Gilotynowanie wolności nauki- postępowcy nie potrzebują uczonych

Gilotynowanie wolności nauki – postępowcy nie potrzebują uczonych

Nauka sensu stricto, czyli rozumiana jako poszukiwanie prawdy, może się rozwijać tylko w warunkach wolności badań naukowych i wolności wypowiedzi naukowych. Gdy poszukiwanie prawdy zastępowane jest przez pogoń za zyskiem, władzą i realizacją ideologii, nieraz obłędnych, mamy do czynienia z kryzysem nauki, która może wręcz zagrażać ludzkości. Od rozwoju nauki zależy rozwój gospodarczy i poziom życia społeczeństw, ale ideolodzy postępu nieraz w historii dokumentowali, że nie potrzebują uczonych, w każdym razie tych, którzy nie służą ich ideologii.

Republika nie potrzebuje uczonych

Co roku obchodzona jest rocznica przeprowadzonej na drodze postępu ludzkości rewolucji francuskiej, podczas której słynny fizyk Charles Coulomb uciekał z Paryża na prowincję z obawy o bezpieczeństwo, filozof ekonomista Nicolas de Condorcet stanął przed Trybunałem Rewolucyjnym a po uwięzieniu zszedł z tego świata, natomiast – chyba z nich najsłynniejszy – chemik Antoine Lavoiser został zgilotynowany słysząc od sędziego sądu rewolucyjnego (Jean-Baptiste Coffinhal) uzasadnienie, że republika nie potrzebuje uczonych.

Biblioteki francuskie podległy oczyszczeniu z niewłaściwych dla ‘postępu’ książek, w części spalonych, zniszczonych, aby wymazać, unieważnić, skasować to co jest zacofane (cancel culture!) a te ekscesy też wymazano, stąd większość wykształconych postępowo ludzi palenie książek wiąże głównie z ekscesami hitlerowskich Niemiec a nie z postępową Francją! Cywilizacje kończą się w księgarniach i bibliotekach, co i dzisiaj można obserwować.

Mimo to, cały postępowy świat obchodzi każdą rocznicę zburzenia Bastylii (było w niej aż ośmiu więźniów! – ofiar rojalistycznego reżimu) co zapoczątkowało rewolucję i zgilotynowanie kilkunastu tysięcy, głównie niewinnych ludzi i straszliwe ludobójstwo Wandei, objęte w historii pamieciobójstwem, choć wykorzystywane przez Lenina w kolejnej postępowej rewolucji, która przyniosła miliony ofiar.

Uczeni w służbie czerwonego i brunatnego postępu 

Lenin przez lata funkcjonował jako geniusz ludzkości i wielu uczonych w swych pracach podkreślało jego genialność, aby mieć szansę na dostąpienie statusu genialnych. Stalin jako wielki językoznawca, jeszcze ten system udoskonalił, wspierając genialnych budowniczych systemu komunistycznego, w którym ideologia dominowała nad nauką. Produktem takiego systemu był Trofim Łysenko, hochsztapler na usługach komunistycznej władzy, którego „rewelacyjne”, pseudonaukowe teorie przyniosły katastrofalne skutki dla rolnictwa, a naukowcy, którzy mu zagrażali, musieli się liczyć z unicestwieniem swoich badań, jak i samych siebie (przykład Mikołaja Wawiłowa), co prawda nie za pomocą gilotyny, ale równie skutecznie.

Postępowy ustrój potrzebował tylko postępowych uczonych, a nie tych, którzy ten postęp spowalniali jakimiś naukowymi fanaberiami.

Także w służbie brunatnego postępu, na drodze do dominacji nadludzi i eksterminacji podludzi, wielu uczonych (w tym medyków) odegrało haniebną, wielką rolę, bez której zakres ludobójstwa byłby niewątpliwie mniejszy.

Tak Stalin, jak i Hitler potrzebowali wsparcia uczonych, ale likwidowali elity dla swych nieludzkich działań niewygodnych i mają na swoim sumieniu liczne rzesze wybitnych uczonych, a także potencjalnych uczonych.

Ale życie nie jest czarno-białe i są przykłady uczonych, którzy przeszli przez piekło niemieckich obozów koncentracyjnych a następnie, po nastaniu czerwonego postępu, działali na rzecz jego instalacji i eliminacji z życia nawet swoich towarzyszy wcześniejszej obozowej niedoli. (Niezłomni – wyklęci przez rektorów -Kurier Wnet, nr. 4/2018) Innych represjonowano w czasach czerwonego postępu za rzekomą kolaborację z postępem brunatnym, nawet gdy uchronili przed śmiercią tysiące, miliony ludzkich istnień (Rudolf Weigel), lub poczynili wynalazki dla dobra ludzkości (Jan Czochralski) 

Masowa edukacja na drodze postępu

Aby upowszechnić genialne myśli twórców postępu, a przez to uformować człowieka postępu, potrzebne było zlikwidowanie analfabetyzmu. Edukacja szkolna miała sformatować politycznie obywateli do miłowania socjalistycznej ojczyzny i budowania najlepszego z ustrojów. I w niemałym stopniu to się udało, a motywowano młodych do wysiłku argumentem: „Czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał”. Edukacja miała jednak charakter ideologiczny, niewygodne treści, szczególnie w zakresie edukacji humanistycznej unieważniano, więc utrwalenie w umysłach zakłamanych, zmanipulowanych treści miało długotrwałe skutki, co widzimy do dnia dzisiejszego, bo niestety czego Jaś zbyt dobrze się nauczył, tego Jan nie zdoła się oduczyć, a w każdym razie nie tak łatwo. Stąd spora cześć społeczeństwa nadal mentalnie i merytorycznie pozostaje w nie do końca upadłym systemie. Można to było przewidzieć, bo na poziomie wszystkich szczebli edukacji preferowano nauczanie pamięciowe, tępiono myślenie, kojarzenie, merytoryczną krytykę i z tego modelu edukacji do tej pory nie zdołaliśmy się wyzwolić, a nawet nie za bardzo chcemy -w końcu przez lata premiowano konformizm a nonkonformizm był karany, i to nieraz dożywotnio, Konformiści i w III RP odnoszą sukcesy. a nonkonformiści są poddawani cancel culture.

Eliminacji, jak się pogardliwie określa nawet do dziś, „wstecznych”, „zacofanych” elit, o systemie wartości oddziedziczonym po II RP, towarzyszyła masowa edukacja prowadzona głównie przez postępowców, zrazu na poziomie podstawowym i zawodowym, a w końcu -po transformacji- także wyższym, przynajmniej z nazwy. Niestety po „zgilotynowaniu” głów niezależnych od postępu, nastawionych na dobro wspólne, na poszukiwanie prawdy, efekty edukacji pozostały mierne. Postęp ilościowy w żaden sposób nie był w stanie przynieść postępu jakościowego, co szczególnie wyraźnie widać w domenie akademickiej. Z dumą, zadowoleniem, satysfakcją nagłaśnia się rzekome sukcesy polskich uczelni identyfikowanych wśród najlepszych uczelni świata, pomijając fakty, że od wielu naszych, nawet wyróżniających się, wyżej notowane są uczelnie nie tylko z większości krajów europejskich, ale także tych z Bangladeszu, Ugandy, Kolumbii, Kazachstanu ….. Rzecz jasna o tym się nie informuje społeczeństwa, które mimo postępowej edukacji jakoś nie jest zbyt zaradne, aby sprawdzać (dez)informacje, którymi jest karmione i przysposobione do utrzymywania kiepskiego/niewydolnego systemu. Masowa edukacja, zapewniająca wydawanie pożądanych dyplomów, jednocześnie zabezpiecza wprowadzanie w życie najbardziej absurdalnych – traktowanych jako postępowe – idei (m.in. religia klimatyczna, genderyzm.)

Bismarkowi przypisuje się maksymę: Acht und achtzig Professoren und Vaterlanddu bist verloren. (Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Ojczyzno, jesteś zgubiona.). A mamy masową „produkcję” profesorów. To nie są dziesiątki, ale tysiące, reprodukujących ogromne rzesze osobników udyplomowionych, utytułowanych, ale coraz bardziej odpornych na prawdę. Mamy więc czego się obawiać.

Postępowa ideologia ponad nauką

Przygotowano przestrzeń akademicką do lewackiego przemarszu przez uniwersytety. Marsz ten postulowany jeszcze w latach 30-tych ub. wieku  na Zachodzie, na dobre rozpoczął się w 1968 r., a u nas przyspieszył po transformacji w XXI wieku. Przetrzebiona czystkami ideologicznymi i nastawiona materialnie, a szczególnie tytularnie, domena akademicka wkroczyła w okres postprawdy i posthistorii, niszcząc za sobą świadectwa i wartości poprzedniej epoki.

Idee równości, realizowane za pomocą gilotyny w czasach postępowej rewolucji francuskiej, za pomocą karabinów i łagrów w czasach postępowej rewolucji październikowej, wprowadzano w sposób mniej lub bardziej doskonały na terenach zarażonych postępem, także w domenie akademickiej.

Zastępując wartości chrześcijańskie (Dekalog) antywartościami neomarksistowskimi lansuje się 11 przykazanie („nie bądź obojętny” – Józef Wieczorek „Auschwitz nie spadł nam z nieba, komunizm też!” Kurier WNET” nr 69/2020), co w świecie nauki objawia się brakiem obojętności na to, co wypracowali inni, i zagarnianiem ich osiągnięć na swoje konto (popularne plagiatowanie, rekwirowanie własności intelektualnej, dostawy obowiązkowe płodów intelektualnych). Fundamentem postępowej domeny akademickiej staje się polityka równościowa i tzw. antydyskryminacyjna wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej z obszaru LGBT+. Osobom o tradycyjnej orientacji intelektualnej i moralnej wolno się najwyżej temu podporządkować, albo stać się obiektami dyskryminacji i napiętnowania. Przeniesienie zainteresowania na sferę seksualną, przy jednoczesnej obojętności na stronę moralną i intelektualną prowadzi do zapaści domeny akademickiej i grozi śmiercią uniwersytetów, kiedyś centrów wartości i poszukiwania prawdy.

Zdominowanie nauki przez ideologię skutkuje ograniczeniem wolności nauki, brakiem rzeczywistych debat naukowych, których uodpornieni na prawdę postępowcy po prostu nie potrzebują. Naukowcy, u których wykryto niechęć do postępu, do wsobnych debat postępowców nie są dopuszczani, nie mają większych szans na finansowanie uważanych za niepostępowe projektów, a nawet na zatrudnienie etatowe. Trudno znaleźć wydawców i dystrybutorów niepostępowych książek. Co prawda gilotyny wymyślone przez Józefa Guillotina podczas rewolucji francuskiej nie są już stosowane do ścinania niepostępowych głów, ale w metodach dekapitacji nastąpił olbrzymi postęp. Głowy niepogrążone w piasku i emitujące wolne myśli i słowa, kasowane (cancel culture) są nader skutecznie i ich nosiciele nie mają wiele szans na funkcjonowanie w domenie akademickiej. Postępowcy nie potrzebują uczonych ani wolności nauki.

Głos wolny plagi akademickie ubezpieczający

Głos wolny plagi akademickie ubezpieczający

W „Głosie Nauczycielskim”, tuż przed kolejną rocznicą słynnego manifestu ubezpieczającego na dziesięciolecia zniewolenie Polaków, ujawniono głos jednego z profesorów (Arkadiusz Rojczyk), który, jak odbieram, ma ubezpieczać, na długie lata, plagi akademickie degradujące naukę w Polsce.

Niedawno pisałem, że zwiększenie finansowania wadliwego systemu przynosi więcej szkody niż pożytku, ale nasi profesorowie ciągle głoszą, że z powodu deficytu pieniędzy nie potrafią godnie żyć, i są to głosy wręcz zniewalające. Ja takiej zależności nie zauważyłem w domenie akademickiej. Raczej obserwowałem, że ci najwięcej zarabiający godnie żyć nie potrafią, a ci o wiele biedniejsi materialnie – potrafią.

Profesor płacze po – dobrej jego zdaniem – reformie Gowina, z której niewiele już zostało, i podobno dlatego jesteśmy na drodze do degradacji nauki, a młodzi wyjadą. Tymczasem degradacja jak trwała, tak trwa, a młodzi naukowcy jak wyjeżdżali, tak wyjeżdżają. Widać, że reformowanie reformy Gowina nie jest przyczyną takich skutków.

Profesor, specjalista od przetwarzania mowy, tak ją przetworzył, że wymowa jego wypowiedzi skierowała się na ubezpieczanie plag akademickich, a nie na zahamowanie degradacji. Nawet nie wie, do kogo mieć o to pretensje. Uważam, że najpierw winien je mieć do siebie, podobnie jak inni profesorowie. Winien wiedzieć, że do nauki nie idzie się po pieniądze, także w bogatych krajach, gdzie w innych sektorach można zarobić jeszcze więcej.

A u nas biadoli się na niskie zarobki i w ramach ustawianych konkursów ustawia się je na swoje rodziny, aby taką biedę wszyscy klepali, aby dostawali coś w rodzaju dożywotniego zasiłku socjalnego. I taki system trwa i trwa, i reformy go nie likwidują.

Jak się w nauce zatrudnia tych, którzy nie mają pasji, to ich zwiększone finansowanie nie zapobiegnie degradacji, a nawet ją wzmoże. A plagi akademickie – przyczynę degradacji – unieważnia się i ciągle tylko: dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy, bo wyjedziemy…

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 sierpnia 2022r.

System finansowania głupoty

System finansowania głupoty

 Nasz świat akademicki żąda zwiększenia wydatków z kieszeni podatnika na swoje utrzymanie. Głos ten rozbrzmiewa od lat i to emitowany zgodnie, tak przez decydentów, jak i pracowników najemnych domeny akademickiej. Natężenie głosu wzrasta wraz ze wzrostem inflacji, poziomu udyplomowienia społeczeństwa i utytułowania kadr akademickich.

Słyszymy: pieniądze przeznaczane na domenę to nie koszty tylko inwestycja, która przyniesie wielokrotne zyski na drodze do dobrostanu państwa i społeczeństwa. Niestety domagający się więcej pieniędzy nie domagają się fundamentalnych zmian systemu, który jest wadliwy, co zauważa coraz więcej akademików, jak i szarych obywateli.

Grzegorz Górny przytoczył ostatnio przykład amerykański, gdzie olbrzymie nakłady finansowe na edukację nie przyniosły sukcesu. Wręcz przeciwnie. Wraz ze wzrostem nakładów finansowych nastąpił wzrost populacji analfabetów funkcjonalnych i generalne obniżenie nawet elementarnej wiedzy. Wyniki amerykańskich uczniów są niższe od tych uzyskiwanych przez uczniów europejskich funkcjonujących w znacznie słabiej finansowanych systemach. I jaki wniosek? Kiedy system jest wadliwy, to zwiększenie jego finansowania nie przynosi korzyści, tylko straty.

I tak jest z naszym systemem akademickim, którego wady są wielkie, od lat znane, a wadliwy system jest finansowany coraz bardziej, co widać chociażby w rosnących jak po deszczu nieruchomościach akademickich na poziomie wręcz światowym, czy po wynagrodzeniach rektorów uczelni bijących na głowę wynagrodzenia ministrów, a nawet prezydentów. Niestety, poziom naszych uczelni jest podobny jak uczelni tzw. trzeciego świata, wielokrotnie od nas biedniejszego, a poziom naszych elit, i to czasem rządzących, przynosi nieraz wstyd obywatelom.

Może lepiej by było popracować nad naprawą systemu, jego efektywnością, bez stosowania antykultury unieważniania wobec postulatów innych od finansowych, które zdaje się naruszają politykę równościową prowadzoną na drodze do zrównania mądrości i głupoty

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 27 lipca 2022 r.

Poznański Uniwersytet Adama Mickiewicza wyrównał do uczelni Bangladeszu!

UAM wyrównał do uczelni Bangladeszu!

Szerokim echem w przestrzeni publicznej odbiła się ostatnio polityka równościowa i antydyskryminacyjna na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, będąca dziełem rektorki prof. Bogumiły Kaniewskiej, wspieranej przez senat tej uczelni.

 W wyniku tej polityki kilku profesorów UAM już zostało poddanych dyskryminacji na drodze do wyrównania poziomu i osiągnięcia należytego stosunku do orientacji seksualnej. W tegorocznym rankingu „Perspektyw” polskich uczelni UAM został wysoko uplasowany (na 4. miejscu) i rektorka UAM z dumą oświadczyła: „Jesteśmy uniwersytetem europejskim i badawczym. Naszą mocną stroną zawsze była znakomita kadra naukowa. (…) Ten wynik z jednej strony nas cieszy, z drugiej daje impuls do dalszych starań”. Podkreśla się, że wysokie miejsca w rankingu „Perspektyw” dodają prestiżu uczelniom i więcej jest chętnych, aby na nich studiować.

Wieloletnie działania na rzecz równości w domenie akademickiej znajdują też odzwierciedlenie w rankingach światowych i w tegorocznym QS World University Rankings 2023. Wynik wywołał euforię rektorów ze względu na wysokie – jak zaznaczano w mediach – miejsca polskich uczelni. Europejski uniwersytet poznański wyrównał do poziomu uniwersytetów azjatyckiego Bangladeszu (miejsca: 801–1000 – Adam Mickiewicz University, Bangladesh University of Engineering and Technology, University of Dhaka, Bangladesh).

No cóż, niewiele polskich uczelni taki poziom osiąga (mniej niż 10 proc.), więc takie miejsca cieszą rektorów i w konsekwencji nie widać impulsu do starań, aby dorównać najlepszym uczelniom. Ciekawe, ilu potencjalnych polskich studentów sprawdza zasadność entuzjazmu rektorów i rzetelność informacji medialnych przed podjęciem decyzji wyboru uczelni. Wielu nawet na to nie wpadnie. Mimo korzystania z internetu, większości zapewne to nie interesuje, bo przecież chodzi im tylko o dyplom. A jak się rzeczywistego stanu rzeczy nie ujawnia, to i pochwalić się można, na jakiej to podobno znakomitej (według polskich kryteriów) uczelni się studiowało.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 20 lipca 2022 r.

„Czy tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”

„Czy tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”

Feliks Koneczny w jednej ze swoich książek („O ład w historii”) zadał znamienne pytanie: „W historii bywa górą gwałt i zgnilizna, tym bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytanie: czyż tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?”.

Takie pytanie wypadałoby zadać decydentom domeny akademickiej po zapoznaniu się z moimi książkami „Plagi akademickie” (2020, II wyd. 2022) i „Trąd w Pałacu Nauki” (2022). Wątpliwe czy decydenci/profesorowie rozlicznych uczelni, komitetów, organizacji z książkami się zapoznali, bo reakcji nie zauważyłem.

 W książkach przedstawiam liczne plagi, które nękają polską domenę akademicką, w tym bardzo zaraźliwy trąd, stwierdzony w pałacu nauki już przed 35 laty. Mimo to nie zarządzono monitoringu plag, izolacji dotkniętych trądem, roznoszących zaraźliwe wirusy akademickie. Chyba nie rozpoczęto też prac nad wynalezieniem stosownych szczepionek.

Objaśniałem, że ten stan rzeczy jest związany z posadowieniem domeny akademickiej na podłożu bagiennym, a górą bywa w niej gwałt i zgnilizna. Pasożytnictwo i rozbój (plagiaty, zabór dóbr intelektualnych) są na porządku dziennym, a zgniłków (termin o. Józefa Bocheńskiego) w niej co niemiara, bo ze zgniłych komponentów domeny nie oczyszczono do tej pory. Do historii gnicia zastosowano cancel culture (antykulturę unieważniania), dlatego niewiele o niej wiadomo.

 Mimo że od ćwierć wieku mamy konferencję rektorów (KRASP) chwalącą się swoimi zamierzeniami, dokonaniami, sukcesami, trudno stwierdzić oznaki, abyśmy w domenie akademickiej ruszyli z bagna. Nie znaleziono na to sposobów ani nawet nie wiemy, czy ich szukano. Niemocy tego stanu rzeczy nie zbadano, a nawet jej nie ujawniono.

Taka metodologia zastosowana w nauce nie rokuje nadziei, abyśmy zdołali ruszyć z bagna, a przynajmniej poznali jego reologię, co jest niezbędne, aby utrzymać się na jego powierzchni. Grozi nam, że bagno może wciągnąć wszystkich, zanim dokona się jego osuszenia czy umocowania domeny na solidnych filarach.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska,13 lipca 2022 r.

Tęczowa dyskryminacja w domenie akademickiej

Tęczowa dyskryminacja w domenie akademickiej

W ramach walki z dyskryminacją można obserwować dążenia, aby wszyscy byli równi, ale osoby o odmiennej orientacji seksualnej i jej zwolennicy – równiejsi, a nawet dominowali nad innymi. Postępowy walec równości zainstalowała – przy wsparciu senatu – rektorka (nie wiem, dlaczego w oświadczeniach nazywana rektorem) UAM Bogumiła Kaniewska. O takiej równości krytycznie wypowiadali się naukowcy z AKO. Ale bez skutku. Jednym z nich był prof. Jacek Kowalski, renesansowa postać Poznania, który okazał się niezasłużonym dla tego miasta, bo nie dorównał wyrównanym.

Prof. Tadeusz Żuchowski, także z UAM, abdykował z Rady Doskonałości Naukowej, bo poczuł się źle po występach członkini tej rady – profesorki Ingi Iwasiów, nawołującej do jeb…nia PiS podczas Strajku Kobiet. Zdaniem sądu, dezaprobata dla mowy nienawiści i nawoływania do czynów w domenie publicznej zabronionych naruszyła dobra osobiste profesorki doskonałej w swej wulgarnej mowie. Innym profesorom z RDN to nie przeszkadzało, ale profesorowi Żuchowskiemu, niedoskonałemu na drodze do równości, przeszkadzało bardzo.

Z kolei profesor i zarazem duchowny ks. prof. Dariusz Oko za krytykę klik homoseksualnych w Kościele („Lawendowa mafia”), opartą na wynikach długoletniej pracy naukowej, ma zapłacić grzywnę za podżeganie do nienawiści. Ale i tak wyrok uważa za korzystny, bo przecież groziło mu więzienie.

Tymczasem TęczUJe (organizacja studencka) chyba całkowicie zdominowali UJ, grożąc innym konsekwencjami nawet za niewinne żarty na ich temat. Na platformie tęczowej reaktywowano dobre relacje mistrz–uczeń i młodzi tęczowi mają wsparcie profesorów, w tym Jana Hartmana – profesora od eksperymentowania kazirodztwa i zarazem wzorca etyki życia codziennego (jego książka promowana jest w Głównej Księgarni Naukowej Krakowa, w której „homofobiczne” moje „Plagi akademickie” nie są akceptowane).

Ale jest i nuta optymizmu – dr Wanda Półtawska, o odmiennej od obowiązującej orientacji moralnej i intelektualnej, została jednak Honorową Obywatelką Miasta Krakowa.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 6 lipca 2022 r.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Trąd to choroba zakaźna, uleczalna, ale nieleczona jest groźna i się rozprzestrzenia. Tą nazwą określa się też patologiczne stany życia społecznego dotkniętego korupcją, nepotyzmem, pajęczyną powiązań przestępczych, mafijnych…

Tak nazwana została choroba tocząca środowisko wymiaru (nie)sprawiedliwości, znana u nas dzięki spektaklom teatru telewizyjnego pod tytułem Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, opartym na powieści Ugo Bettiego, odnoszącej się do sytuacji we Włoszech przed kilkudziesięciu laty, ale znanej i z innych krajów, także z Polski, nie tylko przed laty, ale i dziś.

Niestety podobnych spektakli nie doczekało się zjawisko trądu toczącego środowiska akademickie, może z wyjątkiem znanego filmu Krzysztofa Zanussiego z roku 1977 Barwy ochronne, w którym pewne przejawy patologii życia akademickiego zostały zobrazowane.

Trąd nie tylko w Pałacu Sprawiedliwości

Po obejrzeniu spektaklu Trąd w Pałacu Sprawiedliwości w czerwcu 1987 r. dostrzegłem podobieństwa do klimatu, jaki był mi znany w środowisku akademickim na najstarszej polskiej uczelni. Tym spostrzeżeniem podzieliłem się z rektorem in statu nascendi Uniwersytetu Jagiellońskiego, który wówczas z ramienia uczelni kierował akcją politycznej weryfikacji kadr akademickich, eliminującej niewygodnych dla systemu socjalistycznego pracowników naukowych o odmiennej od obowiązującej etyce i generalnie swoim antysocjalistycznym postępowaniem oddziałujących negatywnie na młodzież akademicką. Szczególne niebezpieczeństwo dla systemu socjalistycznego stanowiło skłanianie studentów do krytycznego myślenia. Po latach można też ocenić, że i dla transformacji. Niestety moja diagnoza obecności trądu w Pałacu Nauki nie znalazła uznania w oczach rektora i wolał się pozbyć mnie, a nie samego trądu. Nie zamierzał nawet zbadać schorzenia (był z wykształcenia medykiem), nie mówiąc o podejmowaniu działań na rzecz zapobieżenia jego rozprzestrzenianiu się. Postąpił zgodnie ze znaną zasadą: stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki. Ja gabinet rektora opuściłem, ale trąd pozostał, i to na długie lata.

Trąd degraduje Pałac Nauki

Gdy w okresie transformacji ustrojowej zaistniało zagrożenie, że mogę wrócić na uczelnię, argumentowano, iż to ja byłem sprawcą dolegliwości akademickich, bo po moim odejściu wszystko kwitnie. Z innych wypowiedzi – w tonie alarmistycznym domagających się zwiększenia finansowania kwitnącej rzekomo pozostałości akademickiej – wynikało jednak, że uczelnia stała nad przepaścią i obawiała się zrobić krok do przodu.

Po latach, mimo ogromnej poprawy infrastruktury uczelnianej, budowy znakomitych, pięknych nieruchomości, wielokrotnego wzrostu kadry, i to wysoko utytułowanej, oraz wielokrotnego wzrostu wynagrodzeń, poziom nauki i nauczania – jak wynika z opinii niemal powszechnych, a także z rankingów – obniżył się. Można było to przewidzieć, bo po zerwaniu pozytywnych relacji mistrz- -uczeń uczniowie pozostali bez mistrzów, co raczej podnoszeniu poziomu nauczania nie służy. Wbrew obowiązkowi poszukiwania prawdy, ciążącemu na uniwersytetach od początków ich istnienia, uczelnie zaczęły abdykować z prawdy, jakby dla uwolnienia się od krępujących je zasad na drodze do postępu. To objaw trądu toczącego uniwersytety zatrudniające na etatach teoretyków prawdy, którzy sami jej nie praktykują.

Nawet w okresie komunistycznym z rozstawaniem się z prawdą się nie afiszowano, choć uniwersytety pozostawały w sytuacji schizofrenicznej, zmuszone do funkcjonowania w systemie kłamstwa. Następuje stopniowe zastępowanie nauki przez ideologię, która na uniwersytetach zaczyna dominować, a profesorowie boją się mówić, a nawet myśleć. To działo się już w systemie komunistycznym: nonkonformistycznych akademików eliminowano, a i biologia zrobiła swoje. Po transformacji kolorystycznej uczelni – z czerwonych na tęczowe – proces jakby przyspieszył.

Próba zobrazowania trądu w Pałacu Nauki

Z setek moich tekstów poświęconych różnorodnym patologiom życia akademickiego, kilkadziesiąt zebrałem w książkę Plagi akademickie i ostatnio Trąd w Pałacu Nauki, aby zwrócić uwagę na zjawiska degradujące domenę akademicką w Polsce, a pomijane na ogół milczeniem, unieważniane w ramach stosowania cancel culture.

We Włoszech, gdzie przed laty rozpoznano trąd w Pałacu Sprawiedliwości i stwierdzono też degradujący domenę akademicką trąd w Pałacu Nauki, od kilku lat wdrażana jest operacja „Universita bandita”, gdyż uznano, że dalsze trwanie takiego stanu rzeczy ogranicza nie tylko potencjał nauki, ale i całego kraju, którego rozwój zależy od jakości elit formowanych na uniwersytetach. Mimo że potencjał gospodarki i poziom nauki we Włoszech są wyższe niż w Polsce, sprawa plag akademickich została naświetlona we włoskich mediach i skierowana na wokandy sądowe (Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki, „Kurier WNET” nr 72/2020).

To, co we Włoszech uznaje się za patologie, u nas niestety jest standardem i nie budzi dezaprobaty. O „ustawianych” konkursach na etaty czy przejawach nepotyzmu wiedzą wszyscy, także decydenci, a mimo licznych reform, te plagi przetrwały do dziś. Niestety dla struktur polskiej domeny akademickiej (i nie tylko) to nie jest temat na tyle atrakcyjny, aby się nim zajmować.

Konferencja rektorów – KRASP – świętuje swój jubileusz 25-lecia, nagłaśniając swoje sukcesy, a milcząc na temat degradacji domeny, za co w niemałym stopniu rektorzy odpowiadają.

W ostatnim czasie skupili się na polityce równościowej, polegającej na nierównym traktowaniu społeczności akademickiej poprzez tworzenie przywilejów dla osób o odmiennej orientacji seksualnej. Kto by tej polityki nie respektował, musi się liczyć z konsekwencjami. Natomiast zupełnie, i to od lat, nie interesuje rektorów niewłaściwe, szkodliwe dla domeny traktowanie osób o odmiennej od współcześnie promowanej orientacji moralnej i intelektualnej. Ci, którzy są zorientowani na respektowanie stanowiącego fundament cywilizacji łacińskiej Dekalogu, na którym w średniowieczu uniwersytety zostały posadowione, nie mają wiele szans na przetrwanie na współczesnych uniwersytetach.

Powszechne unieważnianie 7 przykazania (Nie kradnij!) w domenie akademickiej przejawia się nierespektowaniem własności intelektualnej, powszechnym plagiatowaniem na wszelkich szczeblach akademickich, z rektorskim włącznie. Kto by ośmielił się podnosić te kwestie publicznie, zostaje skasowany w domenie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Zresztą nie tylko chodzi o plagiaty, ale i zjawisko „dostaw obowiązkowych” – dostarczanie płodów intelektualnych na konto baronów akademickich lub powszechne dopisywanie się tych baronów do cudzych prac, aby te mogły w ogóle zaistnieć na akademickich polach. To tylko przykłady objawów trądu toczącego Pałac Nauki.

Zanik zainteresowania stroną intelektualną i moralną na rzecz strony seksualnej świadczy o naturalnym zaniku instytucji określanych jeszcze mianem uniwersytetów. Zamiast stanowić ośrodki promieniujące poziomem intelektualnym i moralnym na całe społeczeństwo, są źródłem trądu przenoszonego poza mury Pałacu Nauki.

Trąd wydostał się z Pałacu Nauki

Z egzemplarzem mojej książki Trąd w Pałacu Nauki wszedłem do największej, głównej księgarni naukowej Krakowa, mając nadzieję, że zainteresuje się ona jej rozprowadzaniem. W witrynie widziałem m.in. książkę Jana Hartmana Etyka życia codziennego, wydaną i rozpowszechnianą jako pomoc w nabyciu „umiejętności dokonywania analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie”, sądziłem zatem, że dokonując analizy moralnej w realnych sytuacjach, jakie niesie życie akademickie, zainteresuję moją książką czołową naukową księgarnię Krakowa. Wszak szary obywatel akademicki i pozaakademicki winien mieć szansę porównać różne propozycje etyczne.

Co więcej, na poczesnym miejscu po wejściu do księgarni zauważyłem książkę jakby z mojej dziedziny, na temat współżycia naszych przodków z dinozaurami. Ścięło mnie to z nóg, bo o czymś takim kiedyś słyszałem z ust samej byłej premier polskiego rządu (Ewy Kopacz), która objaśniała, jakie straszne skutki pociągnęło za sobą obrzucanie dinozaurów przez naszych przodków kamieniami. Zwróciłem na to uwagę kierownictwu księgarni, bo książka nie była umieszczona w dziale „Kurioza”, tylko wśród prac naukowych. I jak zwykły obywatel ma oddzielić ziarno od plew, skoro pani premier nie zdołała, a jagiellońska uczelnia tych, co to potrafili, ze swoich murów wypędzała?

Ja akurat wykładałem na tej uczelni dzieje życia na Ziemi i wiem, że od wymarcia dinozaurów do pojawienia się człowieka minęło więcej niż 50 mln lat. Tymczasem to mnie wyrzucono (negatywne oddziaływanie na studentów – sic!), a takie brednie się wydaje i oficjalnie rozpowszechnia, i to w księgarniach naukowych, pod bokiem najstarszej polskiej uczelni. Nic mi nie wiadomo, aby jakiś etatowy profesor wobec takiego stanu rzeczy zaprotestował.

Tak samo się rzeczy mają ze słynnymi już Dziejami Uniwersytetu Jagiellońskiego, niedostępnymi obecnie w księgarniach, ale polecanymi do nauki kandydatom na studentów jagiellońskiej wszechnicy. Przypomnę, że w tej historycznej książce wykreślono z historii najstarszej polskiej uczelni komunizm, stan wojenny i przewodnią siłę narodu, więc, rzecz jasna, nie wiadomo, skąd się wziął trąd w tym pałacu.

Współautor tej książki, z której chyba wynika, że historia się skończyła, a przynajmniej została przerwana, ostatnio został na UJ wyróżniony za przedkładanie rozumu nad siłę (nagroda Plus ratio quam vis). Po rezygnacji z prawdy… To jest prawdziwy HiT edukacyjny i ciekawe, jak z tym poradzą sobie wprowadzający nowy przedmiot „Historia i Teraźniejszość” (HiT)? Księgarnia naukowa – pozostająca pod wpływem intelektualnym i moralnym porażonego trądem Pałacu Nauk – mojej książki Trąd w Pałacu Nauki, podobnie jak i wcześniejszej, Plagi akademickie, rzecz jasna nie przyjęła po rzuceniu okiem na jej zawartość, niewątpliwie niemieszczącą się w ramach etyki Hartmana czy na arenie rzekomych walk naszych przodków z dinozaurami. Wystarczyło, że książka przestrzega przed lewackim marszem przez uniwersytety, czyli przenoszeniem trądu – niekoniecznie drogą płciową – aby jej do obiegu nie dopuścić.

W innych księgarniach – na ogół podobnie. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Wystarczy spojrzeć na 2–3 zdania na okładce, skojarzyć trąd ze zdjęciem Pałacu Nauki (Collegium Novum UJ) opanowanym przez trąd, aby odmówić jej przyjęcia: „Bo wie pan, my wynajmujemy ten lokal, a wiadomo, jak się może to skończyć, gdyby się ujawniało trąd. Od trądu trzeba się trzymać z dala”. Rezygnując z takiego rozpowszechniania książki, uratowałem nieliczne już w Krakowie księgarnie, które jeszcze się utrzymują, sprzedając kompletne bzdury razem z publikacjami mniej chodliwymi, nawet dobrymi, ale nie traktującymi o patologiach systemu.

W dawnym Krakowie książkami interesowały się elity, stąd w centrum Krakowa księgarń było wiele. Ostatnio, wraz ze wzrostem kadry akademickiej, liczby studentów, poziomu udyplomowienia i utytułowania społeczeństwa, księgarnie znikają. Znawcy życia krakowskiego twierdzą, że w centrum Krakowa więcej jest obecnie domów publicznych niż księgarń, co się jakoś koreluje z nasilonym zainteresowaniem (i promowaniem) wielością orientacji seksualnych przy zaniku zainteresowania orientacją moralną i intelektualną.

To jest cecha współczesnych zmian cywilizacyjnych, ale odpowiedzi na postawione w książce pytanie: Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? do tej pory nie otrzymałem

Kurier WNET lipiec 2022 r.

Na marginesie edukacyjnego HiT-u

Na marginesie edukacyjnego HiT-u

W ramach reformowania edukacji i podnoszenia poziomu znajomości historii najnowszej przez młodych Polaków wprowadzany jest nowy przedmiot edukacji ponadpodstawowej historia i teraźniejszość zwany w skrócie HiT.

Już sama zapowiedź jego wprowadzenia wywołała głosy krytyczne, a pierwsze przymiarki do ujęcia HiT-u w ramy podręcznika szkolnego, autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego, jeszcze te głosy oburzenia wzmogły.

Pozostawiając sprawę analizy podręcznika znawcom tematyki, kilka uwag na marginesie chciałbym jednak poczynić. Warto zwrócić uwagę na krytyczne uwagi o podręczniku członków Komisji Polskiej Akademii Umiejętności do Oceny Podręczników Szkolnych: prof. Karola Sanojcy („będziemy wychowywać frustratów”) i prof. Jacka Chrobaczyńskiego („stłamszenie historii-dyscypliny nauki przez politykę”), którzy nie zdobyli się ani na jeden głos krytyczny wobec materiałów edukacyjnych, jakie stanowią „Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego”, słynne z tego, że nie zidentyfikowano w nich ani komunizmu, ani stanu wojennego, ani przewodniej siły narodu (PZPR). Wobec ich zawartości, które mogą stanowić swoisty hit fałszowania historii, komisja kilkudziesięciu znakomitych podobno historyków nie zabrała głosu, mimo że postulat wycofania „Dziejów” z obiegu edukacyjnego Szanownej Komisji przedstawiałem (3 sierpnia 2009 roku) i wielokrotnie podnosiłem w swej publicystyce przedkładanej gremiom akademickim. Nic z tego.

Współautor takich nieprawdziwych dziejów został ostatnio nagrodzony za przedkładanie rozumu ponad siłę, ale dzieło – wręcz siłą, a wbrew rozumowi – służy nadal edukowaniu młodego pokolenia. Jeden z polskich gimnazjalistów we Francji spowodował zmiany fałszywych treści w podręczniku historii (sprawa Treblinki), a tu cała plejada polskich historyków zmian, i to w polskim dziele, nie zdołała (nie chciała?) wprowadzić. Chyba blamaż. Dlaczego specjaliści od aprobowania bzdur historycznych traktowani są jako eksperci od edukacji?

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 29 czerwca 2022 r.

Rankingowa euforia rektorów

Rankingowa euforia rektorów

W sam raz na obchody jubileuszu powołania KRASP ogłoszono ranking uczelni z całego świata (QS World University Rankings 2023). Zidentyfikowano w nim 22 uczelnie z Polski, co rektorzy uważają za osiągnięcie imponujące (sic!), zważywszy na fakt, że obecnie mamy ponad 300 uczelni z nazwy wyższych, w tym sto kilkadziesiąt publicznych. Czyli mniej niż 10 proc. naszych uczelni zdołano wyłowić z morza uczelni całego świata.

Dwie polskie uczelnie (UJ, UW) zostały sklasyfikowane pod koniec trzeciej setki, co jest największym osiągnięciem ostatnich lat i Gowin zaciera wręcz ręce uważając, że ten „sukces” to skutek wprowadzenia jego Konstytucji dla nauki. Media kontekstu rankingu nie analizują i powielają zachwyty rektorów, nie wspominając nawet, że wśród wyżej notowanych od naszych najlepszych są uczelniez Ameryki Łacińskiej (Kolumbia, Chile, Meksyk) czy z Azji (Kazachstan, Oman, Liban, nie licząc wielu z Chin, Japonii, Tajwanu), a i uczelnie z Bangladeszu, Kenii czy Ugandy są na podobnych pozycjach co większość z klasyfikowanych najlepszych polskich uczelni.

Ranking pokazuje, że nie ma prostego przełożenia ekonomicznego statusu państwa na poziom uczelni i na przykład uczelnie z bogatego Kuwejtu nie należą do czołówki światowej, a nawet są słabsze od polskich najlepszych. Widać więc, że nie w pieniądzach jest pies pogrzebany, a te traktuje się jako przyczynę słabości polskich uczelni.

Z europejskich, bogatszych od naszych, kilka włoskich jest wyżej notowanych niż nasze dwie najlepsze, a mimo to włoski świat akademicki jest zaniepokojony sytuacją w domenie akademickiej, szukając przyczyn innych niż fi nansowe. Dlatego wdraża w życie operację „Universita bandita”, aby zlikwidować patologie obniżające poziom nauki i elit krajowych.

 A u nas, zamiast podobnej operacji mamy akceptację takiego stanu rzeczy i euforię, że wśród tysiąca uczelni świata zmieści się kilkanaście naszych.

Tekst opublikowany 22 czerwca 2022 r.

Jak uleczyć trąd (w polskiej nauce)? Nowa publikacja Józefa Wieczorka na temat polskiej nauki!

Jak uleczyć trąd (w polskiej nauce)? Nowa publikacja Józefa Wieczorka na temat polskiej nauki!

vod.gazetapolska.pl

Jest już dostępny w sieci wywiad, jaki ze mną przeprowadził red. Jacek Liziniewicz, na temat tej straszliwej choroby, która od lat toczy domenę akademicką w Polsce. Przez dwa lata zajmowano się pandemią koronawirusa, która dotknęła także domenę akademicką [wprowadzono m.in. trzymanie się z dala od uczelni, co się bardzo spodobało tak nauczanym jak i nauczającym !] a trądem nikt się nie zajmuje i zastosowano [niemal powszechnie, a w szczególności w Krakowie, gdzie przed 35 laty stwierdziłem jego ognisko] metodę przemilczenia [ cancel culture – antykultura unieważniania], co nie prowadzi do jego uleczenia. Po niedawnym wywiadzie w Poznaniu [https://youtu.be/U2IvU6oNbsA] i w TV Republika [https://youtu.be/Uof_60iR3SM] kolejna rozmowa na temat Trądu, która mam nadzieję spowoduje rezygnację ze stosowania antykultury unieważniania i zwróci uwagę na konieczność podjęcia odpowiednich środków w celu jego uleczenia. To ważne dla Polski!

Książka Trąd w Pałacu Nauki | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com) jest dostępna w:

Sklep Gazety Polskiej
ul. Filtrowa 63/43
02-056 Warszawa
Polska
Zadzwoń do nas: 722 111 655
Napisz do nas: sklep@gazetapolska.pl

Księgarna ZBROJA https://ksiegarniazbroja.pl/
31-004 Kraków, pl. Wszystkich Świętych 9
pon. – piątek 11-19.00
tel/ 692-308-776 https://www.facebook.com/KsiegarniaZbroja/

Księgarnia Akademicka

ul. św. Anny 6

31-008 Kraków

tel. 12 421 13 87

https://akademicka.pl/

Tam można także nabyć II wydanie [ zmienione, uzupełnione] wcześniejszej mojej książki „Plagi akademickie”. – Plagi akademickie | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com)

Nie tylko studenci się zorientowali

Nie tylko studenci się zorientowali

Kończy się rok akademicki, już od kilku miesięcy nie zdalny, ale jakoś w czasie pandemii, a nawet wcześniej, wielu młodych ludzi się zorientowało, że lepiej trzymać się z dala od uczelni. Stąd zainteresowanych studiowaniem jest coraz mniej. Daleko do rekordów sprzed kilkunastu lat, kiedy studiowało blisko 2 mln młodych ludzi, podczas gdy obecnie niewiele ponad milion.

Fakt, że mamy niż demograficzny, ale nie wszystko on tłumaczy. Nie wszędzie dyplomy są potrzebne. Żeby mieć zatrudnienie, trzeba coś umieć, a ukończenie wielu kierunków studiów takich gwarancji nie daje. Dyplomowanie studentów więcej daje kadrze uczelnianej i są takie kierunki, z których kadry utrzymują się całkiem nieźle (choć narzekają jak zawsze, że mają głodowe pensje, bez względu na to, ile zarabiają), ale trudno spotkać absolwenta, aby po takim kierunku miał utrzymanie w swoim zawodzie.

Tak jest na przykład z modną geoturystyką i nawet w Tatrach, gdzie przewijają się corocznie miliony turystów, jakoś nie ma agencji od geoturystki kwalifikowanej i te rzesze turystów bezsensownie stojący w wielogodzinnych kolejkach, aby wjechać na Kasprowy czy wejść na Giewont, w najmniejszym nawet stopniu nie są zainteresowane, po czym idą, skąd te Tatry się wzięły, jak są zbudowane i na co znajomość tego może się przydać.

W Polsce, gdzie ludzi od lat interesowało zdobywanie dyplomów, a niekoniecznie należytej wiedzy, i na takiej bazie rozwijano uczelnie, tak to już jest. Rozwija się świadomość, że nasze uczelnie są w stanie zapaści, a ideologia dominuje znowu nad nauką i chodzi głównie o to, aby wszystkich wyrównać za pomocą walca ideologicznego, jak to drzewiej bywało. Kto woli pozostać w kręgu cywilizacji łacińskiej i nastawia się na poznawanie prawdy, studiowanie na wiele mu się nie przyda, a studia, choć bezpłatne, niemało kosztują.

Warto jednak studiować, jak się chce być politykiem, bo bez dyplomu magistra, a przynajmniej licencjata, już nie można zostać ministrem, choć do niedawna mieliśmy prezydentów nie magistrów, a nawet bez matury.

Tekst opublikowany 15 czerwca 2022 r.

Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Mówiąc własnym językiem o ankiecie „Arcanów” na temat kondycji i przyszłości nauki w Polsce

Redakcja „Arcanów” w numerze 163-164 rozpoczęła niezwykle potrzebną i inspirująca dyskusję na temat „Kondycji i przyszłości nauki w Polsce.” Do dyskusji zaproszono kilku aktywnych naukowców, głownie z nauk humanistycznych, ukierunkowując dyskusję-ankietę kilkoma pytaniami z otwarciem na inne problemy, co inspiruje wychodzenie poza jej ramy Inicjatywa „Arcanów” jest tym bardziej cenna, że problemy akademickie w naszych mediach traktowane są jedynie marginesowo, mimo że domena akademicka obejmuje swym oddziaływaniem sporą część naszego społeczeństwa a jej stan rzutuje na kondycję i przyszłość Polski, gdyż to na uniwersytetach formowane są nasze elity a my narzekamy na ich deficyt.

Mimo upływu przeszło 30 lat wolnej Polski, przeprowadzeniu wielu reform domeny akademickiej, jest ona w złym stanie, a nawet coraz gorszym, co budzi uzasadniony niepokój o przyszłość Polski. Co robić, aby ten trend zmienić i wydostać się z kryzysu? To wymaga postawienia należytej diagnozy obecnego stanu, określenia przyczyn kryzysu i opracować projekt wyjścia z niego. Niby wszystkie reformy taką metodologię stosują, ale chyba nie do końca, bo są one nieudane.

Fundamenty domeny akademickiej

Przy tworzeniu każdej konstrukcji, także konstrukcji systemu akademickiego, należy zadbać przede wszystkim o fundamenty na jakich zostanie posadowiona Jeśli nie zbadany należycie podłoża i wzniesiemy ją na gruncie bagiennym lub na osuwisku to zapewne po pewnym czasie, zacznie się zapadać lub osuwać, ulegnie destrukcji. Naprawianie wyższych elementów konstrukcji na nic się zda, jeśli fundament nie jest właściwy.

Przed pięciu laty pisałem na moim blogu [Czy ministerstwo nauki ma nadal rację bytu i reformowania systemu akademickiego? 25 lipca, 2017]:„Nie da się pozytywnie zreformować żadnej dziedziny życia społecznego bez oparcia się na fundamencie prawdy, a system akademicki nie tylko winien być na takim fundamencie posadowiony, ale winien go budować i innych do formowanie takiego fundamentu przygotowywać.” I dalej „Co prawda wzniesiono moc nieruchomości akademickich, ale z tego może się utrzymują zarządzający nieruchomościami, ale nauka w Polsce nadal się utrzymać nie potrafi, marnotrawiąc kapitał ludzki i każdą ilość przeznaczanych na nią środków podatnika. Biedni podatnicy utrzymują kiepski system posadowiony na niewłaściwym fundamencie, który ciągle jest biedny, bez względu jakie jest jego zasilanie finansowe. …”  

W ciągu lat reformowane są różne elementy konstrukcji systemu akademickiego, ale bez sięgania do fundamentów, które z przyczyn historycznych, długoletniej dominacji systemu komunistycznego, osadzone są na bagnie, które w czasie transformacji nie zostało osuszone ani oddziedziczona konstrukcja nie została wzmocniona odpowiednimi filarami.

Niewykorzystany potencjał naukowy

Dyskusja w „Arcanach” dotyczy głównie fatalnych skutków reformy Gowina, nieznacznie sięga przeszłości, a bez tego chyba nie da się postawić należytej oceny przyczyn pogarszającego się stanu nauki w Polsce. Nie jest tego przyczyną mizeria finansów (choć mizeria jest faktem) gdyż w warunkach gorszego finansowania nauki wyniki nieraz były lepsze. IPN prowadzi projekt „Giganci nauki” i dokumentuje, że ci giganci rekrutują się z tych, którzy działali w II RP, albo mają tam korzenie Warto by zadać pytanie: czy taki Stefan Banach miałby szanse na sukces w dzisiejszej domenie akademickiej? Inni „giganci” z II RP wracali z zagranicznych ośrodków do niepodległej, ale bardzo biednej Polski.

Mamy niewykorzystany potencjał naukowy Polaków wiążący się m.in. z niewłaściwym stosunkiem do polskich naukowców rozproszonych w różnych, nieraz bardzo dobrych zagranicznych ośrodkach naukowych, czy to w wyniku emigracji w czasach komunistycznych, czy opuszczających Polskę po szerszym otwarciu granic w III RP. U zarania III RP tworzono nawet bariery prawne, jak i obyczajowe, aby nie wracali i nie stanowili konkurencji dla beneficjentów akademickich czasów PRL

Także niewykorzystywane są zasoby krajowe tych naukowców, którzy z systemu akademickiego zostali wyeliminowani z przyczyn pozamerytorycznych/politycznych w PRL To wielka strata i nawet nie starano się jej zniwelować. Takiego stanu rzeczy nie spowodowała fatalna reforma Gowina, bo trwa on od początku wolnej Polski. Reforma Gowina tego nie naprawiła.

Konieczny powrót do poszukiwania prawdy

W czasach komunistycznych sytuacja świata akademickiego była schizofreniczna, gdyż komunizm był systemem kłamstwa a powinnością nauki jest poszukiwanie prawdy o czym pięknie pisze w „Arcanach” prof. Wawrzyniec Rymkiewicz. Ciekawe, że jeszcze w czasach PRL w statucie UJ widniał zapis, że uniwersytet to wspólnota nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy, co można traktować jako wyraz oporu w warunkach komunistycznych. Fakt, że w życiu nie do końca ten zapis respektowano i w latach 90-tych wielokrotnie zarzucałem władzom UJ łamanie w tym względzie statutu. Ale władze z tym sobie poradziły w sposób nader osobliwy i dla nauki szkodliwy -w statucie na jubileusz roku 2000 z takiego zapisu zrezygnowano, i w praktyce akademickiej również.

Zresztą inne uczelnie też poszły za tym przykładem jak ostatnio opisał prof. Lucjan Piela (Polski kompleks Zachodu? Impresje chemika kwantowego Forum Akademickie 10/2021): „Zabawy z usuwaniem dążenia do prawdy trwają krótko, skutki przychodzą szybko i dotyczą życia. Jeśli nie prawdzie, to czemu właściwie służyć ma uniwersytet?”).

Co więcej, na uczelniach zatrudniani są teoretycy prawdy, którzy prawdy w życiu akademickim nie praktykują. Powrót do klastycznej definicji uniwersytetu jako instytucji poszukującej prawdy to jest budowanie należytych fundamentów pod konstrukcję domeny akademickiej.

Głos w „Arcanach” filozofa prof. Rymkiewicza jest w tym względzie bardzo cenny, choć nie jedyny. Wielokrotnie w swej publicystyce taki punkt widzenia prezentowałem zadając wręcz pytanie: czy po abdykacji z poszukiwania prawdy to są jeszcze uniwersytety? (Uniwersytet w czasach postprawdy. Nowe Państwo nr 1/2018, Kryzys uniwersytetu w ujęciu polemicznym z Prof. Piotrem Sztompką 2014)

Warto przypomnieć jak środowisko akademickie broniło się (przed ustawą Gowina) przed poznaniem własnej historii, przed lustracja, protestując i wymyślając rozmaite fortele, aby nie poddać się procedurom lustracyjnym. Na ogół z historii uniwersyteckich wymazywana są takie niewygodne słowa jak: komunizm, stan wojenny, PZPR (przewodnia siła narodu, także na uczelniach) co z prawdą historyczną nie ma nic wspólnego, a bez niej nie da się ocenić przyczyn upadku polskich uczelni. Na ogół wymazano z historii uczelni nie tylko system komunistyczny, ale i jego instalatorów, utrwalaczy i rzecz jasna ofiary. Postulowany przeze mnie na początku XXI wieku projekt opracowania „Czarnej Księgi Komunizmu w nauce i edukacji” nie zakończył się sukcesem. Widać ten etap historii naszej domeny akademickiej jest fundamentalnie istotny dla dzisiejszych kadr. Bez poznania prawdy historycznej, korzeni obecnego systemu trudno go jednak reformować we właściwym kierunku.

Selekcja kadr w PRL i III RP

W PRL dominowała negatywna selekcja kadr. Niewygodnych pod kątem ideologicznym, niereformowalnych, usuwano, inni opuszczali Polskę, a resztę dokonywał naturalny proces biologiczny, stąd w PRL można było obserwować spadek poziomu wraz z odchodzeniem kadr uformowanych w II RP. Proces ten został jeszcze pogłębiony w „czasach jaruzelskich”, kiedy miał miejsce ogromny odpływ młodych ludzi za granicę (dokładnie nieobliczony, ale np. z moich magistrantów ok. 20% opuściło Polskę) a także w wyniku weryfikacji kadr pod kątem przydatności do wychowania zgodnie z principiami socjalistycznymi.

Te weryfikacje, szczególnie ta najlepiej przygotowana prawnie przed transformacją ustrojową, kiedy tworzono fundamenty kadrowe, jest niemal przemilczana publicznie wraz z ofiarami tych weryfikacji. Antykultura unieważniania/kasowania (cancel culture) tak nagłaśniana obecnie (jako skutek inwazji ze zgniłego Zachodu) na dobre u nas zagościła przed dziesiątkami już lat i żadna reforma tego stanu rzeczy nie zmieniła (miała miejsce głównie „Transformacja kolorystyczna polskich uczelni – Józef Wieczorek w Kurier WNET, w lutym 2022 r.).

Stąd wykorzystanie potencjału intelektualnego Polaków jest dość skromne. Tym bardziej, że odpowiedzialni za ten stan rzeczy nie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości, czego się domagałem jeszcze w mrokach stanu wojennego (fakt, że na forum jednej uczelni, ale za to wiodącej) i to domaganie się jest nadal zasadne i konieczne. Selekcja kadr w III RP, tak jak i w PRL, nie prowadzi do wyłaniania najlepszych, lecz wypierania lepszych przez gorszych. Ma to miejscu już na samym etapie rekrutacji na etaty w ramach pseudokonkursów ustawianych na konkretnego kandydata przy kryteriach dostosowanych do jego możliwości. Ci o większych nieraz osiągnięciach przegrywają, bo gorzej spełniają warunki konkursów!

Ten proceder traktowany jest u nas jako standard, gdy np. we Włoszech zorientowano się, że prowadzi do degradacji systemu akademickiego i negatywnie wpływa na życie kraju, stąd od kilku lat prowadzona jest operacja „ Universita Bandita” mająca na celu przynajmniej ograniczenie tego praramafijnego, korupcyjnego w swej istocie procederu.(Józef Wieczorek-Z ziemi włoskiej do Polski. Rzecz o konieczności odwirusowania nauki” Kurier WNET” nr 72/2020)

Patologie osłabiają kondycje nauki i nie rokują dobrze na przyszłość

Ustawiane konkursy na etaty to jedna z wielu patologii, a środowisko akademickie widzi na ogół tylko jedną: brak pieniędzy! Mizeria finansowa nauki jest faktem, lecz także to, że jej finansowanie w rzeczywistości jest wielokrotnie większe niż w PRL a poziom spada jakby niezależnie od tego czynnika.

Uczelnie nie chcą zresztą takich naukowców, którzy z pasji i nawet bez finansowania potrafią nieraz zrobić w nauce więcej niż finansowani etatowcy. Skoro jednak nie zdobywają pieniędzy a mają efekty, to nie są przedmiotem zainteresowania, ale są unieważniani przez tych, którzy tylko myślą o pieniądzach na naukę a nie o efektach naukowych.

Argumentacja, że inwestycja 1 zł w naukę przynosi 5 zł zysku nie jest poparta żadnymi faktami, a chyba nawet postulujący takie inwestycje sami w to nie wierzą, bo nie inwestują, mimo możliwego (jak argumentują) intratnego 500 % zysku. Mimo braku finansowania z puli naukowej przez kilka lat miałem więcej i lepszych publikacji (także zagranicznych) niż wielu finansowanych etatowców, a nawet wtedy, gdy sam byłem na etacie. Po prostu nikt nie mógł przeszkodzić mi w pracy (mobbing), ani zapisać na swoje konto tego co zrobiłem. Żadnego zainteresowania moją działalnością ze strony uczelni biadolących na niedostatek pieniędzy nie było!

 Co więcej, mimo braku inwestycji w moją działalność, choćby 1 zł z puli przeznaczonej na naukę, ta działalność przynosi jednak społeczne zyski (miliony zł) bo jak gospodarka jest oparta na rzetelnej wiedzy naukowej to może przynosić zyski. Na całe szczęście niektóre podmioty nie opierają się na wiedzy wysoko utytułowanych i finansowanych z puli przeznaczonej na naukę, bo mogłyby zbankrutować. Taki stan rzeczy wymagałby szerszego audytu, ale i tak faktem jest.

Inne patologie mające negatywny wpływ na domenę akademicką to m.in.: wieloetatowość, nepotyzm, chów wsobny, plagiaty, lipne dyplomy, konformizm, brak jawności, mobilności, mobbing, dostawy obowiązkowe produktów intelektualnych, a niestety brak nawet monitoringu tych patologii. (Józef Wieczorek—Etyka i patologie polskiego środowiska akademickiego, 2010) Mój postulat sprzed lat, organizacji Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich – POMPA na drodze do ‘wypompowanie” nieco tych patologii, nie został zrealizowany.

W dyskusji „Arcanów” jednoznacznie krytykowany jest system boloński i tzw.punktoza, (system parametryzacji) powodująca przy biurokratycznym i komercyjnym stosowaniu degradację domeny akademickiej, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych (Rymkiewicz, Polak). Bezkrytyczne wprowadzenie tych elementów systemowych dla zapewnienia większej spójności systemów szkolnictwa wyższego w Europie. okazało się porażką i dobrze by było te elementy systemowe poważnie zweryfikować. Trzeba mieć jednak na uwadze, że przed wprowadzeniem procesu bolońskiego i parametryzacji system też nie funkcjonował jak należy i liczne patologie degradowały naukę w Polsce. (Józef Wieczorek: Plagi Akademickie, 2020, Trąd w Pałacu Nauki, Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki, 2022

 Nie mniejszą wadą było i jest funkcjonowanie u nas dość osobliwego systemu tytularnego, niekompatybilnego z panującym w przewadze w nauce światowej, także w Europie Zachodniej a kompatybilnego przez lata z tym jaki obowiązywał w krajach postkomunistycznych. To prowadziło do patologicznej turystyki habilitacyjnej do krajów postkomunistycznych, co miało istotny wpływ na obniżenie poziomu tzw. samodzielnych pracowników nauki, chyba nie mniejszy niż proceder tzw, docentów marcowych w PRL, po roku 1968.

 W naszym systemie za filary mające utrzymywać poziom nauki od lat uważane są: habilitacja i profesura belwederska. Niestety te filary są chyba źle osadzone, skoro mimo ogromnego wzrostu ilościowego habilitacji i profesur mamy spadek poziomu nauki, w tym bardzo istotny spadek poziomu doktoratów prowadzonych i akceptowanych przez samodzielnych pracowników nauki (habilitowanych, profesorów) i za ich poziom autonomicznie odpowiadających. Żaden słaby doktorat, słaba habilitacja nie mogłaby powstać bez akceptacji tych gremiów! W niemal powszechnej opinii, także dyplomy szkół wyższych mają na ogół małą wartość a nawet są bez wartości (kupowane od firm piszących prace, przez lata plagiatowane) za co winę ponoszą promotorzy.

Strategia przetrwania

 Poziom etyczny naszej kadry akademickiej jest dość kiepski i jest na to przyzwolenie. Od lat mówi się, że na uczelniach ludzie boją się mówić (a nawet myśleć) i zanika merytoryczna dyskusja, merytoryczna krytyka., co nie powinno dziwić, skoro tak pracownicy nauki przez lata byli selekcjonowani. Bez trudu można było wytypować kto z systemu zostanie wyeliminowany, np. nie usuwano plagiatujących profesorów tylko doktorów, którzy ujawniali plagiaty profesorskie.

Chowanie głowy w piasek stało się podstawową metodą przetrwania na uczelniach. Kto taką „odwagą” się nie wykazywał -marny jego los. Na uniwersytetach w pełni sprawdza się konstatacja przypisywana Einsteinowi: „Dożyliśmy takich czasów, w których ucisza się mądrych ludzi, żeby to, co mówią, nie uraziło głupców”

Zanik merytorycznej krytyki i powszechny mobbing jest tego skutkiem. Nasilenie tych zjawisk można obserwować na styku doktor/profesor,[i] czego skutkiem jest unieważnianie/kasowanie niższych w hierarchii, aby nie zagrażali wyżej utytułowanym.

Nauka z natury rzeczy jest nonkonformistyczna. dążąca do poznania prawdy, a nie na konformistycznym potwierdzaniu zgodności z tym co zrobili wcześniej nieraz wysoko utytułowani W taki bowiem sposób nauka sensu stricto nie może funkcjonować.

Rzecz w tym, że przez lata eliminowano z systemu nonkonformistów, preferując, awansując konformistycznie nastawionych zgodnie z zasadą BMW (bierny, mierny, ale wierny) panującą w PRL, ale przeniesioną do III RP

Surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans?

Trudno się zgodzić z opiniami wyrażanymi w ankiecie (Polak, Heck) że realne zagrożenie dla profesorów stanowią studenci, ich opinie, i ankiety, Fakt, że stowarzyszenia studenckie propagujące ideologię tęczową (np. TęczUJ) wręcz ostrzegają, że żarty się skończyły i zapowiadają powrót do działań kojarzonych z ekscesami zetempowskich Brygad Lekkiej Kawalerii w czasach instalacji systemu komunistycznego. (Józef Wieczorek – Pakiet Wolności i beneficjenci zniewolonego systemu Gazeta Polska 13 stycznia 2021 r.) Tym niemniej bez wsparcia grona profesorskiego takie zagrożenie chyba byłoby trudne do zrealizowania.

Dość częste jest mniemanie, które wyrażano także w ankiecie „Arcanów” (Polak), że „surowi i oblewający wykładowcy nie mają szans:”

Rzeczywiście w systemie, kiedy studenci rekrutują się z dosyć przypadkowych osób, zainteresowanych tylko zdobyciem dyplomu a niekoniecznie należytej wiedzy, przyjmowanych na studia bez egzaminów, bo to się opłaca uczelni i etatowym pracownikom, gdyż od ilości studentów zależy finansowanie uczelni, takie zjawiska patologiczne mogą mieć miejsce i mają.

Ten problem dobrze by było jednak zbadać wszechstronnie, bo znane są zjawiska odmienne (wysokie oceny dla surowych wykładowców!) ale są pomijane w opiniach.

Niestety chyba nikt nie badał jakie były losy wykładowców ocenianych w ankietach wyżej od profesorów, i lepiej spełniających rolę mistrzów wobec uczniów. Warto też poznać postawy studentów i pracowników, którzy reagując na haniebne postawy profesorów występowali w obronie niżej utytułowanych, ostrzegając przy tym, że takie metody nie wprowadzą godnie nauki w Polsce w wiek XXI. I były to ostrzeżenia prorocze. Wiek XXI nastał a nauka polska progu tego wieku godnie nie zdołała przekroczyć i nie chodzi tu o małe zasoby finansowe, bo te z godnością na ogół mają mało wspólnego. Stąd mamy to co mamy. I bez fundamentalnych zmian będziemy nadal mieć, ze szkodą nie tylko dla uczelni. ale dla Polski.

Doktorzy nie mogą oceniać profesorów?

W środowisku akademickim i także w ankiecie „Arcanów (Dorota Heck), wyrażane są opinie, że źle jest, gdy młodsi oceniają starszych, studenci oceniają profesora (ankiety!), doktorzy recenzują artykuły naukowe…. To, że doktorzy nie powinni oceniać profesorów nie jest poglądem marginalnym, ale chyba niezasadnym.

Niestety nie jest tak, że każdy profesor jest mądrzejszy od doktora, bo nasz system tytularny jest bardzo niedoskonały a mógłby być udoskonalony gdyby potencjał intelektualny (także moralny) doktorów na poziomie był lepiej wykorzystany. Nawet na poziomie najwyższych ciał decydujących o tytułach kiedyś CKK, CK a obecnie RDN (Rada Doskonałości Naukowej) widać jasno, jak te gremia są niedoskonałe. Jako młody doktor stawiałem dwóje za przyswajanie sobie przez studentów podręcznikowej (nie)wiedzy profesora z CKK, gdyż oceniałem według ówczesnego stanu wiedzy a nie bezkrytycznie/konformistycznie zgodnie z produktami profesorskimi.

Jako redaktor oceniałem do druku prace profesorów, co było źle widziane (bo niby jak doktor może poprawiać/pouczać profesora), jako doktor oceniałem prace dyplomowe prowadzone przez profesorów wykrywając bez trudu nawet niewielkie plagiaty przez profesorów nie zauważane itp. Rzecz jasna, po takich ‘wyczynach” od recenzowania prac magisterskich prowadzonych przez profesorów zostałem odsunięty, z redakcji również, a tym bardziej z prowadzenia prac dyplomowych, które na moje nieszczęście swym poziomem znacznie przewyższały prace dyplomowe prowadzone przez profesorów i stanowiły bazę do dalszego rozwoju naukowego moich wychowanków na poziomie międzynarodowym. Takich nasz system nie toleruje! i są tego skutki. Nawet członkowie RDN podsuwają Prezydentowi RP do nominacji kandydatów na profesorów parających się plagiatowaniem a i sami członkowie RDN, czasem dalecy od doskonałości, rekwirują na swoje konto intelektualne dobra doktorów niechcianych w systemie.

W naszym systemie mamy wręcz deficyt ocen profesorów dokonywanych przez doktorów W innych krajach o wyższym poziomie nauki, doktorzy (także polscy!) mogą recenzować prace naukowe w zagranicznych czasopismach i w gremiach międzynarodowych oceniać dorobek naukowy kandydatów do kierowania zespołami naukowymi (jakby odpowiednik naszej habilitacji). Rzecz jasna w polskim systemie dla takich nie ma miejsca. To jest temat na szeroki audyt, ale nawet na osobistym przykładzie widać konieczność oceniania profesorów przez doktorów, aby poziom nauki w Polsce się podniósł. Rzecz jasna przez doktorów nonkonformistycznych, którzy nie abdykowali z prawdy na rzecz formalnej kariery naukowej, ale ta w takim przypadku jest niemożliwa/trudna do zrealizowania. Także aby opierać gospodarkę na rzetelnej wiedzy, trzeba brać po uwagę wiedzę i osiągnięcia realne doktorów, pomijając wcale nie tak rzadkie niedorzeczności profesorów.

System niereformowalny?

Po dotychczasowych próbach reform pojawiają się wątpliwości czy nasz system akademicki jest reformowalny, co zresztą podniosłem na początku tego wieku w tekście w Rzeczpospolitej (System zamknięty i niereformowalny- 29 października 2002)

 Podobne wątpliwości nasuwały się kilka laty później w ramach działalności Niezależnego Forum Akademickiego (https://nfawww.wordpress.com/category/akcje-nfa/) otwartego na polską diasporę naukową realizującą się w dobrych zagranicznych jednostkach naukowych. Nasi „zagraniczni” akademicy wykazywali zainteresowanie zmianami- i to głębokimi – systemu, gdyż z powodu jego niewydolności znaleźli się poza granicami kraju i nie mieli do czego wracać. „Krajowi” naukowcy, szczególnie ci na etatach, byli bardziej wstrzemięźliwi, jakby bardziej zainteresowani zachowaniem status quo. W pracach nad fatalną jak się okazuje (i jak przypuszczano – np. Józef Wieczorek Konstytucja dla Nauki Nowe Państwo nr 10/2017) reformą Gowina nie było ani jednego zespołu z polskiej diaspory naukowej, który by opracował swój punkt widzenia na naprawę systemu.

Czy polski system akademicki jest możliwy do zreformowania w układzie w niemałym stopniu zamkniętym? To wątpliwe, tym bardziej, że potrzebna by była wola polityczna a tej na fundamentalne zmiany brak, bo takie by się przełożyły na protesty obecnego środowiska akademickiego i spadek głosów poparcia dla rządzących, niezależnie od opcji politycznej.

—————————————-

Józef Wieczorek – doktor nauk geologicznych, absolwent UW, b. wykładowca geologii na UJ, pozbawiony warsztatu pracy naukowej w wyniku politycznych czystek w czasach „jaruzelskich”, b. redaktor Annales Societatis Geologorum Poloniae, autor ponad 100 publikacji z dziedziny geologii, założyciel i prezes Niezależnego Forum Akademickiego (2005-2013), redaktor kilku stron internetowych o tematyce akademickiej (m.in. Lustracja i weryfikacja naukowców PRL, Mobbing akademicki), autor setek artykułów „akademickich” ( m.in.  na Blogu akademickiego nonkonformisty, w: Kurier Wnet, Gazeta Polska., Nowe Państwo i in.) i kilku książek m.in. Drogi i bezdroża nauki w Polsce, Etyka i patologie środowiska akademickiego, Plagi akademickie, Trąd w pałacu nauki.

Tekst opublikowany w dwumiesięczniku „Arcana” nr. 165

Jubileusz konferencji rektorów

Jubileusz konferencji rektorów

W ramach transformowania polskiej domeny akademickiej i jej umiędzynarodawiania 25 lat temu powstała Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. W jej skład weszło zrazu 73 rektorów szkół wyższych, ale w trakcie liczbowego rozwijania się domeny liczy dziś ona 109 członków, a kolejni są stowarzyszeni z KRASP.

Wspólnie odpowiadają za kształcenie 70 proc. studentów, więc wiemy, kto ponosi odpowiedzialność za dramatyczne obniżenie poziomu wykształcenia w Polsce. Rektorzy stoją też na straży etyki zawodowej, tworząc liczne kodeksy i komisje, choć wartości etyczne na uczelniach są w autonomicznym… zaniku.

Pierwszym szefem, ojcem KRASP, był rektor UJ Aleksander Koj, którego postawa 35 lat temu (też jubileusz!) skłoniła mnie do nadania tytułu „Trąd w Pałacu Nauki” ostatniej mojej książce. Od zarania KRASP reformowała niewydolny system szkolnictwa wyższego, ale nie zdołała pokonać trądu go zniewalającego.

Kiedy na początku wieku rektorzy mieli opracować nową ustawę, szefowie KRASP udali się po pomoc do prezydenta, choć nie magistra, żeby zrobił taką ustawę, aby im było dobrze. I tak się stało. Po przyjęciu ustawy w 2005 roku rektorom było dobrze, a jeszcze im się poprawiło po ostatniej reformie Gowina.

W wyniku tych reform nauce w Polsce nie stało się lepiej i nasze uczelnie okopały się na dalekich pozycjach w rankingach światowych, mimo zachowania naszych filarów systemowych habilitacji i profesury belwederskiej, które nie stanowią oparcia dla naszej gospodarki i nikogo na świecie nie interesują.

Na 10-lecie KRASP rektorzy raczyli się nowo wyprodukowanym na UJ winem Maius, ale okazało się, że ta produkcja nie jest legalna, a nazwa niezgodna z prawem. To symbolicznie pokazywało niemoc prawną rektorów, z której nie zdołali się wydostać do dnia dzisiejszego, choć produkcję wina zalegalizowano, a i nazwę zmieniono. Co więcej, rektorzy nie zdołali się nauczyć organizowania konkursów na etaty, stąd operacja „Universita bandita” jest potrzebna dla Polski.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 8 czerwca 2022 r.

Polskie szkolnictwo wyższe potrzebuje reform – Książka „Trąd w Pałacu Nauki” | DZIEŃ Z REPUBLIKĄ

Polskie szkolnictwo wyższe potrzebuje reform – Książka „Trąd w Pałacu Nauki” | DZIEŃ Z REPUBLIKĄ

9 czerwca 2022 r.

Demontowanie Gowina

Demontowanie Gowina

Polska domena akademicka została ujęta przed kilku laty przez – byłego już na szczęście – ministra nauki Jarosława Gowina w ramy Konstytucji dla nauki, choć Polska Akademia Nauk jakoś dziwnie się w tych ramach nie zmieściła i ciągle żyje w strachu, czy jeszcze przeżyje. Do opracowania Konstytucji zaangażowano kilka zespołów akademików, ale tylko krajowych i etatowych. Ogromny potencjał naukowy polskiej diaspory akademickiej rozproszonej w ośrodkach zagranicznych nie został wykorzystany. Podobnie jak naukowców, którzy ze względu na liczne plagi niszczące naszą domenę akademicką w tej domenie już się nie mieszczą i Konstytucja dla nauki nie zamierza z nich skorzystać. To ogromne marnotrawstwo. Na to Polski nie stać.

 Reforma Gowina wzbudzała krytykę przed jej wejściem w życie i nowy minister uznał, że nie należy jej życia w pierwotnej formie przedłużać, bo groziłoby to katastrofą. Szczególnie w tym „gowinowskim” systemie doskwiera naukowcom „punktoza”, zakładająca, że wartość pracy naukowej można ująć ilościowo, i to precyzyjnie, co jest złudne, bo innowacyjni naukowcy potrafią swoje punktowanie podwyższać, a innowacyjni biznesmeni – wspierający rzekomo naukę – mogą czerpać z niej niezłe zyski na przykład poprzez ściąganie sowitych opłat za publikacje naukowe w najwyżej punktowanych czasopismach.

Tym samym zwiększenie finansowania nauki najlepiej przekłada się na zyski naukowych biznesmenów, a niekoniecznie na efekty działalności naukowej. Z tymi szkodliwymi skutkami „punktozy” stara się walczyć obecny minister nauki poprzez zmiany zasad ewaluacji jednostek naukowych, co ma wpływ na ich prestiż i moce „produkcyjne”. Na pewno korekty są potrzebne, ale to nie zmienia fundamentów wadliwego systemu akademickiego, który rozwijał się (a raczej zwijał) na zgniłych/bagiennych fundamentach z czasów komunistycznych i żadne filary nie były w stanie zabezpieczyć go przed destrukcją.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 1 czerwca 2022 r.

Akademicki maj

Akademicki maj

Maj to najpiękniejszy miesiąc w roku, także akademickim. Ten w maju już się kończy, odbywają się radosne juwenalia, najstarsza nasza uczelnia (UJ) ma swoje święto, zasłużeni są honorowani, a profesorowie spożywają rocznicowe śniadanie, wykazując jednak przy tym nieludzki brak refleksji akademickiej.

45 lat temu było inaczej. Mordercy z SB zabili opozycyjnego studenta UJ Staszka Pyjasa i juwenalia były czarne, żałobne. W tym roku IPN na krakowskich plantach przypomniał tamten maj, kiedy – w reakcji na zbrodnię nieukaraną – powstał Studencki Komitet Solidarności, wyprzedzając wielki ruch Solidarności. SKS, jak dokumentują jego oświadczenia, walczył o wolność słowa, zrzeszania się i nauki oraz formułował takie postulaty jak: uzależnienie przyznania etatów wyłącznie od kwalifikacji, a także wpływ studentów na politykę kadrową, przywrócenie możliwości pracy na uczelni wszystkim usuniętym z niej za poglądy sprzeczne z oficjalnie przyjętymi, pełne zatrudnienie absolwentów zgodnie z kwalifikacjami. Postulat etatowy SKS znalazł się wśród słynnych 21 postulatów Solidarności z 17 sierpnia 1980 roku, ale do tej pory nie został zrealizowany i nadal przy zatrudnieniu, szczególnie na uczelniach, inne od kwalifikacji czynniki mają wielkie znaczenie. Wpływ studentów na politykę kadrową, który obecnie ma miejsce, jest silnie krytykowany. Fakt, że zmieniły się realia i studentom zależy na dyplomach, a nie na zdobyciu należytej wiedzy.

Niewygodnych pracowników i po maju 1977 roku z uczelni usuwano, nawet w wolnej Polsce nie przywracano, kasowano z pamięci. Na uczelniach deficyt wolności nie został zlikwidowany, dlatego także dziś ludzie boją się mówić i są karani za to, co mówią. Jest też tak, że jedni mają kwalifikacje, a inni zatrudnienie, i są trudności, aby jedno z drugim jakoś połączyć. Tym niemniej były to wielkie marzenia, które się nie spełniły, ale maj pozostał pięknym miesiącem.

Najnowsza książka autora pt. „Trąd w Pałacu Nauki” do kupienia na sklep.gazetapolska.pl lub pod nr 722 111 655

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 25 maja 2022 r.

Autor książki „Trąd w Pałacu Nauki”: polskie uczelnie zbudowane na komunistycznym bagnie

Autor książki „Trąd w Pałacu Nauki”: polskie uczelnie zbudowane na komunistycznym bagnie (FILM)

niezalezna.pl

W nowej książce „Trąd w Pałacu Nauki” przedstawiłem trzy etapy transformacji polskich uniwersytetów, czyli okres czerwonych agencji towarzyskich, następnie czas bastionów różowych kameleonów i wreszcie przejście do uniwersytetów tęczowych – mówi dr Józef Wieczorek, którego poprzednia książka „Plagi akademickie” wywołała oburzenie wśród rektorów polskich uczelni. Jak żartował Wieczorek w rozmowie z Piotrem Lisiewiczem w „Wywiadzie z chuliganem”, jest dyskryminowany jako osoba o orientacji innej niż dominująca na uniwersytetach. – Ale nie seksualnej, tylko moralnej i intelektualnej. Całkowicie, fundamentalnie odmiennej niż rektorzy – stwierdził. To z tego powodu został wyrzucony z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mocna rozmowa o patologiach uniwersyteckich i nowej książce „Trąd w Pałacu Nauki” na filmie poniżej [ZOBACZ FILM na końcu tekstu]…….

Rozjaśnianie ciemności po jagiellońsku

Rozjaśnianie ciemności po jagiellońsku

Mamy kryzys energetyczny, i to nie tylko ze względu na wojnę potentata energetycznego. Ciemności, które spowijają nasze uczelnie, nie da się jednak tym kryzysem wytłumaczyć, bo energia rozumu, emanowana przez akademików, winna je wystarczająco rozjaśniać. Wie o tym najstarsza nasza uczelnia, która objaśnia, że „nie siłą, lecz rozumem rozjaśnia się ciemności”. I w uznaniu zasług dla tych, którzy i w kryzysie energetycznym podobno oświecają swoim blaskiem wspólnotę akademicką, przyznaje medale „Plus ratio quam vis” oraz odnawia doktoraty z czasów ciemności.

Niestety współcześni akademicy, także ci nagradzani, nie dorównują ani Ignacemu Łukasiewiczowi, ani Erazmowi Jerzmanowskiego, którzy wdrażając w życie osiągnięte rozumem wynalazki, rozjaśniali ciemności, nie tylko ziem polskich. Ostatnio krakowska uczelnia nadała medal współautorowi słynnych „Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego” spowitych takimi ciemnościami, że i wspomniani wyżej genialni wynalazcy nie byliby chyba w stanie ich rozjaśnić.

Co więcej, dzięki konkursowi wiedzy organizowanemu do dziś, te słynne dzieje otaczają ciemnościami coraz większą populację młodych Polaków, a władze uczelni, jak i pozostałe ośrodki decyzyjne, nie chcą się zdecydować, aby te ciemności rozjaśnić. Ostatnio bohaterowi mojego tekstu sprzed lat o zaciemnianiu spraw w czasie transformacji akademickiej, kiedy to czerwona agencja towarzyska przemieniała się w bastion różowych kameleonów, odnowiono zdobyty jeszcze w okresie czerwonym doktorat, choć sam nigdy czerwonym nie był. Ale w okresie różowych kameleonów, kiedy sięgnął po władzę, z wielką odwagą osobistą bronił na uczelni czerwonych przed „szykanami” ze strony ich ofiar [sic!], mających – o zgrozo – poczucie własnej wartości, które przecież winni stracić wraz z utratą zatrudnienia na świetlanej uczelni. Niestety, zdobycie władzy okupione jest nieraz utratą wartości, a czasem i rozumu, stąd bezrozumna siła w ciemnościach zaczyna dominować, zaprzeczając dewizie „Plus ratio quam vis”.

Tekst  opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 18 maja 2022 r.

Wywiad na temat „Trądu w Pałacu Nauki „

Po ukazaniu się książki „Trąd w Pałacu Nauki” zostałem wezwany na przesłuchanie w sprawie mojego chuligaństwa a jego zapis dostępny jest na kanale YouTube Radia Poznań

Trąd w Pałacu Nauki. Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki

INFORMACJE _ Trąd w Pałacu Nauki | Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com)

Gdzie się podziali nasi giganci?

Gdzie się podziali nasi giganci?

Od ponad roku w ramach projektu „Giganci nauki” Instytut Pamięci Narodowej promuje osiągnięcia nauki i techniki naszych wielkich uczonych i wynalazców, którzy niemal nie byli obecni w przestrzeni publicznej i w pamięci Polaków cierpiących w III RP na deficyt elit.

Bez wsparcia gigantów nauki trudno osiągnąć należyte miejsce w Europie. Dlatego go nie osiągaliśmy. A mieliśmy prawdziwych gigantów w okresie II RP, z których niektórzy przetrwali jeszcze w PRL. IPN pokazuje ich sylwetki na stronie internetowej: https://ipn.gov.pl/ pl/giganci-nauki-pl, w kalendarzach i na wystawach. Chwała za to IPN, bo każdy Polak winien wiedzieć o nich i zadawać sobie pytanie: dlaczego ich następców obecnie brakuje?

Z tych gigantów nagrodą Nobla (i to podwójnie) została uhonorowana tylko Maria Skłodowska-Curie, ale kilku innych mogło taką albo porównywalne nagrody otrzymać. Niestety nie dostało ich, bo na przykład nominacje dla Rudolfa Weigla czy Ludwika Hirschfelda blokowali komuniści, Jana Czochralskiego nawet wsadzili do więzienia, a „koledzy” po wojnie nie wpuścili na Politechnikę Warszawską. Mimo że był znany na świecie, przez lata nie był znany w Polsce. Ilu takich potencjalnych gigantów straciliśmy w Polsce Ludowej, a także w kontynuującej w niemałym stopniu jej tradycje III RP?

Czy ci przedwojenni mieliby szanse na wykorzystanie swojego potencjału intelektualnego na polskich uczelniach, w końcu bez porównania lepiej finansowanych od tych przedwojennych? Wielu z owych gigantów mogło pracować w innych krajach, w znakomitych laboratoriach, na dużo lepszych warunkach finansowych, a jednak wybierali Polskę. A co słyszymy obecnie w przestrzeni publicznej ze strony akademików, którym daleko do tych gigantów? Dajcie nam pieniądze, i to wielokrotnie większe niż te, jakie otrzymują ci, którzy nie posiadają tytułów. Jak dostaniemy więcej, to Noble same przyjdą!

A co ma Polska, szary obywatel, z tych roszczeniowych, utytułowanych akademików? Niewiele albo i nic. Ani prestiżu w świecie, ani korzyści gospodarczej, ani intelektualnej, ani moralnej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 11 maja 2022 r.

Kopernik w grobie się przewraca

Kopernik w grobie się przewraca

W 2023 r. przypada 550 rocznica urodzin i zarazem 480 rocznica śmierci Mikołaja Kopernika, uważanego za największego z polskich uczonych, mimo że swoją karierę akademicką zaczynał jeszcze w czasach średniowiecza – zdaniem wielu akademików w okresie zacofania i ciemności.

Obawa przed powrotem do czasów Kopernika Współcześni utytułowani, którym daleko do poziomu Kopernika, nieraz protestują przeciwko poczynaniom polskiego rządu, będącego podobno na drodze powrotu do tych rzekomo mrocznych czasów. Taką scenę udokumentowałem w ubiegłym roku przed Collegium Novum UJ, gdzie mając za plecami posąg Mikołaja Kopernika, współcześni ludzie, podobno nauki (z tytułami profesorskimi), prezentowali swoje oburzenie polityką akademicką polskiego rządu.

Fakt, że do tej polityki można mieć wiele zastrzeżeń i trzeba je rządowi przedstawiać, aby ten podążał we właściwym kierunku, ale obawa przed powrotem do czasów Mikołaja Kopernika musi budzić konsternację. Przecież o takim studencie jak Kopernik polskie uczelnie winny marzyć, jak również o przywróceniu krakowskiej wszechnicy takiego poziomu (w relacjach do uczelni zagranicznych), jaki wówczas prezentowała. Niestety w takim kierunku nie idzie rozwój polskiej domeny akademickiej, w praktyce niereformowalnej. To właśnie polski świat akademicki – przez lata negatywnie selekcjonowany – najsilniej hamuje rozwój nauki, torpedując/unieważniając wszelkie ruchy naprawcze, tak rządowe, jak i pozarządowe.

Na naprawę systemu ma tylko jednio remedium – o czym cały świat akademicki mówi jednym głosem: dajcie nam więcej pieniędzy, bo nam się należy. Przed lustracją, projektami antynepotycznymi, ograniczeniem destrukcyjnych patologii, zmianami systemu tytularnego, demokratyczna większość broniła się z sukcesami. O rozlicznych plagach akademickich nie ma zamiaru dyskutować merytorycznie. Na wszystkie bolączki większość beneficjentów patologicznego od lat systemu postuluje tylko jedno lekarstwo – pieniądze.

Kopernik, oprócz astronomii, zajmował się finansami i jest współodkrywcą znanego prawa (prawo Kopernika-Greshama): gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Gorsi naukowcy wypierają lepszych

Gdyby Kopernik żył w dzisiejszych czasach, zapewne by wykrył jeszcze jedno prawo, że gorsi naukowcy wypierają lepszych, przynajmniej w polskiej domenie akademickiej, i stąd mamy coś, co można nazwać „rozwojem wstecznym”, bo mimo wzrostu ilościowego naukowców i uczelni z nazwy wyższych, mamy stagnację, a nawet regres.

Kolejne rządy usiłowały – fakt, że nieudolnie – ten stan rzeczy zmienić, ale świat akademicki walczy o to, aby wszystko pozostało po staremu, z wyjątkiem uposażeń ustalanych w relacji do stopni i tytułów, a nie faktycznej wartości pracy. I to ma podobno pozytywnie działać w niezmienianych warunkach autonomicznego wypierania lepszych naukowców przez gorszych.

Takiej mocy jeszcze żaden polski rząd nie miał i chyba już zrezygnowano z głębokich reform systemowych, z obawy, aby nie doszło do obalenia rządu. W końcu domena akademicka to jest nader potężna siła, bo niemal połowa młodego, głosującego społeczeństwa funkcjonuje na uczelniach, a ponadto mamy ogromne rzesze akademików formujących/formatujących elity nie tylko akademickie, ale i polityczne, ekonomiczne, prawne… Stąd reformy nie dotykają istoty akademickiej rzeczy, nie naruszają zbytnio bronionego status quo, a ogrom tworzonych przepisów nie przekłada się na pozytywne zmiany. Bo nie mogą one nastąpić bez zmiany fundamentów, na których domena jest posadowiona. A jak wiadomo, jest posadowiona na zgniłych fundamentach z okresu komunistycznego, które wadliwej konstrukcji nie są w stanie utrzymać. Uczelnie z czasów Kopernika, tak polskie, jak i włoskie, na których studiował, oparte były na fundamencie prawdy, gdy współczesne uniwersytety z prawdy stopniowo abdykowały, więc nie ma się co dziwić, że w czasach post-prawdy chylą się ku upadkowi.

Świat akademicki heroicznie bronił się też przed poznaniem prawdy o swej historii, co zaznaczyło się protestami przeciwko lustracji i stosowaniem różnych forteli (w tej materii wynalazczość/innowacyjność akademicka była imponująca), aby czasem prawda nie wyszła na światło dzienne. Ze swej historii wymazywano okres komunizmu, przewodnią siłę narodu, stan wojenny, polityczne czystki akademickie epoki Jaruzelskiej… Zasadnicze dla reformowania systemu pytanie, które od lat stawiam („Kurier WNET”, październik 2021 r.): skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – pozostaje bez odpowiedzi.

 Reformowanie domeny akademickiej tak, aby obecnym kadrom (niewiadomego pochodzenia?) było lepiej, nie zważając na ich zdolności do rozwoju nauki, nie jest najlepszym pomysłem. Taki Stefan Banach, jeden z naszych nielicznych światowych uczonych, w takim systemie nie miałby żadnych szans, byłby miernotą! W tym systemie długotrwałej, negatywnej selekcji kadr gorsi uczeni wypierają lepszych, nie mają konkurencji i sami się nawzajem awansują, „utytuławiają” wzdłuż, wszerz, a nawet w poprzek. I tak to funkcjonuje na poziomie instytucjonalnym, stąd jakakolwiek próba powołania konkurencyjnej instytucji spotyka się – bez zdziwienia – z nonkonformistyczną postawą, na ogół konformistycznego, bo tak selekcjonowanego, świata akademickiego.

Akademickie NIE dla Akademii Kopernikańskiej

Aby przypomnieć o  pozytywnych aspektach czasów „zacofania”, o wkładzie Kopernika do nauki, na okoliczność jego rocznic rząd podjął próbę utworzenia Akademii Kopernikańskiej, aby ta służyła wzmocnieniu polskiej kadry akademickiej, zwiększeniu jej konkurencyjności i rozwijaniu współpracy międzynarodowej, w założeniu nawiązywała do standardów światowych. Jej podstawowym zadaniem ma być realizacja Narodowego Programu Kopernikańskiego, który ma wzmocnić więzi polskich naukowców oraz silniej włączyć zagranicznych badaczy we współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi.

 Łatwiej to zadeklarować, gorzej zrealizować, ale inicjatywa jest godna uwagi i może przynieść wartość dodaną, choć systemu akademickiego nie zmienia. Środowisko, bacznie obserwujące wszelkie poczynania rządu naruszające obecne status quo, zatrwożone możliwością powołania konkurencyjnej instytucji, zareagowało alergicznie i oznajmiło niemal jednogłośnie: NIE dla Akademii Kopernikańskiej.

Protestują zarówno gremia rektorskie KRASP, RGSW, uczelnie, jak i PAN, Warszawskie Towarzystwo Naukowe, Akademia Młodych Uczonych, ale i związki zawodowe, niezależnie od swych orientacji politycznych. Szczególnie wyraziście reaguje PAN, uznając program kopernikański za zagrożenie dla niezależności polskiej nauki i dalszego istnienia Polskiej Akademii Nauk

W sprawach utrzymania status quo i w sprawach finansowych te gremia mówią jednym głosem! Protest jest silny, tak jak silna jest obawa o konkurencję, o własne interesy, w szczególności o ilość pieniędzy, które winny trafiać do obecnych beneficjentów systemu, a nie do jakichś nowych tworów. Wcześniej środowisko broniło się zdecydowanie przed powstaniem Akademii Zamojskiej nawiązującej do uczelni powołanej pod koniec XVI w. przez hetmana Zamojskiego, kiedy krakowska wszechnica chyliła się ku upadkowi. I w tych czasach w obawie przed konkurencją krakowska wszechnica walczyła, aby konkurencyjny uniwersytet nie powstał w Poznaniu. Środowisko lewicowo-liberalne krytykowało nie tak dawno powołanie konserwatywnego Collegium Intermarium jako platformy współpracy między akademikami państw regionu Międzymorza. Najbardziej przestraszyła się Polska Akademia Nauk, uznając to za zamach na swoje istnienie. Wcześniej przestrzegano przed powołaniem Sieci Badawczej Łukasiewicz, której powstanie podobno miało zdewastować system instytutów badawczych. Te, jak wynika z raportów NIK (Instytuty badawcze czy agencje nieruchomości?, „Kurier WNET”, lipiec 2019 r.), w niemałym stopniu utrzymują się z wynajmu nieruchomości, a w mniejszym – czasem znikomym – z pracy badawczej, więc przestrach był uzasadniony.

Natomiast środowisko z radością reaguje na wzrost swojego prestiżu – w niezbyt zorientowanym w tej materii społeczeństwie – poprzez zmiany nazw uczelni: z wyższych szkół na akademie czy politechniki, a akademii na uniwersytety. Nazwy ulegają zmianie, regionalny, pozorny prestiż rośnie, poziom uczelni zachowuje status quo lub spada, stąd te uczelnie z trudem są wykrywane w rankingach uczelni światowych, a zwykle tam ich brak. Rośnie, co prawda, ilość utytułowanej kadry, z czym uczelnie radzą sobie znakomicie, autonomicznie, wsobnie, ale nie ma to przełożenia na wzrost poziomu nauki i edukacji. Nigdzie tej sztuki, takiego rozwoju nie zdołano tak znakomicie opanować jak u nas

Wpuszczanie prezydenta w maliny?

Protesty środowiska akademickiego się nasiliły, gdy 2 marca 2022 r. prezydent Andrzej Duda skierował do Sejmu, w ramach inicjatywy ustawodawczej, projekt ustawy zakładający powołanie Akademii Kopernikańskiej. Prominentni akademicy ostrzegają, że prezydenta wpuszczono w maliny i namawiają, aby się z nich wydostał. Chyba bezskutecznie. Na łamach „Gazety Prawnej” (GP) prof. Jerzy Langer, prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – lidera tych antykopernikańskich protestów – argumentował, że „nauki nie budują instytucje, tylko ludzie”, z czym się zgadzam, bo takie są i moje doświadczenia.

Choć instytucje akademickie mnie wypędziły, ja z działalności naukowej, a nawet z działalności na rzecz naprawienia systemu nauki w Polsce nie zrezygnowałem. Rzecz w tym, że instytucje z nazwy naukowe, nawet jak działają na szkodę nauki, finansuje się, i to z kieszeni podatnika, a mnie nie! Byłem kiedyś w PAN, która szczególnie mocno obawia się powołania Akademii Kopernikańskiej. Tam w latach 90. prowadzono intensywne „badania” nad pasjansami przy użyciu komputerów, do których ja, wyklęty już w wcześniej z krakowskiej wszechnicy, nie miałem dostępu. Fakt, że nie miałem kwalifikacji w domenie pasjansów (nigdy nie ułożyłem w komputerze pasjansa!), ale jest też faktem, że do tej pory nie ujawniono (choć się tego domagałem), jakie były wyniki – ważne, jak sądzę, społecznie– „badań” tych pasjansów.

Nie mam wątpliwości, że w taki sposób gorszy element w instytucjach naukowych wypierał lepszy, tak jak to ma miejsce z pieniądzem w teorii Kopernika. Wyparty z instytucji naukowych, coś w nauce nadal robię, mimo braku finansowania z kieszeni podatnika, a powołanie Akademii Kopernikańskiej, choć mi zapewne nie pomoże, sądzę, że i nie zaszkodzi, gdy finansowane z budżetu instytucje od pasjansów itp. drżą w obawie przed zmniejszeniem strumienia pieniędzy na ich funkcjonowanie Pan profesor w GP jakże słusznie stwierdza: „Nie da się zadekretować, zwłaszcza w nauce, jakości, prestiżu, szacunku – wynikają one z jakości pracy zweryfikowanej przez innych naukowców”. Tak właśnie jest, tyle że nie wymienił tych „innych”, którzy weryfikują prawo pozostałych do posiadania prestiżu i szacunku. Widać ta kontrola jakości bardzo szwankuje, skoro wśród zweryfikowanych pozytywnie naukowców mamy tylu negatywnie wpływających na poziom naszego życia naukowego. Tytułami (w dodatku wsobnie nadawanymi) nie da się zadekretować w nauce jakości, prestiżu, stąd prestiż profesora spada na łeb, na szyję i w rankingach prestiżu zawodowego nie tylko bardzo pożyteczni społecznie strażacy go wyprzedzają (Czy prezydent musi nadawać tytuł profesora?, „Kurier WNET” nr 73/2020).

Profesor objaśnia: „Środowisko akademickie nie toleruje wskazywania palcem (niezbyt kompetentnym), kto jest lepszy”, ale nie przyznaje, że to środowisko nie tylko toleruje, ale wręcz hołubi tych, którzy niezbyt kompetentnym lub wręcz bardzo niekompetentnym palcem wskazywali jako najlepszych z najlepszych samych swoich, których nieraz nieudane/czasem niedorzeczne produkty trzeba wrzucać do kosza, aby społecznie nie szkodziły. Nie wiadomo, skąd pan profesor czerpał wiedzę historyczną, ostrzegając przed tworzeniem Akademii Kopernikańskiej: „To przypomina najczarniejsze czasy stalinizmu, kiedy pomijano takie dyscypliny jak socjologia czy genetyka, uważając je za zbrodnicze”. Przecież to właśnie nowa genetyka, wynoszona na piedestały w czasach stalinowskich, święciła wielkie pseudonaukowe tryumfy (sam Trofim Łysenko!; jego przeciwnicy byli wykluczani z naukowego systemu, a nawet przenoszeni na tamten świat), a socjologów delegowano do formowania nowego, socjalistycznego człowieka, co niestety im się w niemałym stopniu udało. Dalej na łamach GP profesor przestrzega przed naśladowaniem Sieci Łukasiewicza, bo ta podobno powstała „bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej, wyrzucając niepokornych dyrektorów”. Dobrze byłoby poznać dokładnie historię tworzenia tej sieci i skonfrontować ją z tworzeniem pajęczyny akademickiej w III RP (Świat akademicki budzi się po »reformie Gowina«, „Kurier WNET” nr 52/2018), powstałej po zweryfikowaniu, wyrzuceniu z systemu – bez jakiejkolwiek analizy merytorycznej – niewygodnych dla przewodniej siły narodu.

Niestety historia tego naukowego barbarzyństwa, tej antykultury unieważniania naukowego/kasowania/ wymazywania do tej pory nie została należycie poznana, a przed jej poznaniem środowisko naukowe broni się nie mniej heroicznie niż przed powstaniem Akademii Kopernikańskiej. Środowisko wymaga pomocy i wsparcia Prof. Langer martwi się o kadry i pieniądze dla Akademii, traktuje projekt jako „bardziej śmieszny niż straszny”, całkowicie niegroźny, ale jednocześnie uważa, że jest to ewidentna próba generowania kolejnego konfliktu i podziałów środowiska akademickiego, które wymaga pomocy i wsparcia. Czyli jednak groźny! Środowisko bez wątpienia wymaga pomocy, bo od lat jest w niemocy i autonomicznie nie może funkcjonować jak należy i – co gorsza – nie potrafi i nie chce się z tej niemocy wydostać. Dlatego potrzebna jest pomoc z zewnątrz.

Ale w swej schizofrenicznej postawie środowisko uważa się za tak autonomiczne (poza sferą finansowania), że na każdą ingerencję, pomoc z zewnątrz reaguje alergicznie. Nieraz oferowałem wsparcie – osobowe, naukowe, edukacyjne, organizacyjne i materialne (zbiory naukowe, biblioteczne). Nic z tego. Środowisko jest zamknięte, otwiera się tylko na samych siebie – samych swoich. Zdumiewające, że profesorowi obecny stan rzeczy kojarzy się z marcem ´68, ale nie objaśnia, skąd takie omamy. Widać, że jak chyba większość środowiska, jest negatywnie nastawiony do obecnej władzy i każdy jej zamiar budzi jego sprzeciw. Podobno ta władza ma skłonność do centralizacji instytucji, lokowania „swoich” na wysokopłatnych stanowiskach oraz zajmuje się dystrybucją środków „po uważaniu”. Tak było w PRL i w tej materii niewiele się zmieniło, dlatego domena akademicka funkcjonuje zdominowana przez zwycięzców ustawianych na nich konkursów na etaty.

Ale to nie ta władza ten system wymyśliła, lecz go odziedziczyła i nie zdołała zmienić, bo opór jego beneficjentów przeciwko wszelkim zmianom jest wielki. Profesor zasadnie stwierdza: „Oczywiście w nauce, jak wszędzie, są osoby łase na stanowiska, apanaże i formalne wyrazy uznania”, tyle że wykazuje się zarazem kiepską znajomością środowiska, skoro twierdzi, że to jest margines, a nie zdecydowana, demokratyczna większość. Na to wskazuje analiza plag akademickich, o których ani większość, ani zdrowszy margines nie podejmuje merytorycznej dyskusji. Profesor wskazuje, że młode kadry naukowe są niszczone rzekomo przez ten margines, gdy tymczasem jest to sprawa systemowa, trwająca od lat, stąd skutki są tak dotkliwe. Gdyby to było dzieło marginesu, można by go zlikwidować, ale demokratyczna większość etatowej społeczności jest autonomicznie za takim właśnie stanem rzeczy.

Negatywna selekcja kadr ma długie tradycje i znakomite ulokowanie, stąd takie negatywne sukcesy.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca

 Jeśli będzie dalej tak, jak jest, to lepiej nie będzie. Projekt Akademii nie zmienia systemu, zapewne nie jest bez wad, ale może stanowić wartość dodaną i sam fakt, że narusza spokój stabilnego swoimi patologiami i brakiem konkurencji środowiska, świadczy o nim pozytywnie. Ale reakcja jest jednoznaczna: „Na taki projekt ani nie ten czas, ani miejsce, ani ten styl. Ani kroku dalej”.

Kopernik zapewne w grobie się przewraca na taką antykopernikańską postawę polskiego środowiska akademickiego, które nie idzie śladami swojego wielkiego poprzednika i nawet nie chce wracać do standardów epoki, w której dopiero co powstające uniwersytety miały za zadanie poszukiwanie prawdy, gdy demokratyczna większość, a nie tylko margines obecnego środowiska, z tego abdykuje. Pan profesor, zdaje się, jest przekonany, że w swych argumentach antykopernikańskich ma 100% racji, zapominając, że jeszcze nie tak dawno (internetowa dyskusja ze mną przed kilkunastu laty) był zwolennikiem poglądu starego Żyda z Podkarpacia: „Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak” (Cz. Miłosz, Zniewolony umysł). Może i dla niego byłoby korzystne, aby przyznał jakiś procent racji projektowi Akademii Kopernikańskiej.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET , maj 2022 r.

Jak się ochronić przed ochroną

Jak się ochronić przed ochroną

Jak wiadomo, Armia Czerwona ma tę właściwość, że nigdy nie dokonuje agresji, lecz jedynie chroni swoich braci przed zagrożeniami. Pod koniec lutego zdecydowała się wziąć pod ochronę pobratymczą ludność Ukrainy zagrożoną podobno przez nazistów. Skutki tej ochrony swoich braci i sióstr, i to ludobójcze, są znane, dlatego intelektualiści niemieccy wystąpili przeciwko pomocy militarnej dla Ukrainy, aby nie pogarszać sytuacji ochranianej ludności. Gdyby Ukraińcy nie bronili się przed ochroną ze strony Armii Czerwonej, byłoby OK.

Głupota intelektualistów nie jest czymś wyjątkowym i u nas. Niektórzy profesorowie pokładają nadzieje w Rosji, a szczególnie w Putinie, że ochroni cywilizację chrześcijańską. Ta rzeczywiście jest zagrożona długim marszem neomarksizmu przez uniwersytety, instytucje kultury i kościoły. Natomiast w Rosji ideologia gender, LGBT, niesiona w tym marszu nie jest hołubiona. Ale żeby wierzyć, że Rosja będzie ostoją wartości chrześcijańskich, powstrzyma rozpad tej cywilizacji, to trzeba być całkiem oderwanym od rzeczywistości. Ateizacja Rosji jest zjawiskiem znanym, przywiązanie do cerkwi jest znikome, brak poszanowania Dekalogu (w tym: nie zabijaj, nie kradnij) powszechny. Cynizm, pogardę dla życia i religii wyrażają czołgiści Putina dekorujący na Wielkanoc pociski – przeznaczone do zabijania ukraińskich braci – napisami „Chrystus zmartwychwstał!”. I tacy barbarzyńcy mają być obrońcami cywilizacji chrześcijańskiej?

 Mniemanie, że to ofiary same są sobie winne, bo bronią się przed ochroną, jakoś wydaje się znajome i na naszym podwórku akademickim z okresu wojny jaruzelsko-polskiej, podczas której tajne służby ochraniały instytucje i osoby, podobno tak dobrze, że nikomu nic się nie stało, poza tymi, którzy sami są sobie winni, gdyż przeciwstawiali się przewodniej sile narodu, należycie ich przed złem ochraniającej. Dla przetrwania cywilizacji chrześcijańskiej konieczne jest odnalezienie sposobu na ochronę przed takimi intelektualistami i skutkami ich ochrony.

Tekst opublikowany w Tygodniku Gazeta Polska 4 maja 2022 r.

Obrona chrześcijaństwa pociskami „Chrystus Zmartwychwstał”

Obrona chrześcijaństwa pociskami „Chrystus Zmartwychwstał”

W okresie Świąt Wielkiej Nocy zmroziła nas informacja o przygotowaniach Rosjan do wzmożenia inwazji na Ukrainę. W tym celu m.in. przygotowano „wybuchowe niespodzianki na Wielkanoc”, czyli pociski jako pisanki wielkanocne opatrywane w ramach umilania sobie czasu przez putinowskich żołdaków napisami „Chrystus zmartwychwstał”Zdziczenie tej barbarii nie ma żadnych granic, a pomyśleć, że w Polsce, bastionie – jak się uważa – cywilizacji łacińskiej, zagrożonej w swym istnieniu, odzywają się głosy nadziei (i to od lat) na obronę chrześcijaństwa przez tę barbarię [List otwarty do Narodu Rosyjskiego i władz Federacji Rosyjskiej | Myśl Polska (archiwum) (mysl-polska.pl) i argumenty: że „triumfalny powrót Rosji do chrześcijaństwa po upadku komunizmu dokonał się w czasie, gdy Zachód odciął się od tych wartości i zanegował cywilizacyjne znaczenie łacińskiego Rzymu. Jego rolę w sposób naturalny przejęła Moskwa jako Trzeci Rzym.” [Ukraina – wojna cywilizacji – Prof. Anna Raźny – Bibuła – pismo niezależne].

W liturgii wielkanocnej pod przewodnictwem patriarchy Cyryla zwierzchnika Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie wziął udział także prezydent Władimir Putin [w ramach tryumfalnego powrotu Rosji do chrześcijaństwa?]. Zwierzchnik Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego otrzymał od przywódcy Kremla ozdobne jajko wielkanocne i życzenia: „To wielkie święto jednoczy prawosławnych chrześcijan, wszystkich obywateli Rosji świętujących Zmartwychwstanie Chrystusa, wokół wysokich ideałów i wartości moralnych, budzi w ludziach najjaśniejsze uczucia, wiarę w triumf życia, dobra i sprawiedliwości”.

Pociski „Chrystus zmartwychwstał”, jak można rozumieć, będą nosicielami ideałów i wartości moralnych, a powiększenie i tak wielkiego już morza trupów, także osób cywilnych, kobiet i dzieci, często bezczeszczonych, świadectwem tryumfu życia i sprawiedliwości. To poziom cynizmu i nihilizmu właściwy dla cywilizacji barbarzyńskiej, przez Feliksa Konecznego zwaną turańską. To zaprzeczenie cywilizacji łacińskiej, chrześcijańskiej.

Nieżyjący już rosyjski dysydent Sergiej Kowalow w rozmowie z Jarosławem Mańką w 2016 r. „Rosja jest Trzecim Rzymem, a prezydent chrześcijaninem? Putin na każdym kroku kłamie” (Polska Times) mówił m.in. „Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego, a głównie jej hierarchia, i dość duża część wierzących staje się, jakby to powiedzieć, bandą fanatyków. To nie jest chrześcijaństwo. Nie wiem, za kogo oni się uważają. Hierarchowie to źli ludzie, którzy mogą każdego pozwać do sądu. Czy to malarzy, czy innych artystów, którzy im się nie podobają. Ale moskiewskie prawosławie „obsługuje” władzę przez kilka wieków.”

Ostatnio także patriarcha Cyryl udokumentował, że kontynuuje obsługę władców Kremla. Chroń nas Panie Boże przed obroną chrześcijaństwa ze strony moskiewskiej barbarii.

—————————————————————————————————-

Kurier WNET, czerwiec 2022 r.

Promocja naukowych bzdur nadal w cenie

Promocja naukowych bzdur nadal w cenie

Jest zdumiewające, że w czasach niebywałego postępu naukowego, wybitnego wzrostu wykształcenia (formalnego) społeczeństwa, naukowe bzdury są tak często, a nawet niemal powszechnie, przyjmowane i rozpowszechniane. Podobno 28 proc. Polaków uważa, że pierwsi ludzie żyli razem z dinozaurami. Tak wynika z niedawnych badań na temat postaw społeczeństwa wobec nauki. Do tych Polaków należy także osoba kierująca w XXI wieku rządem dużego europejskiego kraju – pani Ewa Kopacz, która przed kilku laty objaśniała tragiczne skutki obrzucania kamieniami dinozaurów przez naszych przodków. No cóż, nie należy się dziwić, że miała demokratyczne poparcie w swej politycznej karierze.

Na takiej drodze edukacji naszego społeczeństwa istotną rolę odgrywają wydawcy, jak i dystrybutorzy książek – naukowych bzdur, nieraz dostępnych, promowanych w księgarniach naukowych. Taki stan rzeczy udokumentowałem kilka dni temu w najlepszej naukowej księgarni Krakowa, gdzie na poczesnym miejscu, wśród rzeczywiście naukowych pozycji, a nie w dziale „kurioza”, zauważyłem niezbyt grubą książkę (niecałe 400 stron), w niebanalnej cenie 59.90 zł, pod znamiennym tytułem „Pomyłki badaczy dziejów Ziemi” autorstwa Hansa Joachima Zilmera, podobno słynnego geologa. Udowadnia on – jak reklamuje okładka książki – że dinozaury i ludzie żyli razem, czyli tezę lansowaną przez samą premier Kopacz. Autor podważa naukowy obraz świata, niejako dyskredytując zarazem także mnie, w końcu geologa, co prawda nie tak znanego i poczytnego jak autor, ale wykładającego przez lata dzieje Ziemi i życia na niej, w których to wykładach nie było ani słowa o współżyciu gatunku Homo sapiens z dinozaurami.

Rzecz jasna, taka moja (nie)wiedza i podburzanie studentów do jej opanowania, do myślenia, i to krytycznego, nonkonformizmu naukowego wykluczyła mnie z systemu akademickiego, jako negatywnie wpływającego na młodzież. Nasz system, także wydawcy, takich nie tolerują, promując za to bzdury naukowe, wśród licznych plag akademickich.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 27 kwietnia 2022 r.

Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Akademicka transformacja złotówki w pięciozłotówkę

Środowisko akademickie – niezależnie od opcji politycznej – mówi jednym głosem: „Środki na naukę i uczelnie to nie koszty, lecz inwestycja” a „każda złotówka zainwestowana w uczelnie czy jednostki naukowo- -badawcze przynosi 5 zł zysku”, gdy zysk z inwestycji w nieakademickiego pracownika wynosi podobno tylko 1,71 zł.

Niestety, akademicy nie podają, jakimi metodami ten intratny 500 proc. zysk obliczyli, poza informacją, że według audytu Ligi Europejskich Uniwersytetów Badawczych, do której nie należy żadna polska uczelnia, z przekazanego 1 euro było 6 euro zysku. Nie wyjaśniają zdezorientowanemu obywatelowi polskiemu, dlaczego powołują się na uczelnie europejskie funkcjonujące według innego niż nasz system, przy którym chcą pozostać. Ten zachodni jest chyba wydajny, ale dlaczego nasz – odmienny, swoisty, tytularny system ma przynosić podobne zyski?

Nasz przynosi ogromną liczbę dyplomów, stopni naukowych i tytułów, ale żeby przynosił autentyczne zyski? To byłoby chyba trudno udowodnić.

Do dziś nie wiadomo na przykład, jakie zyski przyniósł spektakularny wynalazek polskich naukowców przyrządu do oczyszczania nóg z piasku (przy wychodzeniu z plaży), czym polskie uczelnie chwaliły się przed kilku laty. Generalnie wiadomo, że w innowacyjności jesteśmy w tyle Europy, będąc w czołówce udyplomowienia młodego społeczeństwa oraz liczby nadawanych stopni dr. hab. i tytułów profesora, i to belwederskiego.

Transformacji polskiego systemu w bardziej pożyteczny społecznie chyba się nie przewiduje. Wystarczy przejrzeć finansowane z kieszeni podatnika projekty badawcze, aby mieć wątpliwości co do ich zyskowności, choć faktem jest, że nie da się tego dokładnie określić ze względu na skuteczną ochronę przed dostępem do informacji publicznej (przed nieuczciwą konkurencją, za jaką jest uważany zainteresowany obywatel). Jest jednak niemal pewne, że z wdrożenia w życie efektów niektórych projektów nie byłoby wielokrotnego zysku, lecz wielokrotne straty, ale to temat na rzetelny audyt domeny akademickiej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  20 KWIETNIA 202

Rozłam kopernikański

Rozłam kopernikański

Narodowy Program Kopernikański, przygotowany dla uczczenia 550. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika, nadal spędza sen z oczu polskiego środowiska akademickiego, które jakoś nie może nawiązać do chlubnych tradycji naukowych. W pierwszej połowie ubiegłego wieku było kilku geniuszy: Maria Curie-Skłodowska w Paryżu, Stefan Banach we Lwowie, ale w tym wieku na nic wielkiego się nie zanosi. Zresztą, czy genialny Banach miałby jakiekolwiek szanse w dzisiejszej domenie akademickiej?

 „Badania” nad pasjansami, prowadzone z pasją u schyłku ubiegłego wieku w instytucjach PAN chyba nie przełożyły się na dobro kraju i przyszłość młodych Polaków. Do tej pory nie zreformowano naszego systemu tak, aby wzmacniał kadrę akademicką, spowodował jej dołączenie do poziomu światowego, ale projekt powołania Akademii Kopernikańskiej, który został złożony do Sejmu, mógłby stanowić w tej domenie wartość dodaną. Stabilne w swej akademickiej niemocy środowisko wyraziło jednak swoje zaniepokojenie, okazało negatywne emocje i obawy o swoje umocowanie/wynagradzanie w istniejących już instytucjach. Coś nowego może być konkurencją, a tego nasz system nie znosi. Konkurencję międzynarodową tym samym przegrywamy, ale stabilność, i to dożywotnią, wśród samych swoich można utrzymać, rozliczne stanowiska/funkcje „pieścić” i pobierać rzekomo głodowe pensje.

Zarówno organy rektorskie, jak i PAN, a także związki zawodowe różnych opcji mówią NIE dla Akademii Kopernikańskiej, bo przecież jest inflacja, rosną ceny paliw, trwa wojna na Ukrainie, trzeba zwiększać wydatki na obronność, walczyć ze skutkami pandemii… A przy tym trzeba podnosić zarobki kadrze akademickiej, która na zaspokojenie głodu potrzebuje wynagrodzeń kilkakrotnie większych od zwykłego zjadacza chleba.

Powołanie Akademii Kopernikańskiej może nie doprowadzi do nowego przewrotu kopernikańskiego, ale zanim powstała, doszło do rozłamu akademickiego. Widzimy, że ten system autonomicznie się nie naprawi, tylko będzie chciał rujnować wszystko, co zmierza ku jego naprawie.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 13 kwietnia 2020 r.

Kontrola jakości wypowiedzi

Kontrola jakości wypowiedzi

Można by sądzić, że jakość wypowiedzi szefa Rady Doskonałości Naukowej będzie doskonała, tym bardziej gdy wypowiada się on na temat jakości kontroli polskiej nauki.

Ale tak nie jest, jak wynika z zapisu opinii w serwisie PAP („Nauka w Polsce”) na temat habilitacji, stanowiącej u nas kolejny po doktoracie stopień naukowy. Habilitacja jest nadawana także w innych krajach bloku wschodniego i z tej możliwości polscy naukowcy przez lata korzystali, utrwalając filar nauki w Polsce, który był źle osadzony i do doskonałości naukowej nas nie doprowadził.

Profesor dr hab. Grzegorz Węgrzyn z RDN, broniąc zdumiewająco tego niedoskonałego elementu naszego systemu, objaśnia, że „jest to specyficzna kontrola jakości badaczy, dlatego powinniśmy utrzymać nadawanie habilitacji”. Niewątpliwie jest to kontrola specyficzna, bo jakości nie zapewnia, lecz zapewnia wejście uległym do nadzwyczajnej kasty akademickiej, dlatego nieraz jest przedmiotem mrocznego pożądania, wraz z towarzyszącymi temu patologiami. Nawet kiepscy naukowo, a tym bardziej moralnie, gdy tylko habilitację zdobędą, czują się bezpieczni na swoich pozycjach i koncentrują się głównie na zabezpieczeniu ich przed zbyt aktywnymi, a nie daj Boże krytycznymi naukowcami bez habilitacji.

 W drugiej opinii prof. dr hab. Andrzej Jajszczyk uważa, że „habilitacja to przeżytek, a nie remedium na słabe doktoraty” i „należy korzystać z rozwiązań, które sprawdzają się w krajach, gdzie nauka jest na wysokim poziomie, na przykład w USA, gdzie habilitacji nie ma”. Ponadto zauważa: „Chów wsobny dusi u nas naukę i powoduje, że badania często nie są prowadzone na wysokim poziomie”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić, skoro od lat takie opinie się przedstawiało. Dodać tylko trzeba, że tzw. habilitacja francuska (argument za utrzymaniem jej w Polsce) nie jest u nas uznawana, a w jej nadawaniu mogą brać udział polscy doktorzy, których się eliminuje dożywotnio z polskiego systemu, aby nie zagrażali naszym utytułowanym od stóp do głów, a nawet w poprzek.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 6 kwietnia 2022 r.

Brzask Komunistycznej Partii Polski po medialnym upadku komunizmu

Brzask Komunistycznej Partii Polski po medialnym upadku komunizmu

W mediach w 1989 roku ogłoszono, że komunizm upadł, tymczasem okazuje się, że Komunistyczna Partia Polski jest wiecznie żywa.

KPP została utworzona w 16 grudnia 1918 roku, ale w roku następnym została zdelegalizowana, gdyż uznano zasadnie, że jej działania zagrażają niepodległości Polski. Mimo to w stanie nielegalnym przetrwała finansowana przez Międzynarodówkę Komunistyczną do roku 1938, kiedy została rozwiązana przez Komintern. Członkowie KPP nie przeżyli wielkiej czystki stalinowskiej, z wyjątkiem tych, co na swoje szczęście przebywali w więzieniach jako przestępcy i zdrajcy, i tych, którzy brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii w Brygadach Międzynarodowych.

W PRL formalnie KPP nie została reaktywowana, ale zastąpiła ją PZPR powstała 15 grudnia 1948 r. z połączenia PPR i PPS i stanowiąca przewodnią siłę zniewalania narodu przez sowietów.

Życie po śmierci

Faktem jest, że w czasie tzw. transformacji ustrojowej 29 stycznia 1990 r. sztandar PZPR został wyprowadzony, ale pod względem prawnym i personalnym tworząca się III RP pozostała w ciągłości z PRL, a wcześniejsi członkowie PZPR spadli na cztery łapy. W ramach polityki cancel culture, słowo ‘komunizm’ zostało wymazane z historii polskich uczelni, podobnie jak PZPR, której dokumenty w znacznej mierze wyparowały i do tej pory nie wiadomo kto i jak przez dziesiątki lat przewodził i formował/formatował niemałą część elit Polaków. Pewną znajomość mamy co do działań organów wyższych szczebli, ale szczeble podstawowe jakby nie istniały, choć to one odbiły się szczególnie na losach przeciętnego Polaka, wdrażając w życie bezprawie zwane sprawiedliwością społeczną.

Dawni towarzysze zorganizowali się w SLD i przez lata nawet dominowali w życiu politycznym III RP, a od kilku lat stanowią silną grupę (jakby zamiast dawnego biura politycznego) w Parlamencie Europejskim. Ideowi marksiści walczyli, aby nie doszło do całkowitej anihilacji idei marksistowskiej. Funkcjonowali szczególnie na Śląsku jako ZKP „Proletariat”. Przez siły „reakcji” zostali wykreśleni z ewidencji partii politycznych w roku 1997, jednak przetrwali. W 2002 r. doszło do zarejestrowania Komunistycznej Partii Polski nawiązującej do tradycji przedwojennej KPP i częściowo PZPR. KPP odbyła pięć zjazdów w Dąbrowie Górniczej i w Bytomiu, a jej członkowie startowali w wyborach samorządowych i parlamentarnych (z list Polskiej Partii Pracy), popierali Grzegorza Napieralskiego z SLD. KPP, rzecz jasna, krytykuje likwidację PRL, uczestnictwo Polski w Unii Europejskiej i NATO, sprzeciwia się ustawom dekomunizacyjnym i polityce historycznej IPN.

Liczba jej członków nie jest wielka, to jakieś kilkaset osób, ale ich działalność jest widoczna w przestrzeni publicznej poprzez oficjalny biuletyn partii – miesięcznik „Brzask” jak i stronę internetową czy profil na FB. „Brzask” wierny idei marksistowskiej Działacze KPP chwalą się, że „»Brzask« jest fenomenem w historii polskiej prasy, gdyż był i jest redagowany w pełni społecznie przez ludzi (ponad 160 autorów!) całkowicie oddanych sprawie ochrony dorobku Polski Ludowej i podejmowania różnych inicjatyw, ratujących filozofię marksistowską w obliczu furii antykomunistycznej”.

Podkreślają, że czasopismo było i jest wierne idei marksistowskiej. Stąd wiadomo, że KPP publicznie gloryfikowała przywódców systemów totalitarnych – Józefa Stalina jako „Wyzwoliciela Narodów” i Kim Dzong Ila jako „Wielkiego Przywódcę”, popierała reżim totalitarny w Korei Północnej. Faktem jest, że istnienie partii komunistycznej w Polsce nie jest nielegalne, a symbole komunizmu sierp i młot nie zostały zdelegalizowane.

Niemal od początku istnienia partii trwa walka o jej delegalizację, prowadzona głównie przez posłów PiS, lecz sądy odrzucają pozwy, nie dopatrując się naruszenia prawa. W procesie dotyczącym propagowania przez działaczy KPP na łamach „Brzasku” systemu totalitarnego, Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej uznał redaktorów pisma „Brzask” za niewinnych zarzucanych im czynów.

No cóż, sądy nie zostały zdekomunizowane, więc dlaczego by miały zgadzać się na dekomunizację partii politycznej, i to komunistycznej – nieprawdaż? Tym niemniej usiłowania delegalizacji nadal trwają, a zaangażowany na tym polu min. Zbigniew Ziobro odsądzany jest przez działaczy KPP i „Brzasku” od czci i wiary.

Działacze Komunistycznej Partii Polski utrzymują, że „Brzask”, jak i sama partia, w związku z działalnością na rzecz propagowania idei komunistycznych w kapitalistycznej Polsce są prześladowane od zarania swojej historii.

Prześladowania przewodniej siły

Niewątpliwie „prześladowania” komunistów w Polsce mają długą tradycję, i to niezależnie od tego, czy komuniści byli w mniejszości, czy stanowili przewodnią siłę narodu.

Co więcej, jest znamienne, że prześladowali się także nawzajem. W końcu przedwojenna KPP została zlikwidowana przez stalinowskich komunistów, grupa inicjatywna PPR, zrzucona z ZSRR do Polski podczas okupacji, wystrzelała się nawzajem w ramach partyjnej walki o władzę (Marceli Nowotko, Bolesław i Zygmunt Mołojcowie), a już po wojnie Władysław Gomułka w randze sekretarza PPR był prześladowany, a nawet więziony przez komunistów za odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, co podczas odwilży wyniosło go do władzy.

Mity prześladowcze często stanowią trampolinę do kariery. Wielu instalatorów komunizmu w Polsce „prześladowano” po Marcu 1968 r., dzięki czemu uniknęli procesów za swoje ekscesy w czasach stalinowskich, a nawet zrobili kariery naukowe za granicami, o czym nieprześladowani mogli tylko marzyć.

Komuniści byli zmuszeni się bronić przed niewdzięcznymi robotnikami w roku 1970, potem 1976, a także w 1981, kiedy wprowadzali stan wojenny w ramach „liberalizacji systemu” (tak ten okres od 1956 do1989 r., bez użycia terminu ‘stan wojenny’, określany jest w Dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego!).

Partyjni naukowcy – np. na UJ – skarżyli się na dyskryminację, wręcz prześladowania ze strony nierespektujących ich przewodniej siły na uniwersytecie. Sam za takiego prześladowcę byłem uznany w końcu epoki Jaruzelskiej, a nawet po niej!

Zapełnianie luki po prawdzie

Jak to się stało, że „prześladowcy” z uczelni byli wypędzani, a prześladowani funkcjonariusze pozostawali na uczelni i pociągają za sznurki akademickie nieraz do dnia dzisiejszego, nawet najtęższe głowy historyczne i socjologiczne nie objaśniają.

 Można natomiast spotkać się z twierdzeniami, że np. na Uniwersytecie Jagiellońskim PZPR w końcu PRL już nie istniała, że poniosła spektakularną klęskę! Jednak, mimo że nie istniała, decydowała o tym, kto może, a kto nie może być rektorem, kto nie może być pracownikiem, bo ma negatywny wpływ na młodzież akademicką, podburzając ją do myślenia, i to krytycznego.

Po tej „spektakularnej klęsce” członkowie partii bynajmniej nie zostali przeniesieni w stan nieszkodliwości (co postulowałem w jeszcze w stanie wojennym), nie stracili etatów ani stanowisk na uczelni (w przeciwieństwie do „prześladujących” ich antykomunistów), ale pełnili przez jeszcze wiele lat przewodnie funkcje, i to nieraz z poparciem Solidarności.

Jakoś tak u nas jest, że formalne struktury działają bezobjawowo, te już zlikwidowane – objawowo, a spektakularna klęska jest nieraz trampoliną do kariery, szczególnie akademickiej.

O prześladowanych realnie i skutecznie przez komunistów wiedza jest mierna, bo poddana antykulturze wymazywania, a antykomuniści są po „upadku” komuny wykluczani. Nawet IPN nie zdołał zbadać tego procesu jak należy, stąd nie znamy nawet składów tzw. Podstawowych Organizacji Partyjnych, choćby tych jednostek, które formowały przez lata elity III RP.

Mgłą tajemnicy owiane są mechanizmy i skutki kilkudziesięciu lat przewodzenia partii w każdej dziedzinie życia w PRL, a szczególnie życia akademickiego. Lukę – po abdykowaniu uczelni z poszukiwania prawdy – starają się wypełnić prześladowani ideowi komuniści, fakt, że spychani na dalszy plan przez neomarksistów realizujących długi marsz przez instytucje.

Także w propagowaniu idei humanizmu ideowi twórcy „Brzasku” zaczynają, zdaje się, przegrywać w konkurencji z postępowcami propagującymi idee gender, kazirodztwa i kanibalizmu. Mimo że ideowi komuniści nie ulegli całkowitej anihilacji, zapewne jeszcze czeka nas długa walka o ich delegalizację.

Czy po abdykacji z poszukiwania prawdy przez centra kształtowania elit kiedykolwiek poznamy prawdę o komunistach i ich roli w formowaniu nowego człowieka

Tekst opublikowany w KURIERZE WNET · KWIECIEŃ 2O22 r.

Wysokie zarobki rektorów nagrodą za brak postępów ?

Wysokie zarobki rektorów nagrodą za brak postępów

 Na stronach sejmowych ujawniono wysokie zarobki rektorów polskich szkół wyższych (przynajmniej z nazwy) w odpowiedzi na interpelację nr 31693. Wyjaśniono, że wynagrodzenie zasadnicze rektora jest powiązane ze średnim wynagrodzeniem na uczelni, co podobno wpływa w pozytywny sposób na kształtowanie wynagrodzeń pracowników w całej uczelni. Dlaczego związki zawodowe różnych opcji protestują w sprawach wynagrodzeń, podobno pozytywnie ukształtowanych, nie wyjaśniono.

Poinformowano natomiast, że wysokość dodatków funkcyjnych rektorów uzależniona jest od liczby uprawnień do nadawania stopnia naukowego doktora oraz liczby studentów. Powinno to dawać do zrozumienia, dlaczego mamy tak wielką liczbę studentów i utytułowanych kadr, a mimo to niski poziom nauki i edukacji, który nie wpływa na wynagrodzenia rektorów.

Co więcej, rada uczelni może przyznać rektorowi dodatek zadaniowy, ale nie wyjaśniono, jakie zadania rektorzy otrzymują. Czy nie otrzymali czasem zadania nauczenia się organizowania rzetelnych konkursów na etaty akademickie i czy wobec niewykonania takiego zadania te dodatki zostały cofnięte, a rektorzy pociągnięci do odpowiedzialności zawodowej? Takiego zadania rektorzy sami podejmowali się przed kilkunastu laty, lecz bez powiązania z dodatkiem zadaniowym nic z tego nie wyszło. Rektorzy nie nauczyli się i nadal mamy ustawiane konkursy, za co w innych krajach grożą konsekwencje karne (na przykład operacja „Universita bandita” we Włoszech), podczas gdy u nas jest to norma.

 Ponadto rektorzy mogą za zgodą rady uczelni mieć dodatkowe zatrudnienie, bo czy przy wynagrodzeniu około 40 tys. zł (miesięcznie!), jak to jest w przypadku rektorów największych uczelni, można się godnie utrzymać?

Z moimi tekstami o plagach akademickich rektorzy do tej pory nie podjęli merytorycznej dyskusji ani nie rozpoczęli ograniczenia negatywnych skutków tych plag dla nauki i nauczania w podległych im uczelniach. Widocznie takiego zadania żadna rada przed nimi nie postawiła.

Tekst opublikowany 30 marca 2022 r.

Zdekomunizować przestrzeń akademicką

Zdekomunizować przestrzeń akademicką

Prezes IPN Karol Nawrocki w niedawnym oświadczeniu zwrócił uwagę, że w czasie agresji na Ukrainę Rosja posługuje się najgorszymi wzorcami propagandy z czasów komunistycznych i sięga do pseudohistorycznych argumentów. Rosja ma mocne fundamenty dla takich poczynań, ale i w Polsce mamy jeszcze pozostałości fundamentów komunistycznych. Także w przestrzeni akademickiej, co ma negatywny wpływ zarówno na domenę akademicką, jak i życie publiczne oraz społeczne. W wolnej i niepodległej – jak mówimy – Polsce, nadal składamy niejako hołd tym, którzy nam wolność i niepodległość odbierali. Wielu, wolnych podobno Polaków, to wcale nie razi. Rażą i są karane akcje wymierzane w „godność” pomników chwały Armii Czerwonej i komunistów. To jest sytuacja schizofreniczna.

Co gorsza, mamy przykłady walki z pomnikami bohaterów walki o niepodległość a nawet z obecnością polskiej flagi w przestrzeni publicznej.

Na polskich uczelniach nader rzadko wiszą flagi narodowe, nawet w święta narodowe, a wewnątrz uczelni upamiętnia się nieraz (tablice, nazwy auli) instalatorów i utrwalaczy komunizmu. W takiej przestrzeni młodzież akademicka jest formowana przez lata. Co więcej, na etatach „naukowych” finansuje się anty-Polaków, ziejących nienawiścią do wszystkiego co polskie, patriotyczne! W wydawnictwach akademickich, rzekomo naukowych (finansowanych z puli przeznaczonej na naukę) mamy moc fałszywych stwierdzeń i interpretacji dotyczących naszej historii, szczególnie najnowszej, a na etatach moc beneficjentów selekcji kadr pod kątem przydatności dla „najlepszego z ustrojów”, dla wychowania młodzieży zgodnego z „etyką” socjalistyczną. To tłumaczy tak długie pozostawanie spuścizny komunistycznej opartej na kłamstwie. Protestów przeciwko temu brak. Są tylko takie, które ten stan rzeczy chcą jak najwięcej finansować. A elity akademickie, jakby nigdy nic, abdykują z odkłamywania komunistycznego dziedzictwa i jeszcze są za to wynagradzane, wyróżniane, awansowane… Najwyższy czas skończyć z tą schizofrenią.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 23 marca 2022 r.

‚Blokady wojenne’ cz. 2 – czas wojny jaruzelsko-polskiej i pokojowej transformacji

Refleksje o metodach zakładania blokad akademickich

w czasie wojny i pokoju

cz. 2 czas wojny jaruzelsko-polskiej i pokojowej transformacji

Wojna putinowska ma wsparcie części środowiska akademickiego Rosji, tak jak wojna jaruzelsko-polska, mimo oporu na uczelniach, miała wsparcie części środowiska akademickiego, nawet spoza przewodniej siły narodu.

Ciekawe może być porównanie postawy świata akademickiego wobec wojny Jaruzelskiego z narodem polskim sprzed dziesiątków już lat, wojny bez porównania łagodniejszej niż ta Putina z narodem ukraińskim, ale mającej ogromnie negatywny wpływ także na domenę akademicką, o czym na ogół nie chce się mówić, ani pisać, ani badać należycie.

Wojna jaruzelsko-polska to była wojna o utrzymanie zniewolenia komunistycznego, w istocie rzeczy sowieckiego, nad narodem polskim, gdy wojna putinowska, to wojna o zniewolenie narodu ukraińskiego uważanego przez Rosjan za naród bratni/jeden ze szczepów narodu rosyjskiego.

Wojna putinowska ma wsparcie części środowiska akademickiego Rosji mimo pewnego oporu części akademików i studentów, tak jak wojna jaruzelsko-polska, mimo oporu na uczelniach, tak studentów, jak i pracowników, miała wsparcie części środowiska akademickiego, nie tylko tego związanego formalnie z przewodnią siłą narodu.

Wobec akademickich instytucji rosyjskich, a także wobec rosyjskich akademików popierających Putina, stosowane są rozmaite restrykcje, niewątpliwie dotkliwe dla rosyjskiej domeny akademickiej.  Odizolowanie od zewnętrznego świata dla rosyjskiej domeny akademickiej oznacza degradację. Protestujący przeciwko wojnie mogą jednak liczyć na wsparcie ze strony międzynarodowego środowiska akademickiego, podobnie jak naukowcy i studenci ukraińscy.

Podczas wojny jaruzelsko-polskiej akademicy popierający reżim Jaruzelskiego mogli liczyć na ułatwienia w karierze, swobodę wyjazdów zagranicznych, obejmowanie stanowisk decydenckich, gdy opozycyjnie nastawieni byli nieraz internowani, aresztowani, blokowani całkowicie lub przynajmniej okresowo w wyjazdach zagranicznych, szczególnie na długotrwałe wyjazdy do uczelni zachodnich. Dla opozycji, czy po prostu niewygodnych dla przewodniej siły narodu, stanowiska decydenckie nie były dostępne; byli marginalizowani, izolowani, poddawani szykanom, mobbingowi…  Przeprowadzano polityczne weryfikacje kadr akademickich po wprowadzeniu stanu wojennego, jak i kolejną, lepiej przygotowaną, także pod kątem prawnym, przed transformacją ustrojową. Pozwoliło to na wyeliminowanie z systemu akademickiego wielu wrogów przewodniej siły narodu i nierokujących nadziei na wychowywanie młodzieży w duchu socjalistycznym.

Negatywna propaganda na odcinku akademickim wobec wrogów systemu, przypomina propagandę putinowską wobec broniących swojej wolności Ukraińców. Z prawdą to nie miało nic wspólnego, ale przyzwolenie na haniebne poczynania było.

Blokowanie niewygodnych w domenie akademickiej rozciągało się także na czas pokojowej transformacji, gdyż partyjni beneficjenci przemian nadal pozostawali na stanowiskach decydenckich. Wielu z przyczyn pozamerytorycznych nie wróciło na uczelnie po wyeliminowaniu z naruszeniem cywilizowanego prawa. Nadal, mimo rozwiązania PZPR i SB, niewygodnym, stanowiącym zagrożenie dla nomenklatury blokowano wyjazdy naukowe, nawet krajowe i to czasem bardziej skutecznie niż w okresie wojennym. Ograniczano/uniemożliwiano dostęp do aparatury badawczej, do komputerów, zmuszając do realizacji dostaw obowiązkowych płodów intelektualnych.

Zjawisko konieczności prowadzenia akademickiej działalności konspiracyjnej po transformacji ustrojowej zupełnie nie jest znane badaczom historii najnowszej i zarazem opinii publicznej.

Czy nie jest marnotrawstwem potencjału intelektualnego zakładanie blokady na naukowców, aby czasem czegoś w nauce nie zrobili, aby czegoś nie nauczyli młodych?  Skoro ktoś miał setki wykładów rocznie i wiele wystąpień publicznych, nawet w czasach jaruzelskich, a w czasach „wolnej” Polski, po transformacji – żadnego to powinno być uważane za skandal. A nie jest. Co więcej, nieraz mamy do czynienia z oczywistym bojkotem, niewygodnych dla beneficjentów transformacji i to bez potrzeby ogłaszania i bez „dziur” w bojkocie (jak to jest w przypadku bojkotu Rosji). Takich się nie zaprasza na spotkania, choćby napisali nie wiem ile książek, artykułów, nie podejmuje się merytorycznych dyskusji, na ogół nie cytuje (choć nieraz plagiatuje) tak, aby przemilczeć całkowicie i głosić wszem i wobec, że nie ma nikogo, aby coś napisał, powiedział, podyskutował ….

Tak się dzieje nie tylko na podwórku akademickim, ale i społecznym [pozaakademickim], bo taka antykultura [cancel culture] przenika do życia społecznego.    

Skutek tych patologii uwarunkowanych systemowo i psychologicznie [uciszanie mądrzejszych, a przynajmniej za takich uważanych, żeby to, co mówią, nie uraziło głupców] jest oczywisty – kryzys systemu nauki, brak elit, mimo ilościowego wzrostu pracowników nauki, a przede wszystkim uczelni z nazwy wyższych.

Zamiary poznania mechanizmów kształtowania kadr akademickich są objęte cenzurą prewencyjną. Mój postulat opracowania Czarnej księgi komunizmu w nauce i edukacji nie został podjęty. Co więcej, z zakłamanej historii najnowszej uczelni skasowano „komunizm” a także „stan wojenny”, jak i przewodnią siłę narodu (PZPR). O politycznych weryfikacjach kadr akademickich (niemal) nikt nie słyszał. Konkursy ustawiane na swoich znakomicie blokowały powroty do systemu akademickiego wyeliminowanych podczas weryfikacji, a także pracujących na uczelniach zagranicznych. O zniszczeniach infrastruktury badawczej, warsztatów pracy, bibliotek, likwidacji szkól naukowych nikt nie pisze/mówi. Skoro stanu wojennego nie było (tak wynika z historii uczelni) to i strat wojennych nie było, tak ludzkich, jak i materialnych – nieprawdaż?  Jeśli są prowadzone badania krzywd w okresie PRL, to są one ograniczone do akademickich beneficjentów, a losem ofiar nikt się nie interesuje i ich nie ujawnia. Rezultat takich „badań” i jest oczywisty – ofiar politycznych nie było.

Wykazuje się dziesiątki funkcjonariuszy SB i ich tajnych współpracowników, ochraniających (w żargonie esbeckim) tak obiekty akademickie, jak i kadry, ale podobno skutek takiej „ochrony” był taki, że podobno ofiar nie było (sic!). Trudno o lepsze uznanie dla ich ochroniarskiej pracy i trudno się dziwić, że tacy nadal pracują w systemie i nadal pociągają za akademickie sznurki. Ujawnianie prawdy nie wchodzi w rachubę.

Nie ujawnia się także jawnych współpracowników systemu zła (członków PZPR) i ich metod przewodzenia także w domenie akademickiej.

Konieczne są badania porównawcze nad skutkami blokad akademickich w warunkach wojny i pokoju (III RP) i zastosowania rzetelnej wiedzy w reformowaniu domeny akademickiej, mającej ogromny wpływ na funkcjonowanie państwa w XXI wieku.

Pewną wiedzę na ten temat mieli młodzi ludzie z okresu wojny jaruzelsko-polskiej, przestrzegający decydentów akademickich, że stosowane przez nich metody nie wprowadzą godnie nauki w XXI wiek.  Ale dla decydentów ta przestroga była zbyt niewygodna, aby ją wprowadzić w życie. Wkroczyli wraz z wyselekcjonowanymi przez nich kadrami w wiek XXI, pozostawiając godność i prawdę za progiem.

Chyba doszło do jakiegoś zbliżenia/przenikania się cywilizacyjnego, stąd cywilizacja łacińska w czystej postaci jest zagrożona. Czasy wojenne te zagrożenia uwidaczniają.

Tekst opublikowany na portalu ABC Niepodległość – https://abcniepodleglosc.pl/

czytaj także : Refleksje o metodach zakładania blokad akademickich w czasie wojny i pokoju cz. 1

Blog akademickiego nonkonformisty – Józefa Wieczorka (wordpress.com)

Refleksje o metodach zakładania blokad akademickich w czasie wojny i pokoju cz. 1

Refleksje o metodach zakładania blokad akademickich

w czasie wojny i pokoju cz. 1

Zbrodnicza agresja putinowskiej Rosji na Ukrainę spowodowała reakcję państw Zachodu, w tym rzecz jasna Polski. Takich reakcji Putin się chyba nie spodziewał, choć nie zawsze są tak skuteczne, jak można było oczekiwać. Bojkotowanie banków, ale z wyjątkiem tych służących do robienia interesów, bojkotowanie produktów rosyjskich, ale z wyjątkiem potrzebnej ropy i gazu, co dostarcza Rosji miliardy potrzebne na prowadzenie wojny, trudno witać z uznaniem. Tym niemniej bojkot jest dotkliwy.

Również świat akademicki nie pozostaje obojętny na agresję i organizacje międzynarodowe zrywają współpracę z organizacjami rosyjskimi i wspólne programy badawcze, bojkotują sympozja/konferencje naukowe planowane na terytorium Rosji i rosyjskich  naukowców na terytoriach poza-rosyjskich. Nawet domagają się dla zwolenników Putina blokady publikowania w periodykach naukowych. Jednym słowem –  wykluczenie/skasowanie z przestrzeni akademickiej.   No może z wyjątkiem tych naukowców, którzy przeciwstawiają się polityce Putina i mogą liczyć na wsparcie Zachodu.  Tacy też znajdują się jeszcze na terytorium Putina, choć grożą im za to represje.  Należy podkreślić silny protest antywojenny kilku tysięcy naukowców rosyjskich i to renomowanych, także członków rosyjskiej akademii nauk, co budzi uznanie. Represje za protesty spadły już na studentów  akademii medycznych, którym się zarzuca działania niegodne tego zawodu.

Natomiast Unia Rektorów Uczelni Rosyjskich [700  uczelni] poparła agresję Putina, powołując się na swój patriotyzm i obowiązki wobec ojczyzny oraz  konieczność należytego oddziaływania wychowawczego, co przypomina reakcje świata akademickiego z czasów stalinowskich,  a nawet późniejszych, co jest znane także z naszego polskiego podwórka chociażby z czasów wojny jaruzelsko-polskiej.

Polskie uczelnie i instytucje naukowe są solidarne z organizacjami międzynarodowymi i potępiają agresję, zrywają współpracę z partnerami rosyjskimi, choć nie ma danych o zrywaniu z pozostałościami komunistycznymi w polskiej domenie akademickiej – tak systemowymi, jak i reliktami komunizmu w przestrzeni akademickiej.

Jednocześnie – tak organizacje i instytucje zagraniczne, jak i polskie – oferują wsparcie dla ukraińskich studentów i pracowników nauki. Polskie uczelnie zapewniają kontynuację studiów, niektóre także w języku ukraińskim (przynajmniej na pierwszych latach) oraz kontynuację pracy dla naukowców bez obowiązujących u nas konkursów.  W tzw. specustawie   o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa [USTAWA z dnia 12 marca 2022 r.] czytamy [https://orka.sejm.gov.pl/proc9.nsf/ustawy/2069_u.htm]

Art. 46. Obywatel polski, który przybył na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednio z terytorium Ukrainy w okresie od dnia 24 lutego 2022 r. do dnia określonego w przepisach wydanych na podstawie art. 2 ust. 4, albo obywatel Ukrainy, którego pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest uznawany za legalny na podstawie art. 2 ust. 1, który oświadczy, że w dniu 24 lutego 2022 r. pracował jako nauczyciel akademicki w uczelni działającej na terytorium Ukrainy oraz posiada wymagany tytuł zawodowy, stopień naukowy, stopień w zakresie sztuki lub tytuł profesora i odpowiednie kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska, może zostać zatrudniony w uczelni jako nauczyciel akademicki bez przeprowadzenia konkursu, o którym mowa w art. 119 ust. 1 ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce.

Art. 47. Obywatel polski, który przybył na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednio z terytorium Ukrainy w okresie od dnia 24 lutego 2022 r. do dnia określonego w przepisach wydanych na podstawie art. 2 ust. 4, albo obywatel Ukrainy, którego pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest uznawany za legalny na podstawie art. 2 ust. 1, który oświadczy, że w dniu 24 lutego 2022 r. pracował w charakterze pracownika naukowego na terytorium Ukrainy oraz ma odpowiedni tytuł zawodowy, stopień naukowy, stopień w zakresie sztuki lub tytuł profesora i odpowiednie kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska, może zostać zatrudniony w jednostkach naukowych oraz innych jednostkach organizacyjnych Polskiej Akademii Nauk bez przeprowadzenia konkursu, o którym mowa w art. 91 ust. 5 ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 r. o Polskiej Akademii Nauk (Dz. U. z 2020 r. poz. 1796).

Art. 48. Obywatel polski, który przybył na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednio z terytorium Ukrainy w okresie od dnia 24 lutego 2022 r. do dnia określonego w przepisach wydanych na podstawie art. 2 ust. 4, albo obywatel Ukrainy, którego pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest uznawany za legalny na podstawie art. 2 ust. 1, który oświadczy, że w dniu 24 lutego 2022 r. pracował w charakterze pracownika naukowego na terytorium Ukrainy oraz ma odpowiedni tytuł zawodowy, stopień naukowy, stopień w zakresie sztuki lub tytuł profesora i odpowiednie kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska, może zostać zatrudniony w instytucie bez przeprowadzenia konkursu, o którym mowa w art. 43 ust. 6 ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 r. o instytutach badawczych (Dz. U. z 2022 r. poz. 498).

Art. 49. Obywatel polski, który przybył na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednio z terytorium Ukrainy w okresie od dnia 24 lutego 2022 r. do dnia określonego w przepisach wydanych na podstawie art. 2 ust. 4, albo obywatel Ukrainy, którego pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest uznawany za legalny na podstawie art. 2 ust. 1, który oświadczy, że w dniu 24 lutego 2022 r. spełniał wymogi kwalifikacyjne określone w przepisach wydanych na podstawie art. 48 ust. 2 ustawy z dnia 21 lutego 2019 r. o Sieci Badawczej Łukasiewicz (Dz. U. z 2020 r. poz. 2098) do zajmowania stanowisk, na których są zatrudniani pracownicy pionu badawczego Centrum Łukasiewicz i instytutów działających w ramach Sieci Badawczej Łukasiewicz, może zostać zatrudniony w Centrum Łukasiewicz lub instytucie działającym w ramach Sieci Badawczej Łukasiewicz na stanowisku, o którym mowa w art. 48 ust. 1 pkt 1 tej ustawy, bez przeprowadzenia konkursu, o którym mowa w art. 50 ust. 1 tej ustawy.

Takie zapisy, jakkolwiek uzasadnione wyjątkową wojenną sytuacją, chyba prowadzą do dyskryminacji w zatrudnianiu obywateli polskich pracujących na terenie Polski, zobligowanych do stawania w konkursach przy zatrudnianiu  i może być źródłem konfliktów, które należałoby likwidować a nie generować.

Niestety warto podkreślić, że zapisy w ustawach  akademickich o zatrudnianiu pracowników w polskim systemie akademickim na drodze konkursów same w sobie są co najmniej nieprecyzyjne, a nawet wprowadzają w błąd. Mowa jest bowiem o konkursach, gdy od lat w praktyce, w obyczajach akademickich są to w istocie rzeczy nader często pseudokonkursy, ustawiane na konkretnego, wcześniej wytypowanego kandydata i z warunkami konkursowymi skrojonymi na jego możliwości. O zakazie stosowania takich praktyk w ustawach nie ma mowy. Obligowanie kandydatów na pracowników akademickich do stawania w takich konkursach samo w sobie stanowi naruszanie praw – rzekomo równych wobec prawa – obywateli.

Trzeba mieć na uwadze, że jeśli konkurs akademicki jest np. ustawiony na żonę profesora, to nikt inny nie ma żadnych szans, aby wygrać taki konkurs, bo będzie gorzej spełniać warunki konkursu, szczególnie wtedy, gdy ma większe osiągnięcia naukowe czy edukacyjne [nie jest to uwaga abstrakcyjna, lecz udokumentowana!]. Ustawiania konkursów na ogół się u nas nie ściga prokuratorsko, ustawiaczy nie sadza się na ławach sądowych, lecz na wysokich stanowiskach akademickich. Należytych informacji o przebiegu konkursów się nie ujawnia.

Inaczej jest np. we Włoszech, gdzie takie poczynania ścigane są prawnie w ramach operacji Universita bandita”  a u nas ta w gruncie rzeczy działalność przestępcza, prowadząca do degradacji nauki, jest traktowana jako standard ! Rektorzy/dziekani odpowiedzialni za przeprowadzanie konkursów przed laty obiecywali, że muszą się nauczyć organizować rzetelne konkursy, aby zapewnić jakość pracowników i nauki, ale mimo upływu wielu już lat tej rzetelności/uczciwości się nie nauczyli i żadnych konsekwencji za brak rozwoju zawodowego/ludzkiego nie ponieśli.

Skoro można było uchwalić specustawę prowadzącą do zniesienia konieczności konkursów dla obywateli ukraińskich i polskich pracujących na Ukrainie, to jakie są przeszkody, aby znieść taką konieczność także dla obywateli polskich pracujących w Polsce? Czy nie ma takiej konieczności w sytuacji pogłębiającego się kryzysu nauki i edukacji w Polsce?

Polskie społeczeństwo zachowuje się wspaniale wobec kryzysu wojennego, wykazuje ogromną empatię wobec dotkniętych barbarzyńską wojną, ale ustawowe dyskryminowanie w Polsce obywateli polskich wobec ukraińskich może empatię zmniejszyć, a nawet prowadzić do szkodliwych – także dla domeny akademickiej – konfliktów.

Tekst opublikowany na portalu ABC NIEPODLEGŁOŚĆ

Świat akademicki wobec agresji Rosji na Ukrainę

Świat akademicki wobec agresji Rosji na Ukrainę

Świat akademicki na ogół nie jest obojętny wobec putinowskich zbrodni. Kilka tysięcy rosyjskich naukowców, w tym członkowie Rosyjskiej Akademii Nauk, podpisało list otwarty potępiający Rosję za rozpętanie wojny, dla której – jak argumentują – nie ma żadnego rozumnego uzasadnienia. Domagają się wstrzymania działań wojennych, wskazując, że izolacja Rosji od oburzonego agresją świata oznacza dalszą jej degradację, także naukową.

Inną postawę zaprezentowała unia rektorów rosyjskich uczelni (około 700), popierająca napaść, skupiając się wokół zbrodniczego prezydenta, powołując się na obowiązki wychowawcze, patriotyczne i pomoc ojczyźnie. Widać tu dziedzictwo stalinowskie.

European University Association (EUA) w reakcji zawiesiła 12 swoich członków – rosyjskie uniwersytety. Międzynarodowa społeczność naukowa, jak podają m.in. „Nature” czy „Scientific American”, ogłasza bojkot rosyjskich naukowych organizacji, zrywa współpracę, udział w programach badawczych, konferencjach… Całkowite zamrożenie współpracy z Rosją ogłosiły zajmujące się badaniami naukowymi niemiecka DFG i francuskie CNRS. Rosja musi poczuć skutki takiego bojkotu.

Ale rosyjscy naukowcy represjonowani za protesty przeciwko reżimowi mogą liczyć na wsparcie. Powstaje globalna sieć pomocy naukowcom ukraińskim (pod adresem bit.ly/ua-table), obejmująca już ponad 1500 laboratoriów z całego świata, w tym z Polski (głównie z Warszawy). Także polskie organizacje i instytucje akademickie potępiły napaść i oferują wsparcie finansowe, zakwaterowanie i możliwość dalszej nauki dla studentów i doktorantów (także polskich, studiujących do tej pory na Ukrainie), bezpłatne studia języka polskiego, pomoc prawną i psychologiczną… Zarówno uczelnie, jak i MEN zawieszają współpracę z rosyjskimi instytucjami akademickimi.

Pod rozwagę: gdyby świat, także naukowy, nie wspierał reżimu Putina (choćby przez politykę klimatyczną, uzasadnianą „naukowo”, a prowadzącą do uzależniania się energetycznego od Rosji), nie byłoby dzisiejszego barbarzyństwa.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  16 marca 2022 r.

Pomarcowe dziedzictwo

Pomarcowe dziedzictwo

Przeszło pół wieku mija od Marca ’68, a jakoś trudno mi być obojętnym wobec kolejnej rocznicy wydarzeń, które określiły biografie wielu młodych ludzi i miały wpływ na stan domeny akademickiej. Co prawda między bajki można włożyć opinie, że czystki na uczelniach, rzekomo ostatnie w PRL, doprowadziły do przerwania ciągłości polskich elit.

Faktem jest, że w wyniku kampanii antysemickiej wielu naukowców, zarówno starszych, jak i młodych, opuściło Polskę, ale ci zyskali szanse na znaczące nieraz kariery naukowe, a wielu uchroniło się od zasiadania na ławach oskarżonych za swoje ekscesy z czasów instalacji systemu komunistycznego.

W Marcu ’68 w Polsce chodziło o wydostanie się ze zniewolenia komunistycznego, ale zmiany na uczelniach wzmocniły kadry prokomunistyczne. Zmiany strukturalne (likwidacja katedr) ułatwiły marginalizację kadr chowu przedwojennego, zastępowanych w nowych instytutach przez kadry chowu ZMP. To ułatwiło kolejne czystki polityczne w czasach jaruzelskich i blokadę poznania prawdziwej historii uczelni lat PRL w III RP.

Obecna domena akademicka bazuje na zgniłych fundamentach odziedziczonych po pomarcowych transformacjach. Nie naprawiono bowiem tych fundamentów, a rozwiązania komunistyczne trwały przez lata kompatybilnie z blokiem postsowieckim, a niektóre nadal trwają, chociażby tzw. habilitacja traktowana jako filar systemu.

 Pomarcowe zjawisko „docentów marcowych”, mianowanych za zasługi w utrwalaniu PRL, stanowi nadal straszak przed jej zniesieniem. Wielu jednak zrobiło habilitację, i to bez problemu, mając zabezpieczenie warsztatowe i obstawę partyjną. Nauka w Polsce nie miała z tego pożytku i nadal nie ma, ale tylko niektórzy utytułowani i rzeczywiście wybitni uważają habilitację za niepotrzebną. Wybitny matematyk prof. Leszek Pacholski pisze wręcz: „Zniesienie habilitacji jest, obok zmiany ładu korporacyjnego, jedną z najważniejszych reform, bez których polskie uczelnie nie staną się kuźnią kadr dla nowoczesnej gospodarki”.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 9 MARCA 2022

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

Kuźnie kadr i kowale własnego losu

[Likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!]

W wiadomościach Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność nr. 11–12 z 2021 r., a także na łamach „Forum Akademickiego” (12/2021) można przeczytać informacje, że Rada Krajowej Sekcji Nauki NSZZ Solidarność została przekształcona w sztab protestacyjny na mocy uchwały 18/2021 Rady KSN. Powodem jest stan „zagłodzenia systemu nauki” i brak realizacji zobowiązań rządu z 2018 r. zwiększenia wynagrodzeń zasadniczych pracowników nauki i szkolnictwa wyższego o 30%.

Faktem jest, że wynagrodzenia w tym sektorze nie są zbyt wysokie, a na pewno niższe niż na uniwersytetach zachodnich. Ale faktem jest również, że jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o ilość uczelni, ilość profesorów belwederskich i doktorów habilitowanych, mamy piękne nieruchomości akademickie, ale nauka nie ma mocy.

Twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest niezbyt wysokie finansowanie kadry akademickiej, jest co najmniej dyskusyjne. Rzecz w tym, że nad relacjami finasowania i niewydajności nauki się nie dyskutuje. Akademicy protestują, bo uważają, że im się należy! Protest jest solidarny i widać go w przestrzeni publicznej, gdyż budynki akademickie zwieńczone są często flagami Solidarności i ZNP.

Szkoły wyższe jako kuźnie kadr

 Argument za podwyżkami brzmi: „To szkoły wyższe są kuźnią przyszłych kadr dla przemysłu i gospodarki, medycyny, oświaty, administracji, a prowadzone przez naukowców badania mają na celu poprawę bytu całego społeczeństwa, rozwiązywanie problemów trapiących ludzkość i środowisko oraz stałe podnoszenie stopnia rozwoju cywilizacyjnego”.

Niestety odnosi się wrażenie, że te kuźnie pracują niezbyt wydajnie, bo Polska, bogata w uczelnie i utytułowanych uczonych, jest nadal uboga w elity potrzebne dla zarządzania dużym europejskim krajem, polska nauka niewiele liczy się w świecie, a pod względem innowacji jesteśmy na szarym europejskim końcu.

Protestujący nie postulują żadnych działań, aby poprawić pracę tych kuźni i zatrudnionych w nich kowali, poza lepszym ich finansowaniem. To podobno ma poprawić byt całego społeczeństwa. Ja w to wątpię i wielokrotnie te wątpliwości podnosiłem, ale dyskusji nie było. Moje opinie są niewygodne, podważające zdania etatowych akademików, więc są poddawane antykulturze unieważniania/wymazywania, co nie daje świadectwa dobrych intencji protestujących.

Na początku wieku, podczas prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym, KSN Solidarność przedstawiła swój program naprawy systemu akademickiego, który wychodził, i to znacznie, poza postulaty płacowe. Projekt, mimo że daleki od doskonałości, wspierałem w ramach działań Niezależnego Forum Akademickiego i współpraca naprawcza dobrze się układała, choć ostatecznego sukcesu w Sejmie niestety nie było. Rektorzy przyjętą ustawę (r. 2005) traktowali jako tymczasową i obiecywali, że wkrótce nauczą się organizować konkursy na etaty, aby można było znieść rodzącą patologie habilitację.

Niestety mimo upływu lat nie zdołali zrealizować swoich zamiarów (może cierpią na niedostatek intelektu?). Patologie nadal trwają, nie tylko habilitacyjne, a KSN Solidarność jakby zrezygnowała ze zmian strukturalnych i skoncentrowała się głównie na kwestiach płacowych, które systemu nie zmienią, a jeszcze go petryfikują.

Związkowcy, jakby tego nie chcieli zauważyć, patologiczny system aprobują i argumentują za swoimi postulatami płacowymi, twierdząc, że „każdy z nas jest beneficjentem – w sposób bezpośredni lub pośredni – systemu szkolnictwa wyższego i nauki”. Ten argument nie pozwala mi pozostać obojętnym i postaram się go nieco podważyć na podstawie moich doświadczeń, póki nie doczekam się naukowej analizy.

 Marny los kowala

Ja nie czuję się i nie mam argumentów, aby się poczuć czy to bezpośrednim, czy pośrednim beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki.

System ten nie jest mi obcy, przez szereg lat byłem z nim związany bezpośrednio, nawet na pozycji kowala, w słabo opłacanej, ale efektywnie pracującej kuźni kadr tak dla nauki, jak i gospodarki. Z mojej kuźni, w trudniejszych niż obecne czasach – schyłek PRL, głównie czasy jaruzelskie – wyszły kadry, które sprawdziły się w domenie akademickiej, także na arenie międzynarodowej, i są przydatne dla gospodarki. Kuźnia natomiast została zlikwidowana, a ja przestałem być kowalem, bo zostałem wypędzony z uczelni jako uznany (przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję realizującą dyrektywy zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym) za osobnika mającego negatywny wpływ na młodzież akademicką i stanowiącego zagrożenie dla uczelni.

Kowal, który takie kadry formował, mimo że był kiepsko opłacany (kilkanaście dolarów miesięcznie, bez projektów!), a wiele pracował również bez wynagrodzenia, był i nadal jest niepożądany w „głodującej” domenie akademickiej. Co prawda kowal był temu „winny”: w końcu to były czasy, kiedy czy się stało, czy się leżało, dwa tysiące się należało, ale nie powiesili cygana, lecz właśnie kowala, bo te standardy naruszał. Cyganie pozostali na piedestałach tak wówczas, jak i potem; po tzw. transformacji i niektórzy do dnia dzisiejszego pociągają za cygańskie sznurki. Wówczas (przed niemal 35 laty) nie tylko powiesili kowala, ale i zniszczyli kuźnię, aby kadry z niej nie wychodziły i praca kuźni nie zawstydzała samych koryfeuszy wynoszonych na piedestały przez przewodnią siłę narodu.

Protestów związkowych, także Solidarności, którą kowal w kuźni zakładał – nie było ani wówczas, ani potem. To podobno było tak dawno, że kto by o tym pamiętał? Ale od początku nie pamiętano. Trzeba pamiętać o nosie Kleopatry, pięcie Achillesa, ustach Krzywoustego, bo to nasze dzieje, ale żeby zajmować się powieszonym kowalem w czasach komunistycznych/ wojennych?

W końcu wystarczy zajrzeć do Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby się przekonać, że komunizmu nie było, stanu wojennego nie było, przewodniej siły narodu (PZPR) nie było! Była za to liberalizacja systemu (sic!), w ramach której cyganie wieszali kowali!

Co więcej, niepożądanego kowala wprowadzono na ścieżkę dyscyplinarną, z której do tej pory (przez 35 lat!) go nie sprowadzono i nie podjęto nawet usiłowań w tym zakresie. Ścieżka widocznie była zbyt wysoko zawieszona! Żadnych protestów związkowych nie było i nie ma. Bo czy to by zwiększyło uposażenia protestujących? A przecież tylko taka jest motywacja protestów. Nie ma w pamięci nawet śladów takich wydarzeń, bo je skrupulatnie wymazywano, kasowano, w ramach antykultury – cancel culture, która opanowała domenę akademicką funkcjonującą w czasach post-historii, post-prawdy, post-pamięci.

Związkowcy, tak jak władze akademickie, za nic w świecie nie chcą poznać swej historii, strat wojennych, losów tych, którzy fundamenty akademickie (kuźnie kadr) budowali, a potem, wypędzeni, autentycznie głodowali! W końcu z poszukiwania prawdy zrezygnowano. Nie ma co przeszłości rozgrzebywać, skoro na kłamstwie można budować świetlaną przyszłość, domagając się jeno szmalu z kieszeni podatnika – nieprawdaż?

Jak odróżnić beneficjenta od ofiary

 Protestujący zapewniają, że każdy z nas jest beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Zapewne – jeśli chodzi o protestujących – tak jest, ale ja nigdy nie zauważyłem jakiejkolwiek poprawy mojego bytu po podwyżkach dla „profesorów” i im podległych, nie rozwiązało to żadnych moich problemów ani nie podniosło stopnia rozwoju cywilizacyjnego mojego otoczenia, co podobno następuje, jak tylko „profesorowie” podwyżki dostaną. Wręcz przeciwnie.

Zauważyłem wypieranie cywilizacji łacińskiej, do której należę, przez turańską – barbarzyńską, pasożytniczą, rozbójniczą. Uważam się za ofiarę, a nie za beneficjenta systemu, ale od lat działam pro publico bono na rzecz jego naprawy i nie zauważyłem, aby protestujący w tym kierunku działali.

 Nie miałem żadnych złudzeń, że system się sam naprawi, jak tylko zmieni się pokolenie (tak mnie od 1989 r. zapewniano) i nie mam nadal, kiedy pokolenia się zmieniły, a system się sam nie naprawił! I mam pewność, że nawet gdy protestujący dostaną więcej, bo im się podobno po prostu należy, system się nie naprawi.

 Protestujący w najmniejszy nawet sposób nie zatroszczyli się o powroty kowali, o reaktywacje ich kuźni kadr, więc chyba o poprawę bytu całego społeczeństwa nie dbają, a jeno o swoje kieszenie. Oferowałem swoją osobę kowala wielu uczelniom, podkreślając, że wiele prac napisałem, i to przy nakładzie z kieszeni podatnika sum, których nigdy nie widzieli (zero złotych polskich!). I co? Podobno biedne uczelnie za nic w świecie nie chcą tych, co bez pieniędzy, z pasji naukowej mogą coś wartościowego zrobić, i to czasem więcej od etatowych i wygrywających konkursy na projekty.

Nie chcą ich nawet znać, bo chyba ze wstydu musieliby się pochować, a oni chcą dominować! I uważają się za ofiary systemu, bo zarabiają nie tyle, co im się ponoć należy za tytuły. O wynagradzaniu w domenie akademickiej tych, co efektywnie pracowali, a nic nie zarabiali – nawet nie wspominają.

Tak się składa, że po wypędzeniu z domeny akademickiej od lat utrzymuję się przy życiu – jak obrazowo objaśniam – z wrzucania do kosza produktów tworzonych przez finansowanych milionami (nie tylko za etaty, ale i projekty). Są bowiem podmioty gospodarcze, które wolą opierać się na moich pozabudżetowych produktach intelektualnych niż na produktach „profesorskich”, i nieźle na tym wychodzą, bo Matka Ziemia pozytywnie weryfikuje moje koncepcje/produkty intelektualne. Moja działalność intelektualna poza systemem akademickim pozytywnie wpływa na poprawę bytu społeczeństwa, przynosi bowiem wymierne korzyści dla gospodarki. Ale system akademicki jak był, tak jest zamknięty dla mnie (i podobnych), pozostaje zaś otwarty na „samych swoich”, nawet gdy są producentami bubli, plagiatów, mistrzami pozoranctwa naukowego i edukacyjnego.

Co komu się należy

Beneficjenci systemu – etatowcy, utytułowani – uważają, że im się należy więcej, a z racji swoiście pojmowanej autonomii akademickiej twierdzą, że nie można kontrolować naboru na etaty, konkursów na stanowiska i wydawania grosza publicznego na edukację oraz na badania.

 Dostęp do informacji publicznej w tych kwestiach jest jedynie iluzoryczny. Wiadomo powszechnie, że konkursy na etaty są ustawiane pod konkretne osoby, stąd kadry beneficjentów takich rekrutacji nie są najlepsze i skutki tej patologii również. Zatrudnianie lepszych, stanowiących zagrożenie dla beneficjentów, nie wchodzi w rachubę. Dlaczego słabsi mają być finansowani, i to coraz lepiej, a lepsi pozostawać poza systemem, nikt nie tłumaczy.

Powszechnie słyszymy, że dobrzy nie chcą pracować w systemie akademickim ze względu na niskie płace, a ci, którzy wyjechali z powodów finansowych, nie chcą wracać. Jednak prawda jest taka, że to uczelnie nie chcą zatrudniać lepszych od zatrudnianych na podstawie ustawianych konkursów i blokują powroty naukowców z zagranicy.

Badań nad tym procederem się nie prowadzi, procesów ustawiaczy konkursów nie ma, protestów przeciwko takim patologiom brak, a przecież ograniczenie patologii podniosłoby efektywność systemu akademickiego. Mamy za to protesty, aby nie najlepszym płacić jak najwięcej, bo to podobno podniesie poziom dobrobytu społeczeństwa i zabezpieczy rozwój gospodarki w Polsce.

Jestem za podniesieniem płac w sektorze nauki i to znacznie więcej, niż postulują protestujący, ale przy likwidacji/ograniczeniu patologii/plag akademickich, o czym piszę w książce Plagi akademickie, niemal przemilczanej.

Od dawna, od czasów jaruzelskich, postuluję przeniesienie w stan nieszkodliwości niszczących „kuźnie” i „kowali”. Co więcej, przeznaczanie pieniędzy z niedużego akademickiego budżetu na ideologię gender zamiast na naukę nie powinno mieć miejsca. Trzeba mieć też na uwadze, że uczelnie zachodnie nie są finansowane w 100%, a tylko w kilkudziesięciu % z budżetu, więc może zastosowanie takich metod finansowania w Polsce byłoby bardziej skuteczne w zarządzaniu domeną akademicką. Problem w tym, że polskie instytucje z nazwy naukowe utrzymują się raczej z wynajmu nieruchomości (które mają, i to czasem znakomite) niż ze sprzedaży produktów intelektualnych, bo cierpią na ich niedostatek.

Ten stan rzeczy można by zmienić poprzez zatrudnianie na uczelniach tych, którzy tworzą jakieś wartości intelektualne budzące zainteresowanie społeczne i gospodarcze. Niestety system jest niejako samowystarczalny i zajmuje się głównie produkcją dyplomów i stopni, nierzadko bez pokrycia, często z brakiem poszanowania własności intelektualnej. A takim „akademikom” nic się z budżetu nie powinno należeć!

Mimo głodowych rzekomo pensji, na uczelniach kwitnie nepotyzm, co świadczy o szkodliwej wersji polityki prorodzinnej. Ojciec czy matka głodujący na uczelni, zamiast kierować dzieci ku karierze pozaakademickiej, np. biznesowej, w której mogłyby wykazać się intelektem i wydobyć rodziców, ba! świat akademicki z biedy (jak np. Erazm Jerzmanowski, Ignacy Łukasiewicz, Witold Zglenicki), na siłę ustawiają pod nie konkursy na etaty, aby one też biedę klepały(?) i były zdane na utrzymanie z kieszeni nieraz jeszcze biedniejszego podatnika. To niemoralne! Można by postulować: likwidacja nepotyzmu – drogą wyjścia z akademickiej biedy!

Kowale własnego losu

 Obecny system akademicki, będący produktem długotrwałej negatywnej selekcji kadr, jest systemem marnotrawnym i bez zmian systemowych lepsze finansowanie wszystkich, według stopni i tytułów, nie przyniesie poprawy bytu całego społeczeństwa, a co najwyżej obecnych, nie najlepszych jego beneficjentów.

Nie ma co liczyć na rozwój cywilizacyjny, skoro niemała część beneficjentów pozostaje raczej pod wpływem cywilizacji turańskiej (widoczne cechy: pasożytnictwo – utrzymywanie niewydajnych pracowników najemnych przez innych podatników; rozbójnictwo – plagiaty, brak poszanowania własności intelektualnej!), podczas gdy cywilizacja łacińska na uczelniach jest w zaniku. Co więcej, beneficjenci systemu w ramach kultywowanej religii walki z klimatem optują m.in. za likwidacją kopalń, co może nas raczej cofnąć do epoki kamienia łupanego, a nie doprowadzi do rozwoju.

Uniwersytety powołane do poszukiwania prawdy (cecha cywilizacji łacińskiej) z tego obowiązku abdykują na rzecz poszukiwania orientacji seksualnych. Przy aprobacie związkowców protestujących w sprawach płacowych, ale nie cywilizacyjnych. Przywiązani do tradycyjnych wartości „zacofańcy”, unieważniani przez siły postępu, mogą być, co prawda, kowalami własnego losu, ale poza kuźniami kadr akademickich, bo stanowiska kowala w tęczowej kuźni nie dostaną. Stąd nie należy się liczyć z wykorzystaniem potencjału intelektualnego i moralnego sporej jeszcze części populacji zdroworozsądkowych.

Trzeba przypomnieć, że w czasach zniewolenia car zsyłał na Syberię ludzi zagrażających mu dążeniami do wolności. Ale jeśli zesłani pragnęli pracować naukowo, mieli w tym jego wsparcie, także finansowe. Nawet na zesłaniu mogli być kowalami własnego losu, a car na tym dobrze wychodził. Syberia naukowo została poznana przez zesłańców i dzięki temu rozwinęła się gospodarczo i cywilizacyjnie. Ich badania nie zostały unieważnione, figurują jako autorzy własnych prac naukowych, a nawet góry na Syberii zostały nazwane ich nazwiskami (Góry Czerskiego, Góry Czekanowskiego). Uczeni-zesłańcy nie zostali wymazani z historii. Mimo wszystko cancel culture nie była stosowana na taką skalę, jaką mamy w systemie akademickim epoki jaruzelskiej i post-jaruzelskiej. „Carowie” nauki w Polsce z nienawiści do prawdy zagrażających im intelektualnie i moralnie kowali wypędzają, niewygodną historię i nazwiska wymazują, kuźnie niszczą, nieraz doszczętnie, i zarządzają pogorzeliskami, domagając się ich pełnego utrzymywania przez podatników.

Przeciwko takiej sytuacji brak protestów związkowców. Jako obywatel, kowal własnego losu, nie wyrażam zgody na utrzymywanie z mojej kieszeni funkcjonującej poza prawdą populacji postępowych akademików. Moim zdaniem winien obowiązywać zakaz finansowania lewackiego długiego marszu przez uniwersytety.

Tekst opublikowany w: KURIER WNET · MARZEC 2O22

Akademicy a żołnierze wyklęci

Akademicy a żołnierze wyklęci

Kolejny Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych skłania do refleksji nad pamięcią o Niezłomnych w walce o wolną Polskę. Świat akademicki niestety z pamięcią ma problemy, a nawet ma „zasługi” dla fałszowania historii o powstaniu antykomunistycznym, mimo że wielu akademików w różnej formie brało w nim udział.

Na trasie marszy 1 Marca z banerami „Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” corocznie mijamy w Krakowie Collegium Novum UJ, ale nikt nie pamięta o wywieszeniu flagi narodowej, choć studenci i pracownicy UJ zasłużyli się w walce o wolną Polskę.

Uczelnia zatrudnia na stanowisku profesora Jana Hartmana, który wręcz pluje w pełnych nienawiści tekstach na Żołnierzy Wyklętych. Niektórzy studenci idą za jego przykładem, o czym świadczą haniebne czyny studenta Franciszka Vetulaniego, który w roku ubiegłym „bohatersko” opluł pod osłoną nocy pomniki „Łupaszki” i „Lalusia” stojące w Galerii Wielkich Polaków XX wieku w Parku Jordana. Tam tradycyjnie kończy się marsz krakowian i oddajemy hołd Niezłomnym. Autonomia uczelni zezwala jednak na postawy menelskie akademików wobec bohaterów. Ani Hartman, ani Vetulani nie zostali wydaleni z murów uczelni, która w czasach komunistycznych wsławiła się tym, że nie tolerowała osób negatywnie (czytaj: antysocjalistycznie) wpływających na studentów.

Etyka prof. Hartmana i jej wpływ na studiujących są akceptowane. Co więcej, rektorzy krakowscy, także UJ, nie chcą do dnia dzisiejszego zmierzyć się z haniebną postawą swoich poprzedników wobec akademików zaangażowanych w antykomunistyczny opór społeczny. Nawet ofiary Sonderaktion Krakau: Teodor Marchlewski, Franciszek Walter, Stanisław Skowron potępiały działalność podziemną swoich kolegów, w tym ich współwięźnia KL Sachsenhausen Karola Starmacha, w procesie działaczy WiN i PSL (1947). Kultywuje się słusznie pamięć o Sonderaktion Krakau, ale haniebna postawa rektorów w procesie krakowskim jest wymazana z pamięci i z historii. To wina profesorów, a nie młodych, że nie znają historii.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska  2 marca 2022 r.

Aby nie urażać głupców

Aby nie urażać głupców

Jednym z przejawów wojny cywilizacji jest rozpowszechnienie antykultury (cancel culture), wymazywanie kulturowo odmiennych. Zjawisko to, jakkolwiek znane od dawna, obecnie jest łatwiejsze do zauważenia w przestrzeni publicznej zdominowanej przez twórców tej antykultury.

Żeby się nie odnosić do zbyt odległych czasów, warto przytoczyć konstatację przypisywaną Einsteinowi: „Dożyliśmy takich czasów, w których ucisza się mądrych ludzi, żeby to, co mówią, nie uraziło głupców”. Tego geniusza nie ma na tym świecie już ponad 60 lat, ale widać, że cancel culture miała się już dobrze w jego czasach, zanim powstał ten coraz bardziej popularny termin.

 W czasach dominacji Internetu głupota coraz lepiej jest widoczna. I uciszanie ludzi mądrzej się wypowiadających też jest dostrzegalne. Taka jest chyba natura ludzka, szczególnie ludzi pragnących mieć władzę nad innymi, a w każdym razie nad innymi dominować, że wyjątkowo nienawidzą mądrzejszych od siebie, a przynajmniej za takich uważanych. U kogo wykryto spory potencjał inteligencji, musi zdawać sobie sprawę, że może być obiektem cancel culture.

W domenie akademickiej, a szczególnie w systemie tytularnym, powszechne jest mniemanie, że mniej utytułowany nie może być mądrzejszy od wyżej utytułowanych, a jeśli taki zostanie zdekonspirowany, musi się liczyć z tym, że będzie zaraz uciszony, a nawet z systemu wypędzony, aby nie urażać głupszych od siebie. Tak funkcjonuje selekcja negatywna i odnosi wielkie sukcesy, a nauka w konsekwencji – porażki.

Największych nawet głupców po linii partyjnej można było wywindować na same szczyty hierarchii akademickiej. I tak pozostało. Proceder nie został zlikwidowany i widać na co dzień, jak ludzie mądrzy nawet nie czekają na uciszenie i sami starają się nie urażać głupców, a co dopiero mówić o ich otoczeniu.

Mówimy: kto ma mikrofon, ten ma władzę, i podejrzany o to, że jest mądrzejszy, mikrofonu nie dostanie, albo ten natychmiast zostanie wyłączony. Taka antykultura!

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 23 lutego 2022 r.

O natężeniu zjawisk bezobjawowych

O natężeniu zjawisk bezobjawowych

Wraz z rozpadem ZSRS ustąpiło zjawisko schizofrenii bezobjawowej, lecz zainteresowanie chorobami bezobjawowymi wzrosło w okresie pandemii koronawirusa (wielu zarażonych covidem przechodzi chorobę bezobjawowo). Jakoś nie widać jednak wzmożenia zainteresowania innymi zjawiskami, których objawy pozostają poza zmysłami przeciętnych obywateli.

Takie zjawiska występują też w domenie akademickiej i mają negatywny wpływ na stan edukacji i nauki uprawianej w Polsce. Dość powszechne w czasach transformacji było zatrudnianie na etatach utytułowanych akademików do wypełnienia kryteriów potrzebnych dla uzyskania uprawnień uczelni. Takie persony objawiane były w wykazach pracowników, co nie oznacza, że się objawiali na uczelniach/instytutach naukowych. Czy zatrudnieni na kilku, a nawet kilkunastu etatach mogli w tym samym czasie pokazywać się jednocześnie w różnych, oddalonych od siebie uczelniach? O zdolność do bi- czy nawet multilokacji nikt nie pytał, lecz zdarzały się przypadki odmawiania bezobjawowego zatrudnienia przez mniej postępowych profesorów. Proceder bezobjawowej wieloetatowości co prawda został nieco ukrócony, lecz to nie znaczy, że całkiem uległ anihilacji.

Podczas pandemii wdrożono do systemu edukację zdalną, zarówno wyższą, jak i niższą, bez kontaktu personalnego, trochę tak jak między chorym pacjentem a lekarzem. Leczenie przez telefon, jak i edukacja za pomocą Skype’a czy podobnych komunikatorów, nie jest zbyt skuteczna i objawy tego zapewne zauważymy niebawem.

Jak zwykle na koniec roku, mimo że nie pełnię żadnych funkcji ani nie mam etatu, ujawniam to, co w ciągu roku zrobiłem pro publico bono. Zainteresowanie niemal żadne. Podmioty finansowane nie lubią porównań ze swoją działalnością, rzadko lub wcale nie ujawnianą. Może jest bezobjawowa? Ale przed kilku laty odnosiłem wrażenie, że poprzez moje sprawozdania, i to comiesięczne, doprowadziłem do likwidacji jednej, niemal bezobjawowej, rady ministerialnej, która chyba ze wstydu przestała istnieć.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 16 lutego 2022 r.

Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki?

Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki?

Żyjemy w okresie nasilenia wojny cywilizacji i widocznego schyłku cywilizacji łacińskiej, której dalsze istnienie jest zagrożone. Widać to wyraźnie w domenie akademickiej, bo uniwersytety stanowiły jedną z najważniejszych ostoi tej cywilizacji, a obserwujemy ich kryzys, i to nie tylko na Zachodzie, lecz także w Polsce, uważanej za ostoję cywilizacji łacińskiej w dobie współczesnej. Jedną z cech cywilizacji łacińskiej jest dążenie do poznania prawdy i to zakładane w średniowieczu uniwersytety były przez wieki jej nośnikiem. Dziś ten okres jest traktowany jako czas ciemnoty, do którego postępowcy nie chcą powracać. Tak argumentowali w 2021 roku panowie profesorowie, stojąc przed murami najstarszego polskiego uniwersytetu, mając w tle pomnik średniowiecznego jej studenta Mikołaja Kopernika, czyli w ich postępowej opinii chyba uważanego za „ciemniaka”. Niestety w czasach postępu brakuje nam takich „ciemniaków”, a profesorów, i to postępowych, mamy moc, gdy uniwersytety w niemocy. 

Uniwersytety abdykują z prawdy

Nie jest tajemnicą, że obecne postępowe uniwersytety odżegnują się od swoich korzeni, nawet stosunkowo bliskiej historii, a przede wszystkim abdykowały z poszukiwania prawdy na rzecz promowania ideologii gender i poszukiwania odmiennych orientacji seksualnych. Czy można je nadal nazywać uniwersytetami? Budzi zdumienie, że nawet obrońcy cywilizacji łacińskiej jakoś nie protestowali wobec wycofywania się przez uniwersytety z wypełniania swej podstawowej powinności, a od lat prawda znika ze statutów uczelni i z praktyki zatrudnionych na nich akademików. Na Uniwersytecie Jagiellońskim zatrudnia się na przykład teoretyków prawdy, ale prawdy niepraktykujących, a zamiłowanych wręcz w kłamstwie. W tym najstarszym polskim uniwersytecie jeszcze w PRL w statucie był zapis, że uniwersytet to wspólnota nauczających i nauczanych, poszukujących razem prawdy. W praktyce wyglądało to różnie, ale można było powoływać się na naruszanie statutu, co jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku czyniłem. Ten niewygodny dla postępowych akademików zapis usunięto na jubileusz UJ w 2000 roku i nie ma już niezgodności między statutem i niepraktykowaniem prawdy.Powtarzam pytanie: czy uniwersytety, które nie są zorientowane na prawdę, można nazywać uniwersytetami i nadal utrzymywać z kieszeni podatnika? Ja tak nie uważam, ale poparcia nie widzę. W reformach akademickich ten problem nie jest podnoszony. Także nie ma go przy konstruowaniu budżetu na naukę ani w protestach związków zawodowych zorientowanych tylko na jak najwyższe finansowanie obecnych kadr akademickich. 

Zniewolenie elit

W mediach polscy intelektualiści podnoszą zniewolenie naszych elit, szczególnie akademickich, i branie przykładu z Zachodu, gdzie walka z cywilizacją łacińską, i to na uniwersytetach, ma już niezłą historię i odnosi spore sukcesy. Pomijają natomiast fakt, że nasze elity akademickie są nadal niewolniczo wręcz przywiązane do wypracowanego w PRL systemu akademickiego, kompatybilnego mimo reform, przez wiele lat III RP, z systemem obowiązującym w państwach byłego bloku komunistycznego (nie tylko Rosji, Ukrainy, Białorusi, lecz także Mongolii, Mołdawii, Korei Północnej, Kuby…). Bronią się wręcz heroicznie przed wprowadzaniem do systemu polskiego lepiej funkcjonujących w domenie nauki rozwiązań anglosaskich. Stąd obecne kadry – beneficjenci czystek akademickich lat komunistycznych i przez nie formatowani – zabezpieczają się przed powrotami naukowców polskich, którzy przed laty wyemigrowali i realizowali się – czasem z dużymi sukcesami – w systemie anglosaskim albo funkcjonują w kraju w sektorach pozaakademickich. Dostęp do informacji o ustawianych konkursach, o tym, na co tak naprawdę wydawane są w domenie akademickiej pieniądze podatnika, jest niemal żaden. Nie płacąc ani grosza na badawcze projekty amerykańskie, mogę się o nich dowiedzieć więcej niż o projektach polskich, finansowanych także z mojej kieszeni. Nie ma woli, aby „małpować” rozwiązania amerykańskie, które by nam się bardzo przydały, ale jest małpowanie na przykład w zakresie tworzenia na uczelniach działów bezpieczeństwa dla zapewnienia bezpieczeństwa (rzekomo zagrożonego) odmiennie zorientowanych seksualnie, bez jakiegokolwiek zainteresowania bezpieczeństwem odmiennie zorientowanych intelektualnie i moralnie. Wykluczanie – i to przez długie lata – sporej liczby intelektualnie sprawnych Polaków musiało skutkować degradacją nauki w Polsce, która mimo produkcji wielkiej liczby dyplomów, stopni i tytułów, niewiele znaczy w świecie i w gospodarce. I to nas różni od tego złego Zachodu, który nam obrzydzano i w PRL.

Cancel culture

Od kilku lat nagłaśniana jest w mediach destrukcyjna dla cywilizacji łacińskiej antykultura unieważniania/wymazywania/kasowania, zwana „cancel culture”, która podobno na nas spadła z Zachodu, niczym kiedyś stonka. O tej „kulturze” tak można przeczytać (na przykład na: www.bezprawnik.pl/cancel-culture/): „Cancel culture to zjawisko polegające na tym, że na podstawie czyichś poglądów czy nawet pojedynczej wypowiedzi uznanej za nieodpowiednią, próbuje się zdyskredytować całą tę postać i jej dorobek. Połączone jest to często z dążeniem do blokowania wystąpień takiej osoby i naciskami na instytucje czy platformy medialne, by te zrywały z nią współpracę. Wszystko w celu ograniczenia danemu człowiekowi swobody występowania w przestrzeni publicznej lub odcięcia mu możliwości zawodowych”. To zjawisko zatem nienowe i jakby zapomina się, że cancel culture u nas zagościła na dobre (a właściwie na złe) dziesiątki lat temu, i to przy zamknięciu na Zachód, i miała się cały czas dobrze podczas zniewolenia komunistycznego, które przyszło jednak ze Wschodu, choć było wymyślone na Zachodzie.Obecne tzw. czystki na polskich uniwersytetach z powodów ideologicznych, odwoływanie pojedynczych, niewygodnych wykładów, zastraszanie dyscyplinarne, szykanowanie konserwatywnych wykładowców – to jednak ani nowość w polskiej domenie akademickiej, ani przejaw szczególnego natężenia tej antykultury. Skierowanie niewygodnego, konserwatywnego wykładowcy na ścieżkę dyscyplinarną spotyka się z wielkim nagłośnieniem medialnym (to bardzo dobrze), ale całkiem pomija się problem wykładowców, którzy na ścieżkach dyscyplinarnych pozostają dziesiątki już lat i nikt palcem w bucie nie kiwnął w ich sprawach. Całkowite unieważnienie/skasowanie, i to również przez tych, którzy przeciwko cancel culture protestują (sic!).To samo, jeśli chodzi o odwoływanie wykładów – jeden odwołany niewygodny wykład to wielki protest (słusznie), ale „wykasowanie” setek czy nawet tysięcy wykładów (w wyniku dożywotniego wykluczenia/skasowania niewygodnego, bo antykomunistycznego wykładowcy) to cicho-sza. I to nie jest słuszne. Przeciwko deprawacji młodzieży protestowano również w stanie wojennym – notabene stan podlegający cancel culture w historiach uczelnianych (sic!). Ostrzegano o nadchodzącej śmierci uniwersytetu, jeśli dalej będzie tak funkcjonował w zniewoleniu komunistycznym. Ostrzeżenia unieważniano poprzez dożywotnie usuwanie osób przestrzegających z uniwersytetów (bez protestów profesorii!).Podnosi się (słusznie) działania hunwejbinów studenckich na uniwersytetach zachodnich, co ma miejsce dziś i u nas przy wsparciu władz uczelni, ale całkiem pomija się działania hunwejbinów profesorskich na naszych uniwersytetach, praktykujących od dziesiątków lat cancel culture wobec niewygodnych (na przykład: nie dopuszczać takiego do wykładów, obciąć mu brodę, odbieram panu głos…). Pomija się ponadto fakt, że jeszcze w czasach jaruzelskich to studenci/młodzi akademicy czasem przeciwstawiali się/protestowali przeciwko ekscesom hunwejbinów profesorskich, argumentując, że takie metody nie wprowadzą nauki polskiej godnie w wiek XXI. I mieli rację. Wiek XXI nadszedł, a godność nauki i etatowych naukowców tego progu nie przekroczyła. rzez polskich intelektualistów zarówno cancel culture, jak i język odwróconych znaczeń zostały zauważone dopiero przed kilku laty, gdy tymczasem, jak sięgnę pamięcią, to takim językiem i taką antykulturą byłem otoczony przez całe moje życie, nie nadając się do świata ich twórców i wyznawców, skupionych w niemałym stopniu na uniwersytetach. Barbarzyńskie ekscesy na naszych uczelniach nagłaśniane w ostatnich latach nie są dla mnie zaskoczeniem, lecz jedynie konsekwencją obojętności wobec „antykultury” i „etyki” akademickiej ostatnich dziesiątków lat.

Wpływy cywilizacji turańskiej

W polskiej domenie akademickiej nie respektuje się własności prywatnej, w szczególności intelektualnej (plaga plagiatów, i to nawet na najwyższych szczeblach akademickich) – co jest cechą cywilizacji turańskiej (Feliks Koneczny) i zaprzeczeniem cywilizacji łacińskiej, opartej nie tylko na prawdzie, lecz także na etyce wywodzącej się z Dekalogu. U nas etyka przez lata była (i w niemałym stopniu jest) utożsamiana z principiami systemu komunistycznego i niespełniających zasad etyki socjalistycznej usuwano z uczelni i do dziś wiele komisji etycznych, wykładowców etyki, autorów książek i podręczników to akademicy mentalnie i moralnie związani z nie do końca upadłym systemem komunistycznym. Nie bez przyczyny etyka jest słabą stroną naszej domeny akademickiej. Kwitną pozoranctwo naukowe i edukacyjne, pasożytnictwo – nam się należy, bo mamy tytuły! A przy tym kradzieże intelektualne (plagiaty, oszustwa naukowe), wręcz rozbójnicze praktykowanie dostaw obowiązkowych płodów intelektualnych. Niestety z naszej domeny akademickiej nie wyklucza się patologicznych akademików, lecz tych ujawniających patologie. Uczciwość jest źle widziana, bo stanowi zagrożenie dla „rozdających karty”. Ustawianie konkursów na etaty akademickie jest u nas traktowane jako norma, gdy na Zachodzie ściga się je prawem (na przykład projekt „Universita bandita” realizowany we Włoszech, nawet w czasach pandemii).Współpracując z zachodnimi naukowcami, mam niemal pewność, że nawet po ich wyjeździe do swoich krajów we wspólnej publikacji będę obecny, podczas gdy po współpracy z moimi rodakami moje nazwisko w publikacji może się nie pojawić. Poziom nieuczciwości, nierzetelności naukowej w Polsce jest znacznie wyższy niż na Zachodzie, a to nas się ostrzega przed zgubnym wpływem Zachodu. Nieco jednak moglibyśmy od Zachodu przejąć na drodze do ocalenia cywilizacji łacińskiej przenikanej latami przez wpływy cywilizacji turańskiej. Straszenie Zachodem wywołuje nieraz paraliż umysłów i schizofreniczne odruchy solidaryzowania się akademików ze wschodnim sąsiadem (na przykład List otwarty do Narodu Rosyjskiego i władz Federacji Rosyjskiej sprzed kilku lat).Niewątpliwie lewacki marsz przez instytucje postulowany przez Gramsciego ma odpowiednie przygotowanie.

Lewacki marsz przez uniwersytety

W gruncie rzeczy to okres tzw. transformacji otworzył szeroko swe bramy na ten marsz poprzez brak weryfikacji i lustracji oraz dekomunizacji kadr akademickich, z których skasowano „zacofańców” podczas weryfikacji w czasach jaruzelskich, co taką transformację i neomarksistowski marsz lewactwa ułatwiło.

W ramach cancel culture uniwersytety unieważniają swą niewygodną historię, istnienie komunizmu, stanu wojennego, polityczne weryfikacje kadr akademickich, przewodnią siłę narodu, dlatego najnowsza historia domeny akademickiej jest zakłamana i nie ma chętnych, aby ją poznać. Na pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – nikt nie potrafi/nie ma woli, aby odpowiedzieć. Z prawdy zrezygnowano, więc nie ma takiego obowiązku (?).Z przestrzeni publicznej eliminuje się poglądy (i ich wyznawców), które nie są zgodne z coraz bardziej dominującym lewicowym punktem postrzegania świata. Rozpowszechnia się antykultura niedebatowania z osobami o odmiennych poglądach. Mogą je sobie głosić, ale co najwyżej w cyberprzestrzeni, i to tylko do czasu ich zablokowania/skasowania, bo lewacka cenzura w sieci jest coraz bardziej skuteczna. Wolność nauki staje się fikcją. Na uczelniach akademicy boją się mówić, a nawet myśleć. Przechodzą przez życie akademickie z głowami w „podręcznych strusiówkach”. Dopiero po przejściu na emeryturę niektórzy nabierają odwagi. Eliminacja nonkonformistów podczas politycznych czystek na uczelniach w dobie komunistycznej zrobiła swoje. Na uczelniach pozostali konformiści, reprodukujący sobie podobnych. Upadek uniwersytetów nie powinien zatem dziwić. Praktykowany w domenie akademickiej system wartości (właściwie antywartości) niewiele ma wspólnego z cywilizacją łacińską. Otwarte jest zatem pytanie: ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? Dobrze, aby nad tym pochylili się nasi intelektualiści, chociaż w naszej domenie akademickiej nie widać następcy Feliksa Konecznego.

Tekst opublikowany w miesięczniku Nowe Państwo w lutym 2022

Podpisałem APEL DO REKTORA UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO przygotowany przez Centrum Życia i Rodziny

Podpisałem APEL DO REKTORA UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO przygotowany przez Centrum Życia i Rodziny [https://kanibalewica.pl/] mając przekonanie, że tak się dzieje, gdyż przez dziesiątki lat nie reagowano na „jagiellońską etykę”, stosowano cancel culture !

Mam w tej kwestii swoje, ale unieważniane/kasowane/wymazywane doświadczenia jako osoba dożywotnio wypędzona w czasach jaruzelskich z UJ z oskarżenia o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką i niewłaściwą dla panującego systemu etykę, gdy studenci i moi wychowankowie przestrzegali ( jak widać bezskutecznie) władze UJ, że takie metody nie wprowadzą nauki polskiej godnie w wiek XXI. Wiek XXI nadszedł, godność nauki progu wieku XXI nie zdołała przekroczyć, pozostała w wiekach minionych.

Ten skandal to tylko jeden z licznych przykładów zapaści etycznej polskiego środowiska akademickiego ( nie tylko UJ) towarzyszącej kolorystycznej transformacji polskich uczelni.

Strona Główna

Wykładowca i rzecznik Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Samuel Nowak, związany z lewicową partią Razem, w okrutny i dehumanizujący sposób szydzi z dzieci nienarodzonych, pisząc, że z płodów można robić nawet farsz do pierożków.

Wypowiedź Samuela Nowaka rażąco narusza kodeks akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, w którym możemy przeczytać, że: 

„Naruszenie każdej i czyjejkolwiek godności jest czynem moralnie odstręczającym, staje się sygnałem głębszego schorzenia etycznego w środowisku lub niskiej moralnej klasy poszczególnych osób, nie usprawiedliwionych bynajmniej z powodu innych, akademickich walorów”. 

Czy uczelnia macierzysta Nowaka identyfikuje się z jego przekonaniami i popiera takie zachowanie swojego pracownika?

ŻĄDAMY WYCIAGNIĘCIA KONSEKWENCJI!

To nie pierwszy przypadek, kiedy lewicowi aktywiści przenoszą standardy z ulicznych protestów wprost na uczelnie.

W czerwcu ubiegłego roku Uniwersytet Jagielloński skierował do swoich studentów ankietę, w której w pytaniu o płeć znalazło się aż sześć opcji do wyboru, w tym „transmężczyzna”, „transkobieta” i „osoba niebinarna”. Kiedy tej neomarksistwoskiej propagandzie sprzeciwiła się małopolska kurator Barbara Nowak, polityki uczelni bronił rektor prof. Jacek Popiel. 

Uniwersytety ponoszą społeczną odpowiedzialność ze względu na możliwość kształtowania kolejnych pokoleń, wpływania na ich rozwój intelektualny i moralny. Oburzające zachowanie pracowników naukowych nawet w życiu prywatnym powoduje drastyczne obniżenie jakości debaty uniwersyteckiej i standardów wychowawczych uniwersytetów, a przede wszystkim modeluje postawy studentów, dla których wykładowcy stanowią autorytet.

Dlatego w obliczu skandalicznych i dehumanizujących wypowiedzi pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec tolerowania takich wykładowców na polskich uczelniach i żądamy natychmiastowego wyciągnięcia konsekwencji wobec p. Samuela Nowaka!

NIE ZGADZAM SIĘ NA TAKIE SŁOWA!

Jego Magnificencja
Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

prof. dr hab. Jacek Popiel

Wasza Magnificencjo,

Wyrażam moje najgłębsze oburzenie opublikowaniem na profilu portalu społecznościowego Twitter przez dr. Samuela Nowaka, wykładowcę i rzecznika prasowego Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, wpisu o haniebnej treści: „Płód nie jest człowiekiem, więc who cares? Mogą nawet robić z płodów farsz do pierożków, co za różnica?”.

Poziom tej skandalicznej wypowiedzi zdradza brak etosu, który powinien cechować pracownika akademickiego. Świadczy o naruszeniu zasad i standardów, których oczekuje się od doktora najstarszej uczelni w Polsce, przez stulecia wyróżniającej się wysokim poziomem nie tylko nauczania, ale także formacji postaw młodych pokoleń.

Przede wszystkim jednak stanowi negację wartości fundamentalnych dla każdego człowieka, norm obyczajowych i etycznych, które – jak czytamy w Akademickim Kodeksie Wartości Uniwersytetu Jagiellońskiego – „ukształtowane przez wielowiekową tradycję, tworzyły autorytet nauki”.

Za jedną z naczelnych wartości ujętych w Kodeksie uznają Państwo godność, w której skupiają się niemal wszystkie pozostałe, stwierdzając, że:

„Naruszenie każdej i czyjejkolwiek godności jest czynem moralnie odstręczającym, staje się sygnałem głębszego schorzenia etycznego w środowisku”.

Wypowiedź dr. Samuela Nowaka w rażący sposób sprzeciwia się godności przynależnej człowiekowi od chwili poczęcia, a odnosząc się do barbarzyńskich praktyk, świadczy o zatrważającym stosunku do poszanowania życia ludzkiego. Tym samym podważa autorytet osobowy i moralny, którym powinien cieszyć się doktor Uniwersytetu Jagiellońskiego, poddając w wątpliwość także jego kompetencje dydaktyczne i wychowawcze.

W związku z powyższym żądam wyciągnięcia natychmiastowych konsekwencji wobec dr. Samuela Nowaka.

Liczę, że Uniwersytet Jagielloński oraz osoby, które się z nim identyfikują, nie będą dalej działać ze szkodą dla siły moralnej świata akademickiego, ale zaangażują się w obronę i promocję cnót etycznych i obywatelskich.

Józef Wieczorek

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja kolorystyczna polskich uczelni

Transformacja polityczna i ekonomiczna PRL w III RP, wraz z licznymi towarzyszącymi jej patologiami, została opisana wielokrotnie, choć nie do końca dogłębnie. Gorzej jest ze znajomością przemian domeny akademickiej. Ta w wyniku II wojny światowej poniosła wielkie straty i do dziś nie zdołała się podnieść z zapaści, mimo wielu reform w ramach transformacji ustrojowej. Skończyło się na imponującym ilościowym wzroście tak uczelni z nazwy wyższych, jak i utytułowanej kadry oraz studiującej młodzieży, co na jakość nauki w Polsce się nie przełożyło. Transformacja doprowadziła też do tego, że polskie uczelnie stały się bardziej kolorowe. Obecne kadry akademickie, elity wywodzące się z domeny akademickiej, taktownie nie podejmują kłopotliwych tematów, stąd społeczeństwo (ani nawet sami członkowie domeny akademickiej) nie bardzo wie, skąd się te kadry wzięły i dlaczego tak są niewydajne. To ma wpływ na liczne, lecz raczej pozorne reformy akademickie i na utrzymujący się deficyt elit potrzebnych do rozwoju dużego, europejskiego kraju.

Dyktat czerwonej nomenklatury, czyli czerwone agencje  towarzyskie

 Po zakończeniu okupacji niemieckiej, od zarania zniewolenia komunistycznego otwierano uczelnie, które miały za zadanie formowanie nowego, socjalistycznego człowieka, dla budowy najlepszego z systemów. Rzecz jasna, wielu z tych, którzy byli uformowani w II RP i przetrwali okupację, do wychowania nowych socjalistycznych kadr się nie nadawali i byli stopniowo rugowani z uniwersytetów, a przynajmniej marginalizowani. Niektórzy kończyli w kazamatach UB.  Zastępowały ich kadry przybyłe ze wschodu z Armią Czerwoną i ci robili szybkie kariery akademickie, bo słusznych kadr brakowało. Stopniowo luka była wypełniana młodymi kadrami chowu ZMP. Otwierano też szkoły przyspieszonej edukacji czerwonych kadr, jak szkołę „prawników” niezbędnych do skazywania „wrogów ludu” i likwidacji podziemia niepodległościowego – osławiana „duraczówka” czy Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, kształcący kadry KW PZPR. Kariery akademickie robili nawet zbrodniarze komunistyczni, a na wydziałach prawa także mordercy sądowi. System akademicki oparto na czerwonej nomenklaturze tworzącej na uczelniach swoiste czerwone agencje towarzyskie – korporacje towarzyszy (POP PZPR) decydujące o wszystkim. Rekrutacja kadr nawet na niskie stanowiska, a tym bardziej awanse naukowe musiały mieć poparcie czynników partyjnych. Preferowano orientację prokomunistyczną. Nawet nie wszyscy mogli studiować, jeśli byli z rodzin „wrogów ludu” lub wracali z lasu (z podziemia antykomunistycznego). Preferowano, jeszcze w końcu PRL, nie tylko punktami za pochodzenie – słusznych klasowo. Najlepsi nawet absolwenci uczelni, ale bez działalności w organizacjach socjalistycznych, byli odrzucani przy rekrutacjach na etaty na uczelniach. Stosowano system BMW – preferowania biernych, miernych, wiernych. Ale do doktora/ adiunkta można było się w systemie akademickim prześliznąć, bo przecież ktoś musiał na przewodnią siłę narodu pracować, dostarczając swe płody intelektualne w ramach dostaw obowiązkowych dla partyjnych feudałów akademickich. Ponadto do awansów profesorskich w późniejszym PRL wymagano wychowania nie tylko magistrów, ale i doktorów. Formalnie bezpartyjni, ale pokorni wobec władzy, złomni, konformiści i oportuniści, trafiali na wyższe szczeble akademickie, a nawet obejmowali funkcje dyrektorskie/dziekańskie, szczególnie wtedy, gdy na wydziałach dwie zwalczające się kliki partyjne były w równowadze. Trzeba też mieć na uwadze, że w tym systemie, który można nazwać systemem POP-ów, bo wielu nie tylko należało do POP PZPR, ale pełnili obowiązki Polaków czy patriotów, zdarzali się także ci, którzy dla pozorów pluralizmu pełnili obowiązki bezpartyjnych i nieraz otrzymywali od władzy nominacje rektorskie. W tym nomenklaturowym systemie dominowała selekcja negatywna i awansowano kadry nie najlepsze. Nawet słabych można było awansować, przygotowując obstawę partyjną przy przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Z kolei nawet najlepszych, ale niewygodnych, można było eliminować z systemu, bo bez przyzwolenia PZPR formalnej kariery nie można było zrobić. Na szczeble tzw. kadry samodzielnej selekcjonowały KW, a nawet KC.

Można mówić o czerwonych agencjach towarzyskich, bo gremia towarzyszy tworzyły coś w rodzaju agencji od zarządzania procesami awansu akademickiego, nie zawsze odpowiednio umocowanego naukowo. Ideologia dominowała nad nauką, co siłą rzeczy musiało prowadzić do obniżania poziomu nauki, choć proces ten był stopniowy i nie bez oporów kadr pamiętających jeszcze standardy II RP. Po roku ´68 przyspieszono wymianę kadr decydenckich poprzez likwidację katedr obsadzanych jeszcze przez kadry formowane w II RP, zastępując je instytutami z dyrektorami chowu ZMP i przez awansowanie na stanowiska docentów zasłużonych dla wspierania komunistycznego reżimu w dni marcowe. Jakkolwiek czerwień nie była w przestrzeni publicznej uczelni kolorem dominującym, to jednak moc decyzyjna należała do czerwonych i jak pokazywała rzeczywistość, nieraz jeden partyjny dyrektor wystarczał do zniewolenia intelektualnego i  moralnego kilkudziesięcioosobowego instytutu. Uczelnie były ponadto oplatane siecią agentury, czyli oficerów prowadzących SB i ich dość licznych tajnych współpracowników, którzy mieli za zadanie „chronić” kadrę i obiekty akademickie przed tzw. elementem wywrotowym. To było poważne wsparcie dla zarządzania uczelniami. Mimo że środowisko akademickie masowo poparło NSZZ Solidarność – także akademiccy partyjni, których część rzuciła legitymacje partyjne po wprowadzeniu stanu wojennego, ale niekoniecznie swoje przekonania, co było widoczne tak w czasach „jaruzelskich”, jak i do dnia dzisiejszego – opór akademicki wobec stanu wojennego raczej był mizerny, a opowiadanie się kadr po stronie partyjno-„solidarnościowych” dyrektorów nie należał do rzadkości. Także opór wobec „jaruzelskich” zasad weryfikacji akademickich kadr według klucza posłuszeństwa i przydatności do socjalistycznego wychowania młodego pokolenia był słaby; co więcej, te ekscesy pozostały dziś niemal zapomniane/wymazane, a beneficjenci tych czystek politycznych za nic w świecie nie chcą poznać mechanizmów, efektów selekcji ani nawet składu anonimowych nieraz do dziś selekcjonerów. Jest natomiast wola/przyzwolenie na stosowanie wobec tego okresu antykultury kasowania i ewaporacji, po prostu unieważniania historii. Skoro w historiach uczelni można było skasować takie nieodpowiednie słowa jak ‘komunizm’, ‘PZPR’, czy ‘stan wojenny’ i protestów środowiska naukowego nie ma, to pokazuje, co zrobiono z nauką/naukowcami.Co więcej, spóźniona i tylko częściowa lustracja doprowadziła wprawdzie do ujawnienia wielu akademickich współpracowników czerwonej dyktatury, ale słabiej poznano ich osiągnięcia „ochroniarskie”. Z niektórych „historycznych” dzieł i raportów można by sądzić, że per saldo były one dla domeny akademickiej korzystne i ochroniono substancję akademicką, ale co to ma wspólnego z prawdą? Gdy do „badań” zastosuje się (nie)odpowiednią metodologię, skupiając się na beneficjentach, a pomijając ofiary tej „ochroniarskiej” działalności, to i ofiar nie będzie – nieprawdaż? Tym samym okres czerwonej dyktatury, mimo licznych badań, okryty jest mniej lub bardziej gęstą mgłą, a staje się ona szczególnie zagęszczona w okresie schyłkowym, przed tzw. upadkiem dyktatury. Nie tylko wzrasta ilość zniszczonych dokumentów tak SB, jak PZPR oraz uczelnianych (te są najtrudniej dostępne do dziś!), ale wzrasta też niechęć etatowych badaczy (beneficjentów „upadku” czerwonej dyktatury) do poznania prawdy o tym czasie. O osiągnięciach „przewodniej siły narodu” na odcinku akademickim niemal nic nie wiadomo na podstawie dokumentów i świadków historii. I nie ma woli poznania strat akademickich okresu komunistycznego. A były one, jeśli chodzi o wyeliminowanie z domeny akademickiej znakomitych czy będących na drodze do znakomitości naukowej – ogromne. Zarówno tych, którzy ocaleli przed zagładą podczas okupacji niemieckiej, jak i tych, którzy weszli (niestety jedynie okresowo) do domeny akademickiej już po wojnie. Nie jest także znana skala niszczenia warsztatów pracy, zbiorów naukowych – a trzeba mieć na uwadze, że niszczono także te, które zostały ocalone przed okupantami niemieckimi. Gromadzone przez pasjonatów nauki z ogromnym wysiłkiem – także finansowym – księgozbiory (również literatury zagranicznej), które służyły w domenie akademickiej, po wypędzeniu niewygodnych ulegały zniszczeniu. Kasowano nauczycieli i wszelkie ślady po nich. Etatowi historycy, nawet w wolnej Polsce, takich tematów nie podejmują; są w oficjalnej domenie akademickiej unieważniane. Dostęp do archiwów akademickich z okresu czerwonej dyktatury jest ograniczony (lub go brak), aby skala ich ekscesów nigdy nie została poznana, podobnie jak ich autorzy. Nie ma też woli korzystania ze znajomości tematu przez świadków historii. Np. projekt „Pamięć Uniwersytetu” prowadzony przez UJ jest tak realizowany, że niewygodne relacje nie mogą ujrzeć światła dziennego. Zakłamywanie historii, szczególnie tej najnowszej, utrwala jedynie niepamięć uniwersytetu o prawdziwym obrazie czerwonej dyktatury w domenie akademickiej.

Dominacja różowych kameleonów

Z transformacją PRL w III RP, czy raczej w PRL-bis, symbolicznie kojarzy się wyprowadzenie sztandaru PZPR – czerwonej nomenklatury. Jednak nie doszło do zerwania ciągłości prawnej z PRL, a i ciągłość personalna nie jest naruszona. Przed transformacją wyeliminowano tych, którzy by taką ciągłość mogli naruszać i zakłócać pokojowe przejście od czerwonej dyktatury do dominacji różowych kameleonów. Bo „czerwoni”, dokonując kamuflażu na przejściu do III RP, przybrali barwy różowe, aby nie raziły zdezorientowanego społeczeństwa. PZPR formalnie zniknęła z przestrzeni publicznej, ale jej byli członkowie, wtapiając się w otoczenie jak kameleony, nadal zajmowali wysokie stanowiska decyzyjne – i tak jest do dziś. Nomenklatura akademicka doskonale zabezpieczyła sobie siedliska w domenie akademickiej poprzez zakładanie rozlicznych uczelni niepublicznych i rozwój wieloetatowości. Rzekomy sukces edukacyjny u zarania III RP stanowił w rzeczywistości zapaść edukacyjną, katastrofalne obniżenie poziomu intelektualnego i moralnego tak nauczanych, jak i nauczających. Utrzymano tytularne filary systemu, które służyły do podtrzymywania ustroju socjalistycznego i selekcję negatywną. Zarządzający nie mogli ryzykować rekrutowaniem kadr niezależnych, o wysokich parametrach moralnych i intelektualnych, skoro system był nastawiony na ilość, a nie jakość i w istocie był amoralny. Nie starano się zlikwidować luki pokoleniowej poprzez unieważnienie wyników politycznych weryfikacji kadr końca PRL. Powroty były, ale i było wykluczenie, i to dożywotnie, nonkonformistów, tych, którzy stanowiliby zagrożenie dla różowych kameleonów i wykazywali skłonności do myślenia krytycznego. Zabezpieczono się prawnie przed powrotami akademików z zagranicy, bo ci na ogół nie mieli obowiązującej nadal u nas habilitacji, choćby intelektem i osiągnięciami bili na głowę krajowych habilitowanych. Luka się nie zmniejszała, lecz wręcz zwiększała wraz ze wzrostem emigracji i przechodzenia młodych do sektorów pozaakademickich, bo na normalność w domenie akademickiej trudno było liczyć. Utrzymał się typowy dla okresu „czerwonego” brak poszanowania własności intelektualnej, a dzięki postępowi technik komputerowych nawet się rozwinął. Plaga plagiatów objęła zarówno studentów, jak i utytułowanych – do profesorów, rektorów włącznie. Prowadzący dziesiątki (i więcej) prac dyplomowych „profesorowie”, jednocześnie „pracujący” w  wielu uczelniach, nawet nie czytali (bo kiedy? bo po co?) prac, które umożliwiały zdobywanie dyplomów uczelni z nazwy wyższych. Rozwinęła się, i to na skalę niemal przemysłową, produkcja lipnych prac dyplomowych, także doktorskich, pisanych na zamówienie, w którym to procederze brały udział i kadry akademickie. Można mówić o rozwoju udyplomowienia społeczeństwa metodą prokuratora Juliana Haraschina – mordercy sądowego z czasów stalinowskich, robiącego następnie karierę akademicką na UJ, wprowadzającego innowacyjnie w okresie „czerwonym” produkcję lipnych dyplomów. Z tym, że Haraschin produkował je niejako metodą chałupniczą, bez porównania mniej, niż to ma miejsce w III RP. Etaty akademickie obsadzano na podstawie konkursów, ale głównie ustawianych na „swoich”. Kryteria ideologiczne z okresu „czerwonego” zastąpiono kryteriami genetyczno- -towarzyskimi, które przeważały nad naukowymi i skutkowały utrzymaniem negatywnej selekcji kadr.

W okresie „różowym” wybierano przyszłość, odcinając się od przeszłości, zapominając, że nie da się budować przyszłości bez rozliczenia się z przeszłością. Stąd cała degrengolada okresu „czerwonego” przeszła w zasadzie bezstratnie do okresu „różowego” i następnie „tęczowego”, bo w tym kierunku następowała transformacja. Jak u kameleonów, z których gatunek pantera (Furcifer pardalis) mógłby być symboliczny dla opisania procesu kolorystycznej transformacji polskich uczelni.

 Uniwersytet tęczowy, a nie naukowy

Polskie uniwersytety w okresie „różowym” abdykowały z poszukiwania prawdy, czego przykładem dla innych uczelni był Uniwersytet Jagielloński, który na jubileusz 600-lecia odnowienia zrezygnował w nowym statucie z wcześniejszej definicji uniwersytetu jako korporacji nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy. Inne uniwersytety także starały się w swoich statutach unikać niewygodnego słowa ‘prawda’. Uczelnie koncentrowały się na produkcji dyplomów i tytułów, a przykładanie zbytniej wagi do zagadnień prawdy ten proces mogło jedynie osłabiać. Ale czymś uniwersytety winny się wyróżniać, jakieś cele realizować, aby otrzymywać na nie środki publiczne. Luka po poszukiwaniu prawdy jako misji uniwersytetów zostaje stopniowo wypełniana przez poszukiwanie urozmaicenia płciowego populacji akademickiej (i nie tylko). Na uniwersytetach powstają kierunki studiów genderowych, realizowane są w tej materii projekty, powstają liczne publikacje, organizacje studenckie propagujące ideologię LGBT (np. Tęczuj), a ten sektor, mimo że uważany na szczeblu ministerstwa za nienaukowy, ideologiczny, jest finansowany z niewysokiego budżetu przeznaczonego na naukę.

Tęczowe uniwersytety serwują tęczowe studia, badania nad poliamorią, tęczową ideologię, która ma zastąpić trudniejszą do poznania prawdę. Co więcej, naukowcy kwestionujący ideologię LGBT są marginalizowani, szykanowani, tracą szanse na finansowanie projektów, a nawet stanowiska. I znów na uczelniach mamy dominację ideologii nad nauką. W przestrzeni akademickiej, przed gmachami uniwersyteckimi przetaczają się, popierane przez gremia uczelniane, demonstracje tęczowych, wulgarnych hord hunwejbinów, których działania zabezpieczają specjalne działy uczelniane. Mamy na uczelniach tęczowy terroryzm. Ideologia, dominująca nad nauką, bezkarnie nie może być krytykowana, podobnie jak w czasach czerwonej dyktatury. Ci, którzy jej nie wyznają, są wręcz szykanowani. Z tą dominacją wiąże się wzmożenie tzw. cancel culture – kultury, czy raczej antykultury unieważniania, kasowania, wymazywania i ewaporacji, mającej długą już historię. Była znana i święciła swoje haniebne tryumfy w okresie komunizmu, ale i obecna jej skala jest przerażająca. Niektórzy dopiero teraz to zauważyli i wskazują na przenoszenie się zjawiska z uniwersytetów zachodnich, szczególnie amerykańskich. Faktem jest, że lewica, czy wręcz lewactwo zdominowało amerykańskie uniwersytety, ale trzeba pamiętać, że w Polsce – przynajmniej dla tych, którzy mają jakąś znajomość czasów wcześniejszych – antykultura unieważniania i represji ideologicznych nie stanowi zaskoczenia. Jeszcze w czasach „jaruzelskich”, obserwując, co się dzieje na uniwersytecie (UJ), protestowałem przeciwko deprawacji młodzieży akademickiej (nie chodziło o seks) i wskazywałem na nadchodzącą śmierć uniwersytetu, co wprowadziło mnie na ścieżkę dyscyplinarną (z której mimo transformacji nie zszedłem do dnia dzisiejszego). Z uczelni zostałem usunięty dożywotnio, także za inne „grzechy”, określane przewrotnie jako negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką – bo uczenie myślenia, nonkonformizmu itp. stanowiło śmiertelne zagrożenie dla systemu totalitarnego i to zagrożenie nie ustąpiło po transformacji. Cancel culture jak działała, tak działa, i to nie tylko w oficjalnych strukturach. Sukces „transformacji kolorystycznej” w instalowanym świecie antywartości był możliwy dzięki weryfikacji i wykluczeniu w okresie „czerwonym” niewygodnych, nonkonformistycznych kadr akademickich, które dla takiego przebiegu transformacji stanowiłyby przeszkodę. Konformistyczna pozostałość po czystkach akademickich (zapomnianych!/unieważnionych) brała w niej aktywny udział. Postępowcy prowadzą do tego, że uniwersytet przestaje być centrum nauki, kształcenia elit metodami naukowymi dla dobra wspólnego, a staje się tęczowym teatrem z kiepskimi aktorami, posiadaczami rozlicznych tytułów. Czy taki teatr jest nam do czegokolwiek potrzebny? O kulturze dobrze nie świadczy, elit nam nie przysporzy. Dlaczego jest to finansowane z kieszeni podatnika?

 Łożenie na tęczowe uniwersytety nie podniesie poziomu nauki, a może go jeszcze obniżyć. Uniwersytety jako miejsca poszukiwania prawdy należy finansować, i to wielokrotnie więcej niż obecnie, ale kierowanie środków przeznaczonych na naukę do tęczowych teatrów nie może być społecznie akceptowane.

Tekst opublikowany w Kurierze WNET, w lutym 2022 r.

Apolityczni naukowcy walczą z murem

Apolityczni naukowcy walczą z murem

 Polską opinię publiczną zelektryzował list środowiska naukowego do Komisji Europejskiej w sprawie budowy muru na granicy polsko-białoruskiej. Jak wiadomo, mur ten ma wyrosnąć, aby utrudnić dyktatorowi Łukaszence wojnę hybrydową z Polską poprzez organizację inwazji nachodźców z różnych krajów, głównie azjatyckich.

 List podpisało już ponad 1350 naukowców, zarówno z Polski, jak i z innych ośrodków naukowych, nie tylko europejskich, co wskazuje na sprawną organizację walki politycznej z decyzjami polskiego rządu, który ma być dyscyplinowany przez UE. Pozostawmy aspekty ekologiczne i obrony praw zwierząt do analizy specjalistom od ekologii (a nie aktywistom politycznym).

Zdumiewa za to brak działań w obronie praw ludzkich i obronie granic swoich terytoriów przed zorganizowaną inwazją innych cywilizacji. Ku jakiej cywilizacji zmierza świat akademicki? Odnosi się wrażenie, że chodzi mu głównie o likwidację cywilizacji łacińskiej, tej, która ten świat akademicki sformowała. Świat wszedł na drogę postępu i swoje fundamenty zamierza zniszczyć, m.in. pod pozorem troszczenia się o ekologię.

Wiele działań „proekologicznych” tak naprawdę ma bowiem cechy walki politycznej, walki o zarządzanie światem, na co wskazują metody walki z globalnym ociepleniem.

Niestety, świat akademicki jakoś nie potrafi walczyć z murem własnej obojętności wobec niszczenia nauki i naukowców odmiennie myślących. Nawet carowie rosyjscy tak nie działali: zsyłali co prawda swoich oponentów na Syberię, ale wspierali ich naukowe działania procywilizacyjne. Współczesny car Putin ma inną ideologię, ale ma też wielu zwolenników, także ze świata akademickiego, nie tylko polskiego. Podkreślające swoją apolityczność środowiska akademickie, całkiem niepożyteczni cywilizacyjnie idioci, odgrywają coraz większą rolę w realizacji polityki często nieludzkich dyktatorów.

Mogliby chociaż zwrócić uwagę na opinię Alberta Einsteina, że bez kultury etycznej nie ma ratunku dla ludzkości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 9 lutego 2022 r.

Paraliż nauki w Polsce nie ustępuje!

Uniwersytet Jagielloński doceniony

Uniwersytet Jagielloński doceniony

 Polskie uczelnie cierpią na brak sukcesów na arenie międzynarodowej. Nie mogą się przebić do czołówki, stąd najmniejsze nawet oznaki zauważenia ich działalności w świecie nauki są nagłaśniane.

Na stronie internetowej Uniwersytetu Jagiellońskiego ostatnio pojawił się tekst: „Wyróżnienie dla Działu ds. Bezpieczeństwa i Równego Traktowania – Bezpieczni UJ”. Dział ten stał się znany w ostatnim czasie, a to ze względu na ankietę dotyczącą płci, która zaniepokoiła małopolską kurator oświaty. Jej opinia, że UJ zamienia się w agencję towarzyską, wzburzyła środowiska postępowe, które jakby nie zauważyły, że w ramach wdrażania postępu na uczelniach przez dziesiątki lat komunizmu funkcjonowały swoiste agencje towarzyskie – korporacje towarzyszy (POP) przewodniej siły narodu. Poczynania Działu ds. Bezpieczeństwa spotkały się też z zainteresowaniem organizacji prorodzinnych, które bezskutecznie starały się o dostęp do informacji publicznej o źródłach jego finansowania. A niepostępowi politycy domagali się wręcz likwidacji działu zabezpieczającego lewacki marsz przez uniwersytety. Nic z tego.

 Jak oznajmia strona UJ, Dyrekcja Generalna Badań Naukowych i Innowacji Komisji Europejskiej nie tylko aprobuje istnienie i działanie tego działu, ale nawet go wyróżnia (kilkoma zdaniami) w jednym ze swoich przewodników, za identyfikowanie przejawów nierówności płci na uczelni i przeciwdziałanie dyskryminacji i przemocy ze względu na płeć. Równość płci jest priorytetem na polu wzmacniania europejskiej przestrzeni badawczej. Uczelnie są zobowiązane do zbierania danych o podziale na płeć i podnoszenia świadomości na temat płci, bo inaczej pieniędzy nie będzie. Dział Bezpieczeństwa UJ takie zobowiązania realizuje, środowisko ankietuje, więc jest wyróżniany i finansowany.

Natomiast ani na UJ, ani w UE nikogo nie obchodzi dyskryminacja i nierówne traktowanie badaczy o odmiennej orientacji moralnej i intelektualnej. Tacy by nie wzmocnili europejskiej przestrzeni badawczej.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 2 lutego 2022 r.

Przestroga przed obojętnością nieobojętnych

Przestroga przed obojętnością nieobojętnych

Na okoliczność 75. rocznicy wkroczenia Armii Czerwonej do KL Auschwitz jego więzień Marian Turski nawoływał do respektowania tzw. 11. przykazania – „Nie bądź obojętny”, czym zyskał niemal powszechne uznanie. Zorganizowano akcję skierowania go do Nagrody Nobla, wręczono Nagrodę Nieobojętności Oświęcimskiego Instytutu Praw Człowieka, Nagrodę im. ks. Stanisława Musiała, a na 95-lecie autorytetu wydano książkę „XI Nie bądź obojętny”, reklamowaną jako „książka o największym przesłaniu, jakie ma dla nas przeszłość”.

W Polsce, określanej nieraz jako ostatnia reduta przed zagładą cywilizacji łacińskiej, jakoś nie było protestów przeciwko unieważnianiu Dekalogu na rzecz rzekomo potrzebnego jedenastego przykazania, którego treść zawarta jest przecież w przykazaniach Bożych, których nie trzeba poprawiać, uzupełniać, tylko wypełniać.

Teza Turskiego – „Auschwitz nie spadł nam z nieba” – zrobiła karierę i wykorzystywana jest zarówno przez środowiska LGBT dezawuujące Dekalog, jak i środowiska „wolnościowe”. Turski jako nieobojętny na instalację zbrodniczego systemu komunistycznego, który propagował, na autorytet moralny nie zasługuje.

Był obojętny na zbrodnie wobec wcześniejszych więźniów (Witold Pilecki!) tego samego obozu KL Auschwitz. To moralna schizofrenia, uznana jednak za wzór do naśladowania (sic!) także przez świat akademicki.

Rektor UJ podkreślał, że Turski powiększył grono „znamienitych osobistości” laureatów nagrody ks. Musiała, taktownie nie wymieniając, że wśród nich znalazła się przed kilku laty osoba ks. Czajkowskiego – TW „Jankowskiego”, czyniącego wiele zła, na co nie powinno się być obojętnym. Niestety rektorzy znani są z obojętności na zło komunistyczne, także funkcjonujące do dziś, i chyba z przywiązania do zła abdykowali z poszukiwania prawdy niezbędnej do odróżniania go od dobra.

Trzeba przestrzegać przed obojętnością nieobojętnych wdrażających w życie tzw. 11. przykazanie, niezależnie od systemu wartości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 26 stycznia 2022 r.

Lepiej trzymać się z dala od uczelni

Lepiej trzymać się z dala od uczelni

Od dwóch lat w domenie akademickiej dotkniętej pandemią dominuje praca zdalna, także studiowanie jest na ogół zdalne. Taki stan rzeczy rodzi obawy o poziom zarówno pracy naukowej, jak i dydaktycznej. Są jednak niewątpliwe plusy w postaci poprawy zdolności posługiwania się technikami komputerowymi.

Konieczność trzymania odpowiedniego dystansu zmniejsza możliwości zakażenia się wirusem, ale i molestowania, choć różne techniki mobbingowe mogą być stosowane także za pomocą internetu czy telefonu. Pandemia strachu i izolacja powodują ponadto różne problemy natury psychicznej.

Badania wykazują jednak, że zarówno pracownicy, jak i studenci dobrze czują się w separacji, pozytywnie oceniają metody zdalnego nauczania i nie tęsknią za powrotem na uczelnie. Widocznie doszli do wniosku, że lepiej się trzymać z dala od uczelni, gdzie prawdziwe życie akademickie od dawna było w zaniku.

Doświadczenia nauki zdalnej rodzić mogą pokusę tworzenia wirtualnych uczelni, których funkcjonowanie byłoby znacznie tańsze od uczelni tradycyjnych. Nie ma wątpliwości, że wspólnota akademicka rozumiana jako korporacja nauczanych i nauczających wspólnie poszukujących prawdy przeszła do historii.

Z takiego modelu uczelnie dawno już zrezygnowały, wiele lat przed covidem, a pandemia tylko taki stan rzeczy wyeksponowała. Badacze, analizujący wyniki ankietowania dotkniętego pandemią środowiska akademickiego, podkreślają rolę budowania więzi emocjonalnej między kadrą a studentami w życiu akademickim. Bez nośnika emocjonalnego wiedza trudniej trafi a (a czasem nie trafia) do studenta.

Niestety badacze nie analizują tych zagadnień w aspekcie czasowym, bez którego interpretacja badań jest ułomna. Wspólnotę akademicką rozpracowywano bowiem przez długie lata komunizmu, a okres postkomunistyczny jeszcze bardziej ją zdezintegrował. Pozostały mury, nawet najstarszych polskich uniwersytetów, ale lepiej się trzymać od nich z daleka. Duch wspólnoty akademickiej z nich się ulotnił.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 19 stycznia 2022 r.

Akademickie głodowanie

Akademickie głodowanie

Koniec 2021 roku zaznaczył się nie tylko powrotem zdalnego studiowania na uczelniach, frustracją akademików czekających w kolejce na profesurę, ale i wzmożonym głodem większych zarobków.

Akademicy uważają, że poziom ich zarobków odstaje od wartości ich pracy jako naukowców i wykładowców. Grożą jednocześnie, że jak dalej będą tak głodzeni, to Polska straci szanse na rozwój i suwerenność. Mają tylko jeden postulat – dajcie nam więcej!

Minimalne wynagrodzenie profesora ma być trzykrotnie większe od płacy minimalnej, a wynagrodzenie pozostałych ma być powiązane z gażą profesorów. Gdy do tego dojdzie, nauka w Polsce stanie na nogach i zapewniony zostanie rozwój kraju. Powiązania płacy z wynikami pracy nikt nie postuluje, a jak wiadomo stopnie i tytuły w Polsce jakby były niezależne od osiągnięć naukowych i dydaktycznych, a zbyt zależne od czynników pozamerytorycznych.

Nie ma wątpliwości, że nauka w Polsce jest niedofinansowana i akademicy winni zarabiać znacznie więcej, ale zmiany wynagrodzeń winny być powiązane ze zmianami strukturalnymi, a nie z tytułami. Dzisiejsze finansowanie nie jest głodowe i znacznie większe niż w PRL, a wzrostu jakości badań i dydaktyki nie widać.

Co więcej, wydajnych naukowo i dydaktycznie, choć słabo finansowanych pasjonatów z systemu eliminowano, blokowano ich powroty, tak jak tworzono bariery prawne i obyczajowe dla powrotów polskich akademików z zagranicy. Tych problemów protestujący akademicy nie podnoszą, nie chcą ich znać, podobnie jak nie chcą wiedzieć, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, jak są rekrutowane i awansowane.

Bez zmian systemowych żadne podwyżki nie spowodują poprawy poziomu sektora akademickiego, jak i do tej pory nie spowodowały. Trzeba mieć na uwadze, że bez protestów polskie uniwersytety abdykowały z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania odmiennych orientacji seksualnych, co rodzi pytanie: czy to są jeszcze uniwersytety i czy winny być finansowane z kieszeni podatnika.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 12 stycznia 2022 r.

Majcherkowe lamentowanie, czyli relatywizm czystek akademickich

Majcherkowe lamentowanie, czyli relatywizm czystek akademickich

Jak się słucha lamentów postępowego Majcherka i jego kumpli w akademickiej biedzie, człowiek jeno marzy o powrocie do zacofanych czasów średniowiecza, kiedy budowano uniwersytety i katedry, w czasach postępu niszczone.

Janusz Majcherek to wiekowy już profesor od relatywizmu w nauce i kulturze przez długie lata jakby przypisany do Uniwersytetu Pedagogicznego, gdzie do niedawna był dyrektorem instytutu Filozofii i Socjologii. Niedawno, bo w ubiegłym roku, po osiągnięciu stosownego wieku [rocznik 1955] został przeniesiony na emeryturę, co uznał za pokrzywdzenie, wręcz skandal, dowód na czystki polityczne na uczelni.

Fakt, że w tym samym mniej więcej czasie zmiany kadrowe dotknęły większą liczbę pracowników UP, uczelni przez długie lata PRL stanowiącej podporę intelektualną dla jedynie słusznego systemu i która przez długie już lata III RP jakoś nie została zweryfikowana kadrowo, choć taka weryfikacja dla niemal czerwonej uczelni pedagogicznej winna być imperatywem moralnym.

W uczelni tej mamy wielką tablicę z nazwiskami doktorów honoris causa tej uczelni, wśród których nie brakuje nazwisk tajnych, a nawet jawnych współpracowników nie do końca upadłego systemu. A główna aula UP nosi dumną nazwę Wincentego Danka [https://blogjw.wordpress.com/2017/12/03/tak-dla-dekomunizacji-ale-nie-na-uczelniach/ ] znanego aktywisty komunistycznego, który jako zasłużony działacz partyjny w latach 50-tych ubiegłego stulecia pełnił funkcje rektora ówczesnej WSP (przez złośliwców zwanej ze względu na poziom Wyższą Szkołą Podstawową).

Janusz Majcherek przyczynił się jako profesor UP do powiększenia listy dr h.c. uczelni poprzez laudację na cześć znanego przyjaciela Wojciecha Jaruzelskiego – samego Adama Michnika. Przeciwko takiej nominacji bezskutecznie protestowaliśmy przed gmachem UP, https://krakjw.wordpress.com/2009/11/18/migawki-z-pikiety-na-okolicznosc-doktoratu-h-c-michnika/] a dziś są postulaty, aby listę dr h.c. UP z tego nazwiska oczyścić.

W rozmowie z onet.pl [https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-janusz-majcherek-o-szkolnictwie-kaczynskim-czarnku-i-rydzyku/y39qqhq ] emerytowany już prof. UP lamentuje z powodów, jak określa – „permanentnych czystek”, które jego zdaniem nie mają podłoża ekonomicznego, a jeno ideologiczne. Nie znam dokumentacji kadrowej ani finansowej uczelni, ale pewną znajomość w tej materii mam.

Jeszcze w pierwszych latach tego wieku jako osoba bezetatowa w wyniku rzeczywistych politycznych (a nie wyimaginowanych) czystek końca PRL, wymazanych z pamięci i historii, zdeterminowana brakiem zatrudnienia mimo prowadzenia działalności naukowej, przesłałem propozycję jakiejś formy zatrudnienia na UP, ale niestety nie otrzymałem odpowiedzi, gdyż podobno padł system informatyczny na uczelni i chyba do dnia dzisiejszego nie odzyskał sprawności, bo odpowiedzi nadal brak. Mimo to jako sąsiad tej uczelni, działający pro publico bono i zatroskany fatalnym stanem ekonomicznym polskich uczelni, przekazuję bibliotece UP moje książki, a także w rozdawnictwie darmowym wiele publikacji naukowych (głównie zagranicznych), których nie mam gdzie trzymać, a mogą być przydatne zainteresowanym badaniami naukowymi. Kiedyś zaniosłem do biblioteki w darze pakiet numerów nowego czasopisma, nieznanego w bibliotece (wartości co najmniej 100 zł), za co mi podziękowano, ale gdy poprosiłem o kserokopię jednej strony z jakiejś gazety zażądano ode mnie 20 gr, co uiściłem, mając na względzie stan ekonomiczny uczelni, której nie stać na taką jak bezetatowca hojność.

Tym samym wcale mnie nie dziwi zwalnianie pracowników uczelni z przyczyn ekonomicznych, choć może budzić zdumienie, że uczelnia nie skorzystała z propozycji zatrudnienia bezetatowego naukowca, który i bez finansowania dużo publikował i posiadał sporą bibliotekę naukową, co by zmniejszyło rzecz jasna koszty utrzymania uczelni.

Nie bez znaczenia jest fakt, że w najgorszych nawet czasach ten bezetatowy naukowiec uformował więcej dobrych absolwentów czynnych w nauce niż profesorowie zatrudnieni w instytucie znaczenie wyżej od UP notowanej uczelni – UJ. Niestety, lewicowa uczelnia wolała pracowników o orientacji lewicowej a nie prawicowej, a tu lewicowy Majcherek lamentuje, że jest szykanowany na podłożu ideologicznym [sic!]. No to może ta uczelnia woli pracowników ideologicznie nijakich, skoro nie chce ani lewicowych, ani prawicowych.

Majcherek żali się ponadto, że obecny rząd walczy z lewicowością na uczelniach i poprzez zmiany w nauce i edukacji prowadzi do tego, że „najważniejszą tożsamością zbiorową Polaka ma być naród”. Co więcej, w rozmowie z onet.pl Majcherek oburza się, że „nawet na banknocie z Lechem Kaczyńskim napisano: „warto być Polakiem”. I „za tym się kryje myśl, że polskość jest czymś najlepszym, co się człowiekowi może przytrafić”.

No cóż, zdaje się Majcherek należy do tych, co uważają, że „polskość to nienormalność” i kim jak kim, ale Polakiem być nie warto. Chyba teraz żałuje, że przytrafiło mu się urodzić Polakiem i stąd te jego lamenty, choć chyba tak naprawdę to Polakiem nie jest i obowiązków polskich nie wypełnia. Roni krokodyle łzy nad losem Michała Bilewicza, który nie wiadomo dlaczego od kilku lat czeka na nominację na belwederskiego profesora, co jest specjalnością polską [!], a sam jest przeciwny panoszeniu się ideologii o nazwie Polacy. Jakaś schizofrenia. Majcherek broni też podobno szykanowanych takich „profesorów’ niemiłujących Polaków, jak Tomasz Gross, Jan Grabowski, Barbara Engelking. Ma doborowe towarzystwo antypolskie.

Nie wiadomo dlaczego Majcherek o tak antypolskim nastawieniu nie przeniósł się do tej pory do mniej polskiego kraju. Z wywiadu można się domyślać, że prawdopodobnie czeka na upadek z powodu drożyzny obecnej propolskiej ekipy rządowej, tak jak to bywało z ekipami – choć nie propolskimi – czasów komunistycznych. Dopóki to nie nastąpi – lamentuje, a czasem jako osoba nieposłuszna obecnym władzom – płacze nad swoim losem.

O prawdziwych politycznych czystkach doby komunistycznej nie wspomina ani słowem. Losem tych, którzy jako nieposłuszni władzom komunistycznym i uważających, że warto być Polakiem, byli z uczelni wyrzucani dożywotnio, na długo przed emeryturą, Majcherek się nie przejmuje i zgodnie ze swoją specjalnością wykazuje relatywizm.

Majcherek wraz z innymi „ofiarami” obecnych „czystek” w nauce i edukacji protestował 14 lipca ubiegłego roku przed Collegium Novum [ https://jwfotowideo.wordpress.com/2021/07/15/protest-przed-jak-mowiono-najstarsza-agencja-towarzyska/%5D. Protestujący argumentowali, że obecne władze chcą nas cofać do średniowiecza, do czasów ciemności, nie zwracając uwagi, że ten uniwersytet powstał w tych zacofanych czasach, a wtedy jego studentem (zacofańcem?) był Mikołaj Kopernik. Jego pomnik stoi obok Collegium, przy którym odbywał się protest postępowych profesorów, którzy chyba takiego poziomu jak Kopernik za żadne skarby nie chcieli by osiągnąć. Nie ma obawy. Różnica poziomów jest mniej więcej taka jak między Everestem a rowem Mariańskim.

Jak się słucha lamentów postępowego Majcherka i jego kumpli w akademickiej biedzie, człowiek marzy o powrocie do zacofanych czasów średniowiecza, kiedy budowano uniwersytety i katedry, w czasach postępu niszczone przez barbarzyńców, także akademickich.

Tekst opublikowany na portalu ABC NIEPODLEGŁOŚĆ  2/01/2022

W oczekiwaniu na wolność nauki

W oczekiwaniu na wolność nauki

 Pod koniec roku wszedł w życie pakiet wolności akademickiej gwarantujący każdemu wolność słowa, wypowiedzi oraz badań naukowych. Do tej pory po 1989 roku żyliśmy podobno w wolnej Polsce, ale w domenie akademickiej były z tą wolnością problemy, stąd opinie, że na uczelniach ludzie boją się mówić, a nawet myśleć.

To może pozostałość poprzedniego systemu, w którym karano za uczenie myślenia krytycznego. Wysegregowano kadry tak, że do III RP przeszli ci, którzy zrezygnowali z wolności myślenia i mówienia, a przy tym nie zawsze mowa akademicka ma jakieś powiązania z myśleniem.

Do tej pory środowisko akademickie bało się poznać swoją historię, jakby wykorzystując fakt ogłoszenia przez Fukuyamę końca historii. Jakkolwiek analiza dziejów uczelni skłania do wniosku, że nasze uczelnie znacznie wyprzedziły tezę Fukuyamy. Oficjalna historia UJ zamieszczona na stronach uczelni pod koniec 2021 roku skończyła się w 1981 roku i ta data niemal pokrywa się też z końcową datą udostępnionych mi w 1987 roku moich dokumentów w teczce akademickiej, mimo że ja jeszcze trwałem, jakby niezależnie od historii.

Ale to trwanie zostało skasowane/unieważnione/wymazane, więc go jakby nie było i taki stan rzeczy przetrwał transformację – trwa do dziś. Zamiłowanie do cancel culture w domenie akademickiej jest wielkie i stanowi szeroką bramę dla marszu lewactwa przez instytucje, postulowanego swego czasu przez Antonio Gramsciego i realizowanego z powodzeniem w polskiej domenie akademickiej.

Wymazanie niewygodnej historii, niewygodnych ludzi, niewygodnych wartości, a w szczególności abdykowanie przez uczelnie z poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania seksualności – to przejawy tego marszu.

Czy pakiet wolności skłoni badaczy do powrotu poszukiwania prawdy? Czy z wolności ośmielą się skorzystać? Pewności nie ma, ale w Nowym Roku trzeba im tego życzyć z całego serca i oczekiwać na powstrzymanie lewackiego marszu przez uniwersytety oraz wypełnienie luk w poznaniu swej przeszłości.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 3 stycznia 2022 r.