Grupa Integracji Lokalnej – Rabka Zdrój
Stowarzyszenie Nowotarska Grupa Mieszkańców „Pamięć” – Nowy Targ
Ogólnopolskie Stowarzyszenie Internowanych i Represjonowanych, Siedlce – Janusz Olewiński

Piotr Łukaszewski, działacz opozycji antykomunistycznej
Krzysztof Zwoliński, dziennikarz
Ewa Żmigrodzka dziennikarz, realizator filmów dokumentalnych
Marek Wernic, syn powstańca warszawskiego, wnuk żołnierza legionów pochowanych na Powązkach Wojskowych
Andrzej Antoni Olszewski, działacz opozycji antykomunistycznej, ekonomista
Małgorzata Bucholc
Zdzisław Malinowski, radca prawny
Jolanta Dobrzyńska, ekspert oświatowa
Jerzy Antoni Sobociński, technolog żywności
Jakub Małkiewicz, przedstawiciel handlowy
Piotr Kaczorek, doradca d/s zdrowia
Dr Piotr Gawryszczak, radny Rady Miasta Lublina
Paweł Zalewski, radny Dzielnicy Praga Południe m. st. Warszawy 
Kazimierz Kozłowski, radca prawny
Janina Jezierska-Krasowska, emerytowana fizyczka
Konrad Józef Turzyński, emeryt
Teresa Książkiewicz, emerytka
Stowarzyszenie na rzecz Hipoterapii, Korekcji Wad Postawy i Ekologii „Lajkonik” – Ewa Heidrych
Marek Zieliński, urzędnik, publicysta
Krystyna Arent, mgr inż. elektryk, dziś na emeryturze
Bogdan Hajduk, dr hab. nauk medycznych
Hanna Klażyńska, inżynier
Wojciech Klażyński, Stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, radny klubu PiS Warszawa-Bemowo
Artur Adamski
Maciej Staniewicz
Marcin Bogdan, inżynier

Mimo lockdownu „Plagi akademickie” dostępne w Chicago.

Mimo lockdownu „Plagi akademickie” dostępne w Chicago

Dziś ogłoszono przedświąteczny lockdown na terenie całej Polski (podobnie jak to miało miejsce przed rokiem – przed Świętami Wielkiej Nocy)

W ubiegłym roku został nałożony lockdown na moją książkę – Plagi akademickie – ale regionalnie, w Krakowie . I okolicznościowo (Plagi akademickie | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com) stąd nie do końca był skuteczny, jakkolwiek środowisko akademickie, nie tylko Krakowa, do dziś zachowuje dystans wobec tej książki – można rzec – nie chce się przejrzeć w lustrze. Fakt, że jak twarze akademickie zostały dotknięte zarazą czerwoną, tak z tej zarazy się nie uwolniły. Dziś zaraza czerwona, często w mutacji wielokolorowej, ogarnia coraz większe połacie globu i jego populacji. Istna pandemia, z którą przyjdzie nam żyć i umierać.

Takie pandemiczne warunki determinują i losy wielu książek, z moją włącznie. Zachowanie dystansu wobec książki, jak i jej autora, chyba traktowane jest jako warunek przetrwania.

Można jednak sądzić, że wielu akademików nie potrafi znieść swojego widoku objawionego w książce, co się przekłada na bezobjawowe trwanie w domenie akademickiej, oraz swoisty lockdown obyczajowy/zwyczajowy mojej książki – w Krakowie w szczególności.

Tym niemniej, penetrując internet, natrafiłem przypadkowo na stronę https://poloniabookstorechicago.com/ a na niej – ku mojemu zdumieniu – zauważyłem informację o możliwości nabycia mojej książki za Oceanem i to już za niecałe 24 $. ( https://poloniabookstorechicago.com/product/plagi-akademickie/). Tam lockdown nie obowiązuje.

Okazja niebywała, tym bardziej, że księgarnia zapewnia jej nabycie w 24 godz. ( Availability: 24h) i to nie łamiąc prawa/obyczaju !

Lockdown krakowski, nie przekłada się na lockdown chicagowski (czy raczej jego brak) , co cieszy i rodzi nadzieję.

A zatem warto skorzystać z szansy – zachowując warunki lockdownu krakowskiego -i zdobyć książkę. Powodzenia !

Przez lata walczyłem o udział Polonii akademickiej w naprawianiu systemu nauki w Polsce https://niepoprawni.pl/blog/jozef-wieczorek/o-udzial-polonii-akademickiej-w-naprawie-polskiego-systemu-akademickiego . Niestety bez wsparcia akademików krajowych preferujących raczej dla niej lockdown, tak prawny jaki i obyczajowy [ np. https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-zbigniewa-ben-zylicza/ ]. Z widocznymi skutkami.

Świat akademicki zachowuje dystans

Świat akademicki zachowuje dystans

W czasach zarazy zachowanie odpowiedniego dystansu to większa szansa na przeżycie. Strategia obowiązkowa i rokująca nadzieje. Świat akademiki nie zawsze taką drogą podążał i podczas panowania czerwonej zarazy niemało akademików skracało wręcz dystans do nosicieli zarazka komunistycznego. Inni trzymali się z daleka, lecz z obojętnością, preferując zachowania konformistyczne, rokujące nadzieje na kariery akademickie. Kiedy nonkonformistów z systemu eliminowano, zachowywali dystans, aby nie wypaść z obiegu awansowego. Siłą rzeczy tradycyjna wolność akademicka i odpowiedzialność uczonych za losy społeczeństwa zostały poważnie zredukowane.

Kiedyś akademicy byli w awangardzie tych, co walczyli o Niepodległą i służyli odrodzonej Polsce. Obecnie raczej zachowują dystans społeczny, chętnie maszerują ulicami w togach na swoich uroczystościach, lecz nie w pochodach niepodległościowych. Utrzymują dystans wobec Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i nie wywieszają flag narodowych na gmachach uniwersytetów. Nie widzą potrzeby rozliczenia się z wyklinania swoich kolegów z podziemia niepodległościowego.

W wyniku transformacji systemowej zachowano zarówno ciągłość prawną, jak i personalną, a także moralną, ze stanem zarazy czerwonej, dlatego funkcjonowanie ustawowych i pozaustawowych rozwiązań służących wzmacnianiu wolności akademickiej i odpowiedzialności nauczycieli akademickich nie może być satysfakcjonujące.  Skoro – jak wielu zauważa – na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć, to o jakiej wolności można mówić i jaką odpowiedzialność mogą brać na siebie?  Polska cierpi na słabość elit sformatowanych na uczelniach. Podnoszenie problemu plag akademickich, które obezwładniają uczelnie, spotyka się z przemilczeniem świata akademickiego, z małymi wyjątkami. Akademicy zachowują (nie)należyty dystans wobec chorób akademickich, stąd nadzieje, że te zostaną opanowane, są raczej płonne.

26 lutego br. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP )zorganizowała seminarium, aby przedstawić instytucjonalny i prawny kontekst wolności i odpowiedzialności, a także by umożliwić wymianę dobrych praktyk i doświadczeń na drodze do osiągnięcia zarówno wolności, jak i uświadomienia odpowiedzialności. W seminarium, rzecz jasna w trybie zdalnym (webinarium), brylował guru rektorów polskich prof. Jerzy Woźnicki, znany z tego, że po latach regulowania systemu akademickiego złapał się za głowę, uznał, że system jest przeregulowany i został skierowany na odcinek deregulacji. Zawsze na pozycji rozgrywającego. Na seminarium dokonał przeglądu spraw akademickich począwszy od średniowiecza. Omówił wolności akademickie w ustawach akademickich, i to od czasów II RP, taktownie marginalizując ekscesy ustawowe z epoki zniewolenia jaruzelskiego i ich skutki dla systemu akademickiego trwające do dziś. No cóż, skoro w historiach uniwersytetów stan wojenny nawet nie jest wzmiankowany, to po co o tym mówić?  Podniósł europejski kontekst zasad wolności, które winny prowadzić do swobody myślenia, zadawania pytań, dzielenia się pomysłami, ale to w polskim systemie natrafia na bariery trudne do przezwyciężenia. Dlatego KRASP widzi konieczność uzupełniania swoich zasad etycznych i kodeksu dobrych praktyk, których co prawda od lat jest urodzaj, lecz zebrane plony (spadający poziom etyki, wzrost złych praktyk, także u twórców kodeksów) raczej nie potwierdzają skuteczności zasiewów.

Prof. Woźnicki zaznaczył, że „KRASP stoi na straży tradycyjnych wartości akademickich, a w tym zasad etyki zawodowej, odpowiedzialności i konstytucyjnej zasady autonomii szkół wyższych” taktownie nie wspominając, że ta straż owych wartości nie zabezpieczyła.

Prof. Łętowska poruszyła paradoksy ochrony wolności nauki, odnosząc je do działań obecnego rządu, ale nie nawiązała do własnych poczynań (obojętności) jako pierwszego RPO, wobec naruszania wolności akademickiej zniewalanej czystkami akademickimi epoki jaruzelskiej.

Rzecznicy akademiccy jakoś nie wspomnieli, czy ich rola jest wykorzystywana w ochronie przed dyskryminacją pracowników przez rektorów, przy których są umocowani. Mój pomysł – zgłaszany w Sejmie  10 lat temu – instalacji w systemie niezależnych od rektorów rzeczników, w ramach autonomicznego Centrum Mediacji Akademickiej, nie został wprowadzony w życie. Seminarium wykazało słuszność moich spostrzeżeń, że na uczelniach przedmiotem zainteresowania jest odmienna orientacja seksualna, gdy dyskryminacja osób o odmiennej orientacji moralnej i intelektualnej jest jakby nie był zauważana. Świat akademicki wobec takich zachowuje dystans.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 10 marca 2021 r.

Moje książki pro publico bono w Bibliotece UMK

Moje książki pro publico bono w Bibliotece Uniwersytetu Mikołaja Kopernika

https://www.bu.umk.pl/

Nagroda “Nieobojętności” dla obojętnego na zagładę świata wartości

Nagroda “Nieobojętności” dla obojętnego na zagładę świata wartości

Przed rokiem, podczas uroczystości w 75 rocznicę wejścia Armii Czerwonej na teren Kl. Auschwitz, Marian Turski – były więzień najstraszniejszego obozu zagłady – wygłosił przemówienie, które odbiło się szerokim echem, tak w Polsce, jak i na całym świecie. 

Czy pierwszy laureat nagrody ma jakieś dowody na poparcie swej nieobojętnej postawy?

 Omówił, jak krok po kroczku, świat prowadził do Holocaustu. Przypomniał – postulowane przez prezydenta Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego Romana Kenta 5 lat wcześniej – 11 przykazanie: “nie bądź obojętny”.

Nie wiadomo, czy Marian Turski zna Dekalog, czy go rozumie, ale wiadomo, że swym wystąpieniem zdobył szerokie uznanie jako autorytet od nieobojętności.

Jego koledzy z „Polityki” postanowili go zgłosić do Nagrody Nobla, a Oświęcimski Instytut Praw Człowieka ufundował Nagrodę Nieobojętności i w tym roku po raz pierwszy wręczył ją właśnie Marianowi Turskiemu.  

Problemy z Dekalogiem  

Czy fundatorzy nagrody zapoznali się z Dekalogiem – nie wiadomo. Dziś żyjemy w czasach, kiedy walczy się z religią, aktywiści antyreligijni domagają się usunięcia religii ze szkół, więc i znajomość Dekalogu, wartości chrześcijańskich, staje się coraz rzadsza. Szczególnie wśród propagujących postęp i walczących z zacofaniem i ciemnotą.

Ci zacofani bez trudu mogliby wskazać, że przestrzeganie Dekalogu, w którym mamy fundamentalny zakaz – Nie zabijaj (przykazanie piąte) – zapobiegłoby Holocaustowi, jak i innym ludobójczym nieprawościom naszego świata.

 Nie ma potrzeby dodawania kolejnych przykazań, poprawiać dzieła Pana Boga, a jedynie przestrzegać tego, co On nakazuje. 

Niestety cechą “postępowych” jest kompromitująca nieznajomość, czy wręcz nienawiść do podstawowych zasad cywilizacji łacińskiej, którą chcą całkowicie zlikwidować, kontynuując niedokończone dzieło epoki oświecenia, z jej rewolucją francuską.  

Marian Turski rok temu objaśniał, że Auschwitz nie spadł nam z nieba, co jest oczywistością, bo jego geneza wiąże się z otchłaniami piekielnymi, a nie z niebiosami, gdzie obowiązują i są nakazywane odmienne przykazania, nierealizowane jednak na Ziemi przez twórców KL Auschwitz.

Nie podniósł w swej wypowiedzi, że KL Auschwitz został założony dla eksterminacji Polaków, którzy byli pierwszymi więźniami obozu.   (Czy KL Auschwitz jest obszarem eksterytorialnym?”  -Kurier WNET” nr 73/2020.)

Oświęcim,14 czerwca 2020 r. Upamiętnienie pierwszego transportu polskich więźniów politycznych (14.06.1940) do KL Auschwitz

Jakby był obojętny na los tysięcy pomordowanych tam Polaków, o czym i świat nie chce wiedzieć, wymazuje z pamięci, zniekształcając historię tej Golgoty.

Na depolonizację KL Auschwitz nie był obojętny więzień tego obozu o numerze 15683-Bogumił Sojecki, który na krótko przed śmiercią (miał 102 lata) 1 września 2020 r. napisał dramatyczny list do Prezydenta RP Andrzeja Dudy w sprawie niszczenia autentycznych obiektów obozowych, zamknięcia na I piętrze Bloku 11 ekspozycji „Polski ruch oporu w Oświęcimiu”. Apelował: “Druhu Prezydencie – weź w obronę pamięć o bohaterskich żołnierzach w pasiakach – męczennikach Auschwitz!”.  Jakoś, mimo że był chyba najstarszym żyjącym więźniem KL Auschwitz, nagrody “Nieobojętności” nie dostał. Widać był nieobojętny wobec innych wartości.    

Nieobojętność poza światem wartości 

Marian Turski, propagator 11 przykazania, okazał się jego wyznawcą i realizatorem, ale poza światem wartości cywilizacji łacińskiej. Po okupacji niemieckiej, po opuszczeniu niemieckich obozów śmierci, nie był obojętny na instalowanie – siłą, przemocą, zbrodnią – systemu komunistycznego na terenie Polski. Wspierał ten zbrodniczy system, odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi na całym świecie i wielu tysięcy na terenie Polski.

Wstąpił do PPR, a następnie do PZPR, robiąc szybką karierę w aparacie propagandy – jako dziennikarz, i to wtedy, kiedy tysiące jego rówieśników pozostało w lasach, walcząc o wolną od komunizmu Polskę. Na żołnierzy podziemia niepodległościowego polowały wówczas szwadrony śmierci instalatorów komunizmu, wielu więźniów obozów niemieckich znalazło się w katowniach UB lub trafiało do obozu Auschwitz, zaadaptowanego na potrzeby instalacji komunizmu.  

Propaganda komunistyczna, w której funkcjonował Marian Turski, nazywała ich bandytami, faszystami, a kaci UB likwidowali ich w nieludzki sposób. 

Jednym z niewyobrażalnie torturowanych w katowniach UB, był – dobrowolny więzień KL Auschwitz – rotmistrz Witold Pilecki. Ten, uważany zasadnie za jednego z najodważniejszych żołnierzy II wojny światowej, w KL Auschwitz organizował ruch oporu, a po brawurowej ucieczce z obozu brał udział w podziemiu niepodległościowym, tak za okupacji niemieckiej, jak i sowieckiej.

Nie był obojętny, bo postępował zgodnie z Dekalogiem, a siłę dawała mu lektura „O naśladowaniu Chrystusa”. 11 przykazanie nie było mu do nieobojętności wobec zła potrzebne. Należał do innego świata wartości i dlatego był niebezpieczny dla instalatorów komunizmu. Torturowany, wyrażał opinię, że Oświęcim był igraszką wobec tego, co przechodził w więzieniu UB! 

Czy dziennikarz Marian Turski mógłby przedstawić jakieś dowody swojej nieobojętności na tragiczny los rotmistrza, w końcu współwięźnia tego samego obozu niemieckiego? 

Po stronie instalatorów komunizmu, i to na wysokich szczeblach, działał inny więzień KL Auschwitz – Józef Cyrankiewicz, któremu propaganda komunistyczna przypisywała organizowanie w obozie ruchu oporu, czyli to, co robił tam rtm. Pilecki. Józef Cyrankiewicz miał taką władzę w komunistycznej Polsce, że mógł współwięźnia ocalić od śmierci, ale nie miał w tym interesu. Śmierć rotmistrza była nawet dla jego kariery korzystna. Rzecz jasna, Cyrankiewicz jako premier PRL, nie był obojętny na powstanie poznańskie w 1956 roku. Groził każdemu: kto “odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji…”. 

Nieobojętność ujęta w propagowanym 11 przykazaniu różne ma oblicza i różne wartości, a czasem pozostaje poza światem wartości, jeśli jest niezależna od Dekalogu, rzekomo wadliwie skonstruowanego, mimo że spadł on z Nieba. 

11 przykazanie wprowadzane w życie niezależnie od Dekalogu może doprowadzić do niejednego Auschwitz.

W końcu liczba ofiar instalacji systemu komunistycznego walczącego z religią, z Dekalogiem, to ok. 100 mln, czyli wielokrotnie więcej od ofiar całego Holocaustu.  A rocznie giną setki tysięcy chrześcijan za wiarę, także poza systemem komunistycznym, i to przy obojętności ”nieobojętnych”. 

Strajk Kobiet nie spadł nam z Nieba 

Marian Turski mówił po otrzymaniu nagrody “Nieobojętności”, że sprawiła mu radość i raduje się także tym, że na manifestacjach antyrządowych, na Strajku Kobiet, obecne są plakaty z cytatami jego oświęcimskiej wypowiedzi.

Te hasła niejednokrotnie dokumentowałem w swoich fotoreportażach .

2 czerwca 2020 r., Kraków, Rynek, demonstracja „tęczowych”

Dokumentowałem jednocześnie zdziczenie, agresję, przemoc, wulgarność. Nie było wrzasków raus!, raus!  schnell!, schnell!,  ale było j(…)ć, wyp(…)lać. (Bunt jagiellońskich polonistów- Kurier WNET, nr. 78/79).

 Na ulicach miast polskich panował wandalizm, profanacja wszystkiego, co się wiąże z Kościołem, Dekalogiem, z cywilizacją łacińską, którą te hordy, podburzane jeszcze przez świat akademicki, ich decydentów, chcą zniszczyć. Te hordy domagają się holocaustu nienarodzonych – i to bez konsekwencji, na życzenie, bo tak byłoby im lepiej. To zakaz zabijania uważają za znęcanie się nad nimi.

Całkowite odwrócenie znaczenia słów, wartości ogólnoludzkich i lansowanie nieludzkich poczynań. I to pod szyldami cytatów Mariana Turskiego, co sprawia mu radość!  

Kilka lat temu, nieobojętni na Holocaust nienarodzonych, holenderscy obrońcy życia ułożyli nieopodal obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, w kościele Matki Bożej Królowej Polski, tysiąc figurek plastikowych miniaturek 10-tygodniowego płodu. Symbolika oczywista, ale pomijana milczeniem. Ci, którzy walczą o ochronę życia, są obiektem prześladowań, traktowani wulgarnie na strajkach kobiet, manifestacjach antyrządowych, na portalach społecznościowych. Mamy w przestrzeni publicznej narastającą nienawiść, przemoc, uliczne ataki na obrońców życia, w imię prawa do zabijania. A na plakatach i na ustach informacje: To jest wojna! Czas na kolejny Smoleńsk! Strajk Kobiet nie spadł nam z nieba!  

Marian Turski w swoim przemówieniu przestrzegał: “Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny. Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba.” 

Chyba jednak Marian Turski się nie obejrzał. Mógłby zobaczyć, że Anioła Śmierci z Auschwitz, zastępuje Anielica Śmierci ze Strajku Kobiet na drodze do holocaustu.

 I to także z powodu jego obojętności na Dekalog, który spadł nam z Nieba, gdy Auschwitz, jak i Strajk Kobiet ma pochodzenie piekielne.  

Jaka będzie liczba ofiar instalacji barbarzyńskiego systemu, po odrzuceniu Dekalogu, zniszczeniu cywilizacji łacińskiej? Barbarzyńcy do likwidacji chrześcijańskiego świata wartości nie zbliżają się krok po kroczku, lecz dużymi krokami, a nawet skokami. I jest na to przyzwolenie, a nawet radość zgodna (?)  z postulowanym 11 przykazaniem. Marian Turski zdaje się nic nie widzieć, jakby doświadczenia KL Auschwitz niczego go nie nauczyły, nie tylko jako młodego człowieka aktywnie wspierającego instalacje barbarzyńskiego, ludobójczego systemu komunistycznego, ale także jako osoby u końca swoich dni, wspierającego dokończenie tej barbarzyńskiej instalacji w nowej szacie. 

Dla kogo Marian Turski jest autorytetem moralnym? – dla barbarzyńców!  Otrzymał nagrodę “Nieobojętności”, jako obojętny na zagładę świata wartości. 

 Obojętni wobec wykluczenia i kłamstwa historycznego  

Marian Turski rok temu w Auschwitz mówił: “można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders,…. To już jest straszne, niebezpieczne. To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.”  i zaapelował “Nie bądźcie obojętni, jeżeli widzicie kłamstwa historyczne. Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni…” 

W systemie komunistycznym wspieranym przez Mariana Turskiego wykluczano i stygmatyzowano tych – i ich rodziny – co walczyli o wolną Polskę, nie włączali się ochoczo w budowę najlepszego z ustrojów, a dziennikarze oswajali z tym ludzi, oprawców nazywając bohaterami, patriotami, ofiary – bandytami.

Marian Turski apeluje, aby nie być obojętnym wobec kłamstw historycznych, ale nie przytacza ani jednego przypadku swej nieobojętności na powszechne kłamstwa historyczne wspieranego przez niego systemu, który zwany jest systemem kłamstwa, Kłamstwo katyńskie uważane jest za mit założycielski PRL. Nieobojętni wobec tego kłamstwa byli w PRL likwidowani, prześladowani, wykluczani.

A czy nieobojętny wobec instalacji PRL Marian Turski ma jakieś dowody nieobojętności wobec kłamstwa katyńskiego i prześladowań z nim związanych? Czy funkcjonował jako bystander, czy zaangażowany propagator/pretorianin systemu kłamstwa?

W PRL przeszłość nie tylko była naginana do aktualnych potrzeb polityki, ale czyszczono z pamięć i edukację z niewygodnych faktów i niewygodnych ludzi. Pomijano zwłaszcza przykłady zwycięstw oręża polskiego (Bitwa Warszawska!), największych polskich bohaterów (Witold Pilecki!) walczących o niepodległą Polskę. Wielu z nich odbierano obywatelstwo polskie (Władysław Anders!). Czy Marian Turski ma jakieś dowody swej nieobojętności wobec takiego stanu rzeczy? 

Fakt, że niewygodna historia, szczególnie ta najnowsza, do dziś jest zakłamywana przy obojętności historyków sformatowanych w systemie kłamstwa. Powszechnie się ich usprawiedliwia: przecież by ich wyrzucono z uczelni. Autocenzura od dziesięcioleci jest racją bytu akademickiego. Oto autonomia uniwersytetów w wolnej Polsce.

Akademicy nadal boją się mówić i pisać, jak jest i jak było, bo uczelnie weszły w etap postprawdy. Ideologia dominuje nad nauką, a TęczUJe jawnie głoszą, że każdy musi się mieć na baczności (TęczUJe zdobyli UJ -Kurier WNET, nr.69, marzec 2020 r.) 

Wyrzucani są natomiast ci, którzy nie są obojętni, bronią prawdy, występują przeciw zakłamywaniu. To oni skazywania są na niebyt.

Przed nieobojętnymi wobec zagłady świata wartości uczelnie są zamknięte, aby nie mieli wpływu na młodzież

Czy przedwojenna zasada numerus clasus, getto ławkowe, represje 1968 roku wobec instalatorów komunizmu pochodzenia żydowskiego, to nie była igraszka wobec takich represji?   

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w marcu 2021 r.

wersja audio

A jednak były czystki ‚jaruzelskie’ na uczelniach i coś na ten temat wiadomo

A jednak były czystki ‚jaruzelskie’ na uczelniach i coś na ten temat wiadomo

Warto zapoznać się z materiałami zamieszczonymi na ‘ Lustro nauki” [https://lustronauki.wordpress.com/2021/03/09/weryfikowanie-politechniki-warszawskiej/] o przykładzie czystek akademickich na podstawie znowelizowanej ustawy z 1985 r.   na Politechnice Warszawskiej. Warto zwrócić uwagę na rolę PZPR i postawy społeczności akademickiej.

Takie czystki były także na innych uczelniach [ https://lustronauki.wordpress.com/tag/weryfikacja-kadr/] bo ustawodawstwo ‘jaruzelskie” obowiązywało na terenie całego kraju i oczyszczanie uczelni z niewygodnych – także. Niestety beneficjenci czystek, często obecni decydenci akademiccy, nie chcą nic wiedzieć na ten temat, zakłamują historię, przemilczają fakty, wykluczają ofiary czystek.[ m.in. https://blogjw.wordpress.com/2019/01/24/zapomniana-wielka-czystka-akademicka/]

Na UJ nic „nie wiedzą”, że jakieś czystki miały miejsce. [https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/]. Taka powszechna tam panuje amnezja i to nie tylko w populacji lewicowej, ale też solidarnościowej. A przy tym jaka niezłomna niechęć do poznania prawdy!

 Podnosiłem ten problem w dziesiątkach artykułów.[ https://blogjw.wordpress.com/tag/uj/]  I nic. No cóż. Żeby je przeczytać, trzeba umieść czytać i to ze zrozumieniem, a z tym jest coraz gorzej.

Czy można jeszcze naprawić polski świat akademicki?

Czy można jeszcze naprawić polski świat akademicki?

Nauka to poszukiwanie prawdy. Gdy na uniwersytetach ideologia zaczyna dominować nad nauką, to mamy ich kryzys. W takim kryzysie nauka pozostawała w czasach panowania systemu komunistycznego i wydawało się, że po 1989 r. sytuacja w Polsce powinna ulec poprawie. Tak się nie stało, mimo licznych reform akademickich. Po odejściu kapitału ludzkiego formowanego jeszcze w II RP sytuacja nawet się pogorszyła, a uczelnie zaczęły rezygnować z poszukiwania prawdy na rzecz wzrostu utytułowania – za wszelką cenę – swoich kadr.

Wszystkie reformy systemu popełniały ten sam niewybaczalny błąd, który można porównać do leczenia chorego pacjenta przez doktora, który nie jest zainteresowany jego dolegliwościami,  a tym bardziej historią jego schorzeń. Tylko jakiś cud może spowodować, że taki pacjent zostanie wyleczony.

W rzekomo najszerzej dyskutowanej w środowisku akademickim reformie Gowina, prowadzącej do powstania tworu o nazwie „Konstytucja dla nauki”, nie było ani jednej konferencji o chorobach/patologiach systemu akademickiego. Lekarze tej struktury nawet nie wiedzą dobrze, na co ten system/pacjent choruje. Nie podjęto starań o zainstalowanie w tej machinie „POMPY” – Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich, nie ma więc narzędzi do „wypompowania” patologii. Nie poznano karty chorób, jakie system przechodził w ostatnich dziesięcioleciach. Na sugestie, że w niemałym stopniu jego choroby były spowodowane panowaniem systemu komunistycznego, uczelnie reagowały usuwaniem ze swojej historii takich słów jak komunizm, stan wojenny, czy PZPR. Tak rozwiązano skutecznie problem genezy obecnych kadr akademickich i chorób obecnego świata akademickiego. Zastosowano metodę:”Stłucz pan termometr, nie będzie choroby”.  Lekarz nie może podać pacjentowi szczepionki, jak nie będzie znał historii jego chorób i dolegliwości. A system akademicki bez takiej znajomości jest szczepiony kolejnymi reformami z widocznymi skutkami.

Żeby naprawić polski świat akademicki trzeba zrezygnować ze swoistego lockdownu nałożonego na poznawanie prawdy.

Min. Gowin ujawnił, że ok. 30 % naszego kapitału ludzkiego, kształconego na polskich uczelniach, funkcjonuje poza Polską a nie podjęto starań, aby ten kapitał wykorzystać w reformowaniu systemu akademickiego w Polsce. Nie stworzono ani jednego zespołu złożonego z przedstawicieli Polonii akademickiej. Szansa na powrót naukowców do Polski i zmniejszenie bezpowrotnej emigracji w obecnym systemie jest znikoma. Przez lata funkcjonowały bariery zniechęcające do powrotów, a to z powodu egzotycznego systemu tytularnego funkcjonującego nadal w Polsce i procederu ustawianych konkursów na obsadzanie akademickich etatów.

 System tytularny był przyjazny dla rozwoju turystyki habilitacyjnej do postkomunistycznych państw ościennych, a nieprzyjazny dla powrotu naukowców -nawet najwyższej klasy- pracujących na uczelniach zachodnich.

Przed stu laty, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, wracali do niej polscy naukowcy, rezygnując z o wiele lepszych warunków badawczych i materialnych na obczyźnie. Skutki były widoczne i w II RP mieliśmy gigantów nauki na miarę światową.

A zatem otwarcie systemu na Polonię akademicką i rezygnacja z systemu tytularnego w obecnym kształcie to konieczność dla naprawy domeny akademickiej.

Nie da się tego zrobić również bez skutecznego wdrożenia w życie zakazu – autonomicznego do tej pory – ustawiania konkursów na etaty akademickie. Ten proceder, traktowany w innych krajach jako przestępczy, u nas jest powszechnie znany i bezkarnie stosowany. Kontrole NIK wskazują, że realizowane programy badawcze skutkują co prawda wzrostem stopni naukowych, ale nawet instytuty badawcze czerpią zyski głównie z wynajmu nieruchomości, a nie z działalności badawczej.

Bez wprowadzenia stymulacji mobilności kadr, likwidacji chowu wsobnego, nie ma szans na ograniczenie nepotyzmu, układów pozamerytorycznych nieraz o charakterze przestępczym. A do tego potrzebne jest zapewnienie jawności zarówno  ocen pracowników nauki, jak i ich awansów, rezultatów konkursów, projektów…..

To są warunki podstawowe, aby wejść na drogę naprawy polskiego świata akademickiego, aby więcej znaczył w nauce i bvł przydatny społecznie. Reformy pomijające te składniki systemowe to tylko pozorowanie zmian.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 marca 2021 r.

Reakcja wykluczonego za nieobojętność wobec zła

Reakcja wykluczonego za nieobojętność wobec zła

W marcowym numerze Kuriera WNET opublikowałem tekst: „Nagroda “Nieobojętności” dla obojętnego na zagładę świata wartości” prezentujący moją opinię o tegorocznej nagrodzie „Nieobojętności” dla Mariana Turskiego, którego ubiegłoroczne wystąpienie w KL Auschwitz-Birkenau odbiło się szerokim echem, tak w Polsce, jak i na całym świecie. (mój wcześniejszy tekst:„Auschwitz nie spadł nam z nieba, komunizm też!” „Kurier WNET” nr 69/2020 – https://blogjw.wordpress.com/2020/03/14/auschwitz-nie-spadl-nam-z-nieba-komunizm-tez/ ).

Wczoraj media podały, że Marian Turski dostał też nagrodę  im. ks. Stanisława Musiała za rok 2020,   jako „nawołujący do porzucenia wygodnej postawy obojętności i nicnierobienia, braku reakcji na zło..’  Fundatorem Nagrody jest m.in. Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, znany – tak jak i jego poprzednicy – z „wygodnej postawy obojętności i nicnierobienia, braku reakcji na zło..” co dokumentują setki pism kierowane przez lata ( a nawet już wieki) do władz UJ, aby nie byli obojętni na zło, szczególnie to, którego sami są sprawcami.

Wobec zła, nigdy nie byłem obojętny co dokumentuję m.in. w setkach tekstów na- https://blogjw.wordpress.com/ czy https://nfapat.wordpress.com/  i in. ( patrz https://blogjw.wordpress.com/autor/) To mnie wyklucza ze świata akademickiego obojętnego na zło, a często zło wspierające/generujące np. https://blogjw.wordpress.com/2021/02/11/robta-co-chceta-z-plus-ratio-quam-vis-i-mente-et-maleo/https://blogjw.wordpress.com/2021/02/10/trad-w-palacu-nauki/, https://blogjw.wordpress.com/2021/01/07/bunt-jagiellonskich-polonistow/ i setki innych

Autonomiczne zakłamywanie historii

Autonomiczne zakłamywanie historii

Historia jest dziedziną nauki, czyli winna zmierzać do poznania prawdy, ale jest również używana w grach politycznych, w których prawda nie jest pożądana, a nader często manipulowana, modyfikowana do bieżących potrzeb politycznych. Przez kilkadziesiąt lat funkcjonowaliśmy w systemie komunistycznym, który jest systemem kłamstwa, co szczególnie jest widoczne w domenie historycznej. Za mit założycielski PRL uważa się kłamstwo katyńskie. Ci, którzy podejmowali działania na rzecz poznania i ujawnienia prawdy o zbrodni katyńskiej, byli represjonowani. Kłamliwa historia, szczególnie ta najnowsza, znajdowała się w podręcznikach szkolnych i była przekazywana – z małymi wyjątkami – przez nauczycieli. Uczących prawdy system wyrzucał jednak z domeny edukacyjnej. Książki z zakłamaną historią, w obiegu  edukacyjnym mogły przetrwać znacznie dłużej i trwają nawet do dziś.

Przed dziewięcioma laty przez Polskę przetoczyła się fala strajków głodowych w obronie historii w szkołach. Bowiem program szkolny nie dawał wiele szans na zapoznanie młodzieży z historią Polski ich ojców i dziadków.    

Co prawda ogromny wysiłek badawczy i popularyzatorski IPN-u historię najnowszą zaczął stawiać we właściwym świetle, ale wydostanie się z otchłani kłamstwa nie jest takie proste w sytuacji zachowania ciągłości z PRL. W edukacji przez lata przeważali przecież ci, którzy zostali sformatowani w systemie kłamstwa, a transformacja, i to w starszym wieku, do systemu prawdy nie jest prosta, o ile w ogóle możliwa.

Przez lata dopingowano do kształcenia argumentem: czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. No i przez lata uczono Jasiów kłamliwej historii. Ci, którzy opanowali ją najlepiej, otrzymywali piątki, nagrody, wyróżnienia, i w wieku dorosłym, już w roli Janów, mają taką znajomość rzeczy. Jakoś nie rozpowszechnia się oczywistej przestrogi – jeśli Jaś, Joasia, kłamliwej historii zbyt dobrze się nauczą, to Jan/Joanna nie zdołają się oduczyć, przynajmniej nie tak łatwo. I taki stan rzeczy dziś obserwujemy.

Trzeba mieć na uwadze, że zwiększenie ilości godzin nauki historii w szkole niekoniecznie zwiększy znajomość historii najnowszej, a może tę znajomość jeszcze pogorszyć, jeśli podręczniki pozostaną kłamliwe, a nauczyciele nie są dobrze przygotowani do nauki prawdziwej historii. Jak wiadomo, nauczyciele uczą się zawodu na uczelniach, podręczniki piszą nauczyciele akademiccy, także oni je recenzują, a więc istota rzeczy w edukacji historycznej znajduje się na uczelniach.  

Od lat staram się o wycofanie z obiegu edukacyjnego dzieła obowiązującego w konkursie wiedzy o Uniwersytecie Jagiellońskim, który zwycięzcom oferuje indeksy najbardziej prestiżowej polskiej uczelni.  Chodzi o „Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”, w których opis najnowszej historii jest skandaliczny (bez takich słów jak: “komunizm”, “stan wojenny”, “PZPR”). Mimo to, w tym roku organizowany jest już 25. konkurs takiej [nie]wiedzy  rekomendowanej  przez profesorów o najwyższej mocy decyzyjnej.  

Kto takie rekomendacje zakwestionuje? Jeśli ktoś ma zamiar wspinania się po kolejnych szczeblach drabiny akademickiej, w naszym systemie tytularnym, może natrafić na szczeble podpiłowane i z drabiny może spaść, nie osiągając celu.  Taka jest wiedza powszechna, stąd działań – na rzecz wycofania z obiegu edukacyjne szkodliwych bubli- nie ma i nawet najwybitniejsi milczą, bo mogą wypaść z obiegu awansowego, finansowego, orderowego ….  

Kierowałem pisma do komisji podręczników PAU, także do ministerstwa, ale bez skutku. Nikt nie ma mocy, aby wycofać to co winno być wycofane, co w ogóle nie powinno powstać.  

System akademicki mamy autonomiczny, więc zakłamywanie historii jest autonomiczne.  Historyk Dr hab. Sławomir Cenckiewicz, członek Kolegium IPN twierdzi, “że w Polsce nie można do końca opowiedzieć żadnej współczesnej historii zgodnie z prawdą.” I jest to smutna prawda. Jeśli w innych krajach- w książkach, w mediach- kłamliwie przedstawiane są fakty z historii Polski, słusznie reagujemy protestami, procesami sądowymi. Jeśli nasi historycy piszą kłamliwe historie, do obiegu edukacyjnego przeznaczone, panuje powszechne milczenie, chyba nawet bez zawstydzenia. A jest się czego wstydzić! 

Może minister edukacji i nauki, który zamierza dokonać przeglądu podręczników przeznaczonych do edukacji, zwróci uwagę na takie szkodliwe w edukacji buble – niestety do tej pory autonomiczne. A może pójdzie śladami babci Filomeny, która wygrała proces o prawdę historyczną z kłamliwym profesorstwem (książka „Dalej jest noc”)? 
Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 24 lutego 2021 r.

Czatowałem na webinarium „Wolność i odpowiedzialność akademicka”

Czatowałem na webinarium „Wolność i odpowiedzialność akademicka” – na niektóre pytania były reakcje

26 lutego 2021 r.

https://www.swps.pl/wolnosc-i-odpowiedzialnosc-akademicka

Autor Plus: Plagi akademickie – spotkanie krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Spotkanie z cyklu Autor Plus organizowanie przez oddział krakowski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

W dyskusji udział wzięli: – dr Józef Wieczorek (autor książki „Plagi akademickie”) – prof. Bogusław Dopart red. Maria Fortuna – Sudor

Prowadzący: dr hab. Krzysztof Gurba

Spotkanie odbyło się 24 lutego 2021.

Książka jest dostępna

w sklepie Gazety Polskiej https://sklep.gazetapolska.pl/

Sklep Gazety Polskiej
ul. Filtrowa 63/43
02-056 Warszawa
Polska

Tel. 722111655

sklep@gazetapolska.pl

w Krakowie w 
Księgarni ZBROJA

31-004 Kraków, p;. Wszystkich Świętych 9
pon. – piątek 11-19.00
tel/ 692-308-776 https://www.facebook.com/KsiegarniaZbroja/

 i w siedzibie Fundacji Biblioteka Domowa 30-046 Kraków ul. Lea 5a [pierwsze piętro-lokal 5a, domofon 105]

Można ją też zamówić e-mailem lub telefonicznie:

Wojciech Pasternak – prezes Fundacji

kontakt:604 339 271

e-mail:ksiazkiiludzie@wp.pl

strona www: http://ksiazkiiludzie.pl/

Lustracja, czyli odsłanianie twarzy podczas pandemii

Lustracja, czyli odsłanianie twarzy podczas pandemii

Podczas pandemii jest obowiązek zasłaniania twarzy, ale nie anulowano obowiązku lustrowania osób publicznych. Kto przed laty nie utrzymywał należytego dystansu, miał tajne, bliskie – rzec można: intymne – kontakty z SB, musi się liczyć z tym, że jego twarz, nawet w okresie pandemii zostanie odsłonięta.

W czasach PRL, z powodu pandemii komunizmu, istniał obywatelski obowiązek zachowania dystansu wobec funkcjonariuszy zabezpieczających trwanie podłego systemu. Niektórzy tego obowiązku nie przestrzegali, ale po ogłoszeniu obalenia komunizmu byli nierozpoznani.

Obowiązek noszenia masek podczas pandemii traktowany jest jako ograniczenie wolności, ale dawni współpracownicy systemu zniewolenia, przez lata III RP, zakrywali sobie twarz autonomicznie. Fakt, że zwykle bezobjawowo, stąd mało kto wiedział, co za taką maską może się kryć. Kiedy powstał IPN przystąpiono do tworzenia ustaw umożliwiających ujawnienie tego co miało być tajne.  Krzyk z tego powodu był głośny, szczególnie na autonomicznych uczelniach, gdzie starano się zachować przywilej ukrywania prawdy.

Niektóre uczelnie pousuwały zresztą poszukiwanie prawdy z obowiązku akademickiego, aby się zabezpieczyć na taką ewentualność. W tym czasie rozpocząłem tworzenie “lustra nauki” (serwis: Lustracja i weryfikacja naukowców PRL) aby nasi akademicy mogli się w nim przejrzeć w całej okazałości i bez skrępowania. Nawet było spore zainteresowanie i trwa ono do dziś, stąd ponad milion spojrzeń zarejestrowanych. Można sądzić, że wielu spoglądało na siebie wielokrotnie, ale do tej pory “lustro” nie zostało roztrzaskane, choć zamiary były.

IPN nie próżnuje, wiele twarzy odsłonił, stworzył katalogi ciągle uzupełniane i ostatnio, mimo pandemii, odsłonił kolejną twarz jednego z rektorów. Fakt, że już byłego i miernie utytułowanego, bo jedynie doktora, lecz usytuowanego na wielu pozycjach i to decyzyjnych, a także doradczych. Chodzi o dr. Kazimierza Kujdę, który w latach 2004-2005 był rektorem Szkoły Wyższej im. Bogdana Jańskiego w Warszawie, a w latach 2004-2007 rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości im. Bogdana Jańskiego w Łomży.  Okresowo był więc – rzec można – rektorem do kwadratu. Odsłonięcie twarzy – i to w czasie pandemii – nastąpiło w trybie autolustracji, po tym jak były rektor został zawieszony w pełnieniu funkcji doradczej przy Prezydencie RP. Sam wystąpił o publiczne odsłonięcie twarzy przed dwoma laty, kiedy pandemii jeszcze nie było. Sam uważał, że z SB nie współpracował. Prokuratorzy IPN jednak wykazują, że jest kłamcą lustracyjnym, co go dyskwalifikuje do pełnienia publicznych stanowisk.

Kłamstwa rektorów są tak pospolite, że nie skutkują na ogół konsekwencjami, lecz kłamstwo lustracyjne traktowane jest poważniej, szczególnie przy obejmowaniu stanowisk nieakademickich. Zapewne sprawa znajdzie finał w sądzie, jak wiele podobnych.

Nie tak dawno odszedł z tego świata były rektor UJ – Franciszek Ziejka, który notowany był w aktach SB jako KO pod pseudonimem Zebu, nader trafnie dobranym. Do współpracy się nie przyznawał, a sąd nie podzielił argumentów IPN i nie podważył prawdziwości oświadczeń lustracyjnych. Może to nastąpić najwcześniej na Sądzie Ostatecznym, co zresztą sugerował sam rektor oskarżany o kłamstwo.

Taki stan rzeczy nie jest korzystny dla funkcjonowania domeny publicznej na ziemskim padole. Potrzebne jest oczyszczenie domeny publicznej, a akademickiej w szczególności, bo w tej domenie formuje się nasze elity, i to na lata. Niestety tego nie dokonano po ogłoszeniu upadku komunizmu, więc tak do końca to on nie upadł. Zresztą konieczna by była szersza lustracja uczelni, na wzór lustracji majątków ziemskich w dawnej Rzeczypospolitej.  W końcu trzeba mieć wiedzę o tym czym się zarządza i kto zarządza.

Pod koniec PRL przeprowadzono lustrację na uczelniach, ale nie na okoliczność współpracy z SB, lecz na okoliczność zidentyfikowania tych, którzy do utrwalania najlepszego z systemów się nie nadawali. A co gorsza nie spełniali norm etyki socjalistycznej i swoją postawą negatywnie wpływali na młodzież akademicką. Stanowiąc zagrożenie dla przewodniej siły narodu, z systemu akademickiego byli usuwani.  I do tej pory ta lustracja, od której do sądów nie było odwołania, nie stanęła przed sądem wolnej Rzeczypospolitej. I jakby nikomu to nie przeszkadzało.

Prawdziwej twarzy tej lustracji i negatywnie zlustrowanych nikt nie chce widzieć, nawet jak sami o autolustrację i poznanie prawdy historycznej występują. Nawet pandemia takiego maskowania nie usprawiedliwia.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 17 lutego 2021 r.

SDP Kraków zaprasza na dyskusję o „Plagach akademickich”- spotkanie online z cyklu „Autor plus”

Szanowni Państwo,
Serdecznie zapraszamy na pierwsze w tym roku spotkanie online z cyklu „Autor plus”. Dyskusja będzie poświęcona książce pana Józefa Wieczorka pt. „Plagi akademickie”. Spotkanie odbędzie się w środę 24 lutego o godzinie 17:00 na Zoomie.W rozmowie wezmą udział: Józef Wieczorek, prof. Bogusław Dopart i red. Maria Fortuna – Sudor. 
Więcej o spotkaniu opowiada sam autor w krótkiej zapowiedzi wideo:https://youtu.be/KddGiWCwHac


Link do środowego spotkania: https://us02web.zoom.us/j/87192306784?pwd=NHBhUGFvc2V2VUpBV0Ztc1d2TmRiQT09

Hasło: sdp


Zapraszamy!
Zarząd Oddziału Krakowskiego SDP


SDP Kraków
ul. Szczepańska 1, 31-011 Kraków
sdp.krakow@gmail.com
Dyżury: środa 16:00 – 18:00
Facebook: https://www.facebook.com/sdpkrakow/

Wieczorek -na dzień dobry- uważa, że nasz system akademicki jest niewydajny

Wieczorek- na dzień dobry – uważa, że nasz system akademicki jest niewydajny

https://tvrepublika.pl/Wieczorek-uwazam-ze-nasz-system-akademicki-jest-niewydajny,112640.html

W Polsce na dzień dobry

Lockdown akademicki, wczoraj i dziś

Plagi akademickie – Józef Wieczorek

Lockdown akademicki, wczoraj i dziś 

Lockdown, to słowo, które zrobiło karierę w czasie pandemii i zostało niejako inkorporowane do języka polskiego, choć to wyraz angielski. Oznacza zamknięcie, blokadę, izolację, zakaz wyjścia, kwarantannę, czyli niezbyt miłe okoliczności tworzone w ostatnim roku na froncie walki z pandemią koronawirusa. Ciekawe, że wcześniej to słowo prawie nie było znane, choć okoliczności, nawet bardziej niemiłe, też oczywiście występowały i krępowały życie sporej części Polaków.

Z instalacją systemu komunistycznego wiązał się przecież lockdown, i to bardziej dotkliwy niż ten obecny.  Odizolowano od niekomunistycznego świata niemal całą populację Polaków żyjącą między Bugiem i Odrą. Zamknięto nas w komunistycznym baraku. W pierwszych latach zamknięcie granic było niemal zupełne, kwarantanna narodowa miała zabezpieczyć nas przed wirusami wolności ze świata Zachodu. Tylko izolacja i postępowa edukacja dawały szansę na budowę systemu powszechnej szczęśliwości. Zmniejszenie ograniczeń, poluzowanie lockdownu pod wpływem protestów społecznych, powodowało rozprzestrzenianie się wirusa wolności i konieczność używania sił bezpieczeństwa publicznego, a nawet wprowadzenia stanu wojennego. Chroniono obiekty i osoby- aby czegoś złego sobie nie zrobiły – organizując liczne miejsca odosobnienia.

Lockdown był szczególnie dotkliwy dla świata akademickiego, źle znoszącego izolację prowadzącą do postępującej degradacji nauki i edukacji. System akademicki był dość szczelnie zamknięty przed inaczej myślącymi, a całkiem zamknięty dla przeciwników komunistycznego lockdownu. Sformowano spore zastępy miłośników takiego systemu, który dla nich nieco się otwierał i dawał szansę na wybicie się z szarej masy.

Mimo formalnego upadku systemu komunistycznego, otwarcia granic, lockdown – co prawda bardziej “miękki”, w odmianie pełzającej – w domenie akademickiej pozostał, można rzec, przepełznął przez transformację do III RP. Nie bez przyczyny na początku tego wieku pisałem w Rzeczpospolitej “system zamknięty i niereformowalny” argumentując, że żadna reforma zasadniczo nie zmieni sytuacji w nauce i szkolnictwie wyższym, o ile system ten się nie otworzy. A system przez wiele lat nadal był bardziej kompatybilny z blokiem komunistycznym, niż z zachodnim, stąd notowane natężenie przygranicznego ruchu habilitacyjnego na wschód od Bugu, i na południe od Tatr, a blokada – silny lockdown- dla chcących wracać z Zachodu.  

Niektórych naukowców polskich formowanych na Zachodzie wręcz zmuszano do rezygnacji z obywatelstwa polskiego przy staraniach się o stanowiska profesorów na polskich uczelniach.  

Wymóg habilitacji, a niekoniecznie wybitnych osiągnięć naukowych, efektywnie blokuje stanowiska profesorskie dla nieswoich. Mimo złagodzenia takiego wymogu, obyczajowy lockdown dla niehabilitowanych jak najbardziej nadal funkcjonuje. Świat akademicki przyzwyczaił się do lockdownu, i rękami oraz nogami broni się przed mobilnością. Zamyka się w swoich “gettach”, realizując kariery od studenta do rektora na tej samej uczelni, najlepiej w towarzystwie swoich krewnych, zgodnie ze swoistą polityką prorodzinną.

Podczas pandemii, z powodu lockdownu, mistrzowie i uczniowie trzymają się z dala, realizując okrojone programy konieczne do utrzymania poziomu udyplomowienia społeczeństwa.

Tylko na okoliczność manifestacji antypisowskich akademicki lockdown nie obowiązuje. Profesorki, skracając dystans, wychodzą do rozwydrzonych, proaborcyjnych tłumów z wykładami na temat je*ania PiS, tłumacząc -jako filolożki – barwę i znaczenie słowa wyp***dalać. Mimo lockdownu chyba nigdy profesorowie/profesorki nie byli/-ły tak blisko ludu i to w roli meneli. Podczas lockdownu komunistycznego skracano dystans, między elitami in statu nascendi a ludem, poprzez praktyki robotnicze, ale do takiego braterstwa – jak obecnie – to chyba jednak nie dochodziło.

Ciekawe, czy w ramach modyfikowania „Konstytucji dla Nauki” wprowadzony zostanie nowy tytuł naukowy na drodze kariery akademickiej – tytuł profesora menela/profesorki menelki. Kandydatów/kandydatek by nie brakowało. 

Póki co, najbardziej znany szczepionkowy rektor zamknął się w sobie – rzec można – dokonał wsobnego lockdownu i nie otworzy się na oczekiwania ministerialne opuszczenia rektorskiego stanowiska. Podczas pandemii szary obywatel ma zostać w domu, a rektor na uniwersytecie.

Jak lockdown, to lockdown. Najważniejsze jest bezpieczeństwo i akademicka autonomia. Dbając o siebie, dbamy o innych. Takiego lockdownu to ani minister, ani premier, nie zdoła znieść. 

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska z 10 lutego 2021 r.

Wieczór autorski on-line – O „Plagach akademickich”

O „Plagach akademickich”

Wieczór autorski on-line
www.GazetaPolska.pl
18 lutego [czwartek] godz. 18

Autor książki: Józef Wieczorek
Prowadzenie: red. Jacek Liziniewicz