Co słychać starego ?
czyli o nauce polskiej 20 lat później

4 czerwca 1989 r. to dla wielu Polaków jedna z dat przełomowych, data wychodzenia z komunizmu. Ale czy naprawdę wyszliśmy z komunizmu ?
Chyba nie do końca. Co więcej nie za bardzo chcemy się z komunizmem rozliczyć. Ustawy dokomunizacyjnej mimo upływu lat nie ma do tej pory i chyba chodzi o to aby już nigdy jej nie było.
W sprawie lustracji środowisko akademickie, zwykle konformistyczne, wykazało się iście heroiczną postawą organizując bunt antylustracyjny.
W walce o niepoznanie własnej historii wreszcie ujawnił się nonkonformizm, tak na codzień deficytowy. Widać przeszłość środowiska akademickiego to sprawa poważna, skoro na jej poznanie uczelnie same sobie nakładają kaganiec, ograniczają wolność swoich badań.
Władza POPów
Na froncie walki o pokój, o wprowadzenie nowego, jedynie słusznego systemu, szczególną rolę mieli odgrywać ludzie nauki – tzn. nowi ludzie nauki, postępowi i ideowi. Ci mieli wychować nową młodzież budującą nowy ustrój.
Wielu ’starych’ profesorów uformowanych w Polsce ‘burżuazyjnej’ nie za bardzo chciało tworzyć Polskę ‘demokratyczną’ więc zastępowano ich nowymi, uformowanymi często na froncie wschodnim.
Nie wszyscy mieli pojęcie o nauce, ale z braku odpowiednich kadr wielu z nich wyznaczano na Pełniących Obowiązki Profesorów, którzy mieli wspierać Pełniących Obowiązki Polaków wprowadzających nowy ład i porządek, i zakładających Podstawowe Organizacje Partyjne.
Władza POPów, w różnych wcieleniach, odcisnęła się na obliczu Polski Ludowej tak silnie, że skutki są do dziś widoczne, ale ślady ich działalności są skrupulatnie zacierane.
Dyskusje na temat poznawania niechlubnej przeszłości, także autorytetów naukowych, koncentrują się głównie wokół IPN i materiałów wytworzonych przez SB. Ale co z badaniem materiałów PZPR czy archiwów akademickich ?
Z tym jest znacznie gorzej. Proszę spróbować odtworzyć składy POP PZPR na uczelniach, czy w instytutach naukowych. Nader rzadko to się udaje.
Bez zgody POP PZPR nie było można nikogo awansować, usunąć, wysłać za granicę. POP rozdawały karty na uczelniach, decydowały o polityce kadrowej, a badań na ten temat nadal nie ma. Nie bez przyczyny.
Wielu członków POP nadal ma się dobrze w systemie szkolnictwa wyższego, które niestety tak dobrze się nie ma, a władze uczelni dzielnie walczą, aby to co zostało ukryte pod dywanem w czasie transformacji nadal nie ujrzało światła dziennego.
Metodologia badań naukowych
Po 20 latach od ‘upadku’ komunizmu na uczelniach dominują beneficjenci systemu PRL i dbają o ‘właściwą’ metodologię prowadzonych badań, piętnując każde odchylenia.
Ostatnio było sporo szumu w sprawie – podobno niewłaściwej – metodologii badań historycznych na poziomie magisterskim. Nikt nie jest natomiast zainteresowany metodologią badań historycznych na poziomie profesorskim.
Metody badań profesorów z uczelnianych komisji senackich, ‘historycznych’, dla ustalenia pokrzywdzonych w PRL, czy nad opracowaniem dziejów uczelni w ostatnich kilkudziesięciu latach – budzą konsternacje, a ich metodologia winna być bez zarzutu, wzorcowa.
Historycy komisji najstarszej polskiej uczelni badają krzywdy, ale głównie wśród beneficjentów systemu, pomijając ofiary systemu, także tych, którzy mają status pokrzywdzonego ! Oryginalna metodyka – nieprawdaż ? I nikogo to nie razi.
W dziele historyków przygotowanym przez samych profesorów historii na 600- lecie UJ – „ Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego” nie zauważono nawet, że w Polsce, nie tak jeszcze dawno, był stan wojenny. Nie jest to wyjątek, bo stosowana metodologia badań historycznych prowadzi do tego, że historie uczelni polskich zwykle doprowadzane są do roku 1968 r. a potem – przeskok do roku 1989, może z kilkoma ogólnikowymi zdaniami o tym co było w międzyczasie.
Podobnie historycy polemizując z kolejnymi projektami reform w nauce, przypominają jakie szkody w nauce wyrządziły ‘reformy’ roku 1968, całkiem zapominając o ‘reformach’ lat 80-tych.
Taka jest metodologia badań i taki poziom niezawisłości od faktów wśród nadal Pełniących Obowiązki Profesorów.
Wielka czystka w nauce
‘Reformy’ lat 80-tych poskutkowały wielką czystką kadrową w nauce, ale także, jak obecnie widzimy, wielką czystką pamięci środowiska akademickiego. Wyrejestrowano wówczas z systemu nauki tysiące młodych, nonkonformistycznych pracowników akademickich, o zbyt dobrej pamięci i zbytnio aktywnych. Na nich skupiała uwagę i PZPR, i SB, jako na głównych ich wrogach i przeciwnikach systemu, negatywnie wpływających na młodzież akademicką.
O tym można bez trudu można przeczytać w archiwach pozauczelnianych (materiały PZPR w Archiwach Akt Nowych, czy materiały SB w archiwach IPN), ale na uczelniach informacje dotyczące tego okresu są na ogół niedostępne. Nieco można znaleźć w internecie.
Uczelnie autonomicznie bronią natomiast dostępu do informacji publicznej, zamienianej w informację sekretną, lub jej brak, powołując się dla jej utajniania np. na ustawodawstwo stanu wojennego, którego istnienia nie zawsze potrafili uchwycić w historiach uczelnianych !
W ciągu ostatnich 20 lat, w mediach słyszymy często o luce pokoleniowej w nauce, ale nie ma odpowiedzi jak to się stało, że taka luka powstała.
Wielka czystka dokonana wśród nieposłusznej kadry akademickiej w latach 80-tych stanowi główny powód tej luki. Beneficjenci tej czystki nie byli w stanie z przyczyn intelektualnych, ani nawet nie mieli zamiaru z przyczyn ekonomicznych, luki ograniczyć.
Z powodu braków kadrowych akademiccy beneficjenci PRL, byli i nadal są produktem poszukiwanym na kwitnącym rynku edukacyjnym i mają zapewnione i po kilka etatów. Po co zatem mają likwidować to co im przynosi profity ?
Wielu historyków zastanawia się nad przyczynami okresowej klęski ZSRR po napaści Hitlera 22 czerwca 1941 r. Różne są interpretacje, ale jedną z przyczyn jest luka kadrowa wojskowych po przeprowadzeniu przez Stalina wielkiej czystki w końcu lat 30-tych. Czystka miała miejsce głównie wśród kadry dowódczej i lukę można było szybko uzupełnić i wzmocnić potencjał wojenny.
Czystka w nauce lat 80-tych przeprowadzona na ogromną skalę dotyczyła głównie młodszych, więc spowodowała lukę pokoleniową, trudniejszą do szybkiego wypełnienia i do wzmocnienia potencjału intelektualnego.
Nowe kadry, stare problemy
Po 20 latach mamy już nowe pokolenie w nauce, uformowane przynajmniej na szczeblu szkolnictwa wyższego, już po tzw. transformacji. Winno być inaczej niż w PRL, bo jak zwykle słyszymy – potrzebna jest zmiana pokoleniowa aby coś się mogło zmienić. Pokolenie już nowe – problemy nadal stare.
Otwarto szeroko granice, ale naukę polską poza granicami jakoś słabo widać, oczywiście z wyjątkami, ale te zawsze były, także w czasach PRL. Wiele tych wyjątków, jak nieraz słyszymy, zawdzięczało swą wyjątkowość PZPR, czy SB – ale nie wszyscy.
Blokada rozwoju młodych, strach przed konkurencją, powoduje, że starsze kadry jakby przejęły rolę dawniej pełnioną przez stróży porządku socjalistycznego.
W 1946 r. politruk Włodzimierz Sokorski, który z braku nowej kadry naukowej, po przełamaniu frontu wojennego, rzucony został na front nauki, jasno mówił o zarządzaniu nauką przez scentralizowaną habilitację. Trzeba było znaleźć sposób na uformowanie posłusznych.
I tak zarządzano, nawet dość skutecznie, a nowe środowisko tak się przyzwyczaiło do takiego zarządzania, że o zmianach na wzór zachodni nawet nie chce słyszeć do dnia dzisiejszego.
Rzec by można : Jak nas partyjniacy ustawili, tak chcemy stać i innych ustawiać !
I tak ustawiają, może z pewnymi modyfikacjami – ale jednak skutecznie, o czym mogliśmy się przekonać i w ciągu ostatnich miesiącach.
Jak dr Jarosław Pająk podniósł publicznie dokonanie plagiatu przez rektora Akademii Medycznej, zaraz przy próbie habilitacji został osadzony na miejscu. Dzięki roztargnieniu prof. Krzysztofa Drewsa, który napisał mu dwie przeciwstawne recenzje – jedną chwalebną, drugą dyskwalifikującą, przynajmniej wiadomo jak w praktyce wygląda ‘ocena’ prac naukowych. A to tylko wierzchołek góry lodowej, który dotąd był znany tylko w kuluarach.
Dr Marka Migalskiego, niewłaściwie dla środowiska akademickiego ukierunkowanego politycznie, nie dopuszczono nawet do otwarcia przewodu habilitacyjnego. Nieco szczęścia ma prof. Andrzej Nowak, że jego ‘odchylenia’ wykryto dopiero po habilitacji, więc tylko spotyka się z ostracyzmem.
Nie ma już wiodącej PZPR, ani SB, ale niemerytoryczne – uwarunkowane politycznie, (nie)etycznie – oceny, awanse, degradacje, nominacje – pozostały.
A co na to środowisko ? Rzadko reaguje. Nie na darmo wyselekcjonowano je spośród posłusznych, aby się teraz buntowało ! Jak się głowę schowa do piasku, to z ‘podręczną strusiówką’ można do emerytury przetrwać.
Mamy wolność, ale przed wypowiedzią, po wypowiedzi – nie do końca. Nikt nie wierzy w merytoryczną ocenę jego dokonań naukowych, więc lepiej siedzieć cicho. Wiadomo, że wartość dorobku z dnia na dzień może się drastycznie zmienić. To co było znakomite, może się okazać niedorzeczne, jeśli naukowiec okaże się niepoprawny w swych dociekaniach, w promocjach, petycjach.
Urzędu cenzury co prawda już nie ma, ale cenzura, w tym autocenzura, ma się zupełnie dobrze. Szczególnie wysoko są cenieni ci, którzy potrafią sami z niej korzystać.
Uczelnie mają zagwarantowaną autonomię do zakładania sobie kagańców i z tej autonomii nieraz korzystają. Jak sobie same kaganiec założą, nie muszą się obawiać o finanse, dotacje, nominacje, akceptacje.
Jak widać w nauce polskiej w 20 lat po transformacji – bez zmian. Może mówienie o transformacji nie do końca jest zasadne, skoro wiele zmieniono tak, aby pozostało po staremu ?.
Zamieszczony w: Teksty niewygodne | Otagowane: 20 lat później, 4 czerwca 1989 r, akta, beneficjenci, IPN, komunizm, luka pokoleniowa, metodologia, POP, PRL, PZPR, uczelnie, wielka czystka
Co słychać starego? – Józef Wieczorek
Tekst umieszczony także na stronach RODAKa
http://www.rodaknet.com/rp_art_4427_czytelnia_o_nauce_polskiej_wieczorek.htm
Nie mozna zapominac ze Polska nauka jest ciagle oparta na egzekucji
Rosenbergow, amerykanskich szpiegow dla ZSSR na krzesle elektrycznym i przeplywie wiedzy z Niemieckiego programu budowy bomby atomowej tzw. UranVerein III
Rzeszy poprzez USA i szpiegostwo ZSSR do PRL.
Szczyt rozwoju Polskiej nauki nastapil niestety w Polsce Gierka
i to tylko dlatego ze chcial on stworzyc PRL atomowym mocarstwem.
Polska jet np. za przyjazdna Kanadzie ktore w latach 50tych
deportowala i etnicznie pozbawila domu Prof Infelda zmuszajac
go pod traktatami Jalty i ONZ do darmowej pracy na Uniwersytecie Warszawskim PRL za jednego dolara (sic ! JEDNEGO DOLARA)
miesiecznie w porownaniu z 1 mln pensji rocznie Profesora tej
klasy w USA czy Kanadzie.
Echem Hitlerowskiego reaktora atomowego w Haigerloch w Badenii Wittenbergii osobiscie
zarzadzanego przez tworce mechaniki kwantowej Heisenberga
jest jedyny w porownaniu z prawie calkowicie enegetycznie
atomowa Francji reaktor maria w Swierku oparty na technologii
sowieckiej uzyskanej z notatek Rosenbergow o reaktorze Fermiego
w Chicago.
Plany Gierka budowy Polskiej bomby wodorowej wymagajace
uzdatnienia Polskiej nauki i technologii ponad III Rzesze w 1945
ktorych efektem byly np. powszechna dostepnosc to laserow,
oscyloscopow, czy woltomierzy juz w szkolach podstawowych PRL (w
porownaniu z brakiem Fizyki we duzej czesci
szkol podstawowych i srednich w USA)
> Polska bomba atomowa
>
> Według planów Edwarda Gierka Polska miała stać się
> atomowym mocarstwem
>
> W latach 70. rozpoczęto zakrojony na szeroką skalę program
> budowy bomby termojądrowej, który miał zakończyć się próbnym,
> podziemnym wybuchem w Bieszczadach. Z planów tych nic nie
> wyszło. Polska zamiast atomowym mocarstwem, stała się miejscem
> składowanych na naszym terytorium radzieckich, nuklearnych
> głowic…
>
> Wspaniały pomysł
>
> Za początek prac nad polską bombą termojądrową należy uznać 1968
> rok i memoriał dr. Zbigniewa Puzewicza, szefa Katedry Podstaw
> Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej, sugerujący, że możliwe
> jest przeprowadzenie syntezy termojądrowej przy użyciu laserów
> dużej mocy. Sprawą zainteresował się generał profesor Sylwester
> Kaliski, ówczesny komendant Wojskowej Akademii Technicznej. Obaj
> panowie postanowili potwierdzić realność tej teorii. Udało się to w
> 1970 roku. Wtedy to Puzewicz i Kaliski uczestniczyli w sympozjum w
> Montrealu, gdzie wysłuchali wykładu Edwarda Tellera, ojca
> amerykańskiej bomby wodorowej, a później inicjatora koncepcji
> reaganowskich gwiezdnych wojen. Teller dowodził, że można
> przeprowadzić syntezę termojądrową za pomocą lasera. To
> ostatecznie zadecydowało o rozpoczęciu prac nad polską bombą
> termojądrową. Prowadzono je w specjalnie wzniesionej hali WAT w
> warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku prace kontynuowano w
> Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wzniesiono nową halę i
> specjalne budynki. Jak to bywało w czasach PRL-u, nie obyło się bez
> elementów humorystycznych, do których niewątpliwie należy zaliczyć
> otoczenie nowych budowli kilkumetrowym ziemnym nasypem, który
> miał “chronić” okolicę w razie przypadkowego wybuchu.
>
> Sen o potędze
>
> Do realizacji projektu polskiej bomby termojądrowej zaangażowano
> olbrzymie środki finansowe. Generał Wojciech Jaruzelski, wówczas
> minister obrony narodowej – jak sam swego czasu mi mówił – “o
> projekcie z Edwardem Gierkiem nie rozmawiał, to o nim słyszał”.
> Edward Gierek nie szczędził pieniędzy, chciał tylko, aby o próbnej
> eksplozji nie dowiedzieli się “radzieccy towarzysze”. W tej sprawie
> radził się prof. Romana Neya, w tamtych czasach wiceprezesa Polskiej
> Akademii Nauk i eksperta robót podziemnych. Sylwester Kaliski, znając
> obawy Gierka, wmówił mu, że można przeprowadzić w wybudowanej
> w Bieszczadach sztolni próbną eksplozję tak, iż nikt na świecie nie
> wykryje wstrząsów sejsmicznych. Oczywiście była to bzdura, ale ocaliła
> ona projekt. Na potrzeby prac nad bombą unikalne przyrządy
> badawcze, materiały i mechanizmy objęte embargiem, sprowadził z
> zachodu polski wywiad. Według badającego swego czasu tę sprawę
> dziennikarza, dziś naczelnego magazynu “Raport – Wojskowa Technika
> Obronność” Wojciecha Łuczaka, udało się nawet sprowadzić z USA do
> Warszawy słynne “krytrony”, czyli superczułe przełączniki elektroniczne
> sterujące procesami uruchamiania ładunków wybuchowych w
> niewyobrażalnie krótkich ułamkach sekundy. Urządzenia te są
> niezbędne w konstrukcji zapalnika bomby atomowej. “Gdybym w
> jednym z warszawskich gabinetów sam nie trzymał takiego urządzenia
> w ręce, nigdy bym nie uwierzył, że jest to możliwe” – usłyszałem od
> Łuczaka.
> To wszystko, oczywiście, kosztowało bajońskie pieniądze. Oficjalnie
> zaksięgowane wydatki szły w miliony dolarów, jednak nikt nie policzy
> tych, które nawet w CIA nazywa się “czarną dziurą”. Niektóre osoby
> zaangażowane w projekt twierdzą, że projekt polskiej bomby
> wodorowej pochłonął tak wielkie środki, iż mógł się przyczynić do
> załamania naszej gospodarki w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.
> Jedno nie ulega wątpliwości. Edward Gierek chciał, poprzez
> wprowadzenie Polski do ekskluzywnego klubu atomowego,
> potwierdzić, że prawdziwe są propagandowe slogany mówiące o
> ówczesnej PRL jako o mocarstwie będącym 10. potęgą przemysłową
> świata. Nie bez znaczenia był też fakt zapatrzenia się przez Gierka na
> politykę atomową Francji, którą zapewne chciał naśladować.
>
> Wielkie rozczarowanie
>
> Polska bomba termojądrowa miała być dziecinnie prosta. Wystarczyć
> miały wtryskiwacze deuteru i trytu oraz kulminacyjne ładunki
> wybuchowe, takie jakie służą do przebijania pancerza czołgu,
> podłączone do zdobytego przez nasz wywiad krytrona. Decydującym
> elementem był laser mający dostarczyć w odpowiednim ułamku
> sekundy energię wystarczającą do zapoczątkowania syntezy
> termojądrowej. Niestety, w polskich warunkach moc lasera mogła
> osiągnąć tylko 1 kilodżul. W tym czasie w Moskwie użyto
> 20-kilodżulowego lasera do podobnego eksperymentu, a w USA aż
> 100-kilodżulowego, jednak bez rezultatu. Najnowsze badania
> naukowe dowodzą, że aby wywołać syntezę termojądrową, należy
> użyć lasera o mocy 10 tysięcy kilodżuli. Tymczasem nad polskim
> projektem atomowym pojawiły się jeszcze inne chmury. Pomimo
> wysiłków polskiej strony o prowadzonych w Warszawie pracach nad
> bombą dowiedział się radziecki wywiad. Rosjanie, prowadząc podobne
> eksperymenty, zdawali sobie sprawę, że tą metodą nie da się
> osiągnąć sukcesu i czując się niezagrożeni w swoim monopolu na broń
> atomową, udawali, że o niczym nie wiedzą. Pewność w tej kwestii
> narusza jednak śmierć prof. Sylwestra Kaliskiego w dramatycznych
> okolicznościach. Zginął on w wypadku samochodowym, prowadząc
> swego fiata mirafiori. Część osób znających Kaliskiego uważa, że
> wypadek z jego udziałem był tylko kwestią czasu, ponieważ profesor
> kiepsko prowadził, jeżdżąc ze zbyt dużą prędkością. Niektórzy jednak
> uważają, że mirafiori, serwisowane w rządowych warsztatach, zostało
> uszkodzone przez radziecki wywiad. Co było przyczyną katastrofy, nie
> dowiemy się już nigdy. Pewne jest natomiast, że śmierć prof.
> Kaliskiego była końcem polskiego programu budowy bomby
> termojądrowej.
>
> Atomowy taksówkarz
>
> Na początku lat 60. zapadły decyzje, że Polska zakupi pułk samolotów
> myśliwsko-bombowych Su-7 będących nosicielami broni jądrowej. W
> 1965 roku stacjonujący w Bydgoszczy 5. Pomorski Pułk Lotnictwa
> Myśliwsko-Bombowego przezbrojono w te odrzutowce. 10 i 11 marca
> 1968 roku ćwiczył on z 11. Dywizją Pancerną tworzenie tzw.
> atomowych korytarzy, przez które na Zachód miały ruszyć dywizje
> pancerne Układu Warszawskiego. W planach operacyjnych ZSRR
> polskie armie w pierwszych dniach III wojny światowej miały nacierać
> przez Lubekę na Danię. Dodajmy, że w czasie wspomnianych ćwiczeń,
> w marcu 1968 roku, po raz pierwszy zrzucono bombę IAB-500
> imitującą wybuch bomby atomowej. Piloci wyznaczeni do lotów w
> czasie ewentualnego konfliktu nuklearnego z Zachodem musieli być
> kawalerami, najlepiej członkami PZPR. Szkolili ich radzieccy
> instruktorzy, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy.
> Na jedno ze szkoleń przyleciał razem z nimi nawet specjalny samolot
> An-26, który w razie wojny miał dostarczyć atomowe bomby do
> polskich samolotów. W 1974 roku polscy piloci byli szkoleni w Lidzie, na
> terenie byłego ZSRR, w lataniu na nowoczesnych odrzutowcach Su-20,
> posiadających zmienną geometrię skrzydeł. “Polacy ćwiczyli uzbrajanie
> samolotów w bomby nuklearne. Potem te same procedury trenowano
> na polskim lotnisku w Powidzu, gdzie stacjonowały samoloty
> przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Sam glądałem
> zakupione przez Polskę w latach 80. samoloty Su-22M4, które
> zaopatrzone były w specjalne panele w kabinie pilota, umożliwiające
> bojowy zrzut i belki, oraz zamki do podwieszenia 500-kilogramowych
> bomb atomowych” – powiedział mi Wojciech Łuczak. Największą
> tajemnicą otoczona była sprawa serwisu i konserwacji specjalnej
> atomowej amunicji, a także procedury jej przekazania polskiemu
> wojsku przez “radzieckich towarzyszy”. Tajemnicą objęte były także
> miejsca przechowywania przez wojska radzieckie na terenie naszego
> kraju atomowych pocisków dla naszych samolotów. To samo w sobie
> było złamaniem polsko-radzieckich porozumień, bowiem PRL nigdy nie
> była oficjalnie poinformowana o składowaniu na jej terytorium takiej
> broni. Oficjalnie w razie wybuchu wojny lub zagrożenia nią broń taka
> miała być dostarczona przez ZSRR do Polski drogą lotniczą. Tymczasem
> po wycofaniu się Rosjan z Polski, w Bagiczu, w okolicach Kołobrzegu, w
> dawnej bazie rosyjskiej, przypadkiem odkryto ślady składowania
> atomowych półtonowych bomb, które wisiały w schronach
> samolotowych na zwykłych hakach jak kiełbasa w sklepie mięsnym.
> Przypuszcza się, że taktyczne ładunki jądrowe Rosjanie trzymali
> również w swoich bazach w: Żaganiu, Toruniu, Brzegu, Szprotawie i
> Sypniewie. Według pełnomocnika Ryszarda Kuklińskiego Józefa
> Szaniawskiego “od połowy lat 60. Rosjanie składowali broń atomową
> na terytorium Polski. Wypowiedzi polskich przywódców: Gomółki,
> Gierka, Jaruzelskiego, że w Polsce nie ma broni atomowej, były jedynie
> czystą propagandą. Rosjanie zakładali, że wojna w Europie potrwa od
> 7 do 18 dni, a do tego konieczne było użycie broni atomowej” -
> powiedział mi kilka lat temu Józef Szaniawski.
>
> Radziecki chłopiec na posyłki
>
> ZSRR dokonując polskimi samolotami przy użyciu radzieckich głowic
> atomowego ataku na Zachód, narażał nasz kraj na odwet,
> jednocześnie chroniąc przed atomową ripostą swoje własne
> terytorium. Według pragnącego zachować anonimowość płkownika
> rezerwy, byłego wykładowcy na Akademii Obrony Narodowej, “wszyscy
> doskonale zdawali sobie sprawę, co oznacza wyrąbywanie atomowych
> korytarzy dla mających nacierać na Zachód polskich dywizji. W razie
> wojny każdy dowódca dywizji zmechanizowanej miał w ciągu dnia
> posunąć się naprzód o 60 km. Aby wykonać to zadanie, mógł
> zadecydować o dokonaniu na swoim kierunku natarcia kilku uderzeń
> atomowych, których wykonanie spoczywało na naszych wojskach
> rakietowych i lotnictwie”.
> Utworzenie za pomocą broni atomowej “korytarzy” dla nacierających
> wojsk pancernych miało w planach umożliwić tak szybkie zajęcie
> zachodniej Europy, aby nie zdążyły do niej przybyć z pomocą wojska
> amerykańskie. Polska generalicja wiedziała jednak, że NATO
> opracowało plan mający nie dopuścić do realizacji takiego scenariusza.
> Wojska europejskich członków NATO miały za zadanie powstrzymać
> jedynie uderzenie pierwszego rzutu strategicznego wojsk radzieckich
> stacjonujących we wschodnich Niemczech oraz armii NRD, CSRS oraz
> PRL. W tym czasie maszerujący z terenów obecnej Ukrainy i Białorusi
> drugi rzut strategiczny wojsk radzieckich miał zostać zatrzymany na
> linii Wisły zmasowanym atakiem atomowym. To pozwoliłoby dotrzeć do
> Europy wojskom amerykańskim, zanim osłabiony atomowym ciosem
> drugi rzut strategiczny Układu Warszawskiego dotarłby do rejonu walk
> toczonych pomiędzy Renem a Łabą. Łatwo można sobie wyobrazić, co
> oznaczałoby dla Polski powstrzymanie przez NATO wojsk radzieckich w
> środku naszego kraju przy użyciu broni atomowej. Tym bardziej że do
> akcji tej użyto by nie kilku głowic, ale większości ze świeżo
> zainstalowanych na Zachodzie atomowych rakiet średniego zasięgu
> persing, których celem stałyby się m.in. wszystkie mosty na Wiśle, w
> tym także na terenie Krakowa i Warszawy. Dzisiaj, kiedy nie istnieje
> już Układ Warszawski, a radzieckie czołgi mające zdobywać Europę
> rdzewieją z braku pieniędzy w koszarach, przedstawione powyżej
> scenariusze przypominają senne koszmary. Niestety, jeszcze 20 lat
> temu atomowa apokalipsa była realną groźbą tak dla Europy, jak też
> dla naszego kraju.
> MIREK BŁACH
Oszacowanie masy krytycznej bomby atomowej przez 3 Rzesze
jest duzo prostrze niz pracowali nad tym fizycy Rzeszy.
Nie wymaga w zasadzie zadnej teorii wyzszej majac tylko dane
z bombardowania jadra Uranu 235 ze reakcja w ogule zachodzi uzytego przez amerykanow
przez neutron. Wystarczy wiedziec ze jedne neutron wyzwala
3 neutrony albo nawet jeden lub wiecej.
Promien krytyczny mozna uzyskac latwo liczac prosta droge swobodna
neutronu w sieci Uranu taka ze napewno zderzy sie on z jadrem uranu
na prostej (to ten promien jesli pierwsz reakcja jest w srodku). Droga ta jest rowna (S1/(3 S2)) au gdzie S1 to powierzchnia
plaszczyny wyznaczonej przez tzw. stala sieci krysztalu Uranu,
a S2=Pi*ru^2 gdzie ru to promien jadra Uranu.
Podstawiwajac znane wielkosci tych kulek i kwadratow uzyskujem
8 cm dla Uranu 235 troche ponizej doswiadczalnej wielkosci cm 17
z dokladnoscia do czyynikow. Tego nie wiedzial heisenberg
szacujac bombe na 3 metry wielkosci.